Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam dziś moje wiersze…

Czas jak rzeka…

Czas jak rzeka
z prądem rwie,
wciąż do przodu.

Złodziej pamięci
jednym, innym,
podstępnie, zdrowia.

Zabiera bliskich,
pokazując odchodzenie
już za ścianę, strasząc.

Czas jak wicher
przebiega po nas,
zdzierając wszystko.

Czyżby… tylko?
A gdzie kolor czyichś
oczu, barwa głosu?

A gdzie zapach
wiosny, rudy włos
jesieni pięknej?

A gdzie widok
z pagórka na te
domki z klocków?

A gdzie uśmiech
przechodnia miłego
przypadkowej uliczki???

A gdzie śmiech
szczęśliwego dziecka,
jego malusieńka stópka?

A gdzie po deszczu
tęcza, wciaż wolna
od wszelakiej krytyki?

A gdzie jest świat
ogonem opowiadany,
przez twego psa?

A gdzie uwodzenie
kota na kolanach
czyichś, z figurami?

Więc płyńmy sobie
naszą łódką czasu
dalej, dalej z prądem,

zamiast ciągle przeciw!!!

I tak nagle…

I tak nagle obuchem
w głowę, zanim
w serce, żołądek…

I tak nagle wszystko
ważne i nieważne,
za daleko i za blisko.

Za cicho i za głośno,
za wyraźne i za nijak,
do góry nogami…

I tak po omacku
ale też za rączkę,
na smyczy lęku.

Strach siedzący
na karku, trzymający
usta, by nie krzyczały.

Strach przed bólem
z przyszłoscią, ale
też niebytem bez bólu.

Nadzieja, że się jest
wybrańcem losu,
bez wiedzy, czy na pewno

Nadzieja, ten kwiat
najwazniejszy, jedyny
w tym momencie…
DO ZAOPIEKOWANIA!

Z domowego aresztu (12)

Zbigniew Milewicz

W służbie Najjaśniejszej…

Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.

Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.

Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny,  później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).

Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć  niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.

Za  akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna).  1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.

W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później  brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.

Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.

31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.

Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.

Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.

Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.

O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.

27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i  jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.

Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie  kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.

Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.

Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w  Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.

Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez  jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku  zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski  w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych  materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza  wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.

W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie  mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.

*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

 

 

 

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich

 


PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.

Nie bądźcie obojętni

Z uwagi na aktualność tego wpisu przesunęłam Zbycha Milewicza na jutro…

Aleksandra Puciłowska

Hejt i krzywdzące obelgi rzucane w stronę osób LGBT, do których sama należę, już dawno przestały robić na mnie wrażenie.

Pancerz, którym człowiek obrasta przez lata ciągnącego się braku szacunku i bezpodstawnych, bezsensownych oskarżeń, jest naprawdę gruby i ciężko jest się przez niego w jakikolwiek sposób przebić.

Kiedy jako  jeszcze niewyoutowana osoba nieheteronormatywna słyszysz w swoim rodzinnym domu – miejscu, w którym powinienieś czuć się najbezpieczniej na świecie, na przykład: Hitler wiedział co robił, gdy chciał zagazować pedałów, to możesz albo się załamać i poddać, albo postanowić walczyć o siebie, swoją godność i swoje życie.

Ja osobiście wybrałam to drugie. A o tym, jak złe i niemoralne ma być to, że kocham kobiety, dowiedziałam się w życiu niejeden raz.

Wyobraźcie sobie, że słyszycie podczas rodzinnego przyjęcia wulgarne i pozbawione jakiegokolwiek taktu wypowiedzi o swojej psychoseksualności. Teksty tak obrzydIiwe, że nie chce się ich cytować i powielać. Pomyślcie, że te słowa padają z ust kogoś, do kogo jeździliście wcześniej, jako dziecko, na wakacje. I że wy wtedy – zdobywając się na resztki odwagi w obronie swojej godności – protestujecie głośno i otwarcie, a zostajecie wyśmiani. Przez bliskie osoby, u których zawsze szuka się przecież wsparcia, zrozumienia i akceptacji. Zwłaszcza, gdy świat wokół nam nie sprzyja.

Pomyślcie, jak czuje się młody człowiek LGBT na lekcjach religii, gdzie mówi mu się że homoseksualizm to grzech śmiertelny.

Zastanówcie się choć raz, jak to jest iść za rękę z ukochaną osobą przez ulicę i usłyszeć, że „takich zboków to tylko zajebać”.

A jak może czuć się kobieta, której mówi się, że receptą na to, by „przestała być pieprzoną lesbą”, byłoby przymusowe wydanie jej za mąż za „jakiegoś chłopa, który pokaże jej gdzie jest jej miejsce”? I że pewnie żaden jej do tej pory nie chciał bo jest „brzydkim babochłopem”? Co dzieje się w głowie takiej dziewczyny…?

Spróbujcie postawić się w sytuacji młodego, wchodzącego dopiero w okres dojrzewania człowieka, który odkrywając swoją seksualność, zamiast cieszyć się z pierwszych miłosnych uniesień, musi się ukrywać w strachu przed tym, jak zareagują inni.

Wyobraźcie sobie, jak wiele odwagi potrzeba, by powiedzieć o tym głośno – zarówno przed innymi, jak i – po prostu – przed sobą samym. Mając doskonałe pojęcie o tym, jak dalej wyglądać może wasze życie.

Jak czuje się młoda dziewczyna, która w odpowiedzi na swój coming out słyszy od rodziców, że nie jest już ich córką?

Jak czuje się młody chłopak, którego koledzy znieważają i poniżają, tylko dlatego, że kocha nie tak jak „powinien”…? Gdy codziennie boi się, czy dziś „tylko” go wyzwą od „pedałów”, czy może jednak przejdą już do rękoczynów, jak wielokrotnie mu grozili?

Z takimi problemami i sytuacjami muszą mierzyć się osoby LGBT od najmłodszych lat – czy to w życiu szkolnym, cyz rodzinnym czy, później, zawodowym. Wiem to ze swojego życia i wiem to z opowiadań moich znajomych i przyjaciół. Często tak przerażających, że chwilami myślę że ja sama – choć nie było łatwo – i tak mam całkiem sporo szczęścia, bo mogło być o wiele gorzej…

Jeśli się to wszystko przetrwa, to później w dorosłym życiu już naprawdę trudno o to, by niesprawiedliwe, homofobiczne wypowiedzi innych mogły nas w ogóle jakoś dotknąć. Zbroja, którą się obrosło do tej pory jest na tyle silna i mocna, że nie przebije jej byle co.

Pamiętać musimy jednak o tych wszystkich młodych ludziach, którzy dopiero stoją u progu swej dorosłości. O tych, którzy być może nie odnajdą w sobie wystarczająco dużo odwagi, by nie udawać, że pada deszcz, gdy ktoś pluje im w twarz. O dzieciakach, które boją się powiedzieć kim są, jak kochają, co czują. A także o dorosłych już ludziach, którzy żyją nie swoim, udawanym życiem, bojąc się przyznać przed sobą samym, że nie tak chcą i nie tak powinni żyć. O tym jak cholernie przesrane musi mieć ktoś, kto całe swoje życie udaje kogoś, kim nie jest, a wszystko w imię społecznych oczekiwań i strachu przed brakiem akceptacji, być może agresją, utratą pracy…

O tolerancji i akceptacji LGBT powiedziano już w Polsce dużo. Dyskusje, które się w naszym kraju na ten temat prowadzi, przeraziłyby większość zachodniego świata. Sama wyjechałam do Niemiec w wieku lat 19, zaraz po maturze. Do Polski tęsknię nieustannie, ale nie umiem wyobrazić sobie powrotu do kraju, w którym stygmatyzuje i dehumanizuje się ludzi. Gdzie urzędujący Prezydent wypowiada klarownie i otwarcie słowa, które przerażają i powodują, że nadzieja na to, że będziesz mógł poczuć się we własnej Ojczyźnie jak u siebie, jest niestety niezwykle płonna i złudna.

Rodziny ani kraju się nie wybiera. Można jednak próbować zmienić – zarówno jedno jak i drugie.

Można szukać wsparcia i zrozumienia – i choć wiele razy towarzyszy temu na koniec uczucie zawodu i odrzucenia (o czym sama niejednokrotnie musiałam się niestety przekonać), to warto próbować.

Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak wiele znaczyć mogą takie gesty wsparcia i zrozumienia od kochanych osób. Choćby nawet te najmniejsze, których większość otoczenia nawet nie zauważa. My je widzimy – tak mocno odznaczają się od fali hejtu i nagonki, która nieustannie jest wokół nas…

Dawno straciłam nadzieję, że apelowanie do polityków ma jakikolwiek sens. Większość z nich nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa, który wychylają tylko po to, by zawalczyć o kolejny stołek, o władzę i o kasę.

Człowiek, jego godność i prawo do poszanowania ma w tym najmniejsze znaczenie. Cholernie boli mnie fakt, że urzędujący Prezydent RP publicznie porównuje mnie, moją partnerkę, naszą miłość i uczucia do ideologii sowieckiej, która wyrządziła ludziom i naszemu krajowi tak wiele niewyobrażalnych krzywd.

Wiele więcej się po Panu Andrzeju Dudzie nie spodziewałam. O wiele bardziej boleśnie da się odczuć w sercu ból na widok słupków jego poparcia. Bo to oznacza, że albo w Polsce jest aż taka rzesza ludzi myślących tak samo jak obecny obóz władzy, albo że jest jeszcze większa grupa ludzi którzy na tego typu słowa pozostają po prostu obojętni.

I to do tych drugich właśnie apeluję. Nie róbcie tego. Nie zamykajcie oczu. Miarą człowieczeństwa jest to, w jaki sposób traktujemy bliźnich. Jeśli dziś to ja nie jestem człowiekiem, a groźną ideologią, która zagraża całemu społeczeństwu, to jutro możecie być nią Wy. Kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim. Tak a nie inaczej to działa.

Jeśli twierdzicie, że Wasz głos i tak nie ma znaczenia, to ja Wam mówię, że jest inaczej. Każdy pojedynczy głos w nadchodzących wyborach, który oddany zostanie w sprzeciwie wobec homofobicznej propagandy obecnego obozu władzy, nie będzie głosem straconym.

Nie musicie głosować w mojej obronie, ja sobie już doskonale radzę sama.

Zróbcie to dla Waszych dzieci, a może wnuków? Dla znajomych, przyjaciół, sióstr, braci, wujków i cioć. Dla tych wszystkich, których kochacie. Nawet nie podejrzewacie, ilu wśród nich mogło mieć łzy w oczach, gdy usłyszeli ostatnio w mediach, że „nie są równi ludziom normalnym”…

LGBT to nie żadna ideologia. To my, ludzie – Wasi znajomi, przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki z pracy.

Nie chcemy żadnych przywilejów, chcemy tylko równych praw. I poczucia bezpieczeństwa we własnym, mimo wszystko – ukochanym i pięknym kraju.

Spotkania z Księciem Ciemności 22

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Wspomniałem swego czasu, że Książę jest chimerycznym łazęgą. To prawda, ale nie cała: ON W OGÓLE JEST CHIMERYCZNY.

Od kilku dni znów dość regularnie przychodzi do nas z rana. By zjeść śniadanie, pomiziać się z moją Żoną oraz pobrykać z Kropką. I zostać na kilka minut… albo na kilka godzin. Niemal codziennie pojawia się w innym nastroju, czego nawet nie próbuje ukrywać. Czasem odprężony. Nieraz zaaferowany. Kiedy indziej podenerwowany. Innym razem rozmarzony. Albo wystraszony. Lub umordowany całonocną pracą. Domagający się czułości. Oschły. Zależy – żadnych reguł w tym zakresie wyznaczyć się nie da.

Książę to uczuciowy gość. Pewnie, że zwykle za jego aktualną aurę emocjonalną odpowiadają jakieś okoliczności zewnętrzne, ale gdyby nie był wrażliwcem, nie znalazłyby one odzwierciedlenia w jego afektach.

Tak, Sierściuch ma swój sekretny świat uczuć. Bo też obdarzony jest subtelną duszą, która unosi się, jako dym kadzidła, gdzieś tam ku górze. Ja, ateusz, wam to mówię!

Jeśli któryś z Czytelników (raczej przypadkowych, niż stałych, jak mniemam) żachnie się na stwierdzenie, iż zwierzęta posiadają duszę, to uprzedzam: nie dam się wciągnąć w żadną dyskusję. Ja jestem Ksawery, nie Tomasz! Akwin znam tylko z opisów. I, jako niewiarek zatwardziały, choć praktyczny, nie potrzebuję niczego teoretycznie uzasadniać. Nie dorobiłem się, jak dotąd, systemu swej ateuszowskiej scholastyki; co więcej, nie odczuwam nawet takiej potrzeby. Tym bardziej, iż niedouk ze mnie okropny! Jeśli ktoś zechce, bez trudu wyłapie logiczne niekonsekwencje w moich dociekaniach. No i co? No i nic! I tak wiem, że zwierzęta, nie tylko koty, kryją w swym wątłym korpusie ducha niezłomnego, a wrażliwego. Czym on jest? Nie wiem. Jaka jego natura? Nawet nie próbuję zgadywać. Jak długie jego trwanie? Nie mam pojęcia! Ale że jest – to rzecz pewna.

Nie da się istnienia Księcia sprowadzić do jedzenia, marcowych manewrów i rozkoszy drapania za uszkiem! Weź go na ręce, pogłaskaj, spójrz w zielone oczy. No i…?

*

A na drugim końcu Europy, pod błękitnym niebem Brabancji Walońskiej i pod dachem plebanii w Ryżej Tafli – jak pozwalam sobie z niewinną i życzliwą złośliwością tłumaczyć nazwę miejscowości, w której rezyduje mój Przyjaciel ksiądz – spokojny żywot wiedzie Neige, czyli Śnieżynka. Czy dla owego zacnego duchownego uznanie, że ją również obdarzono duszą, stanowi jakiś problem? Myślę, że nie. Tym bardziej, iż kapłan ten od wielu dziesięcioleci przesiąknięty jest na wskroś franciszkańską miłością do wszystkich stworzeń bożych, a więc i braci oraz sióstr zwierząt. Nawet dla mnie – zatwardziałego ateusza – znajduje miejsce w swym wielkim sercu!

Fascynujący to temat: dociekać, jak rozwija się życie duchowe kotki Śnieżynki w domu duchownego! Jakich iluminacji doznaje tam owa ślicznotka!

Co prawda Przyjaciel zarzekał się, że ta fotografia wyszła mu przypadkowo, bez interwencji z góry, ale kto go tam wie… Kocia dusza. Tajemnica. Taką niech pozostanie.

Z Berlina

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest niedaleko Placu Poczdamskiego, resztek muru berlińskiego, Martin Gropius Bau i ruin Dworca Anhalckiego.

Wiedzialam, że tam musiało być coś wyjątkowego, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, co. A więc po krótkiej przerwie na placu, który wzięłyśmy w posiadanie, opuściłam moje towarzyszki pandemicznych spacerów i poszłam ulicą Bernburger Straße, mijając kościół świętego Łukasza i kilka budynków (podobno cztery), które przetrwaly II wojnę światową, w kierunku który wydawał mi się właściwy i był właściwy. Między nowymi i nowszymi blokami jest duży obszar zieleni, zielona przestrzeń, przez którą wielu wtajemniczonych skraca sobie drogę. Uwagę zwraca budynek z drewna albo nim obity o dziwnych kształtach powyginanej elipsy. To tu zaczął się pilotażowy projekt berlińskiego Uniwersytetu Technicznego nazwany “Roof Water-Farm”. O projekcie wiecej tu: http://www.roofwaterfarm.com/partner/tu/. Tak jak zrozumiałam, mieszkańcy jednego z bloków swoje ścieki, tzw. wodę szarą, odprowadzają do ekologicznej oczyszczalni, znajdującej się na podwórzu. Ta woda po oczyszczeniu wraca do tych samych mieszkań, w tej wodzie pełnej trzciny i sitowia, pływają ryby, tą wodą podlewanie są warzywa. Nie wiem, czy projekt jeszcze trwa, bo dofinansowanie już dawno minęło.
Owszem wszystko bardzo ciekawe i na pewno przy grożących nam suszach i zmianie klimatu warte dalszych badań i starań.

Ale bardziej niż malowniczy wodny ogród połączony kilkoma mostkami, interesuje mnie to, co tu było kiedyś, prawie 150 lat temu. Resztki fundamentów i dziesiątki cegieł ułożone w murki okalające tarasy przy blokach mogłyby opowiedzieć historię tego miejsca.

W 1876 roku wybudowano według projektutu Gustava Knoblaucha na dwóch parcelach przy Bernburger Straße  wielki tor wrotkarski (Central Skating Rink), licząc na to, że wrotkarstwo będzie cieszyło się coraz większą popularnością wśród berlińczyków.
Tak się nie stało. Kilka lat później zamiast wrotkarzom i łyżwiarzom pomieszczenia zaczęto wynajmować na koncerty. A kilka lat później instrumenty stroili tu już Berlińscy Filharmonicy. Gdy Franz Heinrich Schwechten, ten sam architekt, który projektował pobliski Anhalter Bahnhof, w 1888 roku przebudował halę wrotkarską na salę koncertową, mówiono już o niej dumnie – filharmonia. Tu dyrygowali Wilhelm Furtwängler i Hans von Bülow. Albert Einstein i Tomasz Mann wygłaszali tu swoje tezy, mowy i wykłady. Wszystko tu było z górnej półki, oprócz krzeseł, a było ich ponad 2000. Tylko proste krzesła można było szybko wynieść, gdy sala koncertowa, stawała się balową.

O starej berlińskiej filharmonii:

https://de.wikipedia.org/wiki/Alte_Philharmonie_Berlin

Stara filharmonia stała nad samą wodą, tak jak Elbphilharmonie w Hamburgu, przy najstarszym berlińskim porcie śródlądowym, Schöneberger Hafen. Co po nim zostało? Plac Portowy (Hafenplatz), który jest ulicą, a nie placem.
Kiedyś czytałam, że Einstein dojeżdżał, a w zasadzie dopływał łódką do filharmonii. Teraz wreszcie rozumiem, o jaką filharmonię chodziło i o jaki port. Port zasypano po wojnie, podobno piaskiem, ale mogę sobie wyobrazić, że też częścią gruzu ze zniszczonej podczas bombardowania filharmonii. Na porcie powstał park Mendelssohna-Bartholdyego. Mendelsson filharmonii nie znał, ale śmiem przypuszczać, że filharmonia znała jego.

W latach 30 ubiegłego wieku zaczęło się wszystko zmieniać. Filharmonicy nie sprzeciwili się nazistowskim rządom. Berlińska Filharmoniczna Orkiestra, zamieniła się w Reichsorchester, orkiestrę rzeszy, podlegającą Goebelsowi. Zmienił się również repertuar i wykonawcy.

30 stycznia 1944 roku podczas alianckiego nalotu filharmonia przy Bernburger Strasse została zbombardowana. Podobno Teufelsberg kryje w sobie jej gruzy, wyposażenie, może nawet instrumenty.

62 lata była ważnym miejscem spotkań berlińczyków, nie tylko miłośników muzyki. Mendelssohn-Bartholdy-Park nie budzi mojego zachwytu, prędzej krótka ulica, ścieżka prowadząca prosto do starej filharmonii. Fanny Hensel Weg, bo tak się nazywa ten krótki przesmyk miedzy Schöneberger Straße, a Dessauer Straße jest pełna światła, czerwcowej zieleni i ma taką lekkość w sobie. Fanny Hensel zmarła w tym samym roku, co jej wielki brat Mendelssohn-Bartholdy.

Nie znała portu przy Landwehrkanal, ani filharmonii. Nigdy nie była doceniona tak jak jej wspomniany brat. Ojciec pozwolił kształcić się dalej muzycznie Feliksowi, natomiast Fanny musiała pogodzic się z ojcowską wolą, nieprzychylną w tamtych czasach kobietom: Die Musik wird für ihn [Felix] vielleicht Beruf, während sie für Dich stets nur Zierde, niemals Grundbaß Deines Seins und Tuns werden kann und soll. (Muzyka będzie dla Feliksa może zawodem, dla ciebie tylko ozdobą, a nigdy nie powinna być i nie będzie podstawą twojego działania i twojego bytu).

Gdy przechodziłyśmy ulicą Bernburger, spojrzałyśmy wszystkie na powalone drzewo i stalowe, jak się później okazało zwieńczenie bramy, które albo spadło, albo zostalo zdemontowane z dwóch betonowych filarów. Brama prowadzi na terytorium po filharmonii. Teren jest prywatny, wejście zabronione, choć na małej tablicy pamiątkowej wśród płyt chodnikowych widnieje napis: „Ta droga prowadzi do miejsca starej filharmonii 1882 -1944”.

Sąsiedzi 19

Teresa Rudolf

Lesio/ Lesław

Regina weszła do sypialni Lesia, by zbudzić go na śniadanie.

– Lesławie, wstawaj, już dziewiąta, śniadanie na stole. Tu masz swoją laseczkę, chodzisz coraz lepiej już… no, hop, hop, umyj się, w tym czasie zrobię kawę.
Lesław dość niechętnie dziś wstawał, nie widział sensu dnia, który miał właśnie nadejść. Zaczął się rzeczywiście coraz lepiej poruszać, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to zamknięcie w domach z powodu groźnej dla całego świata epidemii, na pewno miałby już rehabilitację w jakimś  dobrym policyjnym, lub wojskowym sanatorium.
A tak musiał ćwiczyć pod dyktando bezwzględnej Reginy, która zapowiedziała, że nie będzie lekko, skoro bierze za swą pracę pieniądze i to niemało.
Jej zdaniem robił postępy, ale sam wolałby jeszcze szybciej stanąć na nogi, by móc samodzielnie żyć.
To uzależnienie od drugich osób wyraźnie go upokarzało, a już od Reginy specjalnie.
Często przed snem dopadały go przebłyski wspomnienia, o tym, co stało się tego feralnego poranka, gdy został napadnięty i prawie ze skutkiem śmiertelnym, pobity.
Całą prawą stronę ciała miał wtedy prawie zmiazdżoną kijem bejsbolowym, kiedy leżąc już na ziemi, tą stroną “wystawił” się napastnikom.
Wszystko działo się  bardzo szybko, natychmiastowy ból uderzanej głowy nie pozwolił na jakąkolwiek percepcję sytuacji. Poza zakapturzonymi męskimi postaciami, nie pamiętał ani ilu ich było, ani też, jak byli ubrani. Zapamiętał tylko, że słyszał jakieś męskie głosy i chyba zdanie: “przestań, bo go zabijesz”.

Szybko stracił przytomność i podobno dopiero po wielu, wielu godzinach ocknął się w szpitalu policyjnym. Nie czuł wtedy za wiele, poza otumanieniem ciężkimi środkami przeciwbólowymi, nawet język był jakby sparaliżowany. Nie mógł normalnie mówić. Pamiętał teraz jak przez mgłę, że byli  u niego w sali, bardzo krótko, jacyś dziennikarze z TV, pamiętał flesze aparatów fotograficznych
i to, że siostra oddziałowa wszystkich wyrzuciła z sali.
Pózniej niewyraźnie, przez bandaże na twarzy, widział bardzo zamazane twarze kobiet, w tym jedna z kobiet miała rude włosy jak Regina, jednak to nie była ona. Jak się później okazało, były to sąsiadki z drugiego piętra, pani Klara i Filomena. W tym momencie znali się w tŕójkę bardzo powierzchownie, ba, ich wzajemny stosunek był dotąd niezbyt przyjazny.
Jak się to wszystko niemal z dnia na dzień zmieniło, pomyślał…
Na początku odwiedzali go też koledzy z pokrewnych detektywistycznych kancelarii, na ogół w jednym, jedynym celu, by jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu tamtego porannego napadu.
Wyczuwał strach siedzący im na karku, bali się, wyraźnie, bali się na pewno tego, że mogą stać się kiedyś również ofiarami. Ponieważ nie miał im zbyt wiele do powiedzenia, te odwiedziny skończyły się dosyć szybko. No i dobrze, pomyślał.
Natomiast policja pojawiała się często, stawiając wiele pytań, niektóre z nich były dość  irytujące, wkraczające brutalnie w prywatne życie, lub też drobiazgowo w pracę zawodową, coraz bardziej  jednak zawężając listę jego klientów, mogących wchodzić w grę jako osby podejrzane.

Od wielu lat zajmował się bardzo niewdzięczną, lecz dobrze płatną klientelą, a zawsze chodziło o to samo, zdrady partnerów żyjących w stałych związkach.
Sam osobiście miał zdecydowany wstręt do grzebania się w najbardziej obrzydliwych zakamarkach zachowań ludzkich, w  kłamstwach, trikach, by oszukać tę drugą osobę pod każdym względem, często nie tylko damsko-męskim, ale również finansowym. Na jego oczach dokonywały się tragedie ludzkie, szklane domy z hałasem rozpadały się na miazgę, a domki z kart, jak w dziecinnych zabawach, w jednej sekundzie leżały żalośnie przed nosem obojga partnerów życiowych.
Zakłamana rzeczywistość nagle śmiała się szatańskim chichotem, łaskocząc dumę i wstyd czlowieka, a wzbudzając bezbrzeżną agresję przegrywającego.
Można by parę  kryminalnych ksiąg napisać o każdej rozstającej się parze, myślał.
Policja podejrzewała, że jego ostatni dramat leży właśnie w tym ogromnym śmietniku ludzkich spraw,
gdyż chyba dogrzebał się niezłego dynamitu. Sam również myślał, że parę śledzonych przez niego osób, mogło było mieć poważny powód, by go chwilowo, lub na zawsze uciszyć. Na myśl o tym dostawał gęsiej skórki, a nawet ataków paniki. Nie wiedzał nawet, czy jeszcze kiedyś będzie się czuł na tyle pewnie, by wyjść znów normalnie na ulicę.
Jeden z policjantów, kiedy zauważyl, że mówienie o pracy i jej niebezpieczeństwach, kosztowało Lesia wiele wysiłku i powodowało intensywne trudności w oddychaniu, zaproponował mu ostrożnie, by wziął może pod uwagę psychoterapię lub traumaterapię.
Teoretycznie istniała nawet możliwość, by Lesio skorzystał z takich rozmów u psychologa policyjnego, ale z powodu pandemii, nie doszło nawet do pierwszego spotkania.

Najgorsze było dla Lesława jednak to, że cała historia, która mu się przydarzyła, ocierała się bardzo blisko o jego własne, w niektórych aspektach niezbyt chlubne życie, w którym to również swe partnerki oszukiwał, zdradzał, okłamywał, specjalizując się  w tym wszystkim, z dnia na dzień coraz bardziej, tak doskonale wręcz, że nigdy przecież “nie wpadł”.

Teraz patrząc na to, autoironicznie myślał, że dzięki temu, mógł się dużo szybciej i lepiej wcielić w mentalność zdradzającego.
A zaczęło się to natychmiast po rozstaniu z Reginą, która udowodniła mu, jak można być ślepym, głuchym, naiwnym, jak można niczego nie wiedzień i nie spostrzec, że się jest od dawna zdradzanym. Nie tyle ta jej zdrada go maksymalnie załamała, ale fakt, że sam przenigdy by tego nie przypuścił.
Kiedy na koniec, przed samym rozstaniem wykrzykiwali sobie nawzajem wszystkie oskarżenia, dowiedział sie, że “oczywiście taki zadufany w sobie bufon, nie mógłby nawet założyc, że jego kobieta mogłaby kogoś innego poza nim jeszcze zobaczyć, sama już dawno  będąc niewidzialna!!!!”.
– Odbiło ci w tych Stanach, krzyczała wówczas, uwierzyłeś naprawdę, że jestes drugim Presleyem, a ja glupiutką, młodziutką Priscillą u twego boku, śmiała się, czasem jednocześnie histerycznie płacząc.
To prawda, zostawiał ją samą na całe godziny i dni, a ona, coraz bardziej samotna, dość dlugo w tym związku tylko czekała. Tylko czekała, a przecież była  w innym kraju i to dla niego w tym kraju została.

– No, wreszcie możemy zjeść śniadanie, ale dzisiaj to się guzdrałeś Lesławie, stwierdziła Regina.
Na bardzo estetycznie, jak zwykle, przygotowanym stole, było świeże pieczywo, masło, pomidory, ogórki, wędlina (uwielbiał kabanosy), świeży twarożek i inne smakołyki, do wyboru, do koloru.
Kiedy Lesław tak patrzył na to wszystko, pomyślał, że kiedy byli parą, nigdy się tak na codzień nie starała, odwrotnie, cokolwiek robiła, było to jakby wymuszone,  i ta “bylejakość” była bardzo irytująca.
– Regino, ależ ty się w niektórych sprawach zmieniłaś, jesteś teraz trochę inną osobą niż ta, jaką kiedyś znałem!, powiedział.
– No, no, nie nakręcaj się już tak, po prostu zawsze sumiennie wykonuję swą  pracę, by nie można mi nigdy, niczego zarzucić. Jesteś dla mnie  jedynie “przypadkiem”, którym się teraz zajmuję, a przecież szukałam pracy, powiedziała miękko, zarumieniona, głosem zupełnie nieadekwatnym do tekstu…
Nagle zmieniła barwę głosu: Poza tym trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, po tym, jak sobie teraz pozwalałeś mnie traktować, jak trujące powietrze i gdyby moja obecność tutaj nie była właśnie pracą, wyszłabym już stąd po dwóch dniach.
– Ależ, to ty byłaś tak okropna dla Salomona, kiedy tu te parę godzin przebywał, że myślałem już, że mu coś zrobisz, odpowiedział. Wiesz przecież jak go kocham, dodał.
-No i co zrobiliśmy z tego naszego życia?, zapytała Regina raczej samą siebie cichutko, spoglądając nieśmiało i smutno na bezradnego, również smutnego Lesława, a mamy przecież też tyle pięknych wspomnień, dodała jeszcze ciszej i nie czekając już na żadną odpowiedź, wyszła z pokoju.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 5

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w prowincjonalnym mieście liceum ogólnokształcącego znajdują się na półmetku edukacji. Są przecież w drugiej klasie, więc, choć do matury zostały jeszcze dwa lata, nie czują się już nowicjuszami.

Wielu z nich zdążyło odkryć swoje pasje i talenty, powoli zaczynają decydować o tym, co każdy z nich chciałby robić po maturze. Udzielają się również w życiu liceum, występują na szkolnych akademiach, niektórzy działają aktywnie w szkolnym samorządzie.

Klasa ma więc już swoją renomę.

Wychowawczynią jest Pani od Rosyjskiego. Pani, jak na rusycystkę, bardzo nietypowa. Wbrew obiegowym opiniom, głoszącym w tamtych czasach, że nauczyciele rosyjskiego to forpoczta komuny i najzagorzalsi utrwalacze sojuszu ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, nasza Pani jest przewodniczącą Szkolnego Koła NSZZ «Solidarność» Pracowników Oświaty.

Kiedy rok później, tuż przed wyborami do Sejmu kontraktowego, nauczyciel «wuefu» – a przy tym przewodniczący nauczycielskiej Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR – ukarze sporą grupę uczniów uwagami w dzienniku, za przyklejenie do tornistrów naklejek reklamujących Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, dzielna, choć niskiego wzrostu, rusycystka, stanie odważnie w obronie «swoich dzieciaków». Nikt nigdy nie dowiedział się, co miało miejsce podczas posiedzenia rady pedagogicznej, ale następnego dnia, na godzinie wychowawczej, Pani od Rosyjskiego poinformowała lakonicznym i, jak zwykle suchym, tonem:

– Rozmawiałam z panem od «wuefu», kazał was przeprosić i powiedzieć, że się niepotrzebnie uniósł; uwagi, które wam wpisał, nie będą miały wpływu na semestralną ocenę z zachowania.

Wszyscy zachowali kamienne twarze, ale w sercu odczuwali triumf, któremu dali wyraz na przerwie. Z taką Panią od Rosyjskiego szybko obalimy komunę! Strach się było bać takiej profesorki!

Wychowawczyni klasy 2A – Pani od Rosyjskiego, miała też bardzo zwariowane pomysły. Kiedy bowiem musiała przeprowadzić lekcję pokazową dla rusycystów ze wszystkich liceów w województwie, stwierdziła, że sama lekcja nie wystarczy i że nie warto ściągać ludzi z odległych miejscowości na jedyne czterdzieści pięć minut. Dlatego, jako dodatek do tej pokazówki, zaproponowała uczniom przygotowanie przedstawienia na kanwie wierszy Anny Achmatowej. Miały być one recytowane w polskim przekładzie, co znacznie ułatwiało zadanie. Wzięła się za reżyserowanie ostro i energicznie. Bo przecież «jej dzieciaki» to humaniści, z kim, jeśli nie z nimi, można zrobić prawdziwy teatr?

Ponieważ klasy humanistyczne są, w większości przypadków, mocno sfeminizowane, w 2A, na dwadzieścia siedem dziewcząt przypadało tylko siedmiu chłopaków. Tym sposobem, albo – by użyć rosyjskiego – tаким образом, piszący te słowa, jako jedyny przedstawiciel męskiej części klasy, trafił do obsady spektaklu. Czy spośród swoich kolegów był najlepszy do przedsięwzięcia tego typu? Z fałszywą skromnością powie, że chyba nie. Ale już wcześniej, na szkolnych akademiach, udzielał się jako etatowy – i nie najgorszy – recytator, był o sześćdziesiąt kilo młodszy niż obecnie, pisząc te słowa, zaś metr osiemdziesiąt wzrostu zapewniało mu jako taką prezencję. Powiedzmy więc, zgodnie z historyczną prawdą, że był naturalnym kandydatem do wzięcia udziału w tej «rozróbie».

Przez następne kilka tygodni młodzi aktorzy czuli się wybrańcami losu. Co chwilę, zwalniani z lekcji przez swoją Wychowawczynię, uczestniczyli w wielogodzinnych próbach. Pani od Rosyjskiego reżyserowała ich energicznie, ale też pozwalała im samym się reżyserować: chętnie przyjmowała sugestie, dopuszczała kłótnie o ustawienie na scenie, o ruch, gesty i mimikę. Słowem: wyzwoliła prawdziwą aktorską pasję, rozpętała burzę mózgów – każdy, kto miał choćby maleńką rólkę i parę linijek tekstu, czuł się odpowiedzialny za całość przedsięwzięcia.

Dość powiedzieć, że przedstawienie dla nauczycieli języka rosyjskiego okazało się bardzo udane.

Pani od Rosyjskiego uznała jednak, że szkoda marnować wielodniowy trud dla jednego tylko spektaklu. Zaplanowała więc dodatkowe przedstawienie dla uczniów i grona pedagogicznego oraz kolejne, dla komitetu rodzicielskiego. Odbył się ponadto spektakl «na wyjeździe» – czyli na deskach Miejskiego Domu Kultury, tego samego, w którym co roku występują profesjonalne zespoły w ramach Spotkań Teatralnych!

Młodzi artyści poczuli się jak zawodowcy. Żeby nie wyjść z wprawy, trzeba było wznowić próby. Rano lekcje (nie oszukujmy się, aktorzy byli z nich zwalniani, by w tychże próbach uczestniczyć), zaś wieczorami kolejne występy, przez kilka dni z rzędu. Toutes proportions gardées, jak w prawdziwym teatrze, gdy sztuka nie schodzi z afisza przez dłuższy czas!

Trzeba znów przyznać, co autorowi zdarzało się już w poprzednich odcinkach, że – po ponad trzydziestu latach – wiele szczegółów tego jedynego w swoim rodzaju przedstawienia pamięta zaledwie jak przez mgłę. Nie może jednak zapomnieć emocji i twórczego podniecenia, jakie towarzyszyły przygotowaniom i samym spektaklom.

Zapomniał też większość tekstów, ale ten dialog, zagrany z koleżanką, pamięta:

Koleżanka: Wydawało się: stopni tak wiele,
Koleżanka: Lecz wiedzialam, że trzy, na pewno!
Koleżanka: Pośród klonów jesienny szelest…
Koleżanka: On poprosił:
Autor:ankaO umrzyj ze mną!
Autor:ankaOszukały, zabrały mi siły
Aut or:anka
Losy zmienne i nierozumne
Koleżanka: I odrzekłam: «O miły, miły,
Koleżanka: Mnie tak samo! I z tobą umrę!»

Kiedy kilka lat później wyżej podpisany obejrzy genialny film «Stowarzyszenie umarłych poetów» z Robinem Williamsem w roli głównej, wzruszy się głęboko, choć nie będzie specjalnie zaskoczony. Będzie bowiem wiedział z «własnej autopsji» – jak mawiają niektórzy – że tacy nauczyciele istnieją naprawdę, nie tylko w głowach hollywodzkich scenarzystów filmowych.

Ale i dziś nie ukrywa, że łza kręci mu się w oku, a ekran komputera rozmazuje się co jakiś czas. Czyżby nostalgia za utraconą młodością? Przecież to już piąty odcinek, przy poprzednich coś takiego mu się nie zdarzało!

Nie, powód jest zupełnie inny.

Dziewięć lat później, w 1997 roku, autor jest już poważnym alumnem, studentem przedostatniego roku seminarium duchownego. To rok pamiętnej Piątej Pielgrzymki Jana Pawla II do Ojczyzny. Na jej trasie znalazło się także nasze miasteczko, które dopiero za dwa lata straci status wojewódzki. Wszyscy alumni rozjeżdżają się po Polsce, by uczestniczyć w uroczystościach z udziałem Papieża. Nasz bohater, ma się rozumieć, otrzymuje od przełożonych pozwolenie, by udać się do swojego rodzinnego miasta; jakże mogłoby być inaczej!

Kiedy, po wielogodzinnej podróży, wysiada z autobusu, jego wzrok przykuwa skromny nekrolog, naklejony na szybie przystanku dla «pekaesów».

Pani od Rosyjskiego! Choroba nowotworowa zabrała Ją przedwcześnie: w chwili śmierci była o ładnych parę lat młodsza od swojego ucznia w momencie, gdy pisze te słowa.

Nasz autor, wtedy już prawie-ksiądz, wie, że ludzie umierają, że zdarza się to nawet dzieciom.

Ale kobieta tak silna i energiczna, która nie bała się komuchów i trudnych wyzwań, miałaby dać się pokonać jakiejś głupiej chorobie? Niemożliwe! A ponad wszystko, to przecież Nasza Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego!!!! Piszący te słowa przez chwilę łudzi się jeszcze, że może to tylko zbieżność nazwisk. Lecz podpis pod nekrologiem nie pozostawia żadnych wątpliwości: Pogrążeni w bólu dyrekcja, grono pedagogiczne i uczniowie Liceum Ogólnokształcącego w…

*

Od ponad dwudziestu lat absolwenci klasy humanistycznej są sierotami.

Pani od Rosyjskiego nie było przy nich w ważnych momentach ich dorosłego życia. Piszący te słowa tak bardzo chciał Ją zaprosić na swoją prymicyjną Mszę Świętą! Na pewno byłaby dumna. Kiedy kilka dni po maturze okazało się, że, jako jedyny w klasie, nie złożył podania na żaden uniwersytet (a każde takie podanie musiało być podstemplowane przez dyrekcję, z wyjątkiem próśb o przyjęcie do seminarium; Kościół miał własne procedury i – poza świadectwem maturalnym – nie wymagał «błogosławieństwa» szkoły), Pani od Rosyjskiego zaczepiła naszego bohatera na szkolnym korytarzu:

– Nie musisz nic mówić. Wiem, że idziesz do seminarium i obserwując cię, domyślałam się tego od dawna. Nie jesteś zresztą jedyny, w każdej klasie, gdzie byłam wychowawczynią, mam przynajmniej jednego absolwenta, który został księdzem. Może jednak zastanowisz się wcześniej nad jakimiś świeckimi studiami, jakimś zawodem? Nie wszyscy dochodzą do kapłaństwa, więc, tak na wszelki wypadek, dobrze jest mieć jakiś fach w ręku.

Piszący te słowa nie posłuchał Jej sugestii, choć po latach, patrząc na – nierzadko pogmatwane – losy wielu swoich kolegów seminarzystów, którzy w trakcie przygotowania do kapłaństwa zmienili zdanie i wybrali inną drogę, docenił mądrość tej rady.

Bardzo brakowało Pani od Rosyjskiego na hucznych i uroczystych obchodach trzydziestolecia matury w 2020 roku!

Pozostaje tylko przywołać słowa Jej ulubionej poetki, której tworczość, w tak niekonwencjonalnej formie, odkryła przed «swoimi dzieciakami»:

Oszukały, zabrały mi siły
Losy zmienne i nierozumne…

Pamięci Małgorzaty Walciszek, magister filologii rosyjskiej, działaczki podziemnej «Solidarności»; nieodznaczonej, jako aktywistki zbyt niskiego szczebla, Krzyżem Kawalerskim – ani jakimkowiek innym – Orderu Odrodzenia Polski; przede wszystkim jednak jedynej w swoim rodzaju Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego.

Z domowego aresztu (11)

Zbigniew Milewicz

Kocynder, czyli dowcipniś

Kolejne urodziny, tym razem równa setka, a więc nie można ich pominąć. Tym bardziej, że jubilat wcale nie jest dostojny, wysuszony, ani napuszony, tylko rozdokazywany jak nastolatek, każdemu by dowalił śmiechem, podłożył nogę, albo szpilę wsadził… Może trochę pożółkł z upływem czasu, ale to mu darujmy, tak się już dzieje z papierem. Nazywa się Kocynder i ma dopisek: Czasopismo wesołe, górnośląskie. Wychodzi kiedy chce i kiedy może. Niestety od blisko 70 lat już nie wychodzi, ale zrobiło w swoim czasie tyle dobrego dla jego czytelników i Śląska, że trzeba o nim trochę opowiedzieć.

Marek Szołtysek – śląski pisarz, dziennikarz i historyk, zrobił to z właściwą mu swadą ( 28.06.2017) na łamach Dziennika Zachodniego:

Wykształcony mieszkaniec współczesnego Śląska wie, że Zagłoba jest dowcipnym bohaterem powieści Sienkiewicza, a Stańczyk to błazen. Większość wie też, gdzie Telimenie z „Pana Tadeusza” wlazły mrówki. Ale ten sam mieszkaniec Górnego Śląska nie ma pojęcia, kim są: Francek Fyrtok, Róźla Pyscycka czy Walek Brózda (…), bohaterowie Kocyndra, jednej z najważniejszych gazet w dziejach Śląska.

Ów Kocynder – co znaczy dowcipniś – to była śląsko-polska gazeta, a jej najlepszym okresem były lata 1920-1922 – czas powstań śląskich, plebiscytu i włączenia części Górnego Śląska do Polski. Ludzie czekali na kolejne wydania i masowo utożsamiali się z bohaterami. Były to postacie fikcyjne.

Z jednej strony były to pseudonimy, za którymi ukrywali się autorzy niepokorni wobec niemieckiej władzy na Śląsku. Z drugiej strony stworzono pozytywnych bohaterów, którzy weszli wówczas do świadomości śląskiej społeczności.

Tymi kocyndrowymi wicmanami byli przede wszystkim:

* HANYS KOCYNDER – to jakby główna postać. Jego imię i nazwisko można dosłownie przetłumaczyć ze śląskiego na polski, jako Jaś Dowcipniś. W większości Kocyndrów Hanys Kocynder narysowany był na pierwszej stronie, w tytułowej winiecie.

* RÓŹLA PYSCYCKA – co znaczy Róża Pyskata. Przedstawiana jest jako klachula, czyli plotkara, chodząca w śląskim stroju. Mo chopa, dziecka, we chlywiku wieprzka, a komyntuje, co sie na beztydziyń na Śląsku wyrobio. Oto fragment z zachowaniem oryginalnej pisowni: „Jak tam we tyj Genui [na konferencji międzynarodowej w 1922] mogom ci Francuzi i nasi siedzieć ze Niymcami przi jednym stole i z niymi godać, jak łoni tu mordujom Francuzow i Polokow? Jo bych im do pusku napluła i nazdałabych im /…/”.

* MUZYKANT GUSTLIK – grywa na harmonii i układa wesoło-polityczne pieśniczki, przykładowo: „Grywom na harmonii, śpiewom mej dziewczynce, zaś zeszłego roku grołech na maszynce [karabin maszynowy]. Hej, pod Świętą Anną bitwa się toczyła, a maszynka moja orgeszów [niemieckich bojówkarzy] kosiła”.

* WALEK BRÓZDA – to śląski gospodarz, co do Kocyndra pisuje listy, w których sam się przedstawia: „Mom 20 jutrzyn (1 jutrzyna = pół hektara], dwie krowy, konia, moja staro Brózdzino, maciora z prosiętami, pora kur, gęsi i ośmioro dzieci”.

* FRANCEK FYRTOK – buks i elwer, czyli cwaniak i bezrobotny, który spogląda na śląskie sprawy z punktu widzenia biednych, ale wesołych ludzi.

DEJCIE POZÓR! Powiedzmy jeszcze, że jeżeli ktoś czuje braki w kocyndrowym wykształceniu, to łatwo temu zaradzić, bo przez internet w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej można za darmo zapoznać się z treścią kilkudziesięciu Kocyndrów (TU). Zachęcam!

Tyle Marek Szołtysek. Dodam, że współzałożycielami pisma byli Stanisław Ligoń – literat, malarz, ilustrator, reżyser, aktor, polityk i działacz kulturalny, piszący pod pseudonimem Karlik z „Kocyndra” lub St.L., który pełnił jednocześnie funkcję głównego grafika, publikującego w nim swoje antypruskie karykatury; Jan Przybyła, Wiktor Polak, Józef Bednorz i Edward Rybarz. Swoje grafiki zamieszczali ponadto Kazimierz Grus, Jan Szwajcer pseud. „Jotes”, Antoni Romanowicz, Gwidon Miklaszewski, Franciszek Miądowicz oraz Wacław Lipiński. Współpracowali literacko Teodor Tyc pod pseudonimem „K.” oraz Julian Tuwim.

Pierwszy numer ukazał się w Mikołowie i drukowany był w wydawnictwie Karola Miarki, później doszły drukarnie w Bytomiu i Katowicach. Ze względu na niespokojną sytuację polityczną redakcja bardzo często zmieniała lokalizacje. Zmienny był także nakład pisma; w roku 1921 wyniósł on 20 000 egzemplarzy. Swoim zasięgiem gazeta obejmowała cały Górny Śląsk. Pismo wychodziło raz w miesiącu jednak czasami redakcja publikowała również numery specjalne, które powiększały liczbę wydanych egzemplarzy.

W okresie plebiscytu na Górnym Śląsku Kocynder prowadził pro-polską agitację drukując nawet karty do głosowania ze wskazaniem, gdzie należy postawić krzyżyk. Jego stałym elementem było wyszydzanie pruskiego imperializmu i drylu, czyli walka z germanizacją Śląska. Wybuch II wojny światowej przerwał wydawanie miesięcznika, a redakcja się rozproszyła. Jan Przybyła w 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, a Wiktor Polak w Mauthausen-Gusen. Po zakończeniu wojny pismo zostało wznowione i ukazywało się w Katowicach aż do roku 1958. Dla satyryków nie brakowało nowych tematów, zatem dalej było chętnie czytane, ale przecież nic nie trwa wiecznie.

Na zdjęciu: strona tytułowa Kocyndra z 1921 roku.

Spotkania z Księciem Ciemności 21

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

O czemże pisać, gdy nie bardzo jest o czym pisać? – to, jak mniemam, kluczowy problem każdego stałego felietonisty. Coś na blogu umieścić trzeba – no, w każdym razie wypada – a tu nie bardzo jest co, bo nic szczególnego się nie wydarza: dni mijają, wiosennej (czy właściwie już prawie letniej) pogody brak, kwarantanna trwa, a Książę całe dnie spędza „w terenie”. Oczywiście: wciąż przychodzi najeść się i wyspać, pobawić z Kropką i odrobinę pomiziać z moją Żoną, ale są to wizyty sporadyczne. Wszak tyle jest do zrobienia wszędzie gdzie indziej!

Może więc właśnie o tej nieobecności?

Często zastanawiam się, co On wówczas robi, gdzie się szlaja, dokąd go nosi. Właściwie już się przestałem o Niego bać: wszak złego diabli nie biorą, a to przecież Książę Ciemności! Ale ciekawość pozostała: na co też Sierściuch mitręży tak wiele czasu?

Pozostanie to zapewne tajemnicą. Przecież, jak się już kiedyś zdeklarowałem, szanuję jego wolność i śledzić go nie będę. Inwigilować tym bardziej nie. Trochę szkoda, ale słowo się rzekło…

To już dorosły mężczyzna. Ma swój koci świat, do którego nigdy nie będę miał wstępu. Lecz nie mam wątpliwości, iż jest to świat fascynujący: domyślam się tego z migawek, które incydentalnie przemkną przed mymi oczyma.

I niech tak zostanie. Korzystaj z życia, Książę. Tylko proszę, uważaj na siebie! Bo my tu na Ciebie czekamy z Kropką.

Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.