Lucy Wielka Mistrzyni 6

Tibor Jagielski

Lucy i wiedza  

– Kto chce posiadać wiedzę – powiedziała Lucy pewnego słonecznego poranka do swoich uczennic i uczniów – musi także każdego dnia uczyć się,  jak tę wiedzę stracić.
– Dzięki temu, że tracimy – kontynuowała Lucy – przestajemy chcieć. W ten sposób osiągamy stan równowagi, nie miotamy się jak sępy i nie organizujemy jak mrówki w obliczu trupa, który nazywamy rzeczywistością.
– Zmuszeni do czegokolwiek, stajemy się bezwolni i bezsilni.

Lucy i istnienie  

– Z życia wynika śmierć – powiedziała Lucy – a trzynaście przyczyn trzyma nas  przy istnieniu, a trzynaście przyczyn powoduje nasze odejście. –  Ale  jak to się dzieje i dlaczego wszelkie bronie bitnych armii i dzielnych rycerzy są tutaj bezsilne? – rzuciła pytanie Wielka Mistrzyni.
– Bo niewzruszonych praw kosmosu nic i nikt nie jest w stanie zmienić.

Lucy i śmierć 

– Śmierć jest początkiem życia – powiedziała Lucy wskazując na baraszkujące w stawie kaczki.
– To co kochamy jest tajemnicą życia, a to czego nienawidzimy jest tajemnicą śmierci,
 i nie tylko moje ptactwo wie, że wszystko można o pupę rozstrzsakać
 a ostatecznie o wszystkim zapomnieć – roześmiała się wielka mistrzyni.

***

Lato w Malużynie

Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze,
napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.

Mietek

A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka.
_________________________________

Mieczysław Węglewicz

Dym jeszcze spał w kominie
i rosa na szybach
a my o szarej godzinie
już w lesie na grzybach
jak mówił młody Wilczek
Stasiek – syn Krystyny
,,w brzeziny na kozaki,
na prawe w dębiny”
a jeszcze kurki, pociechy,
maślaki i kanie
z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.

Tata czekał nas w domu
,,ho ho, piękne grzyby”
chwalił
i po śniadaniu
szedł z nami na ryby.
Wędki bambusowe, przelotki, spławiki
i najcenniejsze
te małe, złocone haczyki.
Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej
a czasem ciasto z chleba
z żółtkiem zagniatane
ale chyba najczęściej brały na robaka
kiełbiki i uklejki
albo płotka jaka
choć Tacie się zdarzyło
że złowił szczupaka
Chodziliśmy się kąpać
drogą w dół ,,do młyna”
wypatrując chciwie śliczne młynarzówny
córki pana Kina
trzy panny Kinówny

Jeszcze mgły nad łąkami
Ledwo wstało słońce
a już szliśmy na ryby
po księżowskiej łące
W mgle pasł się koń plebana
A my, zjawy w szkodę
bo w trawie się
zbierało
pieczareczki młode
Koń nas dobrze rozumiał
i łąkę nawoził
a proboszcz niezupełnie,
bo piekłem nam groził…

Einstein

Tydzień temu zaprezentowałam Wam, kochanx Czytelnix, żarcik Konrada na temat berlińskiej zapowiedzi, że na stację wjechało metro i można wsiadać. Słychać wtedy cichy głos z głośnika, który mówi Einsteigen, bitte, proszę wsiadać. Ponieważ głos nie jest zbyt donośny, a na pewno, jak to w Berlinie, dykcja osoby mówiącej pozostawia co nieco do życzenia, cudzoziemcy i dzieci często słyszą tę zapowiedź jako “Einstein bitte”.

Oczywiście, “Einstein jaki jest, każdy wie”, ale pomyślałam, że może jednak napiszę tu o nim parę słów.

Gdy wpisuję słowa do wyszukiwarki – Einstein, Berlin – znajduję dziesiątki wpisów o kawiarniach z sieci Einstein. Trzeba dodać imię Albert, żeby Google przypomniał sobie, że był kiedyś taki człowiek, który mieszkał tu przez 19 lat, od 1914 do 1933 roku. Trochę to dziwne, bo jednak jest w Berlinie Nabrzeże Einsteina, są Podwórka Einsteina, jest jego dom z tablicą pamiątkową i, ale to już poza Berlinem, w miejscowości zwanej Caputh, letni dom.

Einstein! Był ulubioną postacią w przedwojennym Berlinie, gdzie cieszył się zarówno sławą geniusza, jak i profesora dziwaka. Chodził potargany, grał chętnie ale fatalnie na skrzypcach, witał gości na bosaka. Tak właśnie zwykły człowiek wyobraża sobie szalonego profesora.

Albert Einstein w biurze na Uniwersytecie w Berlinie. Public domain image.

Urodził się w Niemczech 14 marca 1879 roku, umarł 18 kwietnia 1955 roku w USA. Studiował w Zurychu. W roku 1905 opublikował pierwszą wersję Teorię względności. Do Berlina przyjechał w 1914 roku na zaproszenie Maxa Plancka. Pracował w Akademii Nauk i na Uniwersytecie Berlińskim, był kierownikiem Instytutu Fizyki. Dzięki obserwacjom, jakich dokonał podczas całkowitego zaćmienia słońca w roku 1919, uzupełnił i rozszerzył Teorię względności. Był już w tym momencie największą światową sławą, nie tylko w zakresie nauk ścisłych. Był sławą jako on sam, Albert Einstein. W roku 1921 otrzymał nagrodę Nobla.

Był słynnym kobieciarzem, jego obie żony bardzo cierpiały z tego powodu. Z pierwszą żoną, Milewą miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, która albo umarła, albo została oddana do adopcji, w każdym razie jej ślad zaginął. Wkrótce po przyjeździe do Berlina zaczął romans ze swoją kuzynką, Elsą Löwenstahl. Milewa zabrała dzieci i wróciła do Szwajcarii. Po rozwodzie Einstein ożenił się z Elsą i zamieszkał u jej rodziców na Schönebergu.

Gdy w latach 30. NSDAP coraz stawała się coraz groźniejsza, Einstein coraz częściej wyjeżdżał z wykładami do USA. W roku 1933, po przejęciu władzy przez Hitlera, nie wrócił do Europy. Pracował w Institute for Advanced Study w Princetonie, w stanie New Jersey, gdzie mieszkał z rodziną aż do śmierci.

W Berlinie upamiętniony został nader skromnie – na Haberlandstraße 5 umieszczono porcelanową tablicę pamiątkową (to taka berlińska specjalność te białe tablice), jest też nazwany jego imieniem mały park na Prenzlauerbergu.

O Pomniku przedstawiającym starego młodego Einsteina, rzeźbiarka, Anna Franziska Schwarzbach napisała wiersz:

Albert & Einstein auf einem Sockel?

Am Anfang war ein Stein,
eine Straße
und ein Wunsch
Einstein aus einem Stein

nein:
hieße: Einstein ›Steißbein‹ was dann?

I. Idee:
Einstein zwischen zwei Steinen
(relativ einfältiger Einfall)

II. Idee:
Einstein mit Einstein: aber wie?
(relativ guter Einfall)

III. Idee:
Albert & Einstein
(guter Einfall von Butzmann)
Wie aber steht Albert zu Einstein?
steht er neben ihm
steht er hinter ihm

Wiersz gra ze słowem Einstein, które po niemiecku znaczy kamień, jeden kamień. Może Tibor go przetłumaczy. Ja nawet nie próbuję.

***
W Caputh nad jeziorem Templińskim, 6 kilometrów na południe od Poczdamu, nie na Waldstraße 7 można obejrzeć dom letni Einsteina. W zamyśle miał to być dar miasta Berlina dla wielkiego naukowca, ale proces obdarowywania był tak skomplikowany i ciągnął się tak długo, że Einstein po prostu sam sobie kupił działkę i zatrudnił architekta (Konrad Wachsmann), który mu wybudował dom. Po wyjeździe Einsteinów do USA dom zmieniał właścicieli, służył jako szkoła żydowska, był siedzibą Wehrmachtu i przez wiele lat budynkiem mieszkalnym. Od roku 2006 dom można zwiedzać, trzeba jednak ostrzec potencjalnych zwiedzających, że już za życia Einsteina dom był urządzony w prawdziwie spartańskim stylu, a i dziś wydaje się dość skromny.

***

W Poczdamie znajduje się Albert Einstein Science Park z ekspresjonistyczną wieżą – Einsteinturm – w której mieści się obserwatorium astrofizyczne, zaprojektowane przez wybitnego architekta, Ericha Mendelsohna. Wieża została wzniesiona dla Einsteina – uczony7 prowadził tutaj badania spektrum światła słonecznego, których celem było potwierdzenie teorii względności.
Park Naukowy, dziś nazwany imieniem Alberta Einsteina,jest jednak starszy i został utworzony w połowie XIX wieku na tzw. Wzgórzu Telegraficznym (Telegrafenberg). Wg planów architekta Paula Emanuela Spiekera urządzono tu park angielski i wzniesiono obserwatoria astronomiczne, meteorologiczne i geodezyjne, stanowiące część Instytutu Astrofizyki. Dziś w budynkach w parku mieszczą się siedziby Niemieckiego Centrum Badań Geodezyjnych, Instytut Badań Polarnych i Morskich oraz Instytut Badań Następstw Klimatycznych. Najsłynniejszym budynkiem w parku jest tzw. Großer Refraktor z roku 1899, wyposażony w podwójny teleskop. Od roku 2006 refraktor jest znowu w użyciu.

Einsteinturm

My

Teresa Rudolf

Wpis numer 3333

A człowiek, człowiekowi …

W powietrzu drży 
niepokój oczekiwania,
jak lekki wiaterek.

W powietrzu drży
drażliwość człowieka,
przeciw człowiekowi.

W powietrzu drży
pogarda przeczarna
do własnego życia.

W powietrzu drży
złudzenie jak bańka,
nadzieją mydlana.

W powietrzu drży
strach przed losem,
z obliczem Barba-Papy,

ciągle jak on zmiennym,
bawiącym się światem
wesolutko, z chichotem,

rozwalającym całe życie
kontynentów, narodów,
poszczególnych ludzi.

I coraz, coraz częściej
krzywdząc stadne wilki, 
powiadamy:

“człowiek, 
człowiekowi
wilkiem”…

…zamiast: “człowiek,
człowiekowi Covidem”…

Cztery pory roku

W swej Wiośnie
przychodzisz na świat,
zieleniący się tobą…

Pełnią swych pączków
cieszysz oczy ludzkie,
twym kwileniem uszy.

Twoje Lato wybucha
w tobie, nieobliczalnym
pięknem dojrzewania.

Zakwitniesz, zaowocujesz
może, zostaniesz, albo
z wiatrem daleko odlecisz?

A w Jesieni,
całością swej dojrzałości,
cieszysz świat własnym, pięknym kolorytem.

Lecz opadają też i twe liście, 
rozwiewane bardzo smutnym 
wiatrem twego przemijania. 

W Zimie kurczysz się boląc
w sobie, jakoś tak marszczysz 
z zimna lub częstej samotności.

I  kiedyś już odchodzisz,  
w białym, czystym śniegu,
żalu, miłości, smutku po tobie,

lub tylko w brunatnej ziemi,
zasypującej już na zawsze
pamięć, że kiedyś się tu było…

…  a zależy, jaką,
przyrodą byliśmy…

Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki

Ewa Maria Slaska

Czyli kolejne łąki w zaświatach (i nie)

Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy.
Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.

Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.

To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)

Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.

W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.

Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.

Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).

W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.

Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.

Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.

O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).

Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.

Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.

Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.

Dodatek literacki (za Magazynem Podkowiańskim):

Osip Mandelsztam

Meganom

Jeszcze nie kwitną asfodele,
Wiosna jest szaroprzezroczysta.
Na razie jeszcze wrą tu fale,
Wiatr w chroboczącym piasku śwista.
Lecz już wstępuje moja dusza
W taneczny krąg, jak Persefona,
A kto w królestwie zmarłych widział
Ręce po łokcie opalone?

A czemu łódce powierzamy
Urnę, gdzie ciężki proch wsypano
I święto czarnych róż święcimy
Nad ametystów ciekłych pianą?
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

Jak szybko chmur łańcuchy płyną
Przez ciemniejące nieboskłony
I czarne róże lecą w strzępach
Pod księżyc wiatrem opleciony.
A ponad rufą cyprysową,
Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny,
Ostatnich wspomnień wielka flaga
Wstęgą rozwłóczy się żałobną.

I otwierają się szeleszcząc
Smutne minionych lat wachlarze,
Tam, gdzie amulet dygoczący
Niegdyś się zarył w piasek plaży.
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

1917

Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz

Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.

Einsteigen bitte

Ewa Maria Slaska; pomysł opowiadania we wpisie – Konrad

Bardzo lubię znajdować na ulicy kartki książek i z kilku stron, albo zdań odgadywać, co to jest za publikacja. Najchętniej korzystając z własnych domysłów, ale, jak się nie da inaczej, wpisując jakieś słowa do wyszukiwarki.

Wielokrotnie bawiłam się tak sama ze sobą i z czytelnikami, wielokrotnie w konsekwencji takiej zabawy wypożyczałam zidentyfikowaną książkę z biblioteki lub ją kupowałam.

Zainteresowani mogą poszukać sobie na blogu takich moich zabaw. Jedna z nich jest TU. Tym razem jednak nie udało mi się odtworzyć, kto jest autorem tych kilku stroniczek. Znalazłam je na stacji metra. W przeciwieństwie do kartek znajdowanych na ulicy, te były czyściutkie, wręcz wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie czytał, a tylko położył tu kilka kartek z książki. Podrzucił. A może nie podrzucił, lecz zrobił wizualizację bądź inscenizację. Może miała w ten sposób powstać fotografia na okładkę książki, która dopiero zostanie wydana. To by tłumaczyło, dlaczego nie ma jej jeszcze w sieci.

Albert Einstein na berlińskiej stacji metra – ilustracja wykonana przez sztuczną inteligencję, zachęconą do podjęcia takiego tematu przez Konrada


To krótkie opowiadanie, dzieje się w Berlinie w roku 2022. Nie wiadomo zatem, ani kim jest autor, ani kim jest narrator i dlaczego może zrobić to, co może.


Wylądowałem na szczycie Kolumny Zwycięstwa. Zostałem uprzedzony, że tak właśnie będzie, bo moi poprzednicy też tu zaczynali. Stałem na górze i patrzyłem na szary park, rozciągający się wokół skrzyżowania. Gdyby była pogoda, mógłbym zobaczyć wielbłądy i małpy w berlińskim Zoo, ale było mgliście i niewiele było widać.

Na szczęście nie marznę. W ogóle nie jestem typem pogodowca. Nie przeszkadza mi upał, ani mróz. Jednak czasem mam na sobie ciężki zimowy płaszcza, a czasem lekką marynarkę płócienną. Nie dlatego, żeby płaszcz był mi do czegokolwiek potrzebny, ale nie mam się rzucać w oczy. Poza tym moi poprzednicy też mieli na sobie takie płaszcze. Oczywiście wiecie, o co chodzi, o ten film Wima Wendersa, zatytułowany Niebo nad Berlinem. Kiedyś kultowy obraz, ale teraz to określenie się raczej zdewaluowało.


W zeszłym roku do ONZ nadszedł list, w którym zapowiedziano moje przybycie na ziemię. W zwięzłych słowach Ziemianie zostali poinformowani, że postanowiono przywrócić do życia jedną osobę, taką, co do której cała ludzkość nie będzie miała wątpliwości, że tak, to właśnie jego albo ją należy ożywić. W liście podano tryb składania propozycji oraz sposób ich weryfikacji.

Propozycje musiały być złożone do 31 grudnia 2021 roku.

Ogłoszenie werdyktu nastąpi 22.02.2022.

Okazało się, że wybór daty nie był szczególnie fortunny, bo ludzie widząc ten ciekawy palindrom, stawali się nieufni i zaczynali węszyć oszustwo. Ale nikogo to nie obchodziło. Nieufni nie musieli składać propozycji, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Była tylko wyraźna prośba, żeby nie proponować osób prywatnych, ukochanej babci albo słynnego pradziadka. Oczywiście liczyliśmy się z tym, że mnóstwo ludzi tego nie posłucha. Był to nieunikniony koszt.

Propozycje lokalne wrzucało się do lokalnych skrzynek na listy lub oddawało bezpośrednio listonoszowi czy w urzędzie pocztowym. Listy musiały mieć wyraźny napis na kopercie: 1 osoba, 1 person, 1 Mensch, 1人, 1 човек, 1 člověk, 1 persoon, 1 inimene, 1 henkilö, 1 personne, 1 άτομο, 1 személy, 1名, 1 asmuo, 1 pessoa, 1 persoană, 1 человек i tak dalej.

Administracje lokalne wyznaczały miejsce gromadzenia tych listów i kierowały pracowników do ich sortowania. To na nich spoczywał ciężar usunięcia listów żartobliwych, anonimów, listów z pogróżkami i wymysłami, próśb o dofinansowanie, oraz propozycji prywatnych. Prace przy sortowaniu były najtrudniejszą częścią projektu, ale tak, jak się spodziewaliśmy, okazało się, że w każdym kraju znalazły się setki i tysiące wolontariuszy, którzy z przyjemnością poświęcili czas na to zadanie.

W punktach zbiorczych szybko okazywało się, jakie są lokalne, a potem na kolejnych szczeblach regionalne i krajowe preferencje. Niekiedy z góry wiedzieliśmy, że w takiej na przykład Polsce obywatele będą masowo wybierali Jana Pawła II, a we Francji Charlesa de Gaulle’a. Ale niekiedy spotykało nas zaskoczenie. Otóż Szwedzi typowali wprawdzie Olofa Palme, ale większość opowiedziała się za… Gretą Garbo i Królową Krystyną. Oczywiście chodziło o jedną i tą samą osobę, wiedzieliśmy zatem, że gdy dojdzie do podejmowania ostatecznych decyzji, to statystyki zadecydują, która z tych kobiet miałaby zdaniem Szwedów zostać tą jedną przywróconą do życia osobą.

Ponieważ sortowanie listów przypominało procedury głosowania listownego, w krajach, które umożliwiały taką formę wyborów, znacznie szybciej doszło do wytypowania jednego kandydata krajowego.

Następny krok był jednak znacznie trudniejszy, bo przestały nas interesować liczby osób głosujących. Każdy kraj musiał w jakiś specjalny sposób zaznaczyć, jak ważne jest, by wybór światowy padł na lokalnego kandydata. Nigdzie nie wolno też było podać nazwiska ani sposobu reklamy swojego kandydata. Ja jako Wielki Juror musiałem się domyślić, o kogo chodzi i jak się go reklamuje.

W USA, gdzie wybrano Michela Jacksona, w drugiej turze wyborów wszędzie od świtu do nocy puszczano piosenkę I am bad.

W Polsce na każdym domu wisiały portrety papieża i biało-żółte flagi.

W Szwecji wyświetlano Królową Krystynę na wystawach sklepowych, nad Rosją unosiły się flotylle latawców, jak komety ciągnące za sobą napisy Ленин все еще жив.

Włosi wybrali w końcu Zofię Loren i we wszystkich restauracjach podawano fettucine, zeppole, frittata i inne smakołyki z jej słynnej książki kucharskiej, W kuchni z miłością.

W Hiszpanii gołębie na miejskich placach przypominać miały Krzysztofa Kolumba, w Chinach – bardzo nowocześnie – wyhodowano nowy rodzaj herbaty, niebieskiej, którą nazwano herbatą Mao Tse Tunga i którą rozdawano za darmo w całym kraju, zwłaszcza tam, dokąd przybywali turyści, zakładając, że ja też przybędę tą drogą.

I tu właśnie kryła się tajemnica tego, jak dokonany zostanie ostateczny wybór. Nikt nie wiedział, kto jest osobą oceniającą i decydującą, nikt nie wiedział skąd przybędzie główny Juror i na czym oprze swój werdykt.

Sposób zachęcania do wyboru musiał mu się spodobać, musiał być oryginalny i musiał udowadniać, że nawet zwykłych ludzi interesuje to, by ich kandydat został wybrany. W ten sposób 5000 mieszkańców wyspy Kiribati miało takie same szanse na wytypowanie “tej jednej osoby”, co miliard Chińczyków i miliard dwieście tysięcy Hindusów, którzy wybrali oczywiście Buddę.

Bardzo mi się podobała myśl, żeby rzeczywiście wybrać propozycję mieszkańców wyspy Kiribati. Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku – jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej. Jest to też największy atol i największa wyspa koralowa na świecie. Na wyspie nie ma żadnych miast, są tylko cztery wsie, główna z nich nazywa się Poland, ku czci Polaka, inżyniera Stanisława Pełczyńskiego, który okazał się zbawicielem wyspiarzy. Rozwiązał bowiem problem nawodnienia plantacji drzew palmowych w czasie suszy i ugruntował tym samym dostatek całego kraju. Karibatyjczycy wybrali go jako “tego jednego człowieka”, co zaświadczyli przyczepiając do każdego drzewa palmowego na wyspie historię o tym, jak Pełczyński uratował ich od głodu i nędzy. Była właśnie pora sucha, palmy nawodniano metodą Pełczyńskiego, a wieczorami przy ogniskach tańczyli Karibatyjczycy, śpiewając piosenkę o santapeczynskim.

I być może rzeczywiście zdecydowałbym się na Pełczyńskiego, gdyby nie Berlin, a właściwie jedno dziecko, pewna mała podobna do elfa dziewczynka w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku.

Gdy zszedłem na dół z Kolumny Zwycięstwa, poszedłem na piechotę przed siebie. Nigdzie nie widziałem żadnej reklamy. Po kilku godzinach wciąż jeszcze nie wiedziałem, na kogo Niemcy się w końcu zdecydowali. Wiedziałem tylko, że rozważali kandydaturę Marcina Lutra, Alberta Einsteina i Angeli Merkel, choć ta wciąż jeszcze żyła; ale rozumieliśmy intencje tych, którzy ją typowali. Gdyby umarła, to mielibyśmy ją ożywić. Po długim spacerze wsiadłem wreszcie do metra i usłyszałem z głośnika na stacji cichy głos, który mówił “Einstein, bitte”. Uznałem, że to bardzo ciekawa metoda zachwalania kandydata. Rzeczywiście, ilekroć wsiadało się do metra, zawsze i wszędzie jakiś głos mówił “Einstein, bitte”.

Bardzo przekonujące. Jeździłem metrem przez wiele godzin, przesiadałem się z jednej linii na drugą i wszędzie słyszałem ten głos, zachęcający mnie: “Einstein, bitte”. Było to ciekawe, ale wciąż jeszcze sercem byłem w Karibati. Pod wieczór, niemal już zatem zdecydowany, by jednak wybrać Pełczyńskiego, zobaczyłem nagle tę dziewczynkę w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku. Wsiadła z rodzicami i biegała pomiędzy nimi, wołając z przejęciem: “Einstein, bitte, Einstein, bitte, bitte, bitte” – proszę, proszę, wybierzcie Einsteina.

I tak to, proszę Państwa, dzięki tej małej tak przejętej dziewczynce, 22.02.2022 roku przywrócimy do życia Alberta Einsteina, autora Teorii Względności.

Unser Mauerbuch / Nasza książka o Murze Berlińskim

Ela Kargol / Krystyna Koziewicz / Ewa Maria Slaska

W piątek 21 stycznia o godzinie 18.30 w VHS Mitte na Antonstraße 37 (sala 207) zaprezentujemy nasze książki / Am Fr 21. Januar um 18.30 Uhr in der VHS Mitte Antonstraße 37 (Saal 207) werden wir unsere Bücher präsentieren.

Czyli dziś. / Dh. heute.

Czekają nas normalne aktualnie rygory pandemiczne – trzeba mieć dwa szczepienia plus test, albo być ozdrowieńcem plus test. Potrzebne są też oczywiście maski.

Es gelten übliche Anti-Covid-Bedingungen – man muss zwei Impfungen vorweisen oder genesen sein, dazu noch Test (also 2G+). Selbstverständlich muss man auch Masken haben.

Zastanawiałam się, co mam tu opublikować, żeby Was zachęcić do przyjścia na nasze dzisiejsze spotkanie i po dłuższym namyśle wybrałam wiersz o kościele wysadzonym w powietrze z powodu budowy Muru Berlińskiego. To piękny wiersz. Pisała o nim Ela Kargol – TU:

Milly Hilgenstock (1961)

Die Kirche steht leer und verlassen
Milly Hilgenstock /tłum. Ewa Maria Slaska (2019)

Cichy jest kościół, opuszczony
Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.
Ulica Bernauer w Berlinie,
Linia co środkiem miasta bieży,
Cichy tu kościół, opuszczony
Mur, wieża i dzwony na wieży.
Te dzwony od tylu brzmiały lat
na cześć i chwałę pojednania
Obiecywały szczęśliwy świat,
I koiły wojenne rany.
Teraz przebrzmiały dzwonów tony,
Zamurowany kościół i drzwi.
A gdzie pieśnią dźwięczały dzwony
Milczy nawa i niemy jest chór.
Zatrzymał się zegar na wieży,
zanim północ wybiła w mroku.
Pokąd Panie trzeba nam wierzyć?
I czekania czas kiedy minie?
Co mówią wskazówki zegara,
Zatrzymane tuż przed północą?
Mur nam się spotkać nie zezwala
Mur nas wypędził na krawędź dnia.
Nasi bracia, siostry czekają,
martwy nas od nich mur oddzielił.
Wiemy, kiedyś się znów spotkamy,
Pan pozna swoich, nie traćmy nadziei.
Cichy jest kościół, opuszczony,
Nie ma blasku świec i organów.
Na ulicy wiodącej do Bernau
Płaczą kamienie i kraczą wrony.
Lecz przyjdzie czas, że krzyż urośnie,
Doczekamy, strwożeni, słabi.
Bóg pojedna nas z sobą radośnie
I niech moc znowu będzie z nami.

Aus unseren Bücher suchte ich für Euch ein Gedicht, geschrieben als die Berliner Mauer errichtet wurde – 1961. Die polnische Übersetzung fertigte ich, als Ela Kargol mit Joanna Trümner auf diesem Blog über die Mauer schrieben; der Beitrag über Versohnungskapelle, in dem auch dieses Gedicht seinen Platz fand, wurde veröffentlicht am 13. August 2019 zum Jahrestag der Errichtung der Mauer.

VHS-Antonstr-Mauerbuch – pdf zum Öffnen

Czekając na wiosnę (kicz)

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej

Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.


Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?

A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?

Wikipedia tak określa kicz:

Jako pierwsi słowem „kicz” zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.

To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:

Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.

Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.

Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.

Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.

Nasz świat

Teresa Rudolf

Rok 2090


…A było tu kiedyś,
dużo dinozaurów,
i mamutów, oj dawno…

A było tu kiedyś,
pełno zielonych,
soczystych lasów…

A było też kiedyś
tu pełno różnych,
miodowych pszczółek…

A było tu kiedyś
dużo, dużo śmiechu, 
śpiewu i radości.

I były też kiedyś
całkiem inne bajki
mój wnuczku…

A co to znaczy
las, pszczoła,
śmiech Babciu…
…i co to jest bajka?


Idąc miastem

Miasto idzie przez miasto,
tupie ciężkimi butami,
jakieś dzisiaj wściekłe. 

Miasto trzepocze flagami,
wniebogłosami krzycząc,
miota petardami ognistymi.

Miasto w każdym mieście
idzie twardym krokiem,
będąc głośno “za i przeciw”. 

Miasta całego świata, 
wrzeszczą, oj wrzeszczą, 
Babilon okrutnych przekleństw.

A tu i ówdzie ktoś umiera
cichutko, z głodu, od bomby,  
z czyjejś miłości – nienawiści,

od starości, od chorób,
może był “za i przeciw”,
a dziś już sam nie wie,

…gdzie była ta racja, 
bo słyszał tylko swój wrzask,
we wrzasku miast…

Chodzenie po mieście: Futurium

Ela Kargol

Futurium, budynek po wschodniej stronie miasta, tuż za murem, zbudowany został między murem przednim i tylnim, na pasie granicznym, między Berlinem Zachodnim a Wschodnim.

Gdy zaczęto budowę w 2015 roku, Berlin był już od 25 lat na powrót jednym miastem, a o prawie 30-letnim podziale stolicy Niemiec powoli zapominano. Pierwotną nazwę budynku Dom Przyszłości zmieniono jeszcze przed otwarciem na bardziej światową i uniwersalną Futurium – łacińskie nazewnictwo też nawiązuje do przeszłości.

Ni to muzeum, ni plac zabaw, miejsce pomysłów i przeszkolonych ścian, z widokiem na prawdziwe życie. W środku dużo łapaczy spojrzeń i nierealnych wizji na przyszłość. Byłam tu pierwszy raz z wnukami i córką, by po kilku dniach wrócić z przyjaciółkami w moim wieku, a my z racji naszego wieku inaczej patrzymy na przyszłość. Często wizje przyszłości były już faktem w naszej przeszłości.

Jest na co patrzeć, na czym wzrok zatrzymać, choć czasem trudno poznać, zdefiniować przedmiot. My i tak wiemy swoje, my rocznik krótkopowojenny.


Ptaki z papieru, białe piękne, prawie wylatujące z budynku, zwróciły moją uwagę, bo kilka minut przedtem oglądałam inne, te prawdziwe. Moja córka podziwiała cierpliwość tego, kto je z papieru zginał, wykonał, składał. A potem pytająco stwierdziła, ile kurzu się tam zbierze i kto ten kurz zdejmie z tych papierowych ptaków. Córka ma odkurzacz, który sam odkurza, gdy ona wyjdzie z domu, thermomiks, który potnie, posieka, wymiesza, zmieli, ubije, ugotuje, podsmaży, podgrzeje, włączy się i wyłączy. Nie ma jeszcze robota, który do stołu poda. Pralka wypierze, zmywarka umyje. Jedynie trzeba powiesić pranie, naczynia poukładać do szafy, no i od czasu do czasu przyjdzie pani Lucyna pouskramniać resztę. Jest jeszcze Alexa, której można zadać wiele pytań. Choć jeszcze nie na wszystkie odpowie.
Chyba to właśnie córka pierwsza w naszej rodzinie zwróciła nam uwagę na segregowane śmieci. Nie, żebyśmy tego wcześniej nie robili. Makulaturę i butelki oddawaliśmy do skupu. Mleko było w butelce i tylko na wymianę. Z torbą, najczęściej samemu uszytą, zawsze szliśmy do sklepu, prawie wszystko było na wagę, do torby, lub pakowane w kawałek gazety, rzadziej w papier.
A potem pojawił się plastik, a przedtem jeszcze wielka industrializacja.

Mój ojciec, dziecko z galicyjskiej biedy, a później tej powojennej, pokochał plastik, ja kochałam ojca, a więc miłość do plastiku też przejęłam. W Futurium jest dużo plastiku. Te papierowe ptaki, przyjrzałam się im z bliska, są z plastikowego papieru, a lastriko na podłodze nie jest tym, czym lastriko było kiedyś. Jest ładne, przyszłościowe, praktyczne w utrzymaniu czystości.
Gdy córka pozbywała się swoich plastikowych talerzyków, wszystkie przyjęłam pod swój dach. Córka kupiła inne, z innego plastiku, takiego bio, czyli organicznego, podobno się lepiej rozkłada. Plastiku się nie pozbędziemy, nigdy, nie wyobrażam sobie tego. Stworzymy lepszy plastik i to ten lepszy będzie pływał w wodach i oceanach.


Czym jest Futurium? Budynkiem, nowoczesnym, zbudowanym na planie nieregularnego pięcioboku, zaprojektowanym przez biuro architektów Richter / Musikowski. Przy Janie Musikowskim, urodzonym w Magdeburgu musiałam sprawdzić czy pan Musikowski ma polskie korzenie, nic nie znalazłam, ale kto wie?

Futurium – „Dom Przyszłości” to forum nauki, biznesu i polityki w stolicy. Budynek znajduje się w dzielnicy rządowej i pokazuje wkład nauki, badań i technologii w kształtowanie przyszłości. Inicjatorem projektu jest Federalne Ministerstwo Edukacji i Badań Naukowych. Instytut Maxa Plancka, Stowarzyszenie Helmholtza i Towarzystwo Fraunhofera, czytamy na stronie

berlin de (https://www.berlin.de/museum/4920901-2926344-futurium.html)

Futurium jest domem przyszłości. Tutaj wszystko kręci się wokół pytania: Jak chcemy żyć? Zwiedzający mogą odkryć na wystawie wiele możliwych przyszłości, przedyskutować je wspólnie na forum i wypróbować własne pomysły w Futurium Lab. (https://futurium.de/de?page=1)


Stwory udające roboty są śmieszne i jak stwierdził mój wnuk trochę nudne. Robot jest tylko lalką mówiącą, chodzącą, czasem rzeczywiście potrafi coś więcej. Ale najważniejszy jest człowiek myślący tu i teraz, i przyszłościowo. Nie zawsze, to co wymyśli będzie przyszłości służyć. To, co wymyślamy tu i teraz, może tę przyszłość zniszczyć, niekoniecznie zbawić lub naprawić. Czasami myślę, że jedynym ratunkiem dla ziemi jest spowolnienie, spowolnienie wszystkiego, industrializacji, rozwoju technologii, globalizacji, Spowolnienie i świadoma rezygnacja z pewnych wygodnych dóbr. Ale ja nie oddam pralki, zmywarki, komputera i komórki. Oddam może kilka plastikowych talerzyków. Mieszkam w bogatym państwie bogatej Europy, w mieście pełnym nowoczesnej architektury z zielonymi dachami, panelami słonecznymi i inną odnawialną energią, z parkami, ogrodami, zielenią, dzięki której to miasto oddycha, ale i całym wielkomiejskim zgiełkiem i dostępem… nie tylko do Futurium.

Zachęcam, zachęcamy wszystkich do odwiedzenia Futurium. Jeśli będziesz czuć się zagubiona/ny w pomieszczeniach na pierwszym piętrze, spójrz na miasto przez wielkie szyby od strony północnej, potem południowej, albo odwrotnie. To tam stała się przeszłość i staje się przyszłość miasta. Pociągi przejeżdżają dość blisko panoramicznych okien. Szpital Charité na wyciągnięcie ręki, inne budynki i miejsca dalej i bliżej, te co zapamiętałam Park nad Szprewą i Szprewa, Port Humboldta, Urząd Kanclerski, Reichstag, dawny Dworzec Hamburski, dziś muzeum sztuki nowoczesnej, daleko można dostrzec budynki przy Potsdamer Platz. Jeśli przypadkowo albo planowo o godzinie dwunastej spojrzysz przez południowe okna, to kinetyczna rzeźba „Moment obrotowy” ustawiona na słupie zacznie się obracać.


Pod pojęciem laboratorium rozumie się zazwyczaj pomieszczenie, w którym przeprowadza się badania techniczne. Laboratorium Futurium definiuje się jako pole doświadczalne, na którym można wypróbować pomysły na kształtowanie przyszłości. Pomieszczenia podzielone są na trzy strefy: architektura, biodesign i sztuczna kreatywność. Za całość wystawienniczą w Futurium Lab odpowiada 13 artystów, pisze Ronald Klein w Berliner Morgenpost (https://themenwelten.morgenpost.de/berliner-futurium-lab-zukunftslabor-kuenstliche-kreativitaet-architektur-biodesign-referentin-stefanie-holzheu-75054?fbclid=IwAR2BhTl8AFqL9bXi4IGsmiw-TpRDrX0-j8DcWB2vrjniZcOIeE_CwsGK8Vo)

Futurium Lab znajduje się w podziemiach budynku. Pod płytą fundamentową wykonano uszczelnienie podłoża, dzięki czemu poziomy piwnic znajdują się w nieprzepuszczającej wody konstrukcji żelbetowej, tzw. białej wannie.

Przedni plac zabaw dla dorosłych i dzieci, lepszy niż na pierwszym piętrze. Można stworzyć swój Krzyk Muncha lub inny obraz w stylu van Gogha, Picassa lub innego wielkiego artysty, z klocków lego zbudować miasto z domami, ulicami, przemysłem i zielenią. Interaktywną instalację Noosphere (czyli sfera ludzkiego rozumu) kanadyjskiego architekta Philipa Beesley’a skojarzyłam najpierw z otwartą muszlą i perłą w środku, ale potem przypomniałam sobie „światy” sklejane z opłatków przez moją babcię i podwieszane u powały w jej starej drewnianej chacie. Te babcine światy też reagowały na impulsy ludzi, którzy się do niej zbliżały. Drgały, szemrały, czasem z hukiem spadły.

Czym jest sztuczna inteligencja? Zabawką przyszłości? Czy sztuczna inteligencja jest naprawdę sztuczna, czy raczej kreatywna, oparta na obserwacjach świata realnego, Rośliny nie znają pana Fibonacciego, a liście ich układają się pod tzw. „złotym kątem”, łapiąc światło potrzebne do fotosyntezy. Sztuczną inteligencję tworzy człowiek i jego myśl.

Czy pandemia zmieni nasze myślenie i wizje przyszłości? Czy taki mały wirus lub bakteria, która zniszczyła diapozytyw pewnego zdjęcia podniesionego do rangi sztuki i wystawionego w Futurium, zniszczy nasz świat? Czy tak jak moja wnuczka przybrała schyloną pozę osoby ze zdjęcia, powinniśmy się pochylić nad przyszłością, bo na pewno pochyleni i zawstydzeni uciekamy z raju teraźniejszości, a może sama natura nas już z niego wygania.