Od czasu jak trzeba było nawet oczytanym ludziom wytłumaczyć, co to znaczy, że Annuszka już wylała olej, wiem, że trzeba wytłumaczyć wszystko, nawet rzeczy, wydawałoby się, najbardziej oczywiste. Idi nahuy (w bardzo różnych pisowniach i transkrypcjach) oznacza “wal się”, albo “pierdol się”, ale w dosłownym tłumaczeniu, no, tak, znaczy “idź do chuja”.
To wulgarne rosyjskie wyrażenie już od dawna robiło karierę w środowisku Chat-Roomowców i gier online, takich jak DOTA 2 lub CS: GO. Pojawiało się często w towarzystwie innych wyrażeń rosyjskich, niektórych wulgarnych, jak np. suka bladź, ale też zwykłych, jak bratan, czyli brat, brachu, ale raczej w znaczeniu ziomal, czy kumpel. Wyrażenie upowszechnił popularny DJ Capital Bra, który utworem Bratan w roku 2019 pobił wszelkie rekordy popularności na listach, dochodząc na sam szczyt listy.
W międzyczasie wyrażenie idi na chuj weszło do języka młodzieżowego, pojawiło się na koszulkach, straciło swoją ostrość.
I tak było, aż pojawiła się Wyspa Węży, czyli Ostriw Zmijinyj. To mała wyspa położona 50 kilometrów od południowego wybrzeża Ukrainy, na Morzu Czarnym. W sierpniu 2021 roku prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zorganizował konferencję prasową na Ostrowie i powiedział: „Ta niewielka wyspa, podobnie jak reszta naszego terytorium, jest ziemią ukraińską i będziemy jej bronić z całych sił”.
24 lutego 2022, pierwszego dnia rosyjskiej inwazji na Ukrainę, wyspa we wczesnych godzinach popołudniowych została zaatakowana przez rosyjskie okręty marynarki wojennej. Rosjanie przekazali ukraińskim żołnierzom, że mają się poddać, a ich odpowiedzią było zdanie: Русский военный корабль, иди нахуй (Russkij wojennyj korabl, idi nachuj). Wymiana zdań została nagrana. W nocy siły rosyjskie zajęły wyspę. Przez jakiś czas nie było wiadomo, co stało się z 12 ukraińskimi żołnierzami, broniącymi wyspy. Jednak obrońcy przeżyli, po wyczerpaniu amunicji i całkowitym zniszczeniu urządzeń obronnych na wyspie zostali wzięci do rosyjskiej niewoli.
I tak wracamy do naszej piosenki.
Odpowiedź ukraińskich strażników granicznych stała się okrzykiem mobilizacyjnym dla Ukraińców i ich zwolenników na całym świecie. Linijka obiegła kulę ziemską.
***
Pierwszy tydzień wojny Rosji z Ukrainą spędziłam w Anglii. Nie wszystko, czego się człowiek dowie w angielskiej splendid isolation, jest zrozumiałe. Na przykład to.
Było jasne, że to mem i bardzo mi się spodobał, mimo że nie znałam kontekstu.
Wróciłam do Berlina 4 marca. Wiedziałam już, że się spóźniłam, bo wielka demonstracja odbyła się 27 lutego. Przybyło pół miliona ludzi. Zdjęcia i filmiki też obiegły świat.
Trochę w poczuciu, że nigdy nie nadrobię tego tygodnia w angielskim, kornwalijskim raju, postanowiłam, że wezmę udział w kolejnej demonstracji w Berlinie – 6 marca. Zaprosiłam też moich czytelników – TU.
Zdziwiłam się, że była o tyle mniejsza. Gdy przyszłam, uczestników było kilkuset, potem było nas trochę więcej, około tysiąca. Można by powiedzieć, że organizatorzy nie zawsze są w stanie przewidzieć, ile osób przyjdzie. Tydzień wcześniej zaplanowano demonstrację na 20 tysięcy, a przyszło pół miliona.
Ale na Bebel Platz, który jest mały, organizatorzy wiedzieli, że przyjdzie nas mało.
Tamta wielka demonstracja odbyła się bowiem pod hasłem Nigdy więcej wojny. A nasza pod zaczerpniętym z polskiej historii hasłem Za waszą wolność i naszą.
Tamta oznaczała protest przeciw wojnie. Protest za wszelką cenę. Nie będziemy umierać za Gdańsk, za Groznyj, za Aleppo, za Kijów. Pokój, pokój, pokój jest ważniejszy niż wojna. Nieważne, agresywna czy obronna, sprawiedliwa, czy niesprawiedliwa. Pokój, pokój, pokój. Teraz my, stojąc w mrozie i słuchając wspaniałych ludzi, chcieliśmy wojny. Tak, chcieliśmy wojny, żeby skończyć napaść Putina na Ukrainę.
Ta demonstracja sprzed tygodnia, ta, na której nie byłam, była pacyfistyczna. Jej organizatorzy nie zaprosili do udziału niektórych ukraińskich organizacji, bo domagały się wysyłania broni do Ukrainy. A to kłóci się z wszechmogących niemieckim pacyfizmem.
Ale ja byłam na tej drugiej domonstracji, tydzień później, gdzie mówili do nas pisarze i pisarki, niektórzy prosto z piwnic i ruin Kijowa czy Charkowa, w których żyją i walczą. I mówili głośno i wyraźnie, że trzeba zamknąć Putinowi kurek dopływu pieniędzy, bo póki kupujemy rosyjski gaz, naftę i węgiel (w sumie prawie 50% niemieckiego poboru energii), płacimy mu 700 milionów euro dziennie, czyli że to Niemcy (a zaraz po nich Polska) opłacają tę wojnę!
Tak, to trzeba sobie uświadomić! Płacimy, a więc to my prowadzimy tę wojnę!
A to, że nie wysyłamy broni Ukraińcom, żeby nie zezłościć Putina, bo jak się zezłości, to może walnąć bombą atomową, demonstranci uznali za idiotyzm. Putin to szympans z brzytwą, zrobi co będzie uważał. Jak mu świśnie, to walnie bombę atomową. I tak!
Na demonstrację pacyfistów przeciw wojnie przyszło 500 tysięcy ludzi.
Na demonstrację, na której przemawiali do ludzi aktywiści, politycy, dziennikarze oraz pisarze, którzy mówili, nie bierzmy energii, ale za to dajmy broń Ukraińcom – przyszło tysiąc ludzi.
6 marca podczas berlińskiej demonstracji na Bebel Platz ukraiński DJ Jurij Guhrny powiedział, że trzy słowa najlepiej na świecie oddające nienawiść ukraińców do Rosjan, to słowa rosyjskie: idi na chuj. Albo w wersji dłuższej, ten właśnie wers: rosyjskie wojennyie koriably, idi na chuj.
Teraz to już śpiewają wszyscy, ci z lewa, i ci z prawa.
Was wirst du machen, Herr, wenn ich sterbe? (Foto: Konrad Kozaczek)
Ela Kargol und Ewa Maria Slaska, die sowohl den Blog ewamaria.blog als auch eine informelle Gruppe dreier Freudinnen vertreten (die eine Freundin – Krystyna Koziewicz – fuhr gerade zur Reha) möchten zu Ehren des 41. Geburtstags der Regenbogenfabrik ihre Zeit, ihre Gedanken und ihre Spaziergänge darstellen zu den Themen Pandemie, Lockdown, Krankheit, Verlust und Krieg.
Und trotz all dieser schweren Lasten zeigen, dass frau (versuchen) kann, ihren Optimismus, ihre Autoironie und, ja, auch Humor zu bewahren.
Es kommen Texte, Fotos, Plaudereien, Musik und Gedichte. Hier ein Gedicht:
Ela Kargol,Frühling in meinem Garten
Der Frühling in meinem Garten ein bisschen unbeholfen, als ob es ihm verboten wäre, das Haus zu verlassen. Nun, Knospen sind da und Gras vom letzten Jahr, ein paar Gänseblümchen auf dem blassen Rasen. Nur die Veilchen wollen sich vielleicht beeilen, sie duften, sie violetten… Die Eiche noch im Winterrock, nicht angezogen, könnte doch noch keinen Lenzkleid kaufen, zieht ihren Mantel nicht aus klammert sich an den Zaun streckt sich gelangeweilt aus.
Was blühen soll, wird blühen, aber bei dem Nachbarn Bei uns fraßen Mäuse alles, worauf es ihnen pfiff. Oder legten sich einen Vorrat an Für unsichere Zeiten Diese Unsicherheit Auch im Frühling, weiß nicht, was sie tun soll, sie liest die Leitlinien nicht.
Die Bienen wählen bald ihre Queen setzen ihr eine goldene Krone auf. Nun, die Königin sieht mit einer Krone gut aus. Andere werden sie gerne ausziehen, Abdanken, zurückweisen, sie verlassen das Königreich, …keinen Frühling wollend. Hinter einem Vorhang schauen sie nach, ob die Sonne schon scheint, der Apfelbaum blüht, oder der Flieder.
Ukraine is fighting. People prepare themselves for street-to-street fighting with the aggressor. The Ukrainians make Molotov cocktails.
What is this and why such a name? The prescription is really simple: take a glass bottle, fill it with petrol or, better, with gasoline (2/3) and old machine oil (1/3). Put a piece of a rag at the top. Throw it on a tank or any other military vehicle of the enemy. Oh, do not forget to put in flame the rag before you throw the bottle.
The first Molotov cocktails were produced in Finland during the Winter War in 1939. The Finns invented them because of the scarcity of their anti-tank weapons. The Soviet Foreign Minister Molotov claimed that Soviet airplanes were involved in humanitarian operations over Finland throwing baskets with bread to the poor population of Finland waiting for liberation by the Red Army. Therefore, the Finns immediately, with a specific dark sense of humor, invented the name for their new anti-tank weapon. It is primitive but can be deadly dangerous, especially during street-to-street fighting in cities. Tanks (even these most modern), unprotected by infantry, are very easy targets.
Molotov cocktail 1939-1940, Finland
Molotov cocktail (with some homemade grenades) 1944 Warsaw uprising, Poland
Molotov cocktails 2022, Ukraine
Appendix from the culture:
An ultra pathetic poem from Poland by Władysław Broniewski (trans. chrolka) and a pragmatic and humorous song from Finland (with Finnish, Ukrainian and English subtitles). Both refer to 1939. Try to replace geographic names (Poland with Ukraine and Helsinki with Kiev). It works quite well.
Shoot them dead When they come to burn your home, where you live – Poland, when they throw their thunderbolt when they fall in combat and against your doors they thud with wooden barrels stained with blood, you, awaken late at night quit your bed.
Stand and fight! Shoot them dead! Since this country’s bill of wrongs foreign hand cannot repeal, drain red blood from breasts and songs, end your homeland’s long ordeal.
What if Poland’s prison bread stings the tongue with bitter taste? Put a bullet in their heads for attacking what’s not theirs. Blazemaster of word and heart, Now a poem is a trench erase the sadness from your art, and shout, and order, and command: “shoot them dead!” Shoot them dead! and even if it’s our last day, remember what Cambronne* once said. We will say these words again.
* Today, General Cambronne would probably say: Fuck you, Russian warship.
** Bobrikoff, the Russian General-Governor, promoter of the unsuccessful Russification in Finland in 1899-1905.He was assassinated by the Finnish patriot Eugen Schaumann in 1904
Seit einigen Tagen dauert ein absurder, unmenschlicher und brutaler Krieg in der Ukraine. Lange standen die russischen Einheiten entlang der Grenze und viele (mich eingeschlossen) dachten, es wird bei dem Theater und den Drohungen bleiben. Putin würde seine Tiraden ausspucken und die Welt würde ihn zurechtweisen. Die amerikanischen Informationen, nach denen die Invasion in zwei Tagen, dann in vier, dann am nächsten Wochenende beginnen sollte, tat ich als Übertreibung ab. Doch ich wurde eines Besseren belehrt, er hat das Unvorstellbare doch in die Tat umgesetzt und wir schauen zu. Das macht einen so mutlos, ratlos und auch wütend. Inzwischen dauert der Krieg drei Wochen, nach Polen sind über eine Million Menschen geflüchtet, hauptsächlich Frauen und Kinder; drei von ihnen mit vier Kindern beherberge ich in der Wohnung meiner Mutter. Die Polen helfen musterhaft, mit großer Empathie und Wärme, vieles ist sehr gut organisiert, aber wie lange und wie viele Menschen werden sie aushalten können. Auf der anderen Seite wird ununterbrochen geredet, dabei erreicht man eher wenig; wir haben diesen Verrückten zu lange machen lassen, die Augen zugemacht und seine Unmenschlichkeit nicht sehen wollen, zu mächtig waren die Konzerne, die Industrie; Gas, Öl, Stahl, floss günstig aus Russland … alles Faktoren, die mehr zählten als die Moral. Jetzt rächt sich das, alle haben Angst und wissen nicht, wie man diesen Knoten lösen könnte. Die fahrende Lokomotive der Vernichtung ist nur schwer zu stoppen, auch wenn die Ukrainer wirklich unheimlichen Mut, strategische Intelligenz und Kampfbereitschaft zeigen.
Eigentlich sollte der Anfang dieses Textes mit der spontanen Spendenhilfe für die Ukrainer, die ich zufällig im Piłsudski-Museum am Anfang der Invasion miterlebt habe, eine Überleitung zu einem Text über das Museum bilden. Inzwischen bin ich in die Geschehnisse tief verwickelt und weiß nicht recht, ob eine Information über das Museum in diesen Zeiten sinnvoll ist, auch wenn die historischen Parallelen in diesen dramatischen Zeiten stärker sichtbar sind; viele Polen haben das Gefühl eines déja vue: was muss noch Schlimmeres passieren, damit man wirklich jegliche Verbindung nach Russland abbricht, den Geldfluss ganz unterbindet. Vielleicht bietet die Beschäftigung mit dem Museum etwas Ablenkung von der ständigen Flut der Informationen und Bilder über diesen schrecklichen, wirklich makabren und unvorstellbaren Krieg, die wir hier in Warschau bekommen.
Also: das Museum, das am 14. August 2020 eröffnet wurde, liegt in dem kleinen Örtchen Sulejówek, früher nicht zu Warschau gehörend, dort, wo Piłsudski sich im Alter zurückgezogen hatte; es nimmt ein Terrain von ca. 4 Ha ein. Es existiert noch sein Wohnhaus, die Villa Milusin, das man auch besichtigen kann, dazu zwei weitere alte Gebäude – ein hölzernes Sommerhaus, die Villa Bzów [Villa Flieder], typisch für diese Gegend, und ein Quartier für Piłsudskis militärische Leibgarde. Auf dem großen Terrain inmitten von Kiefernwald wurde dann ein Kubus, das Gebäude des Museums, errichtet. Es harmoniert mit der Natur rundherum, ist aber ein sehr moderner, großer Betonbau nach den Plänen des Piłsudski-Enkels Krzysztof Jaraczewski und Radosław Kacprzak. Der Bau passt sich gut an die Umgebung an, ist nicht zu hoch, die meisten Ausstellungsräume befinden sich unter der Erde. Vor dem Eingang gibt es eine Skulptur: Piłsudski als Vater mit seinen Töchtern, sitzend auf einer Bank. Die ständige Ausstellung trägt den Titel: Dla Rzeczpospolitej. Józef Piłsudski 1867-1935 w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. [Für die Republik. Józef Piłsudski 1867-1935 im Museum Józef Piłsudski in Sulejówek].
Beim Betreten des Museums hat man schon etwas das Gefühl, ein Mausoleum, ein Grab des Tutenchamun zu betreten, eine breite Marmortreppe führt zwei Stockwerke tief unter die Erde, doch man wird dann sehr gut durch die sorgfältig und breit angelegten Ausstellungräume geleitet, erfährt viel nicht nur über die Person Piłsudskis, sondern auch über die Geschichte der Zwischenkriegszeit, des damals gerade erst wiedererstandenen polnischen Staats. Dadurch gewinnt das Museum an Wichtigkeit und Bedeutung; es ist eine Ausstellung über die Jahre der Zweiten Polnischen Republik, über die Euphorie der Freiheit, der Unabhängigkeit und der Selbstbestimmung, die mit der Person Józef Piłsudskis verbunden war. Die Ausstellung ist sehr durchdacht und hat mehrere Darstellungsebenen. Der erste deutlich sichtbare Faden führt durch die Biographie Piłsudskis, Kindheit und Schule, Elternhaus etc… Der Besucher durchschreitet durch sechs chronologisch angeordnete Räume das Leben Pilsudskis: „Ziuk“ (der Kosename), „Wiktor“, der Kommandant, der Naczelnik [der Vorsteher], der Marszałek [der Marschall], der sechste Raum heißt „Symbol“ und betrifft mehr Piłsudskis Vermächtnis für Polen. Parallel dazu werden Ereignisse aus Europa, manchmal der Welt an historischen Achsen stichwortartig dargestellt, für mich eine wunderbare Lehrstunde in Geschichte. Natürlich nehmen auch Ereignisse in Polen und den Nachbarländern, die Bezüge und Zusammenhänge zwischen ihnen einen wichtigen Anteil an der Ausstellung teil.
Vom unteren Teil, bis 1918, gelangt man über eine Art von Rampe nach oben, an riesigen Leinwänden oder Bildschirmen vorbei, auf denen Ausschnitte der historischen Ereignisse aus der Zeit gezeigt werden, der Kampf um die Unabhängigkeit und Souveränität Polens. Auf dem Zwischengeschoss wird dann Piłsudskis Tätigkeit im freien Polen gezeigt. Alles wird durch Räume mit dem Thema Symbol durchschnitten, was zum Nachdenken und zum Herstellen geschichtlicher Parallelen anregen soll. Damit hatte ich dann auch mehr Schwierigkeiten; es ist auch nicht mehr so eindeutig positiv und erbauend, was in der Zeit passierte.
Als ich die Ausstellung zum ersten Mal gesehen hatte, deutlich vor dem Überfall Russlands auf die Ukraine, war ich doch etwas vom Ausmaß der Stilisierung des großen Staatsmanns, um nicht zu sagen Führers, überrascht und von den eher geringen Anstrengungen, das zu relativieren. Jetzt haben sogar solche Schlagworte wie: „Nie oddamy Wilna, nie oddamy Lwowa“ [Wir geben Vilnius nicht preis, wir geben Lviv nicht preis“] einen anderen Klang und Charakter. Mögen wir diese Krise sobald wie möglich bewältigen.
Moja ciotka, Helena Balicka-Kozłowska, była w czasie wojny młodą dziewczyną. Czynnie działała w konspiracji, w komórce ratowania Żydów, mieszkających w getcie. Przechodziła na teren getta przez sądy na Lesznie, spotykała się z osobą, którą potem ktoś inny miał wyprowadzić z getta i robiła jej zdjęcie, potrzebne do sfałszowanych papierów.
W książce Po obu stronach muru opisała taką wyprawę do getta w czerwcu, w okresie gdy kwitło mnóstwo kwiatów. Zerwała w ogrodzie kilka piwonii i tak poszła na spotkanie, chyba zresztą akurat z Hanką Sawicką, jedną z tych osób, które uratowała. Getto było już morzem szarych domów, zamieszkałych przez tysiące i setki tysięcy ludzi o szarych twarzach, ludzi, ubranych w szare płaszcze, garnitury, sukienki. Tymczasem Helena z pękiem pachnących, świeżych, różowych kwiatów idzie przez getto.
2. Żeby nie było wojny
Był 24 października 1956 roku. Miałam 7 lat. Pewnego wieczora dorośli, jak co dzień, słuchali wiadomości. Nie wiem dlaczego, ale zamiast spać, stałam w ciemnym korytarzu, ukryta między płaszczami i słuchałam. Spiker powiedział, że wojsko sowieckie wkroczyło do Budapesztu. Dzisiaj wiem, że to oznacza, iż rodzice i ich gość słuchali Wolnej Europy. Ktoś wyłączył radio i powiedział, że tym razem na pewno będzie wojna. Zamarłam. Mógłbyś chyba uciec do Anderszów do Szwecji, powiedział do ojca jego gość, a ojciec odpowiedział, że nawet nie bierze tego pod uwagę, bo jest Irena i my dwie, czyli mama, moja siostra i ja. Całe życie bałam się wojny, całe życie wiedziałam, że kiedyś znowu będzie, całe moje siedmioletnie życie słyszałam, że jest to nieuniknione, że wojna znowu nadejdzie.
A teraz była.
Po cichu poszłam do pokoju, w którym spałyśmy obie z siostrą. Pomyślałam, że może powinnam się pomodlić, żeby wojny nie było. Uklękłam przy łóżku i odmówiłam Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Tak modlą się dzieci. Nie formułują, o co się modlą, odmawiają pacierz. Tym razem jednak moja modlitwa przemieniła się w prośbę, żeby nie było wojny, żeby nie było wojny. Powtarzałam to i nie mogłam przestać o to prosić. Bałam się, że jak przestanę, to wojna jednak wybuchnie. Prosiłam więc i prosiłam, było mi zimno, głowa mi opadała, na łóżko, zmuszałam się do trwania na klęczkach i powtarzania, żeby nie było wojny, żeby nie było wojny, żeby nie było wojny…
Wytrzymałam do 6 rano, bo wiem, że wczołgałam się pod kołdrę, gdy usłyszałam, że ojciec wstał do pracy.
Nie wiem, czy ta modlitwa była skuteczna. W Budapeszcie zginęli ludzie, tego dnia, gdy się modliłam, zginęło sto osób.
Ale jednak wojny nie było.
3. Myślał, że ma armię
Wolontariusze pomagający uciekinierom nie mają prawa o nic ich pytać, ani skąd są, ani co przeżyli, ani kogo stracili? Nie pytają o wiek, płeć, identyfikację i religię. Nie pytają o nic, co nie wiąże się bezpośrednio z tym, jak mogą im teraz pomóc. Ale słuchają uważnie, tego, co ludzie do nich mówią. A ludzie czasem mówią, a czasem milczą, i trzeba to akceptować. Tym niemniej ostatnio to oni nam mówią, żebyśmy się nie martwili, bo Ukraina wygra tę wojnę.
On myślał, że ma armię, że ma sprzęt, broń i ludzi, a nie ma nic.
Garnek. Mógłby mieć drugie dno, ale nie ma. Jest garnkiem do ugotowania zupy, jest wielkim garnkiem. Większym od dużych garnków. Można się w nim przeglądać, jak w lustrze, ale odbicie jest mocno zniekształcone. Gdy wiozłam go rowerem do domu, dźwięczał swoim wypolerowanym metalem, obijając się trochę o kierownicę i rowerowe koło. Musiałam przystawać na chwilę, gdy dźwięk stawał się donośniejszy, a szklana pokrywka niebezpiecznie zsuwała się raz na jedną raz na drugą stronę. Nie chciałam go skrzywdzić, zdeformować. Już sam w sobie, bez zawartości jest dostojny i ciężki, zajmuje sobą pół stołu, pół płyty kuchennej. Rozpycha się. Tak jakby w tej podróży rowerowej powiększył się, o jeszcze raz tyle. Jaką zupę będę gotować, wiedziałam od razu. Z mielonego, pomidorów z puszki, ziemniaków, papryki, marchwi, różnych ziół i przypraw do smaku. Musiałam jednak pewne składniki ugotować w mniejszych garnkach, też dużych, potem poprzekładać, wymieszać, dosypać oregano i szałwię, posolić, popieprzyć. Może przesadziłam z ilością, ale jak słyszę o tysiącach, setkach tysięcy, już niedługo milionach tych, którzy w podróży są kilka dni, na pewno zmęczeni i głodni, to żaden garnek nie jest za duży. Ugotować było dość łatwo. Jednak przewieźć było trudniej. Nie posiadam samochodu, daję sobie radę z przewożeniem różnych rzeczy rowerem, kiedyś wózkiem dziecięcym. Wózek sąsiadów, na który liczyłam, znalazł się już u rodziny, która przed wojną uciekła. Córka przyszła mi z pomocą, ogłaszając w mediach społecznościowych, że mama, czyli ja, szuka wózka do transportu zupy dla potrzebujących. Garnek jedenak pojechał teslą, nowiutką, tak nową, jak on sam. Garnek połyskiwal, mimo już pewnych śladów zupy. Tesla i właściciel też zostali naznaczeni. Garnek spełnił swoje zadanie. Na pewno mogłam prościej, po prostu przelać pieniądze, jak powiedziała córka. Ale może trzeba poczuć ten trud.
Kilka dni przed gotowaniem zupy w garnku, wracaliśmy pociągiem z Poznania do Berlina. Wojna już trwała. Wszystkie pociągi pełne podróżnych. Miejsca zajęte, nie tylko te siedzące. Poukładalismy się jakoś w Warsie, skurczyliśmy, posunęliśmy, ile można. Tylko pijany rodak zajmował cały stolik, zrobił przerwę w piciu, przysnął. W Rzepinie dosiadło do pociągu, wydawać by się mogło jeszcze dwa razy tyle podróżnych. Dużo dzieci, zmęczonych, płaczących, marudzących. Rodak się obudził, rozejrzał wokół i krzyknął po niemiecku Bier für alle. Szybko się zreflektował, że nikt go nie słucha, a płacz dzieci stawał się coraz bardziej przejmujący. Rodak zaczął działać. Przedostał się do bufetu w Warsie, wykupił wszystkie słodycze. Podchodził do każdego dziecka, przedstawiał się, bełkocząc, częstował słodyczami, zagajał rozmowę. Nasze dzieci też dostały po batoniku. Zrobiło się serdecznie, bo to pan Rodak okazał największe serce i zrozumienie, wiedział jak pomóc, nie pytając nikogo o nic.
Joanna Trümner, moja przyjaciółka odeszła z tego świata jesienią 2020. Odwiedzam często miejsce, gdzie pochowano urnę z jej prochami. Rozmawiamy ze sobą, w zasadzie ja rozmawiam, opowiadam teraźniejszość, a teraźniejszość to wojna.
No, Asiu, jak tam u ciebie, w niebie? Dziś niebo takie niebieskie, jak z flagi Ukrainy. Wiesz, wojna jest na świecie. Blisko. Bardzo się boimy. Więcej niż innych wojen, które były daleko. Za jakimś krajem, morzem, jakąś górą i rzeką. A ta jest na wyciągnięcie ręki, na dotyk dziecka, strach matki, tułacze udręki. U Ciebie tak spokojnie. Choć nie, ptaki głośne, ciszę mącą, wiatr szumi, gałąź trąca. Chciałam Ci tylko powiedzieć, jak jest. Jak będzie, tego nie wiem. Żonkile u ciebie zakwitły, stokrotki posadziłam. Róża puszcza pędy. Liście zagrabiłam. A ty na zdjęciu wciąż taka sama, uśmiechnięta i młoda. Nie zestarzejesz się z nami. Szkoda. Garnek wrócił pusty. Czeka na ciepłą zupę, nie tylko on czeka.
Rasputica (z ros. распу́тица, ukr. бездоріжжя ’bezdroża’) – okres w roku, podczas którego drogi gruntowe w Rosji, na Białorusi i na Ukrainie stają się nieprzejezdne lub bardzo trudno przejezdne.
Rasputica jest spowodowana intensywnymi opadami deszczu lub wiosennymi roztopami. Wyróżnia się jej dwa rodzaje: jesienną i wiosenną. „Rasputica jesienna spowodowana jest intensywnymi opadami deszczu i kończy się z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza do głębokości jednego metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie w postaci lodu”. Jesienią rozpoczyna się ona zazwyczaj w połowie października i trwa do końca pierwszej połowy listopada.
Rasputica od wieków znacząco wpływa na szybkość poruszania się oddziałów wojskowych. Odegrała ona kluczową rolę w pokonaniu inwazji mongolskiej, zatrzymała wyprawę Napoleona Bonaparte na Moskwę – szczególnie jesienna, która w znacznym stopniu spowolniła odwrót Wielkiej Armii, wpłynęła na postępy Niemiec podczas II wojny światowej – zahamowała posuwanie się Wehrmachtu i zablokowała niemieckie szlaki logistyczne.
Wehrmacht nie był przygotowany na takie warunki pogodowe, niemieckie czołgi i ciężarówki grzęzły w błocie, podczas gdy pojazdy sowieckie były dostosowane świetnie dostosowane – czołgi posiadały szerokie gąsienice.
Wozy konne Wehrmachtu
***
Putin, Rasputin, rasputica – wszystkie trzy wyrazy mają ten sam rdzeń: put’ – droga. Nigdy o tym przedtem nie pomyślałam, że Putin i Rasputin w jednym stoją domu. Albo raczej – jedną idą drogą.
O ile rasputica nie pojawia się w googlu razem z oboma samozwańczymi okrutnymi carami Rosji, o tyle tych dwóch, bez zwracania jednak uwagi na podobieństwo nazwisk, dziennikarze czasemłączą ze sobą. Podobno zresztą Rasputin to nie tyle rasputnik, człowiek na bezdrożu, ile rozpustnik, być może w znaczeniu “ten, który zszedł z (dobrej) drogi”.
Amerykanin, Douglas Smith, autor książki o Rasputinie, twierdzi, że Rasputin, Stalin i Putin reprezentują tę samą linię w historii Rosjii – samotnego, nawiedzonego dyktatora.
Autor sugeruje nawet, że kult, jaki młodzi ludzie w Rosji mają dla Nawalnego, jest niebezpieczny, bo ustawia przywódcę w długim szeregu samotnych charyzmatycznych zbawców narodu. Tych, którzy obiecują przywrócić Rosji dumę, godność i wielkość. Poprowadzić ją na dobrą drogę.
Drzemie Bóg zmęczony gdzieś w koronach drzew a w tych drzewach wiatr mu nuci ukraiński śpiew
Od Czerwonej Połoniny do Czarnego Morza gore ziemia Ukrainy w rzekach łzy i pożar Dnieprem, Prutem, Czeremuszem płyną łzy i krew Bóg jest z nami choć zmęczony śpi w koronach drzew Ale uwierz Nasza Ziemio my jak klucz żurawi powrócimy Wolni, wiosną nikt Cię nie zostawi Uwierz wolna Ukraino nie cofniemy słowa Zbudujemy nasze domy jeszcze raz od nowa
Tułacze
Jadą i idą, Nie śpią i płaczą Na plecach niosą dolę tułaczą I smutek w oczach czarny, ogromny Lęk polnej sarny w sercach bezdomnych Jadą i idą Nie śpią i płaczą Na plecach niosą dolę tułaczą
_____________________________________________
Anne Schmidt
Foto Anne Schmidt
13 Tage nach dem Einmarsch russischer Truppen in die Ukraine fuhr ich mit 2 Töpfen heißer Linsensuppe zum Berliner Hauptbahnhof, wo sich hunderte von ukrainischen Flüchtlingen vor einer einzigen Essensausgabe drängten. Ich hatte am Abend vorher in der Berliner Abendschau davon gehört, dass es im Bahnhof keine Möglichkeit gäbe etwas zu kochen. Also brachte ich eine vegetarische und eine Suppe mit Fleisch in noch warmem Zustand mit Hilfe der Freiwilligen unter das hungrige Volk. Die Töpfe ließ ich gleich da, in der Hoffnung, sie könnten dem spendablen Hotel von der anderen Straßenseite von Nutzen sein. Nach einem Slalomlauf durch Taschen, Koffer und Rucksäcke mitsamt darauf kauernden Menschen gelangte ich ins Freie am Washington-Platz unter einem azurblauen Himmel. Der alles beherrschande Cube spiegelte Gebäude, Menschen und Bäume wider, unter ihnen ein kleines Bäumchen mit dichtem braunen Laub. Da ein kleiner Zaun dieses Bäumchen umgibt, war mir sofort klar, dass es das Bäumchen sein muss, dass 2014 angedenk der Opfer vom Maidan, vom damaligen ukrainischen Botschafter in Deutschland und dem ehemaligen deutschen Botschafter in der Ukraine gepflanzt worden war. Bei näherer Betrachtung sah ich ein Schild an dem Bäumchen, auf dem des größten ukrainischen Dichters gedacht wird. Mir ist sein Name entfallen, aber er ist es sicherlich wert, bei dem nächsten Ausflug ins Regierungsviertel dieses umzänte Bäumchen am Spreeufer gegenüber vom Cube aufzusuchen und den gelb-blauen Bändern an seinen Ästen noch die eigenen hizuzufügen.
***
Autorin hat ihre Angaben ein paar Tage später ergänzt: Es ist Taras Szewczenko Baum. Taras Hryhorowytsch Schewtschenko (ukrainisch Тарас Григорович Шевченко, wiss. Transliteration Taras Hryhorovyč Ševčenko; * 25. Februar / 9. März 1814; † 26. Februar / 10. März 1861) war Maler und der bedeutendste ukrainische Lyriker. War so wichtig wie in Deutschland Goethe und in Polen – Mickiewicz.
Bis vor zwei Wochen noch in Odessa auf dem Markt zu kaufen gewesen.
rhdrrhdrcof
Auch zum Verkauf standen: Nackthunde.
Heute? Nacktes Grauen statt Nackthunde.
Eigentlich sollte es um Zuckertüten in Petersburger Hängung gehen.
Statt dessen eine Erinnerung an eines der schönsten Museen der Welt…
… dessen Petersburger Hängung abgehängt im Keller vor den Bomben Schutz sucht.
Humor, durch alte ernste, gewichtige Meister neben modernen Grafiken.
Heute Kellerluft und Artillerie-Beschuss statt Kenner-Blicke und Museums-Selfies.
Heute Sturmgewehr in die Hand, statt Höschen aus und Tanz mit Matisse.
Matisse in der Sonne, auf dem Weg zur Bar am Luxusstrand, wo die Botox-Frauen ihre Silicon-Brüste spazieren führten.
Heute? Kugelsichere Weste statt Botox und Molotov-Cocktails statt Sex on the Beach und Bier am Strand.
Vor 17 Wochen feierte die Ukraine seine Unabhängigkeit.
oznorTO
Damals schon bitter, mit Kampfmitteln zu feiern.
dav
Eigentlich sollte es um SUCHT nach ZUCKER gehen.
Abhängigkeit, genannt auch SUCHT bezeichnet das unabweisbare Verlangen nach einem bestimmten Erlebniszustand. Diesem Verlangen werden die Kräfte des Verstandes untergeordnet. Es können die freie Entfaltung einer Persönlichkeit und die sozialen Chancen eines Individuums beeinträchtigt werden. (Zitat Internet)
Heutiger Mittelpunkt: Putins Imperialismus, die Besessenheit nach dem Zarenreich.