Jestem martwa, nie martw się

Łucja Fice

Tęsknię za tobą

Skurczył się mój świat do piwnicznej izby
W niej wlecze się mój cień
Lęki strzelają w górę
Odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym przyjdziesz do mnie i ujmiesz mnie za rękę
Pragnę wyrwać cię z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Czy jeszcze zdążysz poprosić mnie do tańca
Zanim stanę u wylotu tunelu

***
otwieram okno po co
i tak widzę dunaj zza szyby
otwieram siebie skrzydła opadają
nieświeże myśli niewyspane głodne
patrzę na zamek po drugiej stronie rzeki może to klasztor
w głowie dzwonią klucze do domu
dunaj jak kroplówka zasili ocean smutkiem

Śmierć, lęk, piekło i niebo

Śmierć jest dla mnie po prostu inną formą bytności życia. Przedłużenie świadomości. Jestem naczyniem. Mózg to rodzaj interfejsu. Jestem zarazem kamerą i odbiornikiem telewizyjnym. Kamera koduje obraz i dźwięk, telewizor odkodowuje ten przekaz. Muszę pamiętać, że jeśli wyłączam telewizor, program nadal leci, chociaż ja się od niego odłączyłam. Myślę, że ze świadomością jest tak samo. Ciało jest jak stara kurtka, którą odkłada się na bok. Lęk, strach z głową hybrydy szaleje we mnie, ale przypomina i kaca, jest pozostałością po niższych zwierzęcych formach życia. Tkwię jednocześnie w dwóch światach. W tym, z którego się wyłoniłam i w tym, do którego zmierzam. Oto najgłębszy sens słowa „ludzki”. Jestem ogniwem, mostem, obietnicą. To we mnie proces życia przebiegać będzie aż do spełnienia. Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność, a jej powaga budzi lęk. Wiem, że jeżeli nie rzucę się naprzód, jeśli nie zrealizuję mojej potencjalnej istoty, to cofnę się, zgasnę. Noszę w sobie NIEBO i PIEKŁO. Jestem kosmogenicznym budowniczym. Mam wybór, a moim terenem działania jest cały Wszechświat. Czasem to przerażająca perspektywa. Byłoby lepiej z myślą, że PIEKŁO jest gdzieś w dole, a NIEBO na górze – ale we mnie samej?! Jestem opiekunką ludzi starych i chorych, wiem, czego ludzie żałują przed śmiercią – że tak ciężko pracowali, że nie próbowali być szczęśliwi, że tkwili w problemach i łzach, że żyli w toksycznych związkach. Dlatego, by zaakceptować PRAWDĘ, korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam, by umysł dał się schwytać w pułapki religii i nauki. Religia i nauka to proste formy do kontroli mojego umysłu. To ja tak myślę, każdy może mieć inne zdanie na ten temat, bo każdy ma prawo do korzystania z tej wolności.

Teoria snów

„Przyjrzyj się swoim snom, a zrozumiesz kim jesteś”.

Gdy śnią się sny, dorastamy duchowo. Nie każdy to wie. Nie każdy pamięta swoje sny, nie każdy więc może je zinterpretować. Ale czasem jest inaczej. Żyjemy w obłędnym kole egzystencji, nie zwracamy uwagi na sny. Dopiero, gdy w snach coś się dzieje, mają „fabułę”, powtarzają się, dopiero wówczas się „budzimy”, zauważamy. Tak było ze mną. Powracające sny obudziły mnie i zaprowadziły na nową duchową ścieżkę. Poczułam się, jakby ktoś zasiał we mnie ziarno innego postrzegania rzeczywistości. Znalazłam je w mitach. Objął mnie aborygeński Czas Snu, ludzie z plemienia Senojów wnieśli swoje symbole, ale znalazłam je też w chrześcijaństwie i u szamanów, w mandalach Tybetańczyków… Zobaczyłam dziedzictwo, które pozostawili nam przodkowie. Uwierzyłam w istnienie „ducha świata”. Tam szukałam mądrości i spokoju.

I tam je znalazłam.

14 sierpnia zmarł mój mąż.

Po dwóch tygodniach od jego śmierci doświadczyłam „czegoś nie z tego świata”, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, iż życie w innej formie trwa nadal. To już nie wiara – to pewność, moja pewność, której nikomu nie narzucam. Wiem, że mąż jest w innym wymiarze, w jakimś innym czasie. Nie ma w nim przed ani po, jest poza czasem, a to wymiar, jakiego nie znam. Śmierć oznacza więc nie tylko, że ciało gaśnie, ale też, że świadomość przenosi się w transcendencję. Dzieje się coś i to coś przepływa do innej rzeczywistości.. Przyszłość to jest to, co nas czeka, przeszłość już nie istnieje, jest tylko chwila obecna, która przekształca przyszłość w przeszłość. Nie ma TERAZ, bo trwa tak krótko.

List do męża z Passau

Kochany!

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Psy sąsiadów płaczą, nie mogę biegać po deptaku wieczorem. Spokój smakuje miętą, lecz tęsknota nie ma smaku. Czuję tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM serce mi staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, znów Cię zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce. Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona, Luśka.

Moje powtarzające się sny

Budzi mnie głośny skowyt, jakby jakiś olbrzym w trakcie orgazmu miał za chwilę wtargnąć do mojego pokoju. Siadam przerażona. Olbrzym ma rozregulowane struny głosowe. Nadsłuchuję. Słyszę jego głos, coraz to ostrzejszy. Huraganowy wydech, który czuję plecami. Teraz głos brzmi jak przerdzewiałe organy na ostatniej mszy. Boję się spojrzeć w okno, bo stamtąd dochodzi ten głos. Pękają szyby i woda wlewa się do pokoju. To tsunami, koniec świata, apokalipsa.

***
Jeszcze tylko kilka lat I znów będziemy razem
Dzisiaj jak aktor i aktorka odgrywamy samych siebie
Tragikomedia Trochę śmiechu trochę tańca Trochę łez
Jesteś śmieszny w tym krawacie Czy o tym wiesz
Ten garnitur Nowe buty
Głowa zawrócona w dal
Znów bijemy się słowami
Będzie słychać śmiech na Sali
Po Sylwestrze znów się rozejdziemy na tysiące kilometrów
W telefony zasłuchani

***

Ludzie przychodzą
Ludzie odchodzą
Zaglądam później do skorowidza nazwisk
Tylko serca znają prawdę
Że życie trwa bez końca
A każdy kogo spotykamy na zawsze żyje w nas

Często zastanawiam się, kto kieruje moją ręką, gdy piszę lub wymawiam słowa, których znaczenia do końca nie jestem świadoma, ponieważ nie zdaję sobie sprawy, jaki jest ich prawdziwy cel i prawdziwe przesłanie. Dlatego ważne jest wszystko, każda zapomniana kartka w szufladzie, każdy przedmiot zagubiony w zakamarkach pamięci. Dla was kartka jest tylko kartką, wiatr jedynie wiatrem, ale dla mnie, dla ciebie, to doświadczenie jest najpiękniejszym przesłaniem z innego wymiaru istnienia. Przychodzą takie chwile i nimi się dzielę.

***

Odbierz mnie zanim stanie się ciemno
Przyjdź po mnie nim zbudzi się dzień
Daj Bogu świeczkę a mnie weź za rękę
I zapytaj czy po śmierci żyć będziemy
A ja odpowiem Skąd wiesz czy jeszcze żyjemy?
Może stać się, że się już nie pojawię Tak może się stać
Okaże się że nic się nie zmieni a ty będziesz beze mnie trwać
Nic się nie zdarzy tylko cisza przeleci przez twoją głowę
Wrócę do domu
Usiądę na ulubionym miejscu i przemyślać będę
Czy warto było opuszczać dom i ciebie
Czy byłoby lepiej spędzać czas razem
Pewnego dnia nie zjawię się wcale
I nic się nie wydarzy nie zmieni nic
Oprócz pustki w głowie

Jestem martwa, nie martw się

Sny.
Utkane z dnia i kolorów twojego cienia
Z nich uczę się z nich jak kochać to, czego kochać się nie da
Jak estetycznie i elastycznie położyć się do trumny
Krawiec zszywa to co pozornie niemożliwe
Igła wbija się w brzuch
Z którego wydobywa się ciekłe wnętrze
Ostatnie okruchy materii

Jestem już martwa od PRAWDY wyłuskanej na wierzch
Nie martw się że pozostaniesz tylko słowem na moim języku
Językiem ciała na migi Genetyczną plamką w mojej źrenicy
Dławiącym śmiechem co przeleje się miękko przez kark
Kraterem w żyłach co wybuchnie wyskrobaną prawdą
Że też byłeś grzechem tkanek przemęczonych jawą

Dzień Górnika

Roman Brodowski

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”

„Dzień Górnika” – Barbórka – jest dla społeczności zajmującej się na co dzień tym, co kryje się pod wspólnym szyldem „ geologia”, ludzi wykonujących zawody mieszczące się w jej obszarze, dniem radości, zabawy i wdzięczności dla ich codziennego trudu.

Windą do dołu

Windą do dołu
W czeluść ziemi
Pionową drogą
W świat ciemności
W krainę piekieł
Nie do nieba
Po czarne złoto
Dla ojczyzny
Po kromkę
Razowego chleba.

Ciermiężna praca
Ponad siły
Ktoś przecież musi
Ją wykonać.
Tak tam na dole
Czeka pokład
A na powierzchni
Matka żona.

I tak codziennie
Nie dla chwały
Coraz odważniej
Coraz głębiej
Zjeżdżają ludzie,
Brać gòrnicza…
By w twardej skale
Dobyć węgiel
Węgiel potrzebny
Nam do życia.

Windą do dołu
Nie do nieba
Nie dla pochwały
I przestrzeni
Tylko dla siebie
I dla kraju
Dajemy skarby
Naszej ziemi.

Bytom 23.11. 1981

Dla mnie jednak dzień ten jest także dniem smutku i pamięci o tych, którzy w różnych okolicznościach, wykonując powierzone im zadanie, tragicznie od nas odeszli.

Osobiście byłem uczestnikiem jednej z wielu tragedii, kiedy to „natura” upomniała się o „daninę”

Było to 10 października 1979 roku w kopalni Dymitrow w Bytomiu, gdzie wówczas pracowałem.

Na drugiej zmianie, podczas wykonywania robót strzałowych nastąpił zapłon gazu, a po nim wybuch pyłu węglowego. Zginęło wówczas 34 górników. Ja miałem szczęście. Pracowałem na pierwszą zmianę. Niestety mój kolega, który podczas wybuchu znajdował się dokładnie w tym samym miejscu w którym dwie godziny wcześniej byłem ja, kilkaset metrów od epicentrum wybuchu, nie miał tego szczęścia. Podmuch był tak silny, że dotarł wraz z gorącym powietrzem i do niego. Rzucony na „ocios” doznał poparzenia, pęknięcia żeber i urazu głowy. Do pracy wrócił dopiero po kilku tygodniach. W wypadku zginęło jednak dwóch innych moich szkolnych kolegów.

Za wypadek obwiniono ekipę wykonującą roboty strzałowe, począwszy od strzałowego, a na sztygarze i nadsztygarze dozoru skończywszy. Prawda jednak była inna. O tym, że na dole, w wyrobisku, gdzie planowano odstrzał, stężenie gazu wielokrotnie przekraczało normy, nadzór techniczny, wraz z dyrektorem kopalni został poinformowany na dwie godziny przed tragicznym zdarzeniem. Niestety nikt nie podjął decyzji o przesunięciu planowanego odstrzału do czasu przewentylowania wyrobiska i zlikwidowania zagrożenia.

Moim zdaniem pogrążono tych, którzy stali się ofiarami błędnych decyzji, tych którzy zapłacili najwyższą cenę. Prawdziwi winowajcy, wraz z dyrektorem, którego po wypadku, przeniesiono na takie samo stanowisko do innej kopalni, doczekali sowitych emerytur.

Kilka dni po tej tragedii napisałem wiersz poświęcony ofiarom tamtego wydarzenia, tym których znałem, których codziennie witałem i którzy mnie witali naszym górniczym Szczęść Boże. Jest to jeden z tych wierszy, który zakwestionowała „cenzura”, gdy zaproponowano mi udział w projekcie „Życia Literackiego” jakim było wydanie antologii pisarzy młodego pokolenia.
Z projektu mnie wycofano, ale myślę, że bez tego wiersza byłbym w tamtym ich dziele co najmniej „niespełniony”.

Nie wolno milczeć

Właśnie wróciłem do domu
Po rannej szychcie, zmęczony,
Gdy usłyszałem głos syren
To kopalniane są dzwony

Te dzwony biją na trwoge,
Coś się wydarzyć musiało
Strach i niepewność, pytanie
Co tam na dole się stało?

Wrzuciłem kurtkę na plecy
Wybiegłem z domu spocony.
Słysząc koszmary po drodze ,
Wciąż te nieznośne dzwony

Nagle ujrzałem przy szybie
Ludzi stojących w bezruchu
Słowa złowieszcze szeptali.
Wybuch? – już po wybuchu?

Wybuch metanu i pyłu
Na tejże ścianie gdzie byłem.
Stamtąd o Boże drogi…,
Stamtąd niedawno wróciłem.

Liny szybowe jęknęły
Szola* ruszyła ku niebu
Wywożąc z piekła mych Braci
Ileż to będzie pogrzebów

Leżą przed szybem worki
A w każdym worku człowiek
Nikt ich nie liczy, nie pyta
Łzy słone płyną spod powiek

Wszyscy cierpliwie czekają .
W modlitwach rodzi się złość
Jak to się stało, dlaczego
Czy może zawinił ktoś

Nagle przerwano milczenie
Dyrektor z listy wyczytał.
Kto nie powróci do domu
Kogo nie będzie nikt witał

Znalem jednego z imienia
Niedawno z nim rozmawiałem
Był elektrykiem na zmianie.
Kolegą z klasy – płakałem

Nie miał lat jeszcze dwadziestu
Zaczynał spełniać marzenia …
A inni? Trzydziestu czterech
Dusze okryła ziemia.

Jakąż to cenę płacimy
By plan napięty wykonać
Cholerne normy, wymogi
A gdzie tu człowiek? Ma konać?

Nikt się nie liczy z górnikiem
Ważne sukcesy, wskaźniki
Byle z produkcją do przodu
A w skałach ofiar jęk, krzyki

Nigdy nie wolno zapomnieć
Na życie ceny wciąż nie ma
To co się stało źli, smuci
Pozostał tylko – Poemat

Bytom 20.12. 1978

* Szola – w śląskiej gwarze winda szybowa.

Dlaczego właśnie o tamtym wydarzeniu wspominam? Dlatego aby ci, dla których „górnik” znaczy tyle samo co „piekarz” – z pełnym szacunkiem dla tego zawodu – zrozumieli, że tym ludziom należy się szczególny szacunek, bo jak nikt inny codziennie narażają swoje życie, licząc na dobroć „matki natury” dla siebie, dla swoich rodzin, dla nas wszystkich.

PS. W chwili przygotowywania tego materiału do publikacji z kraju dobiegła do mnie informacja o kolejnej tragedii górniczej. Tym razem miało to miejsce w kopalni miedzi. Każdy dramat, każdy wypadek, w którym giną ludzie, dotyka najbliższych ofiar wypadku, ich rodziców, żony, dzieci, ale nie tylko. Widać to na przykładzie wspólnoty, którą zwykliśmy nazywać „górniczą bracią”. Właśnie w takich momentach górnicy, zwłaszcza ze środowiska bezpośrednio związanego z miejscem tragedii, jednocząc się w bólu, organizują wszelką pomoc, nie pozostawiają dotkniętych bezpośrednio dramatem, samym sobie. Stają się dla nich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach, jedną, wielką rodziną.

To smutne, ale jak na ironię, najwięcej kopalnianych wypadków wydarza się w w dniach, tygodniach, poprzedzających „barbórkowe święto”.

Łącząc się z najbliższymi poległych górników w modltwie do św. Barbary, prośmy Ją o ukojenie smutku i otarcie łez tych, którzy dzisiaj płaczą, opiekę dla tych, którzy codziennie ryzykują swoje życie, dla bytu innych i przyjęcie tych którzy odeszli do grona swoich wiecznych przyjaciół.

„Niech się szczęści trud górniczy – Szczęść Boże”.

 

Subiektywny bardak na skos III

Tomasz Fetzki

Na czym skończyliśmy? Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Dolina Wisły, panorama fantastyczne rozległa. Faktycznie, są na tej trasie (na skos Ojczyzny) takie miejsca, skąd widać zarówno kominy Zakładów Azotowych w Puławach, jak i Elektrowni Kozienice. Ech, przestrzenie bezkresne, ech, obietnica wolności, ech, chech, he he he he…

Poruszaliśmy się dotąd wzdłuż Wieprza, teraz jedziemy równolegle do Wisły. Z czym się Viatorowi, poza Puszczą, kojarzą Kozienice? Kompozytor, ten no…, jak mu tam było? Sprawdź Viatorko w internecie na smartfonie, proszę. Takie charakterystyczne nazwisko, tylko z głowy mi wyleciało. No, ten od jabłuszka pełnego snu. Klimczuk! Jasne, Bogusław Klimczuk. Tu się urodził. A co poza Jabłuszkiem skomponował? Różne różności, między innymi twist o Ali Babie. Dla Heleny Majdaniec był go skomponował. Wykonanie niczego sobie, ale Wędrowiec osobiście woli wersję Andrzeja Zauchy. Skąd to skojarzenie? Ano, to już post-asocjacja, postsynchron. W czasie podróżowania tak się to nie układało w zabałaganionej łepetynie Pielgrzyma. Ale gdy zasiadł Viator do pisania tego tekstu, przypomniał sobie, iż kilka tygodni temu głęboko przeżywał dwudziestą piątą rocznicę tragicznej śmierci piosenkarza. Dlaczegóż głęboko przeżywał? Nie tylko dlatego, iż zawsze cenił sobie jego kunszt wokalny. Jest jeszcze jeden powód. Coś tam niedawno kombatancił Wędrowiec o bytności osobistej na prapremierze Harf Papuszy (TUTAJ). Tymczasem, gdy pociski przerwały życie Andrzeja Zauchy na parkingu przy ulicy Włóczków, Viator też znajdował się zaledwie 300, może 400 metrów obok. Ot, taki krakowski wątek życiorysu – dawno i radykalnie zakończony. Co robił w tej chwili Pielgrzym? Szukał ostatnich włoskich orzechów w wielkim ogrodzie ukrytym za wysokim murem (tylko stary Kraków posiada takie niezwykłe tajne ogrody, ulokowane w samym centrum miasta)? Ślęczał nad mądrymi księgami, czytając, co na temat transcendentnej świętości miał do powiedzenia Mircea Eliade? Trudno to odtworzyć po tylu latach. Ale nieświęta, przeklęta śmierć wrażenie zrobiła wielkie, zaiste. Nastawmy odbiornik radiowy w samochodzie na tę piosenkę. Słuchajmy i wspominajmy, a za chwilę będziemy w Kozienicach.

Jeszcze tylko Viatorka zdążyła doczytać ze smartfona kilka faktów z historii miasta (najciekawsze dla Wędrowca były informacje o manufakturze produkującej broń palną dla wojska, założonej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego; za późno, jak zwykle!), a już auto mknie po kozienickich ulicach. Czasu, jak wiadomo, dramatycznie mało, bośmy w Dęblinie nad miarę zabarłożyli. Więc tylko krótki postój przed pałacem Króla Stasia i maleńka przechadzka po parku. Pomnik, wystawiony ku pamięci narodzin Zygmunta Starego, któren to akt doniosły w Kozienicach się właśnie dokonał. Mówią, że to pierwszy polski pomnik o świeckim charakterze. Skoro mówią – pewnie wią. Może tak być.

7-lub

Skądinąd – to jedyne zdjęcie z podróży, wykonane osobiście przez Viatora. Wszystkie pozostałe ściągnął z Wielkiej Sieci. No co? Nie było czasu, żeby się w fotografowanie bawić. Korzystając z okazji dziękuje Wędrowiec autorom tych zdjęć, z których skorzystał bez szczegółowych odnośników. Czas… czas goni!

Ten pomnik natalny Zygmunta Starego przypomniał Viatorowi inną statuę, tantalną, można by rzec – posąg wyniszczonego, umierającego syna Starego, czyli Zygmunta Augusta, na rynku w Knyszynie. Nigdzie nie widział Wędrowiec drugiego tak smutnego pomnika. Napisałby o nim więcej, gdyby nie to, że nie napisze…

Przemknęła przez Kozienice Trójka Podróżników, minęła po prawej kompleks zabudowań elektrowni. Szybkie tankowanie gdzieś na trasie. I wjeżdżamy do Magnuszewa, gdzie wykonujemy ostry zwrot w lewo, czyli znów na zachód.

8-lub

Cóż Magnuszew? Wioska mała, senna i zapuszczona. Ale te wichry historii! Wszak przyczółek warecko-magnuszewski to właśnie tu! Oczywiście, są tacy „patrioci”, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, którzy by chętnie na śmietnik niepamięci wyrzucili ofiarę krwi kościuszkowców, berlingowców, czy jak ich tam zwać. Akowcy – tak. Chłopcy od Andersa – oczywiście. Wyklęci – jak najbardziej! Ale I Armia WP? Polegli pod Studziankami? Och, niekoniecznie. A Viator, trawestując wierszyk mistrza Tuwima, twardo mówi: wierzcie mi, jedna to jest jucha! Krew Polaków, która wsiąknęła w ziemię pod Monte Cassino, ma tę samą wartość, co magnuszewska. Koniec, kropka.

A tak w ogóle to nie może się Pielgrzym powstrzymać od głupawego uśmieszku. No bo, panie dziejaszku, tutaj Magnuszew, Studzianki Pancerne, Warka. A tymczasem, gdy wróci Viator do domu – kilkaset kilometrów stąd – i wsiądzie na rower, po dwudziestu kilku minutach przejażdżki lasem, dojedzie do miejsca, gdzie bronił się w studziankowskiej bitwie okrążony batalion Baranowa, ocalony przez dzielnych czołgistów… Plenery Czterech Pancernych, rzecz jasna. Bardak! Bardak we łbie!

Wzdłuż i równolegle, tym razem do Pilicy. Kilkadziesiąt kilometrów, most, i wjeżdżamy do Warki. Bez hipokryzji: Pielgrzym jest gorącym zwolennikiem złocistego trunku, ale akurat piwo Warka to nie jego faworyt. Dlatego tym razem pominie w opowieści tę asocjację.

9-lubA co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.

Rynek warecki. Pomnik Hetmana. Ciekawy i wysokiej klasy artystycznej. Bo Czarniecki, wiadomo, wielkim Polakiem i bohaterem był, ale też, co figura dyskretnie, acz wyraźnie sugeruje, watażką i okrutnikiem… jak zresztą większość wodzów tej epoki (tak jakby kiedy indziej działo się inaczej).

Dalej, dalej w drogę! Tylko po co właściwie Pielgrzym o tych peregrynacjach z tak wielką determinacją pisze? Ano, wszystko wyjaśni się z tydzień, bo wtedy planuje Viator wysilić się na refleksję historiozoficzną. A tymczasem drogie dzieci…
cmoknijcie Wędrowca w czółko!

ciąg dalszy (zakończenie być może) za tydzień

Przychodzimy, odchodzimy 1

Krystyna Koziewicz

Śmierć na emigracji

Kiedy patrzysz na człowieka życzliwym okiem, widzisz same zalety… podziwiasz nie tylko urodę, ale styl życia, pięknie urządzone mieszkanie, przeczytane książki, dalekie podróże, intratny zawód, posiadaną wiedzę oraz szlachetne wartości przekazywane innym. Te wszystkie cechy brzmią tak olśniewające, że człowiek zaczyna sam siebie karcić, że nie potrafi błyszczeć, dobrze zaprezentować i pchać się przed szereg. Normalny człowiek akceptuje, że wśród nas są lepsi, mądrzejsi i zdolniejsi, bo przecież nie każdy miał szanse czy warunki, żeby się doskonalić. I tak wydawałoby się na zewnątrz mamy piękna twarz, wooow…, a co skrywamy w środku ciała? Zaraz bedzie o tym mowa…

Pewnie ktoś zapyta, a dlaczego taki enigmatyczny wstęp do tytułu artykułu: śmierć emigranta. Bo to się naprawdę zdarzyło, piszę pod wpływem emocji, na gorąco. Tak, umarł Polak na emigracji! Ojciec, brat, eks małżonek, kolega. Umarł pewnie w cierpieniach, bo choroba była straszna. Trudno mieć do kogokolwiek pretensje, że go nie zauważaliśmy, sam się izolował, o problemach nie mówił, a kiedy zapytano zawsze odpowiadał, że ok.

OK.

Zmarł w samotności i była to naturalna śmierć – o czym powiadomiła policja, która przeze mnie, bo to ja jestem eks małżonką, szukała najbliższych członków rodziny. Byłam w szoku, oczywiście, przekazałam posiadane informacje, które pozwoliły odnaleźć jego córkę, zamieszkałą w Monachium i siostrę w Holandii. Najbliższe osoby, w tym wypadku – każda z nich żyła w innym kraju, innym mieście.

Ja zresztą też na własną rękę, poprzez internet, szukałam łączności do obu kobiet. Ucieszona, że znalazłam adres jednej z nich, wysłałam maila, potem zatelefonowałam, zero reakcji. Także policja ją znalazła, nawiązali kontakt, ale córka jako bezrobotna i biedna nie zorganizuje ojcu pogrzebu. A więc to miasto dokona pochówku, anonimowo.

Już raz przeżyłam podobna historię z piłkarzem Kazimierzem Polakiem http://blog-polonia.pl/wspomnienie-o-pilkarzu/.

Polak. Nomen omen…

Ale teraz myślę o moim byłym mężu, o Bartku. Gdyby nie miał nikogo, dobrze… Lorka i Mozart też nie mieli grobu, nie trzeba mieć grobu, nie o ten kawałek miejsca na cmentarzu chodzi, tylko o pamięć. Bartek ma córkę, kochał ją, opłacał jej studia artystyczne, teraz już nie, bo skończyła, jest specjalistą, anonsuje się w sieci, że wykonuje Wohnungseinrichtung. Urządza wnętrza mieszkalne. Oglądam piękne zdjęcia, wnętrza jej mieszkania niczym z bajki, jak wyjęte z ekskluzywnego katalogu. Tak, tak rozpoznaję ją, to ona jest na zdjeciu. Nie chce mi się wierzyć, że nie chce własnemu ojcu zorganizować godny człowieka pochówku. Przecież musi być szlachetnym człowiekiem z darem boskim – artysta o wielkiej wrażliwości i ta buzia… taka śliczna…

Nic nie rozumiem.

Szukam siostry… w internecie nie ma jej nazwiska, nie ma na facebooku. Dzwonię do polskiej ambasady, do znajomych w Holandii z prośbą o pomoc. Słyszę dobre rady, ale dalej działam na własna rękę. O co mi właściwie chodzi? Po co to robię?

Żeby zmarłego na emigracji Polaka nie pochowano na psim polu.

Myślę sobie, siostra na pewno nie pozwoli, by jedynego brata pogrzebano w nieznanym miejscu. Dzwonię do Haarlemu na policję, policja jednak nie odnajduje nikogo o podanym nazwisku, ale… znajduje nazwisko i imię matki zmarłego, która jest zanotowana w komputerze. Ja wiem, że już nie żyje od dwóch lat, ale pewnie tam mieszka i siostra. Niestety, szczegółów nie znam. Od poszukiwań jest policja. Odnajdzie? A jak nie? A jak i ona odmówi?

Czarny scenariusz… Zostanie pochowany w Berlinie, anonimowo, tak, ale przecież w miejscu, które będzie znane. Podam tu adres, może ktoś przyjdzie, może go godnie pożegnamy.

Spoczywaj w spokoju!

bartekklein

Foto: Ania

Hans-Peter Meister

Przyszedł mail:

Drodzy,
proszę mnie rozumieć tak jak piszę w tym momecie i o tej sprawie. Ja nie mam pretensji do bycia literatem, poetą lub pisarzem. Od czasu do czasu szukam w formie pisemnej (w moim odczuciu osamotnionym dialogu ze sobą samym) uiszczenia emocji, uczucia, odczucia i ślepej kiszki itp i itd.
Nie o mnie tu się rozchodzi. Intensywnymi minutami się zastanawiałem jak prawie 20 lat temu widziałem, rozumiałem, słuchałem Hansa Petera…

Przepraszam Was, przepraszam za list otwarty i zaadresowany jednocześnie do Was wszystkich.

Ewo, Moniko, Sylwio, Witku i bliscy Hansowi Peterowi, Tomek zdeklarował się do przetłumaczenia tego tekstu na niemiecki. Proszę, sami oceńcie, czy taka jest potrzeba.

Jeśli tak to: człowieki,  ciężko dobrze, kurwa i kłamać są oryginalnymi zwrotami, zaczerpniętymi z przeszłości, z naszego prze/życia.

czuwaj

Filet

***
Też znałam Hansa-Petera od dawna, od zawsze. Mnóstwo robił i dużo wymagał od nas wszystkich. Opowiedział mi kiedyś historię, którą napisałam. Pierwsze opowiadanie, jakie napisałam po niemiecku. Nie podobało mu się. Trudno, czasem i tak bywa. Ja je do dziś lubię.

EMS

hanspeter

Andrzej Filet Fikus

„Człowieki są różnymi indywidualnościami“. Tak spuentowałeś ówczesne nasze spotkanie po latach, przy ponownej okoliczności w BuchBundzie. W moim odczuciu zwróciłeś tym uwagę na moje “noże” w morzu ludzkości i próbowałeś załagodzić mój gniew spowodowany kolejnym zdemaskowaniem jakiegoś oszustwa w socjalnej branży. Pokornie usprawiedliwiałeś się, że już nie jesteś aktywny w “Social-polit-arbeit“, bo przecież prozaiczne życie, utrzymywanie rodziny. Mówiłeś z zadowoleniem o córce przebywającej w Holandii. “Własna rodzina! Ja o tym marzyłem wiele lat i teraz jest ciężko dobrze”, podkreślałeś. Byłeś i pogodny, i zatroskany opowiadając o niej, o Karin i intensywnej własnej pracy.

Sobota, 02 października 2016, kolejna, dzięki również Twoim wieloletnim wysiłkom i postawionym również przez Ciebie pod nią fundamentom, impreza Polskiej Rady Społecznej w “Familien Garten“, Oranienstraße 34. Hans-Peter nie żyje!, rzucił Witek na powitanie. Jak nie żyje? No kurwa normalnie, zmarł, nie wiem, od Jacka wiem, dzwonił do niego, byle tam coś gadał, do Lutza, tamtej i tego też dzwonił, jakby się nudził, mieli niektórzy wrażenie. Ktoś powiedział, że skrzep na płucach, szybki rak. Poczułem nagle we wnętrzu ładunek wybuchowy z opóźnionym zapłonem lub może konia podkłutego kopnięciem w brzuch. Alarm! Co mam z tym wszystkim w brzuchomózgu teraz zrobić, gdy Cię niby już żywego nie ma? Tej samej nocy, czyli z soboty na niedzielę, śniłem o Tobie, bardzo realnie, w kolorach. Szybkim krokiem, w ortalionie, w zamglonych okularach przeskakiwałeś skrzyżowania, pędziłeś z torbą przewieszoną przez ramię, wchłaniając kolejne metry, do Rady oczywiście. W deszczu, ślisko i pod prąd; wtedy wiesz, że żyjesz. A pewno jak i w tym śnie, jak i wiele razy wcześniej, biegłeś, by komuś pomóc, niekoniecznie tylko Polakom. A w tym śnie, w barwach deszczu i Kreuzbergu, widząc Twoją postać: “Kurwa! Hans-Peter, przecież Ty żyjesz! Nie kłam, wczoraj mówili, że umarłeś!” Zerknąłeś w moją stronę i w typowym Ci rytmie: ”Tak, tak, potem, pogadamy, ja muszę, ważne sprawy“. I tyle Cię widziałem. Na moje szczęście znów.

Berlin 04.10.2016

Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

Śmierć Cioci Krysi

Andrzej Rejman

Ciocia Krysia

Krystyna Stankiewicz i jej rodzina miała pokaźny udział we wspomnieniach zamieszczonych na tym blogu. Autorka wspomnień – córka Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów, praprawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” zmarła w Warszawie w sierpniu b.r. (2016)

1_krysia_stankiewiczok_1935_w_berzenikach_z_ulubionym_ps

Dziś kilka zdjęć i wspomnienie o niej – jej kuzynki, Marii Chodorek z d. Tyszkiewicz. U góry mała Krysia Stankiewicz w Berżenikach z ulubionym psem

5_krystyna_stankiewicz4  2_krystyna_stankiewicz1 3_krystyna_stankiewicz2 4_krystyna_stankiewicz3

Krystyna Stankiewicz w Warszawie, w czasach pracy w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej (lata 50-te XX w.)

***

Maria Chodorek

Nie dokończyłyśmy naszych rozmów.
Pamięci Krystyny Stankiewicz.

23 sierpnia 2016 roku zmarła na warszawskim Żoliborzu Krystyna, córa Heleny z Zanów Stankiewiczowa, moja bliska krewna, starsza jedynie o dwa lata.

Wuj Kazimierz, jej ojciec, był bratem mojej Matki, Janiny ze Stankiewiczów Tyszkiewiczowej. Krystyna była ostatnią z rodziny – urodzona w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie – w miejscu, skąd wywodził się nasz dziadek Wacław Stankiewicz.*

Dziś, 30 sierpnia odprowadzamy Zmarłą po mszy żałobnej do rodzinnego grobu na Starych Powązkach. Dobrze, że upał ustąpił właśnie dziś.

Poruszam się z trudem w labiryncie teraźniejszości, wspominając przez cały mijający tydzień przeszłość.

Traktuję ją jako przestrzeń pomiędzy „od-do” z odcinkami, które z Krysią przeżyłyśmy wspólnie.

Przed 1939 rokiem chyba dwukrotnie byłam z rodzicami w Berżenikach – latem. Zapamiętałam jezioro należące do rodzinnego mająteczku, lasy na horyzoncie, sad, psy i konie.

Helena, żona Kazimierza – „Pani na Berżenikach”, matka Krysi i Ziutka została w Wilnie w nadziei że pomoże Kazimierzowi uciec, lub zdoła wykupić. Tak się nie stało, ciocia Hala przyjechała do nas latem 1945 roku, potem uzyskała mieszkanie przy ul. Krasińskiego, na warszawskim Żoliborzu. Była dzielną kobietą o wielu talentach, prawdziwą patriotką.

Krysię zobaczyłam po wojnie w 1945 roku. Siedziała przy oknie dużej anińskiej kuchni i starannie obierała ziemniaki na rodzinny obiad. Nasza wspólna babcia Mania „w cztery oczy” postawiła mi kuzynkę za wzór, ponieważ jak zwykle „wykręciłam się” od kuchennych zajęć. Krysia ze swoim młodszym o pięć lat bratem Ziutkiem (Józefem – imię nadano na cześć Marszałka Piłsudskiego) i z towarzysząca dzieciom niezrównaną przyjaciółką ich Matki – Wandą Kawalcową – została zakwaterowana w pokoju na piętrze.

Przyjechali towarowym pociągiem z Wilna do Lublina. Stamtąd mój ojciec zabrał ich do Warszawy i Anina.Podróż ta była ciężka i długa, ich rodzice zostali w Wilnie, choć wszyscy mieli razem przyjechać transportem nr 17 w lutym 1945 roku.

Tydzień przed tym terminem Kazmierz Stankiewicz został pojmany przez NKWD w nocnej brance. Do Warszawy przyjechał dopiero w listopadzie 1947 roku, o czym można się dowiedzieć także ze wspomnieniowych książek, m.in. ”Pani na Berżenikach” (Wojciech Wiśniewski) i „W łagrach na Saratowskim szlaku” (Leonard Perepeczko).

W 1945 roku poszłyśmy z Krysią do ostatniej klasy Prywatnej Szkoły Powszechnej SS Felicjanek w Marysinie Wawerskim, potem również tam ukończyłyśmy żeńskie gimnazjum uzyskując tzw. małą maturę. Dwa lata uczęszczałyśmy do szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie przy ulicy I Poprzecznej w pałacyku Więcka.

Te dwa lata były również czasem koleżeńskich prywatek w rodzinnych domach, gry w siatkówkę, wypraw „do Warszawy”, do kina lub nad Wisłę. Krysia była jedną z aninianek – „Dziewcząt od sióstr”, mieszkała przy III Poprzecznej, z nami. Na Żoliborzu bywała pod koniec każdego tygodnia. Jej Rodzice dzielnie opanowywali sztukę adaptacji w Warszawie.

Po maturze w 1951 roku nasze drogi się rozeszły…

Spotykałyśmy się jednak na świątecznych lub imieninowych, czasem jubileuszowych uroczystościach rodzinnych. W 1958 roku Krysia podawała do chrztu Piotra, mego pierworodnego syna…

Została dyplomowana pielęgniarką. W tej roli była wzorowa również jako córka i siostra.

Została sama w 2011 roku (w tym roku zmarł jej brat Józef), i wtedy zaczęły się nasze długie rozmowy telefoniczne. Wówczas dowiedziałam się wielu istotnych, radosnych i tragicznych szczegółów o Rodzinie. Miałyśmy wiele tematów odkładanych „na potem”. Od tygodnia sięgam po telefon nawykowo, by ją usłyszeć i kontynuować rozpoczęte tematy… I wracam myślą do Niej i Jej Rodziny.

Polecam ich Matce Boskiej Ostrobramskiej, Krysia zwykle nam tłumaczyła, że jest to Madonna bez Dzieciątka, więc może więcej mieć dla nas cierpliwości i miłości.

____________________________________________

*Wacław Stankiewicz 1866 – 1940

Inżynier leśnik, organizator leśnictwa.

Urodzony 23 IV 1866 w Berżenikach w pow. nowoaleksandrowskim (gub. kowieńska), był synem Jana Stankiewicza i Konstancji z Bejnarów. Jan Stankiewicz był leśnikiem i właścicielem miejscowego folwarku.

Po ukończeniu szkoły realnej w Dyneburgu studiował w Petersburskim Instytucie Leśnym, gdzie w r. 1890 uzyskał stopień «uczenyj lesowod I razriada» (odpowiednik inżyniera leśnictwa). Po studiach pracował w państwowej administracji leśnej gub. kostromskiej, potem został na trzy lata oddelegowany do urządzania lasów na Uralu, gdzie dokonywał wraz z grupą taksatorów Polaków inwentaryzacji przyrodniczo-leśnej i planował zagospodarowanie poszczególnych nadleśnictw. W r. 1894 wrócił do Petersburga i został asystentem w Katedrze Urządzania Lasu Instytutu Leśnego, kierowanej przez Polaka, Aleksandra Rudzkiego. W r. 1905 dzięki stypendium uczelnianemu prowadził badania lasów górzystych na 25 założonych przez siebie powierzchniach próbnych w środkowej i południowej części Krymu. Podczas pobytu na Krymie odkrył nieznany dotychczas gatunek sosny, który opisał W. Sukaczow i nazwał na cześć Stankiewicza «Pinus Pityusa Stev. var. Stankieviczi». W r. 1908, przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w Zarządzie Rolnictwa i Dóbr Państw, przy urządzaniu lasów w okręgach leśnych: moskiewsko-twerskim, włodzimiersko-riazańskim i południowym — obejmującym Krym i zachodnie Zakaukazie.

Wiosną 1920 Stankiewicz opuścił Rosję i osiadł w Warszawie. W maju tego roku objął stanowisko naczelnika Wydziału Urządzania Lasów w Departamencie Leśnictwa Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Mimo małej liczby wykwalifikowanych pracowników technicznych oraz różnic w systemach leśnych trzech zaborów, doprowadził w ciągu dwóch lat do prowizorycznego urządzenia wszystkich lasów państwowych, a następnie likwidując stopniowo braki w planach, księgach i mapach gospodarczych, organizując i szkoląc personel, a potem sprawnie kierując jego pracami w terenie, stworzył podstawy dla prawidłowej administracji i nowoczesnej gospodarki leśnej.

W r. 1931 przeszedł na emeryturę, ale nadal interesował się sprawami leśnictwa, podejmując zlecenia urządzania lasów prywatnych i zabierając głos na łamach prasy fachowej . W r. 1939, ciężko już chory i częściowo sparaliżowany, zamieszkał u córki w Aninie pod Warszawą. Tam zmarł 20 III 1940; pochowany został na cmentarzu parafialnym w Zerzni. W małżeństwie z Marią z Woyczyńskich (ok. 1873—1965) miał troje dzieci: Kazimierza, Władysława oraz Janinę (1901—1982), doktor filozofii w zakresie botaniki, zamężną za Stanisławem Tyszkiewiczem, profesorem leśnictwa. Kazimierz (ok. 1899—1972), inżynier łączności, absolwent Inst. Technicznego w Moskwie (1914), był najpierw pracownikiem Głównej Dyrekcji Telefonów i Telegrafów w Warszawie, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-sowieckiej 1920 r., potem gospodarował w rodzinnych Berżenikach, podczas drugiej wojny światowej był aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, po wojnie pracował w Biurze Odbudowy Stolicy w Warszawie; był żonaty z Heleną z Zanów (zm. 1996).

oprac.Stanisław Tadeusz Sroka

Źródło: Polski Słownik Biograficzny

 

7_waclaw_stankiewicz_and_kazimierz_hrebnicki_ok_1926_w_b

6_od_lewej_adam_hrebnicki_i_waclaw_stankiewicz_ok_1910_f

 

Adam Hrebnicki (po lewej) i Wacław Stankiewicz około roku 1910

Poniżej:

Wacław Stankiewicz i Kazimierz Hrebnicki, Raj, ok 1926

 

 

 

Lejana y sola (1)

Zgodnie z zapowiedzią, rozpoczynam dziś publikację fragmentów pracy magisterskiej Kingi na temat tłumaczeń Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej.

Celowo wybrałam ten właśnie, a nie inny moment pierwszej publikacji: w piątek, 19 sierpnia, minęła 80 rocznica śmierci największego poety współczesnej Hiszpanii, Federico Garcii Lorki, rozstrzelanego przez siepaczy frankistowskich w wąwozie Viznar koło Granady. Poezja Lorki była wielką fascynacją Mamy.  Wczoraj minęła 21 rocznica jej śmierci.

RIP

druga

Kinga Szpuler

Introducción

La siguiente tesina presenta a la persona y el trabajo literario de Irena Kuran-Bogucka, una artista gráfica y traductora polaca de poesía española. Su trayectoria profesional es sorprendente y muy interesante porque, por pura afición al arte, se atrevió a descifrar el mundo mágico de los poemas españoles. Nunca había estudiado la lengua española en una universidad ni nadie le había enseñado las reglas de traducción. Sin embargo, sus versiones de los poemas son muy coherentes y nos transmiten el hechizo y la riqueza de la lengua española.

– ¿Cómo y para qué hacerse traductora de poesía española sin conocer la lengua en absoluto?

– ¿Por qué una artista gráfica muy apreciada decide cambiar totalmente su ocupación y dedicarse a la literatura?

– ¿Qué factores definen a un buen traductor de poesía: es un pedante concienzudo o un visionario inspirado?

– ¿Hay que ser artista para poder interpretar el arte?

Estas preguntas le hacían muchas personas a Irena Kuran-Bogucka al publicar sus primeras traducciones de la poesía de Federico García Lorca y después también de Rafael Alberti.

En este trabajo vamos a responder a estas preguntas en base a varias explicaciones de la misma traductora, que en cada antología esclarece los motivos y métodos de su trabajo. Por consiguiente, vamos a analizar algunas de sus traducciones y compararlas con otras interpretaciones polacas. Dedicaremos un pequeño capítulo a las obras alemanas de Heinrich Heine, Günter Grass, Martin Pohl y Mascha Kaléko cuyos poemas también fueron traducidos por Irena Kuran-Bogucka. En la última parte de la tesina aprenderemos algo más sobre nuestro personaje, concretamente desde el punto de vista de sus hijas, Ewa Maria Slaska y Katarzyna Bogucka-Krenz.

3.1. Poemas de Federico Garcías Lorca

3.1.1. Canción del Jinete, del poemario Andaluzas (1921-1924)

Canción del Jinete

Córdoba.

Lejana y sola.


Jaca negra, luna grande,

y aceitunas en mi alforja.

Aunque sepa los caminos

yo nunca llegaré a Córdoba.


Por el llano, por el viento,

jaca negra, luna roja.

La muerte me está mirando

desde las torres de Córdoba.


¡Ay qué camino tan largo!

¡Ay mi jaca valerosa!

¡Ay que la muerte me espera,

antes de llegar a Córdoba!


Córdoba.

Lejana y sola


(Lorca 1977: 307)

Piosenka jeźdźca

Kordoba

samotna w dali.


Czarny koń, ogromny księżyc

i oliwek pełne torby.

Chociaż drogę znam, to nigdy

ja nie dotrę do Kordoby.


Poprzez wiatr, porzez równinę,

krwawy księżyc, koń mój wrony.

A tam śmierć mnie wypatruje,

śmierć spogląda z wież Kordoby.


Aj, jakaż droga bezkresna!

Aj, mój koniu niestrudzony!

Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,

zanim dotrę do Kordoby!


Kordoba

samotna w dali.


(Lorca 1982: 134)

El poema Canción de Jinete, escrito en el año 1924, pertenece a los poemas más emblemáticos de Federico García Lorca. Ya el título se refiere a la estructura formal del texto, o sea, es la canción, en la que al principio y al final encontramos un breve estribillo y además tres estrofas de cuatro versos octosílabos. En los versos pares observamos las rimas asonantes . La métrica del poema es bastante simétrica, entonces, la cesura casi siempre se ubica en el medio de la línea, es decir, después de cuatro sílabas.

El contenido del poema se refiere a los símbolos andaluces y a la vez a los gitanos, que están presentes en muchas obras de Lorca: el jinete desconocido, la ciudad inalcanzable, la jaca negra, la luna grande y roja, y sobre todo la muerte acercándose. El autor presenta varios epítetos muy sugestivos que nos ayudan a imaginarse el paisaje nocturno del poema e identificarse con el hombre. El jinete está viajando a Córdoba pero presiente de que no podrá llegar a su destino, porque sabe que morirá por el camino. La dominante semántica se encuentra en la conección de la forma de la canción y de la imagen siniestra. Sentimos la misma angustia que él, sin embargo, no podemos parar el trote del caballo; la canción tiene que ser cantada hasta el final trágico.

La traducción abarca perfectamente todos los elementos mencionados, tal en su estructura como en el contenido. En la versión polaca vemos la misma forma de paréntesis, es decir, dos estribillos y tres estrofas. Destacan los versos octosílabos y las rimas cuidadosamente imitadas, que demuestran la maestría de palabra. También los epítetos en la lengua polaca son bastante convincentes: “ogromny księżyc, krwawy księżyc, koń mój wrony, koń niestrudzony”. Los adjetivos llevan consigo muchas emociones y tienen el sonido duro como en español, porque todos contienen la letra “r”. Tenemos la impresión de ver el mismo paisaje y escuchar la misma canción, aunque en otro idioma.

Federico Garcia Lorca (reblog i nie tylko)

Zginął zabity przez siepaczy frankistowskich. Był jedną z pierwszych ofiar reżimu, który właśnie doszedł do władzy. Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka jego wierszy na polski, autorka grafik do najsłynniejszego cyklu jego poezji – Romancero cygańskie – napisała we wstępie do wydania jego dzieł wybranych (Gdańsk, Wydawnictwo Morskie 1982):

19 sierpnia 1936 roku został zamordowany największy współczesny poeta Hiszpanii – Federico Garcia Lorca.
Zginął mając lat 38, w pełni twórczego rozkwitu. Pozostawił ogromny dorobek: pięć słynnych dramatów, kilka mniej znanych i szereg mniejszych utworów scenicznych, prozę poetycką, teksty krytyczno-literackie oraz przeszło 500 wierszy. Był jednym z tych poetów, których wiersze “zbłądziły pod strzechy” i to od razu, jeszcze za jego życia. Popularne od pierwszych lat swego istnienia, przetrwały tragiczną śmierć Lorki, zakazy publikacji, okres frankistowskich represji. Znane w całej Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej, publikowane, recytowane, śpiewane, a także tłumaczone na liczn języki obce, trwają nadal, wciąż żywe, silniejsze niż śmierć.

(…)

Poeta, jak zwykle latem pojechał do Granady, aby spędzić wakacje z rodzicami. Nazajutrz, 17 lipca 1936 roku, rozpoczął się frankistowski przewrót. Nastąpiły represje, terror, masowe egzekucje. W Granadzie i jej okolicach zamordowano owego lata ponad 20 tysięcy osób. Przyjaciele doradzali poecie jak najszybszą ucieczkę na północ kraju czy nawet za granicę. Lorca uciekać nie chciał, nie rozumiał też, co mogłoby mu grozić. Nie był działaczem politycznym; nie pojmował, że sława, która go otaczała, a także społeczna wymowa jego dzieł staną się dla niego wyrokiem śmierci. Nie potrafił zresztą uwierzyć, żeby ktokolwiek był zdolny do zamordowania poety.

Został aresztowany 18 sierpnia i zaraz nazajutrz o świcie rozstrzelany w wąwozie Viznar pod Granadą. Nie miał pogrzebu i nie ma grobu. Stało się tak, jak kiedyś napisał:

Kiedy ja umrę
z gotarą mnie pochowajcie
w suchym piachu.

A kiedy minęło 80 lat:

Niekochany bohater Grenady

Nie ma grobu i nie doczekał się muzeum na miarę swej sławy i wielkości. Co więcej, w 80 lat po swojej śmierci Federico García Lorca został bohaterem kolejnego dramatu – tym razem korupcyjnego.

Rodzina Lorki walczy z urzędnikami o kontrolę nad nowym, kosztującym 25 mln dol. centrum w Grenadzie zbudowanym ku pamięci dramatopisarza i poety straconego przez pluton egzekucyjny podczas hiszpańskiej wojny domowej. Otwarte latem ubiegłego roku centrum miało pomieścić olbrzymie archiwum składające się z blisko 20 tys. przedmiotów – rękopisów, rysunków, dzieł sztuki, których łączną wartość wyceniono na 22 mln dol. A jednak eksponaty te dotąd do muzeum nie dotarły. Rodzina Lorki oraz fundacja jego imienia nie zgadzają się przenieść zbiorów z magazynu w Madrycie do grenadyjskiego centrum, póki miejscowe władze nie zagwarantują im tego, co już im podobno obiecały: nadzoru nad działalnością muzeum.

– Od samego początku instytucje rządowe nie podchodziły do tego projektu z entuzjazmem – twierdzi Laura García Lorca, siostrzenica poety i kierowniczka fundacji, urodzona w Nowym Jorku, na wygnaniu, gdzie udała się cała rodzina po egzekucji słynnego grenadyjczyka z rąk nacjonalistów w sierpniu 1936 roku.

Otwarte przed rokiem w pobliżu renesansowej katedry centrum miało dodać Grenadzie literackiego blasku. Władze planowały organizować specjalne wycieczki śladami poety po jego rodzinnej Andaluzji. W odległości spaceru od muzeum mieści się letni dom Lorki, ten sam, w którym napisał on przy prostym drewnianym biurku “Krwawe gody”, klasyczną sztukę z 1932 roku o miłości, chciwości i zbrodni. Z powodu korupcyjnych oskarżeń dziś samo muzeum uwikłane jest w dramat.

Obiektowi nadal brakuje dyrektora. Ponieważ rodzina odmawia wydania archiwów, trzeba było odwołać niemal roczny program imprez z udziałem uznanych na świecie pisarzy, poetów i artystów, w tym Patti Smith mającej wziąć udział w lipcowej inauguracji. Jakby tego jeszcze było mało, byłemu konsultantowi fundacji postawiono zarzut sprzeniewierzenia kwoty powyżej 2,75 mld dol. z pożyczki zaciągniętej na budowę centrum.

W kwietniu hiszpańskie ministerstwo kultury objęło archiwum Lorki specjalną ochroną uniemożliwiającą ewentualne próby wywiezienia kolekcji za granicę. Urzędnicy uzasadnili tę decyzję obawami o rozsprzedanie części zbiorów, by pokryć długi centrum, mimo że członkowie rodziny poety wcześniej wykluczyli taką ewentualność.

Nowy burmistrz Grenady, Francisco Cuenca, szuka sposobu na pogodzenie zwaśnionych stron: fundacji, lokalnych i krajowych władz, których przedstawiciele wchodzą w skład konsorcjum mającego nadzorować centrum i łożyć na jego utrzymanie. Nie udało się dotąd rozwiązać punktów spornych, w tym rozstrzygnąć kwestii odpowiedzialności za utratę środków.

– Przez długie lata poeta należał do czołowych miejskich dóbr kultury, o których słyszał cały świat – zauważa Christopher Maurer, profesor literatury hiszpańskiej z Uniwersytetu w Bostonie specjalizujący się twórczości Lorki. Co nie zmienia faktu, że dziedzictwo poety budziło w jego rodzinnym mieście “niewątpliwy opór i niechęć”.

Konflikt trwa od dziesięcioleci. García Lorca został pochowany gdzieś na przedmieściach Grenady, na polu, gdzie stracono go w wieku lat 38. Grobu poety nie udało się dotąd zlokalizować. Badacze chcieliby zorganizować teraz trzecią rundę poszukiwań, czemu jednak sprzeciwia się rodzina zmarłego, w tym sześcioro jego siostrzenic i siostrzeńców. Z policyjnego raportu, który wypłynął w 1965 roku, wiadomo, że Lorkę stracono na rozkaz władz wojskowych, które gardziły poetą za jego homoseksualizm i przynależność dla masonerii. – Nadal budzi sprzeczne uczucia – mówi o sławnym wuju jego siostrzenica Laura García Lorca. – Może mieć to związek z poczuciem winy i współodpowiedzialności za to, co się kiedyś stało.

W tym andaluzyjskim mieście o 236 tys. mieszkańców do niedawna w galerii portretów przedstawiających kolejnych burmistrzów brakowało wizerunku szwagra poety, socjalisty straconego w 1936 roku przez nacjonalistów w parę dni po swojej nominacji. Dopiero tego lata nowy burmistrz Cuenca – socjalista, który zastąpił na czele władz miejskich skłóconego z rodziną Lorki urzędnika – kazał umieścić portret zamordowanego na poczesnym miejscu.

Cuenca twierdzi, że chciałby jeszcze w tym roku sprowadzić do centrum archiwa i udostępnić je zwiedzającym. – García Lorca jest dla Grenady najlepszą marką – zapewnił, przechadzając się po historycznej części miasta. – Turyści na całym świecie znają Grenadę z Alhambry, lecz to raczej miasto kreatywności i poetów.

Najpierw jednak centrum musi zaradzić poważnym problemom finansowym. W marcu były sekretarz fundacji, Juan Tomás Martin, wziął na siebie odpowiedzialność za część długów, podając, że niefortunnie zainwestował pieniądze w projekty edukacyjne w Ameryce Południowej. Kłopoty fundacji skłoniły sekretarza stanu ds. kultury José Maríę Lassalle do nałożenia restrykcji na posiadane przez nią archiwa. W osobnym wywiadzie Lassalle przyznał, że nic nie wie o planach sprzedaży zbiorów przez fundację. Hiszpańskie media spekulowały, że zainteresowanie ich kupnem wyraziło University of Texas w Austin, jednak rzecznik uczelni odmówił komentarza w tej sprawie. – Fundacja dotychczas była efektywną strukturą i nie zamierzam kwestionować jej możliwości sprawowania ochrony nad archiwum – stwierdził urzędnik. – Uważam jednak, że odpowiedzialni politycy powinni zapewnić najwyższy poziom ochrony.

Rodzina Lorki, która fundację jego imienia stworzyła w 1984 roku ze środków uzyskanych ze sprzedaży kilku prac Salvadora Dalí, już wcześniej musiała stawiać czoła przeciwnościom losu. W połowie lat 70 krewni poety stoczyli zwycięski bój z władzami miasta, które z powodu planów budowy autostrady zażądały wyburzenia letniego domu rodu Lorca. W latach 80 rodzina skutecznie walczyła z projektem wzniesienia stadionu w miejscu, gdzie mogły znajdować się masowe mogiły, w tym grób poety.

Ostatnio fundacji udało się dojść do wstępnego porozumienia z bankiem La Caixa gotowym umorzyć część zadłużenia, w zamian za co instytucja ta mieniłaby się odtąd głównym sponsorem centrum. Trwają rozmowy ze stroną rządową w sprawie dalszej roli fundacji w całym przedsięwzięciu. (…) Niektórzy jednak tracą cierpliwość, na próżno czekając na ukończenie projektu zaplanowanego przez fundację jeszcze w roku 2004. Laura García Lorca żartuje, że czuje się jak tytułowa Doña Rosita, stara panna z jednego z dramatów Lorki, przez lata próżno czekająca na powrót narzeczonego. – Budują nowe domy, śpiewają nowe piosenki, a ja wciąż taka sama, równie roztrzęsiona – parafrazuje słowa głównej bohaterki.

***

Dziękuję Kindze Szpuler za przysłanie mi tego artykułu.

Kinga Szpuler, germanistka i hispanistka, obroniła w czerwcu tego roku pracę magisterską (już drugą – pierwsza była z germanistyki) o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej. Od przyszłego tygodnia będę tu zamieszczała fragmenty tej pracy. Po hiszpańsku!

przerywnik-kobieta-patrzyMężatka niewierna. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (tak zwany przerywnik w przeciwieństwie do dużych grafik ilustracyjnych) do wiersza Lorki pod tym samym tytułem.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.