Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Groby / Gräber 2017 (1)

Heut’ ist Buss- und Bet-Tag. Anne hatte letztens zwei Gräber besucht, ich noch eins…

Jutro dla czytelników polskich Ela Kargol z wpisem na podobny temat. I przysięgam – nie umawiałyśmy się, temat wisiał w berlińskim powietrzu

Anne Schmidt

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten, selbstzerstörerischen Leben.

Zu den anonymen Gräbern gehörte das von Ulrike Meinhof, das jedoch inzwischen ihren Namen trägt und anlässlich ihres Geburtstages am 7. Oktober reichlich geschmückt wurde.

Foto Anne Schmidt

Es befindet sich in Tempelhof auf dem Friedhof der Heiligkreuz-/ und Passionskirchengemeinde an der Eisenacherstraße.

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen “Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol

Ewa Maria Slaska

Noch ein Selbstmörder-Grab. Walter Leistikow, Maler. Wikipedia weißt zu berichten, dass:

Walter Leistikow erschoss sich am 24. Juli 1908 während eines Aufenthalts im Sanatorium Hubertus in Berlin-Schlachtensee im Endstadium seiner langjährigen Syphilis-Erkrankung. Nach einer großen ehrenvollen Trauerfeier im Berliner Secessionsgebäude wurde er auf dem Friedhof Steglitz beigesetzt. Sein Grab ist ein Ehrengrab des Landes Berlin. Der Grabstein – ein Werk Franz Seecks von 1909 – wurde zum 100. Todestag erneuert. Die Grabstätte befindet sich in der Abt. Ih – Erbbegräbnis 251.

Was man nicht zu berichten weiss, ist, dass man ihm zuerst nirgendwo begraben möchte, und erst nach langer Suche hat sich die Friedhofsverwaltung des Friedhofs Steglitz, bereit erklärt, ihn zu begraben.

Foto Wikipedia

Als man in Steglitz den 100. Jahrestag des Leistikows Todes feierte, am 24. Juli 2008 weilte Barack Obama, damals noch USA-Präsidenten-Kandidat, in Berlin. Die Organisatoren der Leistikows Feierlichkeiten luden Obama ein, nicht nur zur Siegessäule sondern auch nach Steglitz zu kommen, aber so viel Sinn für den (schwarzen) Humor bewies sogar Obama nicht. Schade, eigentlich.

Nasz rok leśmianowski 16

Dziś rocznica śmierci. Maria Szewczyk podaje na bloga wiersz Leśmiana i obraz Malczewskiego, obiecuje też wpis o dramatycznych okolicznościach śmierci poety.

Bolesław Leśmian

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku…

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga – orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest – noclegiem – i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
“Śpi snem wiecznym” – szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej – w pozgonnym rozpędzie.
“Śpi snem wiecznym…” Snu nie ma i nigdy nie będzie!
“Szczęśliwy! Już nie cierpi!” – tak mówiono wkoło –
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie –
I zaczęło się nowe – niezależne cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słychać ich wcale.
Szli ludzie – dotąd żywi… Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu.
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Jacek Malczewski, Śmierć, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie

Przygrobny monolog

Roman Brodowski

Wiersz ten napisałem w ubiegłym roku. Inspiracją były słowa, które zwykł mawiać mój brat podczas rozmów, jakie ze sobą prowadziliśmy, zwłaszcza tych o sytuacji panującej w Polsce.
Zawsze kiedy pytałem Go o jego osobiste refleksje dotyczące czasu, gdy udzielał się w walce o obronę praw więźniów politycznych, a było to w okresie powstania „Solidarności”, zwykł był odpowiadać jednym i tym samym zdaniem: „Wygraliśmy z komuną, żeby przegrać samych siebie”. Wówczas, kiedy jeszcze żył, a zmarł w grudniu 1998 roku, nie do końca rozumiałem, co miał na myśli.
Dopiero po wielu latach, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy to PiS rządzi naszym narodem, gdy sytuacja polityczna w kraju stała się się nie do zniesienia, w pełni zrozumiałem, co kryło się pod jego „złotą” myślą. I chyba powoli przekonuje mnie jego logika myślenia, że „wygrywając rok 1980/81, a następnie 1989, przegraliśmy samych siebie”.

Co prawda, na początku utwór ten zamierzałem pozostawić w szufladzie, dla siebie. Jednakże dzisiaj przekonany jestem, że moje ubiegłoroczne myśli dojrzały do tego, by ujrzeć światło dzienne, by je upublicznić.

„ Przegrać samych siebie”

„Wygraliśmy z komuną
Żeby przegrać samych siebie”
Powtarzałeś przy każdej okazji
Tę twoją – złotą – myśl.

Jesteś od dawna mój Bracie
Poza przestrzenią zmysłowej
Interpretacji „Tajemnicy wiary”
Więc obce Ci jest uczucie lęku.

Wiem co byś powiedział gdybyś żył
Ale ja tak nie potrafię ja muszę
Ja nie przegrałem jeszcze siebie
Ja wciąż o siebie …gram.

Może to i dobrze, że nie widzisz
Jak spełnia się twoje „proroctwo”
Jak bardzo szata solidarnej jedności
Rwana po kawałku zaczyna gnić.

Chmury Bracie, brunatne chmury
Opadają powoli na twoją nadzieję
Solidarność jak w rozbitym lustrze
Ukazuje wielotwarz obłudy i fałszu

Prawda twojego czasu popada w ruinę.
Praworządność wrzucono do szamba
A naród za kilka srebrników sprzedał
Swoją niby narodową polską dumę.

Ty nie zabronisz mi krzyczeć
Bo krzyczę nie moją ale twoją prawdą.
To nie ja ale ty uczyłeś mnie patrzeć
Oczyma patriotycznej poprawności.

Dzisiaj bohaterom twojego czasu
Odebrano prawo ich wielkości
Napisano historię dla nowosystemu
Faszystowsko narodowej dyktatury

Kolejny karzeł bez przeszłości
Rozpoczął taniec na grobach tych
Którzy nie mogą już się bronić
By stać się światłem dla ślepowierców

Armia pochlebców wokół niego
Niby stado psów przy pańskim domu
Oczekuje spadających ochłapów
Z coraz biedniejszego ojczyźnianego stołu

Tak tak Bracie – ciężkie czasy nastały
Nasza Ojczyzna jak kula Syzyfa stacza się
Rządni władzy despoci wiodą naród
No właśnie! … dokąd oni nas wiodą?

Obiecują, równość i sprawiedliwość
A niszczą Konstytucję i sądów niezawisłość
Obiecują dobrobyt świetlaną przyszłość,
A trwonią wszystko dla minuty chwały.

Jak mam żyć Bracie w naszym „gnieździe”
Kiedy ono powoli wypełnia się
Marazmem głupoty fanatyzmu i niezgody
Gdy naród nasz popada w desspotyczną niewolę

Dlaczego dzisiaj drogi przyjacielu
My którym droga do wolności
Okupiona jest krwią naszych przodków
Nie potrafimy być wielkim „Jedno”

Dlaczego przyniesiona na sztandarach
I twojego Bracie zrywu „Demokracja”
Zamienia się w pusty niby dzban slogan
A ludzie… Oni niczego nie rozumieją.

Jak dobrze że śpsz spokojnie – Bracie.

Berlin, 24 października 2016

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX

 

Che

Z przyczyn rocznicowych dzisiejszy poniedziałek z tekstem o Baratarii został przeniesiony na piątek 13  i połączył się z wypisem o świecie podręcznych

Zbigniew Milewicz

Zamordowano go dokładnie 50 lat temu. Mojego Che, który był idolem kontestującej młodzieży lat 60 w Polsce. Jego portret do dziś wisi na poczesnym miejscu na ścianie mojego tyskiego mieszkania; w dzisiejszej Polsce Che Guevara, na równi ze Stalinem i Leninem jest wykluczony z publicznej prezentacji, ponieważ był komunistą i za nią można zostać pociągniętym do odpowiedzialności prawnej. Ale ponieważ blog Ewy Marii Slaskiej ukazuje się na berlińskiej stronie internetowej, “odważam” się przytoczyć, co polska Wikipedia pisze o Che, chociaż z zakończeniem tej informacji kompletnie się nie zgadzam, ponieważ On był człowiekiem prawym. Paradoks tej relacji polega na tym, że Che – komunista był idolem m. in. polskiej młodzieży, co istniejący, komunistyczny ustrój próbowała naprawić, a dzisiaj, kiedy udało się go przeflancować na kapitalistyczny, w którym nadal rządzą stare układy, jest wrogiem. A więc cytuję:

Che Guevara, właśc. Ernesto Rafael Guevara de la Serna, pseudonim Fernando Sacamuelas (ur. 14 czerwca 1928 w Rosario, zm. 9 października 1967 w La Higuera) – latynoamerykański rewolucjonista, pisarz, z zawodu lekarz.

Urodził się w Argentynie. W latach 50 jeden z przywódców rewolucji kubańskiej. Po jej sukcesie wstąpił w skład rewolucyjnego rządu. W 1965 roku brał udział w walkach partyzanckich w Kongu. Od 1966 roku organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam został schwytany i zabity. Jako ideolog i pisarz stworzył własną oryginalną wersję wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Jego poglądy określa się mianem guevaryzmu. Przeszedł do historii jako idol zrewoltowanej młodzieży. Odpowiedzialny za liczne egzekucje, tortury i uwięzienia.


PS. od adminki. Autor poprosił, bym wstawiła do wpisu jakiś portret Che. Pomyślałam, że poszukam polskich memów. Che, jak każda postać, która zapisała się na trwałe w annałach popkultury, jest tematem wielu memów i oczywiście nie myliłam się, sądząc, że znajdę również polskie. Te pro…

… i te kontra (nota bene oba – i te pro i te kontra na tym samym portalu, który zasadniczo jest przeciw):

Stuart 31

All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

Dookoła widzę znane twarze
Zużyte miejsca, zużyte twarze
Ludzie wcześnie wstają, do swych codziennych wyścigów
Iść do nikąd, iść do nikąd
Ich łzy wypełniają szklanki po brzegi
Bez wyrazu, bez wyrazu
Chowam głowę, a chciałbym utopić smutek
Nie będzie jutra, nie będzie jutra.

Gary Jules, Mad World

Joanna Trümner

Pytania

Mijały ostatnie godziny starego roku, rozgrzane słońcem ulice Sydney zapełniły się młodymi, roześmianymi ludźmi podążającymi na sylwestrowe zabawy. Z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze Meg wyglądała na ulicę i nie potrafiła zrozumieć nastroju radości, który zapanował na ulicach. „Z czego oni wszyscy tak się cieszą?”, zastanawiała się. „Przecież nic w życiu się nie zmienia tylko przez to, że zegar wybije dwunastą i zacznie się nowy rok”. Przypomniał jej się ubiegłoroczny Sylwester w mieszkaniu Chrisa – noc przepełniona śmiechem i muzyką w dużym gronie przyjaciół. Po wyjściu gości Meg i Chris zdecydowali się zostawić posprzątanie bałaganu na później i poszli na długi spacer po mieście. W najbliższym parku znaleźli wolną ławkę, na której mocno przytuleni do siebie czekali na wschód słońca. „Nie będzie ci ze mną łatwo, ale powinnaś wiedzieć, że od dawna nikt dla mnie tak dużo nie znaczył”, powiedział Chris. Prawdziwy sens tego romantycznego wyznania z nocy sylwestrowej zaczął docierać do niej w miarę upływu kolejnych tygodni. Chris coraz rzadziej miał czas na spotkania, tłumaczył się pracą i wyjazdami na szkolenia. Meg nauczyła się cieszyć z nielicznych wspólnie spędzanych godzin i nie stawiała żadnych wymagań. „To się na pewno niedługo zmieni”, powtarzała sobie w duchu, starając się zapanować nad coraz mocniejszym uczuciem rozczarowania. Gdyby nie doszło do jej feralnego wyjazdu z rodzicami do Melbourne, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się o aferach Chrisa.

Z okien tramwaju, którym razem z rodzicami zwiedzała miasto, zobaczyła Chrisa obejmującego mlodą, nieznaną kobietę. „Na pewno mi się przywidziało. To musiał być ktoś bardzo do niego podobny”, uspokajała wątpliwości czekając na kolejne spotkanie. A kiedy w końcu miała okazję zapytać go wprost o pobyt w Melbourne z inną kobietą, Chris przeprosił ją za tę głupotę, incydent, który dla niego nic nie znaczył. „Przecież wiesz, że liczysz się tylko ty”, powiedział wręczając jej następnego dnia wielki bukiet róż. „To już się nigdy więcej nie powtórzy, obiecuję”, dodał drżącym głosem. Po jego wyjściu Meg długo patrzyła na róże w wazonie i myślała o początku ich znajomości oraz pierwszym pocałunku na szpitalnym łóżku. „Mamy wyniki badań, będziesz mogła niedługo wstać, za kilka miesięcy wrócisz do normalnego życia. Ale niestety coś się przez ten wypadek zmieniło – nie będziesz mogła mieć dzieci. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym od kogoś innego” , powiedział patrząc jej w oczy. Zobaczył w nich tyle smutku, że instynktownie przytulił Meg do siebie, nie myśląc o tym, że za chwilę w pokoju może zjawić się pielęgniarka lub pacjentka z sąsiedniego łóżka. Wiedział jak bardzo właśnie teraz Meg potrzebowała kogoś bliskiego. Pocałował ją, sam zaskoczony tym, że przekroczył pewne niepisane zasady pracy lekarza. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w budynku szpitala są tylko oni w dwójkę.

Podczas wielu tygodni pobytu w szpitalu Chris stał się ważną częścią jej życia, nic jednak nie zapowiadało wtedy dalszego przebiegu tej znajomości. Z czasem zaczęła rozumieć, że Chris był wielką pomyłką. Podczas ich prawie rocznego związku kilkakrotnie słyszała od niego przeprosiny. Kilkakrotnie wyrzucała do kosza wyschnięte bukiety róż, zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie potrafię od niego odejść? Jak mogę pozwolić na to, żeby ktoś mnie tak traktował?” Z każdym dniem docierało do niej coraz mocniej, że odejście od Stuarta było największym błędem, jaki zrobiła do tej pory w życiu.

Dlaczego właśnie ja wpadłam po raz drugi w życiu na mężczyznę, który jest kaleką uczuciowym? Na kogoś, dla kogo jestem tylko jedną z wielu zdobyczy, potrzebnych do dowartościowania swojego ego? Jak mogłam się tak pomylić? I to właśnie ja, w końcu moja praca polega na tłumaczeniu pacjentom, jak powinni żyć, żeby nie zgubić poczucia własnej wartości?”, zastanawiała się nieraz, zbierając siłę na odejście. Dopiero po wielu miesiącach walki ze sobą udało jej się zakończyć tę znajomość.

Kiedy zegar w mieszkaniu wybił północ i rozpoczął się rok 1984 Meg dopijała do końca butelkę czerwonego wina. „Happy New Year”, pomyślała z goryczą i głośno powiedziała: „Nie chcę żyć w tym smutku! Przecież ja nawet nie mam przyjaciółki, nikogo, z kim mogłabym teraz porozmawiać. Nigdy nie miałam przyjaciółki, zawsze byłam samotnym dziwolągiem”, pomyślała. Przypomniała sobie jak będąc dzieckiem z zazdrością przyglądała się koleżankom z klasy, które przysyłały sobie podczas lekcji małe, zapisane drobnym pismem karteczki. Tajemnice, których Meg nigdy nie poznała. W czwartej klasie niespodziewanie i ona w końcu znalazła przyjaciółkę – Dianę, niezbyt ładną, grubą dziewczynkę z sąsiedniej klasy. Meg i Diana stały się wkrótce nierozłączne, spędzały ze sobą każdą przerwę pomiędzy lekcjami i każdą wolną chwilę, godzinami rozmawiały o tym, co wydarzyło się w szkole, o plotkach, sympatiach i antypatiach, chłopcach. Ta przyjaźń pomogła im w ciągu kilku miesięcy przemienić się ze smutnych, nie rozstających się z książką dziewcząt w rozchichotane nastolatki. Diana zaakceptowała nawet fakt, że Meg nigdy nie zaprosiła jej do siebie do domu. „Moja mama jest chora, u mnie nie można spokojnie porozmawiać”, tłumaczyła swój strach przed pijaną matką. W ostatniej klasie szkoły rodzina Diany wyprowadziła się do Londynu i Meg znów została sama. Przez kilka miesięcy po przeprowadzce Diany przyjaciółki pisały do siebie listy, z czasem stały się one coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.

Podczas studiów Meg poświęcała prawie cały czas na naukę i czekanie na Stana. „Straciłam dla niego tyle lat!”, myślała otwierając drugą butelkę wina na powitanie roku 1984. „Może po prostu jestem jedną z tych kobiet, które zawsze podświadomie wybierają sobie nieodpowiedniego partnera. Jedynego mężczyznę, który był dla mnie dobry i uczciwy zawiodałam tak, że nie chce mnie więcej znać. I ma rację. Trzymałam szczęście w ręku i lekkomyślnie wypuściłam. Zamieniłam szczęście na upokorzenie. Jestem beznadziejna, a wszystkie te mądre rady, które od lat daję obcym ludzim, w moim życiu zupełnie się nie sprawdziły. Od miesięcy nie potrafię zapanować nad depresją”. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i przysłuchiwała się odgłosom ulicy, temu, jak śmiali się ludzi powracający z zabaw do domu. „Ciekawe jak on zaczyna nowy rok?”, pomyślała siadając na parapecie okna.

Stuart śpiewał ostatni utwór na zakończenie sylwestrowego koncertu, kiedy w klubie nagle zapanowała kompletna ciemność. Opanował go dziwny niepokój, który nie ustąpił nawet wtedy, kiedy zapaliło się światło. Już raz w życiu, w chwili śmierci ojca, miał podobne uczucie strachu, poczucie, że stało się coś złego. Dlatego też zaraz po powrocie do domu zadzwonił do matki w Anglii. Usłyszał od niej, że w rodzinnym domu wszystko jest w porządku. Całe Walton przygotowuje się na powitanie nowego roku, jego siostra Eve odpoczywa po pierwszej chemioterapii, a matka przejęła na kilka dni opiekę nad małym Georgem. Po tej rozmowie Stuart zasnął jak kamień, nie pamiętając o ódziwnym, niewytłumaczalnym niepokoju po zgaśnięciu światła w klubie.

Dopiero w kilka dni później dotarła do niego wiadomość o samobójstwie Meg.

Wybrał się do Toma, bo nie chciał być w domu sam z natarczywą myślą: „Może to przeze mnie?” Przyjaciel próbował go uspokoić: „To nie jest twoja wina, to jej wybór, z którym nie masz nic wspólnego”. Stuart nie do końca był o tym przekonany. Wiedział jednak, że nikt nie odpowie mu już na pytania: „Może udałoby mi się ją uspokoić? Może powiedziałem poczas naszej ostatniej rozmowy coś, co ją zraniło? Może dzwoniła do mnie o północy i chciała się pożegnać?”

Po pogrzebie podszedł do rodziców Meg. „Nigdy nie będę w stanie zrozumieć”, zwrócił się do nich bezradnym tonem. „Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie widziałam, że jest tak źle”, odpowiedziała matka Meg, trzymając go kurczowo za rękę. Następnie Stuart podszedł do Lucasa, księdza w kościele, do którego regularnie chodziła Meg. „Nie potrafię zrozumieć, że nie pomogła jej wiara”, powiedział po cichu Lucas. „Dla ludzi wierzących nie ma chyba większego grzechu niż odebranie sobie życia”, dodał. Stuart rozejrzał się wśród uczestników pogrzebu, z trudem rozpoznał młodego lekarza, dla którego Meg zostawiła go przed ponad rokiem. „Śmierć, szczególnie taka śmierć, zostawia po sobie taki smutek i dziesiątki pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi”, pomyślał opuszczając cmentarz.

Cdn.

Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Reblog: 25 rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz

12 maja 1992 roku, 25 lat temu, widziano ją po raz ostatni.

Dziś, 13 maja, to oficjalny dzień jej śmierci.

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa. Zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę…
Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.

Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.

Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę.  Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.

Biografia Wandy Rutkiewicz ujrzy światło dzienne już jutro, 14 czerwca 2017 roku. 

Kangchenjunga, 8586 m seen from Gangtok, Mountain on the border between Nepal and Sikkim – sierpień 2004, foto Siegmund Stiehler (Wikipedia commons)