Książki i dynie…

Ewa Maria Slaska

Jesień. Jak co roku nazbierały się dynie na balkonie.

Jesienią tak jest. Jabłka, śliwki, gruszki, orzechy, dynie. W tym roku do zbiorów dołączyły książki. Przez nikogo nie wytypowana, nie licząc, ale myśląc, dlaczego – wybrałam siedem książek. Na FB pokazuje się okładki bez komentarza, ja jednak co nieco skomentuję…

Mogłam wziąć więcej – na zaprzyjaźnionym festynie ulicznym w Szczecinie – było całe stoisko pełne naprawdę niezłych książek. Wzięłam tylko kilka i to starannie wybierając. Postaram się opisać kryteria, bo niekiedy mój wybór mnie samą zdziwił.

1.

Marta Tomaszewska, Zamach na wyspę. Książka z roku 1973, wydanie Naszej Księgarni z roku 1986. Niech nas  to jednak nie myli. To książka z lat 70, wszystko w niej jest z tamtych czasów – jak długie włosy chłopców, za których wychodziłyśmy za mąż. Długie włosy, wąsik, koszule z szerokim kołnierzem, garnitury z krempliny, ale też nasze długie spódnice i loki…

Przygodowa książka dla chłopców. Dalekie morza, łodzie żaglowe, wyspy. Takie wtedy miały być te przygody. Wzięłam z myślą o wnuku, ale nie sądzę, by chciał ją czytać, tak jak żaden chłopak nie wziął by dziś po naszych mężach ich garniturów z krempliny. Nawet ja, choć lubię wyspy i przygody, a poza tym z przyzwyczajenia jeśli zaczęłam czytać książkę, to czytam ją do końca – zatem, powtarzam, nawet ja nie przebrnęłam poza 50 stronę…

Książkę dostał w nagrodę za stopnie i sprawowanie niejaki Tomek Bożek, uczeń szkoły podstawowej w Swobnicy. Nie wiadomo z której klasy. Nie wiem też, gdzie leży Swobnica, ale to akurat łatwo sprawdzić. Fajna wioska. Ma zamek Joannitów. To jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Wybudowany w 1377 roku na półwyspie jeziora Grodziskiego – około 50 km na południe od Szczecina. Na przestrzeni wieków przebudowywany, trafił w końcu w ręce prywatne na początku lat 90. Dziś ponownie jest własnością gminy Banie, która walczy o jego odbudowę.

Nienacki to by wokół tego zamku zbudował przygodę, ale chłopakowi ze Swobnicy dają wydumaną historyjkę Tomaszewskiej, której akcja rozgrywa się w Polinezji.

2.

Jerzy Wittlin, Przedstawiamy humor polski. Pory roku. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1974. Okładka to całe polskie lata 70. Właściwie kwintesencja. Rogatywka i pawie pióro, ale jakoś krzywo i na bakier. Nazwisko autora antologii jest właściwie znakiem firmowym dobrej roboty literackiej tamtych czasów. Jeszcze wszyscy znali polski, jeszcze nikt nie “ubierał butów” ani sukienek, a układ typograficzny serii zrobił Jan Bokiwicz, świetny grafik z tamtych czasów. Poznałam go 12 lat później – mieszkałam już w Berlinie. A przez te 12 lat zachciało nam się dwukrotnie wolności, raz ją zdobyliśmy, raz utraciliśmy i wciąż jeszcze nikt nie “ubierał płaszczy”, co najwyżej ubierano nas w różne sprawy, najczęściej a może zawsze polityczne… Polska miała rosnąć w siłę, a ludziom miało się żyć dostatniej. Mieliśmy pomóc. Mieliśmy zostać drugą Japonią. Mieliśmy czapkę z piór.  Jeszcze jej wicher nie poniósł…

Wittlin wybrał utwory 48 autorów. Otwieram książkę na chybił trafił. Wybieram jednego. Boy. Krakowski jubileusz.

Magnificus się podnosi:
(Przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi
Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,
Ale skupia w treść ogólną:
«Panie… ten… ojczyzna nasza…
Jest nam wszystkim… matką wspólną…

No, tym się przecież dzisiaj zajmują ginekolodzy – ojczyzną.

3.

Alistair MacLean, Santoryn.
Książka potwornie brzydko wydana w roku 1990 w Spółce Wydawniczej ORBITA. Do tego jeszcze właściciel potraktował ją paskudnie, książka jest poplamiona, nadżarta czymś brunatnym, wytarta, nadpleśniała. W oryginale wydana w roku 1986 – ostatnia powieść autora, którego w latach 70 i 80 wszyscy w Polsce czytali, podobnie jak Raymonda Chandlera, możliwe więc, że wszystkim nam mieszają się powieści obu pisarzy. Nie było, a może i do dzisiaj nie ma polskiego autora (niech mi Joe Alex, Bonda i Krajewski wybaczą), który mógłby się równać z tymi dwoma. Santorynu nie czytałam, ale byłam na wyspie Santorini.

4.

Lernt mit uns. Podręcznik do klasy I Liceum Ogólnokształcącego i Liceum Ekonomicznego. Nie zostało to napisane, ale jest to podręcznik do nauki niemieckiego. Na okładce kwintesencja NRD. Wydawnictwa szkolne i pedagogiczne 1974. Wydanie  jedenaste. Ilustracje – Gwidon Miklaszewski. Mój Boże, zapomniałam w ogóle, że istniał, a przecież był czas, że co druga książka wydawana była z jego charakterystycznymi, łatwymi do rozpoznania ludzikami. Wer ist Lehrer? Herr Ebert ist Lehrer. Przeskakuję ze sto stron. Was macht der Lehrer? (die Übung, der Schüler). Er liest die Übung des Schülers.

Notatki ucznia koło ćwiczeń świadczą o tym, że pan Lehrer słabo się starał (albo uczeń się nie przykładał): in der szule… albo was yst der…

Książka jest najpaskudniejsza z paskudnych. Zresztą w ogóle niemiecki był paskudny i my z klasy łacińskiej czyli A nigdy do końca nie zrozumieliśmy, co skłoniło tych z D do wyboru niemieckiego. Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, sama wiem… 11 lat później mieszkałam już w Berlinie. Książka jest symbolem mojej klęski, mojej niemożności utrzymania w życiu konksekwentnej linii życiowej. Nie lubię niemieckiego – nie jadę do Niemiec.

Nota bene, teraz lubię niemiecki.

W książkę wetknięte kolorowe zdjęcie uczniów z lat 70. Nasze zdjęcie. Wszyscy przecież dzisiaj wyglądamy tak samo. To wtedy jedne z nas były brzydkie, inne ładne i ładnie ubrane. Dziś zdjęcie z lat 70 wykonane  papierze Fujicolor, ale mimo to martwo szaro-bure, udowadnia, że wszyscy byliśmy tacy sami. Jest też kawałek kliszy filmowej, z enerdowskiej firmy ORWO, z pięcioma czarno-białymi zdjęciami: ktoś leży na brzuchu, podnosi głowę znad książki, patrzy w obiektyw; ktoś wiosłuje dwoma wiosłami; dom jednorodzinny otoczony płotem, za płotem dwa drzewa; dwie kobiety siedzą blisko siebie; ściana bloku mieszkalnego – widać tylko górne piętra na tle nieba.

Na zdjęciu z tyłu ktoś napisał:
to snor – chrapać (powinno być snore)
a pod spodem
I’ve got to stop think about that
I feel the earth move under my feet

Piosenka jest z roku 1971, ale widocznie właściciel książki dostał krążek po roku 1974.

Zanim odłożę książkę znajduję gdzieś jeszcze słowo Fernseher – telewizor zapisane: Fernzijer…

Patrzę jeszcze na cenę. Wydawca wycenił książkę na 330 złotych, ale potem ktoś dopisał piórem cenę 4000 zł. Czyli co – cztery bańki? Ile to była bańka, sto? tysiąc? milion? Nie wiem…

5.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011

To zupełnie inna kategoria. To po prostu Mankell, którego czytam jeszcze chętniej niż kiedyś czytaliśmy Chandlera. Na pewno nie ja jedna, bo całą serie Mankella w roku 2011 wab wydał w ramach lektur na wakacje Polityki.

6.

Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, Kochankowie z Warszawy / Śmierć Bazylego. Wydawnictwo Literackie 1985. To dwie powieści z 1939 roku, pierwszą wydano w Roju, drugą w Dzienniku Powszechnym.

Szemplińska-Sobolewska jest bardzo nowoczesna. Emancypowana kobieta. Lubię ją, choć czytałam tylko jedną jej książkę i choć nie pamiętam tytułu (wiem, mogę sprawdzić, ale mi się nie chce), jej treść pamiętam znakomicie – jest to historia dwóch sióstr, z których jedna, samotna, niepokorna, niezależna ma kota, a druga potulna i podporządkowana – psa. Lubię tę pisarkę, mimo iż (a może właśnie dlatego), że okrzyczano ją jako zakamieniałą komunistkę. Pewnie była.

Na okładce fragment obrazu Wacława Borowskiego, Jabłko i kotara.

7.

J. Marchlewski (oczywiście Julian, ale na okładce jest J.), Listy do St. Żeromskiego i Wł. Orkana, Wydawnictwo Literackie 1953.

A… ta książka to zupełnie inna historia. Zupełnie inna. Marchlewski żył w Niemczech, w latach 1903-1904 prowadził w Monachium wydawnictwo, mające na celu propagowanie nowej literatury europejskiej, w tym przede wszystkim polskiej i rosyjskiej na świecie. Sam był tłumaczem tej propagowanej przez siebie literatury.  Tak, oczywiście, również komunistycznej. W roku 1903 Marchlewski wydał 29 tytułów, w roku następnym 19. Jednocześnie jest czołowym wspśłpracownikiem Czerwonego sztandaru. W książce jest pełna lista wydanych przez Marchlewskiego pozycji z literatury światowej – Bunin, Dygasiński, Gorki, Przerwa-Tetmajer, Przybyszewski, Żeromski, Wilde…

Ale Marchlewski to nie tylko sztandarowy komunista i nie tylko wydawca. Jest on również ojcem Zosi (Sonji), która jako druga żona Heinricha Vogelera mieszkała po I wojnie światowej w kolonii artystów w Worpswede, a to miejsce, czas i grupa artystyczna, która nas obie z siostrą nadzwyczaj zajmuje.
Heinrich Vogeler, Portret Sonji, 1922
Urodziła się w roku 1898 (była rówieśniczką moich różnych dziadków i babek), zmarła w Warszawie w roku 1983. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim.

Polska Wikipedia pisze:

Urodziła się ze związku Juliana Marchlewskiego i Bronisławy z domu Gutman (córka Henryka-Hirsza Gutmana (Бронислава Генриховна Гутман). Od 1921 do 1932 działała w Komunistycznej Partii Niemiec. Była tłumaczką w Kominternie. Po wyjeździe do ZSRR pracowała w moskiewskim Instytucie Marksa-Engelsa-Lenina, Komitecie Centralnym Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), w Sowinformbiuro, oraz do 1950 pracowała w Związku Pisarzy ZSRR. W 1957 powróciła do Polski, gdzie poświęciła czas na pisaniu wspomnień o swoim ojcu. Opublikowała dwie książki, pisała felietony i recenzowała artykuły i inne publikacje na temat Juliana Marchlewskiego. Była członkiem PZPR.

Straszny życiorys. A i tak nie podaje wszystkiego. Bo do Moskwy Zofia wyjechała z mężem, który tego ideologicznego porywu nie przeżył. A Zofia przeżyła.

Tę historię znajdzie się dopiero w krótkiej notatce o Vogelerze.

Johann Heinrich Vogeler (1872-1942) – niemiecki malarz, pisarz, myśliciel (utopista, pacyfista) i komunista.

Po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera wyjechał do ZSRR. Działał w otoczeniu niemieckich komunistów, zgrupowanych wokół Wilhelma Piecka. W okresie wielkiej czystki został oszczędzony, podobno przez wzgląd na fakt, iż jego teściem był Julian Marchlewski (był mężem Zofii Marchlewskiej).

W 1941 po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej został ewakuowany do Kazachstanu, gdzie pracował przy budowie tamy i zmarł z wycieńczenia.


Siedem książek, dwie do czytania, pozostałe jako świadectwo historii, historii mojego życia i historii moich zainteresowań.

Siedem książek, cztery dynie i jedna cukinia…

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Barataria 82 Turumba

Ewa Maria Slaska

Wesele poety i owocowa turumba

Turumba to wiersz, piosenka i taniec. Przypominam, że turumbę znalazłam na ulicy w Berlinie, na kartce wyrwanej z książki. Książka była po hiszpańsku czyli w języku oryginału. Od słowa turumba doszłam do autora (Antonio Skármeta) i tytułu książki (Wesele poety) oraz do jej wydań najpierw po niemiecku (przez co dowiedziałam się, że wyimaginowana wyspa Gema, gdzie toczy się akcja powieści, to ani chybi Barataria) a potem po polsku…

Znalezienie kartek opisałam TU
Odkrywanie Baratarii na Gemie (Gemmie) TU

Opowiadałam już też, że turumba to naładowany erotyką taniec, jaki tańczy miejscowa ludność podczas wesela, co zapewne (choć autor o tym nie wspomina) miało zapewnić płodność młodej parze. Akurat w powieści, która jest historią dwóch ślubów i dwóch wesel, naładowana seksem turumba nikomu się na nic nie przydaje – jedna panna młoda umiera podczas nocy poślubnej, druga, w dwadzieścia lat później, zostanie zgwałcona przez obce wojska w symbolicznym akcie zwycięstwa. Jeden z panów młodych ginie, drugi… ach nieważne, chcecie to poczytajcie… Autor jest bardzo znany, napisał między innymi powieść o Nerudzie, według której nakręcono słynny film Listonosz (Il Postino). Wesele poety nie jest może najlepszą jego książką, ale za to jest świetną sagą rodzinną, w której prawda miesza się z fikcją, nauka z konfabulacją i w końcu dowiadujemy się, skąd się wzięli Włosi w Chile…

No ale turumba, turumba…

Na wybrzeżu Malicji świątecznym tańcem na uroczyste okazje jest skoczna turumba, którą tańczy się na dwa sposoby – salonowy i lupanarowy. Pospólstwo zwie ją kurwą-umbą.

I tak w kurwie-umbie mężczyźni przesuwają dłonie z talii na piersi kobiet, które już wcześniej rozumnie pozbyły się w toalecie biustonoszy (…). Potem tancerze ściągają partnerkom majteczki – trofeum nieodzowne w kurwie-umbie, uznawanej dziś za pomnik folkloru – chwytają zębami skradzioną w ten sposób część garderoby i z jeszcze większym zapałem ocierają się podbrzuszem o jędrne pośladki wyspiarek przy akompaniamencie ekstatycznych dźwięków skrzypiec i fortepianu.
Jeśli zabawa przebiega wedle ustalonych reguł, kurwę-umbę wieńczy układ choreograficzny, w którym mężczyźni powiewają damskimi majtkami nad głową, a jednocześnie głośno wystukują rytm obcasami, podczas gdy partnerka, pod osłoną wzniecanego z podłogi kurzu, zadziera spódnicę aż do pasa, odsłaniając przed spostrzegawczym widzem falującą …

I tak dalej. Poczytajcie sobie sami 🙂

A tu sam wiersz w trzech odsłonach… Zachęcam do tworzenia dalszych wersji…

Antonio Skármeta

Turumba de la fruta

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la novia y con las putas,
con las putas

Yo ya le como la sandía hasta dejerla toda vacía
Yo ya le como ese melón sin dejarle ni el corazón
Yo ya le como la uvita, que está muy rica
que está muy rica
Ahora te beso las tetitas, que están duritas
que están duritas

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la abuela y con las putas,
con las putas

Chúpame chiquita la banana, que está muy sana
que está muy sana
Qiero besarte el coliflor, qué suave olor
que suave olor
Voy a morderte la aceituna, que ese pezón
que ese pezón
Ya te ésta chorreando la naranja, vamos a la cama
vamos a la cama

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con el cura y con las putas,
con las putas

*** Ja ją sobie przetłumaczyłam tak:

Turumba owoców

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

*** Tłumaczka powieści na polski, Dorota Walasek-Elbanowska ujęła to dosadniej:

Owocowa turumba

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Będę jadł arbuzy, będę jadł melony
nie będę jadł ogórka, bo jest zbyt zielony.
Lubię miękkie gruszki i twarde jabłuszka,
daj mi pocałować twojego cycuszka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Złap mnie za banana, dziewczyno kochana
będziemy się ściskać do samego rana.
Puszcza sok cytrynka, już mi cieknie ślinka
pokaż mi cycuszka, ugryzę rodzynka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy tańcować z księdzem,
z kurwami tańcować

No cóż, w oficjalnej polskiej wersji zniknęła babcia z drugiego refrenu, a w Baratarii przecież wciąż pojawiają się jakieś nieźle rozerotyzowane babcie – najwięcej chyba w tej amerykańskiej powieści o dorastaniu – Barataria Summer. Ale nie zniknął, i to jest znacznie ważniejsze, ksiądz z refrenu trzeciego.

Ksiądz zagroził, że jesli ostatnia zwrotka tego lirycznego poematu nie zostanie usunięta, nie poświęci obrączek i ekskomunikuje całą wyspę, podobnie jak niegdyś papież Pius I heretyków niejakiego Marcjona, uprawiających bezecne praktyki ze świecami. Kiedy Hieronim (pan młody – przyp EMS) wypomniał proboszczowi, jak to przed laty sam go namawiał do założenia burdelu, ojciec Pregel oświadczył, że ostatnio cierpi na chwilowe napady amnezji, a gdy kupiec wręczył mu dwa banknoty z długimi rzędami zer, prosząc, żeby kupił w Agram nową figurę świętego Rocha, patrona piratów, kapłan stwierdził, iż w gruncie rzeczy Owocowa turumba ma w sobie coś adamicznego, i zapowiedział, że do wieczora własnoręcznie dopisze dalszy ciąg, wzbogacając ów niekonwencjonalny tekst o perypetie Adama i Ewy w raju, po czym na poczekaniu wymyślił kolejną zwrotkę:

To, co wąż uczynił Ewie, może teraz spotkać ciebie.
Szukasz męża, strzeż się węża; tańcz w bieliźnie, bo się wśliźnie.

Czy to początek turumby? Taniec z gwiazdami, majtki Cieślak…

Wrócimy jeszcze przy okazji na wyspę Gemmę, obiecuję…

Barataria 81 szewski poniedziałek

Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska

Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.

Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.

Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.

Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!

TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…

Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.

Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).

Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach…  Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.

Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…

Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.

Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…

Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.

O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.

Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…

Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.

Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.

W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.

W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.

Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.

Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.

– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.

Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.

Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.

Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.


Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.

Wieder Seiten eines Buches auf der Straße

Ewa Maria Slaska

Was ist mit uns passiert?

Es ist schon meine Tradition, dass ich über die Bücher schreibe, die ich irgendwo bekommen (oder nicht bekommen), gefunden oder, naja, entwendet habe, in schierer Hoffnung kein Mensch wird sich dafür interessieren.

Nein, nein, seien Sie beruhigt, ich habe sie nicht aus den Bibliotheken entwendet, auch nicht aus Euren Bibliotheken.

In Berlin gibt es so viele Möglichkeiten, Bücher umsonst zu bekommen. Oder sie unbemerkt zu entwenden, Cafees etwa, die über Bücher verfügen…

In der ganzen Stadt gibt es vor allem verschiedene Büchertische, die zum Teil schon ganz schön groß geworden sind und den Raum einnehmen, die man eigentlich Laden oder Buchladen nennen wird und nicht Tisch.
Aber was soll es?

In einem von diesen Läden, in denen man Bücher einfach so bekommt, habe ich die Bücher nicht bekommt, weil man sie gerade schön im Ladenfenster ausgelegt hatte. Ein Gehabe, das man gewöhnt ist zu akzeptieren, wenn es  die Fenster grossen Läden und Konzernen sind. In einem Laden wie Zara wird dir niemand das Kleid von der Fensterpuppe abnehmen. Es ist nicht erlaubt, manchmal gar verboten, manchmal unter der Strafe… Manchmal behauptet man, man muss dem Chef anrufen, dann zeigt sich aber, dass der Chef es doch nicht erlaubt.

In kleinem Laden wird anders umgegangen. Im kleinem Laden wißen die Verkäufer(Innen), dass nichts besser gefällt, als das, was man in voller Fülle an einem Kunstkörper sieht, viel besser als das, was sich auf den Auslagen stappelt oder auf den Stangen aneinanderreibt.
Aber in diesem großen Büchertisch, der doch einfach ein klein Laden war, im Karl-May-Jahr hat mir die Verkäuferin (Buch-Abgeberin? sie verkaufte doch nichts!) nicht erlaubt, mir ein Buch vom May auszusuchen, weil sie gerade alle May-Bücher so schön “drapiert” hat. Das Wort machte mich total stutzig. Ich weiss, dass man in der neudeutschen Sprache die Steine auf dem Kaminsims und Obst in der Schale drapieren kann. Für mich ist jedoch drapieren bei seinem Ursprung geblieben und bedeutet ausschliesslich etwas weiches, fliessendes kunstvoll in Falten oder Plisses zu legen. Ich glaube, man benutzt es jetzt in steifen und hartkantigen Kontext, weil es elegant und salonhaft klingt, und die Buch-Abgeberin hat es gerade so elegant im Fenster aufgebaut.

Aber sonst sind Bücher überall zu bekommen, dh. auch zu abgeben. Man kann sie im Metro finden oder liegenlassen, auf einer Parkbank, in einer Kiste neben der Türeingang, auf den Fenstersimse in Treppenhäuser… Im Krankenhäuser gibt es massenweise alte Hardcover-Romane, offensichtlich aus verschiedenen Bibliotheken aussortiert (zugegeben – da bediente ich mich auch ein paar mal). Manchmal liegen sie auch in Bibliotheken und sind für einem symbolischen Obulus zu haben…

Ein grosser Teil meiner Bibliothek bilden die Bücher, die ich gefunden und manchmal gerettet habe. Seit ein oder zwei Jahren finde ich aber auf den Strassen die Bücherseiten… Bücherseiten eines Paperback, eines Taschenbuches… Offensichtlich Hardcover schützt vom Wandalismus. Kann sein. Als wir mit Monika Wrzosek Müller im Mai in Lemberg waren, hat uns ein Verleger gesagt hat, dass er alle Bücher als Hardcover herausgibt. In Ukraine, sagte er, sind Paperbacks keine Bücher.

Ist das die Erklärung?

Bis vor kurzem war ich eigentlich zufrieden, als ich auf der Strasse ein paar Seiten gefunden habe, weil es für mich ein Test meiner Geschicklichkeit war, als ich aus diesen ein paar Seiten rekonstruiert habe, WAS für ein Buch es war. Immer habe ich die Bücher dann auch gekauft, gelesen, über sie geschrieben…

Jetzt aber, bei dem neuen Fund – es ist Der Duft der Kaffeeblüte, ein Roman von Ana Veloso – bin ich eigentlich erschrocken. Wer macht das? Weshalb? Auch wenn ihm das Buch nicht gefällt. Muss nicht, ist eine langweilige Liebesgeschichte, wo die Bäuerin die schönste ist und Zeit hat, blühenden Kaffezweige zu bewundern. Aber auch dann…Warum kann er/sie es nicht einfach igendwo ablegen, damit es die Andere lesen? Wieso reist er/sie die Seiten aus, wieso verstreut er/sie sie über die Strassen…

Schauet nur:

Der neuste Fund, gefunden als ich den obigen Text schon fertig hatte – 26. August 2018, Fremdwörter Lexikon, Berlin-Friedrichshain

August 2018, Ana Veloso, Der Duft der Kaffeeblüte, Berlin-Schöneberg

Mai 2018,  Antonio Skármeta, Die Hochzeit des Dichters, Berlin Tempelhof, direkt vor meinem Haus

Februar 2017, Max Frisch, Andorra, Berlin-Charlottenburg

Juni 2016, Hermann Kasack, Die Stadt hinter dem Strom, Berlin-Kreuzberg

Juni 2013, Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe, Berlin Ku_Damm

Es sind meistens gute Bücher, kein Schund, den man einmal liest und wegwirft. Wer macht das mit den Büchern? Weshalb?
Was ist mit uns passiert?

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…

 

 

Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.