Barataria 90 Niezależna Republika Gemmy

Już dawno obiecałam Czytelniczce i Czytelnikowi, że jeszcze raz napiszę o książce Antonia Skarmety Wesele poety. Tym razem temat absolutnie baratarystyczny: marzenie o idealnym państwie na wyspie. 

Tekstu nie ma w sieci, nie mam pod ręką skannera, program OCR lekceważy moje zdjęcia. Przez dwa chłodne i słoneczne jesienne poranki w Ramsey koło Nowego Yorku przepisywałam dla Was, Czytelniczko i Czytelniku, ten tekst ręcznie na angielskiej klawiaturze, na której Y i y zamieniły się miejscmi z Z i z, a a,e,s,c i tak dalej w ogóle nie było, wstawiłam je zatem w kolejny poranek, korzystając z pomocy programu spolszcz.pl.

I

Był kiedyś czas obfitości na pewnej maleńkiej wyspie u brzegów Malicji, Winogrona pęczniały w słońcu, krągłe i połyskliwe niczym kocielne dzwony, deszczu oczekiwano jak wizyty krewniaka, którego witamy z radością i żegnamy z ulgą, a panny łagodnie lecz stanowczo wzbraniały swych względów ognistym zalotnikom, dopóki nie połączyły się z nimi świętym węzłem małżeńskim. Najpiękniejszą ze wszystkich była Marta Matarasso i powszechnie czyniono zakłady, komu odda rękę, gdy ukończy siedemnaście wiosen. Żyją jeszcze w owym odległym zakątku wnuki tych, którzy stawali o nią w szranki: tancerzy w lakierkach, rybaków o miedzianej skórze, studentów bardziej jurnych niż pilnych, wystrojonych w surduty urzędników o cudacznych wąsiskach i niezliczonej rzeszy wielbicieli nieokreślonego autoramentu.

Wprawdzie już poczciwy Kartezjusz obwieścił światu, iz zdrowy rozsądek to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, jednak owa odległa wysepka stanowiła wyjątek od reguły. Wiosenne fluidy były tu tak silne, że mężczyźni doznawali ukojenia dopiero z nadejściem lata, kiedy statki przywoziły na sąsiednie plaże wyblakłe Angielki i mączyste Szwedki, które litościwie udzielały wieśniakom tego, czego miejscowe dziewczęta tak zazdrośnie strzegły, dziergając szydełkiem koronkowe serwetki w oczekiwaniu na chwilę, gdy “czerwona perła cnoty” uwieńczy triumfalnie noc poślubną. jak to lirycznie ujmuje weselna przyśpiewka, którą jeszcze i dziś można usłyszeć.

Chociaż nikomu nie brakło niczego, wszyscy mieli mało, chcąc zatem podbijać kobiece serca, wyspiarze dysponowali jedynie kapitałem własnej inwencji. Wiele się jednak zmieilo, gdy w miasteczku otwarto dom handlowy “Europa”, wzorowany na wielkich magazynach jak “Harrod’s”, “Gath and Chavez”, “Temperley” i “Thompson”. Zważywszy, że jedyne oszczędności mieszkańców wyspy stanowiły pryszcze na tyłku i łupież we włosach, klientela składała się głównie z roztragnionych mężów Szwedek i Angielek, którzy kupując tu “szkocką”, hawańskie cygara, szampana i koszulę z włoskiej popeliny, nie musieli płacić cła.

Tak więc korzyści z handlu czerpał tylko właściciel sklepu oraz władze centralne w odległej metropolii, co stało się zarzewiem buntu przeciwko imperium, inspirowanego przez miejscowych wywrotowców, którzy nabili sobie głowy separatystycznymi mrzonkami. Pod koniec XIX stulecia na wyspie działało kilka tajnych stowarzyszeń, liczących w czasach swej świetności nawet do tuzina bojowników. Przywódcą jednej z owych prężnych organizacji, José Coppeta, przyjęty został w rządowym pałacu, gdzie minister ziem i kolonizacji skwapliwie wręczył mu spisany na ozdobnym papierze dokument, zgodnie z którym przyznawał wyspie Gemmie autonomię oraz wszelkie swobody obywatelskie przysługujące wolnym narodom, w tym prawo do własnej falgi oraz używania lokalnego dialektu jako języka oficjalnego.

Naoczny świadek tej uroczystej sceny mówił potem, iż minister podszedł do wiszącej na ścianie gabinetu mapy, wykonanej w Paryżu, po czym zażądał, by Coppeta wskazał mu nowe państwo. Buntownik z dumą puknął palcem w mikroskopijną kropkę, oddaloną o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy, na co dygnitarz miał wówczas powiedzieć: “Nie za blisko i nie za daleko” – zdanie sybillińskie i niejednoznaczne, skrywające jakieś niejasne intencje.

Następnie poprosił gościa o podanie dokładnych personaliów i podyktował sekretarzowi edykt, mocą którego mianował z owym dniem Coppete prezydentem rodzącego se państwa. Zapytany, jaką nazwę nosić będzie jego niepodległa ojczyzna, świeżo desugnowany prezydent bąknął nieśmiało , iż pozostanie przy dawnej nazwie, ale uzupełnionej o sformułowanie “Niezależna Republika”.

– Niezależna Republika Gemmy – powtórzył głośno minister, delektując się brzmieniem tych słów. – Nieźle.

Następnie zasugerował Coppecie, aby po upływie rozsądnego terminu pozwolił się wybrać w demokratycznych wyborach, jako że urzędy przyznawane w sposób arbitralny budzą wcześniej czy później niezrozumiały sprzeciw fanatyków demokracji, tej bandy rozwydrzonych ciemniaków, którzy mylą statystykę z inteligencją.

Nominat, uradowany niespodziewanie pomyślnym zakończeniem misji, docenił życzliwą radę i przyrzekłszy wziąć ją sobie do erca, złożył ministrowi wyrazy najgłębszej wdzięczności, płynące z “tellurycznych otchłani malicyjskiej ziemi”, po czym przepraszając za brak dyplomacji, oświadczył, iż musi się zaraz pożegnać, bo ucieknie mu statek, a chciałby jak najprędzej zanieść szczęsną nowinę swojemu ludowi. Dostojnik nie tylko wybaczył ekspodwładnemu zrozumiały pośpiech, ale nawet oddał mu do dyspozycji własny powóz, zapytawszy mimochodem, lecz z wielce obiecującą kurtuazją, jak też nazywa się ów statek. Coppeta wyjął bilet i odczytał na głos: “Charon”. Dygnitarz uśmiechnął się szeroko, prezentując nienaganne uzębienie, a następnie wyrzekł owe jakże enigmatyczne, lecz pamiętne słowa: “Bardzo ad hoc“.

Podczas niezobowiązującej, romatycznej pogawędki, jaką na pokładzie “Charona” odbył w blasku księżyca z Anną Dickmann, niemiecką turystka o roziskrzonych oczach, José Coppeta pochwalił się dokumentem proklamującym niepodległość ojczystej wyspy oraz własną nominacją.

Tymczasem nazajutrz rano, zaledwie kilka godzin po owej idyllicznej konferencji pod gwiazdami, kapitan “Charona” Piotre Heftanovic, ze skandalicznym brakiem taktu, wezwał na pokład wszystkich pasażerów i zademonstrował im głowę, odciętą, jak mniemał, ciosem tureckiej szabli. Niedbale złożywszy do kupy obie części nieboszczyka, zapytał zgromadzonych, czy znają tego człowieka i czy wiedzą, kto tak ostro się z nim rozprawił. Anna Dickmann, nie umiejąc ukryć przerażenia, wstrząśnięta nagłym i przedwczesnym wdowieństwem, że patrzą oto na śmiertelne szczątki prezydenta Niezależnej Republiki Gemmy. Nominację widziała na własne oczy, gdzie zatem podziały się owe dokumenty?

Admirał Piotre Heftanovic poprosił piękną damę, by zechciała podejść do bakburty i wskazując dwie papierowe łódeczki, nakłonił ją, żeby własnoręcznie puściła je na wodę.Kruche stateczki w kilka sekund zatonęły w odmętach morza, którego niezwykły błękit opiewał kiedyś Homer.

– Obawiam się, droga pani, że straciliśmy je bezpowrotnie. Jak zeznała potem Fraulein Dickmann, Heftanovic dorzucił wtedy kilka słów, których znaczenie pojęła tak dobrze, iż powyższe fakty zgodziła się ujawnić dziesięć lat później, już po śmierci admirała.

– Nie muszę chyba mówić, droga Fraulein – iż jej wielbiciele ponieśli by nieodżałowaną stratę, gdyby przez pani nedyskrecje ta śliczna główka odpadła od łabędziej szyi, niwecząc zachwycająca harmonię, opartą na nierozerwalnej jedności wszystkich części ciała.

Z twarzy Anny Dickmann znikł nagle ów miedziany odcień, jakiego jej cera nabrała w pierwszych dniach malicyjskiego lata, a bladą skórę w jednej chwili popstrzyły rude piegi, Poprzysięgłszy sobie w duchu trzymać się z daleka od całej sprawy, skwitowała powyższą wypowiedź jednym pragmatycznym germańskim słówkiem: Verstehe – rozumiem.

Incydent ów stał się dla buntowników pouczającym przykładem, gdy więc wybuchło kolejne powstanie, pertraktacji z metropolią podjął się niejaki José East, żydowski krawiec. któremu obca była wszelka chciwość i dlatego osiedlił się na Gemmie, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami jako wyznawcę anarchizmu i wielkiego erudytę. Od razu dołączył do grona zalotników, kręcących się wokół Marty Matarasso, którą miał nadzieję olśnić trzydziestostronicową broszurą na temat wywrotowych idei Starego Testamentu, publikowaną w odcinkach na łamach gazety “Republika”.

W głównym mieście portowym kontynentu przyjął go na audiencji ten sam minister ziem i kolonizacji, który zamiast nominacji wręczył mu czek in blanco oraz abonament do burdelu madame Gudizy. W murach owej świątyni East z miłosnym zapałem i nader gorliwie głosił rewolucyjne idee Pisma zachwyconym adeptkom, które urządziły mu pożegnanie godne maharadży, kiedy po miesiącu przekonały się, że czek nie był bez pokrycia.

Z wrodzoną swej rasie mądrością East przezornie powstrzymał się od powrotu na Gemmę, a towarzysze anarchiści zamieścili o nim w “Republice” artykuł zredukowany do wiele mówiącego nagłówka: “East wybrał West”.

Przekład Dorota Walasek-Elbanowska

Wieder eine Buchseite auf der Strasse

…am Tag der Deutschen Einheit in Berlin gefunden. Eine Seite auf der Strasse direkt vor meinem Haus liegend. Ich kann nicht umhin, jetzt muss ich einfach all diese aus den Büchren rausgerissenen Seiten IMMER aufheben und entdecken, was für ein Buch es ist. Es ist inzwischen eine Sucht geworden…

Ich bin schon geübt, ich weiss schon, was ich aus dem sorgfältig gelesenem text als Keywords herauspicken muss, um das Buch im Google zu identifizieren. Diesmal schrieb ich die Reihe nach alle Namen, die auf den beiden Seiten auftauchen in die Suchspalte: Travis Amy Leiche David George Frankie Craig. Die Antwort kam prompt:

Craig Morgenstern is a total scaredy cat, even with his reputation as such being well known amongst everyone. But as of late, things are looking up for Craig! He has moved to a new town and even saved a baby from being hurt in a car accident. Everyone is then considering Craig to now be very brave for what he did. Despite him falling off of his bike and nearly getting hit by the careening car. Not to mention, accidentally getting inside of it and managing to stop it. The car slows to a stop in front of his new school on his first day of classes, branding him a hero to the entire student body, save a few skeptical students. The mother of the baby rushes over to thank him, having accidentally left the car for just a moment while the baby was still inside.

Craig’s good fortune continues to escalate even higher! He befriended the cutest girl in school, Amy. Who is very impressed with his bravery. Unfortunately, her best friends Travis and Brad happen to be Craig’s harshest critics. They refuse to be won by the boys charms, even after he saves a bird’s nest. Other random lucky streaks happen to strike Craig also. Such as screaming in horror during a scary movie, which Amy agrees that it is fun to scream along with characters in films.

But jealous of all the attention Craig receives, Travis becomes obsessed with trying to prove that Craig is a scaredy cat. He then talks with a cousin, who happens to know about Scaredy Cat Craig from his previous town/school. So Travis shows up with a jar full of spiders and dares Craig to stick his hand in the jar for five minutes. Craig is goaded on by Amy and does so, only to be bitten so many times that he can’t even remove his swollen hand after five minutes are up. So Amy talks Travis into going double-or-nothing and Craig has to keep his hand submerged twice as long.

Travis pledges to go double or nothing again the following day. The bravery challenge this time will be to kiss a poisonous snake on the lips, but really what one boy does it pluck out a single eyeball of his own and shove it into Craig’s mouth. Craig comes out of this one looking brave by spitting out the eyeball and nobody is really surprised when they find it is a fake gag eyeball. They do not think this is enough to prove how brave Craig is however and Travis reveals that his father works at a funeral parlor. So now the newest bravery test involves Craig sneaking into the funeral home and sitting in a coffin.

But unfortunately for him, the coffin he chooses is occupied. His “friends” egg him on anyways, as a truly brave person would sit in a corpse-filled coffin no problem. The corpse then comes to life and tries to choke Craig, but Craig allows himself to be choked by the “corpse”. This shocks Travis, who had been the corpse in hopes of outing him. But then Amy challenges Travis to let Craig repeat the challenge again the next day. At some point, Craig comes clean with Amy, but Amy just thinks he is not only brave but sweet to not want to take Travis’ money by pretending to be afraid.

Sometime after then, Craig accidentally beats up Brad’s older brother! Once again everyone is at the funeral home when all of the corpses rise and begin to attack! Everyone runs away, but Craig stays to bravely defend those who abandoned him. Proving to them all that he really was brave all along.

It turns out that the corpses were all set up by Craig, with some help from Brad. Who felt bad about how devoted Travis was to proving Craig’s bravery. The zombies were actually Brad’s older brother (the one Craig “beat up”) and his friends. Brad’s brother walks in and apologizes for his friends not being able to make it to the cemetery, which results in Brad racing away to vomit in horror.

It turns out Brad’s brother just said that to get back at Brad! Craig walks home and remarks to the reader on how it turns out he really is brave… even if he is still afraid of the dark.

Barataria 86 Lafitte wg Łysiaka

Oczywiście od zawsze wiedziałam, że Waldemar Łysiak to ukryty (nieświadomy?) baratarysta. Cytowałam już w tej serii jego Wyspy zaczarowane i Wyspy bezludne. Tymczasem jednak w nieznanej mi dotąd (a chyba i nieco zapomnianej) książce Łysiaka o podróży po Ameryce, Asfaltowy salon, zupełnie przypadkowo odkryłam, że słynny twórca słowa “blaskomiotny”, pisząc o wszystkim, co się może kojarzyć z Ameryką, napisał również o Baratarii. Pojawia się ona u Łysiaka bez najmniejszego związku Cervantesem – trochę szkoda, bo można by sobie wyobrazić, że byłaby to soczysta dygresja, gdyby Nowy Orlean i pirat Jean Lafitte pociągnęli autora w stronę Don Kichota i Sancho Pansy… Nazwa Barataria nie wywołała jednak u autora żadnych skojarzeń, co o tyle dziwne, że Łysiak pisze (a ja jak dotąd wcale się tego jeszcze nie dowiedziałam), że słynny pirat założył na wyspie “Państwo Barataria” i teraz, skoro Łysiak tego nie zrobił, trzeba będzie się zająć zagadnieniem, jak owo państwo funkcjonowało? No ale to kiedy indziej.

Wg wstępnej metodologii baratarystyki, Asfaltowy salon plasuje się w dziale – wyspa na Morzu Karaibskim, na której w XVIII wieku mieszkali piraci; dziś skansen historyczny i rezerwat przyrody.

Waldemar Łysiak, Asfaltowy salon, księgozbiór DIGG 2011, pdf wykonany na podstawie wydania książki z roku 2005 (wydawnictwo Nobilis), ale sama książka, wydana w roku 1980,  opisuje podróż z roku 1977. Jest to wciąż jeszcze produkt komunistyczny, w którym, mimo iż czasy służalczej czołobitności wobec Sojuzu już przecież minęły, autor co i raz powołuje się na radzieckie książki, artykuły i osiągnięcia naukowe.

Etap XV Nowy Orlean

Te domy pamiętają wielkich piratów, szalejących w dorzeczu Missisipi i w Zatoce Meksykańskiej. Największym z nich był Jean Lafitte, znamienity kontynuator klasycznego piractwa karaibskiego à la Morgan i bukanierzy (nowoorleański urzędnik, Walker Gilbert, nazwał go: „największym łotrem, jaki kiedykolwiek działał w jakimkolwiek miejscu na ziemi”), który wraz z bratem opanował w dobie napoleońskiej przybrzeżne wody Luizjany oraz jej świętą rzekę, łupiąc co tylko popadło, towary i Murzynów, i sprzedając to wszystko kupcom z Nowego Orleanu. Kiedy gubernator Claiborne wyznaczył za jego głowę wysoką nagrodę, Lafitte wyznaczył za głowę gubernatora nagrodę o wiele wyższą, co Nowy Orlean skwitował wybuchem śmiechu. Ale kiedy w grudniu 1814 roku wojska brytyjskie uderzyły z Jamajki na Nowy Orlean i angielski generał Pakenham zwrócił się do Lafitte’a z propozycją współpracy, oferując mu stopień kapitana, pirat natychmiast ostrzegł gubernatora Claiborne’a, po czym na czele korpusiku piratów wziął udział po stronie amerykańskiej w bitwie o miasto (8 stycznia 1815), w której Brytyjczycy zostali rozgromieni. Generał Jackson nazwał wówczas piratów „wiernymi i bohaterskimi dżentelmenami”, a prezydent Madison w podzięce darował im wszystkie stare przewiny, za co Jean Lifitte porzucił w kontrrewanżu piracki proceder, itd, itp. Sielanka.
Historycy są raczej zgodni, że bez bijących się jak tygrysy bandziorów Lafitte’a Amerykanie mieliby mniejsze szanse w bitwie o Nowy Orlean, różne książeczki o masowych nakładach podają zaś Jeana jako budujący przykład człowieka, który w odpowiednim momencie zeskoczył z brudnej ścieżki i zamienił się w anioła. Gdyby jednak czytelnicy tych książeczek zapytali się o dalszy ciąg umoralniającej bajki, to okazałoby się, że przykład jest nieco lipny.
Pozbawiony majątku i źródeł swego dotychczasowego utrzymania, napastowany przez wierzycieli i sądy, Lafitte szybko znalazł się na granicy nędzy. Słowem poprawa nie wyszła mu na zdrowie, uleczył się więc wstępując po cichu na służbę wywiadu hiszpańskiej Inkwizycji, wyjechał na jakiś czas do Europy (tam rzekomo próbował po Waterloo pomóc Napoleonowi w ucieczce do Ameryki), a po powrocie jął się znowu piractwa i to tak intensywnie, że do dzisiaj poszukuje się ukrytych przez niego skarbów w kilkunastu miejscach na południowo-wschodnich wybrzeżach USA. Ale o tym podłym „happy endzie” głośno się nie mówi. Jean Lafitte, „król nowoorleańskich piratów”, jest romantycznym bohaterem we wspomnieniach miasta.
Czyż niepiękne są te wspomnienia? Przybłęda nie wiadomo skąd, Francuz, a może Hiszpan, wyrafinowany światowiec i łotrzyk w jednym ciele, trochę „playboy”, trochę komandos, magazynujący gigantyczne łupy z rabunków na wysepkach Barataría i Galveston, a wieczorami odwiedzający wraz ze swą watahą wilków operę w Nowym Orleanie. Bo piraci mieli w tym mieście własny gmach operowy, do którego wozili swoje kobiety, by mogły się pokazywać w najwspanialszych klejnotach świata! Czyż nie były to piękne czasy?

Mnie najwięcej mówi Dom Napoleona, wybudowany w latach 1797-1814 na rogu ulic Chartres i St. Louis przez braci Girod. Dwupiętrowy, niezbyt bogaty, o surowych, nieco posępnych fasadach bez ozdób, nosi w sobie wielką tajemnicę.
Mikołaj Girod, burmistrz Nowego Orleanu w latach 1812-1815, przeznaczył ten dom na mieszkanie cesarza, który miał uciec ze Świętej Heleny. Cudu tego miało dokonać grono spiskowców bonapartystowskich, wśród których byli oczywiście Polacy, między innymi Jacek Colonna-Walewski. Na czele stało pięciu ludzi. Bracia Mikołaj i Klaudiusz Girodowie, bracia Henryk i Karol
Lallemandowie, generałowie napoleońscy, którzy po Waterloo zostali skazani przez Burbonów na śmierć i zbiegli do Ameryki. Oraz pochodzący z San Domingo tajemniczy korsarz Dominik You, który w roku 1811 dołączył do koczujących w Zatoce Barataria braci Lafitte, stał się członkiem wyjętego spod prawa „Państwa Barataria” i po bitwie o Nowy Orlean skorzystał z amnestii, osiadając w Vieux Carré. Legenda głosi, że udało się im i że „bóg wojny” zamieszkał w domu na rogu ulic Chartres i St. Louis, a jego miejsce na Świętej Helenie zajął sobowtór.


A jeszcze trzeba będzie sprawdzić jak się ma pirat do Maison Laffitte, gdzie przez dziesięciolecia Książę Jerzy Giedroyc tworzył Historię Literatury Polskiej. No i spróbować koniaku, który też się tak nazywa. O Baratario! O transmogryfikacjo! Ile tematów!

Książki i dynie…

Ewa Maria Slaska

Jesień. Jak co roku nazbierały się dynie na balkonie.

Jesienią tak jest. Jabłka, śliwki, gruszki, orzechy, dynie. W tym roku do zbiorów dołączyły książki. Przez nikogo nie wytypowana, nie licząc, ale myśląc, dlaczego – wybrałam siedem książek. Na FB pokazuje się okładki bez komentarza, ja jednak co nieco skomentuję…

Mogłam wziąć więcej – na zaprzyjaźnionym festynie ulicznym w Szczecinie – było całe stoisko pełne naprawdę niezłych książek. Wzięłam tylko kilka i to starannie wybierając. Postaram się opisać kryteria, bo niekiedy mój wybór mnie samą zdziwił.

1.

Marta Tomaszewska, Zamach na wyspę. Książka z roku 1973, wydanie Naszej Księgarni z roku 1986. Niech nas  to jednak nie myli. To książka z lat 70, wszystko w niej jest z tamtych czasów – jak długie włosy chłopców, za których wychodziłyśmy za mąż. Długie włosy, wąsik, koszule z szerokim kołnierzem, garnitury z krempliny, ale też nasze długie spódnice i loki…

Przygodowa książka dla chłopców. Dalekie morza, łodzie żaglowe, wyspy. Takie wtedy miały być te przygody. Wzięłam z myślą o wnuku, ale nie sądzę, by chciał ją czytać, tak jak żaden chłopak nie wziął by dziś po naszych mężach ich garniturów z krempliny. Nawet ja, choć lubię wyspy i przygody, a poza tym z przyzwyczajenia jeśli zaczęłam czytać książkę, to czytam ją do końca – zatem, powtarzam, nawet ja nie przebrnęłam poza 50 stronę…

Książkę dostał w nagrodę za stopnie i sprawowanie niejaki Tomek Bożek, uczeń szkoły podstawowej w Swobnicy. Nie wiadomo z której klasy. Nie wiem też, gdzie leży Swobnica, ale to akurat łatwo sprawdzić. Fajna wioska. Ma zamek Joannitów. To jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Wybudowany w 1377 roku na półwyspie jeziora Grodziskiego – około 50 km na południe od Szczecina. Na przestrzeni wieków przebudowywany, trafił w końcu w ręce prywatne na początku lat 90. Dziś ponownie jest własnością gminy Banie, która walczy o jego odbudowę.

Nienacki to by wokół tego zamku zbudował przygodę, ale chłopakowi ze Swobnicy dają wydumaną historyjkę Tomaszewskiej, której akcja rozgrywa się w Polinezji.

2.

Jerzy Wittlin, Przedstawiamy humor polski. Pory roku. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1974. Okładka to całe polskie lata 70. Właściwie kwintesencja. Rogatywka i pawie pióro, ale jakoś krzywo i na bakier. Nazwisko autora antologii jest właściwie znakiem firmowym dobrej roboty literackiej tamtych czasów. Jeszcze wszyscy znali polski, jeszcze nikt nie “ubierał butów” ani sukienek, a układ typograficzny serii zrobił Jan Bokiwicz, świetny grafik z tamtych czasów. Poznałam go 12 lat później – mieszkałam już w Berlinie. A przez te 12 lat zachciało nam się dwukrotnie wolności, raz ją zdobyliśmy, raz utraciliśmy i wciąż jeszcze nikt nie “ubierał płaszczy”, co najwyżej ubierano nas w różne sprawy, najczęściej a może zawsze polityczne… Polska miała rosnąć w siłę, a ludziom miało się żyć dostatniej. Mieliśmy pomóc. Mieliśmy zostać drugą Japonią. Mieliśmy czapkę z piór.  Jeszcze jej wicher nie poniósł…

Wittlin wybrał utwory 48 autorów. Otwieram książkę na chybił trafił. Wybieram jednego. Boy. Krakowski jubileusz.

Magnificus się podnosi:
(Przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi
Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,
Ale skupia w treść ogólną:
«Panie… ten… ojczyzna nasza…
Jest nam wszystkim… matką wspólną…

No, tym się przecież dzisiaj zajmują ginekolodzy – ojczyzną.

3.

Alistair MacLean, Santoryn.
Książka potwornie brzydko wydana w roku 1990 w Spółce Wydawniczej ORBITA. Do tego jeszcze właściciel potraktował ją paskudnie, książka jest poplamiona, nadżarta czymś brunatnym, wytarta, nadpleśniała. W oryginale wydana w roku 1986 – ostatnia powieść autora, którego w latach 70 i 80 wszyscy w Polsce czytali, podobnie jak Raymonda Chandlera, możliwe więc, że wszystkim nam mieszają się powieści obu pisarzy. Nie było, a może i do dzisiaj nie ma polskiego autora (niech mi Joe Alex, Bonda i Krajewski wybaczą), który mógłby się równać z tymi dwoma. Santorynu nie czytałam, ale byłam na wyspie Santorini.

4.

Lernt mit uns. Podręcznik do klasy I Liceum Ogólnokształcącego i Liceum Ekonomicznego. Nie zostało to napisane, ale jest to podręcznik do nauki niemieckiego. Na okładce kwintesencja NRD. Wydawnictwa szkolne i pedagogiczne 1974. Wydanie  jedenaste. Ilustracje – Gwidon Miklaszewski. Mój Boże, zapomniałam w ogóle, że istniał, a przecież był czas, że co druga książka wydawana była z jego charakterystycznymi, łatwymi do rozpoznania ludzikami. Wer ist Lehrer? Herr Ebert ist Lehrer. Przeskakuję ze sto stron. Was macht der Lehrer? (die Übung, der Schüler). Er liest die Übung des Schülers.

Notatki ucznia koło ćwiczeń świadczą o tym, że pan Lehrer słabo się starał (albo uczeń się nie przykładał): in der szule… albo was yst der…

Książka jest najpaskudniejsza z paskudnych. Zresztą w ogóle niemiecki był paskudny i my z klasy łacińskiej czyli A nigdy do końca nie zrozumieliśmy, co skłoniło tych z D do wyboru niemieckiego. Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, sama wiem… 11 lat później mieszkałam już w Berlinie. Książka jest symbolem mojej klęski, mojej niemożności utrzymania w życiu konksekwentnej linii życiowej. Nie lubię niemieckiego – nie jadę do Niemiec.

Nota bene, teraz lubię niemiecki.

W książkę wetknięte kolorowe zdjęcie uczniów z lat 70. Nasze zdjęcie. Wszyscy przecież dzisiaj wyglądamy tak samo. To wtedy jedne z nas były brzydkie, inne ładne i ładnie ubrane. Dziś zdjęcie z lat 70 wykonane  papierze Fujicolor, ale mimo to martwo szaro-bure, udowadnia, że wszyscy byliśmy tacy sami. Jest też kawałek kliszy filmowej, z enerdowskiej firmy ORWO, z pięcioma czarno-białymi zdjęciami: ktoś leży na brzuchu, podnosi głowę znad książki, patrzy w obiektyw; ktoś wiosłuje dwoma wiosłami; dom jednorodzinny otoczony płotem, za płotem dwa drzewa; dwie kobiety siedzą blisko siebie; ściana bloku mieszkalnego – widać tylko górne piętra na tle nieba.

Na zdjęciu z tyłu ktoś napisał:
to snor – chrapać (powinno być snore)
a pod spodem
I’ve got to stop think about that
I feel the earth move under my feet

Piosenka jest z roku 1971, ale widocznie właściciel książki dostał krążek po roku 1974.

Zanim odłożę książkę znajduję gdzieś jeszcze słowo Fernseher – telewizor zapisane: Fernzijer…

Patrzę jeszcze na cenę. Wydawca wycenił książkę na 330 złotych, ale potem ktoś dopisał piórem cenę 4000 zł. Czyli co – cztery bańki? Ile to była bańka, sto? tysiąc? milion? Nie wiem…

5.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011

To zupełnie inna kategoria. To po prostu Mankell, którego czytam jeszcze chętniej niż kiedyś czytaliśmy Chandlera. Na pewno nie ja jedna, bo całą serie Mankella w roku 2011 wab wydał w ramach lektur na wakacje Polityki.

6.

Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, Kochankowie z Warszawy / Śmierć Bazylego. Wydawnictwo Literackie 1985. To dwie powieści z 1939 roku, pierwszą wydano w Roju, drugą w Dzienniku Powszechnym.

Szemplińska-Sobolewska jest bardzo nowoczesna. Emancypowana kobieta. Lubię ją, choć czytałam tylko jedną jej książkę i choć nie pamiętam tytułu (wiem, mogę sprawdzić, ale mi się nie chce), jej treść pamiętam znakomicie – jest to historia dwóch sióstr, z których jedna, samotna, niepokorna, niezależna ma kota, a druga potulna i podporządkowana – psa. Lubię tę pisarkę, mimo iż (a może właśnie dlatego), że okrzyczano ją jako zakamieniałą komunistkę. Pewnie była.

Na okładce fragment obrazu Wacława Borowskiego, Jabłko i kotara.

7.

J. Marchlewski (oczywiście Julian, ale na okładce jest J.), Listy do St. Żeromskiego i Wł. Orkana, Wydawnictwo Literackie 1953.

A… ta książka to zupełnie inna historia. Zupełnie inna. Marchlewski żył w Niemczech, w latach 1903-1904 prowadził w Monachium wydawnictwo, mające na celu propagowanie nowej literatury europejskiej, w tym przede wszystkim polskiej i rosyjskiej na świecie. Sam był tłumaczem tej propagowanej przez siebie literatury.  Tak, oczywiście, również komunistycznej. W roku 1903 Marchlewski wydał 29 tytułów, w roku następnym 19. Jednocześnie jest czołowym wspśłpracownikiem Czerwonego sztandaru. W książce jest pełna lista wydanych przez Marchlewskiego pozycji z literatury światowej – Bunin, Dygasiński, Gorki, Przerwa-Tetmajer, Przybyszewski, Żeromski, Wilde…

Ale Marchlewski to nie tylko sztandarowy komunista i nie tylko wydawca. Jest on również ojcem Zosi (Sonji), która jako druga żona Heinricha Vogelera mieszkała po I wojnie światowej w kolonii artystów w Worpswede, a to miejsce, czas i grupa artystyczna, która nas obie z siostrą nadzwyczaj zajmuje.
Heinrich Vogeler, Portret Sonji, 1922
Urodziła się w roku 1898 (była rówieśniczką moich różnych dziadków i babek), zmarła w Warszawie w roku 1983. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim.

Polska Wikipedia pisze:

Urodziła się ze związku Juliana Marchlewskiego i Bronisławy z domu Gutman (córka Henryka-Hirsza Gutmana (Бронислава Генриховна Гутман). Od 1921 do 1932 działała w Komunistycznej Partii Niemiec. Była tłumaczką w Kominternie. Po wyjeździe do ZSRR pracowała w moskiewskim Instytucie Marksa-Engelsa-Lenina, Komitecie Centralnym Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), w Sowinformbiuro, oraz do 1950 pracowała w Związku Pisarzy ZSRR. W 1957 powróciła do Polski, gdzie poświęciła czas na pisaniu wspomnień o swoim ojcu. Opublikowała dwie książki, pisała felietony i recenzowała artykuły i inne publikacje na temat Juliana Marchlewskiego. Była członkiem PZPR.

Straszny życiorys. A i tak nie podaje wszystkiego. Bo do Moskwy Zofia wyjechała z mężem, który tego ideologicznego porywu nie przeżył. A Zofia przeżyła.

Tę historię znajdzie się dopiero w krótkiej notatce o Vogelerze.

Johann Heinrich Vogeler (1872-1942) – niemiecki malarz, pisarz, myśliciel (utopista, pacyfista) i komunista.

Po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera wyjechał do ZSRR. Działał w otoczeniu niemieckich komunistów, zgrupowanych wokół Wilhelma Piecka. W okresie wielkiej czystki został oszczędzony, podobno przez wzgląd na fakt, iż jego teściem był Julian Marchlewski (był mężem Zofii Marchlewskiej).

W 1941 po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej został ewakuowany do Kazachstanu, gdzie pracował przy budowie tamy i zmarł z wycieńczenia.


Siedem książek, dwie do czytania, pozostałe jako świadectwo historii, historii mojego życia i historii moich zainteresowań.

Siedem książek, cztery dynie i jedna cukinia…

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Barataria 82 Turumba

Ewa Maria Slaska

Wesele poety i owocowa turumba

Turumba to wiersz, piosenka i taniec. Przypominam, że turumbę znalazłam na ulicy w Berlinie, na kartce wyrwanej z książki. Książka była po hiszpańsku czyli w języku oryginału. Od słowa turumba doszłam do autora (Antonio Skármeta) i tytułu książki (Wesele poety) oraz do jej wydań najpierw po niemiecku (przez co dowiedziałam się, że wyimaginowana wyspa Gema, gdzie toczy się akcja powieści, to ani chybi Barataria) a potem po polsku…

Znalezienie kartek opisałam TU
Odkrywanie Baratarii na Gemie (Gemmie) TU

Opowiadałam już też, że turumba to naładowany erotyką taniec, jaki tańczy miejscowa ludność podczas wesela, co zapewne (choć autor o tym nie wspomina) miało zapewnić płodność młodej parze. Akurat w powieści, która jest historią dwóch ślubów i dwóch wesel, naładowana seksem turumba nikomu się na nic nie przydaje – jedna panna młoda umiera podczas nocy poślubnej, druga, w dwadzieścia lat później, zostanie zgwałcona przez obce wojska w symbolicznym akcie zwycięstwa. Jeden z panów młodych ginie, drugi… ach nieważne, chcecie to poczytajcie… Autor jest bardzo znany, napisał między innymi powieść o Nerudzie, według której nakręcono słynny film Listonosz (Il Postino). Wesele poety nie jest może najlepszą jego książką, ale za to jest świetną sagą rodzinną, w której prawda miesza się z fikcją, nauka z konfabulacją i w końcu dowiadujemy się, skąd się wzięli Włosi w Chile…

No ale turumba, turumba…

Na wybrzeżu Malicji świątecznym tańcem na uroczyste okazje jest skoczna turumba, którą tańczy się na dwa sposoby – salonowy i lupanarowy. Pospólstwo zwie ją kurwą-umbą.

I tak w kurwie-umbie mężczyźni przesuwają dłonie z talii na piersi kobiet, które już wcześniej rozumnie pozbyły się w toalecie biustonoszy (…). Potem tancerze ściągają partnerkom majteczki – trofeum nieodzowne w kurwie-umbie, uznawanej dziś za pomnik folkloru – chwytają zębami skradzioną w ten sposób część garderoby i z jeszcze większym zapałem ocierają się podbrzuszem o jędrne pośladki wyspiarek przy akompaniamencie ekstatycznych dźwięków skrzypiec i fortepianu.
Jeśli zabawa przebiega wedle ustalonych reguł, kurwę-umbę wieńczy układ choreograficzny, w którym mężczyźni powiewają damskimi majtkami nad głową, a jednocześnie głośno wystukują rytm obcasami, podczas gdy partnerka, pod osłoną wzniecanego z podłogi kurzu, zadziera spódnicę aż do pasa, odsłaniając przed spostrzegawczym widzem falującą …

I tak dalej. Poczytajcie sobie sami 🙂

A tu sam wiersz w trzech odsłonach… Zachęcam do tworzenia dalszych wersji…

Antonio Skármeta

Turumba de la fruta

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la novia y con las putas,
con las putas

Yo ya le como la sandía hasta dejerla toda vacía
Yo ya le como ese melón sin dejarle ni el corazón
Yo ya le como la uvita, que está muy rica
que está muy rica
Ahora te beso las tetitas, que están duritas
que están duritas

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la abuela y con las putas,
con las putas

Chúpame chiquita la banana, que está muy sana
que está muy sana
Qiero besarte el coliflor, qué suave olor
que suave olor
Voy a morderte la aceituna, que ese pezón
que ese pezón
Ya te ésta chorreando la naranja, vamos a la cama
vamos a la cama

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con el cura y con las putas,
con las putas

*** Ja ją sobie przetłumaczyłam tak:

Turumba owoców

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

*** Tłumaczka powieści na polski, Dorota Walasek-Elbanowska ujęła to dosadniej:

Owocowa turumba

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Będę jadł arbuzy, będę jadł melony
nie będę jadł ogórka, bo jest zbyt zielony.
Lubię miękkie gruszki i twarde jabłuszka,
daj mi pocałować twojego cycuszka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Złap mnie za banana, dziewczyno kochana
będziemy się ściskać do samego rana.
Puszcza sok cytrynka, już mi cieknie ślinka
pokaż mi cycuszka, ugryzę rodzynka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy tańcować z księdzem,
z kurwami tańcować

No cóż, w oficjalnej polskiej wersji zniknęła babcia z drugiego refrenu, a w Baratarii przecież wciąż pojawiają się jakieś nieźle rozerotyzowane babcie – najwięcej chyba w tej amerykańskiej powieści o dorastaniu – Barataria Summer. Ale nie zniknął, i to jest znacznie ważniejsze, ksiądz z refrenu trzeciego.

Ksiądz zagroził, że jesli ostatnia zwrotka tego lirycznego poematu nie zostanie usunięta, nie poświęci obrączek i ekskomunikuje całą wyspę, podobnie jak niegdyś papież Pius I heretyków niejakiego Marcjona, uprawiających bezecne praktyki ze świecami. Kiedy Hieronim (pan młody – przyp EMS) wypomniał proboszczowi, jak to przed laty sam go namawiał do założenia burdelu, ojciec Pregel oświadczył, że ostatnio cierpi na chwilowe napady amnezji, a gdy kupiec wręczył mu dwa banknoty z długimi rzędami zer, prosząc, żeby kupił w Agram nową figurę świętego Rocha, patrona piratów, kapłan stwierdził, iż w gruncie rzeczy Owocowa turumba ma w sobie coś adamicznego, i zapowiedział, że do wieczora własnoręcznie dopisze dalszy ciąg, wzbogacając ów niekonwencjonalny tekst o perypetie Adama i Ewy w raju, po czym na poczekaniu wymyślił kolejną zwrotkę:

To, co wąż uczynił Ewie, może teraz spotkać ciebie.
Szukasz męża, strzeż się węża; tańcz w bieliźnie, bo się wśliźnie.

Czy to początek turumby? Taniec z gwiazdami, majtki Cieślak…

Wrócimy jeszcze przy okazji na wyspę Gemmę, obiecuję…

Barataria 81 szewski poniedziałek

Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska

Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.

Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.

Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.

Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!

TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…

Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.

Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).

Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach…  Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.

Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…

Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.

Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…

Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.

O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.

Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…

Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.

Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.

W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.

W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.

Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.

Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.

– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.

Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.

Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.

Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.


Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.

Wieder Seiten eines Buches auf der Straße

Ewa Maria Slaska

Was ist mit uns passiert?

Es ist schon meine Tradition, dass ich über die Bücher schreibe, die ich irgendwo bekommen (oder nicht bekommen), gefunden oder, naja, entwendet habe, in schierer Hoffnung kein Mensch wird sich dafür interessieren.

Nein, nein, seien Sie beruhigt, ich habe sie nicht aus den Bibliotheken entwendet, auch nicht aus Euren Bibliotheken.

In Berlin gibt es so viele Möglichkeiten, Bücher umsonst zu bekommen. Oder sie unbemerkt zu entwenden, Cafees etwa, die über Bücher verfügen…

In der ganzen Stadt gibt es vor allem verschiedene Büchertische, die zum Teil schon ganz schön groß geworden sind und den Raum einnehmen, die man eigentlich Laden oder Buchladen nennen wird und nicht Tisch.
Aber was soll es?

In einem von diesen Läden, in denen man Bücher einfach so bekommt, habe ich die Bücher nicht bekommt, weil man sie gerade schön im Ladenfenster ausgelegt hatte. Ein Gehabe, das man gewöhnt ist zu akzeptieren, wenn es  die Fenster grossen Läden und Konzernen sind. In einem Laden wie Zara wird dir niemand das Kleid von der Fensterpuppe abnehmen. Es ist nicht erlaubt, manchmal gar verboten, manchmal unter der Strafe… Manchmal behauptet man, man muss dem Chef anrufen, dann zeigt sich aber, dass der Chef es doch nicht erlaubt.

In kleinem Laden wird anders umgegangen. Im kleinem Laden wißen die Verkäufer(Innen), dass nichts besser gefällt, als das, was man in voller Fülle an einem Kunstkörper sieht, viel besser als das, was sich auf den Auslagen stappelt oder auf den Stangen aneinanderreibt.
Aber in diesem großen Büchertisch, der doch einfach ein klein Laden war, im Karl-May-Jahr hat mir die Verkäuferin (Buch-Abgeberin? sie verkaufte doch nichts!) nicht erlaubt, mir ein Buch vom May auszusuchen, weil sie gerade alle May-Bücher so schön “drapiert” hat. Das Wort machte mich total stutzig. Ich weiss, dass man in der neudeutschen Sprache die Steine auf dem Kaminsims und Obst in der Schale drapieren kann. Für mich ist jedoch drapieren bei seinem Ursprung geblieben und bedeutet ausschliesslich etwas weiches, fliessendes kunstvoll in Falten oder Plisses zu legen. Ich glaube, man benutzt es jetzt in steifen und hartkantigen Kontext, weil es elegant und salonhaft klingt, und die Buch-Abgeberin hat es gerade so elegant im Fenster aufgebaut.

Aber sonst sind Bücher überall zu bekommen, dh. auch zu abgeben. Man kann sie im Metro finden oder liegenlassen, auf einer Parkbank, in einer Kiste neben der Türeingang, auf den Fenstersimse in Treppenhäuser… Im Krankenhäuser gibt es massenweise alte Hardcover-Romane, offensichtlich aus verschiedenen Bibliotheken aussortiert (zugegeben – da bediente ich mich auch ein paar mal). Manchmal liegen sie auch in Bibliotheken und sind für einem symbolischen Obulus zu haben…

Ein grosser Teil meiner Bibliothek bilden die Bücher, die ich gefunden und manchmal gerettet habe. Seit ein oder zwei Jahren finde ich aber auf den Strassen die Bücherseiten… Bücherseiten eines Paperback, eines Taschenbuches… Offensichtlich Hardcover schützt vom Wandalismus. Kann sein. Als wir mit Monika Wrzosek Müller im Mai in Lemberg waren, hat uns ein Verleger gesagt hat, dass er alle Bücher als Hardcover herausgibt. In Ukraine, sagte er, sind Paperbacks keine Bücher.

Ist das die Erklärung?

Bis vor kurzem war ich eigentlich zufrieden, als ich auf der Strasse ein paar Seiten gefunden habe, weil es für mich ein Test meiner Geschicklichkeit war, als ich aus diesen ein paar Seiten rekonstruiert habe, WAS für ein Buch es war. Immer habe ich die Bücher dann auch gekauft, gelesen, über sie geschrieben…

Jetzt aber, bei dem neuen Fund – es ist Der Duft der Kaffeeblüte, ein Roman von Ana Veloso – bin ich eigentlich erschrocken. Wer macht das? Weshalb? Auch wenn ihm das Buch nicht gefällt. Muss nicht, ist eine langweilige Liebesgeschichte, wo die Bäuerin die schönste ist und Zeit hat, blühenden Kaffezweige zu bewundern. Aber auch dann…Warum kann er/sie es nicht einfach igendwo ablegen, damit es die Andere lesen? Wieso reist er/sie die Seiten aus, wieso verstreut er/sie sie über die Strassen…

Schauet nur:

Der neuste Fund, gefunden als ich den obigen Text schon fertig hatte – 26. August 2018, Fremdwörter Lexikon, Berlin-Friedrichshain

August 2018, Ana Veloso, Der Duft der Kaffeeblüte, Berlin-Schöneberg

Mai 2018,  Antonio Skármeta, Die Hochzeit des Dichters, Berlin Tempelhof, direkt vor meinem Haus

Februar 2017, Max Frisch, Andorra, Berlin-Charlottenburg

Juni 2016, Hermann Kasack, Die Stadt hinter dem Strom, Berlin-Kreuzberg

Juni 2013, Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe, Berlin Ku_Damm

Es sind meistens gute Bücher, kein Schund, den man einmal liest und wegwirft. Wer macht das mit den Büchern? Weshalb?
Was ist mit uns passiert?

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…