August 1980. Es begann in Stettin.

Die August-Streiks 1980, schreibt Wikipedia, waren eine Reihe von Arbeitsniederlegungen in der kommunistisch regierten Volksrepublik Polen. Tatsächlich begannen sie schon Anfang Juli  in Lublin, in die Geschichte gingen sie aber ein durch die Streiks an der Ostseeküste. Der wichtigste Streik wurde am 14. August von den Freien Gewerkschaften (Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża) auf der Danziger Werft ausgerufen, dem sich die Delegationen anderen bestreikter Betriebe anschlossen. Es wurde aber auch in anderen Städten gestreikt, darunter auch in Stettin. Die Streiks endeten mit dem Unterzeichnen der drei Abkommen zwischen der Regierung Giereks und den Streikenden: In Stettin, Danzig und der Kohlengrube Jastrzębiec. Das Stettiner Abkommen wurde als Erste unterzeichnet. Somit wurde eigentlich in Stettin und gar nicht in Danzig das neue Kapitel der Geschichte angefangen. Das Kapitel, dem in nicht mal 10 Jahren der Frühling der Völker folgte, der Fall der Mauer, das Verschwinden des Eisernen Vorhangs, das Auflösen der feindlichen politischen Blöcke und die Entstehung des großen freien Europas der souveränen Statten. 
Es geschah heute vor 40 Jahren.

Unser Autor war dabei.


Unterzeichnung des Abkommens in Stettin am 30. August

Krzysztof Jagielski

Über Bord (2)

Die Gespräche zwischen Streikkomitee und Regierugskommission dauerten an. Tag für Tag, trozt des stürmischen Wetters, wuchs die Zahl der Menschen, die sich vor dem Haupteingang zur stettiner Werft versammelten um die zähen Verhandlungen direkt zu verfolgen. Die Stimmung war grandios, man kommentierte direkt und scheinbar schon ohne Angst das Geschehen und bekundete laut die Unterstützung für Marian Jurczyk und das Streikkomitee.

Am 23. August, es war Sonnabend, stieg die Zahl der in Westpommern (Pomorze Zachodnie) streikenden Betriebe auf 118 (…). Montag  früh, den 25. August, erfuhr ich, daß die Mannschaft des Containerschiffs  m/s „Wejherowo“, eines der modernsten Schiffe der polnischen Handelsflotte und bisher fest in der Hand des Kaders der kommunistischen Partei, sich weigerte, nach London, in See zu stechen.

Ich nahm das Fahrrad und fuhr zum Kai  wo m/s „Wejherowo“ angeleint war und als ich dort ankam, war eigentlich alles entschieden. Die Maschinen standen still und an Bord hing ein Riesenplakat  auf dem geschrieben stand STRAJKUJEMY! (Wir streiken!)

Plötzlich, nach wochenlangem Unwetter, kam durch die Sonne die Wolken. Unglaubliche, friedvolle Stimmung breitete sich aus und ich fiel auf die Knie und weinte zum ersten mal am 25. August, den Todestag meines Vaters Julian, aus Freude (…).

***
Im Jahre 1944, am fünf und zwanzigsten Tage des Warschauer Aufstandes fiel Julian Jagielski, Leutnant der Reserve und Kommendant de Luftschutz Mokotow, bei der Feuerlöscharbeiten in der Grottger Strasse. Das Feuer, das durch den Raketenbeschuss des deutschen Nebelwerfers entfacht wurde (polnisch, umgangssprächlich, „krowa“, die Kuh, wegen des charakteristischen  Lautes, das bei abfeuern der Projektile zu hören war) vernichtete fast den gesamten Häuserblock. So wurde ich an diesen Tag Vollweise, da meine Mutter, schon im Vorjahr, wegen der fehlenden Medikamente, an Lüngenentzündung starb (…).

Siehe HIER

Langsam kam ich wieder zu mir selbst, jetzt war mir klar, der Streik erfasste fast die gesamte Handelsflotte von Stettin bis Danzig. Ich stieg auf den Fahrrad und fuhr zurück zum m/s „Dęblin“, um die tägliche Ration Verpflegung für die streikenden Werftarbeiter vorzubereiten (…).
In der Nacht hörte ich den Sender RFE (Radio Free Europe, polnisch – Radio Wolna Europa).
Es wurde berichtet, dass in Danzig eine Expertenkomission zur Unterstützung der dortigen Streikkomitee mit Lech Walesa an der Spitze, sich gebildet hat; es fielen die Namen: Mazowiecki, Wielowieyski, Geremek, Kuczynski, Staniszkis.
Es wurde auch über Streiks in Warschau, Lublin und Oberschlesien informiert.
Trotz der der massiven Aktivitäten der Störsender erfuhr ich, dass die schlesischen Kumpels fast diesselben Förderungen wie Arbeiter an der Küste gestellt haben.
Die Lawine rollte.

Fortsetzung folgt. Übersetzung Tibor Jagielski

Z wolnej stopy 9

Zbigniew Milewicz

Polacy nad Dźwiną

Rozmawiają ze sobą dwaj starsi panowie: rozumiem, mówi jeden, twoja pierwsza żona miała żydowskie korzenie, przy niej zrobiłeś swoją zawodową karierę. Druga była Ukrainką, wesołą kobietą i namiętną kochanką, rewelacyjnie gotowała i na nic w domu nie narzekałeś. Nie pojmuję wobec tego, po co ci jeszcze Łotyszka… A ty wiesz – odzywa się drugi – jak one świetnie dbają o groby?

Tę anegdotę opowiedziała mi kiedyś Aina, po polsku Ania, moja dobra znajoma, kiedy jeszcze mieszkała w Monachium. Pracowała tu jako opiekunka starszych osób, ale w końcu i jej zabrakło sił i kilka miesięcy temu wróciła na Łotwę, do swojego domu i wyuczonego zawodu nauczyciela-gastronomika. Kiedy przeczytała mój wpis o Bitwie Warszawskiej, odwrotną pocztą dostałem zdjęcie mogiły polskich legionistów z cmentarza w Ezernieki, niedaleko Daugavpils, Polaków poległych w bitwach z bolszewikami o niepodległość Łotwy. Miejsce ich pochówku prezentowało się godnie i wtedy przypomniała mi się przytoczona anegdota. Ktoś powie, że nad czyimś grobem nie wypada żartować i może będzie miał rację, ale jak miejsce jest zadbane, to chyba można się uśmiechnąć. Zmarli za życia też to robili.

Foto: Aina Jakovele

Kampania Łatgalska to mniej znany epizod wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, więc chciałbym poświęcić mu przynamniej kilka zdań. Na początek – miejscu, czyli Łatgalii. Jest to historyczna nazwa jednej z czterech dzielnic Łotwy, wspartej o brzeg rzeki Dźwiny .Jest wielonarodowa, oprócz Łotyszy, Białorusinów, Niemców i innych nacji od XVI wieku mieszkali tu Polacy, a w okresie zaborów przybyli Rosjanie. Ze względu na swoją ponad 200-letnią przynależność do Rzeczpospolitej Obojga Narodów nazywano ją Polskimi Inflantami, który to status utraciła po I rozbiorze Polski w 1772 roku, gdy została wcielona do Rosji. Ludność polska zamieszkująca Łatgalię to była głównie drobna szlachta i chłopstwo. Szlachta Inflant Polskich, pochodząca z rodów rycerskich kawalerów mieczowych, miała korzenie niemieckie, lecz związana była licznymi węzłami cywilizacyjnymi z Polską. Z czasem uległa gruntownej polonizacji, dostarczając szeregu zasłużonych Rzeczpospolitej rodów, w tym: Tyzenhauzów, Grothusów, Rejtanów, Denhoffów, Korffów, Romerów, Mohlów, Weyssenhoffów, Platerów, Manteufflów i innych. Nawet w okresie zaborów dominowały tu polskie wpływy kulturowe i gospodarcze, których przewaga zakończyła się dopiero w czasach niepodległości Republiki Łotewskiej w międzywojniu, ale polska obecność cywilizacyjna jest nadal widoczna.

Bez Polaków Łotysze nie świętowaliby dzisiaj stulecia uzyskania niepodległości. We wrześniu 1919 wojska generała Śmigłego-Rydza, wchodzące w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, podeszły pod Dyneburg, stolicę Łatgalii, i po miesięcznych walkach wyparły bolszewików za Dźwinę. Były to tereny okupowane przez bolszewicką 15 Armię. Wojsko Polskie stanęło przed dylematem: jeśli bolszewikom udałoby się tam utrzymać, umocniliby łączność między 15 a 16 Armią, od lutego walczącą z Polakami. Gdyby miasto zdobyły wojska generała von der Goltz, umocniłyby się niepożądane przez rząd polski wpływy niemieckie w państwach bałtyckich. W związku z tym jedynym korzystnym dla Polski wyjściem był sojusz wojskowy z Łotwą. Dnia 30 grudnia 1919 roku podczas rozmów w Rydze osiągnięto porozumienie, na mocy którego Wojsko Polskie miało pomóc Łotyszom w ich walce z Armią Czerwoną. Poza politycznymi korzyściami porozumienia były i operacyjne, w postaci skrócenia frontu wschodniego, poprzez zwinięcie jego długiego odcinka wzdłuż Dźwiny i oparcie lewego, polskiego skrzydła o sprzymierzoną armię łotewską.

Bitwa o Dyneburg, Dźwińsk, Daugavpils rozpoczęła się w ostatni dzień 1919 roku i zakończyła 3 stycznia 1920 roku pełnym sukcesem wojsk polsko-łotewskich. Prowadzono ją w trudnych warunkach klimatycznych, przy 35-stopniowym mrozie i obfitych opadach śniegu, i, jak to na wojnie, za cenę strat ludzkich i materiałowych. W trakcie transportu dział przez zamarzniętą Dżwinę, załamał się lód i wielu legionistów zginęło w nurtach rzeki wraz ze sprzętem, albo zmarło później na skutek odmrożeń, inni padli od kul przeciwnika. Ogólnie szacuje się, że w czasie Kampanii Łatgalskiej poległo około 500 polskich legionistów. Są pochowani w różnych łatgalskich nekropoliach. Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski docenił bohaterstwo uczestników operacji, która przyniosła Łotwie niepodległość, polecając umieścić ich na pierwszych miejscach listy odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, za walki lat 1919–1920.

W czasach ZSRR, kiedy Łotwa była jedną z radzieckich republik, większość populacji miasta Daugavpils stanowili Rosjanie. Podobnie jest i dziś, mimo że to już strefa Schoengen. Dzisiaj Daugavpils (w wolnym tłumaczeniu miasto nad Dźwiną) liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, przy czym Łotysze stanowią około 17 procent jego populacji, a Polacy ok. 15 proc. Prapradziadek (po mieczu) Ainy, czyli Ani, która mieszka 40 kilometrów od Daugavpils, był Polakiem, nazywał się Luns. A jej ojciec szczycił się tym, że ma polskie korzenie i choć sama Aina uważa się za stuprocentową Łotyszkę, to coś ją czasami ciągnie na mszę w języku polskim, odprawianą w jednym z kościołów w Daugavpils, do polskich przepisów kulinarnych w internecie, albo do przebojów Anny German w oryginale, czyli nie do końca jej te lechickie geny gdzieś wyparowały.

– Przyjeżdżaj w gości – zaprasza. – Pokażę ci wszystkie polskie miejsca u nas, gimnazjum imienia Piłsudskiego, kościoły, groby…

Do tych ostatnich podchodzę z pewną rezerwą, ale kto wie, może dam się zaprosić.

Reblog o podróżowaniu

Ni stąd ni z owąd dostałam mailem instrukcję z travelbit, klubu podróżników online, jak mam przygotować prezentację o moich podróżach. Nie wiem, dlaczego ją dostałam. Nie jestem podróżniczką, choć bardzo lubię podróże i wędrówki. Zwłaszcza wędrówki. Czasem zdarzało mi się gdzieś bywać w świecie, nikt mnie jednak nigdy do klubu podróżników nie zapraszał. W tym roku zaś, kiedy to największym moim osiągnięciem poza-miejskim była czterodniowa wyprawa na Wdzydze i trzy minirejsy szalupą z przystani Wdzydzki Kąt na wyspę Mały Ostrów (nie ja byłam kapitanem, nie ja żeglowałam, nie ja wiosłowałam), zostaję zaproszona… I teraz się waham, bo może jednak trasa Wdzydzki Kąt – Mały Ostrów ma rzeczywiście, jak twierdzi nasz kapitan, znaczenie ponadczasowe.

Tymczasem, nie mogąc się zdecydować, czy by jednak nie opisać tej Wielkiej Podróży, wchodzę na stronę i czytam sobie informacje o innych Wielkich Podróżnikach…

Reblog

Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie

Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników największej zorganizowanej przez Europejczyków w XIII wieku ekspedycji. Nazywał się Benedykt Polak (Benedictus Polonus). Urodził się ok. 1200 toku w Wielkopolsce a zmarł ok. 1280 w Krakowie jako gwardian tamtejszego zakonu franciszkanów. Benedykt uczestniczył w pierwszej europejskiej wyprawie w głąb Azji, która dotarła do Mongolii. Miała ona pionierskie i przełomowe znaczenie w dziejach odkrywania Azji.

Powodem zorganizowania ekspedycji były najazdy tatarskie na Europę. Wobec realnego zagrożenia dla chrześcijańskiej Europy, papież Innocenty IV postanowić wysłać specjalną misję do wielkiego chana. Miała ona spowodować zaniechanie najazdów na chrześcijańskie kraje, a także nawrócić chana i jego poddanych na wiarę Chrystusa. Ponieważ wiedza Europejczyków o wnętrzu Azji była w tamtych czasach, co najmniej mglista, dodatkowy cel wyprawy stanowiło zdobycie informacji o trybie życia, wierzeniach, obyczajach i organizacji państwa Mongołów.

Misja papieska wyruszyła z Lyonu 16 kwietnia 1245 roku a jej kierownikiem został Włoch Giovanni da Pian del Carpine. Benedykt Polak był bardzo ważnym uczestnikiem ze względu na wiedzę i kontakty. Ekspedycja 18 listopada 1247 roku wróciła do Lyonu. Wysłannicy spotkali się z wielkim chanem, który jednak odpowiedział odmownie na list papieża. Co więcej, zażądał przybycia do swojej stolicy wszystkich władców Europy celem złożenia mu hołdu.

Mimo to wyprawa była sukcesem, gdyż zdobyła bezcenne informacje pozwalające przygotować opisy odwiedzanych krain. Według przeprowadzonych badań, powstały trzy relacje. Najobszerniejsza „Historia Tartarorum” (rękopis znajduje się w posiadaniu Uniwersytetu Yale) przypisywana jest właśnie Benedyktowi Polakowi. Należy pamiętać, że wyprawa Benedykta miała miejsce ponad ćwierć wieku wcześniej niż znacznie bardziej znana wyprawa Wenecjanina Marco Polo. Fachowcy twierdzą także, że „Historia Tartarorum” Benedykta jest bardziej rzetelna niż „Opisanie świata” Marco Polo.

W roku 2004 śladami Benedykta Polaka wyruszyła wyprawa zorganizowana przez Roberta Szyjanowskiego ze Szczecina. Była ona efektem fascynacji osobą pierwszego polskiego globtrotera, ale także wieloletnich badań i przygotowań. Wyprawa trwała trzy miesiące (czerwiec-wrzesień) i przebiegła trasą opisaną przez Benedykta (www.benedyktpolak.org).

 

Ciąg dalszy TU

Über Bord

Krzysztof Jagielski

1.

Ende Juli des Jahres 1980 gab es Streiks im Gdingen, dann in Lodz und Warschau.
Die Regierung versuchte durch die Erhöhung der Löhne die Situation zu dämpfen.
Es schien als ob diese Politik Früchte tragen würde; dazu kamen kosmetische Änderungen an der Parteispitze. Ich erwartete schon das Ende der Protestbewegungen.

Mitte August, wegen der ausbleibenden Lieferungen, lag mein Schiff, m/s „Dęblin“ an der Rumänischen Kai  in Stettiner Hafen. Es gab keine Streiks; die meisten Matrosen nahmen Frei, und fuhren nach Hause zur Familien ins Umland.
Ohne Druck versorgte ich das Schiff und übriggebliebene Besatzung.
In der Büros trank man Kaffee, plauderte über Streiks, als ob sie auf dem Mond stattfinden würden. Doch die Ruhe war trügerisch; die Menschen waren angespannt und voller Erwartung.

Am 14. August streikten kurz die Fahrer des staatlichen Bauunternehmens Transbud.
Ich hörte abwechselnd die Auslandssender: Voice of America, Radio Free Europe, BBC London etc.
Die Landesmedien berichteten von „erhöhten Arbeitsbereitschaft“, „zusätzlichen Lieferungen“ und „sporadischen Unterbrechungen in der Arbeit“(…).
Am selben Tag kam die Nachricht vom Streik in Danziger Werft. „Streikt, streikt!“ rief ich innerlich.

Am 15. August standen an der Danziger Bucht alle Räder still. Endlich!
Alle telefonische Verbindungen wurden gekappt – unmissverständliches Zeichen, dass die Regierenden die Situation bedrohlich fanden.
Doch was wird in Szczecin? Das Wetter war regnerisch und es schien, als ob sich die Wolken immer mehr zusammenbrauen (…). Ich wusste, es wird etwas geschehen.

Am nächsten Tag traf Ministerpräsident Babiuch vor die Fernsehkameras und bezichtigte die „antisozialistische Kräfte des Aufwiegelung der arbeitendes Volkes“.
Der Erste Sekretär der polnischen kommunistischen Partei, Gierek, unterbrach sein Urlaub auf Krim und flog nach Warschau zurück.
Doch die Lawine rollte und war nicht mehr zu stoppen.

Am Sonntag waren die Kirchen überfüllt; man sang patriotische Lieder: „Freies Vaterland gib uns wieder o Herr…“; das Händedruck wurde stärker, ansonsten schwieg man (…).

Am Montag, den 18.08., fuhr ich Richtung Werft zum Lieferbetrieb „Baltona“.
Schon vor weitem sah ich weiß-rote Fahnen. Ich gab Gas.
Über dem Eingang der Parnica-Werft ragte ein Riesenaufschrift: „BESATZUNGSSTREIK“. Vor und hinter dem Tor – Arbeiter.
Ich schaute; ich schaute lange und spürte plötzlich wie mir die Tränen zu rollen anfingen.

2.

In der „Baltona“ gab es allgemeine, aber freudige Aufruhr.
„Warski–Werft steht!“ schrien die Menschen und fielen sich in die Arme.
Ich war überwältigt und entschloss mich hinzufahren.
Eine Riesenmenschenmenge stand vor dem Haupttor.
Doch es wurde noch nicht gestreikt: „Wir warten auf den Brych, das Fass ist voll“ sagten die Arbeiter (…).
Diese Nacht konnte ich nicht schlaffen.

Dienstag morgen fuhr ich zum Schiff vorbei an Warski–Werft.
Riesenaufschriften: „Streik“; „Wir solidarisieren uns mit den Danziger Werftarbeiter“; „Wir unterstützen berechtigte Förderungen”.
Am Tor, neben dem Werkschutz, standen Arbeiter mit Helmen und weiß-roten Armbinden.
Auch in Parnica-Werft wurde gestreikt.
Im Hafen angekommen bemerkte ich seltsame Ruhe; alle Kräne standen still.
An Bord wurde mir bestätigt – der Hafen steht; auch Reparaturwerft, das Stahlwerk, das Containerfabrik „Unikon“ und städtische Verkehrsbetriebe streikten.
Vor den Geschäften, trotz des Schauerwetters, bildeten sich Riesenschlangen; alle Lebensmittel, bis auf Salz, wurden restlos aufgekauft.

Ich entschloss mich zum Warski-Werft zu fahren.
Am Haupteingang stand eine Menschenmenge; manche schrieben von den an dem Tor befestigten Transparenten etwas ab… Streikförderungen!
Ich fing an mitzuschreiben: „Punkt 1. Gründung der freien und, von der Partei und Regierung,
unabhängigen Gewerkschaften…“
Ich hielt kurz inne und las noch mal… Ja! Freie Gewerkschaften. Endlich…
Dann folgten weitere 35 Punkte.
„Schnell abschreiben“ sagte ich mir „bevor die Stasi kommt“ (…).
Zu Hause angekommen setzte ich mich an die Schreibmaschine und vervielfältigte die Liste bis mir die Finger anschwollen.
Diese Nacht schlief ich wie ein Stein.

3.

Am 20. 08. gab es weiterhin schlechtes Wetter.
In den morgigen Nachrichten von RFE hörte ich Informationen über Verhaftungswelle unter Mitgliedern von KOR, KPN und ROPCiO, der oppositionellen Bewegungen.

Bis zu diesem Tag war ich eigentlich nur ein Mitläufer; zwar ein erklärter Gegner der Kommunisten, doch ohne mich organisatorisch irgendwo zu betätigen.
Ich wäre bereit auf die Barrikaden zu klettern; doch es gab kein Ruf.
Mein Betrieb war fest in der Hand der Parteimitglieder; es gab keine Streikwillige.
Vielleicht streikte man in Gdingen, doch wir wussten von nichts – es gab keine Telefonverbindungen.

Das Wetter wurde so stürmisch, das man von Schiff aus zusätzliche Leinen an das Kai binden musste. Obwohl im sicheren Hafen, tanzte das Boot wie verrückt.
Von einem Zöllner, der bei uns vorbeikam, erfuhr ich, dass gestern gegründete Interbetriebliches Streikkomitee (MKS) die Gespräche mit einer Regierungsdelegation aufgenommen hat; ich entschloss mich zum Werft zu fahren.

Das Haupttor war mit den Blumen übersät; überall National- und Papstfahnen, sowie Riesenbilder von ihm und Madonna von Tschenstochau; auf der Mauer, wo ein Lautsprecher befestigt war, saßen die Arbeiter. Es wurde eine Direktübertragung der Gespräche zwischen dem Streikkomitee und der Regierungsabgesandten vorbereitet.
Plötzlich hörten wir ein Stimme; raunen ging durch die Menge: „Das ist Jurczyk“.
„Wer ist Jurczyk?“ fragte ich. „Der Vorsitzende von MKS“, wurde mir erklärt.
Er bat für eine Schweigeminute für die Gefallenen des Dezemberaufstandes von 1970.
„Genialer Schahzug“ dachte ich, „wie müssen sich wohl die Regierungsvertreter jetzt fühlen?“ Dann kamen die Streikförderungen; Punkt auf Punkt.
Die Antwort des Ministers Barcikowski klang wie kratzen auf Glas; kurz darauf wurden die Gespräche vertagt.

Ich ging an die am Tor stehenden Arbeiter, überreichte die mitgebrachten ein paar Stangen Zigaretten und versprach den Streikenden fünfzig Liter Suppe aus meiner Schiffsküche täglich, und erntete als Dank den harten Händedruck eines Hafenarbeiters.

Übersetzung aus polnischen – T.J.
Fortsetzung folgt in einer Woche 

Über Krzysztof Jagielski (auf Polnisch) HIER

TA bitwa

Zbigniew Milewicz

Bitwa Warszawska

Na Wschodzie […] są drzwi, które się otwierają i zamykają i zależy, kto i jak szeroko siłą je otworzy
Józef Piłsudski do Władysława Baranowskiego, 7 lutego 1919 roku, przed jego odjazdem na paryską konferencję pokojową

Zakończenie I wojny światowej przesądziło o powstaniu Niepodległej Rzeczpospolitej, ale nikt jeszcze nie wiedział, w jakich granicach przyjdzie żyć Polakom. Zmagania o nie toczyły się na szczeblach dyplomatycznych i na polu bitwy. O Lwów trwały walki z Ukraińcami, w Wielkopolsce, a później na Górnym Śląsku powstańcy chcieli wyrwać swoje ziemie z rąk niemieckich. Natomiast w Warszawie, w grudniu 1918 roku, utworzona została z inspiracji władz sowieckich Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, która wzywała do rewolucji „ramię w ramię z socjalistyczną Rosją“ i to był sygnał, że bolszewicy rozpoczęli marsz na Zachód. O wschodnią granicę Polski wojowano najdłużej i najkrwawiej. Będąca początkiem wojny polsko-bolszewickiej Operacja “Cel Wisła” rozpoczęła się z rozkazu Lenina już 18 listopada 1918 roku ( część historyków twierdzi, że w styczniu 1919). Jej główny cel stanowiło wsparcie komunistów, którzy rozpoczęli rewolucję w Niemczech i w krajach dawnych Austro-Węgier, ale Lenin potrzebował pomostu, żeby się tam dostać, a więc po drodze postanowił zmiażdżyć Polskę. Fizycznie i politycznie, bo również miała zostać skomunizowana, co też nastąpiło, ale później. Na razie przy szabli był Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski, który dobrze rozumiał przejęte po caracie imperialne apetyty bolszewickiej Rosji i stawił czoła wrogowi. Od decydującej o losach wojny, zwycięskiej Bitwy Warszawskiej minęło właśnie sto lat.

Długa linia frontu, oddzielająca stronę polską i bolszewicką, była podzielona przez Polesie, krainę geograficzną, dziś wchodzącą w skład zarówno Polski, jak i Białorusi, Ukrainy oraz Rosji. Był to wówczas nasz naturalny, wielki sprzymierzeniec, gdyż ze względu na bagnisty, podmokły teren, nie można tam było prowadzić działań zbrojnych. W związku z tym walki toczyły się na dwu oddzielnych obszarach: froncie północnym (Brama Smoleńska ) i południowym. Wojskami przeciwnika na Północy dowodził były oficer carski Michaił Tuchaczewski, a na Południu Aleksander Jegorow, z Józefem Stalinem, komisarzem politycznym Frontu i Siemionem Budionnym, dowódcą słynnej Konarmii. Rozdział wojsk bolszewickich stwarzał korzystną dla Polski sytuację operacyjną, bowiem można było zastosować manewr po liniach wewnętrznych, po pobiciu jednej grupy wojsk przeciwnika, przerzucano siły na drugą stronę.

Do pierwszego starcia doszło 14 lutego 1919, w okolicach miasteczka Mosty na Białorusi. Po kapitulacji na Zachodzie, Niemcy ewakuowali swoje wojska również z okupowanych terenów na Wschodzie; bolszewicy potajemnie dogadali się z nimi i w swoim marszu na Zachód łatwo zajęli Mińsk, a następnie Wilno, skąd Sowieci wyparli polską samoobronę, która pięć dni wcześniej oswobodziła miasto. Pod Mostami musieli się jednak zatrzymać. Szczupłe siły polskie, składające się z 12 batalionów piechoty, 12 szwadronów kawalerii i 3 baterii artylerii, działały tam na dwóch, dość równomiernie obsadzonych odcinkach frontu. Formacjami odcinka południowego (Prypeć – Szczytno), czyli Grupy Podlaskiej, dowodził gen. Antoni Listowski. Jego oddziały swoim prawym skrzydłem utrzymywały łączność z Grupą Wołyńską gen. Edwarda Rydza-Śmigłego i koncentrowały się głównie pod Antopolem na kierunku Brześć – Pińsk i okolicach Berezy Kartuskiej. Obsada odcinka północnego (Szczytno – Skidel ) należała do Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, operującej przede wszystkim w rejonie Wołkowyska. Na tych pozycjach wiązano siły Armii Czerwonej, zajętej wówczas także walką z oddziałami białych, zatem defensywa była skuteczna. Kiedy dowódcą Dywizji został gen. Stanisław Szeptycki, formacje polskie przeszły do działań zaczepnych, opanowały Słonim, Pińsk, przedpola Lidy. W kwietniu odzyskaliśmy Wilno, jesienią nasze oddziały dotarły do Dźwiny i Berezyny, przekroczyły Zbrucz.

Kiedy wiosną 1920 roku bolszewicy przystąpili do wielkiej koncentracji sił na Froncie Zachodnim, Józef Piłsudski, jako Naczelny Dowódca wojsk polskich, zdecydował o podjęciu ataku wyprzedzającego i rozbiciu jego formacji, zanim wojska sowieckie osiągną gotowość operacyjną. Wyprawę na Wschód poprzedziło podpisanie porozumienia politycznego z atamanem Semenem Petlurą, w którym strona polska gwarantowała pomoc w utworzeniu niezależnego państwa ukraińskiego, zaś Petlura wsparcie militarne w walce z bolszewikami. Niektórym politykom w obozie władzy marzyło się zdobycie w tej wyprawie Kremla, ale Piłsudski był realistą, uważał, że bolszewikom należy „nadepnąć na tak bolesne miejsce, żeby nie mogli się uchylać i uciekać. Moskwa takim miejscem nie jest. Kijów, Ukraina, to jest ich czuły punkt.” Atak ruszył 25 kwietnia. Początkowo nasze wojska odnosiły sukcesy, biorąc tysiące jeńców i szybko zajmując kolejne tereny; 7 maja oddziały polskie i ukraińskie wkroczyły do niebronionego Kijowa. Piłsudski udał się do zajętej stolicy Ukrainy z kilkugodzinną wizytą. Po powrocie do Warszawy, witający go marszałek Sejmu, Wojciech Trąmpczyński, przyrównał czyny Piłsudskiego do dokonań Bolesława Chrobrego, ale euforia zwycięstwa trwała krótko.


Oddziały wyruszające na front defilują przed Naczelnikiem Państwa, J.Piłsudskim.Fot. CAW – dzieje.pl

W odpowiedzi na sukcesy armii polskiej ruszyła kontrofensywa, na północy kierowana przez Michaiła Tuchaczewskiego, na południu przez Siemiona Budionnego. 5 czerwca jego Konarmia przerwała linię frontu i zmusiła Polaków do gwałtownego odwrotu z Ukrainy. Na północy Piłsudski zakładał utrzymanie Wilna i oparcie się na starej, poniemieckiej linii umocnień, jednak znaczna przewaga wojsk sowieckich zniweczyła ten plan. Armia Czerwona parła w kierunku Warszawy, pokonując średnio około 20 km dziennie. Armia Konna, licząca 16 tysięcy żołnierzy i uważana za najskuteczniejszy wynalazek rosyjskiej wojny domowej, posuwała się z dwukrotnie większą prędkością, a słynęła z wyjątkowego okrucieństwa. W drodze na Ukrainę, w ciągu 30 dni nieprzerwanej jazdy pokonała ona 1200 kilometrów, niszcząc wszystko, co znalazło się na jej drodze, masakrując jeńców i ludność cywilną.

Wielka ofensywa rosyjska ruszyła 4 lipca, wróg przekroczył Berezynę, zdobył Wilno, 23 lipca padło Grodno. Po jego zdobyciu Tuchaczewski, który w międzyczasie awansował na dowódcę całego Frontu Zachodniego, wydał rozkaz zajęcia Warszawy do 12 sierpnia. Pod koniec lipca, pokonując w krótkim czasie ponad 400 kilometrów, armia bolszewicka dotarła do linii Bugu. Lenin i jego współpracownicy również nie próżnowali, politycznie wszystko już było przygotowane do demontażu ustroju za Bugiem.
30 lipca przybył do Białegostoku, utworzony w Moskwie, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (Polrewkom), którego zadaniem było przejęcie władzy na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. W skład Komitetu wchodzili m.in. Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński, Feliks Kon.

Frontowe niepowodzenia ściągnęły na Piłsudskiego rosnącą falę krytyki. Wyczerpały się kredyty na dostawy wojskowe, problemem pozostawał transport zakupionego sprzętu. Środowiska rewolucyjne w zachodniej Europie podjęły kampanię pod hasłem „Ręce precz od Rosji”, czego skutkiem było wstrzymanie  dostaw broni kierowanych do Polski, spowodowane strajkami kolejarzy i dokerów. Słowem, groziła militarna katastrofa.


Polscy żołnierze podczas walk z Armią Czerwoną w rejonie Radzymina w 1920 r.Fot. PAP/CAF – dzieje.pl

Bezpośrednie zagrożenie państwa zmobilizowało siły do obrony. Powołano Inspektorat Armii Ochotniczej, z gen. Józefem Hallerem jako dowódcą i ogłoszono ochotniczy zaciąg do wojska, który nie pozostał bez echa. Józef Piłsudski postanowił stoczyć decydująca bitwę na obszarze między Bugiem i Wisłą. 13 sierpnia bolszewicy uderzyli na przedmieścia Warszawy – przełamali pierwszą linię obrony i zajęli Radzymin. Rozpoczęły się dwudniowe walki o Warszawę, najcięższe boje stoczono pod Radzyminem i Ossowem. Armia gen Sikorskiego zatrzymała dwukrotnie silniejszego wroga i zaczęła spychać go na wschód. Polska kontrofensywa znad Wieprza ruszyła 16 sierpnia i bezpośrednio zagroziła tyłom armii bolszewickiej. Odegrała też rolę szybkość polskiego natarcia – piechota posuwała się 50-60 kilometrów na dobę, zajmując węzły komunikacyjne, przeprawy, mosty na tyłach cofającego się przeciwnika. Armia Konna Budionnego, która w decydującej fazie bitwy została powstrzymana rozkazem Stalina, poniosła porażkę w bitwie pod Komarowem z 1 Dywizją Kawalerii płk. Juliusza Rómmla.

Do ostatniej wielkiej batalii doszło nad Niemnem (20-29 września 1920). Jednak Rosjanom nie udało się odtworzyć linii frontu i wojska polskie dotarły do Dźwiny i Mińska. Na południu Polacy oswobodzili całą Galicję, odrzucając przeciwnika za Zbrucz. Dla polskiego społeczeństwa zwycięstwo w wojnie z Rosją sowiecką miało wielkie znaczenie moralne. Był to pierwszy od 220 lat sukces Polski na arenie międzynarodowej i pierwsza od 220 lat wojna wygrana samodzielnie przez armię polską.

Po pięciu miesiącach negocjacji, 18 marca 1921 roku Polska i Rosja podpisały w Rydze traktat pokojowy, który ustalił ostateczny przebieg polskiej granicy wschodniej (na linii Dzisna – Dokszyce – Słucz – Ostróg – Zbrucz). Nie zadowalał on w wielu aspektach zarówno polskich elit politycznych, jak i strony rosyjskiej, ale do 17 września 1939 roku granica ta przetrwała.

Tyle w ogromnym, faktograficznym skrócie o tej wojnie i jej decydującym rozstrzygnięciu, Bitwie Warszawskiej. Emocjonują one wielu ludzi do dziś i stawiają pytania, na które często nie ma odpowiedzi. Na przykład, jak wyglądałby dzisiaj świat, a przynajmniej spora jego część, z Polską włącznie, gdyby Piłsudski ostatecznie dogadał się z gen. Denikinem i całkowicie zniszczył przeciwnika? Była taka możliwość, a więc dlaczego jesienią 1919 roku, podczas wojny z bolszewikami zatrzymał on natarcie, co umożliwiło Armii Czerwonej przerzucenie sił z frontu polskiego i rozprawienie się z zagrażającą jej na południu białą armią Antona Denikina? Generał szedł wtedy na Moskwę i miał wszelkie szanse, żeby ją odzyskać. Denikin pozytywnie odnosił się do niepodległości państwa polskiego, ale jedynie w granicach Królestwa Polskiego z 1815 roku, nie akceptował też federacyjnych planów Piłsudskiego, według których w pierwszym rzędzie Ukraina, Białoruś i Litwa miały być również autonomiczne, aby wspólnie z Polską przeciwstawiać się imperialnym zakusom Rosji. Bolszewicy, w zależności od sytuacji na froncie, byli natomiast w stanie obiecać wszystko i tego oczywiście nie dotrzymać, kiedy szło im lepiej, Piłsudski uznał ich więc prawdopodobnie za mniejsze zło.

Następna kwestia, również nie wyjaśniona do dzisiaj, to pytanie, kto faktycznie był głównym architektem Bitwy Warszawskiej – Józef Piłsudski, czy gen. Tadeusz Rozwadowski? Był on jednym z głównych organizatorów polskich sił zbrojnych po odzyskaniu Niepodległości i dowódcą bohaterskiej obrony Lwowa przed Ukraińcami w latach 1918 – 1919 . Różnili się z Marszałkiem w wielu poglądach na temat sztuki wojennej i priorytetów w pomocy dla odzyskanych, wschodnich kresów, w osobistych rozmowach często dochodziło między nimi do spięć, w związku z czym stary frontowiec został odsunięty na boczny tor, na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu, co przyjął z rozgoryczeniem. Jednego jednak Piłsudski nie mógł jednak generałowi odmówić, tego mianowicie, że był wybitnym strategiem, kiedy więc polska obrona zaczęła się kruszyć pod natarciem Armii Czerwonej, sprowadził go do stolicy i mianował szefem Sztabu Generalnego. Wtedy zostały gruntownie zreorganizowane polskie odziały i opracowano plan natarcia znad dolnego Wieprza, który okazał się skuteczny. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej zostało jednoznacznie przypisane Józefowi Piłsudskiemu, a gen. Rozwadowski nigdy tego nie zakwestionował.

Nie wiadomo również, jak potoczyłyby się losy wojny, gdyby na przełomie sierpnia i września 1919 roku Biuro Szyfrów pod kierunkiem Jana Kowalewskiego nie złamało pierwszych kluczy szyfrowych Armii Czerwonej, które umożliwiły odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Dzięki temu Piłsudski dużo wiedział na temat sytuacji w tym regionie i koncentracji wojsk przeciwnika przy wschodniej granicy. Wspaniałym dniem był również 15 sierpnia 1920 roku, kiedy to kaliski 203 Pułk Ułanów zdobył sztab 4 armii sowieckiej w Ciechanowie, a wraz z nim – kancelarię, magazyny i jedną z dwóch radiostacji, służących Rosjanom do utrzymywania łączności z dowództwem w Mińsku. Szybko podjęto więc decyzję o przestrojeniu polskiego nadajnika na częstotliwość rosyjską i rozpoczęciu zagłuszania nadajników wroga, dzięki czemu druga z sowieckich radiostacji nie mogła odebrać rozkazów. Warszawa na tej samej częstotliwości nadawała bowiem przez dwie doby teksty Pisma Świętego – jedyne wystarczająco obszerne materiały, które udało się szybko odnaleźć. Brak łączności praktycznie wyeliminował więc 4 Armię z bitwy o Warszawę.

Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, a następnie wygrane bitwy nad Niemnem i pod Komarowem, gdzie polska jazda pokonała kawalerię Budionnego, przypieczętowały zwycięskie zakończenie wojny z Rosją.

Trochę liczb: w przededniu Bitwy Warszawskiej Polska wraz ze sprzymierzeńcami utrzymywała na froncie milion żołnierzy, Rosjanie 2,5 miliona. W samej bitwie uczestniczyło po stronie rosyjskiej 104-114 tysięcy żołnierzy, po stronie polskiej 113-123 tysięcy. Polacy mieli do dyspozycji 500 dział i 1780 karabinów maszynowych, Armia Czerwona 600 dział i 2450 karabinów. Grupa uderzeniowa znad Wieprza liczyła około 46 tysięcy żołnierzy. Straty wojsk rosyjskich w bitwie szacuje się na około 25 tysięcy poległych, 60 tysięcy jeńców i 45 tysięcy internowanych w Prusach Wschodnich. Po stronie polskiej – 4,5 tysiąca poległych, 22 tysiące rannych i około 10 tysięcy zaginionych.

Wyposażenie obu armii było dużo gorsze niż to widzimy we współczesnych inscenizacjach bitwy i obrazach filmowych. Premier Wincenty Witos tak wspominał inspekcję armii w przededniu decydującego starcia: “mała tylko część żołnierzy miała na sobie kompletne, choć potargane mundury, co najmniej połowa była bez obuwia (…), na niektórych wisiały tylko resztki spodni i innego ubrania”. Inny świadek, Stanisław Grabski, jadący na rokowania pokojowe do Mińska tak natomiast wspominał widok Armii Czerwonej: “część żołnierzy szła boso. Nie wszyscy też posiadali karabiny. Mieli je dostać dopiero w okopach, pozostałe po poległych i ciężko rannych. Najbardziej mnie jednak zafrapował widok setek wozów zupełnie pustych (…), wyraźnie jechały one po zdobycz wojenną”.

Lord Edgar Wincent D’ Abernon, świadek tamtych wydarzeń, brytyjski dyplomata, wydał w Londynie, w 1931 roku książkę, w której nazwał Bitwę Warszawską „osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata”. Porównał ją do zwycięstwa władcy Franków, Karola Młota, który w 732 roku pokonał Arabów pod Poitiers i zatrzymał pochód Islamu do Europy, podobnie jak zrobił to później król Jan III Sobieski pod Wiedniem. Tak samo Polacy, zwyciężając pod Warszawą, powstrzymali ekspansję komunizmu, a więc całkowicie innego systemu wartości do zachodniej Europy, choć niestety na dłuższą metę siebie przed tym nie uratowali.

Nie mniej to Zwycięstwo.

Często nazywa się Bitwę Warszawską również Cudem nad Wisłą. Określenie to wymyślili narodowcy, aby pomniejszyć rolę Marszałka Piłsudskiego w pokonaniu bolszewików i przypisać je siłom nadprzyrodzonym. Aczkolwiek niektórzy z wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich przysięgali na wszystko, że widzieli na niebie Matkę Boską, jak swoim płaszczem zasłania Warszawę… Zgodnie z piękną, polską tradycją na pamiątkę warszawskiej Victorii, w jej wigilię, kiedy przypada Wniebowzięcie NMP, obchodzimy od 1923 roku Święto Żołnierza. Tak się ono nazywało do 1947 roku, obchodzono je nawet w polskich jednostkach wojskowych formowanych od maja 1943 roku w ZSRR. W świątecznych mszach polowych uczestniczyli ponoć zarówno Bolesław Bierut, jak i Marszałek Michał Rola – Żymierski. Później 15 sierpnia stał się dniem powszednim, ożył dopiero w 1992 roku, jako dzień Wojska Polskiego, no a wojsko to przede wszystkim żołnierze. Ku chwale Ojczyzny!


P.S. Pisząc ten tekst, korzystałem z materiałów Muzeum Historii Polski online „Czy potrzeba było cudu? Bitwa Warszawska 1920 r.”, artykułu „Fakty z bitwy”, zamieszczonego w Tygodniku Powszechnym 03.08.2010, pracy Janusza Szczepańskiego p.t. “Kontrowersje wokół bitwy warszawskiej 1920 r.” w “Mówią wieki” 8/2002) oraz Wikipedii.

Fartuszek

Ewa Maria Slaska

Podczas kwarantanny przyzwyczailiśmy się do tego, że dzień składa się z pracy w domu, sprzątania i porządkowania, zakupów, spaceru i filmu na netflixie. Nawet książki okazały się nie tak ważne, jak bycie w domu, bycie razem w domu i w tym domu porządkowanie, jedzenie, spanie i filmy. Kwarantanna minęła, pozostały właściwie tylko maski w metrze i w sklepie oraz nowo odkryta pasja do bycia w domu. Ale konsekwencje są bardziej długotrwałe. Przede wszystkim straciliśmy zainteresowanie dla świata na zewnątrz, dla zgiełku i wydarzeń, które przedtem musieliśmy zaliczyć, ograniczyliśmy konsumpcję, przestały nas interesować “masthevy” i “mastsije”.

To na pewno dobrze, bo znaleźliśmy może nieco ciszy i wewnętrznego spokoju. Ale jednak są też rzeczy, które nam przepadły, które zignorowaliśmy, obok których przeszliśmy obojętnie, których szkoda.

W berlińskim Gropiusbau w ciszy kwarantanny i pokwarantannowej niechęci do czegokolwiek przepadła wspaniała wystawa.

Była cicha, nie dotyczyła niczego spektakularnego, odtwarzała nasz dom. Był więc salon, sypialnia, jadalnia, graciarnia i miejsce, gdzie reperujemy  to, co umiemy zreperować. Teraz myślę, że wystawa Lee Mingwei była profetyczna, bo przecież została zaplanowana na długo przed wybuchem pandemii, a jej przedmiotem było to, co powinno być dla nas ważne, nasza życiowa przestrzeń, nasz dom, nasze przedmioty, nasi przyjaciele i ich losy, losy naszych bliskich, maleńkie prezenty, które możemy sobie nawzajem ofiarować, gdy zaszyjemy komuś rękaw kurtki lub napiszemy do kogoś, że jednak to była nasza wina, nawet jeśli przez całe życie wmawialiśmy jemu, sobie i światu, że to on był winien. Mingwei przypomniał nam, jak ważne jest, byśmy usiedli we dwoje przy herbacie, byśmy napisali do siebie listy, takie ołówkiem czy piórem na papierze, byśmy przyjrzeli się temu, co nas otacza, byśmy naprawili to, co zniszczone i żebyśmy docenili piękno naszego małego, skromnego życia. Wyszłam z tej wystawy poruszona do głębi jej fantastycznym ludzkim przekazem. W czasie pandemii, która przyszła z Chin, chiński artysta pozwolił mi znaleźć równowagę pomiędzy tym, co ważne, a tym co zbędne.

W salonie co tydzień inny zaproszony artysta prezentował… coś. Polska dziennikarka i kolekcjonerka sztuki, Urszula Usakowska-Wolff, prezentowała swoje (i męża) zbiory polskiej sztuki ludowej (maleńki fragment) – zdjęcie Urszula

Ze wszystkich elementów wystawy największe wrażenie zrobiła na mnie kolekcja pudełek z fragmentami czyichś ubrań, do których dołączony był opis… Otworzyłam na chybił trafił jedno z pudełek, zatytułowane Kindergartenschürze, czyli fartuszek do przedszkola.

Okazało się, że jest to polska historia, a fartuszek należał do Kasi. Na fartuszku jest jej imię, ale gdy otwierałam zamknięte pudełko, wcale tego nie było widać. Tak miało być, wybrałam sobie polską historię.

Fartuszek“, napisała Kasia, “był obowiązkowym elementem stroju dziewczynki w komunistycznym przedszkolu w Polsce. Miał naszywkę z imieniem i kieszeń, w której można było trzymać chusteczkę do nosa, lub schować drugie śniadanie. Mój fartuszek uszyła mi mama. Miałam trzy lata, mieszkałyśmy w Poznaniu, mama była studentką szkoły sztuk pięknych i nie miała pieniędzy. Uszyła więc fartuszek ze swojej ślubnej sukni. Brała ślub, gdy była już w czwartym miesiącu ciąży, a suknię ślubną uszyła sobie z zasłony, która wisiała w mieszkaniu jej mamy, czyli mojej babci. W roku 1980 moja rodzina uciekła do Niemiec Zachodnich Fiatem Uno, a ja zostałam schowana w bagażniku. Mama zabrała wtedy również mój fartuszek, ale nie nosiłam go już więcej, bo w Berlinie w przedszkolu dzieci mogły nosić, co chciały. A mimo to nie mogę się rozstać z moim fartuszkiem.”

Wystawy już dawno nie ma. Ale każdy z nas może ją sobie zrobić na własny użytek we własnym domu, używając elementów własnego życia. Gdybym to ja miała na przykład przygotować eksponat na taką wystawę, włożyłabym do pudełka stary płaszcz mojej mamy, który wciąż jeszcze czasami noszę.


No cóż, zdjęcie ma parę lat. Wtedy protestowaliśmy przed Bramą Brandenburską przeciw Beacie Szydło. Minęło, nawet nie wiem, czy pamiętamy, jaką wstrętną była premierką. Obok mnie moja synowa, a chłopczyk w czapce z białymi uszami misia pandy, to mój wnuk. Nie wiem kto zrobił zdjęcie. Mam na sobie płaszcz mojej Mamy.

Frauenblick: Im Sumpf

Monika Wrzosek-Müller

Die Coronazeit, die Quarantäne hat uns auf die neuen Fernsehmöglichkeiten aufmerksam gemacht, vor allem in Prag, wo wir von öffentlich-rechtlichen Fernsehanstalten nur ARD in unserem Appartement empfangen konnten. So lernten wir Netflix kennen, manchmal auch schätzen, und schauten uns einige Produktionen an, die sonst wahrscheinlich an uns vorbeigegangen wären.

Unter den unendlich langen, in vielen Staffeln und Folgen (ja, man lernte das entsprechende Vokabular dazu kennen) und immer wieder neu gedrehten Filmen stach für mich eine kurze und spannende polnische Serie (mit nur 5 Folgen) heraus. Zugegeben, zuerst haben mich vor allem die Namen auf dem Abspann neugierig gemacht – lauter Söhne bekannter polnischen Film- und Theaterleute: Jan Holoubek, der Sohn vom Gustav Holoubek, und Magda Zawadzka (an die beiden kann sich meine Generation wunderbar erinnern), Kasper Bajon, Sohn von Filip Bajon; als Hauptdarsteller Andrzej Seweryn. Es handelt sich um eine polnische Produktion für Netflix, gedreht 2018, in Deutschland zu sehen erst ab 2020: Rojst, Witaj w polskim bagnie, [Im Sumpf] unter der Regie von Jan Holoubek.

Auch wenn ich sagen würde: der polnische Sumpf war damals vielleicht nicht so sumpfig, ist die Produktion durchaus gelungen. Man fühlt sich richtig in die frühen 80er Jahre versetzt, mit ihrer Tristesse, Hoffnungslosigkeit und Hässlichkeit; fast kam mir der Gedanke, ob es denn wirklich so schrecklich um uns herum war oder ob es um eine gewollte Überhöhung für filmische Zwecke ging, und dann gab ich mir die Antwort selbst; meine fast krankhafte Liebe und Aufmerksamkeit für das Schöne, für die Schönheit stammt wahrscheinlich daher. Im Film spielen brutale menschlichen Beziehungen, wo der Sinn für Wahrheit und moralische Normen und Menschlichkeit längst verschwunden ist (wo war denn die viel beschworene polnische katholische Kirche?) eine große Rolle. Die Natur um die Kleinstadt in Schlesien, wo die Handlung spielt, ist auch morastig und undurchdringlich, zwar nicht sumpfig (wäre noch besser), doch auf jeden Fall geheimnisvoll. Es waren die Jahre der Dunkelheit, des Kriegszustandes, in denen viele Leute aus dem Land emigrierten, fortgingen. Das alles wird fast bis ins Surreale gesteigert, dazu kommt eine Handlung, die sich für einen Krimi vielleicht zu langsam und unspektakulär entwickelt, aber die mit Fetzen der Erzählung aus der Vergangenheit, aus den direkten Nachkriegsjahren durchsetzt ist und dadurch noch geheimnisvoller wirkt. Die Geschichte von den vertriebenen Deutschen, die in einer Nacht und Nebel-Aktion aus den Häusern geholt wurden, in einen Wald, in ein Lager gezwängt und da ihrem Schicksal überlassen, litten, ist vielleicht auch zugespitzt, doch sie macht neugierig. Darüber herrscht natürlich im Film, wie tatsächlich auch in der Nachkriegswirklichkeit, großes Schweigen, nur die Namen, im Film in die Rinde der Bäume eingeritzt, mit den Jahren fast unsichtbar geworden, zeugen von den Ereignissen und das Leuchten über den Feuchtgebieten, im Wald, sendet ihre Botschaften.

Noch mal von vorne: die Handlung spielt in einer kleinen Stadt, irgendwo in Schlesien, Anfang der 80er Jahre. Im Wald nahe dem Städtchen werden ein Sportfunktionär für Jugendliche und eine Prostituierte tot aufgefunden. Die Ermittlungen dauern nicht lange und die Polizei nimmt einen Verdächtigen fest, den Mann der Prostituierten, der, mit dubiosen Methoden verhört, die Tat gesteht, so dass die Miliz den Fall ad acta legen kann. Man nimmt den angeblichen Täter fest und liefert in die geschlossene Psychiatrie ein. Doch zwei Journalisten der lokalen Zeitung, die darüber berichten wollen, stoßen auf Ungereimtheiten und neue Verdachtsmomente; wie es der Zufall will, kommt ein junger Praktikant aus Kraków, dessen Vater ein bekannter politischer Apparatschik ist, bei der Lokalzeitung zum Einsatz. Er wird von einem älteren, profilierten Kollegen betreut. Die beiden ermitteln gegen die Anweisung des Chefredakteurs in dem Fall weiter. Letztlich beschäftigt sich damit nur noch der junge, unerfahrene und naive Journalist auf eigene Faust und stößt auf einen Sumpf von Verflechtungen, Verwicklungen und bedrohlichen Situationen. Es sterben noch zwei Jugendliche und ein Metzger wird aufgehängt, der Fall endet mit einer richtig sumpfigen Lösung, die ich hier nicht verraten will.

Es ist aber nicht die kriminalistische Handlung, die für die Story den Ausschlag gibt. Es ist die Szenerie, die dunklen Bilder, die oft so düster sind, als ob sie durch einen Grauschleier gedreht worden seien; auch die Musik untermalt die dunklen Momente. Sogar die jugendliche Liebe muss diesem fatalistischen und hoffnungslosen Hauptstrang geopfert werden, sie fügt sich in die Reihe der Katastrophen, die auf dem Bildschirm passieren. Einzig der junge Journalist aus Kraków und seine schwangere Frau kommen unversehrt, wenn auch mitgenommen, aus der Geschichte heraus; sie sind der einzige Lichtblick, die einzigen Hoffnungsträger in der Geschichte. In dem ganzen Film scheint niemals Sonne über die Landschaft, es ist finster, düster aber stimmungsvoll und, wie ich am Anfang gesagt habe, wahrscheinlich so, wie es am Anfang der 80er Jahre in Polen wirklich war.

Ich kann die Serie guten Gewissens empfehlen, nicht nur polnischen Zuschauern.

Z wolnej stopy (5)

Zbigniew Milewicz

Lutnia i karabin

Nawiązując do zakończenia mojego ostatniego wpisu, w którym zadąłem w patriotyczny róg i przyznałem do wychowania w duchu tzw. wartości, pragnę powiedzieć, że czasami w życiu z różnych powodów chciałem pocwaniaczyć, ale nigdy mi to nie wyszło. Kiedy w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia uprawiałem zawodowo dziennikarstwo, obowiązywała rzetelność w zdobywaniu informacji i ich opracowaniu, dużo większa niż obecnie. Inne kryteria obowiązywały kolegów po piórze, zajmujących się komunistyczną propagandą , tam kłamało się na zamówienie, ale reszta była zobowiązana do służby prawdzie, czyli do uczciwości zawodowej i myślę, że lepiej, albo gorzej jakoś dawaliśmy sobie z tym radę.

Dzięki mojej skrupulatnej mamie, która przez lata systematycznie wycinała z Dziennika Zachodniego i innych tytułów, to co napisałem, a później wklejała do zeszytów formatu A-4, dziś mogę wrócić do tamtych starych tekstów. Wreszcie też przywiozłem je z Polski do Monachium, żeby przynajmniej niektórym dać drugie życie w tym blogu. Zacznę od fragmentów Lutni i karabinu, jednego ze swoich pierwszych tekstów publicystycznych, opublikowanych w DZ . Przeprowadzam w nim m.in. wywiad ze swoimi dziadkami, przemilczając fakt, że nimi są. No więc, gdzie ta uczciwość dziennikarska, ktoś zapyta… Cóż, wtedy nie chciałem, żeby ktoś posądził mnie o uprawianie rodzinnej autoreklamy, dlatego zataiłem fakt, że pochodzę z Hamplów i Paluchów, a dziś autopromocja w modzie. Czasy się zmieniają, a my razem z nimi… mówi stara łacińska maksyma.

Cześć pieśni – to było nasze hasło – mówi 75-letnia mieszkanka Chorzowa, Jadwiga Paluch, wówczas Hampel, jedna z niewielu już dzisiaj żyjących członkiń chóru „Lutnia“. Towarzystwo Śpiewacze „Lutnia“ – opowiada – powstało 63 lata temu w Chorzowie, ówczesnej Królewskiej Hucie. Zbierali się młodzi wówczas chłopcy i dziewczęta, aby śpiewać polskie pieśni i grać polskie sztuki teatralne, manifestując w ten sposób swą przynależność do Macierzy i ojczystego języka.

“Lutnia“ była jednym z bardzo licznych towarzystw śpiewaczych działających na terenie Górnego Śląska, cieszyła się dużym powodzeniem wśród chorzowian i z roku na rok zyskiwała coraz większą ilość członków. Razem z tym narastały trudności związane z legalnym organizowaniem zebrań, koncertów chóru i przedstawień – Niemcy niechętnym okiem patrzyli na te manifestacje polskości. Kiedyś – wspomina p. Jadwiga – żandarmeria rozpędziła nasze zgromadzenie, mieliśmy proces, bo zebraliśmy się bez zezwolenia. W okresie powstań śląskich większość chorzowskiego Towarzystwa, w tym również mąż pani Jadwigi – Seweryn – zmieniła „lutnię“ na broń i podjęła czynną walkę z Niemcami. W pamiętnym wrześniu 1939 roku kilku członków „Lutni“, w obawie przed prześladowaniami uciekło na Wschód, zabierając jednocześnie drogi symbol – swój sztandar, na który składali przysięgę wierności Polsce i mowie ojczystej…

– Miał on spłonąć w pożarze, ukryty gdzieś w okolicach Stanisławowa – mówi mgr Janusz Modrzyński, dyrektor Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie. – Jako historyk jestem jednak niewierzący – stwierdza żartobliwie – więc postanowiłem pójść tropem zaginionego sztandaru. W 1964 roku, po blisko półrocznym „śledztwie”, dowiedziałem się, że cel moich poszukiwań znajduje się prawdopodobnie w Sulistawicach, wsi województwa wrocławskiego, u 80-letniej wówczas Rozalii Szczurek. Przypuszczenia okazały się słuszne…

Kiedy (w podstanisławowskiej wsi – przyp. Z.M.) zaczął płonąć kościół, mieszkańcy zdołali wynieść z niego część dewocjonaliów, a między nimi ukryty przez uciekinierów śląskich sztandar. Rozalia Sczczurek zaopiekowała się nim, świadoma niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, gdyby ten (…) skrawek materiału dostał się w ręce żandarmerii niemieckiej lub gestapo. Ukrywany raz w łóżku, to znów za belką strychu sztandar ocalał w trakcie kilkakrotnie przeprowadzonych w domu rewizji. (…) W 1945 roku Rozalia Szczurek, jak wielu jej ziomków, wyjechała na Ziemie Odzyskane, zabierając ze sobą sztandar nieznanych sobie Ślązaków (…).

– Kiedy zaprosiłem do siebie Rafała Skubałę, wieloletniego działacza chóru „Lutnia“, uczestnika powstań śląskich, który przed rozpoczęciem moich poszukiwań mocno wątpił w ocalenie sztandaru i pokazałem go – mówi dyrektor Modrzyński – stary powstaniec uklęknął i ze łzami w oczach pocałował wystrzępiony kawałek materiału.

Sztandar znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie, jako jeden z licznych symboli walk ludu śląskiego o powrót do Polski.

Materiał ten opublikowałem 8 maja 1971 roku, dokładnie 17 lat później znalazłem się w Monachium, jako śląski spätaussiedler, czyli późny przesiedleniec, ale do Polski przyjeżdżam często i regularnie. Życie lubi paradoksy.

 

 

Urodziny 5 lipca

Tekst powstał na zamówienie, dla uczczenia dzisiejszego dnia, ale, jak to czasem bywa z tekstami na zamówienie, nie został przyjęty. Nie dowiedziałam się nawet, dlaczego. Mogę się tylko domyślać.

Ewa Maria Slaska

Urodził się gdzieś na trasie między Kamieniem Pomorskim a Szczecinem i ojciec Polak przyniósł go do Szczecina w plecaku. Matka Niemka nie zdołała uciec „przed Ruskimi”, tak się to wtedy mówiło, byli więc tylko oni dwaj. Ojciec był młody, przystojny, chudy jak szczapa, wyglądał jak oni wszyscy, chłopcy od Jędrusiów, on miał niecały rok i o dziwo całkiem dobrze rósł, mimo że ojciec karmił go tym, co mu się akurat nawinęło pod rękę, najczęściej chlebem namoczonym w cienkiej zupce. Od dłuższego czasu nocowali w piwnicy domu dla inżynierów fabrycznych w starej papierni w Skolwinie. Dwie rodziny, siedmioro dzieci w różnym wieku, dwóch ojców, dwie matki, jedna ciotka i on z ojcem. Siłą rzeczy ciotka zajęła się nim i ojcem. Ojciec chciał iść dalej, nawet do Niemca, byle uciec przed Ruskimi. Ale ciotka odradzała. Sowieci póki co nikogo przez granicę nie puszczali po dobroci, a jak ktoś próbował – strzelali. Zabiją cię, a dzieciak umrze z głodu, powiedziała ciotka. Zresztą pewnie zaraz tu będzie Polska, to póki co przeczekamy, a potem i tak przyjdą Niemcy.
Podobno nie ma prawa pamiętać ciotki, ale myśli że pamięta. Wyglądała jak rudy anioł. Ale może tylko mu się śniło.

Kiedyś zapytał ojca, gdzie ten plecak, w którym ojciec go przyniósł do Szczecina, ale ojciec nie pamiętał. Gdzieś przepadł. Ciotka też gdzieś przepadła.

Spali na papierze. APIS Feldmühle, Papier- und Zellstoffwerke. Scholwin bei Stettin. Wiesz, powiedział kiedyś Ojciec, który zawsze wszystko wiedział, swego czasu była to największa w Europie fabryka papieru. Ale, kiedy spali w piwnicy na papierze, miał rok i nie mogło go to interesować.

Oficjalne przekazanie miasta władzom polskim nastąpiło 5 lipca 1945 roku. Nie bardzo było co przekazywać, bo było to morze ruin. Ale na tej granicy pomiędzy Polską a Niemcami decyzja i tak należała do Sowietów… On akurat kończył rok. Ma teraz 76 lat i znowu mieszka w Skolwinie, choć kiedy tu dotarli w 45 roku, dawny Scholwin nazywał się Odermünde, potem Żółwino albo Ujście Odrzańskie, a dopiero od listopada 1946 roku tak jak teraz: Skolwin. Też tego nie pamięta, ale ojciec chętnie o tym opowiadał. To były takie małe Sowiety, mówił ojciec. Enklawa Policka, nic tylko wojsko sowieckie i niemieccy jeńcy.

Teraz sprawdza, teraz wszystko można sprawdzić, że Enklawa formalnie istniała od 5 października 1945 do 25 września 1946 roku. Był to obszar ok. 90 km², czasowo wyłączony spod administracji polskiej, pozostający częścią terytorium Polski. Sowieci wywozili wszystko, co się dało wywieźć z fabryki benzyny w Policach. W Enklawie pracowało ponad 20 tysięcy jeńców i robotników niemieckich. Dopiero gdy już nic nie było do wywiezienia, enklawe zlikwidowano, Niemcy wyjechali, a tu mogli formalnie przybywać osadnicy polscy.
No ale oni z Ojcem już tu byli.

Ojciec całe życie pracował w papierni, najpierw ją odgruzowywał, potem odbudowywał. Produkcja ruszyła w roku 1952, ale on tego też jeszcze nie pamięta. Ojciec był robotnikiem w ścieralni. To była ciężka praca. Potem szedł coraz wyżej i dalej, dalej od ścieralni. Skończył zaocznie studia, został kierownikiem zmiany, zastępcą dyrektora. Jego oczkiem w głowie była kaoliniarnia. Zawsze się złościł, że musimy sprowadzać z Czech, choć sami mamy w Polsce złoża kaolinu, tylko nie umiemy ich płukać. Złościło go też, że różne rodzaje kaolinu składuje się razem, przez co nie można drogich rodzajów glinki używać tylko do produkcji ładnego papieru, a tanich do produkcji byle czego, tylko trzeba do każdej produkcji używać tego, co akurat taśma z magazynu podrzuciła.
Dzięki ojcu miał w szkole pod dostatkiem zeszytów, miał też grube białe bibuły i błyszczący papier od obkładania. Czasem ojciec przynosił kalkomanie. To nie było dla chłopaka, ale wszystkie dziewczynki w klasie bardzo lubiły kalkomanie.
Pojawiła się nowa mama. Tak powiedział ojciec. To jest Jola, twoja nowa mama. Z Jolą było dobrze. W mieszkaniu było sprzątnięte, na oknie kwitły pelargonie, w niedzielę na obiad był rosół i kurczak z mizerią.

Gdy teraz o tym myśli, zastanawia się, skąd ojciec miał te zeszyty i kalkomanie dla niego, bo papiernia w Skolwinie wytwarzała papier gazetowy, papier śniadaniowy, tekturę, papier pakowy, papier toaletowy i wytłaczanki czyli opakowania do jajek. Pewnie miał to od kolegów z innych papierni, on im papier toaletowy, oni mu zeszyty dla dzieciaka.
Gdy on sam po studiach chemicznych w latach 70 przyszedł do fabryki, zaczęli produkcję kalki. Produkowali niebieską i czarną, ołówkową i maszynową. Ojciec umarł, Jola przeszła na emeryturę i zabrała się za porządki stulecia. Uporządkowała nawet starą walizkę, do której ojciec od zawsze wrzucał „papiery”, rachunki, pocztówki z Zakopanego od kolegów z pracy, kwity do szewca. Jola wszystko posortowała, śmieci wyrzuciła, a resztę powkładała do tekturowych teczek po kalce.

Jola była księgową i pracowała w stoczni. Gdy zaczęły się strajki Jola nie wróciła do domu. Nie mieli wtedy jeszcze telefonu, o tym, co się dzieje w Stoczni dowiedzieli się z Wolnej Europy. Pojechali obaj z ojcem, zabierając ze sobą kilka ryz papieru i kalkę. Wiedzieli już z poprzednich rozruchów w 1970 roku, że jeżeli podziemna drukarnia, tak zwana „wolna wałkowa” nie nadąża, jedynym sposobem produkcji ulotek informujących o sytuacji strajkujących jest przepisywanie ich ręcznie przez kalkę. Jola miała ładne pismo, na pewno znowu będzie pisała ulotki. Tak jak dziesięć lat temu.

Akurat gdy Stocznia Szczecińska podpisywała umowy sierpniowe (podpisali je jeszcze przed Gdańskiem, Gdańsk był drugi, ale o Gdańsku wiedział cały świat, a o Szczecinie wszyscy zapomnieli), urodził się jego drugi syn. Ach, no tak, oczywiście, przecież ożenił się, nie mieszkał też już z ojcem i Jolą. Ale życie jest jakie jest. Marysia wyjechała do Kanady na miesiąc, potem zrobiły się z tego trzy miesiące, potem wybuchł stan wojenny, minął rok, kiedyś odesłał do Marysi starszego syna, potem mama Marysi zawiozła tam młodszego. Rozwiedli się, Marysia wyszła po raz drugi za mąż. On się nie ożenił.

W styczniu 1989 roku pojechał do do Berlina. Kolega się tam „zahaczył”, załatwił mu pracę na budowie. Kolega dostał azyl, twierdził że i on dostanie, bo wszyscy dostają. To oczywiście nie była prawda, ale miał szczęście, bo przecież w teczkach tak starannie poukładanych przez Jolę, były dokumenty mamy. I na szczęście przypomniał sobie o tym, zabrał ze sobą mamy „Stammbuch” czyli książeczkę rodzinną, jakieś metryki, świadectwo chrztu po niemiecku. Właściwie stosunkowo szybko z pozycji osoby czekającej na azyl polityczny przeszedł do „lepszej” kategorii – stał się kimś, kto czeka na przyznanie statusu przesiedleńca czyli Niemca. Dużo chodził po mieście, nie umiał sobie znaleźć miejsca. Kiedyś trafił na Stettiner Strasse. Podobało mu się, poczuł się, jakby znalazł kawałek domu, w miejscu, które nigdy nie stanie się domem. To wiedział. Dziwił się, bo kolega, choć na początku nie znał języka, zadomowił się bezboleśnie. A on, choć język znał od zawsze, bo ojciec dbał o to, by nie zapomniał, że jego mamą była Niemka, nie umiał się tu odnaleźć. Gdy przyszła pora, żeby się wyprowadzić ze schroniska do własnego mieszkania, poszukał sobie mieszkania na „Szczecińskiej”. Było już po zmianach politycznych, cały Berlin stał otworem.

Zaprzyjaźnił się z ludźmi, od czasu do czasu miewał jakieś romanse, raczej unikał Polonii, unikał środowisk, gdzie spotykali się tacy jak on, przesiedleńcy. Pracował wciąż na budowie, jako chemik najpierw nie dostał pracy, a potem nawet nie szukał. Zaczął pisać, od razu po niemiecku, nie chciał, żeby mu ktoś tłumaczył jego myśli, to zawsze nie było to. Pisał głównie dla bezpłatnych gazet dzielnicowych. Zarobek nie był specjalnie wielki, ale pozwalał zająć się czymś innym, niż betoniarka, rusztowanie i wylewka betonowa.

W styczniu 1998 roku redakcja wysłała go na odsłonięcie pomnika Hermanna Stöhra na tyłach Dworca Wschodniego. Plac, na którym ustawiono wielki głaz z napisem został nazwany jego imieniem. Był to jeden z pierwszych wreszcie zrehabilitowanych żołnierzy armii hitlerowskiej, którzy odmówili służby wojskowej lub zdezerterowali. Stöhr został skazany na śmierć i zgilotynowany. Takie osoby jak on przez wiele dziesięcioleci były w aktach Wehrmachtu wciąż jeszcze zapisane jako zdrajcy. Przemawiający podczas odsłonięcia pomnika inicjator akcji, Jochen Schmidt, powiedział: W Niemczech jest sto a może dwieście, a może pięćset ulic Ottona von Bismarcka, ale ten plac jest pierwszy, który nazwano ku czci tych, którzy odważyli się sprzeciwić reżimowi Trzeciej Rzeszy.

Stöhr urodził się w Szczecinie, wrócił tam, gdy w latach 30 stracił pracę. W Szczcinie założył wydawnictwo, tu dostał powołanie do wojska, którego nie przyjął, tu został aresztowany i stąd wywieziono go do Berlina na śledztwo, proces i śmierć.

Poruszyła go ta historia. Wielokrotnie jeszcze przychodził na plac i rozmyślał o tym, że ludzie z pokolenia jego ojca czy Hermanna Stöhra dobrze wiedzieli, co jest ważne i nie wahali się, poświęcić za to życia. Podobało mu się to, ale jednocześnie zawstydzało.

Kiedyś przeczytał, że Szczecin chciałby wynająć od Berlina dworzec Szczeciński. Zdziwił się, bo nawet nie wiedział, że istnieje coś takiego jak dworzec Szczeciński, skąd kiedyś odjeżdżały pociągi do Szczecina. Dworca już nie było, nie wiedział więc, co właściwie Szczecin chciał dostać, wynająć, użytkować? Na ulicy między stare tory kolejowe wmurowano nazwy miast, do których kiedyś odjeżdżały stąd pociągi. Jeździł do Szczecina co najmniej raz na miesiąc, czasem nawet częściej, ale odjeżdżał ze stacji Gesundbrunnen. Nie miał daleko, przychodził na dworzec na piechotę. Kiedyś zapytał sam siebie po co tak jeździ w te i we wte?

Wrócił do Szczecina już jako emeryt. Papiernia właśnie przestała istnieć. Wydało mu się to symboliczne. Oczywiście to nieprawda, że przestała istnieć, bo tylko przestała pracować. Mury stały tak jak zawsze. Kupił dom na Skolwinie, wysoko na skarpie, z widokiem na Odrę. Dom wymagał remontu, zamówił ekipę w spółdzielni studenckiej, przyszło trzech chłopaków, hydraulik, kafelkarz i murarz, przyszła też malarka, została na kilka lat, ale i to minęło. Jest sam. Czyta, pisze, myśli. Myśli, że jest dobrze. Ma 76 lat. Jest o rok starszy od miasta, w którym się wprawdzie nie urodził i wcale nie przez całe życie mieszkał, a mimo to najważniejszego.

Wprowadzili obostrzenia z uwagi na pandemię. To dziwne uczucie, bo puste nocą miasto przypomina mu stan wojenny. Ale same zakazy i nakazy niezbyt go przejmują. Jest sam, ale już od wielu lat jest sam, od czasu gdy odeszła młoda malarka i zabrała wiadro, pędzle, drabinę, a zostawiła samotność.

Podobno papiernię mają znowu uruchomić.
Na Odrą leci klucz gęsi w kierunku jeziora Dąbie.
Pisze książkę o Hermannie Stöhrze.
Jest dobrze.

PS. Właśnie zadzwonił telefon. Zadzwoniła mama Marysi, czasem telefonują do siebie, czasem wychodzi z nią gdzieś. Ale jest pandemia, nie można się spotykać ot tak sobie. Dziś twoje urodziny, mówi mama Marysi. Siedzę sobie na balkonie i piję toast kawą na cześć podwójnych urodzin, Twoich i Szczecina.
Sto lat!

 

Polskie Odziały Wartownicze przy Armii Amerykańskiej

Tadeusz Rogala

W Niemczech i w Europie

Przy okazji 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej warto przypomnieć los Polaków po zakończeniu wojny i ich udział w odbudowywaniu zniszczonej Europy.

Po zakończeniu działań wojennych w strefach zachodnich Niemiec przebywało około półtora miliona Polaków. Byli to więźniowie obozów koncentracyjnych, obozów jenieckich oraz osoby przebywające na robotach przymusowych. Były też ludzie, którzy z różnych względów znaleźli się na tym terenie, jak np. Brygada Świętokrzyska, która w liczbie ponad tysiąca osób przeszła przez front do strefy amerykańskiej – w obawie przed represjami ze stony Sowietów – wyzwalając po drodze kobiecy obóz koncentracyjny w Holiszowie (Czechy), uwalniając około 700 więźniarek, w tym 167 Polek oraz ponad 200 Żydówek.

Wielu Polaków z terenów wschodnich Niemiec przedzierało się na Zachód, mając nadzieję na spotkanie się z Polskimi Siłami Zbrojnymi, będącymi pod władzą Rządu Rzeczypospolitej w Londynie i możliwość wstąpienia do tej formacji wojskowej. Ludzie liczyli, że istniejący stan rzeczy na ziemiach polskich ulegnie zmianie i wkrótce te ziemie będą wolne od okupacji radzieckiej. Inni Polacy przesuwali się na Wschód pragnąc jak najszybciej wrócić do domu. Wielu Polaków z kresów wschodnich nie miało jednak dokąd wracać.

Mocarstwa zachodnie uważały, że z chwilą przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów, także reszta Polsków wróci do kraju. Większość Polsków jednak takiej nadziei nie miała, wielu liczyło się niebezpieczeństwem nowych prześladowań ze strony władzy narzuconej przez Związek Radziecki.

Już w roku 1944 zawarta została między Główną Kwaterą Dowództwa Frontu Europejskiego SHAEF i polskimi władzami wojskowymi ogólnikowa umowa na temat użycia wyzwalanych jeńców Polaków i wyzwolonych robotników przymusowych w oddziałach Labor Service (służba pracy). Już wtedy brano pod uwagę, że w wyzwalanych stopniowo Niemczech mogą powstać zadania techniczne i wartownicze dla większej ilości ludzi godnych zaufania, a nie przygotowanych do objęcia służby wojskowej.

Wladze okupacyjne w Niemczech kierowały się tym, aby wszystkich uchodzców skierować do krajów pochodzenie, czyli ich repatriację. Nie przewidywano, aby taka ilość osób wysiedlonych (displaced persons, w skrócie DP, w powszechnym użyciu dipisi) miała możliwość pozostania. Dipisów umieszczono bądź to w dawnych obozach lub byłych niemieckich koszarach wojskowych. I tak np. w Ludwigsburgu w koszarach niemieckich i budynkach obozowych przebywało, w pewnych okresach do 14 tysięcy Polaków. Obóz ten istniał do początku lat pięćdziesiątych. Obozy były prowadzone przez UNRA, potem przez IRO. Wiele osób wróciło do kraju, czy poprzez repatriacje, czy też na własną rękę, jednakże duża część Polaków pozostała ze względu na sytuację politycznąj.

W pierwszych trzech latach po zakończeniu wojny praktycznie nie było możliwości pracy dla osób wysiedlonych. W tych niezwykle trudnych wyrunkach życia uchodzców i ich bezczynności należało czymś zająć dziesiątki tysięcy mężczyzn, zdolnych do pracy. Taką możliwość pracy dały im Oddziały Wartownicze. A wartownicy byli potrzebni, wojska okupacyjne wyjeżdzały z terenu Niemiec, natomiast pozostało dużo obiektów do strzeżenia, jak składy, lotniska, obozy internowanych. Koncepcja wojsk wartowniczych odpowiadała tradycjom Armii Amerykańskiej, która nie miała przymusowej służby wojskowej i chętnie posługiwała się personelem pomocniczym innej narodowości.

Podpisana wcześniej umowa przewidywała wypłatę wynagrodzeń dla Labor Service według skali dla Polskich Sił Zbrojnych w Anglii. Na podstawie tej umowy dowódcy armii amerykańskiej, 7 Armii w Heidelbergu i 3 Armii w Monachium,wydali rozkazy upoważniające do tworzenia oddziałów wartowniczych. Pierwsze kompanie wartownicze powstały już w maju 1945 roku. W praktyce odbywało się to w ten sposób, że dowódcy jednostek amerykańskich, którzy nie mogli wykonać zadań ze względu braki w ludziach, zwracali się do najbliższego ośrodka byłych jeńców polskich, wyszukiwali w nim oficera i zlecali mu formowanie kompanii wartowniczej, nie dając żadnych regulaminów i wskazówek co do zasad organizacji. Oficerowie dobierali sobie młodszych oficerów i podoficerów, i opierając się na znanych sobie regulaminach i wzorach organizacyjnych polskich, formowali od dołu formację typu wojskowego polskiego, a podlegającą dowództwu amerykańskiemu, które jednak nie wtrącało się do szczegółów i pozostawiało dużą swobodę dowódcom polskim.

Ponieważ sprawa uzupełnień i organizacowania nowych jedynostek nastręczała dużo trudności, z projektem powołania Głównej Sekcji Łącznikowej polskiej, wystąpił mjr Leopold Koziebrodzki, oficer łącznikowy przy dowództwie 7 Armii. Rozkazem z 3 listopada 1945 roku powołano do życia Polską Sekcję Łącznikową pod nazwą 8th Labor Supervision Area, na czele której stanął płk. Franciszek Sobolta. Podstawy regulaminowe dla Oddziałów Wartowniczych zostały ustalone dopiero w maju 1946 roku, zaś ostatecznie ujednolicone dla wszystkich jedynostek dopiero w maju 1947 roku.

Część jednostek pełniła służbę przy lotnictwie amerykańskich, jednostki te przemianowano na szwadrony wartownicze (Labor Service Squadron). W ramach Labor Service obok kompanii wartowniczych istniały kompanie pracy, wykonujące różne zadania techniczne oraz kompanie transportowe (Truck Co), szczególnie popularne, ponieważ dawały sposobność zdobywania umiejętności kierowania samochodami, a także ich konserwacji i naprawy. Istniały także kobiece Oddziały Wartownicze. W Käfertal utworzono pluton kobiet pod dowódctwem por. Ireny Markiewicz, zapoczątkowany przez 22 byłe członkinie AK, przybyłe z obozu w Burg. Liczebność tego plutonu dochodziła do 140 osób.

Pod koniec roku 1945 władze amerykańskie podały zapotrzebowanie na 25 tysięcy nowych wartowników. Oddziały wartownicze pilnowały obozów jenieckich, gdzie tylko w strefie amerykańskiej przeszło przez nie ponad dwa miliony jeńców niemieckich. Drugą kategorią były obozy dla przestępców wojennych. Poza tym istniały więzienia dla skazanych przestępców wojennych oraz więźniów śledczych, czekających na rozprawę przed sądem norymberskim. W procesie głównych przestępców wojennych służbę pełniła amerykańska policja wojskowa, która później została zastąpiona przez kompanie wartownicze bałtyckie i polskie. Niekiedy można było na kronikach filmowych zobaczyć naszywkę Poland na mundurach eskorty przestępców wojennych.

Innym ważnym zadaniem wartowników było strzeżenie obiektów wojskowych i mienia armii amerykańskiej. Nie było to zadanie wdzięczne. Z chwilą zakończenia wojny prawie wszystkie magazyny armii niemieckiej, wszystkie wojskowe i cywilne ładunki towarów kolejowych zostały przez miejscową ludność rozgrabione. Prawie cały przemysł niemiecki stanął, a dla ludności głównym źródłem zdobycia niezbędnych artykułów była grabież. Na wyprawy do amerykańskich magazynów szły całe zorganizowane bandy, nieraz bardzo dobrze uzbrojone. Obok rabunku występowały kradzieże dokonywane przez liczny personel lokalny, zatrudniony przy transportach, magazynowaniu, w warsztatach wojskowych itd. Musiały być też strzeżone obiekty wojskowe, mieszkania wojskowych i cywilnych przedstawicieli mocarstw okupacyjnych, parkingi, biura itp. Zamiarem władz okupacyjnych było ograniczenie armii okupacyjnej do możliwego minimum, a wszystkie zadania wartownicze miały przejąć nowo tworzone formacje wartownicze.

Zarówno polscy jeńcy wojenni, jak i byli robotnicy przymusowi, którzy nie decydowali się na powrót do kraju, chętnie zgłaszali się do Oddziałów Wartowniczych. Do roku 1950 nie było problemów z rekrutacją szeregowców i podoficerów. Dużą rolę odgrywało przywiązanie do munduru, ale motywowały też na ogół lepsze warunki bytu w kompaniach w porównaniu do życia obozowego.

W roku 1946 roku powołanow w Käfertal, w byłym obozie jenieckim, obóz jednolitego szkolenia dla Oddziałów Wartowniczych pod nazwą „Polskie Zgrupowanie Wojskowe” – Polish PWX-Camp Nr 1, który następnie przekształcono na „RAMP (recovered allied military personnel) Replacement Guard Center”. Do roku 1955 w obozie Käfertal uformowano ogółem 133 kompanie, wyszkolono 842 oficerów Oddziałów Wartowniczych, 3787 podoficerów i 26087 szeregowych. Ogółem przez szkolenie w obozie Käfertal przeszło 39 294 wartowników. Dowódcą obozu był ppłk. Juliusz Filipkowski. W okresach szczytowych ogólna liczebność kompanii wartowniczych dochodziła do 40 000 wartowników.

Cały czas po roku 1945 następowała emigracja Polaków do Anglii, Ameryki, Australii nie tylko z obozów przejściowych, ale także z Oddziałów Wartowniczych. Tylko od września 1948 roku do września 1950 roku z Odziałów Wartowniczych wyemigrowało ponad 10 000 Polaków. Ponieważ żołnierzom z Oddziałów Wartowniczych można było wypowiedzieć służbę natychmiastowo, a także wystąpić z nich bez wypowiedzienia, występowała cały czas rotacja. Przyjmuje się, że poprzez Oddziały Wartownicze przeszło około 200 tysięcy Polaków.

Szczególnie po reformie waluty w roku 1949 mieszkańcy obozów cywilnych patrzyli z zazdrością na wartowników, uważając, że mają dobre zarobki. Przed reformą waluty pracowano nie tylko w Oddziałach Wartowniczych, ale w ogóle w Niemczech nie dla uposażenia, ale dla otrzymania lepszych przydziałów żywności. Bolączką Oddziałów Wartowniczych było zagadnienie ubezpieczeń społecznych, początkowo sprawa ta nie była uregulowana. W końcu sprawę ubezpieczeń załatwiona została drogą objęcia wartowników jak i innych pracujących „osób wysiedlonych”, także tych przebywających w obozach dla wysiedlonych, przez niemieckie ubezpieczenia społeczne.

W latach 1945-1947 około 50% wartowników było zakwaterowanych w koszarach murowanych, 30% w budynkach cywilnych, a 20 – w barakach drewnianych. Zdarzało się, że zakwaterowani byli w namiotach.

Jak pisał w „Ostatnich Wiadomościach” z 1 stycznia 1949 roku płk. F. Sobolta:

Służba w Oddziałach Wartowniczych nie jest celem – jest środkiem do osiągnięcia celu. Oddziały Wartownicze składają się z ludzi, którzy powzięli indywidualną, nieskrępowaną żadnym naciskiem z zewnątrz decyzję pozostania poza krajem. W wyniku tej decyzji wstąpili oni dobrowolnie do organizacji, która umożliwiła im przetrwanie i przygotowanie się do właściwej emigracji w warunkach znacznie lepszych, niż te jakie miała pozostała część społeczności polskiej w Niemczech (…).
Podstawą tego zbiorowego wysiłku jest dobra służba wartownika stojącego na posterunku, wzorowa praca robotnika w kompanii pracy, sumienna jazda kierowcy w kompanii samochodowej. Tylko i wyłącznie tej uczciwej codziennej bezimiennej pracy Oddziały Wartownicze zawdzięczają dobre imię u swych pracodawców, wśród społeczności polskiej i u Niemców, w których kraju żyją.

Na egzystencję Oddziałów Watrowniczych wpływały dwa warunki. Z jednej strony rząd amerykański dążył do ograniczenia stanów liczbowym Armii Amerykańskiej, co przemawiało za tworzeniem i zwiększaniem Oddziałów Wartowniczych, a z drugiej – dążenie Rosji Sowieckiej do zlikwidowania za wszelką cenę polskich formacji w wolnym świecie, jeśli miały nawet w najmniejszym stopniu charakter wojskowy. W marcu 1946 roku warszawska misja wojskowa w Berlinie złożyła w Najwyższej Radzie Kontroli notę protestującą przeciw tworzeniu „oddziałów wojskowych”, które miały być podstawą dla „działalności emigracyjnych elementów faszystowskich”. W rezultacie Sowiety domagały się w tej nocie rozwiązania Oddziałów Wartowniczych.

Efektem tego był wydany w kwietniu 1946 roku zakaz noszenia jakichkolwiek odznak, uwidaczniających stopień oficerski lub podoficerski, a także zakaz salutowania. W praktyce zarządzenie okazało się niepraktyczne, dlatego już w czerwcu wprowadzono osobne oznaki oficerskie i podoficerskie. Istnienie umundurowanych i uzbrojonych formacji polskich nie podovało się też niektórym instytucjom niemieckim. Pod wpływem akcji sowieckiej, w pewnej mierze popartej przez instytucje niemieckie, doszło do przemundurowania Oddziałów Wartowniczych, a ściślej – przefarbowania zielonych mundurów amerykańskich na kolor granatowy.

Sprawowanie służby wartowniczej przez Polaków w Niemczech na terenie strefy amerykańskiej, a później także angielskiej miał różnorodny wpływ na stosunki polsko-niemieckie. Wartownicy byli częścią sił okupacyjnych. Polacy z różnej kategorii niewolników stali się współokupantami, a niejako częścią aparatu, sprawującego w Niemczech władzę. Polacy mieli to samo poczucie wartości i swojej władzy co armie okupacyjne, jednak nie było jej nadużywania. Pełnienie służby wartowniczej na terenie Niemiec podniosło w tutejszym społeczeństwie wartość Polaków. Jednakże były akcje i intrygi przeciw wartownikom, wychodzące od miejscowego społeczeństwa. Po okresie, gdy  ludność miejscowa biernie poddawała się okupacji aliantów, przyszedł okres reakcji, co skierowane zostało również przeciw polskim wartownikom. Najbardziej uwydatniło się to w roku 1947. Potem akcje przeciw wartownikom polskim ucichły. W Niemczech powojennych było dużo biedy, zwłaszcza w pierwszych latach. Nieraz można było widzieć czy to zbiegów ze Wschodu, czy inwalidów wojennych wyciągającego rękę do polskiego wartownika, a także znane były opinię, że od Polaka otrzymał prędzej jałmużnę niż od tubylca. Tam, gdzie wartownik w służbie czy poza nią spotykał się z ludnością miejscową, następowała poprawa stosunków.

Kompanie Wartownicze były dla Polaków nie tylko możliwością przetrwania trudnego okresu powojnennego, ale stanowiły swojego rodzaju szkołę życia. Trzeba przypomnieć, że na obczyżnie w Niemczech znalazło się wiele tysięcy polskiej młodzieży. Na roboty przymusowe wywożono osoby od czternastego roku życia. Przebywały na robotach przymusowych także całe rodziny.

Jeżeli kompanie wartownicze (…) nie są organizacjami, której byt zależy od takich czy innych ram formalnych – to tylko i jedynie dzięki temu, że stanowią one przede wszystkim szkołę wychowania. Kompanie wartownicze od początku swego istnienia mają równocześnie ambicję kształtowania poglądów wartownika oraz jego stosunku do ciążących na nim zadań i obowiązków człowieka i Polaka.

– pisały „Ostatnie Wiadomości” nr 2 z 6 stycznia 1948 roku.

W numerze 255 z 11 września 1946 roku czytamy

Dowódca każdej kompanii w obecnych warunkach życia na obczyźnie (…) posiada zwiększone obowiązki. Wynikają one z faktu, że podporządkowani mu ludzie są oderwani od ziemi ojczystej, że pozbawieni są nie tylko domu rodzinnego, ale i opieki oraz kierownictwa ze strony rodziców (…). Dowódca kompanii ludziom tym musi zastąpić ojca. W ten zaś sposób ponosi faktyczną odpowiedzialność za należyty rozwój duchowy i umysłowy powierzonej mu kompanii.

A z okazji obchodów Święta Żołnierza w 1946 roku „Ostatnie Wiadomości” piszą znowu:

Jesteśmy niejako przedstawicielami Polski na obczyźnie, a to zobowiązuje. Pracą i wzorowym postępowaniem winniśmy udowodnić, że w pełni zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas ciąży. W tym leży sens emigracji, aby tu, na obczyźnie, jedynością woli i czynów, zdyscyplinowaniem i wysiłkiem utorować sobie i krajowi drogę do nowej, lepszej przyszłości.

Polacy skupieni w Oddziałach Wartowniczych starali się uzupełniać swoje wykształcenie, przerwane przez wojnnę, i rozwijać się intelektualnie. W Käfertal ukazywała się prasa, organizowano różne kursy dokształcające, nawet zorganizowano teatr. Dzięki życzyliwości dowódctwa amerykańskiego poza zwykłym szkoleniem wartowników, organizowano na dużą skalę kształcenie zawodowe, przekraczające wymagania i potrzeby kompanii. Przygotowywano kadry oficerów oświatowych, instruktorów, i pracowników świetlic.

Ważną rolę w pracy ogólno-oświatowej odegrała prasa. Na początku ukazywało się wiele pism. Po likwidacji obozu szkoleniowego w Käfertal jedynym pismem wartowniczym stały się „Ostatnie Wiadomości”. Poza tym istniał jeszcze specjalny dodatek dla wartowników w katolickim tygodniku „Słowo Polskie”, wydawanym w Monachium.

Ważnym elemenen wychowawczym było wpajanie wartownikom idei spółdzielczości. Na bazie tego powstał Fundusz Kulturalno-Oświatowy Kompanii Wartowniczych przemianowany później na Fundusz Społeczny O.W. Przy jego pomocy realizowano zakrojoną na szeroką skalę pomoc charytatywną. Watrownicy poddali się dobrowolnie opodatkowaniu na Fundusz w wysokości 2% swoich poborów. Czy to z incjatywy dowódcy, kapelana czy z incjatywy wartownika szli z pomocą innym. Zbierano gotówkę, papierosy czy czekolady i oddawano to na potrzeby dla dzieci lub chorych w szpitalach, często też na potrzeby więźniów. Szczególną formą pomocy od samego początku istnienia Oddziałów Wartowniczych były szkoły, w których uczyli się sami wartownicy, ale także w których uczyli się Polacy w wieku od lat 6 do 40. Najwięcej kosztowała wartowników Wyższa Szkoła Techniczna w Esslingen, kształcąca polskich inżynierów. Szkoła ta powstała jeszcze w roku 1945 z incjatywy grupy polskich inżynierów. Istniała tam Staatliche Ingenieurschule Esslingen, której gmach, bogato zaopatrzony we wszystkie laboratoria, oddany został na potrzeby polskiej uczelni technicznej. Uczelnia przetrwała do roku 1947. Ponadto finansowano m.in. gimnazium w Regensburgu, Bratnią Pomoc w Stuttgarcie, Marburgu, Frankfurcie czy Szkołę Techniczną w Schrambergu.

W książce „Biała Księga Polskich Oddziałów Wartowniczych” Stanisław Łysiak pisze:

Powołano Fundusz Społeczny Oddziałów Wartowniczych, dzięki któremu wyszkolono spore zastępy doktorów, dentystów, inżynierów i wielu innych specjalistów i złagodzono nędzę wielu byłym wartownikom, w trudnej sytuacji socjalnej w rodzinie, na skutek braku opieki socjalnej. Polscy inżynierowie pracują przy budowie cmentarzy dla poległych żołnierzy Armii Amerykańskiej, pozostałych w Europie. Ci sami inżynierowie pracują przy zakładaniu instalacji wojskowych. Lekarze polscy zajmują godne stanowiska w szpitalach amerykańskich. Wartownicy pracują w warsztatach samochodowych i innych, a wielu pracuje przy obsłudze specjalnych maszyn elektornicznych.

W „Polsce Walczącej” nr 27 z 1947 roku Tadeusz Nowakowski tak pisze o akcji oświatowej wartowników:

Żołnierze polscy z amerykańskich kompanii wartowniczych fundują stypendia, zrzekają się papierosów (papierosy w tym czasie były najlepszym środkiem płatniczym – przyp. autora), składają wysokie ofiary pieniężne. Chłopcy z zapadłych poleskich i wołyńskich wiosek, sami bez szkoły, ciężko pracujący – daniną swoją umożliwiają młodzieży studia. Spracowana ręka chłopska i robotnicza dobrowolnie wyciągnięta – czyż trzeba lepszego symbolu i dowodu, jak dalecy jesteśmy na obczyźnie od nienawiści czy niechęci warstwowej. Jakże wysoki jest ten dług serdeczny młodej inteligencji polskiej w Niemczech i jak wyraźnie domaga się spłaty w przyszłości.

Z końcem 1946 roku władze amerykańskie przystąpiły do ekshumacji zwłok żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, pochowanych na cmentarzach tymczasowych i umieszczenia ich na stałych cmentarzach wojennych. Dal tego celu sprowadzono z Niemiec do Francji na dwa lata jedynostki transportowe Labor Service. Po nich wysłano następne kompanie do innych zadań. I to jeszcze przez wiele lat. I z tego zadania polscy wartownicy wywiązali się wzorowo. Niektórzy pozostali na stałe we Francji, zakładając tam rodziny.

Polscy żolnierze w Labor Service służyli przy Armii Amerykańskiej do końca lat osiemdziesiątych, przechodząc międzyczasie różne zmiany organizacyjne i umundurowania. Powyższy opis jest tylko zasygnalizowaniem historii Polskich Oddziałów Wartowniczych i ich wiekiego wkład w pomoc dla polskich emigrantów w Zachodniej Europie, szczególnie w Niemczcech, a także wielki wkład w stabilizację życia społeczności niemieckiej i europejskich po zakończeniu wojny i budowanie podwalin pod dzisiejszą Europę.


Na podstawie książki „Dziesięciolecie Polskich Oddziałów Wartowniczych przy Armii Amerykańskiej w Europie”, praca zbiorowa i z bezpośrednich rozmów z byłymi wartownikami z Oddziałów Wartowniczych.