Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Z wolnej stopy 27

Zbigniew Milewicz

Generał Patton

Był kontrowersyjną postacią. Żołnierze kochali go jak ojca, przełożeni głęboko cenili, albo nienawidzili. Wśród przeciwników na polu bitwy budził postrach, bo operacje, którymi dowodził, prawie zawsze kończyły się sukcesem.

Urodził się na ranczu Lake Vineyard, niedaleko miasta San Gabriel w Kalifornii, w rodzinie o silnych tradycjach wojskowych. Jego przodkowie walczyli m.in. w rewolucji amerykańskiej, z Anglikami o niepodległość kraju i w wojnie secesyjnej, po stronie konfederatów. W dzieciństwie marzył, by zostać bohaterem wojennym i generałem, czytał książki i opracowania z dziedziny historii oraz wojskowości, ale cierpiał na dyslekcję i najpierw z nią przyszło mu się zmierzyć. Zamiast czterech lat, minęło pięć zanim ukończył akademię wojskową w West Point, później ożenił się z wielką miłością swojego życia – Beą Aeyer, której wielu mu zazdrościło. Była córką bogatego przemysłowca z branży włókienniczej, urodziwa i utalentowana, ale to już nie należy do tej historii.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku George Patton reprezentował USA w pięcioboju nowoczesnym, zajął w nim piąte miejsce, choć klasyfikacja ta budziła spory, bo w tarczy, do której strzelał nie znaleziono śladu po jednej z kul, więc nie trafił, albo przeszła innym, wcześniej zrobionym otworem. Później jego nazwisko pojawiło się na łamach gazet w związku z kawaleryjską szablą, wzór 1913, którą zaprojektował dla armii amerykańskiej, a kiedy USA postanowiło zdławić rewolucję meksykańską, mającą na celu obalenie reżimów Porfiria Diaza i Victoriana Huerty, zajął miejsce w szeregu, jako adiutant generała Johna Pershinga. Celem wyprawy było pojmanie przywódcy chłopskiej partyzantki, Francisco „Pancho“ Villi. Patton wsławił się zabiciem dowódcy gwardii przybocznej komendanta. Po przystąpieniu USA do I wojny światowej, w jej końcowej fazie, pojechał na front francuski, nadal jako adiutant gen. Pershinga, już w stopniu kapitana. Dostał rozkaz utworzenia pierwszego, amerykańskiego korpusu czołgów i okazało się, że ma duże zdolności organizacyjne, co doceniono kolejnymi awansami. W połowie września 1918 r., w szturmie na St. Mihiel, który był równocześnie chrztem bojowym Amerykanów w tej wojnie, poszedł jako dowódca korpusu na pierwszą linię frontu, gdzie otrzymał z niemieckiego karabinu maszynowego ciężki postrzał w udo, co sprawiło, że zawieszenie broni powitał w szpitalu.

Za zasługi wojenne odznaczono go dwoma ważnymi medalami i po powrocie do kraju znowu pisały o nim gazety. Zaprzyjaźnił się z Dwightem Eisenhowerem, co miało później ogromny wpływ na kariery ich obu, a zawodowo zajął badaniami nad udoskonaleniem możliwości broni pancernej oraz nad taktyką jej używania. Temat był nowatorski, a więc i wyzwanie niemałe, wymagające zmiany starej doktryny wojennej , bazującej na kawalerii i piechocie, a także funduszy, których Kongres nie chciał dać. Kiedy zaczął pisać na ten temat krytyczne artykuły w Infantry Journal i okazało się, że ma również zacięcie dziennikarskie, zagrożono mu sądem wojskowym. Zniechęcony niepowodzeniami wrócił do kawalerii i skupił się na dalszej edukacji; ukończył wyższą szkołę swojej formacji, później z wyróżnieniem kursy dowodzenia oraz sztabowe i tak wyszkolonego oficera wysłano na Hawaje, gdzie poznał gen. Omara N. Bradleya. Tam ponownie zajął się koncepcją rozwoju broni pancernej, Waszyngton po staremu jej nie akceptował i to go coraz bardziej frustrowało. W trakcie swojej służby napisał do Departamentu Stanu o zagrożeniu, jakie może stanowić Japonia, ostrzegając, że Pearl Harbor jest narażone na nagły atak bez wypowiedzenia wojny, który może być przeprowadzony przez samoloty startujące z lotniskowców. Niestety ostrzeżenie to również zignorowano, co później zemściło się na Ameryce.

W 1934 roku, po dziewięciu latach służby na Hawajach, z inicjatywy nowego szefa sztabu amerykańskiej armii, George’a Marshalla, Pattona awansowano na podpułkownika i ponownie znalazł się w kawalerii. Latem 1938 roku awansował do stopnia pułkownika i został przeniesiony najpierw do Fortu Clark w Teksasie, a później do Fortu Myer, gdzie powierzono mu dowództwo pułku. Karta się odwróciła. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, Patton przekonał Kongres o potrzebie stworzenia nowoczesnych oddziałów pancernych. Otrzymał promocję na generała i został dowódcą brygady zmechanizowanej, która wkrótce powiększyła się do rozmiarów dywizji; na jej czele uczestniczył wraz z Brytyjczykami w operacji „Torch“, mającej na celu wykurzenie Niemców, Włochów i ich francuskich kolaborantów z Afryki Północnej (był jednym z głównych planistów tego przedsięwzięcia ). W Afryce powierzono mu dowództwo II Korpusu, rozpuszczonego jak dziadowski bicz; był dobrym przełożonym – surowym, wymagającym, ale sprawiedliwym i tak wytrenował tych żołnierzy, że po krótkim czasie zmienili się nie do poznania.

Po zakończeniu zmagań w Afryce Północnej przyszedł czas na rozpoczęcie kampanii w Europie. Pierwszym celem ataku aliantów była Sycylia, a następnie Półwysep Apeniński. 10 lipca 1943 roku rozpoczęła się operacja “Husky” – lądowanie wojsk amerykańskich i brytyjskich na plażach koło Palermo. Pattonowi powierzono dowodzenie 7 Armią Amerykańską. Z jednostką tą poprowadził natarcie w kierunku Messyny, gdzie miał zamiar znaleźć się wcześniej, niż konkurujący z nim dowódca 8 Armii Brytyjskiej, gen. Bernard Law Montgomery. Patton wygrał swoisty wyścig, docierając do Cieśniny Messyńskiej przed zarozumiałym Brytyjczykiem. To było w jego zwyczaju – pokazać konkurentowi, że jest się lepszym. Podobnie traktował wroga, nieodmiennie z zaskoczenia, zawsze w innym czasie, albo miejscu, niż tamten się tego spodziewał. Dlatego Niemcy najbardziej z przeciwników cenili i obawiali się właśnie jego. Wojaczka była dla Pattona nie tylko obowiązkiem i rzemiosłem, które starał się wykonywać najlepiej, jak umiał, ale była też jego pasją i życiowym celem, pewnie więc dlatego miał w niej tak dobre osiągnięcia. Jak każdy człowiekowi miał również wady, bywał między innymi apodyktyczny i porywczy, zarówno w czynach, jak i słowach, w których nie przebierał. W swoich emocjonalnych i obrazowych przemówieniach do żołnierzy obiecywał im np. regularnie, że w boju będą po szyję unurzani we krwi i flakach, swoich i wroga i tylko od nich będzie zależało, czego wypłynie więcej. Stąd miał wśród podkomendnych pseudonim old blood and guts.

Kiedy więc pewnego dnia w Acate na Sycylii grupa amerykańskich żołnierzy zabiła około 70 niemieckich i włoskich jeńców, jeden ze sprawców powiedział, że zrobił to pod wpływem prania mózgu ze strony dowódcy. Krótko później na lotnisku w Comiso doszło do podobnego zdarzenia i wtedy generał wydał zakaz zabijania jeńców. Z politycznego punktu widzenia gorszy był incydent ze spoliczkowaniem, który zdarzył się później. Generał wizytował jeden z sycylijskich szpitali, w którym leżeli ranni amerykańscy żołnierze; kiedy zauważył pacjenta bez jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń i zapytał go, co tutaj robi, tamten odparł, że cierpi na nerwicę okopową. Wtedy Patton się wściekł, wyzwał żołnierza od symulantów i wymierzył mu soczysty policzek. Parę dni później podobna sytuacja powtórzyła się w innym szpitalu, oburzeni lekarze poinformowali o tym prasę i zaczęła się publiczna nagonka na generała. Pod jej wpływem naczelnemu dowódcy alianckich ekspedycyjnych sił zbrojnych, którym był Eisenhower, prywatnie zaprzyjaźniony z Pattonem, nie pozostawało nic innego, jak odebrać mu dowództwo 7 Armii. Był jednak zbyt cennym dowódcą, aby odstawić go na boczny tor, zwłaszcza w przededniu planowanej inwazji na Normandię.

Bezpośrednio przed samą inwazją Pattona mianowano dowódcą fikcyjnej Pierwszej Grupy Armii stacjonującej w południowej części Wysp Brytyjskich. Była to część operacji “Fortitude”, mającej zmylić Niemców, co do rzekomego celu alianckiego ataku na Francję – regionu Pas de Calais. W tamtym czasie o generale ponownie rozpisały się gazety. Miał nieoficjalne wystąpienie w Knutsford, niewielkim mieście w hrabstwie Cheshire, w którym zapytano go, jak wyobraża sobie mapę polityczną świata po zakończeniu wojny. Odparł, że zapewne będzie on rządzony przez Amerykę, Anglię i Rosję. Z niezrozumiałych powodów relacje prasowe z tego wystąpienia pominęły Rosję, Stalin się ciężko obraził i wybuchła afera na skalę międzynarodową. Gdy alianci zaczęli lądowanie w Normandii, Pattona mianowano dowódcą 3 Armii Amerykańskiej, z którą ruszył w szybkim marszu, wyzwalając znaczną część północnej Francji. Z powodzeniem użył zmodyfikowanej przez siebie taktyki blitzkriegu, pokonując ponad 900 km w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jednak tuż przed wejściem do Paryża został zatrzymany przez Eisenhowera, aby pozwolić na zajęcie miasta przez francuską 2 Dywizję Pancerną pod dowództwem generała Philippe’a Marie Leclerca. We wrześniu 1944 roku jego 3 Armia dotarła do Metzu w Lotaryngii i tu uwikłała się w ciężkie walki pozycyjne z Niemcami, straty po obydwu stronach były duże.

Pod koniec 1944 roku niemiecka armia przeprowadziła ostatnią wielką ofensywę na froncie zachodnim – operację Wacht am Rhein (Straż nad Renem), w której wzięło udział 29 niemieckich dywizji (łącznie ok. 250 tys. żołnierzy); jej celem było rozdzielenie wojsk aliantów oraz dotarcie do portów Holandii, aby odciąć zaopatrzenie dla przeciwnika w żywność, amunicję i paliwo. Patton jako jedyny z wyższych dowódców alianckich przewidział możliwość takiej ofensywy i dzięki temu jego armia była na to dobrze przygotowana. Niemcy wcześniej dwukrotnie przeprowadzali podobne operacje w tym rejonie: w czasie wojny prusko-francuskiej i I wojny światowej, zawsze udane. Tym razem ponieśli fiasko. W przeciągu zaledwie dwóch dni Patton zmienił oś ataku dwóch korpusów 3 Armii o 90 stopni i uderzył w lewe skrzydło armii niemieckiej, docierając do okrążonych w Bastogne oddziałów 101 Dywizji Powietrznodesantowej.

Pod koniec lutego 1945 roku wojska niemieckie przeszły do obrony i Patton przełamując „Linię Zygfryda”, wkroczył do Zagłębia Saary. W szybkim marszu opanował południowe Niemcy i oswobodził dużą część Czechosłowacji. Planował wyzwolenie Pragi i dotarł prawie na jej przedmieścia, jednak otrzymał od Eisenhowera kategoryczny zakaz dalszego pościgu za wojskami niemieckimi i polecenie cofnięcia się na wysokość Pilzna, gdyż do Pragi wchodziła już Armia Czerwona.

Tak w dużym skrócie wyglądała kariera wojskowa człowieka, który kilka miesięcy później, 21 grudnia 1945 roku zmarł w dziwnych okolicznościach. Minęło 75 lat od tamtego czasu, więc jest okazja, żeby wrócić do sprawy. Po kapitulacji Niemiec Patton miał nadzieję, że otrzyma znowu skierowanie na Hawaje, pozostawiono go jednak w Europie, gdzie został gubernatorem wojskowym Bawarii. Jego zadaniem było odbudowanie tego regionu, jednak szybko popadł w konflikt politycznym z przełożonymi. Zdaniem Pattona oficjalna polityka denazyfikacji była błędem, uważał, że nie powinno się automatycznie wykluczać z życia publicznego wszystkich osób, które należały do partii nazistowskiej. Skoro gość był jakimś zwykłym pionkiem w NSDAP i znał się przede wszystkim dobrze na wodociągach, to powinien dalej w nich pracować, a nie iść w odstawkę – mawiał, dodając, że w Stanach Zjednoczonych obywatele czasami zostają członkami partii demokratycznej czy republikańskiej tylko po to, aby ułatwić sobie dalszą karierę zawodową, a nie ze względów ideologicznych. Media podchwyciły jego słowa i doniosły, że Patton porównuje demokratów i republikanów do nazistów. Kiedy oburzona opinia publiczna zażądała ukarania oszczercy, Eisenhower przeniósł Pattona do grupy wojskowych, zajmujących się pisaniem oficjalnej historii II wojny światowej, ale ten już do niej nie dotarł.

9 grudnia 1945 roku jego cadillac, którym jechał w Niemczech na pożegnalne polowanie, zderzył się z amerykańską ciężarówką wojskową i w wypadku ucierpiał mocno tylko on. Zmarł w szpitalu w Heidelbergu. O bliższych okolicznościach śmierci generała, jego innych poglądach politycznych i rozmaitych spekulacjach, łączących jedno z drugim, napiszę za tydzień, jeżeli oczywiście dożyję.

13 grudnia 2020, Berlin (nadal podzielony?)

Ela Kargol

Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.

Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.

Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.

Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.

Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!

Nad pomnikiem zagrzmiało.

Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.

Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.

Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.

Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen

Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.

13 grudnia / 13th December / 13. Dezember

English
Deutsch

Michal Talma-Sutt

Drodzy Państwo

Fortuna kołem się toczy, jak się okazuje – historia też. Dla kogoś, kto całkiem już świadomie przeżył 13 grudnia 1981 roku w Polsce, obrazy z najnowszymi protestami w naszym kraju, a zwłaszcza rola jaką w nich odgrywa policja oraz obóz władzy, muszą budzić przykre skojarzenia. Także retoryka polityków Zjednoczonej Prawicy, na czele z głośnym już przemówieniem pewnego posła z kotem, pogłębia moje wrażenie, że podróże w czasie mogą być jednak możliwe. Tylko inaczej jak myśleliśmy, nie my wędrujemy w czasie (do tyłu), to czas przeszły zdaje się wędrować do nas, w wersji dość idiotycznej.

No cóż, najwyraźniej nie potrzeba dzisiaj Tuwima ze Słonimskim, aby pisać nową wersję „W oparach absurdu“, wystarczą nasi politycy, głównie ci lepszego sortu, niestety czasem także z opozycji. Nie zazdroszczę polskim satyrykom. W czasie, gdy życie zamienia się w jakiś, co prawda ponury, ale jednak kabaret, uprawianie satyry staje się tak trudne, że prawie niemożliwe. Trudno przecież przebić przygody posła Suskiego z Katarzyną Wielką w czasie przesłuchania komisji ds. Amber Gold. Wiem, że dowcip był nie zamierzony, ale mimo wszystko…

No i oczywiście, jakość tego kabaretu też kiepska, Laskowikowi i Smoleniowi do pięt to nie sięga. No cóż, to byli profesjonaliści, dzisiejsi komedianci w polskim Sejmie i Senacie, w ministerstwach i komisjach a także w Trybunale Konstytucyjnym i co raz częściej w prokuraturze, to amatorzy. Co gorsza, także we własnym wykonywanym zawodzie.

Mają też ogromnego pecha, na arenie międzynarodowej odgrywają coraz mniejszą rolę, szansy na zdobycie jakiejkolwiek nagrody politycznych złotych malin nie mają żadnej, te mianowicie we wszystkich kategoriach powędrują do Trumpa, czyli naczelnego Pajaca najważniejszego (chwilowo jeszcze) kraju na świecie.

Tak na marginesie, polityczna zmiana w USA, spowoduje, że jedynym sensownym wyjściem dla PiSu i przystawek, będzie wejście Polski w skład Monarchii Brytyjskiej, zaraz po tym jak Szkocja zrobi tam wolne miejsce dla nas. Terytorialnie Wielka Brytania na tym nie straci, a nawet zyska. Nowe znaczenie otrzyma termin wewnętrznej emigracji, młodzi Polacy nadal będą mogli masowo wyjeżdżać tam, gdzie zawsze najchętniej chcieli pracować. Pozostaje pytanie, czy Złoty czy Funt Sterling. Dostęp do morza mamy, można byłoby pomyśleć o odbudowaniu Imperium. Oczywiście można oczekiwać, że także Polska błyśnie dyplomatyczną propozycją, żeby to Wielka Brytania się do nas przyłączyła, bo fajnie byłoby mieć jeszcze jedną wyspę poza Wolinem, przepraszam, pół wyspy. Po długich negocjacjach i osiągnięciu kompromisu, ostatecznie przystąpimy do Królestwa Zjednoczonej Wielkiej Brytanii i Polski. Potem tylko hulaj dusza do kontusza, marzenia o wielkości spełnione, a co tam, że tylko w nazwie, która zresztą była naszą kartą przetargową wspomnianych negocjacji.

No i tak oto ratuję się jednak humorem, choć w sumie śmiesznie nie jest. Właściwie powinienem przestać się tym wszystkim przejmować i zająć się tylko sztuką, czyli moją muzyką. Ale jak na początku wspomniałem, Fortuna kołem się toczy i ostatnio się potoczyła tak, że nie mam na czym pracować, mój komputer odszedł do nieba lub piekła (kto to wie?) i liczę na Państwa pomoc. O moim problemie można przeczytać tutaj, po polsku, po niemiecku lub po angielsku.

Życząc Państwu Wesołych i spokojnych Świąt (na ile w tych szalonych czasach jest to możliwe) oraz Szczęśliwego Nowego Roku, serdecznie pozdrawiam z Berlina.

p.s. a tutaj można posłuchać mojej muzyki.

Odcinek 2

Pamiętacie? poprzedni odcinek kończył się tymi słowami:

A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Mieczysław Bonisławski

Nie widzisz, ale zdajesz sobie sprawę, że pod nogami masz wodę. To nie są kałuże, ale stojąca woda. Od krańca, po kraniec. Wypełnia płytko, może tak do kostek, wszystkie zagłębienia. Ale nie, tu nie ma zagłębień. Chropowate, kamienne dno jest płaskie, całe zalane kilkunastocentymetrową tonią wody. Nie ma zagłębień, jest płaskość, z której co metr, dwa – a może tylko co półtora metra – wystają obrobione ręką ludzką, prostopadłościenne kamienne bloki. Jest ich dużo, całe mnóstwo. Wydają się być rozrzucone chaotycznie, ale w miarę równomiernie po całej przestrzeni.
Nie chcąc zamoczyć nóg, stąpasz po tych blokach. Skąd wiesz jaki trzymać kierunek? Przecież wokoło nic nie widać, w każdą stronę jest pozornie tak samo. Twój błędnik już dawno ogłupiał. Nie da się racjonalnie ocenić gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czy to instynkt samozachowawczy ci podpowiada kierunek, nakazuje ci iść tam, (chyba) do przodu, zamiast uklęknąć i poddać się? Nadaje sens w sytuacji bez sensu, pokazuje jakieś wyjście z sytuacji bez wyjścia?
No i jednak. Kończy się zalane pole kamiennych prostopadłościanów. Docierasz do przeciwległego końca tej podziemnej hali. Przed tobą, na prawo, na lewo wyrasta pionowa, sucha, niemal płaska ściana skalna. Znowu nie wzrokiem, ale czuciem, słuchem, węchem namierzasz jedno, drugie, trzecie wąskie wejście gdzieś dalej, w głąb ściany.
U jej podnóża ciągnie się na szerokość trzech stóp chodniczek, tak wąziutki, że łatwo go nawet nie zauważyć. A co dopiero nim iść. Robisz jednak tędy kilka kroków w prawo. Zagłębiasz się w pierwsze wejście. Po chwili wracasz. Nie, tędy nie. Dlaczego? Gdy stoisz przed tą ścianą kończącą skalną halę, słyszysz jakby za tą ścianą ów podziemny wodospad. Przez szum spadającej wody przebija się chyba czyjś głos. Może to głos dziecka? Nie wiadomo, ale „tam” coś jeszcze jest. A może nawet coś i ktoś? Czy to cię tak ciągnie ku sobie, czy chcesz, pragniesz jeszcze czegoś nowego, tajemniczego, spotkania z kimś nieznanym, przybyłym ze świata wyobraźni?
Pierwszy korytarz, ten do którego prowadzi pierwsze wejście, był suchy, cichy. Odgłosów w nim nie było i wiódł w górę. Do wyjścia, ku codzienności normalnego świata, który właśnie opuściliśmy i do którego nie chcesz teraz jeszcze wracać.
Zatem nie wracasz do swojego dnia, wracasz na środek chodniczka wzdłuż skalnej ściany. Próbujesz kolejnego wejścia, tego o kilka kroków w lewo. I – niestety to samo. Gubisz w nim odgłosy, korytarz wydaje się krótki, wąski, ale nie przytłaczający. Proste, równe i bezpieczne schody prowadzą do góry. Gdzieś na końcu prześwituje słońce. Niemal widzisz ten tłum milczących teraz ludzi. Spoceni pod pachami, z odciskami plastikowych obręczy uchwytów toreb na dłoniach, z zaciśniętymi ustami. Mężczyzna nie mówi miłych słów do kobiety. Oczy ma zwężone, pełne złości. Kobieta idąca przed nim ucieka od tego wzroku. Sama niesie w swoich oczach rozczarowanie. Druga, gdzieś obok niej kryje w oczach tylko zmęczenie. Nie ma już w nich miejsca nawet na złe uczucia, na niespełnienie.
Z innego mężczyzny emanuje to, że pogodził się już z „tym wszystkim”. Widać jego wypalenie. To było niegdyś buchające snopem iskier ognisko, wulkan pomysłów na niezwykłe przygody. Troje wrzeszczących dzieciaków podąża za nim krok w krok. Przewodnik turystyczny bez skutku mozoli się, aby je czymkolwiek zainteresować. Patrzy z prośbą w stronę kobiety, ale ta ucieka wzrokiem (i myślami) gdzieś daleko, hen. Może do spokojnego pokoiku w rybackiej chacie, gdzie ponad prostym łóżkiem i małą komódką roją się nadzieje, miłość i pragnienia? Gdy się ocknie, poznać po niej, że „to” wie. „To”, że w klimatyzowanym hotelu, między telewizorem a automatem do wody sodowej już nic się nie roi. Może poza zmęczeniem… Tak, ten zmęczony, milczący tłum na placu przed starożytną świątynią, któremu nie pomoże już żadna modlitwa, do jakiegokolwiek, umarłego wraz z tą świątynią boga.
Ale przecież tego landszaftu nie widać z dna skalnej hali pod ziemią. To była tylko wyobraźnia. Jakaś tania makatka, podłego asortymentu. Jej autor nie utkał twórczej wizji, nie przekazał nic odkrywczego. Wyszedł mu nudny moralitet, z postaciami sztampowymi i bez wyrazu. Nachalna scholastyka, bez blasku i polotu. To nikogo nie porwie, nie zachęci do żadnych zmian. Porwać jedynie można kartkę, na której by to wszystko ktoś zapisał. Porwać z bezsilności, z nudów.
Czy obywatelka to zapisuje?

– Ja?

– Istotnie. Będzie mogła to obywatelka potem porwać. Te zapisane przez obywatelkę kartki.

– Przestańcie z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę, co to znaczy…!?

– Czy zapisuje to pani, drogi człowieku? I będzie chciała pani jednak sobie to poprzedzierać?

– Coś niecoś tam sobie zapisuję. Tak, troszeczkę bazgrolę… Ale! Proszę już mówić dalej… A ja, dlaczego miałabym to rwać…? To jest bardzo ciekawe.

– Czy naprawdę? Patrząc na panią, drogi człowieku, można odnosić przeciwne wrażenie.

– Tak. Naprawdę?

– Nie ma też żadnego blasku tam na górze. Są schody, które przyprawiają cię o wymioty, gdy pomyślisz o powrocie. Nie, cofasz się do hali, na twój chodniczek. Tu, gdzie tak wyraźnie słyszysz za ścianą wodospad i głos szczęśliwego dziecka. Skąd te tajemnicze odgłosy, którędy do nich dojść? Jak trafić?
I rozglądasz się, choć w tych ciemnościach tak naprawdę nic nie widać. A jak udało się tu dostać? Aż tutaj, do kresu. Do kresu, a może na granicę tajemnicy, za którą jest nowy początek a nie kres? I najpierw ten dziwny, klaustrofobiczny, kręty, prowadzący w dół, do piekieł korytarz. Gdy każdy kolejny krok w dół, to był kolejny stopień niepokoju, strachu. Gdy coś powstrzymywało przed zawróceniem, chociaż narastała panika, że to coś prowadzi ku zagładzie i jest nieodwracalne. A potem ten lekki oddech, fala jakiegoś uspokojenia – przestronna hala, oczyszczająca, bezpieczna. Bo przecież ta płytka i stojąca woda, w której można umyć nogi, zanurzyć dla odpoczynku strudzone stopy… I nagle uświadomienie sobie, że to zbyt łatwe, zbyt piękne, ta woda. Bo to pewnie trucizna. Albo jakieś bakterie, węże, pijawki. I było to nagłe hop, na te porozrzucane kamienne bloki. Bo przecież nie leżą tu przypadkowo. Bo są po to, aby z nich skorzystał ten, który chce przejść na drugą stronę. Do raju jakiegoś szczęśliwego zakończenia, które przecież musiało być po drugiej stronie. Tylko ono nadaje sens całej tej scenerii, sekwencji zdarzeń, wyjściu ze świata i wejściu w ten podziemny mrok. Bo bez niego… po co to wszystko? Nie, nie…
Ta cała wyobraźnia… Bo tak było jeszcze wtedy, tam… W uszach słychać syk wodnych węży, których tam nie ma. I szum wirów, które czekają na to, że wessą nierozważnie zanurzoną w wodzie stopę, a których naprawdę nie ma i nigdy nie było. A te kamienne bloki, no, bo który z nich okaże się zdradziecki, który z nich jest tylko pułapką, zapadnią? Po nastąpieniu na niego, but się przyklei, a ten który na nim stanął, zostanie wessany w głąb wody, w jakąś większą otchłań i w niej na wieki uwięziony.
A teraz… Bo, skoro udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, to jedynym sensem jest nagroda. Jaka? A to elizjum za ścianą? A rajski wodospad i kontakt ze szczęśliwym, szczebioczącym dzieckiem. I kim ono się okaże? Młodym bogiem, demiurgiem, tobą po reinkarnacji, darem dla ciebie?
A trzeba zanurzyć się w tę bryzę i poczuć na skórze odbite od skały krople wody. Trzeba dotknąć dziecka, spojrzeć na nie, porozmawiać. I wyjaśnić. Co wyjaśnić?
Ale najpierw trzeba tam dojść. Najpierw trzeba odnaleźć właściwą drogę. Bo ile jeszcze będzie tych ślepych korytarzy? Ślepych, to znaczy prowadzących do wyjścia, czyli z powrotem do świata, do dnia, który – tak by się chciało – aby już nie wrócił. Albo żeby wrócił, ale jak najpóźniej, dopiero na końcu. Czyli po czym? Co jest za tym korytarzem, jeszcze następnym po lewej? Za ścianą?
I tym razem szczęście dopisuje. Przynajmniej częściowo.
Bo korytarz huczy echem wodospadu i nagle, po pięciu krokach urywa się. I otwiera się jeszcze większa przestrzeń, nieskończona. Tyle tylko, że jej dno rozpościera się kilkanaście metrów niżej od twoich stóp.
A przed tobą pionowa ściana w dół. I nic, żadnych stopni, uchwytów czy lin. A tylko w połowie wysokości, pod tobą, ze ściany wypływa obficie źródło i spienioną kaskadą opada w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwo. Czyżby tu był koniec, taki kres przypisany jest twej drodze? A gdzie obiecana nagroda, gdzie dziecko, które obiecywało nowe życie? Ten bóg w wieku dziecięcym, przebrany demiurg, twoja reinkarnacja?
Ale jest i ono. Bo oto w oddali, gdzieś po środku tej przestrzeni w dole, pieniąca się woda obmywa wyspę złotego piasku. Takiego jaki sypie się na budowie, dla wypełnienia betonowych obramowań fundamentów. I na jakim kładzie się belki stropowe nie podpiwniczonego parteru budynku. A nad wyspą, sklepienie z odbijających iskry światła kryształków „czegoś tam”. Tylko skąd to światło, nie wiadomo? Bo wyspa wyłania się z mroku a na jej środku bawi się, niczym w piaskownicy, dziesięcio – gdzieś – letni chłopiec. I nie jest zupełnie widno, jest taki ćwierćmrok, wystarczający dla utrzymania klimatu i jednocześnie – rozróżniania szczegółów…
A chłopiec bawi się. I trudno jest dostrzec tak z góry, jakie zabawki ma wokół siebie. A na skraju kręgu tego przytłumionego światła, na skraju świata wykreowanego na potrzeby zabawy, widać jest jeszcze tylko porzucony, brązowy tornister.
I nagły plusk wyrywa cię z tego zapatrzenia. A plusk dochodzi z dołu, stamtąd gdzie spadająca woda niknie w wirach podziemnego jeziora. I tam właśnie kołysze się na falach szeroka łódź. Pusta. Ławki w poprzek, czekają na tego kto weźmie w ręce martwo zwisające wiosła i popłynie w kierunku złotej wyspy. I nic, tylko skorzystać, wsiadać, wziąć w dłonie wiosło i pokierować łódką w stronę szczęścia.
Tylko jak się do niej dostać? Skoczyć? Podjąć takie ryzyko? To musiała by być już skrajna determinacja. Łódka, bądź co bądź, nieduża, jak w nią trafić? A obok woda, kłębiącą się woda, może bardzo głęboka? A może bardzo płytka, ale za to dno najeżone skałami? Skrajna determinacja? Skrajna? A może odwaga? Odwaga sięgania po coś. Odwaga uczynienia następnego kroku, zamiast ciągłego grzęźnięcia w stagnacji. Tylko, czy to nie pułapka? Pułapka nadziei? No cóż, aby się przekonać, trzeba po prostu zrobić ten jeden krok przed siebie i skoczyć. A wtedy okaże się, czy było warto…?

Jeszcze raz ten sam poniedziałek, po krótkiej przerwie na obiad.

– …wyspa między ulicą Łużycką, a tą niedokończoną ulicą Waszkiewicza. Półmroczna grota pośrodku osiedla Łużyckiego. Tu gdzie zawsze zatrzymuje się piątoklasista Januszek w drodze ze szkoły do swojego domu w bloku. Gdzie żółta łacha budowlanego piachu jest sceną dla małego demiurga. Na której to scenie kreuje on nowe, przyszłe sytuacje…
Jednak ktoś podążył tu za nim.

– Ktoś… Na pewno? A któż to taki mógłby być? Czy pani będzie w stanie go rozpoznać?

– Ktoś… Ten ktoś… taki, zatem, ktoś….

– Takie stawianie sprawy nie stanowi rozwiązania dylematu przed którym pani stanęła.

– Zatem człowiek. Grotołaz.

– Grotołaz? Drogi człowieku, pani raczy sobie żartować… Ha, ha, ha…

– Nie, zatem nie grotołaz?

– Człowiek. Prawdziwy człowiek i przy tym zostańmy, obywatelko.

– Dobrze. Człowiek. Jednak jest już tak blisko, że może się kryć za którymś z filarów z betonu. I z mroku go podglądać. Czy nie szkoda, że nie posłuchał tych, którzy mu radzili aby się pilnował… Nie oczekuję odpowiedzi. Tu jest natomiast, proszę, o, dla pana kartka i długopis…

– A nie ma obywatelka pióra, takiego wiecznego pióra? Tak bardzo lubię pisać wiecznym piórem…

– Nie wiem, czy powinnam? Mam tylko swoje, pamiątkowe… Pióra się nie pożycza, przesąd taki… Ale, dobrze, proszę… Chcę, aby pan mi to napisał. Nie opowiadał, ale jednak napisał.

Płowowłosy chłopiec ma unurzane gołe kolanka w piachu. Bo piasek na wierzchu jest suchy, ale głębiej zachował skądś wilgoć. I teraz oblepia nagą skórę dziesięciolatka, gdy ten tylko zanurzy kolana, łydki, kostki wystające z krótkich spodenek głębiej w sypkim podłożu na którym klęczy. A klęczy, podnosi się, znów opada. I staje, obchodzi coś, schyla się, poprawia. I coś podśpiewuje, mruczy, pokrzykuje. A lepki, wilgotny piasek oblepia mu małe kolanka, zasycha i tak zaschnięty na nich pozostaje. I nie możesz się oderwać od tego widoku.
I patrzysz na zabawę chłopca, widzisz co szykuje ów demiurg – młody bóg. I wiesz, co cię czeka, gdy dostaniesz następną szansę, w tamtym wcieleniu i zaczynasz odczuwać niepokój. Strach. I boisz się. I wyciągasz wilgotne, spocone dłonie i za chwilę całkiem wyprostowane ręce trzymasz przed sobą. A choć cały trzęsiesz się z emocji, nie obejmujesz tego filara, za którym się kryjesz. Bo dotykasz go tylko czołem i czujesz jak spływają ci po twarzy krople potu. I opuszczasz ręce wzdłuż tułowia, a dłońmi dotykasz szwów swoich spodni. I jeszcze drżą, jeszcze drżysz ty cały. Ale już chłód idący od betonowego słupa powoli przenika twoje ciało…
…a tymczasem na wyspie demiurg wyrysował w piachu długie, idące szerokim łukiem przez całą jej powierzchnię, dwie równoległe linie. I w poprzek tych linii ułożył co kilka centymetrów krótkie, podłużne ścinki betonu. A przyniósł je spod tych betonowych słupów, które jeszcze schły po ich wylaniu. Bo spomiędzy desek szalunku wypływa zawsze nadmiar betonu, układając się na ich zewnętrznej powierzchni w płaskie paski. I po zaschnięciu można je sobie odrywać i przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, przenieść na środek groty i takie, nie połamane dłuższe wstęgi ułożyć na piasku w poprzek dwóch równoległych linii wyrysowanych czubkiem buta…
A potem demiurg przyniósł grube, frezowane pręty zbrojeniowe i kładąc je na tych ścinkach betonu, ale wzdłuż wyrysowanych linii, ułożył coś, co absolutnie nic ci nie mówi. Ale on sam wiedział, co robi, jego wyobraźnia kierowała nim konsekwentnie i bez zbędnego zastanawiania się…
A chłopiec wstaje znad ułożonej płasko na piasku konstrukcji, obciera o spodenki zupełnie czyste rączki i rozgląda się. I gdzieś obok wyłuskuje wzrokiem z półmroku to, czego potrzebuje. I odchodzi, bierze w dłonie, przynosi. Odchodzi jeszcze raz i jeszcze raz, wracając za każdym razem z pełnymi rączkami. A robi to bez trudu i z zadowoleniem, uśmiecha się. Ale w końcu odchodzi kawałek dalej, obejmuje rączkami znacznie większy przedmiot, którego nie może tak z marszu, na stojąco nie tylko podnieść, ale nawet ruszyć. I pochylony rozszerza nóżki, zapiera się i postękując bierze to oburącz, opierając ciężar na obu ramionkach. Z trudem podnosi, obraca się w kierunku wyspy i małymi krokami, na zgiętych w kolankach nóżkach, przyciskając ciężar do klatki piersiowej, człapie do celu. Sapie. I kładzie na miejscu, które od samego początku sobie obrał. Wzdycha, łapie głębszy oddech. I patrzy w dół, pod nóżki. Obchodzi wokoło. A na idących łukiem prętach leżą ułożone jedna za drugą, krótszymi krawędziami do siebie, białe cegły. I na początku ich ciągu jest ten tak ciężki, dużo od nich większy, ciemny blok betonu komórkowego.
I nadal nic nie rozumiesz. O co w tym chodzi? I robi ci się żal wymęczonego chłopca.
– Cholera – wyrywa ci się tylko na moment. Bo szybko zakrywasz sobie usta, ale i tak, o mało nie wychodzisz do niego ze swojego ukrycia.
– Ciuch, ciuch, ciuch!
I coś ci zaczyna świtać w głowie. A tymczasem młody bóg, rozkraczony na wyspie piasku… –
…- stanął ponad wykreowanym przez siebie światem… I wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Ale chyba tylko on wiedział, dlaczego? A ty nie zrozumiałeś, z czego było się tu cieszyć?
– Ciuch! Uuuu…!
Na piasku coś się dzieje. A dźwiękom wydawanym przez chłopca towarzyszą jakieś zdarzenia, którymi steruje on przy pomocy rączek i nóg. Teraz bierze jakieś patyki. I patyki w jego dłoniach ożywają. Ten patyk nie, tamten nie, ale ten, o ten, tak. I patyk kierowany małą dłonią idzie, nie, podbiega do ostatniej w ciągu białej cegły.
– Ciuch, ciuch, ciuch! Uuuu…
A patyk jest krótki i cienki, gdyby miał imitować człowieka, byłby to zapewne niewysoki chłopiec. Bo rozpościera jeszcze dwie, cieńsze gałązki, wychodzące z głównego malutkiego konara. I jedna gałązka w lewo, druga – w prawo, nieco nierówno, ale prawie, prawie, niczym… dwie rozpostarte na boki ludzkie ręce… I patyk łapie gałązkami–rączkami tylną ściankę ostatniej cegłówki.
– Uuuu…
A ciąg cegłówek, ciągnięty przez większy od nich blok betonu odjeżdża. Tak to wygląda przynajmniej, patrząc na gesty chłopca–demiurga. Ale, co to? Gałązka–chłopiec leży na ostatniej cegłówce, a Januszek teraz stoi nad tym większym blokiem betonu. A w ręku ma gruby konar. I ten gruby konar…
– Ho, ho, ho!
Tak! Patrzy znad dużego, ciemnego bloku betonu na ciąg białych cegieł z tyłu, za nim, i… grozi, krzyczy na gałązkę–chłopca…
– Co ty tam robisz?! Chcesz spaść, połamać się! – piskliwie „pohukuje” Januszek.
I nagle robi ci się niedobrze. Bo zaczynasz rozumieć.
Nie, tego nie da się zrozumieć. Czy ten mały gnój cię jednak widzi, ale jak, kiedy? Nie, to niemożliwe.
– Ho, ho, ho! Zmiataj stąd, no szybko! W try miga cię tu nie ma! Za długo masz nogi przy dupie? Chcesz żeby ci je koła obcięły…?
A kto to woła? Ten mały Januszek, swoim piskliwym głosikiem, czy… Czy on wie? Czy on się domyśla – to nie może być. Ktoś mu powiedział, nastawił go, pouczył, co i jak i dokładnie wszystko opracował przeciwko tobie… Czyli to jednak jest pułapka… A ten zasrany gnój, tak ci się odpłaca. I czujesz ukłucie gdzieś w boku. I z żołądka cofa ci się coś do przełyku, zaraz zwymiotujesz.
I udaje ci się to przemóc. Ale teraz coś cię ciśnie w skronie, masz zawroty głowy, na moment odpływasz, wszystko wokół kręci się jak na karuzeli… A taki miły zasraniec… I motylki w brzuchu.
A wagony z cegłówek jadą dalej po szynach z drutu zbrojeniowego. Blok betonu – parowóz wydaje ustami Januszka dźwięki buchającej pary. A konar-maszynista przegania w końcu chłopca–gałązkę. I chłopiec zostawia skład pociągu samemu sobie i na końcu łuku usypuje teraz, po obu stronach torów, dwie piaszczyste skarpy. I łączy je na górze gałązkami, które układa ściśle jedną przy drugiej i też posypuje je piaskiem. Z tornistra wyciąga mały, plastikowy model ciężarówki marki „Star”. I delikatnie ustawia na przysypanych piaskiem gałązkach, ponad torem kolejowym. Bo parowóz pociągnie teraz za sobą wagony, wjeżdżając łukiem w głęboki jar i za chwilę przejedzie pod wiaduktem.

Środa, od samego rana, ok. godz. 9

– Tak, faktycznie, to tutaj starsi od Januszka chłopcy z osiedla Łużyckiego, z ulicy Waszkiewicza i II Armii robią te swoje głupie zabawy.

– Skąd pan o tym wie? Bywa pan przy tych zabawach?

– Czy obywatelka nie ma już tego wszystkiego zapisanego? Od tych różnych ludzi… Po co obywatelka zadaje takie pytanie?

– Bo może chcę to wiedzieć od pana. Jakie to są zabawy? I skąd u pana taka wiedza o nich?

– A, bo pracowałem wtedy jeszcze w służbie ochrony kolei. Na węźle Zielona Góra, jako patrolujący. Głównie zielonogórski dworzec, od strony dyscypliny pasażerów – bo pani to nawet nie wie, co cywile potrafią robić na dworcu, nie tylko w gmachu. Na peronach i w wagonach… A już szczególnie w dni wypłaty, ci dojeżdżający do roboty, po trasie z Gubina, od Krosna znaczy się, albo po trasie na Nową Sól, Bytom. I co z tego, że w „Warsie” na dworcu zakazują piwa, jak pierwsza pijalnia jest zaraz naprzeciwko, przy Placu Kolejarza…
Ale chadzałem też na złodzieja, pod parowozownię, na tory manewrowe i odstawcze, numer osiem i dwanaście, bo tam stoją towarowe, czekając na rozładunek, albo osobowe do sprzątania, po zjechaniu z trasy.
A przez całą Zieloną Górę prowadzą też tory, które idą donikąd. Bo kiedyś, jeszcze za Niemca, była to linia do Szprotawy. Ale po wojnie ruscy ją rozebrali i teraz kończy się gdzieś w lesie, pod Jędrzychowem.
I choć pociąg już dalej nie jedzie, to nadal dostarczają tędy wszystko do kilku fabryk. A najwięcej jeździ węgla, do składu na Węglowej, do „mebli”, do „wełny”. I spirytus wożą do „monopolu” i są wagony do browaru, do winiarni, na tartak i na składy WZGS-u…
Czy to co mówię, jest dla pani nudne, tak?

– Nie, nie. Bynajmniej nie dla mnie. Chyba, że pan sam tak uważa?

– Czy co ja uważam?

– Ta praca, dostarczanie towarów do fabryk, nudziła pana? Nie to pan chciał robić w życiu?

– Ja nie pakowałem na wagony, ja goniłem złodziejstwo i pijaków, łobuzów. Czy obywatelka wie, ile jest wszędzie tego kurewstwa, wszędzie! Jaki tu wokół jest burdel do posprzątania? Pewnie nawet obywatelka nie wie…

– Przestańmy z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę…

– Nie mogę… Coś mnie zmusza… Jak pani pyta o TE rzeczy, o TEGO chłopca…

– Jednak coś możemy zrobić z tym strachem? Bo to chyba tak ze strachu, prawda…?

– Coś mi się tak przestawia w głowie. Może gdyby bez TYCH rzeczy… Ja mogę tyle ludziom powiedzieć. Niedługo, już niedługo przyjdzie ta chwila, gdy TO się zdarzy… I ja to wiem…. Ten chłopiec, jego Matka i moja praca… Nie mówmy już o tym…

– No, niestety, musimy… A zatem, drogi Olku, robił pan porządek? Sprzątał pan świat.

– Sprzątałem? Czy ja sprzątałem świat?

– Tak. To chyba ważne zajęcie? A jak w tym nieporządku pojawili się ci chłopcy?

– Czy pani, taka wielka dama, pyta o chłopaczków? O małych chłopców? Na co to pani?

– Chodzi mi o tych z osiedla, na torach. Chyba nie byli aż tak bardzo mali? Czy byli może wśród nich koledzy Januszka…?

– Bo to było tak, że dwa razy na dobę, na manewrowej spinano składy na tę wewnętrzną linię. Na teren samej Zielonej znaczy się. I potem dwa razy na dzień szedł skład kilku wagonów, a „Amerykanka” była wczepiona tak po środku. Z raz w tygodniu, składy były dłuższe i wtedy „Amerykanka” szła nie, jak zwykle, między wagonami, ale z przodu, a od tyłu pchał jeszcze dodatkowo jakiś maluch. Albo i druga „Amerykanka”, o ile tylko była wolna pod ręką.
„Amerykanka”, czy pani wie co to takiego? Bo to parowóz, Tr203 – 358.
A w jarze od Krośnieńskiej, a potem to przy Waszkiewicza oraz tam dalej, zwłaszcza tam dalej, przy Kukułczej i między Strzelecką a Sienkiewicza, jest mocno pod górę, a tory idą pod drzewami. I jak jesienią spadły liście na szyny, to leżały, aż przeleżały do wiosny i parowóz potrafił się na nich ślizgać i nie wepchnąć wagonów pod taką górkę. A po deszczach są do tego jeszcze nanosy na przejazdach przez ulice, na Kraszewskiego, przed Polską Wełną… I przy Ogrodowej… I wtedy tam jest najgorzej… Tak, jesienią i wiosną, to już bardzo często szły po dwa parowozy. Z tyłu albo z przodu albo jeden na jednym końcu a drugi na drugim. I wtedy też było najbardziej niebezpiecznie, bo maszyniści z obu lokomotyw nie mieli żadnego kontaktu między sobą. A przecież ten drugi musiał ciągnąć skład od przodu, ślizgając się po tych liściach i na nanosach, aby wspierać tego pierwszego, który by sam nie dał rady wepchnąć ślizgającego się składu. Tak, znacznie łatwiej było wtedy, gdy dwa szły razem i pchały od tyłu, albo oba ciągnęły pod przodu.
I podobnie było po każdych roztopach. Co tylko mróz ulżył, od późnej jesieni, przez zimę, aż do początku wiosny…
Czy mógłbym opowiedzieć jeszcze o spinaniu?
A to było tak. Pociągi z tymi wagonami, które przyszły na stację do Zielonej Góry, ale nie do rozładunku na miejscu, tylko u odbiorców, tych co mają własne bocznice, to dawano je na tor szesnasty. A potem na manewrowej, tam przy Traugutta, wypinano wagony według miejsca docelowego, czyli konkretnego zakładu w mieście. I te które przyszły późno, pod koniec dnia lub wieczorem, zaczynano spinać od czwartej w nocy, ale tak, żeby te do tartaku czy WZGS-u były przed parowozem, na samym przedzie, czyli najdalej od środka składu, od tej „Amerykanki”. A potem, już za parowozem, w kolejności szedł browar, „wełna”, „meble” i tak dalej.
I zawsze było tak, że wagon do najdalszego, ostatniego zakładu był od czoła składu. A „Amerykanka”, która jechała w środku, pchała przed sobą te wagony, najpierw wjeżdżając powiedzmy do tartaku, położonego na samym końcu trasy, już pod Jędrzychowem. I dzięki takiemu układowi, gdy pociąg wjechał na teren placu z drewnem, odczepialiśmy z samego przodu wagon przeznaczony dla tartaku a „Amerykanka” mogła teraz wypchać resztę składu w drugą stronę, z powrotem torem szlakowym, ku miastu. I na tym powrocie pociąg najpierw zajeżdżał do WZGS-u, gdzie zostawialiśmy kolejny wagon sprzed parowozu. A potem – do kolejnych odbiorców, do browaru, „wełny”, „mebli”, u których na ich bocznicach odczepiano następne wagony. I teraz, to z tego drugiego końca, bo po obsłużeniu WZGS-u, przed „Amerykanką” nie było już przecież niczego..
A puste wagony doczepiano do składu powrotnego w odwrotnej kolejności. Czasem przed „angielką” przy browarze, te wagony z tyłu parowozu zostawialiśmy na płozach i dopiero na powrocie z WZGS-u lub tartaku zabieraliśmy je dalej, samym parowozem.
A bywało też, że lokomotywa szła normalnie, czyli z przodu. I było to tylko wtedy, gdy wagony szły jedynie do browaru, „mebli” lub „wełny” i nigdzie indziej. No i po tym też można było poznać, dokąd tego dnia jechał skład. Bo jak parowóz ciągnął wagony za sobą, to był to pociąg do browaru, fabryki mebli i „Polskiej Wełny”.
A skład spinany od czwartej w nocy, szedł na trasę około siódmej rano.
A gdzieś między jedenastą w południe a pierwszą wracały z powrotem puste wagony z wczoraj. I w te dni, kiedy jeździły po dwa pociągi na dzień, powtarzało się to późnym popołudniem, tak aby na dziewiętnastą wrócić na wieczorne wyposażenie parowozu.
No i tu się pojawiała ta cała gówniażeria. Bo robili sobie zabawy, nie zważając w ogóle na niebezpieczeństwo.

– Na czym te niebezpieczne zabawy polegały?

– Bo to czepiali się skrajnego wagonu, ostatniego albo pierwszego. A było to zależne od tego, gdzie był parowóz. I podjeżdżali po kawałku, aż kto ich nie pogonił. I zawody takie sobie robili, kto wskoczy, przytrzyma się i dłużej nie spadnie. Albo kto wskoczy z jak najkrótszego rozbiegu, a nawet próbowali wskakiwać z miejsca.
A wyciągali też i płozy, gdy zostawialiśmy wagony, aby wziąć je później, po odstawieniu wagonów do tartaku czy WZGS-ie na górze lub do „budowlanki” czy na „węglarni” na dole.
Czy było to niebezpieczne? A było. A zresztą obsłudze składu nie brakło i innych kłopotów. Bo zdarzały się wypadki, gdy wagony się wyczepiały i wyczepione staczały się same w dół, wzdłuż torów. Bo parowozy się ślizgały, bo nie mogły pociągnąć w górę… I bywały problemy na przejazdach, bo pod pociąg wjeżdżali kierowcy samochodów lub były duże nanosy. No, a tu na dodatek ci gówniarze, czepiali się wagonów, podrzucali monety na szyny i inne jakieś blachy, aby pociąg po nich przejechał… I wyciągali te płozy, o których już mówiłem…
A tak było głównie przy tych nowych osiedlach, bo to byli gówniarze z bloków przy Waszkiewicza, z Sucharskiego, Jóźwiaka, Jaskółczej i okolic Ogrodowej.

– I pan ich gonił?

– A jakże! Bo obsługa składów, maszynista i manewrowi, ci co to wyskakiwali na ulice, aby wstrzymać ruch na przejeździe, nie dawali sobie z nimi rady. Bali się ich. Czy znaleźli jakieś rozwiązanie? Znaleźli! Poszukali sobie kogoś odważnego. I koniec końców poprosili nas, patrole Służb Ochrony, byśmy co pewien czas pojechali z nimi składem i pogonili gówniarzy.

– I co, pogonił ich pan?

– A oczywiście! I nie tylko pogoniłem, ale i złapałem też paru tych obwiesiów.

– A jak to się odbywało?

– A jak miało się niby odbywać?

– Co wtedy pan czuł?

– Nie rozumiem…

– Proszę opowiedzieć, co pan czuł tak ich goniąc? A jak ich pan złapał? Było panu jakoś lepiej, jak to pan zapamiętał? Poznał, może, pan bliżej któregoś z tych gówniarzy?

– Łobuzów?

– Łobuzów. Tak, oczywiście, że łobuzów, panie Olku…

Ciąg dalszy w następny piątek

Worldwide Screening of I AM NOT YOUR NEGRO by Raoul Peck on December 10, 2020

Deutsch unten

Worldwide Screening: I Am Not Your Negro by Raoul Peck on December 10, 2020

On December 10, 2020, the anniversary of the day the United Nations General Assembly adopted, in 1948, the Universal Declaration of Human Rights, a second Worldwide Screening will take place. Cinemas, schools, universities, and cultural institutions have responded to the call of the international literature festival berlin (ilb) to screen I Am Not Your Negro by Raoul Peck. This award-winning 95-minute 2016 documentary was shot on the basis of the unfinished manuscript “Remember This House” by James Baldwin (1924 – 1987).

The worldwide screening is intended to underscore our responsibility to examine the history of colonialism and racism. Over the course of almost four centuries, 10-12 million enslaved Africans were transported to America, mainly by European traders. More than 250 years after the abolition of the Atlantic slave trade, equal treatment of white people and People of Color has by no means been established – neither in America, nor in Europe, or any other region of the world.

In addition to analogue events, digital screenings will take place. Here you can find a list of participating institutions and links.

website

Worldwide Screening: I Am Not Your Negro von Raoul Peck am 10. Dezember 2020

Am Jahrestag der, durch die Vereinten Nationen im Jahr 1948 verkündeten, Allgemeinen Erklärung der Menschenrechte findet das zweite Worldwide Screening am 10. Dezember 2020 statt. Kinos, Schulen, Universitäten und kulturelle Institutionen folgten dem Aufruf des internationalen literaturfestivals berlin (ilb) zu einer weltweiten Filmvorführung von I Am Not Your Negro von Raoul Peck. Der preisgekrönte, 95-minütige Dokumentarfilm aus dem Jahr 2016 wurde auf Basis des unvollendeten Manuskripts „Remember This House“ von James Baldwin (1924 – 1987) gedreht.

Mit der weltweiten Vorführung soll unsere Verantwortung unterstrichen werden, die Geschichte der Kolonisation und des Rassismus detailliert aufzuarbeiten. Im Laufe von fast vier Jahrhunderten wurden 10-12 Millionen versklavte Afrikaner nach Amerika transportiert, hauptsächlich von europäischen Händlern. Mehr als 250 Jahre nach der Abschaffung des atlantischen Sklavenhandels ist die Gleichbehandlung von Weißen und People of Color keineswegs festgeschrieben – weder in Amerika noch in Europa noch in anderen Regionen der Welt.

Neben analogen Veranstaltungen finden an dem Tag weltweit auch digitale Screenings statt. Schauen Sie sich die Liste der teilnehmenden Institutionen und Links hier an.

Webseite


internationales literaturfestival berlin
Chausseestr. 5
10115 Berlin
Fon +49 (0) 30 – 27 87 86 65
Fax +49 (0) 30 – 27 87 86 85
presse@literaturfestival.com

21. internationales literaturfestival berlin | 8.–18. September 2021
7. internationales literaturfestival odessa | 22.–25. September 2021

www.litfestodessa.com
www.worldwide-reading.com
www.comics-berlin.de
www.wordalliance.org

Z wolnej stopy 23

Zbigniew Milewicz

Mariacka 5

Kiedy we wrześniu 2020 roku znalazłem w sieci informację, że pod katowickim kościołem Mariackim w Katowicach jakaś młoda para w biały dzień odbyła stosunek płciowy (co ilustrowało odpowiednie zdjęcie), przyjąłem to krytycznie, ale bez wielkiego zdziwienia. Ulicy Mariackiej zawsze towarzyszyły jakieś obyczajowe skandale. Ich wyzwalaczem zwykle był alkohol, który lał się strumieniami w miejscowych knajpach i melinach, bardzo licznych na tym krótkim trakcie. Za czasów PRL-u, z których go pamiętam, była to dosyć chacharska ulica, choć miała ciekawe komisy odzieżowe, sklepy z antykami i miejsca, gdzie dobrze karmili. W opowieściach starych katowiczan wyglądała ona jednak kiedyś dużo korzystniej.

Została zabudowana w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku, według planu Nepilly`ego, na długości 378 metrów, na wschód od pobliskiego Rynku – między dzisiejszą ulicą Dworcową i kościołem p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP, który wzniesiono w roku 1870. Ulicy nadano imię Richard Holtzestraße, na cześć przewodniczącego ówczesnej Rady Miejskiej Katowic, obchodzącego wtedy dwudziestopięciolecie pracy w zawodzie lekarskim.

27 stycznia 1901 w domu przy Holtzestraße 18 urodził się Willy Fritsch − jedna z najważniejszych gwiazd dawnego kina niemieckiego. Przed I wojną światową pod numerem 4−6 założono elegancki hotel Savoy. W restauracji hotelu, 20 czerwca 1922, na uroczystym śniadaniu spotkali się przywódcy III Powstania Śląskiego Wojciech Korfanty i Józef Rymer z generałem Stanisławem Szeptyckim, przyszłym ministrem spraw wojskowych II RP. Wtedy był to już adres przy ulicy Mariackiej. W dwudziestoleciu międzywojennym przy ulicy swoją siedzibę miały m.in. Bank Śląski – Banque de Silésie SA, hotel Europejski, winiarnia Kessel Juliusza Grundmanna, z dancingiem i pięknym, letnim ogródkiem od strony ulicy Francuskiej, restauracja Józefa Adamaszka, wytworna cukiernia Astoria Walentego Rybki, konsulat Brazylii, redakcje różnych czasopism oraz biura znanych instytucji przemysłowo-handlowych i powierniczych. Na rogu ulic Mariackiej i Dworcowej, obok Astorii, zlokalizowany był początkowy przystanek linii atobusowej Katowice − Sosnowiec, uruchomionej we wrześniu 1925 roku. W dwudziestoleciu międzywojennym na ulicy Mariackiej pojawiły się również damy uprawiające najstarszy zawód świata; głównie były one zainteresowane bogatą klientelą hotelu Europejskiego, usytuowanego na rogu z ul. Stanisława, ale można je było spotkać również koło Savoyu, a nawet pod cukiernią Walentego Rybki, która za niemieckich czasów nazywała się Kaiser Cafe. Były to podobno panie bardzo atrakcyjne, takie bardziej salonowe kurtyzany, niż pospolite prostytutki, do tego drogie w pozysku, na które zwykły zjadacz chleba nie mógł sobie pozwolić, ale po drugiej wojnie światowej to się zmieniło na gorsze. Jeżeli chodzi o te panie, bo ceny zrobiły się bardziej ludzkie.

Na stronie internetowej ulicy (mariacka.eu) czytamy:

„Przed wojną była to piękna i reprezentacyjna ulica miasta, gdzie mieściły się eleganckie lokale i siedziby wielu ważnych instytucji. Po drugiej wojnie została zasiedlona przez lokatorów z tzw. półświatka i zyskała bardzo złą opinię. Powstał nawet swoisty azyl dla kobiet lekkich obyczajów, gdyż jedynie na tej ulicy nie były one karane za prostytucję. Kobiety porządne wiedziały, że nie wolno spacerować prawą stroną Mariackiej zbyt opieszale. Zaraz nawijał się klient, najczęściej w aucie, odchylał szybę i pytał: „Ile bierzesz?” Na Mariackiej zawsze był najtańszy sort w Katowicach. Miały po 40 i 50 lat albo na tyle wyglądały. Zniszczone, niezadbane. Przyjmowały pod piątką w pokoju od frontu i w oficynie.”

Przy Mariackiej 5 faktycznie funkcjonował kiedyś tani burdel. Stąd na Śląsku znane było powiedzenie: Mosz chynć, to idź na Mariacko piynć. Dziś na parterze tej zabytkowej kamienicy, w miejscu dawnego antykwariatu Desy, mieści się pub Lorneta z Meduzą, bo Mariacka się w ostatnich latach znowu zmieniła. Nie ma już ruchu kołowego i powstał ładny deptak z mnóstwem różnych barów, piwniczek, kawiarń i ogródków letnich, ogrzewanych zimą, gdzie można się kulturalnie zrelaksować po pracy, albo nużących wykładach na uczelni. Tylko po piątej lornecie, albo siódmym kuflu ta kultura odpryskuje, jak źle położony lakier z samochodowego błotnika i wtedy ludzie robią różne niemądre rzeczy. Lokatorzy domu przy ul. Mariackiej 5 skarżą się, że często nad ranem, kiedy zamykają pub, jego goście dzwonią domofonem do ich mieszkań i bełkoczą, że mają chęć.

Niemożliwe, żeby to byli dawni klienci burdelu, tak długo libido nie żyje, może więc są to ich synowie, wnukowie, albo nawet prawnukowie, którzy w schedzie po swoich ojcach odziedziczyli ten adres. Dawni klienci byli zadowoleni z cen oraz jakości usług i czasami taka laurka żyje dłużej niż laureat. A więc, mili panowie, radzę uważać na Mariackiej, zatrute strzały Amora latają tam gęsto, a porządnym kobietom mogę tylko doradzić, żeby na wszelki wypadek chodziły lewą stroną, tak szybko, na ile potrafią. Może również dobrze byłoby, gdyby proboszcz miejscowego kościoła odprawił na Mariackiej stosowne egzorcyzmy, nie wiadomo, czy pomogą, ale na pewno nie zaszkodzą. O tej ulicy jeszcze będzie, w przyszłym wpisie.

Z wolnej stopy 21

Zbigniew Milewicz

Pamięci obrońców Daugavpils

Nasi korespondenci zagraniczni nie próżnują. Aina Jakovele z Łotwy przysłała mi jeszcze ciepłą informację o odsłonięciu pomnika dowódców kampanii łatgalskiej, o której pisałem w materiale Polacy nad Dźwiną z 26 sierpnia b.r. Pomnik, przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego oraz generałów Edwarda Rydza-Śmigłego, Janisa Balodisa i Peterisa Radzina powstał w Parku Wolności w Daugavpils, wpisując się pięknie we wspólne, łotewsko-polskie obchody odzyskania niepodległości. Uroczystość miała miejsce 15 listopada i była celebrowana przez przedstawicieli władz wojskowych i państwowych obydwu krajów.

Czytelników zainteresowanych szczegółami operacji wojennej sprzed stu lat, przeprowadzonej w ramach wojny polsko–bolszewickiej, odsyłam do tego wpisu. Dzisiaj natomiast chętnie przytoczyłbym słowa marszałka Piłsudskiego, który powiedział: „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym”. Przypomniano je przy odsłonięciu pomnika, bo pod Łatgale armia łotewska i polska straciły kilkuset żołnierzy, kilkuset kolejnych zostało ciężko rannych a kilkudziesięciu zaginęło. Igor Prelatov, przewodniczący Rady Miasta Daugavpils, czyli Dyneburga, wyrażając wdzięczność ludziom, którzy złożyli tę ofiarę, podkreślił , że minęło ponad 100 lat, a przedstawiciele Łotwy i Polski po raz kolejny stoją tu razem, co oznacza, że czas ich zjednoczył i współpracują ze sobą coraz bliżej. Nic nie cementuje przyjaźni narodów tak mocno, jak wspólne bitwy, wspólne straty i wspólne zwycięstwa – mówili kolejni oratorzy. Oczywiście, akcentowano również obecne, wielkie znaczenie Sojuszu NATO dla obronności Łotwy i Polski oraz fakt, że nasi żołnierze ze sobą współpracują w ramach różnych, konkretnych zadań. Polscy żołnierze są również obecni w łotewskiej grupie bojowej, aby zademonstrować nie tylko pozycję i jedność sojuszu wojskowego, ale także zjednoczenie obu narodów poprzez przyjaźń” – stwierdzono.

Pomnik dowódców kampanii Łatgale wykonano ze specjalnego metalu – cortine; autorem jest Romuald Gibovsky. Cortin nie potrzebuje malowania. Z czasem nabiera charakterystycznego, rdzawego odcienia, który pasuje do tego środowiska, pobliskiej kolei, budynków i wydarzeń z przeszłości. Koszt produkcji i montażu pomnika wyniósł ok. 20 tysięcy euro; pokrył go polski fundusz wspierający Polaków na Wschodzie.

Zdjęcia z gazety Latgales laiks.

A tu tekst po łotewsku:

Atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem

Polijas un Latvijas neatkarības gadadienas svinību ietvaros svētdien, 15. novembrī pl. 12.00, Daugavpilī, Brīvības parkā netālu no krusta kritušajiem poļu karavīriem, tika atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem – maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerālim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam, kuri vadīja kaujas, kurās Daugavpils tika atbrīvota no lieliniekiem.

Pirms vairāk nekā simts gadiem Latgalē sākās Polijas un Latvijas armijas kopīgā uzbrukuma operācija “Ziema” ar mērķi padzīt Padomju Krievijas lieliniekus. Polijas un Latvijas valstu vadītāji secināja, ka, tikai darbojoties kopīgi, valstīm izdosies aizsargāt savu suverenitāti.

1919. gada 30. decembrī Polijas militārais atašejs Rīgā pulkvedis Aleksandrs Miškovskis, Latvijas Bruņoto spēku virspavēlnieks ģenerālis Jānis Balodis un Latvijas armijas virspavēlnieka štāba priekšnieks ģenerālis Pēteris Radziņš parakstīja vienošanos par sadarbību. Lēmumu par Polijas iesaisti karadarbībā pašos Latvijas austrumos pieņēma Polijas valsts vadītājs maršals Juzefs Pilsudskis.

3. janvārī Polijas un Latvijas spēki ģenerāļa E. Ridza-Smiglija un Latvijas armijas Galvenā štāba vadībā stājās cīņai ar iebrucēju. Kopumā kaujās iesaistījās ap 20 000 Latvijas armijas un 35 000 Polijas armijas karavīri. Gaisa temperatūra janvārī bija noslīdējusi līdz -30 °C atzīmei. Daugavpils tika atbrīvota jau pirmajā uzbrukuma dienā. (…)

“Poļi vēlas neatkarību un vēlas, lai tā maksātu tikai divus grašus un divus asins pilienus. Taču neatkarība ir ne tikai vērtīga, bet arī dārga,” kādreiz teicis Polijas armijas virspavēlnieks Juzefs Pilsudskis. Latgales atbrīvošanas kaujās Latvijas un Polijas armija zaudēja vairākus simtus karavīru, vēl vairāki simti tika smagi ievainoti, bet vairāki desmiti karavīru pazuda bez vēsts.

Daugavpils domes priekšsēdētājs Igors Prelatovs, uzrunājot klātesošos, pauda pateicību tiem, kas savulaik palīdzēja Latvijai aizstāvēt savu suverenitāti. “Ir pagājuši vairāk nekā 100 gadi un Latvijas un Polijas pārstāvji atkal stāv šeit kopā, kas nozīmē, ka laiks mūs ir apvienojis un mūs sadarbība kļūst aizvien ciešāka,” uzsvēra Igors Prelatovs.

Turpinājumā klātesošos uzrunāja arī Polijas pagaidu pilnvarotā lietvede Latvijā, konsule Malgožata Heiduka-Gromeka.

Latvijas Nacionālo Bruņoto spēku komandieris ģenerālis Raimonds Graube klātesošajiem atgādināja senu patiesību, ka nekas neuztur tautu draudzību tik stipri kā kopējas kaujas, kopēji zaudējumi un kopējas uzvaras. Turpinājumā viņš nolasīja Latvijas aizsardzības ministra Arta Pabrika vēstuli.

Zemessardzes 3. Latgales brigādes komandieris pulkvežleitnants Oskars Purmalis nolasīja NBS komandiera ģenerāļa Leonīda Kalniņa vēstuli, kurā viņš pauž pārliecību, ka Latvijas un Polijas militārā savienība nav formāls dokuments, bet gan radīta uz izcila vēsturiskas draudzības apliecinājuma. “Arī patlaban Polijas karavīri atrodas Latvijas kaujas grupas sastāvā, lai demonstrētu ne tikai militārās alianses nostāju un vienotību, bet arī abu nāciju savienību caur draudzību,” vēstulē norādījis Leonīds Kalniņš.

Pasākumā tika nolasīta arī Polijas kultūras ministra Pjotra Gļinska un Polijas armijas ģenerālštāba komandiera ģenerāļa Raimonda Andžeičaka vēstule. Pēc apsveikuma uzrunām un vēstuļu nolasīšanas Igors Prelatovs un Malgožata Heiduka-Gromeka atklāja pieminekli, kam sekoja ziedu nolikšana.

Piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem — maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerāim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam ir izgatavots no speciāla metāla — kortēna. Tā autors ir Romualds Gibovskis.

Kortēnam nav nepieciešama krāsošana. Ar laiku tas iegūs rūsai līdzīgu nokrāsu, kas piestāvēs šai videi, tuvumā esošajam dzelzceļam, ēkām un to tālo dienu notikumiem. Pieminekļa izgatavošanas un uzstādīšanas izmaksas ir teju 20 000 eiro, tās sedz Polijas fonds, kas atbalsta Austrumu zemēs dzīvojošos poļus.

 

Burnum Burnum

Lech Milewski

26 stycznia 1988 roku Australia obchodziła uroczyście 200 lat… hmmm, trochę trudno
powiedzieć czego… Australii.
Obchody 200-lecia były huczne, pamiętam że przybył też polski statek szkoleniowy Dar
Młodzieży.
Nikt nie zauważył, że tego samego dnia, na skałach Dovru, aborygeński aktywista Burnum
Burnum ogłosił swoją deklarację: KLIK.

Oto dość swobodne tłumaczenie:

Ja, Burnum Burnum, szlachetnie urodzony mieszkaniec starożytnej Australii, biorę Anglię w
posiadanie na rzecz Ludu Aborygeńskiego.
Roszcząc sobie prawo do tej kolonialnej placówki, nie zamierzamy wyrządzić tubylcom żadnej
krzywdy, lecz wprowadzić tu dobre maniery, wytworność i dać szansę nowego startu.
Dlatego wizerunek Aborygeńskiej twarzy ukaże się na waszych monetach i znaczkach, aby
zaznaczyć naszą suwerenność w tym dominium.
Dla bardziej zaawansowanych wprowadzimy tu złożony język Pitjatjajara, nauczymy ich, jak
nawiązać duchowy kontakt z Ziemią i jak przygotować posiłek z tego, co można znaleźć w lesie..
Nie zamierzamy konserwować głów 2.000 waszych ludzi ani wystawiać publicznie szkieletów
waszych królów, jak to zrobiono z naszą królową Truganini, nie zamierzamy zatruć waszych wód, ani podrzucać wam strychniny.
Opierając się na naszej trwającej 50.000 lat tradycji, stwierdzamy konieczność zachowania rasy kaukaskiej z powodu naszego zainteresowania starożytnością i możemy chcieć zmierzyć wasze czaszki, by określić poziom inteligencji. Natomiast obiecujemy nie sterylizować waszych kobiet ani nie zabierać dzieci rodzicom.
Zobowiązujemy się nie stworzyć uzależnienia waszego społeczeństwa od rządowych zasiłków, lecz zapewnimy korzystanie z wszelkich pożytków aborygeńskiej równości.
Po dwustu latach zawrzemy z wami układ na drodze pokojowej, nie zaś przez podbicie.
Na koniec, uroczyście obiecujemy, że nie przekształcimy Anglii w kopalnię, nie będziemy eksportować Waszych minerałów do Australii, nie zniszczymy też trzech czwartych Waszych drzew, lecz poprzemy akcję Naprawy Ziemi, aby zjednoczyć ludzi, społeczności, religie i narody we wspólnym, produktywnym i pokojowym celu.

Burnum Burnum

Spójrzmy bliżej na kilka spraw —

Autor Deklaracji ​ – Burnum Burnum – urodził się w 1936 roku jako Harry Penrith. Jego rodzice zmarli, gdy był małym dzieckiem. Wiele lat spędził w rządowych domach dziecka, po czym rozpoczął pracę w urzędach rządowych.
Przyjął nazwisko swojego dziadka ze strony matki. Wyróżniał się w grze w krykieta i rugby.
W latach 60 ubiegłego wieku studiował na uniwersytecie na Tasmanii. Otrzymał stypendium W. Churchilla na studia społeczności aborygeńskich. W wieku 50 lat wystąpił w kilku filmach.
Głównym nurtem jego życia była praca w instytucjach zajmujących się sprawami Aborygenów.
Zmarł w roku 1997.

Najwięcej rozgłosu przysporzyła mu Deklaracja, będąca tematem tego wpisu.

Treść Deklaracji  – wydaje mi się, że kilka punktów zasługuje na wyjaśnienie.

* Wzięcie Australii w posiadanie ​ –
Czy Anglia wzięła Australię w posiadanie?
Z formalnego punktu widzenia sprawa nie jest oczywista.
Po pierwsze: początek sprawy to rok 1770 – wizyta kapitana Cooka.
Kapitan Cook dostał polecenie sprawdzenia, czy wielki ląd rzeczywiście istnieje, czy ma jakiś ekonomiczny potencjał i, jeśli jest zamieszkały, nawiązania kontaktu z tubylcami i za ich zgodą wzięcie w angielskie posiadanie dogodnych pozycji.
Więcej na ten temat, ale w żartobliwej formie, pisałem na tym blogu ​TUTAJ​.
W roku 1788, kapitan Filip polecił wznieść brytyjską flagę i nazwał tereny (wschodnie wybrzeże) kolonią Nowa Południowa Walia.
W następnych latach identyfikowano dalsze tereny, początkowo włączano je do Nowej
Południowej Walii, później nadano im status kolejnych kolonii. Każda miała swojego
gubernatora, który podlegał angielskiemu monarsze.
Australia jako jedna jednostka administracyjna powstała w 1900 roku, już jako niepodległe
państwo.
Warto wspomnieć, że to państwo ignorowało istnienie Aborygenów, prawa obywatelskie
uzyskali dopiero w roku 1948, prawo głosu w 1962 roku.

* Język Pitjantjatjara ​ –
Australijscy Aborygeni posługują się ponad 300 językami, język Pitjantjatjara jest drugim
najpopularniejszym – używa go około 3.100 osób.
Żaden z aborygeńskich języków nie miał swojego pisma. Języków aborygeńskich uczy się w szkołach komunalnych, od kilkunastu lat również w szkołach stanowych. W roku 2019 w stanie Wiktoria uczyło się ich 1.867 uczniów.

* 2000 aborygeńskich czaszek, królowa Truganini –
W drugiej połowie XIX wieku Australią zainteresowali się antropologowie. Przyczyniły się do tego teorie, że Aborygeni są brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji. W rezultacie wiele muzeów w Europie prezentowało aborygeńskie czaszki.
Istotna sprawa to fakt, że według Aborygenów zmarli powinni być pozostawieni w absolutnym spokoju. Nie powinno się wspominać ich nazwisk, ani prezentować ich wizerunków. Obecnie w czołówkach filmów wyświetlane są ostrzeżenia, jeśli ta zasada nie została zachowana.
Pod koniec XX wieku rozpoczęto energiczną akcję odzyskiwania tych “zabytków”. Najdłużej opierało się British Museum.
Truganini była córką przywódcy jednego z plemion tasmańskich. Została wykorzystana w
akcji tworzenia przez Anglików zamkniętych rezerwatów dla Aborygenów. Sama zmarła w takim rezerwacie. Wbrew jej woli jej zwłoki zostały ekshumowane i jej szkielet wystawiono w gablocie w muzeum. W 1976 roku Burnum Burnum odzyskał je i zorganizował kremację.

* Zatrucie wody, podrzucanie trucizny –
Kolonizatorzy nie próbowali nawiązać kontaktów z Aborygenami. Zajęli ziemię, a następnie, w miarę wyzwalania skazańców, przydzielali im spore działki ziemi i zostawiali wolną rękę.
Wyzwoleńcy brali się do roboty i okrutnie traktowali kogoś, kto chciał im przeszkodzić.
Do największych konfliktów doszło chyba na Tasmanii, gdzie gęstość zaludnienia zarówno
Aborygenów jak i wyzwoleńców była największa.
Tam właśnie doszło do masowego podrzucania trucizny. Anglicy widzieli tylko jedno rozwiązanie – zamknięcie Aborygenów w rezerwatach na otaczających Tasmanię wyspach.

* Zabieranie dzieci​ –
Intencje były dobre.
Angielscy kolonizatorzy a potem władze niepodległej Australii nie widzieli szansy na integrację Aborygenów. Pozostawienie ich na marginesie lub w rezerwatach oznaczało całkowite zmarnowanie dzieci.
W tej sytuacji zabranie dzieci do ośrodków wychowawczych wydawało się dobrym
rozwiązaniem.
Ośrodki zapewniały podstawową edukację i pomagały w znalezieniu zatrudnienia.

* Akcja Naprawy Ziemi​ –
Akcja znajduje się w stadium początkowym. Nie tylko w Australii.

* Sytuacja obecna –
Jest tak pokręcona, że nie czuję się na siłach jej przedstawić.
Na poziomie rządu federalnego istotna/główna sprawa to specjalne uhonorowanie Aborygenów w konstytucji. Generalnie zgodzono się, że powinno być, ale od wielu lat nie sprecyzowano, co to miałoby być.

Z wolnej stopy 20

Zbigniew Milewicz

Miało być dobrze…

Niepodległość Polski, wywalczona 102 lata temu, była jak górniczy urobek, opłacony ludzkim znojem i życiem. Można było z niego zrobić diament. Premier nowo utworzonego rządu, socjalista i piłsudczyk, Jędrzej Moraczewski z euforią wtedy pisał: Po 120 latach prysły kordony! Nie ma ich! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili (…). Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swoim życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast, robotnik, urzędnik porzucał pracę. Chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów.

Równocześnie od pierwszych dni wolności główne siły polityczne kraju spierały się o własne zasługi w dziele odbudowy niepodległości i każda z nich inaczej przedstawiała prowadzące do niej drogi i same początki państwowości. Narodowi demokraci lansowali pogląd, według którego o swym losie polityczno-państwowym zadecydował sam naród polski, nie tylko zachowując w okresie ponad stuletniej niewoli tożsamość, ale jeszcze umacniając swe dążenia niepodległościowe i wolę odbudowy państwowości. Naturalnie, główną zasługę przypisywali sobie, dowodząc, że ich koncepcja wiązania przyszłości Polaków z polityką państw Ententy przyniosła pozytywne rezultaty. Negowali jednocześnie heroistyczno-elitarną interpretację procesu odbudowy niepodległości Polski upowszechnianą przez piłsudczyków, którzy głównie w czynie legionowym widzieli przyczynę odzyskania wolności.

Inne ugrupowania – zwłaszcza konserwatyści – uwypuklali znaczenie działań dyplomatycznych i roli mocarstw zachodnich, przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast środowiska chrześcijańsko-demokratyczne bardziej skłaniały się do opinii narodowo-demokratycznej i zwracały uwagę na udział Kościoła katolickiego w rozbudzaniu aspiracji narodowych Polaków. Opinii tych nie podzielali  z  kolei socjaliści i ludowcy, eksponując znaczenie warstw plebejskich – robotników i włościan – jako tych, które poniosły największą ofiarę w procesie spełniania się marzeń wolnościowych wielu pokoleń Polaków. Wypisz, wymaluj spierano się o ojcostwo sukcesu, równie usilnie, jak dzisiaj o to, kto ma wypierdalać: rząd z politycznej sceny, czy demonstranci z ulicy? Do dnia dzisiejszego jeszcze wrócę, chciałem tylko zwrócić uwagę na długą tradycję brudnych walk politycznych o władzę w Polsce, których symbolem jest Targowica. Marzenie socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego się spełniło, pozbyliśmy się cudzych pijawek, ale przecież szybko wyhodowaliśmy własne.

Zarówno pod rządami Narodowej Demokracji, jak i później sanacji rosła zasobność krajowych, gospodarczych elit, ale także proletariacka bieda i nie można jej było przypisać wyłącznie wojnie z bolszewikami. Wśród urzędników państwowych szerzyła się korupcja na taką skalę, że kodeks karny przewidywał za nią nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. O ile się jednak nie mylę, sądy II RP (poza wojskowymi) nigdy jej w tych sprawach nie orzekły, choć nie należały do rzadkości samosądy, dokonywane przez zdesperowanych obywateli na winnych różnych nadużyć i wtedy Temida ferowała zwykle łagodne wyroki. Myślę, że rozumiem tę prawniczą wstrzemięźliwość. Sędzia sam jest urzędnikiem i gdyby tak komuś udało się go skorumpować (czysto teoretycznie oczywiście rozumując), to inny sędzia mógłby go kazać kropnąć, a znowu tego drugiego jakiś trzeci wysłałby pod ścianę… W końcu zabrakłoby sędziów. Nie po to ciężko studiowali prawo, żeby gryźć ziemię, kawior lepszy. Ich obecni następcy pewnie są podobnego zdania.

Po latach kolejnej wojny, jeszcze okrutniejszej niż pierwsza, komuna w Polsce hodowała swoje pijawki. Później miało być już tylko lepiej, a jest tak, że prawnukowie komunardów z 1905 roku formują na ulicach nowe demonstracje, w obronie swojej wolności i godności osobistej a przeciw nadużyciom obecnej władzy. Są to ludzie przeważnie młodzi, jak dawni studenci z Marca 68, których pacyfikowali milicjanci wspólnie z ORMO – ochotnikami spośród partyjnych aktywistów. Ci mają przeciw sobie oddziały policji i kiboli. Nami, z marca, kierowali tzw. komandosi z grupy Michnika, wypierdalacze robią to, czego chce PiS-owska opozycja. Osobiście jestem bezpartyjny, nie trzymam żadnej strony i nie wiem, kto wygra w tej grze, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę wskazać przegranego – szeregowego demonstranta.

Piszę to na własnym przykładzie. Przyłożyłem się w jakimś stopniu do zmiany ustroju w Polsce, ale nigdy nie poprawiłem sobie przez to życia, wręcz przeciwnie, tylko na tym straciłem. Po 68 roku, ze stempelkiem nieprawomyślnego w papierach nie zrobiłem oszałamiającej, zawodowej kariery, a kiedy przyszedł czas Solidarności, miano mnie już za recydywistę i w końcu dostałem wilczy bilet w prasie. O Michniku tego powiedzieć nie można, ale mu nie zazdroszczę jego Wyborczej. W każdej wojnie są żołnierze, którzy w imię jakichś ideałów o coś walczą i dowódcy, którzy później odcinają sobie z tego kupony. Pierwsi nadstawiają karku, drudzy pierś pod ordery. Kiedy mój dziadek pod koniec swojego życia powiedział mi, że właściwie żałuje, że walczył w trzecim powstaniu śląskim o Polskę, nie rozumiałem tego. Tej nagłej, jak mi się wtedy wydawało, utraty etosu; dzisiaj, kiedy mam już jego lata, przypuszczam, że stopniowo dojrzewał do tego przeświadczenia, pod którym też mógłbym się podpisać.