Robinson jako Sancho Pansa

Książka wcale nie o otchłaniach, ale o wyspach. Patronują jej po kolei czterej bohaterowie literaccy.
Zaczyna się jak Robinson Crusoe, rozwija się jak pod rządami Prospera w Burzy Szekspira, staje się opowieścią o Baratarii Sancho Pansy (Don Kichot Cervantesa), aby wreszcie porzucić ideologię białych mężczyzn i zamienić w wyspę Ariela.

Wyspa Robinsona

Robinson robi to, co robi każdy człowiek, który jest zdany tylko i wyłącznie na siebie. Dokonuje inspekcji wyspy, ratuje z rozbitego statku, co tylko da się uratować, podejmuje próby wydostania się z pułapki, a jednocześnie zdobywa pożywienie, tak jak to czyniły w przeszłości liczne ludy. Najpierw żywi się płodami zbieractwa, potem rybołówstwa, wreszcie myślistwa, aż nadchodzi moment, że jakieś zwierzę zostanie udomowione (w przypadku Robinsona była to koza), a zboże (z zapasów okrętowych) posiane. Kończy się starsza epoka kamienia, czyli paleolit, nadchodzi czas neolitu. Władzę na wyspie przejmuje Prospero, władca, którego imię znaczy Powodzenie.

Wyspa Prospera

Zapiski z dziennika Robinsona:

“Od tej chwili będę posłuszny następującej zasadzie: każda produkcja jest twórczością, a więc jest dobra. Każda konsumpcja jest destrukcją, jest więc zła. Prawdę mówiąc sytuacja, w jakiej się znajduję, podobna jest w gruncie rzeczy do położenia moich rodaków, którzy przybijają co dzień na statkach do brzegów Nowego Świata. Oni również muszą się podporządkować zasadzie gromadzenia. I dla nich strata czasu jest zbrodnią, a spieniężenie czasu – główną cnotą. Gromadzić pieniądze! Znowu przypomina mi się moja nieszczęsna samotność! Póki sieję i zbieram, wszystko jest w porządku. Ale zło zaczyna się, gdy mielę ziarno i piekę ciasto, ponieważ wtedy pracuję tylko dla siebie. Osadnik amerykański może bez wyrzutów sumienia doprowadzić do samego końca proces tworzenia chleba, gdyż sprzeda go, a pieniądze, które zgromadzi w kufrze, będą zmaterializowanym czasem i pracą. Mnie niestety przeklęta samotność pozbawia możliwości korzystania z pieniędzy, których mam przecież w bród!

Dzisiaj dopiero mogę zmierzyć głupotę i złośliwość tych, którzy obrzucają kalumniami boski wynalazek, jakim jest pieniądz! Pieniądz uduchowia to, z czym się styka, nadając wszystkiemu wymiar racjonalny i uniwersalny zarazem, gdyż dobra zamieniane na pieniądze są potencjalnie dostępne wszystkim ludziom. Sprzedajność jest jedną z głównych cnót. Człowiek interesu potrafi stłumić w sobie śmiercionośne aspołeczne instynkty, takie jak poczucie honoru, miłość własna, patriotyzm, ambicje polityczne, fanatyzm religijny, rasizm, a dopuścić do głosu tylko skłonność do współpracy, zamiłowanie do owocnej wymiany i zmysł ludzkiej solidarności. Należy rozumieć dosłownie wyrażenie „złoty wiek” i jestem przekonany, że ludzkość już dawno by go osiągnęła, gdyby kierowali nią wyłącznie ludzie interesu. Niestety historię tworzą przeważnie ludzie bezinteresowni, a wtedy wszystko niszczy ogień i krew leje się strumieniami. Spasieni kupcy weneccy są przykładem gnuśnego szczęścia, jakiego zaznaje państwo rządzące się wyłącznie zasadą zysku, podczas gdy wychudłe wilki inkwizycji hiszpańskiej ukazują nam, do jak haniebnych czynów zdolni są ludzie, którzy stracili zainteresowanie dobrami materialnymi. Hunowie zatrzymaliby rychło swój szaleńczy pochód, gdyby umieli korzystać ze zdobytych bogactw. Obciążeni zdobyczą, osiedliby na jednym miejscu, aby się nią nasycić, i wszystko wróciłoby do naturalnego stanu. Niestety były to bezinteresowne bestie. Pogardzali złotem. I dlatego parli naprzód niszcząc wszystko po drodze.”

Robinson starał się żywić byle czym, jednocześnie cały wysiłek wkładając w wykorzystanie zasobów wyspy. Wykarczował i obsiał całe hektary lasów i łąk, zasadził pole rzepy, rzodkwi i szczawiu, gatunków sporadycznie występujących na południu; zabezpieczył przed ptakami i owadami plantacje palm, postawił dwadzieścia uli, w których zamieszkały pierwsze pszczoły. Wykopał przy brzegu morza zbiorniki ze słodką i słoną wodą i hodował w nich leszcze, koniki morskie, a nawet homary. Zgromadził olbrzymie zapasy suszonych owoców, wędzonego mięsa, solonych ryb oraz serków, twardych i suchych jak kreda, które można było przechowywać w nieskończoność. Wpadł wreszcie na sposób wytwarzania czegoś w rodzaju cukru, mógł teraz robić konfitury i dżemy z owoców smażąc je w cukrze. Odkrył mianowicie palmę, z której pnia, grubszego w połowie wysokości niż u podstawy i u wierzchołka, wyciekał niezwykle słodki sok. Powalił jedną z tych palm, obciął jej koronę, a wtedy sok trysnął z samego wierzchołka. Płynął tak całymi miesiącami dzięki temu, że Robinson codziennie rano odcinał świeży kawałek pnia, którego pory prędko się zatykały. Z tego jednego drzewa uzyskał dziewięćdziesiąt galonów melasy, która powoli tężała zamieniając się w wielki słodki placek.

Zacząwszy od szaleńczego gromadzenia zapasów, do czego wykorzystał jaskinię, Robinson powoli zbudował wszystko, co było jego zdaniem świadectwem, że mimo iż samotny na bezludnej wyspie, w towarzystwie jedynie psa okrętowego, jest członkiem cywilizacji białego człowieka - dom, świątynię, siedzibę władcy. Człowiekiem, który ma przestrzegać prawa boskiego i ludzkiego, pracować, bogacić się, czynić ziemię sobie poddaną, pomnażać dobra i je oszczędzać

Z biegiem czasu dom stał się dla niego czymś w rodzaju muzeum człowieczeństwa i kiedy tam wchodził, miał zawsze wrażenie, że dokonuje jakiegoś uroczystego aktu. Ustanowił nawet taki zwyczaj po rozpakowaniu ubrań przyniesionych z „Virginii” (a niektóre z nich były bardzo piękne), że zawsze przed wejściem do domu ubierał się – wkładał krótkie spodnie, pończochy i trzewiki – tak jakby składał wizytę najlepszej cząstce samego siebie.
Spostrzegł później, że ze środka domostwa widać słońce tylko w pewnych godzinach dnia i doszedł do wniosku, że przydałoby się postawić tam zegar lub jakieś urządzenie do stałego pomiaru czasu. Po kilku próbach postanowił skonstruować coś w rodzaju prymitywnej klepsydry. Był to po prostu gąsior z przezroczystego szkła z wywierconą w podstawie małą dziurką, przez którą woda ściekała kropla po kropli do skórzanej kadzi ustawionej na ziemi. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach gąsior opróżniał się. Robinson zrobił na nim dwadzieścia cztery równoległe rysy i przy każdej postawił rzymską cyfrę, dzięki czemu poziom płynu wskazywał czas. Klepsydra była dla Robinsona źródłem ogromnej pociechy. Słysząc dzień i noc regularne kapanie kropli spadających do kadzi, myślał z dumą, że czas nie wpada już wbrew jego woli w ciemną otchłań, że uregulował go, ujarzmił, jednym słowem obłaskawił, tak jak to miało się stać stopniowo z całą wyspą dzięki sile woli jednego człowieka.

Dziennik:

Odtąd, śpię czy czuwam, piszę czy gotuję, mój czas odmierzany jest przez monotonne, niepowstrzymane, obiektywne, dokładne, dające się kontrolować kapanie: tik tak. Jakże jestem spragniony tych przymiotników oddających zwycięstwo nad siłami zła! Chcę i żądam, aby odtąd wszystko wokół mnie było odmierzone, dowiedzione, poświadczone, matematyczne i racjonalne. Trzeba będzie przystąpić do pomiarów wyspy, sporządzić pomniejszony obraz wszystkich jej ziem w rzucie horyzontalnym i wciągnąć te dane do katastru.
Chciałbym, aby każda roślina miała swoją tabliczkę, a każdy ptak swoją obrączkę, aby każdy ssak został naznaczony rozpalonym żelazem. I nie spocznę, dopóki ta nieprzenikniona, niezgłębiona wyspa, pełna tajemnego wrzenia i złowieszczego niepokoju, nie przekształci się w konstrukcję abstrakcyjną, całkowicie przejrzystą i czytelną na wylot! (…)

Barataria, wyspa Sancho Pansy

Nazajutrz Robinson położył podwaliny pod Muzeum Miar i Wag. Zbudował je w formie pawilonu, z najodporniejszych materiałów, jakie tylko mógł znaleźć: z płyt skały jaspisowej i bloków granitu. Umieścił tutaj na czymś w rodzaju ołtarza – zamiast bożków – i na ścianach – niczym eksponaty rozumowego rynsztunku – wzorce cala, stopy, jardu, kabla, kwarty, miarki, korca, galonu, drachmy, uncji i funta.

W dniu tysięcznym swego kalendarza Robinson przywdział uroczysty strój i zamknął się w swoim domostwie. Zajął miejsce przed pulpitem, który obmyślił i wykonał tak, aby można było na nim pisać na stojąco, w postawie pełnej szacunku i skupienia. Następnie otworzył największą z ksiąg znalezionych na „Virginii”, z których drukowane litery spłukała morska woda, i zaczął pisać:

KONSTYTUCJA WYSPY SPERANZA USTANOWIONA TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Z inspiracji Ducha Świętego, przyjętej i posłusznie wypełnionej zgodnie z nauką czcigodnego brata George’a Foxa, Robinson Cruzoe, poddany Jego Królewskiej Mości Jerzego II, urodzony w Yorku 19 grudnia 1737, zostaje mianowany gubernatorem wyspy Speranza, położonej na Oceanie Spokojnym między wyspami archipelagu Juan Fernandez a zachodnim wybrzeżem Chile. Ma on wyłączną moc ustanawiania i wykonywania praw na całym obszarze wyspy oraz jej wód terytorialnych, tak jak mu podyktuje wewnętrzne światło.
ARTYKUŁ II. Mieszkańcy wyspy obowiązani są myśleć, jeśli to już czynią, na głos, wyraźnie wymawiając słowa.
Objaśnienie. Utrata zdolności mówienia na skutek nieposługiwania się mową to najbardziej upokarzające z grożących mi nieszczęść. (…)
ARTYKUŁ III. Zabrania się załatwiania swych naturalnych potrzeb poza miejscami przeznaczonymi do tego celu.
Objaśnienie. Umieszczenie tej instrukcji w artykule III kodeksu wyda się z pewnością zaskakujące. Dzieje się tak dlatego, że Gubernator ustanawia prawa, w miarę jak dają się odczuwać określone potrzeby, a w związku z rozprzężeniem zagrażającym mieszkańcom wyspy należy jak najszybciej narzucić im pewną dyscyplinę w tej dziedzinie życia, która najbardziej zbliża ich do stanu zwierzęcości.
ARTYKUŁ IV. W piątki obowiązuje post.
ARTYKUŁ V. Niedziela jest dniem wolnym od pracy. W sobotę o dziewiętnastej należy zaprzestać wszelkiej pracy na wyspie, a jej mieszkańcy obowiązani są przywdziać do kolacji najlepsze odzienie. W niedzielę rano o dziesiątej mają się zejść w świątyni na medytację religijną nad tekstem Pisma Świętego.
ARTYKUŁ VI. Prawo palenia tytoniu przysługuje wyłącznie Gubernatorowi wyspy. Może jednakże to czynić tylko raz na tydzień, w niedzielę po południu bieżącego miesiąca, co dwa tygodnie w następnym miesiącu, wreszcie raz na dwa miesiące.
Objaśnienie. Dopiero od niedawna nauczyłem się palić porcelanową fajkę i znajdować w tym przyjemność. Niestety zapas tytoniu w baryłce może wystarczyć tylko na pewien czas. Należy go więc w miarę możności oszczędzać, aby nie popaść w nałóg, którego niezaspokojenie stałoby się później źródłem cierpienia.

Robinson zamyślił się na chwilę. Potem zamknął księgę Konstytucji, otwarł inny tom, również czysty w środku, i napisał drukowanymi literami na pierwszej stronie:

KODEKS KARNY WYSPY SPERANZA USTANOWIONY TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Uchybienia wobec Konstytucji podlegają dwóm karom: określonej liczbie dni głodówki bądź przebywania w jamie.
ARTYKUŁ II. Wszelkie przebywanie w bajorze jest zabronione. Przestępcy karani będą dwukrotnie dłuższym pobytem w jamie.

(…)

ARTYKUŁ VII. Wyspa Speranza zostaje ogłoszona twierdzą. Oddana jest pod dowództwo
Gubernatora, który otrzymuje stopień generała. W godzinę po zachodzie słońca obowiązuje
„wygaszenie ognia”.
ARTYKUŁ VIII. Ceremonia niedzielna ma się odbywać również w dni powszednie.
Objaśnienie. Z rosnącym zagrożeniem zewnętrznym powinno zawsze iść w parze odpowiednie
zaostrzenie etykiety. Komentarz zbyteczny.

Przed Rezydencją Robinsona, Muzeum Miar i Wag, Pałacem Sprawiedliwości i świątynią wznosił się teraz wał obronny z otworami strzelniczymi, zbudowany z ziemi wydobytej z fosy, która liczyła dwanaście stóp głębokości, a dziesięć szerokości i zataczała szerokie półkole od jednej do drugiej ściany groty. Dwa muszkiety skałkowe i pistolet dwururka leżały nabite przy trzech środkowych otworach strzelniczych. W razie natarcia Robinson mógł utrzymywać napastników w przeświadczeniu, że nie jest jedynym obrońcą tego miejsca. Szabla szturmowa i siekiera również znajdowały się w zasięgu ręki, lecz było rzeczą mało prawdopodobną, aby kiedykolwiek doszło do walki wręcz, gdyż przestrzeń w pobliżu wału najeżona była różnego rodzaju pułapkami. Przede wszystkim była seria rozmieszczonych w szachownicę lejów ze sterczącymi w środku palami o ostrzach zahartowanych ogniem, przykrytych kępami trawy ułożonej na cienkiej kracie z trzciny. Następnie na polanie, na którą wychodziła ścieżka prowadząca od zatoki, a więc w miejscu, gdzie napastnicy prawdopodobnie zatrzymaliby się na naradę, zanim by ruszyli dalej, Robinson zakopał beczkę z prochem, którą za pomocą konopnego lontu można było wysadzić w powietrze z bezpiecznej odległości. Ponadto kładkę nad fosą podnosiło się od wewnątrz.
Prace fortyfikacyjne utrzymywały Robinsona w silnym podnieceniu, które miało wręcz znakomity wpływ na jego samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jeszcze raz przekonał się, że budowanie, organizowanie, ustanawianie praw to najlepsze lekarstwo na fatalne skutki nieobecności drugiego człowieka.
Co wieczór przed „wygaszeniem ognia” dokonywał obchodu w towarzystwie psa, który zdawał się rozumieć naturę niebezpieczeństwa zagrażającego jego panu. Potem odbywało się „zamykanie” fortecy. Kamienne bloki ustawione były w taki sposób, aby ewentualni napastnicy musieli wejść prosto na leje. Podnoszono „zwodzony most”, barykadowano wszystkie wejścia i rytuał „wygaszania ognia” dobiegał końca.
Robinson szykował kolację, nakrywał do stołu w swej Rezydencji i znikał w grocie. Po chwili wychodził stamtąd umyty, uperfumowany, uczesany, z przystrzyżoną brodą, ubrany w uroczysty strój.

Wyspa Ariela

Gdy pojawił się Piętaszek, uratowany z rąk wojowniczych Araukanów, pół Indianin, a pół czarnoskóry Afrykańczyk, Robinson, zgodnie z ideologią białych mężczyzn, uczynił z niego swego sługę i niewolnika. Piętaszek zgodził się na swoją rolę, nie rozumiejąc ani zasad, którym musiał się podporządkować, ani sensu ciężkiej pracy, którą musiał wykonywać. Za lenistwo i przewinienia groziły mu kary, ale były też nagrody – nagrodą było pół dnia wolnego od pracy.

A mimo to Piętaszek, samym swoim istnieniem, zaprzeczał istnieniu wyspy poddanej władzy gubernatora. O ile Robinson – Sancho Pansa – Gubernator był z gruntu istotą zrodzoną z żywiołu ziemi, jego sługa sięgał ku niebu, śpiewem, latawcem, żaglem, harfą eolską.

Było to zresztą zgodne z intuicjami Robinsona, który zapisał w dzienniku taką myśl:

Odcięty na wyspie, mógłbym się stoczyć do poziomu zwierzęcia, gdybym przestał wytwarzać, lub też przeciwnie, wytwarzając mogłem się stać czymś w rodzaju nadczłowieka, tym bardziej że społeczeństwo nie wytwarzało już dla mnie.
Dlatego też budowałem i nadal buduję, ale w rzeczywistości dzieło to dokonuje się na dwu różnych planach i w dwu przeciwnych kierunkach. Jeśli chodzi bowiem o moją działalność na powierzchni wyspy - rolnictwo, hodowlę, budownictwo, administrację, prawa itd., to podejmuję tu dzieło cywilizacji ściśle wzorowane na społeczeństwie ludzkim, a więc w jakimś sensie zwrócone ku przeszłości. Czuję jednak, że dokonuje się we mnie jakaś gruntowna ewolucja, że na gruzach, które pozostawia we mnie samotność, rodzi się nowe oryginalne rozwiązanie, mniej lub bardziej prowizoryczne, jeszcze niepewne, ale coraz słabiej przypominające pierwowzór człowieka, który je zrodził. Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, aby ich narastająca rozbieżność powiększała się bez końca. Nieuchronnie nadchodzi czas, kiedy odczłowieczony Robinson nie będzie już w stanie być gubernatorem i budowniczym uczłowieczonego państwa.

Tak też się dzieje, gdy lekkomyślny Piętaszek, pozostawiony na chwilę sam sobie, wysadza w powietrze wszystko, co latami nagromadził skrzętny Cywilizator. Robinson oddaje przywództwo Piętaszkowi, podobnie jak Prospero zostawił swoją wyspę Arielowi. Piotruś Pan wygrywa z piratami. Młodzi, beztroscy chłopcy przejmują świat z rąk ciężkich, ponurych i zasadniczych mężczyzn. Tatuś Muminka wsiada na łódkę i odpływa. Na wyspach pojawiają się dziewczęta, Pippi Langstrumpf, Wendy, Greta Thunberg.

A zakończenia i tak nikt nie przewidzi 🙂

Miłej lektury.

***

Dziękuję Pijusowi, w którego biblioteczce znalazłam tę książkę po angielsku.

Chodzenie po mieście: Hanami w Berlinie

Ela Kargol

Gałązka wiśni

Gdy ci się kiedyś przyśni
na przykład gałązka wiśni,
to wiedz,

że to znaczy szczęście –
bo wiśnia we śnie znaczy,
że koniec twej rozpaczy
i że będziesz szczęśliwy
coraz częściej. (…
)

Konstanty Ildefons Gałczyński

Gałązka kwitnącej wiśni nie musiała mi się przyśnić. Pewnego dnia wyszłam z domu i ją ujrzałam, wcale nie jedną, a kilkadziesiąt lub więcej, które wyrazistym różem przyciągnęły mój wzrok.

Do najbliższej alejki kwitnących wiśni mam kilkaset metrów. Franz-Cornelsen-Weg, ścieżka nazwana imieniem założyciela wydawnictwa podręczników szkolnych Cornelsen Verlag, łączy dwie większe ulice Dillenburger i Mecklenburgischer Straße, i graniczy z budynkiem wydawnictwa. Wiśnie kwitną między niekoszoną łąką i do niedawna małą kolonią ogródków działkowych. Ogródki działkowe zredukowano do kilkunastu, a w miejscu tych, których już nie ma, pną się mury do góry. Mam nadzieję, że balkony powstaną po wiśniowej stronie.

Berlin jest wiosną miastem kwitnącej wiśni. Oprócz znanej i licznie przez turystów odwiedzanej Alei Wiśniowej w Teltow właściwie w każdym zakątku miasta rozkwitają wiśniowe kwiaty. Hanami czyli oglądanie kwiatów japońskiej wiśni trwa w Berlinie od początku kwietnia do początku maja.

W Japonii kwiaty wiśni, zwane sakura, są nieodłącznym symbolem nadejścia wiosny. Mówi się, że przynoszą pokój i ukojenie w sercach ludzi. W 1990 roku po zjednoczeniu Niemiec, japońska stacja telewizyjna TV-Asahi zorganizowała zbiórkę pieniędzy na sadzenie japońskich drzew wiśniowych w Niemczech. Zebrano wystarczającą ilość pieniędzy na ponad 9000 drzewek, z których znaczna część trafiła do Berlina. Pierwsze drzewa posadzono w listopadzie 1990 r. przy moście Glienicke, symbolicznym miejscu podziału Niemiec. Dziś wiele drzew wiśniowych można znaleźć w dawnym pasie granicznym, ale także w parkach i przy instytucjach publicznych.

https://www.berlin.de/events/4375689-2229501-kirschbluetenfest-in-den-gaerten-der-wel.html

Pojechałam na Kreuzberg na konkretną ulicę, nazwaną na cześć komendanta miasta ulicą Komendacką (Kommandantenstraße). Komendant, Generalmajor Friedrich Wilhelm, Reichsgraf von Wylich und Lottum, mieszkał pod numerem 15. Pod numerem 63 mieszkał Fritz Flato, notariusz i prawnik zaangażowany i działający w Komitecie Naukowo-Humanitarnym (niem. Wissenschaftlich-humanitäres Komitee, WhK) – pierwszej na świecie organizacji działającej na rzecz poprawy sytuacji osób LGBT, założonej 15 maja 1897 roku przez Magnusa Hirschfelda. Z powodu żydowskiego pochodzenia Flato wyemigrował w roku 1935 do Nowego Jorku. Na emigracji nie mógł się odnaleźć i w roku 1949 popełnił samobójstwo. W miejscu, gdzie znajdował się dom rodzinny Flato, w roku 2011 stanęła stela upamiętniająca jego, jego rodzinę i miejsce. Wokół nie ma już przedwojennych domów, kamienic, wszystko zniszczyła wojna. Może dlatego widok kwitnących wiśni w tym miejscu jest próbą zadośćuczenienia za wojenne zniszczenia i zbrodnie.

Gdy dwa dni temu w bardzo miłej tureckiej kafejce przy Kommandantestrasse piłam drugie cappuccino, a płatki kwiatów wiśni wpadały mi prosto do kawy, pomyślałam jeszcze raz o słowach poety:

bo wiśnia we śnie znaczy, że koniec twej rozpaczy i że będziesz szczęśliwy coraz częściej

Myślałam też o przemijaniu, pamięci i niepamięci. Naprzeciwko kawiarni był kiedyś teatr, naprawdę ogromny, teraz w tym miejscu jest kamień upamiętniający, dość szary w swej szarości. Pierwszy raz przeszłam obojętnie obok niego, zapatrzona w róż kwitnących wiśni. Dopiero za drugi razem spojrzałam i z trudem przeczytałam szare litery na szarym tle.

Hier befand sich 1836 – 1941 das Theater des Jüdischen Kulturbundes.
Gezwungen durch das Berufsverbot, gründeten die Juden in Deutschland diese Selbsthilfeorganisation mit eigenen Orchestern und Ensembles für Oper und Operette, Schauspiel und Konzert.
Die Nazi-Behörden missbrauchten den kulturbund zur Überwachung der jüdischen Künstler und ihres Publikums, das nur aus Juden bestehen durfte. 1941 wurde der Kulturbund verboten. Fast alle, die hier arbeiteten, wurden in Konzentrationslagern ermordet.

W latach 1836-1941 mieścił się tu teatr Związku Kultury Żydowskiej.
Zmuszeni zakazem wykonywania zawodu, Żydzi w Niemczech założyli
tę samopomocową organizację z własną orkiestrą i zespołami operowym, operetkowym, dramatycznym i koncertowym.
Władze nazistowskie wykorzystywały organizację Kulturbund do kontrolowania żydowskich artystów i ich publiczności, która mogła składać się wyłącznie z Żydów. W 1941 roku Kulturbund został zdelegalizowany. Prawie wszyscy, którzy tu pracowali, zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych.

https://de.wikipedia.org/wiki/Gebr%C3%BCder-Herrnfeld-Theater

Doszłam do Alte Jacobsstraße, dalej już wiśnie nie kwitną, choć to droga muru jeszcze trochę ponad 30 lat temu dzielącego miasto. Wróciłam do początku ulicy Komendanckiej, tam gdzie się styka z ulicą Aleksandry (Alexandrinenstraße) i z Waldeckpark. Zawsze myślałam, że nazwa parku ma coś wspólnego z leśnym zakątkiem (Wald-Eck), a tu się okazało, że to „Park Waldka”. Benedikt Waldeck był niemieckim politykiem i jest uważany za jednego z czołowych lewicowych liberałów w Prusach w czasie rewolucji 1848/49 roku. Był jednym z głównych rywali politycznych Ottona von Bismarcka. Jego pomnik na dość wyeksponowanym miejscu powoli niszczeje. Przeszło 400 lat temu w tym samym miejscu znajdował się cmentarz choleryczny. Do dnia dzisiejszego zachował się dużo późniejszy już grób, zmarłego w roku 1832 Ernsta Ferdinanda Ayrera.

Waldeck spogląda na park i na kwitnące wiśniowe drzewa, których z roku na rok przybywa.

Innym miejscem różowych kwiatów wiśni jest rejon dworca przy Wollankstraße i przebiegająca tamtędy droga muru.

Stacja kolejki podmiejskiej Bahnhof Wollankstraße ze względu na swoje położenie, po wybudowaniu muru była obiektem szczególnym: Należała ona do zachodniej sieci S-Bahny, ale znajdowała się w ówczesnej dzielnicy Berlina Wschodniego – Pankow. Wyjście do sektora zachodniego było otwarte i znajdowało się bezpośrednio na linii granicznej, mogło być wykorzystywane przez pasażerów z części zachodniej bez kontroli. Informował o tym przechodniów znak umieszczony obok wejścia. Mur przebiegał bezpośrednio na wschód od stacji, a wejścia do Berlina Wschodniego były zablokowane. Początkowo z dworca roztaczał się widok na mieszkania w Berlinie Wschodnim, później na tzw. pas śmierci. W 1962 r. wzbudził on sensację, gdy po obniżeniu powierzchni peronu odkryto tunel ewakuacyjny, który został wykopany przez wiadukt S-Bahn od strony zachodniej.
https://de.wikipedia.org/wiki/Bahnhof_Berlin_Wollankstra%C3%9Fe

Tak długo, jak stał mur, stacja kolei miejskiej, Wollankstraße była jedynym przystankiem na północnej linii Gesundbrunnen w kierunku Heiligensee i Frohnau. Bezpośrednio przed północno-wschodnim wyjściem przebiegała “Kolonnenweg” (droga do patrolowania i nadzoru granicy). Dziś i ona jest obsadzona drzewami wiśniowymi i oznaczona kamieniem pamiątkowym. Nie wiem, czy to, że Wollankstraße leży na północy Berlina, ma jakikolwiek wpływ na to, że tamtejsze drzewa zakwitają dwa, trzy dni później i później przekwitają, a może jest to inny gatunek drzew wiśniowych niż te z Kreuzbergu i Schmargendorfu. Dobrze wiedzieć, że w różnych miejscach wiśnie różnie kwitną, ale prawie zawsze na różowo.

A więc spieszmy się oglądać świat na różowo, dopóki można i to bez różowych okularów.

Kobieta a nie Wenus

Ewa Maria Slaska

Taki filmik

Obejrzałam ten filmik i zrobiło mi się ciepło na sercu. Dowiedziałam się, że Wenus z Willendorfu i niezliczone wręcz inne figurki kobiece z okresu starszej epoki kamienia, produkowane masowo w Europie, z kości, gliny i kamienia – niekoniecznie były, jak to przypuszczali badacze sprzed stu lat, symbolami seksu i płodności – ba, padały nawet opinie, że były to obiekty pornograficzne – lecz, że nie można wykluczyć, że były to portrety ważnych kobiet. W filmie pada teza, że figurki te nie mogły być symbolem płodności i dzietności, już chociażby dlatego, że powstawały w okresie paleolitu, a więc w czasach, kiedy grupy plemienne wciąż wędrowały w poszukiwaniu żywności, bądź biegały, gdy musiały zabić zwierzę, a dzieci w tych wędrówkach raczej przeszkadzały i wcale nie były aż tak pożądane, jak w to dziś chętnie wierzymy.

W życiu grupy paleolitycznej nie było miejsca na symbole płodności. Kobieta z Willendorfu i wszystkie jej krewniaczki dostały imię Wenus, bo tak archeolodzy (biali mężczyźni) wyobrazili sobie ich “użyteczność”. Namalowane na ścianach jaskiń zwierzęta miały wspomagać łowców w ich pracy, czyli polowaniu, wyrzeźbione kobiety miały zapewnić im dużo potomstwa, a ich obfite kształty obiecywały przyjemności seksualne.

***

W potocznym wyobrażeniu starsza epoka kamienia to albo czas życia dzikich hord, albo życie “jaskiniowców”. Obie wizje powstały w XIX wieku i zostały “wdrukowane” w naszą zbiorową wyobraźnię podczas zaledwie kilkupokoleniowego procesu edukacji wg XIX wiecznych wzorów.

Serial Między nami jaskiniowcami dokładnie pokazuje, co sobie wyobrażamy na temat życia naszych przodków w starszej epoce kamienia. Kobiety zostają w domu i opiekują się dziećmi, mężczyźni, tak jak dziś, co dzień wychodzą na polowanie, tylko że dziś wychodzą z teczką na Wall Street, a kilkadziesiąt tysięcy lat temu udawali się z dzidą do puszczy.

Jaskinia to pierwowzór drobnomieszczańskiego domu jednorodzinnego, gdzie znajduje się wszystko, co jest potrzebne do życia, a “to wszystko” zapewnia polujący mężczyzna. Rodzina jest wielodzietna i samowystarczalna. Mężczyzna poluje, kobieta rodzi i gotuje.

Wszystko jako żywo przypomina ideał życia rodziny XIX-wiecznej. I XX-wiecznej. I XXI-wiecznej. Mama, tata, dzieci we własnym domu-jaskini. Dzieci jest dużo. Koło mamy siedzi kot, z tatą wróciły z polowania dwa psy.

Rodzina odżywia się zdrowo, zgodnie z zasadami diety paleo.

Tymczasem oczywiście wszystko było inaczej.

Plemię żyło razem i właściwie ciągle wędrowało. Grupy były większe niż pojedyncza rodzina, ale niewielkie, liczyły około 40 – 50 osób. Czasem, zwłaszcza w okresie polowania na wielkie zwierzęta, na przykład mamuty, trzy lub cztery grupy łączyły się ze sobą.

Podstawą pożywienia grupy ludzkiej było zbieranie i zjadanie wszystkiego, co udało się znaleźć po drodze – owoce, jagody, orzechy, szyszki, kłosy, ziarna, jajka, grzyby, ryby, małże, żaby, owady, myszy, węże, małe ptaki, porzucone przez stada śmiertelnie zranione zwierzęta.

Mięso upolowanej zwierzyny było rzadkim dodatkiem.

Polowanie nie było sprawą indywidualną, a łowca nie zabijał zwierzęcia bronią ręczną, stając z nim oko w oko. Polowało się biegnąc za stadem zwierząt, po to by oddzielić od stada jedno zwierzę, czasem jakąś niewielką grupkę, dwie, trzy samice z małymi. Podstawowym sposobem zabijania zwierzyny było zagonienie jej na śmierć, albo wpędzenie jej na urwisko, gdzie zwierzęta spadały, łamiąc nogi i kręgosłupy lub rozbijając sobie czaszki. Czasem gromada zdołała zwierzę ukamieniować. W biegu za zwierzętami brała udział cała grupa ludzka, również starcy i kobiety, tak, również te w ciąży lub z niemowlętami na plecach. Człowiek z oszczepem, niekoniecznie mężczyzna, mógł ewentualnie dobić zdychające zwierzę.

***


Kobietę z Willendorfu wykonano z kamienia ok. 30 tysięcy lat temu. Tę obok – to rzeźba z kości słoniowej – kilka tysięcy lat później (26-21 tysięcy lat temu). To pierwsza znana nam ludzka twarz!

***

Problemem paleolitycznych figurek kobiecych zajęły się trzy badaczki: Brigitte Röder, Sybille Wolf i Claudine Cohen. Doszły do wniosku, że były to portrety ważnych kobiet, może szamanek, może Wielkich Matek, może przywódczyń, mędrczyń, mistrzyń. Przedstawione kobiety wcale nie były młodymi płodnymi matkami, lecz przeciwnie – były stare. Stare i w naszym pojęciu nieforemne. Stare i w naszym pojęciu brzydkie. Cechy ich ciała wskazują, że miały już za sobą kilka porodów i klimakterium.

Czytam te zdania i czytam, i naczytać się nie mogę. Bo one są o mnie, o nas, o mnie i o moich przyjaciółkach, siostrach, kuzynkach. Mamy za sobą porody, dzieci i wnuki, choroby i klimakterium, mamy zmarszczki, obwisłe biusty, pomarańczową skórę, szerokie pupy i otyłość brzuszną.

Dlaczego nikt tego dotąd nie zauważył, że Wenus z Willendorfu to my, a nie dziewczyny z Tik Toka?

Cathalhoyuk w Turcji. Posąg Bogini Matki sprzed 9 tys. lat; fot. T. Oszubski

Myślę o tym, że może trzeba było, żeby kobiety z mojego pokolenia doszły do głosu również w sprawie starego ciała. Jesteśmy pokoleniem, które wprowadziło bardzo wiele do naszej wiedzy o nas i o świecie. Jak byłyśmy młode, upominałyśmy się o pacyfizm, feminizm, tolerancję dla homoseksualizmu, o prawo do nieuprasowanych spódnic i potarganych włosów, do wolnego seksu, muzyki i narkotyków. Potem dorosłyśmy. Zdobyłyśmy prawo urządzania domów po naszemu, gotowania z ziołami i picia wieczorem lampki czerwonego wina. Gdy zaczęłyśmy się starzeć, wprowadziłyśmy modę na siwe włosy i zaprotestowałyśmy przeciw lookizmowi. Osiągnęłyśmy bardzo wiele, ostatnio – prawo do otyłości. Teraz przyszła pora na przyznanie się, że jesteśmy po klimakterium i mamy nieforemne ciała. A mimo to jesteśmy coś warte. Ktoś nas kocha, lubi, szanuje, w myśli, w mowie, w sercu… Ktoś nas wyrzeźbił. Ktoś nas pokazał. Pierwszego człowieka. Kobietę. Może to zresztą my same nas same wyrzeźbiłyśmy.

To my, kobiety z Willendorfu.

Czy tak jest? Nie wiem. To taka sobie moja szurnięta hipoteza. Ale popatrzmy.

Brigitte Röder, pracownica Uniwersytetu w Bazylei, to rocznik 1961. Sybille Wolf z Uniwersytetu w Tybindze urodziła się w roku 1982, obie są młodsze ode mnie, jedna o 10 lat, druga o 30, ale, oho, trzecia z nich – Claudine Cohen z EHESS (École des Hautes Études en Sciences Sociales) w Paryżu, jest z roku 1951! Jest z mojego pokolenia!


Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (3)

Projekt okładki: Konrad Kozaczek

Ewa Maria Slaska,

Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.

Eli Kargol

Rozdział II: Zimna wojna (1945-1989)

Stefan dobrze pamiętał swój strach przed wojną. Pewnie odziedziczył go po mamie, która była Żydówką i ukrywała się przed Niemcami (Stefan jako dziecko tego nie wiedział, ale to jeszcze nie znaczy, że jeśli nie wiesz, to nie dziedziczysz czyjegoś strachu. Dziedziczysz.). Mógł to zresztą równie dobrze być strach taty, który już jako nastolatek był żołnierzem AK. Oboje rodzice po wojnie ukrywali swoją tożsamość i z lękiem myśleli o wojnie. I tej, co minęła, i tej, co w każdej chwili mogła nadejść. Tak straszyło radio i tak straszyła prasa, a przede wszystkim nie kończące się przemówienia na akademiach, zebraniach zakładowych, w harcówkach i na wieczornicach. Na razie wojna była zimna i Stefan wiedział, że codziennie wieczorem w radio podawano jej postępy. Najbardziej niebezpieczne były oczywiście zimne fronty przesuwające się ze Wschodu na Zachód. Stefan chował się wtedy pod stołem nakrytym obrusem i czekał, licząc na to, że zimne fronty przeminą. Czasem się modlił, bo na lekcji religii dowiedział się, że dobry Pan Bóg wysłuchuje modlitw dzieci. Jego kolega z klasy, Leszek, pomodlił się o rower i nie dostał, ale Stefan myślał, że Leszek może za mało się modlił i że pewnie trzeba się modlić długo, bo do nieba jest daleko. Modlił się długo i chyba pomogło, bo zimny front cały czas się przesuwał, czasem nawet padał śnieg, ale jednak wojny nie było.

Może ją odmodlił i dlatego nigdy nie nadeszła. W każdym razie kiedyś przestał się jej bać. W wojnę grało się na podwórku i może to był sposób na odczarowanie strachu. Wszystkie święte i straszne sprawy stają się z czasem coraz mniej święte i coraz mniej straszne, aż docierają do pokoi dziecinnych i na podwórka. Wołało się „wywołuję wojnę, wojnę…”, na przykład z Koreą albo z Francją, i można było Korei albo Francji odebrać spory kęs ich stanu posiadania.

Ale wojna, a w każdym razie przygotowania do niej, w PRL nie omijały żadnego mężczyzny. Na studiach przez trzy lata studenci chodzili na zajęcia w Studium Wojskowym, dziewczyny tylko na teorię, chłopcy jednak raz na tydzień zakładali mundur i szli na ćwiczenia z musztry, szkolenie ogniowe albo na poligon, gdzie kazano im się czołgać, forsować przeszkody, nacierać tyralierą na wroga i strzelać z kałasznikowów. Po studiach zaś i tak podlegali obowiązkowi służby wojskowej, choć tylko na rok, podczas gdy ich koledzy z podwórek, ci, którzy nie poszli jak oni do liceum, tylko do technikum albo zawodówki, po skończonej szkole mieli do odsłużenia dwa lata, a jeśli trafili do marynarki wojennej – nawet trzy. Byli z Gdańska, powołanie do marynarki wcale nie było rzadkie. Przymusowe wcielenia do służby wojskowej były też formą represji, na przykład za udział w protestach w marcu 1968 roku. Wielu kolegów Stefana powołano do wojska po Marcu, niektórzy nawet trafili do kompanii karnej.

Przy okazji trzeba wyjaśnić, jak to było z pisownią miesięcy w języku polsko-peerelowskim. Bo miesiące jak to miesiące nazywały się styczeń, luty, marzec, kwiecień i tak dalej, ale po ważnych zamieszkach politycznych zaczynało się je przy specjalnych okazjach pisać z wielkiej litery. Były to w kolejności chronologicznej – Czerwiec i Październik 1956, Marzec 1968, Grudzień 1970, Sierpień 1980. Trudno powiedzieć, jakie reguły tu rządziły, bo niektóre zamieszki w ogóle nie doczekały się wzmianki i zniknęły z pamięci społecznej – na przykład niezliczone wręcz protesty robotnic z zakładów włókienniczych w Łodzi. Z kolei inne bunty robotnicze zostały nazwane nie tylko od czasu, ale i od miasta – jak Poznań 1956 czy Radom 1976, lub od wydarzenia, które nie potrzebowało ani miejsca ani daty – na przykład Strajki, które oznaczały ten sam Sierpień 1980 roku. Podobnie było ze stanem wyjątkowym, który został obwieszczony 13 grudnia 1981 roku. Ten akt przemocy politycznej w języku potocznym nigdy nie nazywał się stan wyjątkowy czy nadzwyczajny, ale zawsze tylko i wyłącznie Stan Wojenny. Dla porządku należy być może przypomnieć, że oficjalnie był to zawsze tylko stan nadzwyczajny, a nie stan wojenny. Zdaje się zresztą, że Konstytucja PRL-u nie przewidywała w ogóle czegoś takiego jak stan wojenny. Stan wyjątkowy przewidywała najwyraźniej każda polska konstytucja, dlatego bez problemu można było jesienią 2021 roku wprowadzić stan wyjątkowy na granicy białorusko-polskiej, gdy Białoruś ściągała uciekinierów z Azji i krajów arabskich, po to by ich wepchnąć na teren Polski, czyli Unii Europejskiej.

Ciekawe były też nazwy, jakie ludzie nadawali poszczególnym sytuacjom. Czasem nazywano je wydarzeniami, niekiedy były to zamieszki i rozruchy, jak na przykład w Czerwcu, niekiedy wypadki – jak w Marcu, niekiedy protesty – jak w Grudniu i w Sierpniu, czasem nawet zryw, jak w roku 2021 ktoś z ekipy rządzącej określił Powstanie Wielkopolskie. Skoro już wybiegliśmy tak daleko w przyszłość, to może przypomnę, że odzyskanie suwerenności przez Polskę w roku 1989 zaczęło się od Obrad Okrągłego Stołu i zostało zrealizowane po Pierwszych (częściowo) Wolnych Wyborach. To były już zupełnie inne nazwy, bardzo dokładne i starannie ułożone tak, żeby niczego nie pominąć. Polszczyzna zaczęła właśnie nasiąkać wpływami z Zachodu i wszystko musiało być nazywane nie tylko bardzo dokładnie, ale też z troską o zachowanie poprawności politycznej. To wtedy w Warszawie pojawiła się ulica „Bitwy Warszawskiej 1920 roku”. W PRL-u język funkcjonował znacznie swobodniej i nikt się nie przejmował żadną poprawnością, a ulica nazywałaby się, gdyby to było dopuszczalne, ulicą „Cudu nad Wisłą”. Ważne było, że można się było ze sobą porozumieć, korzystając ze wspólnych kodów.

Tylko bardzo nieliczne nazwy, które zapisały się w pamięci Polaków w PRL, dotyczyły spraw, które zdarzyły się poza granicami kraju. Do czasu wybuchu 24 lutego 2022 roku wojny ukraińskiej, nazywanej Wojną Putina, były tylko dwa takie zdarzenia – Budapeszt 1956 i Praska Wiosna 1968. Młodzi i starsi chłopcy, których wcielono do wojska po Marcu, jeśli mieli pecha, w sierpniu 1968 roku poszli „wyzwalać” Pragę czyli krwawo tłumić Praską Wiosnę.

Stefana to jednak wtedy ominęło, nie został wcielony do wojska po Marcu i nie musiał tłumić rewolucji w Pradze, ale i tak dostał za swoje, tyle że dopiero w rok później.

O służbie wojskowej po studiach śpiewał Jan Krzysztof Kelus. Gdy do wojska szedł Jacek Staszelis, tak po studiach, na rok, nie na front. Kelus studiował socjologię, tworzył nieprawomyślne piosenki i hodował pszczoły, Staszelis był matematykiem, taternikiem, narciarzem i żeglarzem. W piosence Staszelis występował jednak jako fizyk (fizyk przez rok był żołnierzem), bo, jak wyjaśnił Kelus, fizyk ma dwie sylaby, a matematyk cztery, nie da się więc śpiewać o matematykach.

– No, powiedział Stefan, rozumiem, czyli informatyk też odpada. To ja się, stary, przenoszę na Budowę Okrętów. Ale to oczywiście w niczym nie pomogło, inżynier bowiem miał i tak trzy sylaby. Poza tym to nie było piosenkowe słowo – inżynier. Stefan znał i Kelusa, i Staszelisa. Kelusa, bo był “kuzynem kuzynki siostry bratanka wujka Henia, tego od cioci Zosi”, a Staszelisa, bo obaj studiowali matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. Staszelis był o dwa lata młodszy od Stefana, ale tych, co studiowali matematykę, a zwłasza informatykę, było w owym czasie niewielu i wszyscy się znali. Zresztą sami faceci. Albo prawie sami. O jednej z dziewczyn, która z nimi studiowała i była naprawdę zdolna, Stefan myślał, że musi mieć masę testosteronu, bo miała mocno owłosione nogi. I że to z uwagi na ten testosteron taka była z niej zdolna informatyczka. W czasach gdy Stefan to myślał, takie myśli były czymś normalnym, dopiero kilkadziesiąt lat później trzeba się było ich wstydzić. Może zresztą i wtedy trzeba się było wstydzić, ale Stefan i tak nikomu nie mówił, co myśli. W każdym razie dopóki nie poznał Basi. Jej mówił wszystko. Potem się okazało, że ona jemu wcale nie zawsze wszystko, ale na początku Basia jemu też mówiła wszystko.
Z Kelusem, gdy studiował w Warszawie, chodzili na rajdy po mazowieckich mokradłach i piachach. Czasem w Puszczy Kampinoskiej spotykali łosie i to było zawsze niezwykłe. Łosie wyglądały przedpotopowo.

Stefan i Jacek Staszelis zostali aresztowani w sprawie „taterników”, przemycających przez Tatry do Polski wydawnictwa paryskiej “Kultury” – w drugą stronę przenoszono dokumentację wydarzeń marcowych i opracowania o sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. W marcu 1968 roku (był to właściwie już Marzec) obaj cudem uniknęli wyroków, ale ich drogi się rozeszły, bo Stefan wrócił do Gdańska i zmienił kierunek studiów. W czasach przedkomputerowych był to najlepszy sposób uniknięcia represji – trzeba było pojechać do innego miasta i tam zacząć studiować coś zupełnie innego. Jeszcze w maju Stefan i Jacek redagowali i drukowali na powielaczu ulotki ostrzegające przed interwencją wojsk sprzymierzonych w Czechosłowacji. Obaj sprowadzali z Paryża przez Czechosłowację polską prasę nielegalną, publikacje paryskiej Kultury i Zeszytów Historycznych, dlatego bacznie obserwowali nie tylko wydarzenia praskiej wiosny, ale też, na ile się dało, ruchy wojsk na granicy obu bratnich krajów.

W ówczesnej praktyce opozycyjnej wydawnictwa niezależne z Zachodu, a przede wszystkim z Paryża, były podstawowym instrumentem „walki z Komuną”. Sam Giedroyc, legendarny założyciel paryskiej Kultury i Instytutu Literackiego w Paryżu, uważał przemycanie jego, zakazanych w Polsce, wydawnictw w realiach pomarcowych za działalność niemal straceńczą. I jak zwykle miał rację. Przynajmniej na razie.

Wiosną kontakty z Kulturą nawiązał Maciej Kozłowski, absolwent archeologii i dziennikarstwa z Warszawy. Stefan i Staszelis go znali i z rajdów mazowieckich, i z wyjazdów w Tatry. W 1968 roku Kozłowski wyjechał do Norwegii, gdzie pracował jako górnik w kopalni węgla na Spitsbergenie. To się Stefanowi bardzo podobało. Podobali mu się twardzi faceci, którzy lublili, żeby w życiu było trudno i umieli się wziąć z życiem za bary. Podczas wyjazdu do Francji Kozłowski spotkał się z Giedroyciem, który wysłał go do Czechosłowacji. Na początku 1969 roku Kozłowski przeniósł pierwszą paczkę książek Instytutu Literackiego przez granicę czechosłowacko-polską. Takie nielegalne druki w Polsce od czasów rozbiorów nazywały się bibuła. Używane dziś rosyjskie słowo samizdaty w latach 60 nie było jeszcze znane. Bibułę Kozłowski i inni rozprowadzali w środowisku inteligencji krakowskiej i wraszawskiej.
Z tekstów przemycanych z kolei przez Kozłowskiego i jego współpracowników do Paryża, powstała publikacja Instytutu Literackiego Wydarzenia marcowe 1968. Miało to konsekwencje. 1 marca 1969 roku Służba Bezpieczeństwa, czyli SB, zatrzymała w Warszawie pracowników naukowych, którzy kopiowali Wydarzenia…, a potem zaczęło się „wyłapywanie” innych osób z sieci Kozłowskiego. W maju złapano grupę przemytników na granicy polsko-czechosłowackiej, w tym również Stefana. Wpadli, bo nie byli wprawnymi przemytnikami. Zostali aresztowani przez czeską Służbę Bezpieczeństwa, która przekazała ich Polakom. Zatrzymanych przewieziono do Warszawy. Esbecja dokonała następnych aresztowań, między innymi zatrzymano też Kelusa. Uwięzionych nazwano „taternikami”. Oskarżano ich o „szkalowanie ustroju i naczelnych organów PRL oraz podważanie socjalistycznych zasad ustrojowych”, „prowadzenie dywersji ideologicznej” i „rozpowszechnianie wrogich ustrojowi PRL publikacji”. Prokuratorzy żądali kar więzienia i je, można to chyba tak określić, otrzymali. Po rewizji wyroki skrócono, a potem w ramach amnestii z okazji 25-lecia Polski Ludowej – zniesiono. Stefan wyszedł latem 1969 roku. Wtedy właśnie postanowił, że weźmie ślub z Basią, do czego przedtem właściwie się nie kwapił.

Nikogo z aresztowanych i uwięzionych kary nie odstraszyły od dalszej działalności. Stefan i Staszelis spotkali się w roku 1973 podczas protestów przeciwko przekształceniu Zrzeszenia Studentów Polskich w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. W 1976 roku Staszelis był jednym z inicjatorów powstania Komitetu Obrony Robotników, a Stefan w roku 1978 przystąpił do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Kelus, wiadomo, został jednym ze słynnych bardów opozycji. Stefan też grał na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie piosenki. Jedna z nich okazała się prorocza.

Nie dorobię się, nie chcę, nie umiem,
Nie pokażę, kim jestem, jak jest.
Nie znam, nie wiem, niczemu nie umknę,
Kiedyś zdechnę pod płotem jak pies.

_____

Wiele elementów tego rozdziału zawdzięczam Zbigniewowi Milewiczowi, a wiele Piotrowi S.

Frauenblick auf den Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Vom Krieg in der Ukraine in dem Piłsudski-Museum

Seit einigen Tagen dauert ein absurder, unmenschlicher und brutaler Krieg in der Ukraine. Lange standen die russischen Einheiten entlang der Grenze und viele (mich eingeschlossen) dachten, es wird bei dem Theater und den Drohungen bleiben. Putin würde seine Tiraden ausspucken und die Welt würde ihn zurechtweisen. Die amerikanischen Informationen, nach denen die Invasion in zwei Tagen, dann in vier, dann am nächsten Wochenende beginnen sollte, tat ich als Übertreibung ab. Doch ich wurde eines Besseren belehrt, er hat das Unvorstellbare doch in die Tat umgesetzt und wir schauen zu. Das macht einen so mutlos, ratlos und auch wütend. Inzwischen dauert der Krieg drei Wochen, nach Polen sind über eine Million Menschen geflüchtet, hauptsächlich Frauen und Kinder; drei von ihnen mit vier Kindern beherberge ich in der Wohnung meiner Mutter. Die Polen helfen musterhaft, mit großer Empathie und Wärme, vieles ist sehr gut organisiert, aber wie lange und wie viele Menschen werden sie aushalten können. Auf der anderen Seite wird ununterbrochen geredet, dabei erreicht man eher wenig; wir haben diesen Verrückten zu lange machen lassen, die Augen zugemacht und seine Unmenschlichkeit nicht sehen wollen, zu mächtig waren die Konzerne, die Industrie; Gas, Öl, Stahl, floss günstig aus Russland … alles Faktoren, die mehr zählten als die Moral. Jetzt rächt sich das, alle haben Angst und wissen nicht, wie man diesen Knoten lösen könnte. Die fahrende Lokomotive der Vernichtung ist nur schwer zu stoppen, auch wenn die Ukrainer wirklich unheimlichen Mut, strategische Intelligenz und Kampfbereitschaft zeigen.

Eigentlich sollte der Anfang dieses Textes mit der spontanen Spendenhilfe für die Ukrainer, die ich zufällig im Piłsudski-Museum am Anfang der Invasion miterlebt habe, eine Überleitung zu einem Text über das Museum bilden. Inzwischen bin ich in die Geschehnisse tief verwickelt und weiß nicht recht, ob eine Information über das Museum in diesen Zeiten sinnvoll ist, auch wenn die historischen Parallelen in diesen dramatischen Zeiten stärker sichtbar sind; viele Polen haben das Gefühl eines déja vue: was muss noch Schlimmeres passieren, damit man wirklich jegliche Verbindung nach Russland abbricht, den Geldfluss ganz unterbindet. Vielleicht bietet die Beschäftigung mit dem Museum etwas Ablenkung von der ständigen Flut der Informationen und Bilder über diesen schrecklichen, wirklich makabren und unvorstellbaren Krieg, die wir hier in Warschau bekommen.

Also: das Museum, das am 14. August 2020 eröffnet wurde, liegt in dem kleinen Örtchen Sulejówek, früher nicht zu Warschau gehörend, dort, wo Piłsudski sich im Alter zurückgezogen hatte; es nimmt ein Terrain von ca. 4 Ha ein. Es existiert noch sein Wohnhaus, die Villa Milusin, das man auch besichtigen kann, dazu zwei weitere alte Gebäude – ein hölzernes Sommerhaus, die Villa Bzów [Villa Flieder], typisch für diese Gegend, und ein Quartier für Piłsudskis militärische Leibgarde. Auf dem großen Terrain inmitten von Kiefernwald wurde dann ein Kubus, das Gebäude des Museums, errichtet. Es harmoniert mit der Natur rundherum, ist aber ein sehr moderner, großer Betonbau nach den Plänen des Piłsudski-Enkels Krzysztof Jaraczewski und Radosław Kacprzak. Der Bau passt sich gut an die Umgebung an, ist nicht zu hoch, die meisten Ausstellungsräume befinden sich unter der Erde. Vor dem Eingang gibt es eine Skulptur: Piłsudski als Vater mit seinen Töchtern, sitzend auf einer Bank. Die ständige Ausstellung trägt den Titel: Dla Rzeczpospolitej. Józef Piłsudski 1867-1935 w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. [Für die Republik. Józef Piłsudski 1867-1935 im Museum Józef Piłsudski in Sulejówek].

Beim Betreten des Museums hat man schon etwas das Gefühl, ein Mausoleum, ein Grab des Tutenchamun zu betreten, eine breite Marmortreppe führt zwei Stockwerke tief unter die Erde, doch man wird dann sehr gut durch die sorgfältig und breit angelegten Ausstellungräume geleitet, erfährt viel nicht nur über die Person Piłsudskis, sondern auch über die Geschichte der Zwischenkriegszeit, des damals gerade erst wiedererstandenen polnischen Staats. Dadurch gewinnt das Museum an Wichtigkeit und Bedeutung; es ist eine Ausstellung über die Jahre der Zweiten Polnischen Republik, über die Euphorie der Freiheit, der Unabhängigkeit und der Selbstbestimmung, die mit der Person Józef Piłsudskis verbunden war. Die Ausstellung ist sehr durchdacht und hat mehrere Darstellungsebenen. Der erste deutlich sichtbare Faden führt durch die Biographie Piłsudskis, Kindheit und Schule, Elternhaus etc… Der Besucher durchschreitet durch sechs chronologisch angeordnete Räume das Leben Pilsudskis: „Ziuk“ (der Kosename), „Wiktor“, der Kommandant, der Naczelnik [der Vorsteher], der Marszałek [der Marschall], der sechste Raum heißt „Symbol“ und betrifft mehr Piłsudskis Vermächtnis für Polen. Parallel dazu werden Ereignisse aus Europa, manchmal der Welt an historischen Achsen stichwortartig dargestellt, für mich eine wunderbare Lehrstunde in Geschichte. Natürlich nehmen auch Ereignisse in Polen und den Nachbarländern, die Bezüge und Zusammenhänge zwischen ihnen einen wichtigen Anteil an der Ausstellung teil.

Vom unteren Teil, bis 1918, gelangt man über eine Art von Rampe nach oben, an riesigen Leinwänden oder Bildschirmen vorbei, auf denen Ausschnitte der historischen Ereignisse aus der Zeit gezeigt werden, der Kampf um die Unabhängigkeit und Souveränität Polens. Auf dem Zwischengeschoss wird dann Piłsudskis Tätigkeit im freien Polen gezeigt. Alles wird durch Räume mit dem Thema Symbol durchschnitten, was zum Nachdenken und zum Herstellen geschichtlicher Parallelen anregen soll. Damit hatte ich dann auch mehr Schwierigkeiten; es ist auch nicht mehr so eindeutig positiv und erbauend, was in der Zeit passierte.

Als ich die Ausstellung zum ersten Mal gesehen hatte, deutlich vor dem Überfall Russlands auf die Ukraine, war ich doch etwas vom Ausmaß der Stilisierung des großen Staatsmanns, um nicht zu sagen Führers, überrascht und von den eher geringen Anstrengungen, das zu relativieren. Jetzt haben sogar solche Schlagworte wie: „Nie oddamy Wilna, nie oddamy Lwowa“ [Wir geben Vilnius nicht preis, wir geben Lviv nicht preis“] einen anderen Klang und Charakter. Mögen wir diese Krise sobald wie möglich bewältigen.

Jaworze (1981)

Ewa Maria Slaska

Fragment powieści

Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.

13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.

– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać.
– Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki.
Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić?
– Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia.
– W Ameryce?
– A żebyś wiedział. W Ameryce!
Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył:
– Po moim trupie.
I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu.
O dziwo, nie napisał o tym wiersza.
Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi.
Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Śladami Berlińskiego Muru

Ela Kargol

Między Rudow a Altglienicke, między sektorem amerykańskim a sowieckim

Altglienicke jest dzielnicą Berlina, administracyjnie przynależną do Treptow-Köpenick, w czasie podziału Niemiec – do sektora sowieckiego. Historyczna gmina Altglienicke z końca XIX wieku wywodzi się z miejscowości Glinik z XIV wieku. Nazwa pochodzi z języka słowiańskiego, od słowa glina i oznacza miejsce lub osiedle na gliniastej ziemi.

I może właśnie glina sprawiła, że planowana ucieczka na drugą stronę miasta w lutym 1987 roku skończyła się dla Lutza Schmidta tragicznie.

Lutz Schmidt urodził się w Zittau, uprawiał kolarstwo wyścigowe, odnosił sukcesy do czasu, gdy odmówił wstąpienia do SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec). Ożenił się dość młodo, przekwalifikował zawodowo, zaczął budować dom pod Berlinem w Mahlow. Ani on, ani jego żona Karin nie widzieli jednak swojej przyszłości w NRD.

Jest początek lat 80 ubiegłego wieku.

Z obawy przed szykanami ze strony władz enerdowskich Schmidtowie nie ubiegają się o wyjazd z kraju. Chcą wykorzystać wizytę u rodziny w Bremie, aby pozostać na Zachodzie. Jednak kolejne wnioski o zezwolenie na odwiedziny krewnych w Niemczech Zachodnich zostają rozpatrzone odmownie. Wtedy Lutz Schmidt zaczyna snuć plany wydostania się z NRD, najpierw dość spektakularne, później już bardziej realne. Wraz ze swoim kolegą z pracy, z firmy transportowej VEB Autotrans, podejmują wspólną decyzję ucieczki. Korzystając z oficjalnych wyjazdów w rejon granicy, szukają dogodnego miejsca. 12 lutego 1987 roku mają nocną zmianę, ładują dwie ukryte już wcześniej drabiny na ciężarówkę i jadą na południowo-wschodnie obrzeża Berlina, do granicy sektorów między Altglienicke a Rudow. Rheingoldstraße, a od roku 2009 ulica Lutza Schmidta, prowadzi bezpośrednio na pas śmierci, który w tym miejscu ma szerokość zaledwie 50 metrów. Niestety ich ciężarówka w którymś momencie szybkiej jazdy zbacza z drogi, koła grzęzną w ziemi, a może w altglienickiej glinie. Obaj mężczyźni wyskakują z ciężarówki i znikają we mgle z drabinami.

A potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Ucieczka przez płot sygnalizacyjny wywołuje alarm, jedna z drabin zaplątuje się w zwoje drutu kolczastego. Druga znowu grzęźnie w glinie i nie dosięga rury na szczycie muru. Lutz Schmidt pomaga koledze wdrapać się na mur. Niestety ten traci równowagę i spada na zachodnioberlińską stronę, podczas gdy Lutz Schmidt osuwa się na terytorium NRD. Gdy wstaje, kula strażnika granicznego trafia go prosto w serce. Żona Lutza Schmidta jest zmuszona do milczenia i przedstawienia innej wersji wydarzeń (wypadek samochodowy), w przeciwnym razie władze odbiorą jej dzieci, a ona zostanie umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Dopiero w roku 1995 skazano sprawców zabójstwa Lutza Schmidta, zresztą na dość niską karę i to w zawieszeniu. W dniu 13 sierpnia 2009 roku dawna ulica Rheingoldstraße w Berlinie-Altglienicke, gdzie Lutz został zastrzelony, otrzymała nazwę Lutz-Schmidt-Straße.

Niedaleko ulicy Lutza Schmidta jest cmentarz (Friedhof Altglienicke), jeden z tych murem podzielonych, którego część za kaplicą po roku 1961, czyli po podziale miasta, zlikwidowano i zamieniono na pas graniczny. Prawdopodobnie stamtąd wezwano straż graniczną, gdy Lutz z kolegą uciekali przez mur. Kaplicę i otaczające ją kolumnady niedawno odnowiono, w dużej części zrekonstruowano. Za kaplicą, na dawnym pasie granicznym ułożone są w półkolach głazy narzutowe, upamiętniające żołnierzy z parafii Niederschöneweide, poległych podczas I wojny światowej. Na obelisku widnieją 144 nazwiska.

Przy wejściu na cmentarz po lewej stronie od niedawna znajduje się też inne miejsce pamięci, pamięci o ofiarach nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę, ustawioną na cmentarzu w kształcie litery L. Autorami miejsca pamięci są artystka Katharina Struber oraz architekt Klaus Gruber.

W latach 1940-1943 ofiary z obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady chowano w anonimowych grobach urnowych w zbiorowej mogile przy wejściu cmentarza. Do dzisiaj na polu urnowym zachowany jest pomnik z lat 50 ubiegłego wieku z napisem Den 1234 ermordeten Antifaschisten, deren Asche hier bestattet ist (Pamięci 1234 zamordowanych antyfaszystów, których prochy spoczywają w tym miejscu). Dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich odzyskały swoją tożsamość.

https://www.porta-polonica.de/pl/atlas-miejsc-pami%C4%99ci/ocalanie-od-zapomnienia-cmentarz-altglienicke-w-berlinie?page=1#body-top

https://www.erinnerungsort-altglienicke.de/

Za cmentarzem w kierunku zachodnim droga muru przebiega nad tunelem autostrady A 113. W latach 50 ubiegłego wieku inny tunel wywołał sporo sensacji i zamieszania. Był to tunel szpiegowski, a zbudowali go Amerykanie i Anglicy, pod kryptonimem Operacja Gold.

Przebiegał on na odcinku około 450 metrów wzdłuż cmentarza po jego północnej stronie, łączył Rudow w sektorze amerykańskim Berlina z Altglienicke w sektorze radzieckim. Zbudowany został po to, żeby podsłuchiwać rozmowy telefoniczne pomiędzy radziecką administracją wojskową w Karlshorst, lotniskiem Schönefeld, Poczdamem, Wünsdorfem i Moskwą.

Po podłączeniu się do kabli telefonów w strefie sowieckiej, nagrywano rozmowy dowódców wojsk radzieckich. Nagrane taśmy wysyłano codziennie do Waszyngtonu i Londynu. Tunel szpiegowski działał przez 11 miesięcy i 11 dni. Rosjanie twierdzili, że odkryli go całkiem przypadkowo. Prawda jednak była zupełnie inna. Dzięki oficerowi brytyjskiego wywiadu, który pracował również dla KGB, Sowieci poznali plany Operacji Gold jeszcze przed jej rozpoczęciem, mogli więc przygotować inne połączenia telefoniczne, przez inne kable albo przekazywać zachodnim aliantom fałszywe informacje.

Do części tunelu dokopano się podczas budowy owej wspomnianej już autostrady. Część, którą wykopano, przewieziono do Muzeum Alianckiego (AlliiertenMuseum) przy Clayallee. Siedem metrów stalowej rury o średnicy około dwóch metrów zajmuje jedno pomieszczenie w dawnej bibliotece im. Nicholsona, w której obecnie mieści się muzeum aliantów.

Prawdopodobnie reszta rury, tworzącej tunelu nadal tkwi sześć metrów pod ziemią i skrywa swoje tajemnice, które od początku były znane.

https://de.wikipedia.org/wiki/Operation_Gold

Park Krajobrazowy Rudow-Altglienicke w Berlinie został otwarty w 2009 roku i jest zadośćuczynieniem za zbudowaną w tym miejscu autostradę A 113. Duża część autostrady biegnie drogą dawnego muru, kiedyś dzielącego miasto. I żeby nie wyglądało, że miasto jest znowu podzielone, przy parku powstały tunele, aż do Rudower Höhe, a nad tunelem na nowo oznaczono drogę muru, łąki obsiano szałwią i lawendą, posadzono drzewa owocowe. Między Rudow (kiedyś w Berlinie Zachodnim) a Altglienicke (kiedyś w Berlinie Wschodnim) nie ma już granicy, wież obserwacyjnych, zasiek, patroli. Przy Rudower Höhe, wzniesieniu, jednym z wielu, które powstały z powojennych gruzów miasta, została jeszcze część muru wewnętrznego (Hinterlandmauer), ze względów bezpieczeństwa i ochrony przed dzięciołami w tej chwili już za płotem. Na dawnym pasie granicznym pasą się owce, a nową drogą muru mkną rowerzyści, zapaleńcy uprawiają jogging, spacerują rodziny z dziećmi.

Z wolnej stopy 57

Zbigniew Milewicz

Oddech wolności

O entuzjazmie, z jakim polskie społeczeństwo przyjęło wybór Władysława Gomułki na stanowisko szefa partii, świadczył chociażby ten 400-tysięczny tłum na Placu Defilad w Warszawie, zgromadzony na powyborczym wiecu, tłum pełen przeróżnych nadziei. Podczas swojego wystąpienia towarzysz Wiesław – taki pseudonim nosił od czasów komunistycznej konspiracji – potępił stalinizm oraz zapowiedział reformy, mające doprowadzić do demokratyzacji ustroju, i to ludziom pasowało.

Wladyslaw Gomulka przemawia na pl. Defilad w Warszawie, 24 pazdziernika 1956

Zaczęło się efektownie. Najpierw wyjechał z Polski marszałek Konstanty Rokossowski oraz wielu innych oficerów radzieckich, służących w Siłach Zbrojnych PRL. Z życia publicznego odeszli skompromitowani ludzie, np. prezes Sądu Najwyższego, Wacław Barcikowski, a ich stanowiska objęli ci, których represjonowano w poprzednich latach. Stalinogród powrócił do dawnej nazwy Katowice. Nazwisko Stalina zniknęło z Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Powstanie Warszawskie i Armia Krajowa, do tej pory potępiane przez komunistyczny reżim, zaczęły odzyskiwać swoje należne miejsce w historii i kulturze. Została złagodzona cenzura. Przejściowo zniesiono wydawanie poufnych opinii personalnych. Odbyły się procesy niektórych zbrodniarzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. A. Fejgina, J. Różańskiego, R. Romkowskiego). Z przestrzeni publicznej zniknęły tzw. sklepy za żółtymi firankami, przeznaczone dla elity władzy. Zniesiono zakaz posiadania przez obywateli platyny, złota i obcych walut (choć nadal nie wolno było nimi handlować). No i ogłoszono, że zaprzestaje się zagłuszania audycji radiostacji zachodnich w języku polskim, ale czy robiono to konsekwentnie, tego nie jestem pewien.

Po Październiku 56 odżył znowu Związek Harcerstwa Polskiego; wielu pracowników naukowych usuniętych w latach stalinowskich z uczelni, wróciło do nich; wycofano się z planów kolektywizacji rolnictwa; przywrócono, na kilka lat, lekcje religii w szkołach… I najważniejsze – otworzyły się bramy więzień dla wielu niewinnie osadzonych tam ludzi. 28 października 1956 roku wolność odzyskał prymas Polski, internowany kardynał Stefan Wyszyński. Ogółem zrehabilitowano około 1500 więźniów politycznych; wypuszczono na wolność około 35 tysięcy niesłusznie osądzonych osób (w tym wielu weteranów AK).

Polska wspiera Węgry

Na mocy oddzielnej, polsko-radzieckiej umowy, zawartej w Moskwie w połowie listopada, zdecydowano też o repatriacji około 30 tysięcy Polaków z ZSRR oraz uzgodniono status wojsk sowieckich w Polsce, na mocy którego nasza strona miała możliwość współdecydowania o różnych sprawach, związanych z lokacją jednostek.

Skutki październikowej odwilży odczuła również kultura. Odstąpiono od zasad socrealizmu w malarstwie i muzyce; w kinematografii zaczęły powstawać dzieła pozbawione propagandy komunistycznej, co pozwoliło m.in. na produkcję tzw. czarnej serii polskiego dokumentu, jak i na wyświetlanie w kinach fabularnych obrazów, zaliczanych do nowatorskiej polskiej szkoły filmowej. Wolnością słowa odetchnęli również ludzie pióra, przynajmniej na chwilę, bo odwilż tak szybko jak się zaczęła, tak szybko się skończyła, ale to temat zasługujący na odrębny wpis,

Jakże inaczej wypadki potoczyły się na Węgrzech, w kraju który liczył trzykrotnie mniej mieszkańców niż Polska, ale kilkakrotnie więcej represjonowanych politycznie. Nadzieje naszych przyjaciół na powtórkę scenariusza wydarzeń znad Wisły, bez rozlewu krwi, okazały się płonne. Tam Armia Radziecka początkowo wycofała się z interwencji, ale później wróciła i w dniach 4–10 listopada brutalnie stłumiła powstanie węgierskie z użyciem broni pancernej. Powstanie rozpoczęło się od manifestacji, zorganizowanej 23 października 1956 roku w Budapeszcie pod egidą studentów stołecznych uczelni.

Pomnik Stalina obalony w Budapeszcie

Liczba zabitych w walkach na Węgrzech nie jest dokładnie znana. Tajny raport urzędu statystycznego z 1957 r. mówi o co najmniej 2,7 tysiącach zabitych po stronie węgierskiej i dziesięć razy większej liczbie rannych. Dane te nie obejmują osób, które zostały pochowane w parkach i ogrodach. Jeszcze bardziej niepewne są szacunki co do liczby ofiar na wsi. W przypadku strat strony sowieckiej dokumenty podają liczbę 669 zabitych, 51 zaginionych i około 1,5 tysiąca rannych żołnierzy.

Tysiące uczestników rewolucji zostało aresztowanych i deportowanych do Związku Sowieckiego, 26 tysiące osób stanęło przed sądami na Węgrzech – połowę z nich skazano na kary więzienia, a 1,2 tysięcy stracono. Przez otwartą dłuższy czas granicę z Austrią udało się na emigrację około 200 tysięcy ludzi. W styczniu 1957 roku komunistyczne władze na Węgrzech straciły pierwszych przywódców rewolucji – Jozsefa Dudasa i Janosa Szabo. W czerwcu następnego roku za “działalność kontrrewolucyjną” powieszono także Imre Nagya. Jego rehabilitacja i uroczysty pogrzeb nastąpiły 31 lat później.*

Zmiany w Polsce, jak miała pokazać przyszłość, były jedynie pozorne. Już na początku listopada 1956 roku na naradzie aktywu PZPR I sekretarz KC, Władysław Gomułka, zapowiedział konieczność dalszego funkcjonowania struktur partyjnych (m.in. w zakładach pracy) i zakończenia walki frakcyjnej w partii.

__________

* Powstanie na Węgrzech 1956. Krwawy październik, POLSKERADIO24.PL