Z wolnej stopy 56

Zbigniew Milewicz

Zaczął Cegielski…

Wspomniany w poprzednim wpisie, w związku z incydentem obuwniczym, Nikita Chruszczow wiódł życie pełne stressów. Między innymi z powodu Polaków, którzy wymyślili sobie, że po śmierci Stalina musi zapanować nad Wisłą polityczna odwilż. Kiedy 5 marca 1953 roku zmarł dyktator, na Kremlu rozgorzała walka o schedę po nim; początkowo przejął ją szef NKWD Ławrientij Beria (odpowiedzialny m.in. za zbrodnię katyńską), który miał w projekcie liberalizację polityki gospodarczej oraz działania na rzecz międzynarodowego odprężenia. Pretendowali do niej również Chruszczow, Malenkow i Mołotow. Zawiązali więc spisek, Beria stracił władzę i stanął przed plutonem egzekucyjnym, za szpiegostwo na rzecz Zachodu.

Nowe kierownictwo podjęło temat krytyki kultu jednostki  i Stalina. W miejsce jednowładztwa wprowadziło zasadę kolektywnego kierownictwa i takich także zmian zaczęto wymagać w państwach satelickich ZSRR. Przełomem był wygłoszony przez Nikitę Chruszczowa w dniach 24-25 lutego 1956 r. tajny referat O kulcie jednostki i jego następstwach. Gensek odczytał go na forum XX Zjazdu KPZR, przedstawiając Stalina jako zbrodniarza i winowajcę odpowiedzialnego za politykę terroru.

Nikita Chruszczow

Kilkanaście dni później, 12 marca, zmarł w Moskwie I sekretarz KC PZPR, Bolesław Bierut, co oznaczało, że w Polsce wkrótce także rozpocznie się walka o przejęcie steru rządów, ale o tym za chwilę.

Tajność, rzecz umowna. Jeszcze w marcu z treścią referatu zapoznali się polscy aparatczycy, później dotarł on do społeczeństwa, osłabiając jego strach przed władzą. Skoro bowiem partia sama przyznawała się do swoich „błędów i wypaczeń“, to można było z nią walczyć – o polityczne i gospodarcze reformy systemu, bo na zmianę ustroju było jeszcze za wcześnie. 28 czerwca miał miejsce pierwszy generalny strajk w PRL. Na ulice Poznania wyszli pracownicy największej miejscowej fabryki – Zakładów Przemysłu Metalowego imienia H. Cegielskiego, niezadowoleni z niskich płac, zawyżonych norm i nadmiernego opodatkowania. Na transparentach widniały wymowne hasła, takie jak „Chcemy chleba“. Do protestujących zaczęli dołączać pracownicy innych zakładów oraz ludzie z ulicy. Według niektórych danych manifestacja zgromadziła około 100 tysięcy demonstrantów, którzy poszli do centrum miasta.

Krew się polała, kiedy z gmachu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego padły pierwsze strzały, a później, gdy przeciw demonstrującym skierowano wojsko z czołgami i pojazdami opancerzonymi. Oficjalne dane na temat ofiar tej tragedii nie są spójne, oficjalnie przyjmuje się, że życie straciło od 67 do 75 strajkujących, a około 450-800 osób odniosło rany. Nieoficjalnie ocenia się, że te liczby są znacznie wyższe. Sytuacja w mieście uspokoiła się dopiero 30 czerwca, ale wówczas zaczęły się masowe aresztowania demonstrantów. Wielu z nich w politycznych procesach zostało skazanych na kary wieloletniego więzienia. Ówczesny premier Józef Cyrankiewicz winą za poznańskie powstanie obarczył „agentów imperializmu” i w radiu cynicznie powiedział:

każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie.

Brzmiało groźnie i ponuro, ale elitom władzy nie zależało na powtórce poznańskiego scenariusza w innych ośrodkach kraju. Zdając sobie sprawę ze społecznych napięć, do jakich doprowadził stalinizm, gospodarka planowa i kolektywizacja, władze gorączkowo szukały wyjścia z pogarszającej się sytuacji, a konkretnie człowieka, który umiałby nad nią zapanować. W PZPR rywalizowały ze sobą dwie frakcje – konserwatywna natolińczyków i proreformatorska puławian. W pałacyku rządowym w Natolinie bywali ludzie związani z ambasadą sowiecką, w jednym z gmachów przy ulicy Puławskiej w Warszawie obradowali natomiast ich przeciwnicy, stąd te nazwy. Jedynym kandydatem na stanowisko I sekretarza, możliwym do zaakceptowania przez obydwie zwalczające się frakcje, był Władysław Gomułka, były pierwszy odsunięty od władzy i więziony za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.

We wspomnieniach Nikity Chruszczowa, który osobiście lubił Gomułkę, znajduje się fragment jego rozmowy z Bierutem, przeprowadzonej pod koniec września 1954 r. Sowiecki przywódca zapytał, dlaczego Gomułka jest pod kluczem. „Jeżeli się głębiej zastanowić – z rozbrajającą szczerością odpowiedział Bierut – to i sam nie wiem, za co siedzi”. Wniosek genseka był prosty: „Jeżeli uważacie, że sami tego nie wiecie, to uwolnijcie go”. W tej sytuacji podjęcie formalnej decyzji uwolnienia byłego sekretarza generalnego PPR było już tylko kwestią czasu.

Władysław Gomułka

Kiedy jednak 15 października 1956 r. Biuro Polityczne KC PZPR, obradujące z Gomułką, zdecydowało, że za cztery dni odbędzie się Plenum, mające wybrać nowe władze partyjne, bez Konstantego Rokossowskiego – marszałka Polski i ZSRR, sympatia Chruszczowa dla Gomułki została poddana prawdziwie ogniowej próbie. Do tej pory ważne decyzje polityczne nad Wisłą konsultowano z Moskwą, o tej najnowszej Chruszczow dowiedział się z radiowego Głosu Ameryki, a więc miał prawo czuć się urażony. W tej sytuacji najpierw wydał stosowne polecenia marszałkowi Rokossowskiemu, a później na czele kilkuosobowej delegacji udał się do Warszawy.

Generałowie Rokossowski, Żukow i Koniew

Dziś mija 65 lat od tamtych wydarzeń. W nocy z 18 na 19 października 1956 r. oddziały Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, które opuściły swoje garnizony na Dolnym Śląsku i Pomorzu, rozpoczęły marsz w kierunku Warszawy. Kolumny piechoty zmotoryzowanej i czołgów Ludowego Wojska Polskiego z jednostek w Legionowie, Kazuniu i Modlinie, pod dowództwem oficerów radzieckich, miały je wesprzeć, ale po kilkunastu kilometrach przerwały marsz. Rozkaz Rokossowskiego wykonał natomiast gen. Zygmunt Huszcza. W tej sytuacji niedawny więzień polityczny, a teraz dowódca wojsk obrony wewnętrznej, generał Wacław Komar oraz generał Włodzimierz Muś, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, postawili jednostki KBW w stan pogotowia, zarządzili obsadzenie strategicznych obiektów w mieście i patrolowanie ulic. W zakładach pracy zaczęły powstawać grupy samoobrony, a KBW wydała im broń, aby bronili stolicy przed puczystami.

Kiedy na sali plenarnej pojawiła się niezaproszona delegacja radziecka, wybrzmiały pretensje gości, co do składu przyszłej polskiej władzy i nieufności Gomułki wobec niektórych zaufanych i sprawdzonych w przyjaźni polsko-radzieckiej towarzyszy, m.in. Rokossowskiego. Uznano, iż to karygodne, że podejmuje ważne decyzje polityczne bez uzgodnienia z Kremlem i że wywrotowa rozgłośnia radiowa jest lepiej poinformowana. „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji” – pieklił się Chruszczow, ale po wielogodzinnych, trudnych rozmowach, dał za wygraną. Podobno przekonała go informacja, iż nowa władza ma masowe poparcie wśród warszawskich robotników oraz że są oni gotowi to zademonstrować.

O korzyściach tej wygranej, czyli o tym co ważnego dała nam październikowa odwilż, będzie za tydzień.

Frauenblick: Pinien

Monika Wrzosek-Müller

Die italienische Schirmpinie – die Stolze

Die malerischen Landschaften mit abwechselnd gepflanzten Schirmpinien und Zypressen avancierten zu kitschigen Vorstellungen von der Toskana; man findet sie auf Postkarten, Gemälden, Tischdecken, Fresken auch auf T-Shirts. Sie sind auch wunderschön und eigen, nirgendwo sonst findet man diese Anordnung. Das Schwere, Monumentale einer Schirmpinie wird von der Schlankheit und Eleganz der Zypresse ausgewogen, ausbalanciert, es entsteht ein harmonisches Zusammenspiel; dieser Ausgleich, der in der toskanischen Landschaft immer anzutreffen ist, verleiht ihr die Harmonie und Weichheit, die ich so liebe.

Diese wunderschönen, riesigen Schirme, die mir immer als schattenspendende Gewächse in den Sinn kommen, verlangen so wenig von der Natur, halten so viel aus: extreme Dürre, extreme Hitze, extrem schlechte, aber auch gute, nährreiche Böden. Jedes Jahr bewundere ich diese Giganten in der Pineta der Feniglia, der unter Naturschutz stehenden Landzunge zwischen Ansedonia und dem Monte Argentario. Wie überleben sie die Hitze der vier Monate ohne einen Regentropfen, wie die Horden von Radfahrern und auch der Badegäste? Doch nach erstem Regen wacht die Pineta wieder auf, ist grüner als je zuvor und atmet, riecht nach Pinien, nach Harz oder nach Rosmarin, der hier auch in Fülle wächst. Manchmal, wenn ich länger durch die Pineta laufe und mir die Kronengewölbe anschaue, kommen sie mir vor, als ob sie das Vorbild für die gotischen Kathedralen mit ihren gefächerten Gewölben und schlanken Stützen und Säulen wären. Sie sind aber auch nicht aus der Ansicht von Rom und der antiken Ruinen, umgeben von abertausend Touristen, wegzudenken. Angeblich ist bis heute nicht nachgewiesen, ob sie gezüchtet wurden oder immer schon so in der Natur vorkamen. Auf jeden Fall können die Bäume selbst bis zu 250 oder 300 Jahren alt werden.

Fast jeden Morgen laufe ich oder gehe schnell mit meinem Dackel durch die Pineta, entlang der Lagune, oder auf dem Weg näher am Meer, in der Feniglia, dem acht Kilometer langen Pinienwald, auf einer Landzunge. Das ist die Art von Bewegung, die man sich in der Hitze erlauben kann. Die Pinien schließen sich über meinem Kopf zu einem Gewölbe, unten ist es zwar trocken, aber schattig. In diesem Jahr wurde der Weg an der Lagune mit Wasser besprengt, damit nicht so viel Staub durch die Fahrräder der Ausflügler aufgewirbelt wird. Der Boden ist dann angenehm kühl und an den Rändern wachsen ganz schnell, fast im Nu, grüne Pflanzen, Gräser, Blüten an den Sträuchern. Die Schnelligkeit, mit der die Natur sich von der Trockenheit erholt, ist faszinierend; im Haus, im Garten, habe ich tagelang eine Topfpflanze beobachtet, die wirklich von Minute zu Minute wuchs. Als wir ankamen, waren die Blätter ausgetrocknet; nach regelmäßigem Gießen keimten sie dann aus der Erde und wuchsen zu riesigen Blättern, nahmen immer mehr Platz im Topf ein, bis ich fast dachte, dass sie ihn sprengen würden. Dasselbe geschieht in der Pineta, wenn es mal einen Regenguss gibt; da wachen Sträucher und Pflanzen auf, deren Existenz man gar nicht wahrgenommen hat. Oft überlege ich: Wurde die Pineta angelegt oder wuchs sie da schon seit Jahrhunderten von selbst? Die Funde von Ruinen römischer Villen an zwei Stellen in Pineta würden dem widersprechen.

Die Pinien sind wie Skulpturen, ihre Stämme sind kräftig und die Äste irgendwann wie Sprossen eines Schirmes angelegt; sie brauchen ungefähr 50 Jahre, bis sich ein richtiger Schirm gebildet hat. Manchmal ähneln sie einem Riesenpilz, vielleicht ist die Eiche ein Pendant in unseren Breitengraden zu dieser Wucht und Kraft, die sich aus diesen Bäumen entwickelt. Die vertrockneten Äste fallen von selbst ab, es bleibt der immer flachere Schirm oben, er ist wahrscheinlich auch überlebenswichtig für so einen Baum unter diesen klimatischen Bedingungen. Dieses Jahr war ich erschrocken, als ich die alten Pinien an der Straße nach Grosseto total beschnitten fand, sie sahen aus wie nackte, hilflose Wesen, die verletzt worden sind und ums Überleben kämpfen. Je weniger beschattete Stellen sich unten am Boden befinden, desto geringer die Überlebenschancen des Baumes. Irgendwo habe ich gelesen, dass sie in einer Pineta sogar bis zu sechs Monaten die Hitze und Dürre aushalten können. Dann flachen die Schirme noch mehr ab und bilden eine grüne Schicht oben; unten bleibt es trocken aber schattig. Die Schirmpinien wurden Modelle für unzählige Künstler und stehen immer noch stramm und schattenspendend, man möchte sogar sagen „wie gemalt“ da. Schon seit Antike werden sie abgebildet; natürlich finden wir sie bei den impressionistischen Gemälden, aber auch in vielen Zeichnungen, Lithografien, Fotografien, später und früher.

Interessant ist die Affinität der Faschisten zu den Pinien und zur Pineta; Mussolini soll angeordnet haben, überall Pinien zu pflanzen. Es gab regelrechte Programme zur Aufforstung entlang der Küste; die Wäldchen sollten die hinter dem Strand gelegenen Getreidefelder vor der salzigen Meerbrise schützen. Die bekannten faschistischen Musterdörfer wie Sabaudia in Latium, Villagio Resta und Le Cestine in Apulien oder auch Gualdo Tadino in Umbrien wurden mit Pinienwäldern abgegrenzt. Ich erinnere mich an Fotografien in einer Trattoria in Salento, die zeigten, wie Soldaten in den 1920er Jahren die frischen Anpflanzungen von Pinien bewachten. Gerade im Süden des Landes, in Apulien, in Latium, aber auch auf den Inseln, auf Sizilien und auf Sardinien, war dies Teil der der faschistischen Agrarpolitik nach den Kampagnen zur Enteignung des Großgrundbesitzes und zur Steigerung der Getreideproduktion auf bisher ungenutzten Flächen. Es gibt sehr lange Abschnitte an der italienischen Küste, besonders am Ionischen und Tyrrhenischen Meer, die mit Pinienwäldern bewachsen sind. Die Pinie als Symbol muss auch durch ihre Stärke, Anmut und Ausdauer angezogen haben und wurde in der Zeit oft auch in den Ornamenten eingesetzt; man findet sie schon früher im Art Déco-Stil.

Wenn ich an Pinien denke, kommen mir natürlich noch die schmackhaften Pinienkerne (pinoli) in den Sinn. Sie werden viel in der italienischen Küche verarbeitet, vor allem beim Backen; ich denke an die Torta della Nonna. Sie werden aber auch im berühmten pesto genovese, anstelle von Pistazien, verarbeitet; sie garnieren Salate und manche Vorspeisen. Pinienkerne haben einen relativ hohen Fettgehalt und sind sehr nahrhaft. Sie werden manuell geerntet, die Zapfen werden heruntergeschlagen oder man wartet, bis sie von selbst herabfallen. In Italien werden sie in der Winterzeit, zwischen Oktober und März gesammelt, dann fallen aus den Zapfen die harten Samen, deren harte Schale muss man entfernen, um an den cremeweißen Kern zu kommen. Manchmal werden die Samen eingeweicht oder direkt zerstoßen; diese Arbeit ist sehr mühsam und deswegen sind die Pinienkerne sehr teuer. Inzwischen gelangen sie auf unseren Lebensmittelmarkt auch aus Asien.

Shut down (5)

Tibor Jagielski

Siddartha

Intro:

5 X

mein name ist in wasser geschrieben
umfasst von wellen
unvergänglich wie schaum deren kronen

mein name wird von wind gepfiffen
spaziert mit den wolken
und fällt mit dem regen herunter

 in wasser geschrieben ist mein name

——————————————————————

wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b.,
po drodze podrzucam  redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny;
po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty
– wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu.
no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer;
po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie  (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle);
lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony
– dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów?  – pytam
patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie
– nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści…
– bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag?
– tak.
– ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej…
patrzy w bok, patrzy w górę i milczy;
milczymy obaj;

——————————————————————————

Pergamonaltar

Ich fühle mich
wie Pergamonaltar
manchmal ohne Kopf
ein anderes mal
kann ich nicht uff die Beine

Nicht selten
sind nur die Hände da
wie Freund und Feind
ineinander im kampf
verflochten

Ausgang  – ungewiß

(2014)

heute über windräder

die reise nach jerichow
ist immer eine reise des hiobs
oder
oedipus

gauck hat sich selbst geblendet
in seiner christenheit
und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer
und verwandelt deutschland
in ein kibbuz
voller windräder

führwahr
an den  don kichots mangelt es nicht
aber was fehlt
vollkommen
sind die sancho pansas

was wurde loriot zur garnisonskirche sagen?
ich denke
ruhe in frieden

(2015)

Z wolnej stopy 55

Zbigniew Milewicz

Październikowo

Październik, obraz Jamesa Tissot

Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.

Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.

Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.

Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.

Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.

“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.

Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).

Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.

Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.

Wspomnienia o Maryli (20)

Tadeusz Ciechomski

Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.

W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).

W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…

Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…

Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.

Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.

30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.

Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.

Zum Tod von Mikis Theodorakis

Mikis Theodorakis (* 29. Juli 1925, † 2. September 2021]) war ein griechischer Komponist, Schriftsteller und Politiker. In seiner Heimat wird er als Volksheld verehrt. Theodorakis war einer der bekanntesten griechischen Komponisten des 20. Jahrhunderts. Besonders seine Filmmusiken zu Alexis Sorbas (mit Sirtaki), Z und Serpico sowie die Vertonung des Canto General nach Versen von Pablo Neruda machten ihn weltweit bekannt. Zu seinem mehr als 1000 Werke umfassenden Schaffen zählen symphonische Kompositionen und eine Vielzahl von Liedern. Darüber hinaus wurde er durch sein politisches Engagement bekannt.

Während des Zweiten Weltkriegs war er Widerstandskämpfer gegen den Nationalsozialismus und kämpfte beim anschließenden Griechischen Bürgerkrieg auf Seiten der Linken, weshalb er später in einem Lager interniert und schwer gefoltert wurde. Gegen die Militärdiktatur ging er in den Widerstand und wurde festgenommen und erneut schwer gefoltert; er durfte auf internationalen Druck ausreisen und lebte bis 1974 im Pariser Exil. In den frühen 60er und in den 80er Jahren wurde Theodorakis als linker Politiker in das griechische Parlament gewählt. 1989 half er, eine große Koalition zwischen Konservativen, Sozialisten und Linken zu bilden: Erstmals seit dem Griechischen Bürgerkrieg wurden Kommunisten wieder an der Macht beteiligt. Er wurde 1990 Minister ohne Geschäftsbereich beim Premierminister in der Regierung von Konstantinos Mitsotakis. In dieser Funktion setzte er sich gegen Drogen und Terrorismus, für Kultur und Erziehung sowie für verbesserte Beziehungen zwischen Griechenland und der Türkei ein. Auch als er sich von der Tagespolitik zurückgezogen hatte, äußerte er sich zur aktuellen Politik: zum Kosovo-Krieg, für Palästina, gegen den Krieg im Irak.

In den Jahren der Militärdiktatur von 1967 bis 1974 galt er als Symbol des Widerstandes

Zum Tod von Mikis Theodorakis hat Brigitte ihre persönliche Erinnerung geschrieben.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Theodorakis hat ein hohes Alter erreicht, dennoch hinterlässt sein Tod eine Leerstelle.

Ein glückliches Ereignis war das Konzert 1974 nach dem Ende der Diktatur in Griechenland.

Jedem Anfang wohnt ein Zauber inne… dann kommt der Alltag und auch das mühsame Geschäft der Aufarbeitung wie nach dem Mauerfall, der Menschenkette in den baltischen Ländern und ähnlichen ‚Wenden‘. So auch in Griechenland.

Theodorakis ist aus der kommunistischen Partei ausgetreten, ein Sozialist ist er immer geblieben. Für seine Standhaftigkeit hat er einen hohen Preis gezahlt, jetzt ist er ein fester Bestandteil des Kulturerbes weit über Griechenland hinaus.

Maria Farantouri, berühmte Interpretin der Lieder von Theodorakis, hat in den 70-er Jahren live Lieder von Theodorakis gesungen im Programm der ‚Festlichen Tage‘ am Fuß des Kreuzbergs, eine wundervolle Stimme, die den ganzen Viktoriapark einhüllte. Ich habe ihr sehr beglückt zugehört.

Z wolnej stopy 48

Zbigniew Milewicz

Z łagrów pod polskie sztandary

Układ Sikorski – Majski, podpisany został w Londynie 30 lipca 1941 roku. 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało natomiast ważny dekret o amnestii dla obywateli polskich, aresztowanych i deportowanych przez NKWD, po sowieckiej agresji na nasz kraj i ten dokument był następstwem londyńskiej umowy.

Układ dotyczył wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską i ZSRR, które Kreml jednostronnie zerwał po 17 września 1939 r. Ta data jest na ogół znana, więc tylko krótko przypomnę towarzyszące fakty: we wrześniu 1939 roku, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, hitlerowskie Niemcy wspólnie ze stalinowską Rosją dokonały czwartego rozbioru Polski, zawarły między sobą traktat o granicach i przyjaźni, po czym nastąpiła formalna aneksja okupowanych terenów; jak to robił Wehrmacht i jak Armia Czerwona – też wiadomo. Konsekwencją aneksji wschodnich terenów II Rzeczpospolitej było narzucenie mieszkańcom okupowanych ziem obywatelstwa ZSRR, sowietyzacja życia i polityczne represje. Odczuła je każda kresowa rodzina, także moja, od strony ojca, o czym pisałem w Życiu od nowa po raz drugi.

Podejmowane przez polski rząd na uchodźstwie próby udzielenia oficjalnej pomocy deportowanym Polakom były przez Moskwę całkowicie ignorowane, nie uznawała ona rządu gen. W. Sikorskiego. Ponadto fakt, że państwa sprzymierzone (Wielka Brytania, Francja) nie były w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, w dużej mierze obniżał możliwości rządu polskiego w omawianej kwestii. Kierunek radzieckiej polityki jednoznacznie oddawał ton przemówienia Wiaczesława Mołotowa z października 1939 r., mającego na celu uzasadnienie agresji na Polskę. W swojej wypowiedzi stwierdził, że Polska egzystowała dzięki wyzyskiwaniu uciemiężonych narodów niepolskich, a uderzenie Armii Czerwonej i niemieckiej w zupełności wystarczyło do unicestwienia „pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”. Ponadto, według Mołotowa, Armia Czerwona wkroczyła do Polski w celu udzielenia pomocy Ukraińcom i Białorusinom uciskanym przez polskich panów.

“Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku miał bezpośredni wpływ na wznowienie stosunków dyplomatycznych (…) pomiędzy rządem polskim a Moskwą (za pośrednictwem Brytyjczyków). Podczas prowadzonych rozmów strona polska postulowała o anulowanie traktatu Ribbentrop-Mołotow, otwarcie w Moskwie polskiej ambasady, utworzenie organizacji polskiej, mającej na celu sprawowanie opieki nad ludnością polską przebywającą na terenie ZSRR oraz uwolnienie wszystkich jeńców polskich i innych osób, które zostały pozbawione wolności w ZSRR. To właśnie oni mieli zostać żołnierzami nowej armii polskiej. Ponieważ rząd Polski nie ogłosił we wrześniu 1939 roku stanu wojny z ZSRR, stosunki dyplomatyczne mogły być wznowione bez przeszkód formalno-prawnych”.

Cytowane fragmenty tekstu pochodzą ze wstępu do pracy Sylwestra Strzyżewskiego*, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, zamieszczonej w Zeszytach Naukowych Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych, Nr 3 (165) 2012, które mi podesłał elektronicznie mój brat Mariusz. O głównym wątku tej publikacji napiszę oddzielnie, teraz chciałbym się odnieść najpierw do przyczyny nagłej spolegliwości Stalina w stosunku do Polaków. Wywodziła się ona z katastrofalnej sytuacji militarnej ZSRR w 1941 roku, z zaskoczenia agresją III Rzeszy na Związek Sowiecki (operacja Barbarossa) i potrzeby materialnej pomocy ze strony Wielkiej Brytanii i USA. Po późniejszej klęsce Wehrmachtu pod Moskwą strona radziecka zaczęła się stopniowo wycofywać z zawartych uzgodnień, ale na razie amnestia była szansą na przeżycie dla tysięcy Polaków, deportowanych w głąb ZSRR. Zgodnie z nią natychmiastowemu uwolnieniu podlegali obywatele RP – jeńcy wojenni, internowani, więźniowie więzień i łagrów, osoby pozostające w śledztwie, zesłani osadnicy wojskowi, leśnicy oraz członkowie rodzin osób represjonowanych i wysiedlonych. Według danych NKWD, przekazanych Stalinowi przez Berię 1 sierpnia 1941, dekret miał dotyczyć 381 220 osób, określanych jako byli obywatele polscy. Liczba ta obejmowała również 26 160 jeńców, podobnie określanych słowem byli.

Podpisanie układu, Londyn 30 lipca 1941 roku. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski. Amnestia objęła 381 tysięcy Polaków.

„W celu zawarcia umowy wojskowej, umożliwiającej utworzenie Wojska Polskiego – pisze dalej S. Strzyżewski – do Związku Radzieckiego udała się polska misja wojskowa na czele z gen. bryg. Zygmuntem Bohuszem-Szyszko. Efektem wizyty było podpisanie w dniu 14 sierpnia 1941 roku umowy wojskowej, określającej zasady sformowania na terenie ZSRR Armii Polskiej, która miała wejść w skład sił zbrojnych Rzeczypospolitej i podlegać organizacyjnie i personalnie Naczelnemu Wodzowi. Pod względem operacyjnym armia ta miała podlegać Naczelnemu Dowództwu ZSRR. Zwolniony w dniu 4 sierpnia z więzienia na Łubiance gen. bryg. Władysław Anders został dwa dni później wyznaczony przez Naczelnego Wodza na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR”.

Dla porządku, mowa o naczelnym wodzu Polskich Sił Zbrojnych na uchodźstwie, generale Władysławie Sikorskim. Zwalnianie osadzonych z więzień, obozów pracy, czy też zesłania było całkowicie uzależnione od władz radzieckich. Za ich zgodą Polacy utworzyli polską ambasadę w Kujbyszewie i 19 delegatur, które zostały rozmieszczone w naszych największych skupiskach oraz powołali 387 mężów zaufania (w połowie 1942 r. komórki te zlikwidowano pod pretekstem rzekomego prowadzenia działalności wywiadowczej oraz propagandy antyradzieckiej). Pierwotnie polskie wojsko w ZSRR miało liczyć dwie dywizje i jeden pułk zapasowy. Buzułuk, koło Kujbyszewa został siedzibą sztabu armii, natomiast w Tatiszczewie, obok Saratowa, Trockoje i Kołtubance sformowano obozy mobilizacyjno-szkoleniowe, a następnie pierwsze jednostki. W dniu 22 sierpnia 1941 r. gen. Władysław Anders wydał Rozkaz nr 1, w którym wezwał (…) wszystkich obywateli Rzeczypospolitej zdolnych do noszenia broni, by spełnili swój obowiązek względem Ojczyzny i wstąpili pod sztandary Orła Białego. W ślad za nim w łagrach zaczęły działać komisje rekrutacyjne.

Według oficjalnych informacji strony rosyjskiej, w obozach w Griazowcu, Jużsku, Suzdalu i Starobielsku znajdowało się około 21 000 oficerów i szeregowych, którzy w 1940 roku nie podzielili losu ofiar Katynia i Charkowa. Na podstawie tych danych pierwotnie ustalono stan tworzonej armii na 25 000 żołnierzy. W pierwszych dniach września przetransportowano do obozów formujących się jednostek około 1 000 oficerów i ponad 21 000 szeregowych, jednak napływ żołnierzy trwał nadal.
3 października Rada Obrony ZSRR wydała uchwałę ustalającą stan armii Andersa na 30 000 żołnierzy, jednak w połowie miesiąca dołączyło do nich jeszcze osiem tysięcy nowych i ponad dwa tysiące cywili. Polsko-radziecka deklaracja, podpisana 4 grudnia 1941 r., brzmiała jeszcze optymistyczniej; według niej w polskich szeregach miało stanąć 96 000 żołnierzy. Oprócz nich 30 000 osób miało zostać przydzielonych do tzw. formacji pomocniczych, a część wojsk mogła spodziewać się przerzutu do Wielkiej Brytanii i na Środkowy Wschód.

Główny problem tkwił w tym, kto mógł wstąpić do polskiej armii. Klucze do bram łagrów mieli Rosjanie i oni niepodzielnie decydowali o tym, kto przez nie wychodził. 1 grudnia 1941 Rosjanie uznali jednostronną notą, że „amnestia” obejmuje wyłącznie osoby narodowości polskiej, czego nasza strona nie akceptowała, gdyż ZSRR uzurpował sobie prawo rozstrzygania o tym, kto jest obywatelem Polski, a kto nim nie jest. Ukrainiec, Białorusin i Żyd ze wschodnich terenów RP z polskim obywatelstwem musieli pozostać w łagrze, natomiast NKWD nie miało zastrzeżeń, aby uznać za właściwe obywatelstwo żydowskich więźniów, pochodzących z centralnych i zachodnich terenów II RP. Stosunkowo łatwo korzystali też z amnestii ukraińscy i białoruscy łagiernicy, wystarczała deklaracja, że są narodowości polskiej i pragną walczyć w armii Władysława Andersa. W jakim stopniu podejmowane decyzje wynikały z sowieckiego bałaganu administracyjnego, a w jakim ze sprytnej, sabotażowej taktyki NKWD, mającej na celu dezorientację osadzonych Polaków, to trudno mi ocenić.

Dekret o amnestii był realizowany selektywnie; niektórzy więźniowie na wolności mogli być kłopotliwi dla stalinowskiej władzy. Znany jest przypadek uporczywego przetrzymywania w łagrach Ust Vym w republice Komi profesora Stanisława Swianiewicza, jedynego żyjącego świadka zbrodni katyńskiej, zwolnionego dopiero na osobistą interwencję ambasadora Stanisława Kota. Innym charakterystycznym przykładem jest uwolnienie pisarza Gustawa Herlinga-Grudzińskiego dopiero w listopadzie 1941, po ogłoszeniu przez niego głodówki. W wielu miejscach odosobnienia blokowano informacje o tworzonej armii, lub podawano sprzeczne dane o miejscach jej formowania.

W opinii przeciwników układu Sikorski–Majski, Naczelny Wódz zgadzając się na użycie słowa „amnestia” faktycznie uznał władzę ZSRR na terytoriach wcielonych do tego państwa po roku 1939. Niemniej dzięki niej wyszło z łagrów i więzień wielu ludzi – jeńców wojennych i zesłańców, z których uformowano Polskie Siły Zbrojne w ZSRR. Szacunkowo ewakuacji z imperium doczekało ponad 100 tysięcy obywateli polskich. 2 Korpus Polski utworzony z oddziałów ewakuowanych z ZSRR brał udział w kampanii włoskiej, w tym w bitwach o Monte Cassino, Anconę i Bolonię, stanowiąc największą liczebnie formację Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Pozostałych w ZSRR obywateli RP już w roku 1942 poddano nowym represjom, w szczególności masowej akcji paszportyzacji – wymuszania zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. W styczniu 1942 r. Wehrmacht poniósł pod Moskwą dotkliwą klęskę, więc Stalin odzyskał dawną pewność siebie i z powrotem przykręcił Polakom śrubę.

_____

* Sylwester Strzyżewski, Ministerstwo Obrony Narodowej

Rowerem przez Polskę

Lech Milewski

Kilka tygodni temu zauważyłem informację, że w marcu tego roku, wydawnictwo Znak, wydało książkę angielskiego autora Bernarda Newmana – Rowerem przez II R.P. – KLIK.

Rowerem przez II R.P. – wyznam, że przestraszyłem się dystansu i możliwych restrykcji po drodze i poszukałem skrótów. Znalazłem, w Amazonii – Pedalling Poland…

Po kilku minutach mój “kindel” pomachał ogonem na znak, że możemy jechać. Przed startem zajrzałem jednak do własnych wspomnień. Otóż po 2 roku studiów wybrałem się na wędrówkę rowerową po Polsce. Przejechałem prawie 1 500 km, odwiedziłem sporo ciekawych miejsc, ale jednak główne wrażenie jakie pozostało to – droga i pedałowanie.
Już po kilku stronach książki zauważyłem, że nie byłem wyjątkiem – jakieś 20% książki Bernarda Newman’a to uwagi na temat dróg, jazdy na rowerze i samego roweru – George’a – który czasami nabiera cech ludzkich.
Uwaga: Bernard Newman przejechał przez całą Polskę, ale ja ograniczę się tylko do pierwszego etapu podróży, gdyż wydał mi się najbardziej charakterystyczny dla ówczesnej oceny sytuacji w Europie.
Podróż zaczyna się w Wolnym Mieście Gdańsku, ale autor dość sceptycznie odnosi się do tego formalnego statusu.

Uwaga: podane w tym wpisie cytaty z książki to moje, dość luźne, tłumaczenie z angielskiego oryginału.

Danzig – w Anglii wiemy, że to niemieckie miasto, które zwycięzcy alianci zgodzili się przyznać Polsce wraz z dostępem do morza, ale nasz własny Lloyd George sprzeciwił się temu pomysłowi i stanęło na jego propozycji – Wolne Miasto. W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć, że dla tego miasta to nie nowina – rok 1454 – po rewolcie przeciwko Krzyżakom, Gdańsk był polski aż do roku 1793, kiedy to został wchłonięty przez Prusy podczas II Rozbioru Polski. Wspomnę jeszcze, że w latach 1807-1815 Gdańsk był pod kontrolą Francuzów i miał również status Wolnego Miasta. Jednak obecnie, tu na miejscu, byłoby głupotą dyskutować, że Danzig nie jest niemieckim miastem… Byłem wiele razy i w wielu miastach niemieckich, ale po kilku minutach pobytu w Danzig stwierdziłem, że bardziej niemieckiego miasta dotąd nie widziałem... Gdy pedałowałem przez jego ulice, byłem zdumiony. Oczywiście, nie wolno oceniać politycznych nastrojów miasta na podstawie wywieszonych flag, ale sądząc po ilości swastyk, Danzig wygląda na bardziej nazistowski niż jakiekolwiek inne miasto w Niemczech. Praktycznie na każdym domu wisiała nazistowska flaga, co druga osoba miała przyczepiony nazistowski znaczek, a co druga – dwa znaczki.
Autor podziwia stare budynki potwierdzające bogatą historię miasta. Na dłużej zatrzymuje się jednak tylko w Bazylice Mariackiej.
Dla niego jest to jednak …chyba największy na świecie kościół protestancki po londyńskiej katedrze św Pawła – pogrubienie moje.
Razi go monotonia gołej cegły i puste wnętrze urozmaicone tylko obrazem Memlinga – Sąd Ostateczny – namalowanym na zamówienie florenckiego bankiera i przeznaczonym dla kaplicy pod Florencją. Podczas żeglugi z Holandii do Włoch obraz został zrabowany przez gdańskich (hanzeatyckich) piratów i darowany gdańskiej katedrze, która nie miała oporów z przyjęciem daru.
Historia obrazu TUTAJ.
Autor łatwo sobie poradził z zaszufladkowaniem Gdańska, dużo bardziej interesuje go Korytarz – byłe tereny pruskie przydzielone Polsce w Wersalu.

Wikipedia – KLIK.

Danzig opuściłem jadąc przez dzielnicę Schidlitz (Siedlce). Granicę przekroczyłem bez trudności, w samej rzeczy straż graniczna była kwintesencją grzeczności. Wkrótce otoczyły mnie łagodne, zielone wzgórza – politycy tyle bębnią o problemach tego rejonu, a żaden nie wspomni jak czarujące są to okolice. Wspomnę więc, że popularna nazwa tych terenów to Szwajcaria Kaszubska – nazwa pompatyczna, ale okolice tak piękne, że tę przesadę można wybaczyć.
Podczas kilku dni jazdy z Kartuz, przez Wejherowo, do Gdyni, autor wypatruje śladów tarć między mieszkającymi tu od lat Niemcami a ludnością o polskim rodowodzie i przekonuje się, że takich tarć tu nie ma. Większość mieszkańców to Kaszubi o słowiańskim rodowodzie, a Niemcy mieszkają tu od tak wielu lat, że nikt nie uważa ich za obcych.
Gdynia – tu autor nie kryje podziwu: Polska ma prawo być dumna ze swojego przedsięwzięcia, chyba nigdzie w Ameryce osiągnięto takiego tempa budowy. Miasto jest świetnie zaplanowane, budownictwo nowoczesne… Supernowoczesny port wciąż jest rozbudowywany… W pobliżu niewielka baza marynarki wojennej. Zaskoczyła mnie informacja, że polska marynarka nie miała kłopotów ze znalezieniem dowódców. Okazało się, że wielu Polaków służyło na dowódczych stanowiskach w marynarce rosyjskiej i z radością zmienili barwy. Co innego marynarka handlowa. W pobliżu portu w Gdyni zauważyłem szkoleniowy żaglowiec. Polska marynarka handlowa obsługuje nie tylko Bałtyk i Morze Północne, ale również Amerykę. Kadra oficerska to młodzi, świeżo wyszkoleni Polacy prowadzący świeżo zbudowane statki. Jakże smutno kontrastuje z tym Anglia.
Korytarz się kończy: Przez Orłowo dojechałem z powrotem na terytorium Wolnego Miasta. Zoppot – pretensjonalne miejsce zdominowane przez kasyno i podobne obrzydliwości. A chwilę później byłem znowu w Danzig, który po łagodnym spokoju Korytarza zrobił na mnie jeszcze bardziej nazistowskie wrażenie.
W tym miejscu autor poświęca sporo miejsca na ocenę sytuacji politycznej w Polsce i Europie.
Jest ona optymistyczna, do czego zapewne przyczyniła się podpisana kilka miesięcy wcześniej polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy – KLIK.
Konkluzja autora:
Fala nazizmu może dokonać wiele dobrego, niezależnie od jego licznych ekscesów, gdy zetknie się z twardą rzeczywistością. Upokorzone i pobite Niemcy lat powojennych były równie niebezpieczne dla światowego pokoju, co Hitler i jemu podobni. Niemcy odzyskały dziś szacunek dla siebie samych, a jeśli zdołają uniknąć arogancji, rysuje się przed nimi jasna przyszłość. Dla Hitlera nadszedł czas próby.
Jeśli natomiast chodzi o przyszłość Korytarza…
Dwa punkty są dla autora oczywiste: Korytarz to rdzennie polskie ziemie i Niemcy powinni to uznać natomiast Gdańsk to niemieckie miasto i powinno zostać zwrócone Niemcom, gdzieś tak w 1945, 1950 roku i wtedy, …wspólnie z Gdynią oraz portami w Stettin i Königsberg, będzie obsługiwał niewyczerpany potencjał Polski.
Pozostała jeszcze jedna sprawa – opieczętowany pociąg (sealed train).
Miałem trudności ze znalezieniem polskiej strony internetowej na ten temat, Google zaproponowało niemiecką – KLIK. Chodziło o to, żeby pasażerowie podróżujący miedzy Niemcami a Prusami Wschodnimi nie musieli posiadać polskich wiz ani podlegać polskiej kontroli celnej. Dlatego na stacjach granicznych (Chojnice, Tczew) do wagonów wsiadali polscy kontrolerzy.

Autor bardzo się rozczula nad losem kanclerza Hindenburga, który musiał się poddawać tej procedurze, ilekroć chciał odwiedzić swoją rodzinną rezydencję w Neudeck (obecnie Ogrodzieniec) – KLIK.
Uważa, że z chwilą unormowania sytuacji Korytarza i Gdańska, Niemcy wybudują stosowny tunel lub most i problem zniknie.

Kilka słów o autorze.
Bernard Newman to niestrudzony wędrownik. Odwiedził 60 krajów, wiele z nich na rowerze. Efektem podróży było około 80 książek, co najmniej sześć z nich jest związanych z Polską.
Czas między podróżami wypełniał wykładami i spotkaniami z czytelnikami.
Podejrzewano go również o współpracę z brytyjskim wywiadem.
Faktem jest, że podczas I Wojny Światowej przebywał w Paryżu i był dorywczo wykorzystywany do zadań wywiadowczych.
Tematyka szpiegowska była mu bliska, napisał na ten temat kilka książek…
Interesującym zbiegiem okoliczności może być fakt, że podczas podróży rowerowej wokół Bałtyku zbłądził na tereny wojskowe na wyspie Rugii. Jego obserwacje z tego zbłądzenia były źródłem pierwszych raportów dotyczących budowy rakiet V-1. Więcej w Wikipedii – KLIK.

P.S. Anglik podróżuje na rowerze przez Europę.
Przypomniała mi się czytana dawno temu książka – Three Men on the Bummel – KLIK. Tytuł nie pozostawia wątpliwości – podróż przez Niemcy.
Ta książka została opublikowana w 1900 roku, więc znaczną jej część zajmują opisy funkcjonowania nowoczesnego roweru. Równie znaczna część to stereotypy na temat Niemców – przykład podany na zlinkowanej powyżej stronie.
Autor książki – Jerome K. Jerome.
To nazwisko kojarzy się z popularną w moich czasach powieścią – Trzech panów w łódce, nie licząc psa.
Wyznam, że od początku zainteresował mnie ten inicjał K w nazwisku autora.
Zainteresował jeszcze bardziej gdy odkryłem, że jest to skrót słowa Klapka. Tak, autor nazywa się Jerome Klapka Jerome.
Okazuje się, że autor na chrzcie otrzymał imiona Jerome Clapp. 
Drugie imię zmienił gdy dowiedział się o bohaterskich czynach węgierskiego generała György Klapka podczas wojny 1848 roku.

Zacznijmy od edukacji

Interview auf Deutsch:

Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabą o polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii

Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?

Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.

Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.

Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?

To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.

Jaki jest status tego podręcznika?

Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.

Dalej: https://www.gosc.pl/doc/6655132

***
Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa

Kommentarz profesora Michaela Müllera

Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer

Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.

Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.

Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.

Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.

Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.

Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.

Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.

***

Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

This image has an empty alt attribute; its file name is cobwebladder.jpg

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK