Frauenblick auf den Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Vom Krieg in der Ukraine in dem Piłsudski-Museum

Seit einigen Tagen dauert ein absurder, unmenschlicher und brutaler Krieg in der Ukraine. Lange standen die russischen Einheiten entlang der Grenze und viele (mich eingeschlossen) dachten, es wird bei dem Theater und den Drohungen bleiben. Putin würde seine Tiraden ausspucken und die Welt würde ihn zurechtweisen. Die amerikanischen Informationen, nach denen die Invasion in zwei Tagen, dann in vier, dann am nächsten Wochenende beginnen sollte, tat ich als Übertreibung ab. Doch ich wurde eines Besseren belehrt, er hat das Unvorstellbare doch in die Tat umgesetzt und wir schauen zu. Das macht einen so mutlos, ratlos und auch wütend. Inzwischen dauert der Krieg drei Wochen, nach Polen sind über eine Million Menschen geflüchtet, hauptsächlich Frauen und Kinder; drei von ihnen mit vier Kindern beherberge ich in der Wohnung meiner Mutter. Die Polen helfen musterhaft, mit großer Empathie und Wärme, vieles ist sehr gut organisiert, aber wie lange und wie viele Menschen werden sie aushalten können. Auf der anderen Seite wird ununterbrochen geredet, dabei erreicht man eher wenig; wir haben diesen Verrückten zu lange machen lassen, die Augen zugemacht und seine Unmenschlichkeit nicht sehen wollen, zu mächtig waren die Konzerne, die Industrie; Gas, Öl, Stahl, floss günstig aus Russland … alles Faktoren, die mehr zählten als die Moral. Jetzt rächt sich das, alle haben Angst und wissen nicht, wie man diesen Knoten lösen könnte. Die fahrende Lokomotive der Vernichtung ist nur schwer zu stoppen, auch wenn die Ukrainer wirklich unheimlichen Mut, strategische Intelligenz und Kampfbereitschaft zeigen.

Eigentlich sollte der Anfang dieses Textes mit der spontanen Spendenhilfe für die Ukrainer, die ich zufällig im Piłsudski-Museum am Anfang der Invasion miterlebt habe, eine Überleitung zu einem Text über das Museum bilden. Inzwischen bin ich in die Geschehnisse tief verwickelt und weiß nicht recht, ob eine Information über das Museum in diesen Zeiten sinnvoll ist, auch wenn die historischen Parallelen in diesen dramatischen Zeiten stärker sichtbar sind; viele Polen haben das Gefühl eines déja vue: was muss noch Schlimmeres passieren, damit man wirklich jegliche Verbindung nach Russland abbricht, den Geldfluss ganz unterbindet. Vielleicht bietet die Beschäftigung mit dem Museum etwas Ablenkung von der ständigen Flut der Informationen und Bilder über diesen schrecklichen, wirklich makabren und unvorstellbaren Krieg, die wir hier in Warschau bekommen.

Also: das Museum, das am 14. August 2020 eröffnet wurde, liegt in dem kleinen Örtchen Sulejówek, früher nicht zu Warschau gehörend, dort, wo Piłsudski sich im Alter zurückgezogen hatte; es nimmt ein Terrain von ca. 4 Ha ein. Es existiert noch sein Wohnhaus, die Villa Milusin, das man auch besichtigen kann, dazu zwei weitere alte Gebäude – ein hölzernes Sommerhaus, die Villa Bzów [Villa Flieder], typisch für diese Gegend, und ein Quartier für Piłsudskis militärische Leibgarde. Auf dem großen Terrain inmitten von Kiefernwald wurde dann ein Kubus, das Gebäude des Museums, errichtet. Es harmoniert mit der Natur rundherum, ist aber ein sehr moderner, großer Betonbau nach den Plänen des Piłsudski-Enkels Krzysztof Jaraczewski und Radosław Kacprzak. Der Bau passt sich gut an die Umgebung an, ist nicht zu hoch, die meisten Ausstellungsräume befinden sich unter der Erde. Vor dem Eingang gibt es eine Skulptur: Piłsudski als Vater mit seinen Töchtern, sitzend auf einer Bank. Die ständige Ausstellung trägt den Titel: Dla Rzeczpospolitej. Józef Piłsudski 1867-1935 w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. [Für die Republik. Józef Piłsudski 1867-1935 im Museum Józef Piłsudski in Sulejówek].

Beim Betreten des Museums hat man schon etwas das Gefühl, ein Mausoleum, ein Grab des Tutenchamun zu betreten, eine breite Marmortreppe führt zwei Stockwerke tief unter die Erde, doch man wird dann sehr gut durch die sorgfältig und breit angelegten Ausstellungräume geleitet, erfährt viel nicht nur über die Person Piłsudskis, sondern auch über die Geschichte der Zwischenkriegszeit, des damals gerade erst wiedererstandenen polnischen Staats. Dadurch gewinnt das Museum an Wichtigkeit und Bedeutung; es ist eine Ausstellung über die Jahre der Zweiten Polnischen Republik, über die Euphorie der Freiheit, der Unabhängigkeit und der Selbstbestimmung, die mit der Person Józef Piłsudskis verbunden war. Die Ausstellung ist sehr durchdacht und hat mehrere Darstellungsebenen. Der erste deutlich sichtbare Faden führt durch die Biographie Piłsudskis, Kindheit und Schule, Elternhaus etc… Der Besucher durchschreitet durch sechs chronologisch angeordnete Räume das Leben Pilsudskis: „Ziuk“ (der Kosename), „Wiktor“, der Kommandant, der Naczelnik [der Vorsteher], der Marszałek [der Marschall], der sechste Raum heißt „Symbol“ und betrifft mehr Piłsudskis Vermächtnis für Polen. Parallel dazu werden Ereignisse aus Europa, manchmal der Welt an historischen Achsen stichwortartig dargestellt, für mich eine wunderbare Lehrstunde in Geschichte. Natürlich nehmen auch Ereignisse in Polen und den Nachbarländern, die Bezüge und Zusammenhänge zwischen ihnen einen wichtigen Anteil an der Ausstellung teil.

Vom unteren Teil, bis 1918, gelangt man über eine Art von Rampe nach oben, an riesigen Leinwänden oder Bildschirmen vorbei, auf denen Ausschnitte der historischen Ereignisse aus der Zeit gezeigt werden, der Kampf um die Unabhängigkeit und Souveränität Polens. Auf dem Zwischengeschoss wird dann Piłsudskis Tätigkeit im freien Polen gezeigt. Alles wird durch Räume mit dem Thema Symbol durchschnitten, was zum Nachdenken und zum Herstellen geschichtlicher Parallelen anregen soll. Damit hatte ich dann auch mehr Schwierigkeiten; es ist auch nicht mehr so eindeutig positiv und erbauend, was in der Zeit passierte.

Als ich die Ausstellung zum ersten Mal gesehen hatte, deutlich vor dem Überfall Russlands auf die Ukraine, war ich doch etwas vom Ausmaß der Stilisierung des großen Staatsmanns, um nicht zu sagen Führers, überrascht und von den eher geringen Anstrengungen, das zu relativieren. Jetzt haben sogar solche Schlagworte wie: „Nie oddamy Wilna, nie oddamy Lwowa“ [Wir geben Vilnius nicht preis, wir geben Lviv nicht preis“] einen anderen Klang und Charakter. Mögen wir diese Krise sobald wie möglich bewältigen.

Jaworze (1981)

Ewa Maria Slaska

Fragment powieści

Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.

13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.

– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać.
– Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki.
Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić?
– Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia.
– W Ameryce?
– A żebyś wiedział. W Ameryce!
Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył:
– Po moim trupie.
I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu.
O dziwo, nie napisał o tym wiersza.
Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi.
Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Śladami Berlińskiego Muru

Ela Kargol

Między Rudow a Altglienicke, między sektorem amerykańskim a sowieckim

Altglienicke jest dzielnicą Berlina, administracyjnie przynależną do Treptow-Köpenick, w czasie podziału Niemiec – do sektora sowieckiego. Historyczna gmina Altglienicke z końca XIX wieku wywodzi się z miejscowości Glinik z XIV wieku. Nazwa pochodzi z języka słowiańskiego, od słowa glina i oznacza miejsce lub osiedle na gliniastej ziemi.

I może właśnie glina sprawiła, że planowana ucieczka na drugą stronę miasta w lutym 1987 roku skończyła się dla Lutza Schmidta tragicznie.

Lutz Schmidt urodził się w Zittau, uprawiał kolarstwo wyścigowe, odnosił sukcesy do czasu, gdy odmówił wstąpienia do SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec). Ożenił się dość młodo, przekwalifikował zawodowo, zaczął budować dom pod Berlinem w Mahlow. Ani on, ani jego żona Karin nie widzieli jednak swojej przyszłości w NRD.

Jest początek lat 80 ubiegłego wieku.

Z obawy przed szykanami ze strony władz enerdowskich Schmidtowie nie ubiegają się o wyjazd z kraju. Chcą wykorzystać wizytę u rodziny w Bremie, aby pozostać na Zachodzie. Jednak kolejne wnioski o zezwolenie na odwiedziny krewnych w Niemczech Zachodnich zostają rozpatrzone odmownie. Wtedy Lutz Schmidt zaczyna snuć plany wydostania się z NRD, najpierw dość spektakularne, później już bardziej realne. Wraz ze swoim kolegą z pracy, z firmy transportowej VEB Autotrans, podejmują wspólną decyzję ucieczki. Korzystając z oficjalnych wyjazdów w rejon granicy, szukają dogodnego miejsca. 12 lutego 1987 roku mają nocną zmianę, ładują dwie ukryte już wcześniej drabiny na ciężarówkę i jadą na południowo-wschodnie obrzeża Berlina, do granicy sektorów między Altglienicke a Rudow. Rheingoldstraße, a od roku 2009 ulica Lutza Schmidta, prowadzi bezpośrednio na pas śmierci, który w tym miejscu ma szerokość zaledwie 50 metrów. Niestety ich ciężarówka w którymś momencie szybkiej jazdy zbacza z drogi, koła grzęzną w ziemi, a może w altglienickiej glinie. Obaj mężczyźni wyskakują z ciężarówki i znikają we mgle z drabinami.

A potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Ucieczka przez płot sygnalizacyjny wywołuje alarm, jedna z drabin zaplątuje się w zwoje drutu kolczastego. Druga znowu grzęźnie w glinie i nie dosięga rury na szczycie muru. Lutz Schmidt pomaga koledze wdrapać się na mur. Niestety ten traci równowagę i spada na zachodnioberlińską stronę, podczas gdy Lutz Schmidt osuwa się na terytorium NRD. Gdy wstaje, kula strażnika granicznego trafia go prosto w serce. Żona Lutza Schmidta jest zmuszona do milczenia i przedstawienia innej wersji wydarzeń (wypadek samochodowy), w przeciwnym razie władze odbiorą jej dzieci, a ona zostanie umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Dopiero w roku 1995 skazano sprawców zabójstwa Lutza Schmidta, zresztą na dość niską karę i to w zawieszeniu. W dniu 13 sierpnia 2009 roku dawna ulica Rheingoldstraße w Berlinie-Altglienicke, gdzie Lutz został zastrzelony, otrzymała nazwę Lutz-Schmidt-Straße.

Niedaleko ulicy Lutza Schmidta jest cmentarz (Friedhof Altglienicke), jeden z tych murem podzielonych, którego część za kaplicą po roku 1961, czyli po podziale miasta, zlikwidowano i zamieniono na pas graniczny. Prawdopodobnie stamtąd wezwano straż graniczną, gdy Lutz z kolegą uciekali przez mur. Kaplicę i otaczające ją kolumnady niedawno odnowiono, w dużej części zrekonstruowano. Za kaplicą, na dawnym pasie granicznym ułożone są w półkolach głazy narzutowe, upamiętniające żołnierzy z parafii Niederschöneweide, poległych podczas I wojny światowej. Na obelisku widnieją 144 nazwiska.

Przy wejściu na cmentarz po lewej stronie od niedawna znajduje się też inne miejsce pamięci, pamięci o ofiarach nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę, ustawioną na cmentarzu w kształcie litery L. Autorami miejsca pamięci są artystka Katharina Struber oraz architekt Klaus Gruber.

W latach 1940-1943 ofiary z obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady chowano w anonimowych grobach urnowych w zbiorowej mogile przy wejściu cmentarza. Do dzisiaj na polu urnowym zachowany jest pomnik z lat 50 ubiegłego wieku z napisem Den 1234 ermordeten Antifaschisten, deren Asche hier bestattet ist (Pamięci 1234 zamordowanych antyfaszystów, których prochy spoczywają w tym miejscu). Dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich odzyskały swoją tożsamość.

https://www.porta-polonica.de/pl/atlas-miejsc-pami%C4%99ci/ocalanie-od-zapomnienia-cmentarz-altglienicke-w-berlinie?page=1#body-top

https://www.erinnerungsort-altglienicke.de/

Za cmentarzem w kierunku zachodnim droga muru przebiega nad tunelem autostrady A 113. W latach 50 ubiegłego wieku inny tunel wywołał sporo sensacji i zamieszania. Był to tunel szpiegowski, a zbudowali go Amerykanie i Anglicy, pod kryptonimem Operacja Gold.

Przebiegał on na odcinku około 450 metrów wzdłuż cmentarza po jego północnej stronie, łączył Rudow w sektorze amerykańskim Berlina z Altglienicke w sektorze radzieckim. Zbudowany został po to, żeby podsłuchiwać rozmowy telefoniczne pomiędzy radziecką administracją wojskową w Karlshorst, lotniskiem Schönefeld, Poczdamem, Wünsdorfem i Moskwą.

Po podłączeniu się do kabli telefonów w strefie sowieckiej, nagrywano rozmowy dowódców wojsk radzieckich. Nagrane taśmy wysyłano codziennie do Waszyngtonu i Londynu. Tunel szpiegowski działał przez 11 miesięcy i 11 dni. Rosjanie twierdzili, że odkryli go całkiem przypadkowo. Prawda jednak była zupełnie inna. Dzięki oficerowi brytyjskiego wywiadu, który pracował również dla KGB, Sowieci poznali plany Operacji Gold jeszcze przed jej rozpoczęciem, mogli więc przygotować inne połączenia telefoniczne, przez inne kable albo przekazywać zachodnim aliantom fałszywe informacje.

Do części tunelu dokopano się podczas budowy owej wspomnianej już autostrady. Część, którą wykopano, przewieziono do Muzeum Alianckiego (AlliiertenMuseum) przy Clayallee. Siedem metrów stalowej rury o średnicy około dwóch metrów zajmuje jedno pomieszczenie w dawnej bibliotece im. Nicholsona, w której obecnie mieści się muzeum aliantów.

Prawdopodobnie reszta rury, tworzącej tunelu nadal tkwi sześć metrów pod ziemią i skrywa swoje tajemnice, które od początku były znane.

https://de.wikipedia.org/wiki/Operation_Gold

Park Krajobrazowy Rudow-Altglienicke w Berlinie został otwarty w 2009 roku i jest zadośćuczynieniem za zbudowaną w tym miejscu autostradę A 113. Duża część autostrady biegnie drogą dawnego muru, kiedyś dzielącego miasto. I żeby nie wyglądało, że miasto jest znowu podzielone, przy parku powstały tunele, aż do Rudower Höhe, a nad tunelem na nowo oznaczono drogę muru, łąki obsiano szałwią i lawendą, posadzono drzewa owocowe. Między Rudow (kiedyś w Berlinie Zachodnim) a Altglienicke (kiedyś w Berlinie Wschodnim) nie ma już granicy, wież obserwacyjnych, zasiek, patroli. Przy Rudower Höhe, wzniesieniu, jednym z wielu, które powstały z powojennych gruzów miasta, została jeszcze część muru wewnętrznego (Hinterlandmauer), ze względów bezpieczeństwa i ochrony przed dzięciołami w tej chwili już za płotem. Na dawnym pasie granicznym pasą się owce, a nową drogą muru mkną rowerzyści, zapaleńcy uprawiają jogging, spacerują rodziny z dziećmi.

Z wolnej stopy 57

Zbigniew Milewicz

Oddech wolności

O entuzjazmie, z jakim polskie społeczeństwo przyjęło wybór Władysława Gomułki na stanowisko szefa partii, świadczył chociażby ten 400-tysięczny tłum na Placu Defilad w Warszawie, zgromadzony na powyborczym wiecu, tłum pełen przeróżnych nadziei. Podczas swojego wystąpienia towarzysz Wiesław – taki pseudonim nosił od czasów komunistycznej konspiracji – potępił stalinizm oraz zapowiedział reformy, mające doprowadzić do demokratyzacji ustroju, i to ludziom pasowało.

Wladyslaw Gomulka przemawia na pl. Defilad w Warszawie, 24 pazdziernika 1956

Zaczęło się efektownie. Najpierw wyjechał z Polski marszałek Konstanty Rokossowski oraz wielu innych oficerów radzieckich, służących w Siłach Zbrojnych PRL. Z życia publicznego odeszli skompromitowani ludzie, np. prezes Sądu Najwyższego, Wacław Barcikowski, a ich stanowiska objęli ci, których represjonowano w poprzednich latach. Stalinogród powrócił do dawnej nazwy Katowice. Nazwisko Stalina zniknęło z Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Powstanie Warszawskie i Armia Krajowa, do tej pory potępiane przez komunistyczny reżim, zaczęły odzyskiwać swoje należne miejsce w historii i kulturze. Została złagodzona cenzura. Przejściowo zniesiono wydawanie poufnych opinii personalnych. Odbyły się procesy niektórych zbrodniarzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. A. Fejgina, J. Różańskiego, R. Romkowskiego). Z przestrzeni publicznej zniknęły tzw. sklepy za żółtymi firankami, przeznaczone dla elity władzy. Zniesiono zakaz posiadania przez obywateli platyny, złota i obcych walut (choć nadal nie wolno było nimi handlować). No i ogłoszono, że zaprzestaje się zagłuszania audycji radiostacji zachodnich w języku polskim, ale czy robiono to konsekwentnie, tego nie jestem pewien.

Po Październiku 56 odżył znowu Związek Harcerstwa Polskiego; wielu pracowników naukowych usuniętych w latach stalinowskich z uczelni, wróciło do nich; wycofano się z planów kolektywizacji rolnictwa; przywrócono, na kilka lat, lekcje religii w szkołach… I najważniejsze – otworzyły się bramy więzień dla wielu niewinnie osadzonych tam ludzi. 28 października 1956 roku wolność odzyskał prymas Polski, internowany kardynał Stefan Wyszyński. Ogółem zrehabilitowano około 1500 więźniów politycznych; wypuszczono na wolność około 35 tysięcy niesłusznie osądzonych osób (w tym wielu weteranów AK).

Polska wspiera Węgry

Na mocy oddzielnej, polsko-radzieckiej umowy, zawartej w Moskwie w połowie listopada, zdecydowano też o repatriacji około 30 tysięcy Polaków z ZSRR oraz uzgodniono status wojsk sowieckich w Polsce, na mocy którego nasza strona miała możliwość współdecydowania o różnych sprawach, związanych z lokacją jednostek.

Skutki październikowej odwilży odczuła również kultura. Odstąpiono od zasad socrealizmu w malarstwie i muzyce; w kinematografii zaczęły powstawać dzieła pozbawione propagandy komunistycznej, co pozwoliło m.in. na produkcję tzw. czarnej serii polskiego dokumentu, jak i na wyświetlanie w kinach fabularnych obrazów, zaliczanych do nowatorskiej polskiej szkoły filmowej. Wolnością słowa odetchnęli również ludzie pióra, przynajmniej na chwilę, bo odwilż tak szybko jak się zaczęła, tak szybko się skończyła, ale to temat zasługujący na odrębny wpis,

Jakże inaczej wypadki potoczyły się na Węgrzech, w kraju który liczył trzykrotnie mniej mieszkańców niż Polska, ale kilkakrotnie więcej represjonowanych politycznie. Nadzieje naszych przyjaciół na powtórkę scenariusza wydarzeń znad Wisły, bez rozlewu krwi, okazały się płonne. Tam Armia Radziecka początkowo wycofała się z interwencji, ale później wróciła i w dniach 4–10 listopada brutalnie stłumiła powstanie węgierskie z użyciem broni pancernej. Powstanie rozpoczęło się od manifestacji, zorganizowanej 23 października 1956 roku w Budapeszcie pod egidą studentów stołecznych uczelni.

Pomnik Stalina obalony w Budapeszcie

Liczba zabitych w walkach na Węgrzech nie jest dokładnie znana. Tajny raport urzędu statystycznego z 1957 r. mówi o co najmniej 2,7 tysiącach zabitych po stronie węgierskiej i dziesięć razy większej liczbie rannych. Dane te nie obejmują osób, które zostały pochowane w parkach i ogrodach. Jeszcze bardziej niepewne są szacunki co do liczby ofiar na wsi. W przypadku strat strony sowieckiej dokumenty podają liczbę 669 zabitych, 51 zaginionych i około 1,5 tysiąca rannych żołnierzy.

Tysiące uczestników rewolucji zostało aresztowanych i deportowanych do Związku Sowieckiego, 26 tysiące osób stanęło przed sądami na Węgrzech – połowę z nich skazano na kary więzienia, a 1,2 tysięcy stracono. Przez otwartą dłuższy czas granicę z Austrią udało się na emigrację około 200 tysięcy ludzi. W styczniu 1957 roku komunistyczne władze na Węgrzech straciły pierwszych przywódców rewolucji – Jozsefa Dudasa i Janosa Szabo. W czerwcu następnego roku za “działalność kontrrewolucyjną” powieszono także Imre Nagya. Jego rehabilitacja i uroczysty pogrzeb nastąpiły 31 lat później.*

Zmiany w Polsce, jak miała pokazać przyszłość, były jedynie pozorne. Już na początku listopada 1956 roku na naradzie aktywu PZPR I sekretarz KC, Władysław Gomułka, zapowiedział konieczność dalszego funkcjonowania struktur partyjnych (m.in. w zakładach pracy) i zakończenia walki frakcyjnej w partii.

__________

* Powstanie na Węgrzech 1956. Krwawy październik, POLSKERADIO24.PL

Z wolnej stopy 56

Zbigniew Milewicz

Zaczął Cegielski…

Wspomniany w poprzednim wpisie, w związku z incydentem obuwniczym, Nikita Chruszczow wiódł życie pełne stressów. Między innymi z powodu Polaków, którzy wymyślili sobie, że po śmierci Stalina musi zapanować nad Wisłą polityczna odwilż. Kiedy 5 marca 1953 roku zmarł dyktator, na Kremlu rozgorzała walka o schedę po nim; początkowo przejął ją szef NKWD Ławrientij Beria (odpowiedzialny m.in. za zbrodnię katyńską), który miał w projekcie liberalizację polityki gospodarczej oraz działania na rzecz międzynarodowego odprężenia. Pretendowali do niej również Chruszczow, Malenkow i Mołotow. Zawiązali więc spisek, Beria stracił władzę i stanął przed plutonem egzekucyjnym, za szpiegostwo na rzecz Zachodu.

Nowe kierownictwo podjęło temat krytyki kultu jednostki  i Stalina. W miejsce jednowładztwa wprowadziło zasadę kolektywnego kierownictwa i takich także zmian zaczęto wymagać w państwach satelickich ZSRR. Przełomem był wygłoszony przez Nikitę Chruszczowa w dniach 24-25 lutego 1956 r. tajny referat O kulcie jednostki i jego następstwach. Gensek odczytał go na forum XX Zjazdu KPZR, przedstawiając Stalina jako zbrodniarza i winowajcę odpowiedzialnego za politykę terroru.

Nikita Chruszczow

Kilkanaście dni później, 12 marca, zmarł w Moskwie I sekretarz KC PZPR, Bolesław Bierut, co oznaczało, że w Polsce wkrótce także rozpocznie się walka o przejęcie steru rządów, ale o tym za chwilę.

Tajność, rzecz umowna. Jeszcze w marcu z treścią referatu zapoznali się polscy aparatczycy, później dotarł on do społeczeństwa, osłabiając jego strach przed władzą. Skoro bowiem partia sama przyznawała się do swoich „błędów i wypaczeń“, to można było z nią walczyć – o polityczne i gospodarcze reformy systemu, bo na zmianę ustroju było jeszcze za wcześnie. 28 czerwca miał miejsce pierwszy generalny strajk w PRL. Na ulice Poznania wyszli pracownicy największej miejscowej fabryki – Zakładów Przemysłu Metalowego imienia H. Cegielskiego, niezadowoleni z niskich płac, zawyżonych norm i nadmiernego opodatkowania. Na transparentach widniały wymowne hasła, takie jak „Chcemy chleba“. Do protestujących zaczęli dołączać pracownicy innych zakładów oraz ludzie z ulicy. Według niektórych danych manifestacja zgromadziła około 100 tysięcy demonstrantów, którzy poszli do centrum miasta.

Krew się polała, kiedy z gmachu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego padły pierwsze strzały, a później, gdy przeciw demonstrującym skierowano wojsko z czołgami i pojazdami opancerzonymi. Oficjalne dane na temat ofiar tej tragedii nie są spójne, oficjalnie przyjmuje się, że życie straciło od 67 do 75 strajkujących, a około 450-800 osób odniosło rany. Nieoficjalnie ocenia się, że te liczby są znacznie wyższe. Sytuacja w mieście uspokoiła się dopiero 30 czerwca, ale wówczas zaczęły się masowe aresztowania demonstrantów. Wielu z nich w politycznych procesach zostało skazanych na kary wieloletniego więzienia. Ówczesny premier Józef Cyrankiewicz winą za poznańskie powstanie obarczył „agentów imperializmu” i w radiu cynicznie powiedział:

każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie.

Brzmiało groźnie i ponuro, ale elitom władzy nie zależało na powtórce poznańskiego scenariusza w innych ośrodkach kraju. Zdając sobie sprawę ze społecznych napięć, do jakich doprowadził stalinizm, gospodarka planowa i kolektywizacja, władze gorączkowo szukały wyjścia z pogarszającej się sytuacji, a konkretnie człowieka, który umiałby nad nią zapanować. W PZPR rywalizowały ze sobą dwie frakcje – konserwatywna natolińczyków i proreformatorska puławian. W pałacyku rządowym w Natolinie bywali ludzie związani z ambasadą sowiecką, w jednym z gmachów przy ulicy Puławskiej w Warszawie obradowali natomiast ich przeciwnicy, stąd te nazwy. Jedynym kandydatem na stanowisko I sekretarza, możliwym do zaakceptowania przez obydwie zwalczające się frakcje, był Władysław Gomułka, były pierwszy odsunięty od władzy i więziony za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.

We wspomnieniach Nikity Chruszczowa, który osobiście lubił Gomułkę, znajduje się fragment jego rozmowy z Bierutem, przeprowadzonej pod koniec września 1954 r. Sowiecki przywódca zapytał, dlaczego Gomułka jest pod kluczem. „Jeżeli się głębiej zastanowić – z rozbrajającą szczerością odpowiedział Bierut – to i sam nie wiem, za co siedzi”. Wniosek genseka był prosty: „Jeżeli uważacie, że sami tego nie wiecie, to uwolnijcie go”. W tej sytuacji podjęcie formalnej decyzji uwolnienia byłego sekretarza generalnego PPR było już tylko kwestią czasu.

Władysław Gomułka

Kiedy jednak 15 października 1956 r. Biuro Polityczne KC PZPR, obradujące z Gomułką, zdecydowało, że za cztery dni odbędzie się Plenum, mające wybrać nowe władze partyjne, bez Konstantego Rokossowskiego – marszałka Polski i ZSRR, sympatia Chruszczowa dla Gomułki została poddana prawdziwie ogniowej próbie. Do tej pory ważne decyzje polityczne nad Wisłą konsultowano z Moskwą, o tej najnowszej Chruszczow dowiedział się z radiowego Głosu Ameryki, a więc miał prawo czuć się urażony. W tej sytuacji najpierw wydał stosowne polecenia marszałkowi Rokossowskiemu, a później na czele kilkuosobowej delegacji udał się do Warszawy.

Generałowie Rokossowski, Żukow i Koniew

Dziś mija 65 lat od tamtych wydarzeń. W nocy z 18 na 19 października 1956 r. oddziały Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, które opuściły swoje garnizony na Dolnym Śląsku i Pomorzu, rozpoczęły marsz w kierunku Warszawy. Kolumny piechoty zmotoryzowanej i czołgów Ludowego Wojska Polskiego z jednostek w Legionowie, Kazuniu i Modlinie, pod dowództwem oficerów radzieckich, miały je wesprzeć, ale po kilkunastu kilometrach przerwały marsz. Rozkaz Rokossowskiego wykonał natomiast gen. Zygmunt Huszcza. W tej sytuacji niedawny więzień polityczny, a teraz dowódca wojsk obrony wewnętrznej, generał Wacław Komar oraz generał Włodzimierz Muś, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, postawili jednostki KBW w stan pogotowia, zarządzili obsadzenie strategicznych obiektów w mieście i patrolowanie ulic. W zakładach pracy zaczęły powstawać grupy samoobrony, a KBW wydała im broń, aby bronili stolicy przed puczystami.

Kiedy na sali plenarnej pojawiła się niezaproszona delegacja radziecka, wybrzmiały pretensje gości, co do składu przyszłej polskiej władzy i nieufności Gomułki wobec niektórych zaufanych i sprawdzonych w przyjaźni polsko-radzieckiej towarzyszy, m.in. Rokossowskiego. Uznano, iż to karygodne, że podejmuje ważne decyzje polityczne bez uzgodnienia z Kremlem i że wywrotowa rozgłośnia radiowa jest lepiej poinformowana. „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji” – pieklił się Chruszczow, ale po wielogodzinnych, trudnych rozmowach, dał za wygraną. Podobno przekonała go informacja, iż nowa władza ma masowe poparcie wśród warszawskich robotników oraz że są oni gotowi to zademonstrować.

O korzyściach tej wygranej, czyli o tym co ważnego dała nam październikowa odwilż, będzie za tydzień.

Frauenblick: Pinien

Monika Wrzosek-Müller

Die italienische Schirmpinie – die Stolze

Die malerischen Landschaften mit abwechselnd gepflanzten Schirmpinien und Zypressen avancierten zu kitschigen Vorstellungen von der Toskana; man findet sie auf Postkarten, Gemälden, Tischdecken, Fresken auch auf T-Shirts. Sie sind auch wunderschön und eigen, nirgendwo sonst findet man diese Anordnung. Das Schwere, Monumentale einer Schirmpinie wird von der Schlankheit und Eleganz der Zypresse ausgewogen, ausbalanciert, es entsteht ein harmonisches Zusammenspiel; dieser Ausgleich, der in der toskanischen Landschaft immer anzutreffen ist, verleiht ihr die Harmonie und Weichheit, die ich so liebe.

Diese wunderschönen, riesigen Schirme, die mir immer als schattenspendende Gewächse in den Sinn kommen, verlangen so wenig von der Natur, halten so viel aus: extreme Dürre, extreme Hitze, extrem schlechte, aber auch gute, nährreiche Böden. Jedes Jahr bewundere ich diese Giganten in der Pineta der Feniglia, der unter Naturschutz stehenden Landzunge zwischen Ansedonia und dem Monte Argentario. Wie überleben sie die Hitze der vier Monate ohne einen Regentropfen, wie die Horden von Radfahrern und auch der Badegäste? Doch nach erstem Regen wacht die Pineta wieder auf, ist grüner als je zuvor und atmet, riecht nach Pinien, nach Harz oder nach Rosmarin, der hier auch in Fülle wächst. Manchmal, wenn ich länger durch die Pineta laufe und mir die Kronengewölbe anschaue, kommen sie mir vor, als ob sie das Vorbild für die gotischen Kathedralen mit ihren gefächerten Gewölben und schlanken Stützen und Säulen wären. Sie sind aber auch nicht aus der Ansicht von Rom und der antiken Ruinen, umgeben von abertausend Touristen, wegzudenken. Angeblich ist bis heute nicht nachgewiesen, ob sie gezüchtet wurden oder immer schon so in der Natur vorkamen. Auf jeden Fall können die Bäume selbst bis zu 250 oder 300 Jahren alt werden.

Fast jeden Morgen laufe ich oder gehe schnell mit meinem Dackel durch die Pineta, entlang der Lagune, oder auf dem Weg näher am Meer, in der Feniglia, dem acht Kilometer langen Pinienwald, auf einer Landzunge. Das ist die Art von Bewegung, die man sich in der Hitze erlauben kann. Die Pinien schließen sich über meinem Kopf zu einem Gewölbe, unten ist es zwar trocken, aber schattig. In diesem Jahr wurde der Weg an der Lagune mit Wasser besprengt, damit nicht so viel Staub durch die Fahrräder der Ausflügler aufgewirbelt wird. Der Boden ist dann angenehm kühl und an den Rändern wachsen ganz schnell, fast im Nu, grüne Pflanzen, Gräser, Blüten an den Sträuchern. Die Schnelligkeit, mit der die Natur sich von der Trockenheit erholt, ist faszinierend; im Haus, im Garten, habe ich tagelang eine Topfpflanze beobachtet, die wirklich von Minute zu Minute wuchs. Als wir ankamen, waren die Blätter ausgetrocknet; nach regelmäßigem Gießen keimten sie dann aus der Erde und wuchsen zu riesigen Blättern, nahmen immer mehr Platz im Topf ein, bis ich fast dachte, dass sie ihn sprengen würden. Dasselbe geschieht in der Pineta, wenn es mal einen Regenguss gibt; da wachen Sträucher und Pflanzen auf, deren Existenz man gar nicht wahrgenommen hat. Oft überlege ich: Wurde die Pineta angelegt oder wuchs sie da schon seit Jahrhunderten von selbst? Die Funde von Ruinen römischer Villen an zwei Stellen in Pineta würden dem widersprechen.

Die Pinien sind wie Skulpturen, ihre Stämme sind kräftig und die Äste irgendwann wie Sprossen eines Schirmes angelegt; sie brauchen ungefähr 50 Jahre, bis sich ein richtiger Schirm gebildet hat. Manchmal ähneln sie einem Riesenpilz, vielleicht ist die Eiche ein Pendant in unseren Breitengraden zu dieser Wucht und Kraft, die sich aus diesen Bäumen entwickelt. Die vertrockneten Äste fallen von selbst ab, es bleibt der immer flachere Schirm oben, er ist wahrscheinlich auch überlebenswichtig für so einen Baum unter diesen klimatischen Bedingungen. Dieses Jahr war ich erschrocken, als ich die alten Pinien an der Straße nach Grosseto total beschnitten fand, sie sahen aus wie nackte, hilflose Wesen, die verletzt worden sind und ums Überleben kämpfen. Je weniger beschattete Stellen sich unten am Boden befinden, desto geringer die Überlebenschancen des Baumes. Irgendwo habe ich gelesen, dass sie in einer Pineta sogar bis zu sechs Monaten die Hitze und Dürre aushalten können. Dann flachen die Schirme noch mehr ab und bilden eine grüne Schicht oben; unten bleibt es trocken aber schattig. Die Schirmpinien wurden Modelle für unzählige Künstler und stehen immer noch stramm und schattenspendend, man möchte sogar sagen „wie gemalt“ da. Schon seit Antike werden sie abgebildet; natürlich finden wir sie bei den impressionistischen Gemälden, aber auch in vielen Zeichnungen, Lithografien, Fotografien, später und früher.

Interessant ist die Affinität der Faschisten zu den Pinien und zur Pineta; Mussolini soll angeordnet haben, überall Pinien zu pflanzen. Es gab regelrechte Programme zur Aufforstung entlang der Küste; die Wäldchen sollten die hinter dem Strand gelegenen Getreidefelder vor der salzigen Meerbrise schützen. Die bekannten faschistischen Musterdörfer wie Sabaudia in Latium, Villagio Resta und Le Cestine in Apulien oder auch Gualdo Tadino in Umbrien wurden mit Pinienwäldern abgegrenzt. Ich erinnere mich an Fotografien in einer Trattoria in Salento, die zeigten, wie Soldaten in den 1920er Jahren die frischen Anpflanzungen von Pinien bewachten. Gerade im Süden des Landes, in Apulien, in Latium, aber auch auf den Inseln, auf Sizilien und auf Sardinien, war dies Teil der der faschistischen Agrarpolitik nach den Kampagnen zur Enteignung des Großgrundbesitzes und zur Steigerung der Getreideproduktion auf bisher ungenutzten Flächen. Es gibt sehr lange Abschnitte an der italienischen Küste, besonders am Ionischen und Tyrrhenischen Meer, die mit Pinienwäldern bewachsen sind. Die Pinie als Symbol muss auch durch ihre Stärke, Anmut und Ausdauer angezogen haben und wurde in der Zeit oft auch in den Ornamenten eingesetzt; man findet sie schon früher im Art Déco-Stil.

Wenn ich an Pinien denke, kommen mir natürlich noch die schmackhaften Pinienkerne (pinoli) in den Sinn. Sie werden viel in der italienischen Küche verarbeitet, vor allem beim Backen; ich denke an die Torta della Nonna. Sie werden aber auch im berühmten pesto genovese, anstelle von Pistazien, verarbeitet; sie garnieren Salate und manche Vorspeisen. Pinienkerne haben einen relativ hohen Fettgehalt und sind sehr nahrhaft. Sie werden manuell geerntet, die Zapfen werden heruntergeschlagen oder man wartet, bis sie von selbst herabfallen. In Italien werden sie in der Winterzeit, zwischen Oktober und März gesammelt, dann fallen aus den Zapfen die harten Samen, deren harte Schale muss man entfernen, um an den cremeweißen Kern zu kommen. Manchmal werden die Samen eingeweicht oder direkt zerstoßen; diese Arbeit ist sehr mühsam und deswegen sind die Pinienkerne sehr teuer. Inzwischen gelangen sie auf unseren Lebensmittelmarkt auch aus Asien.

Shut down (5)

Tibor Jagielski

Siddartha

Intro:

5 X

mein name ist in wasser geschrieben
umfasst von wellen
unvergänglich wie schaum deren kronen

mein name wird von wind gepfiffen
spaziert mit den wolken
und fällt mit dem regen herunter

 in wasser geschrieben ist mein name

——————————————————————

wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b.,
po drodze podrzucam  redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny;
po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty
– wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu.
no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer;
po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie  (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle);
lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony
– dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów?  – pytam
patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie
– nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści…
– bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag?
– tak.
– ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej…
patrzy w bok, patrzy w górę i milczy;
milczymy obaj;

——————————————————————————

Pergamonaltar

Ich fühle mich
wie Pergamonaltar
manchmal ohne Kopf
ein anderes mal
kann ich nicht uff die Beine

Nicht selten
sind nur die Hände da
wie Freund und Feind
ineinander im kampf
verflochten

Ausgang  – ungewiß

(2014)

heute über windräder

die reise nach jerichow
ist immer eine reise des hiobs
oder
oedipus

gauck hat sich selbst geblendet
in seiner christenheit
und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer
und verwandelt deutschland
in ein kibbuz
voller windräder

führwahr
an den  don kichots mangelt es nicht
aber was fehlt
vollkommen
sind die sancho pansas

was wurde loriot zur garnisonskirche sagen?
ich denke
ruhe in frieden

(2015)

Z wolnej stopy 55

Zbigniew Milewicz

Październikowo

Październik, obraz Jamesa Tissot

Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.

Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.

Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.

Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.

Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.

“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.

Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).

Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.

Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.

Wspomnienia o Maryli (20)

Tadeusz Ciechomski

Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.

W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).

W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…

Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…

Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.

Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.

30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.

Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.