Barataria 99 Rok Malczewskiego

Patronami roku będą oficjalnie Gustaw Herling-Grudziński, Anna Walentynowicz, Stanisław Moniuszko. Nie są to źli patroni, ale oczywiście można by wybrać innych. Facebook proponuje Marka Edelmana (1919-2009), ja osobiście dodaję jeszcze Malczewskiego. Urodził się 14 lipca 1854 roku, zmarł 8 października roku 1929.

Ewa Maria Slaska

Ja, Don Kichot w białej koszuli

Jacek Malczewski jest autorem największej liczby autoportretów w dziejach sztuki polskiej. To twierdzenie powtarza się w sieci kilkadziesiąt razy. Arysta chętnie się przebierał i portretował w różnych postaciach. Podkpiwano sobie z jego megalomaństwa i kostiumerstwa. Podejrzewano o tranwestytyzm. Zarzucano egotyzm. Był aż do śmierci wierny pasji przebierania się – gdy umarł, pochowano go, zgodnie z jego wolą, w habicie tercjarskim. W szopce „Zielonego Balonika” w Jamie Michalikowej Boy tak to skomentował (Słówka, Kuplet Jacka Symbolewskiego):

Ni to pies, ni to bies,
Raz po razu zmieniam stan,
To w pirogu, to znów bez,
To profesor, to znów pan.
Na Zwierzyńcu czy też w Tyńcu,
Husarz, dziwka, krowa, chłop,
Wszędzie golę me symbole,
A ty zgaduj alboś czop!

Czy to sierć, czy to frak,
Zawsze poznać zacny stan,
Czy strój jest, czy stroju brak,
Zawsze jestem grecki Pan.
To w sweterze przy panterze,
To z ogonem, to znów bez;
To ze skrzypką, to znów z rybką,
Zgadnij, bracie, kto to jest?
To ze skrzypką, to znów z rybką,
Zgadnij, bracie, kto to jest?

Zgaduję.

Ani chybi Don Kichot:

Ten namalowany w roku 1914 Autoportret w białym stroju (obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie), przedstawia artystę z pędzlem w ręce, a plamy na koszuli jeśli nie są sugestią krwi przelanej w boju, to jednak są po prostu farbą, tym niemniej bufiaste rękawy koszuli, fantyzyjny kołnierz-stójka, kapelusz-czapa, szeroki skórzany pas, a przede wszystkim szczupła acetyczna twarz z bródką – wszystko przypomina rycerza o smętnym obliczu.

Szukam w sieci, czy moje domniemania są słuszne. Muzealniczka, Wacława Milewska, pisze, że ta biała koszula to damska bluzka i że wiązanie pod szyją zapięte jest złotą spinką. Szeroki skórzany pas to element odświętnego stroju góralskiego, a pod spodem widać jeszcze pas tkany. Czapa na głowie określona jest jako beret z ciasno otaczającym głowę czerwonym otokiem. Ciekawe jest połączenie w kostiumie elementów damskich i męskich, szlacheckich i ludowych, i dodanie im cech całkiem fantazyjnych. Kolory są metaforyczne – biel jest boska, świetlista, kobieca, czerwień – męska. Autoportret może być wyrazem androgynizacji. Ogólne wrażenie ma być groteskowe.

Leszek Lubicki na blogu Obrazowo rzecz ujmując pisze, że to nakrycie głowy to kucharska czapa.

Nie zgadzam się z przedmówcami w żadnej kwestii! Z kolei wydaje mi się, że Lubicki ma rację, gdy twierdzi, że Malczewski na wszystkich autoportretach ma taką samą twarz, która właściwie nie jest twarzą, lecz nieruchomo wpatrzoną w widza maską. Ale to by znaczyło, że… wszędzie jest Don Kichotem. Często w białej bluzce. W czapce jakuckiej, w zbroi i habicie, a raz nawet z tortownicą na głowie, co jest jeszcze bardziej groteskowe niż blaszana miska Don Kichota.

Kilka lat później. Autoportret w białej bluzie, rok 1912. Bluza jest tu już jednak nader porządna, a twarz wcale nie panakichotowa. Raczej dobrze prosperujący, inteligenty urzędnik Rady Miasta, wieczorami zachodzący do Jamy Michalikowej.

Jeśli nawet była to damska bluzka, to artysta nie pożyczył jej od żony, tylko miał ją w pracowni i ciągle używał. Tu jest pod fartuchem:

A tu co? Biała bluzka, stójka-wiązadło, złota spinka, a przecież udaje się ją wepchnąć pod kamizelkę i marynarkę jak z munduru urzędnika w starostwie.

W dwadzieścia lat po Autoportrecie w białym stroju artysta wciąż jeszcze portretuje się w tej samej białej koszuli:

Kolejny autoportret w renesansowej koszuli, ale obok kto? Muza, śmierć, żona, Dulcynea, Księżna? Zapewne Maria Balowa, kochanka artysty od roku 1900. Przeróbkę znalazłam na Facebooku na stronie Butelka Laudanum (Intertekstualna i immersyjna rozrywka postartystyczna. No to chlup!) Malczewski jako Mirmił, szef wojów słowiańskich Kajko i Kokosza… No cóż, piewca słowiańszczyzny, jeden z pierwszych. Pansłowianie chętnie by się na niego powoływali, ale cóż – artystę zajmowały też mity judeo-chrześcijańskie, a to go dyskredytuje jako artystą uznawanego przez kulturnatywistów…

Zapewne rysy Don Kichota nadaje artyście hiszpańska bródka. Poniżej też ją widać, nieco z boku.

To obraz zatytułowany Don Kichot i Sancho Pansa. Dwie smutne postacie podążają przed siebie błotnistym brzegiem morza czy też jeziora. Don Kichot ma tu znacznie mniej z Don Kichota niż wspaniały mężczyzna w białej koszuli i czapie…

Reblog: polski Don Kichot

Kochani Czytelnicy, ostatnio nagromadziło się tyle tematów baratarystycznych, że od
1 stycznia 2019 roku wprowadzam materiały dodatkowe poza numeracją poniedziałkową, a przy okazji wszystkie Baratarie (te z numerem i te bez) otrzymają tag Barataria.

Dariusz Sobala
30 grudnia 2018 roku

reblog z Facebooka

W drodze do Polski, tuż za Wiedniem, stoją wiatraki generujące prąd. Jest ich tyle, że nudzi się liczyć.
A u nas wciąż nie wiadomo, czy dają prąd, czy wirują dzięki kopalni Bełchatów. Dlatego lepiej je rozebrać.
Tako rzecze pis.

Ostatnim, który walczył z wiatrakami był Don Kichot z Manczy, nazywany Rycerzem Smętnego Oblicza.
Don Kichot wywodził się z warstwy hidalgów, niegdyś wiele znaczącej w życiu publicznym Hiszpanii, ale w XVI wieku już znacznie podupadłej, zarówno pod względem znaczenia, jak i majątku. Bezczynność i odosobnienie spowodowały, że uległ wpływom literackim
i postanowił wcielić w życie ideał średniowiecznego rycerza. Wyobraźnia sprawia, że rzeczy codzienne i zwykłe przybierają dla niego fantastyczne formy – np. karczma staje się zamkiem, a wiatrak wydaje mu się olbrzymem. Jest przede wszystkim naturą czynną – szuka nieustannie okazji do działania, nie poświęca czasu na zrozumienie sytuacji.

Jest również megalomanem – chełpi się swoją wielkością i znaczeniem swoich czynów, nieustannie poszukuje sposobności, aby dowieść swojej odwagi i siły. Potrafi jednak okazywać wdzięczność tym, którzy mu pomogli, oburzać się na bezprawie i krzywdę, jest zdolny do hojności i bezinteresowności, bywa cierpliwy i serdeczny. Potrafi myśleć logicznie i udzielać praktycznych rad, jest inteligentny. W sposób prosty i zrozumiały wyjaśnia Sanchowi wiele problemów nurtujących ówczesną Hiszpanię. Bohater zmienia się w toku akcji – coraz mocniej przejmuje się niepowodzeniami i popada w coraz większy smutek, który ustępuje dopiero przed śmiercią.

A teraz przeanalizujcie jeszcze raz opis Don Kichota i podstawcie pod tę postać Kaczyńskiego, zmieńcie Hiszpanię na Polskę i szybko zasuwajcie na grób Cervantesa, by go uczciwie skląć, bo kacza dupa wraz z pisem to jego pomysł.


Komentarz Adminki:


Farma wiatrowa w miejscowości Tymień k. Koszalina (DAMIAN KRAMSKI) – http://www.tokfm.pl z 28.11.2018

Data pod podpisem jest ważna. Tego dnia radio TOKFM podało, że podobno jednak Polska oszczędzi wiatraki.

W piątek zaprezentowano rządową strategię energetyczną na najbliższe kilkanaście lat. Według niej Ministerstwo Energii w projekcie zapowiedziało rezygnację z rozbudowy wiatraków na lądzie – ma je zastąpić fotowoltaika, a od 2026 r. – offshore, czyli wiatraki morskie. Rezygnację z onshore minister Krzysztof Tchórzewski tłumaczył sprzeciwami społecznymi i realizacją wyborczych obietnic PiS.

Tymczasem w środę wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski tłumaczył, że stanowisko resortu zostało źle zinterpretowane,
a o losie wiatraków zdecyduje w przyszłości rynek.

Ale oczywiście te enuncjacje, które i tak są podobno bez sensu i były obliczone tylko na uspokojenie górników, niczego nie zmieniają w analizie postawy PiS i Prezesa.


W Niemczech też toczy się współczesna walka z wiatrakami i ją też, siłą rzeczy, przyrównano do walki don Kichota. Z perspektywy niemieckiej społeczna słuszność jest ewidentnie po stronie przeciwników wiatraków: TU.

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.

Wpis 2195

Ewa Maria Slaska

Sześć lat, 2195 wpisów

co daje średnią 365,83 wpisów rocznie. Oczywiście należy pamiętać, że rok 2016 był rokiem przestępnym, ale matematyka jest wiedzą nader dziwną, bo 5 lat po 365 dni plus 366 dni to 2191, a jest tych wpisów jednak 2195. Cztery wpisy więcej, choć nie wiem, jakim cudem, skoro przez te sześć lat przygotowuję jeden wpis dziennie, a dwie osoby kazały mi usunąć swój wpis. Jeden usunęłam całkowicie, drugi pozostawiłam jako pusty. Czyli właściwie powinno być 2190 wpisów. Mniejsza o to, dziwne. Podoba mi się natomiast, iż – jeśli dobrze liczę – 17 stycznia opublikuję numer 2222. Czy ktoś z Autorów lub Czytelników miałby ochotę coś na ten dzień przygotować? Równie ciekawe jest, że 14 stycznia, poniedziałek, to setny wpis o Baratarii, czyli ten cykl też już ma swoją całkiem długą historię… Nikt poza mną nie  miał aż tak długiego oddechu. Najdłuższy cykl po Baratarii to Stuart Joanny Trümner, który “dotarł” do numeru 51.

W ciągu tych sześciu lat do bloga pisało 233 autorów, niektórzy długo – np. Tomasz Fetzki, Andrzej Rejman i Zbigniew Milewicz przygotowali po 86 wpisów, zaraz po nich plasuje się Lech Milewski (81). Joanna Trümner jest autorką 76 wpisów (w tym oczywiście 51 numerów Stuarta i 9 świetnych wpisów o podróży do Peru), Roman Brodowski – 72, Lidia Głuchowska i Monika Wrzosek-Müller przygotowały po 49 wpisów, a ja, no cóż, 577. Ale to poniekąd wina faktu, że jak nikt nic nie przyśle i nie zaproponuje, to niestety to ja wypełniam dziury. Odrębną dużą pozycję zajmują reblogi i przedruki – 317, niekiedy też traktowane jako uzupełnianie luk w uzębieniu.

Zaciekawiło mnie też, ilu autorów znałam przedtem, ilu namówiłam do współpracy, a ilu pojawiło się, bo trafiło na ten blog, ale obliczenie tego przekroczyło moje możliwości. Na pewno wciągnęłam jako autorów większość osób z rodziny lub też wykorzystałam ich opublikowane gdzie indziej teksty. Bo popatrzmy:

Mama i  Ojciec, Ciocia i Wujek – 4
Moja siostra i jej mąż, dwie kuzynki, kuzyn i jego żona – 6
Moja cioteczna babka, moja odległa ciotka i jej syn – mój kuzyn w piątym pokoleniu – 3
Moja prababcia – 1
Muj wujeczny Dziadek – 1
Mój syn, synowa, wnuk – 3
Moja teściowa – 1
Dwóch moich siostrzeńców, siostrzenica i dziewczyna siostrzeńca – 4
23 osoby

Co najmniej dziesięć osób dzięki mnie zaczęło pisać czyli debiutowały na “łamach” tego blogu. Niektóre pisały do szuflady, niektóre pisały kiedyś, a potem przestały, a ja im udowodniłam, że warto zacząć znowu. Z blogowych inicjatyw (tej i poprzednich) powstało kilka audycji telewizyjnych i radiowych, kilka książek, w tym kilka debiutów.

Co z tego wynika? No cóż – i ty zostaniesz Indianinem! Czytelnicy – do pióra alibo klawiatury! piszcie i przysyłajcie…

A na okrasę do tej suchej statystyki dodam tu mały wywód Marka Włodarczyka czyli człowieka, który na co dzień używa pseudonimu Tabor Regresywny (nie zacofany, lecz samo-się-redukujący):

K – utopia. Gdyby nie koszmarny sen Bóg rozmieściłby ludzi równomiernie po całym wszechświecie. Ale stało się. Przyśniła mu się Droga Mleczna z zalegającymi po jej bokach puszkami po piwie, plastikowymi butelkami i wszelkim śmieciem. Mgławica Andromedy z wirującymi woreczkami jednorazowego użytku i wieloletniego wirowania. Peryferie układu Słonecznego pełne zardzewiałych wraków stacji kosmicznych. Nie był pewien, czy to proroczy sen czy też coś stanęło mu na żołądku. Na wszelki wypadek zaraz po przebudzeniu wyszukał najpiękniejszą planetę, doskonale skomponowaną z tropików i czap lodowych na jej biegunach, pełną wszelkiej roślinności rodzącej owoce, zamieszkałą przez życzliwe zwierzęta. Na pokuszenie umieścił w jej wnętrzu nieprzebrane dobra, złoto, diamenty, węgiel, ropę naftową, i na tej planecie, na próbę, umieścił ludzi. Na konferencji prasowej oświadczył “ jeśli zrobią z tego gotujący się śmietnik to nieskończenie będę co najwyżej cierpliwy, ale okażę zero miłosierdzia. Może raz na zawsze oduczą się rozwiązywania problemów.” Myślę, że jest to maksymalna utopia. Cały wszechświat jest Arkadią, tylko Ziemia jest ośrodkiem wszelkich nieszczęść i miejscem, gdzie odbywamy kwarantannę w celu zapoznania się ze skutkami opacznego rozumienia słowa „kabasz” . Tę opaczność najlepiej oddaje Biblia Poznańska, wydana przez Księgarnię św. Wojciecha w 2000 roku i tłumaczy je jako „ujarzmianie , deptanie ziemi, tzn. podporządkowywanie jej człowiekowi” (str. 6) . Już lepiej wypada inne tłumaczenie: „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Pytanie, jak czynić, by czynienie nie okazało się ujarzmianiem z wiadomymi skutkami? Przychodzi mi do głowy jedna myśl. Czynić nie czyniąc. Niech się sama poddaje.
Z świątecznymi życzeniami
Marek Włodarczyk


A ja, Adminka, dołączę tu regresywne z ducha zdjęcia obiektów filologicznych, znalezionych zimą 2018 na ulicy w Berlinie. Filologia polska.

Stół z powyłamywanymi nogami

Najlepsze życzenia z okazji Przesilenia Zimowego!

Barataria 96 Księstwo Hutt River

Lech Milewski

W powszechnym mniemaniu Australia to kraj bez granic, ograniczają ją tylko morza
i oceany.
Nic bardziej błędnego. Wystarczy tylko wychylić nos odrobinę na północ od Perth
i podróżnik natrafi na…

Granica

Oto instrukcja dojazdowa według google.

Mapa

Google wie co pisze – Principality czyli Księstwo.

Księstwo powstało w kwietniu 1970 roku w wyniku oczywistych sprzeczności systemu kapitalistycznego (zainteresowanym polecam lekturę Kapitału K. Marksa).
Konkretnie poszło o wyznaczone przez rząd australijski kwoty, ograniczające produkcję rolną. Zgodnie z nimi farma o powierzchni 4,000 hektarów mogła sprzedać tylko 1,647 buszli zboża (około 50 ton). Aktualne zbiory wyniosły prawie 100 razy więcej.
Leonard Casley, właściciel farmy, złożył protest do gubernatora stanu Zachodnia Australia, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Złożył wówczas roszczenie odszkodowania w  wysokości 52 milionów dolarów, jednocześnie uznał się za uprawnionego do zajęcia w charakterze rekompensaty sąsiadujących z farmą gruntów rządowych.
Dwa tygodnie później Casley złożył skargę, że rząd chce dokonać przymusowej akwizycji jego farmy i uznał, że w takiej sytuacji prawo międzynarodowe pozwala mu dokonać secesji i ogłosić niezależność od Australii. Zadeklarował, że nadal pozostaje wiernym poddanym królowej Elżbiety II.

Leonard Casley przyznał sobie tytuł Jego Wysokość Leonard I Książe Hutt. To pozwoliło mu powoływać się na ustawę z 1495 roku (Treason Act), według której władca de facto nie może być oskarżony o zdradę legalnie uznanej władzy.
Casley nie otrzymał oficjalnej odpowiedzi rządu australijskiego i uznał, że tym samym autonomia prowicji staje się faktem dokonanym.

Nieświadomy tych wszystkich zaszłości australijski urząd podatkowy oskarżył Casleya
o niezłożenie wymaganych deklaracji podatkowych. Australijski sąd uznał Casleya winnym.
Nie pozostawało nic innego tylko wypowiedzieć Australii wojnę, co miało miejsce
2 grudnia 1977 roku.
Kilka dni później Casley powiadomił rząd australijski o zakończeniu działań wojennych. Jednak od tego czasu mógł się powoływać na artykuł Konwencji Genewskiej z 1949 roku – rząd powinien wykazać pełen szacunek dla narodu niepokonanego podczas wojny.

Nie wiem jak moi czytelnicy, ale ja czuję się pokonany. A zatem pora na zapoznanie się z regułami funkcjonowania Księstwa.

Po pierwsze w Księstwie obowiązują wizy.
Przybysze muszą na wstępie odwiedzić Government Office i uiścić opłatę $2, dzięki czemu wbije się im wizę do paszportu. Jeśli nie posiadają przy sobie paszportu lub, z sobie tylko znanych powodów, nie życzą sobie, aby widniała w nim wiza Księstwa, wówczas wiza zostanie im wydana jako osobny dokument za taką samą opłatą. Szczegółowe informacje wizowe TUTAJ.

Podczas pobytu w Government Office goście mogą zwiedzić bogatą galerię zabytków
i pamiątek. Wiele z nich nadesłali obywatele nierezydenci – patrz kolejny punkt.
Podczas zwiedzania galerii istnieje prawie 100-procentowe prawdopodobieństwo spotkania członka panującej dynastii.

Uwaga 1: na zdjęciu gabloty z pamiątkami zauważyłem prawo jazdy Elvisa Presleya.

Uwaga 2: wszystkie drogi do Księstwa przebiegają przez teren Australii i administracja Księstwa lojalnie przypomina, że osoby planujące wizytę, są zobowiązane dostosować się do australijskich praw wizowych.

Po drugie – obywatelstwo.
Księstwo z żalem powiadamia, że do czasu rozbudowy infrastruktury nie jest w stanie przyjąć nikogo na pobyt stały. Jednak istnieje możliwość uzyskania statusu poddanego nierezydenta (non-resident subject).
Szczegółowe informacje TUTAJ.
Obecnie Księstwo liczy 23 obywateli rezydentów i ponad 14,000 nierezydentów.

Po trzecie – władza.
Wcześniej wspomniałem Leonarda I, władcę księstwa. W 2017 roku, po 47 latach sprawowania władzy, abdykował on na rzecz swojego najmłodszego syna – Księcia Graeme I. Poniżej Jego Książęca Wysokość Książę Leonard I z żoną Księżniczką Shirley. Między nimi popiersie suwerena.

Książeca para

Na marginesie wspomnę, że książęca para ma sześcioro dzieci. Trzy córki wyszły za mąż
i mieszkają w Perth. Trzej synowie pozostali na ojcowiznie.

Rząd Księstwa obejmuje liczne ministerstwa i komisje, ich liczba znacznie przewyższa liczbę rezydentów. O dalekowzroczności Księstwa może świadczyc fakt, że posiada specjalną Komisję Morską (Naval Commission) mimo, że morza z terenów Księstwa nie widać.

Ekonomia.

Teren Księstwa liczy 75 km2. Większość terenu przeznaczona jest na uprawę zbóż
i hodowlę owiec.

Istotną dziedziną ekonomii jest turystyka. Wikipedia ocenia ilość turystów na 40,000 rocznie.

Więcej na temat ekonomii TUTAJ.

Podobnie jak wiele innych państw o niewielkim terytorium, ale wielkich duchem, Księstwo Hutt River emituje własne monety i znaczki pocztowe.

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Moneta

Moneta

Poczta

Znaczki

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera w sobie drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Na stronie internetowej Księstwa znalazłem informację, że Księstwo wydaje własne prawa jazdy (cena $100) i różne inne bardzo praktyczne akcesoria.

W innych źródłach znalazłem informację, że rok temu australijski urząd podatkowy zażądał zapłaty prawie 3 milionów dolarów zaległych podatków.
Z drugiej strony administrowanie legalnych i finansowych procedur związanych z Księstwem kosztowało australijskiego podatnika prawie $100,000.
A więc zgodnie z wspomnianym wcześniej dziełem Karola Marksa – ekonomia się kręci i sama siebie napędza.

Wszystko powyższe to prawda i tylko prawda, co potwierdzam spiratowaną z internetu oficjalną pieczęcią Księstwa

Pieczęć

Źródła:
Oficjalna strona internetowa – KLIK.
Wikipedia – KLIK.

Barataria 95 Santa Lucia

Ewa Maria Slaska

W mojej spontanicznej serii o grudniowych świętych – byli już święta Barbara i święty Mikołaj – musi się oczywiście znaleźć również święta Łucja. Ciekawe, że już dawno, kiedy wcale jeszcze nie wiedziałam, że zachce mi się (znowu) pisać o świętych, zapisałam w terminarzu wpisów na blogu, że dziś w cyklu Barataria znajdzie się święta Łucja. Rzecz tylko w tym, że nie zapisałam – dlaczego?

Jak już Czytelnikom zapewne wiadomo, są trzy podstawowe powody opisania jakiegoś zjawiska w aspekcie baratarystycznym. I są to:

  • związek z Don Kichotem, Sancho Pansą i ewentualnie Cervantesem
  • utopijne władztwa
  • wyspiarskość

Lub jakieś pochodne powyższych tematów.

Dotknięta niepamięcią, postanawiam, że najpierw opiszę świętą Łucję, żeby się trzymać serii o świętych, a potem sprawdzę, co z wyspami, bo jakoś mi majaczy, że powinny być takie wyspy. W końcu niemal wszyscy święci mają gdzieś jakieś wyspy.

Łucja czyli Lucia kojarzy się przede wszystkim ze Szwecją i dziewczętami, które ubrane w białe suknie przepasane czerwoną wstążką, przechodzą ulicami w wiankach ze świec. Jest to święto obchodzone dosłownie wszędzie i przez wszystkich, w domach prywatnych, szkołach i przedszkolach, biurach i urzędach. Je się różne smakołyki, np. bułeczki szafranowe.  TU podawałam przepis na ciasteczka świętej Łucji.

A TU Julita Bielak pisała o tym dniu, przypominając, że święta Łucja zaczyna obchody świąt Bożego Narodzenia, a według pogańskiej tradycji – Zimowego Przesilenia. Bo przypomnijmy: Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia i dwa dni świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet jest ich 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli. Do czasu reformy kalendarza dzień świętej Łucji był tożsamy z Przesileniem Zimowym, świętem Sol Invictus – Słońca Niezwyciężonego. Dnia przybywało, zwycięskie słońce trumfalnie wędrowało po nieboskłonie, codziennie o kilka chwil dłużej. Nic więc dziwnego, że w wielu krajach ze wspomnieniem o świętej Łucji łączą się wróżby i świąteczne obyczaje. W Chorwacji na przykład sieje się tego dnia pszenicę w doniczce i dobrze jest, jeśli się zazieleni do Bożego Narodzenia, co oczywiście przypomina, że gałązki wiśni włożone do wody na świętą Barbarę tego dnia mają zakwitnąć.


Sama święta Łucja była, podobnie jak święta Barbara, świętą dziewicą-męczennicą, zabitą zresztą w tym samym okresie krwawych prześladowań chrześcijan – w roku 304. Opowieści o śmierci tych dziewcząt tchną sadystycznym okrucieństwem i są tak przesadzone, że chciałoby się powiedzieć – zmyślone. Jednak często ich cierpienia brzmią jak współczesne opisy przemocy domowej, a zadają je ojcowie, bracia, oblubieńcy… Przypomina mi to jakiś okropny przypadek przemocy opisany niedawno w Wysokich obcasach. Mąż, który okrutnie latami pastwił się nad żoną, szydził: spróbuj pójść się poskarżyć – i tak ci nikt nie uwierzy.

Łucja urodziła się w zamożnej rzymskiej rodzinie w Syrakuzach. Ojciec wcześnie zmarł, matka, która początkowo chciała dziewczynę wydać za mąż, uleczona cudownie z ciężkiej choroby przy grobie świętej Agaty z Katanii, zezwoliła córce na złożenie ślubów czystości. O zgubie dziewczyny zadecydował odrzucony na rzecz Jezusa narzeczony. Zawlókł ją sędziego, a ten skazał Łucję na karę… burdelu. Jak chce legenda, ani sprzężaj wołów, ani tysiąc mężczyzn nie zdołało jej tam zaciągnąć. Poddano ją więc przeróżnym męczarniom, z których jednak zawsze cudownie się salwowała. W końcu została zabita ciosem miecza w szyję, być może również wyłupiono jej oczy.

Relikwie św. Łucji w srebrnej trumnie – kościół św. Jeremiasza w Wenecji

Łucja pomaga w chorobach oczu, układu krwionośnego, bólach gardła i przy biegunce. Nie wiem, co z tą biegunką, ale pozostałe choroby, które jej podlegają, są związane z jej męczeństwem. Wyłupiono jej oczy i dlatego zajmuje się chorobami oczu. Dziwna logika. Odpowiednio więc jest opiekunką ślepych (ale i biednych), nawróconych dziwek, chorych dzieci oraz Syrakuz i Wenecji, jej opiece podlegają też adwokaci, wieśniacy, elektrycy, szklarze, wozacy, nożownicy (rzemieślnicy a nie rzezimieszki), szwaczki, pedele, tapicerzy, siodlarze, krawcy, pisarczykowie i tkacze.


W Neapolu śpiewa się słynną piosenkę Santa Lucia. To utwór ludowy, spisany przez Teodoro Cottrau (1827–1879) w roku 1849.


A to już zupełnie inne morze i inne góry. Wyspa Saint Lucia i dwie wspaniałe wpadające do morza góry – Mały i Wielki Piton, wpisane na listę zabytków przyrody UNESCO.

Wyspa (jest tylko jedna), położona w Małych Antylach, została odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1502 roku. Początkowo była przedmiotem rywalizacji Francuzów i Anglików, w XIX wieku weszła w skład Korony Brytyjskiej, obecnie jest niezależnym państwem,  ale jej nominalną władczynią jest królowa Elżbieta. Dzień świętej Łucji jest tu świętem narodowym.

Na stronie turystyka.pl autor tekstu napisał, że wyspa jest kwintesencją Karaibów, tutejszego luzu, folkloru i atrakcji. A największą jej atrakcją jest wulkan, zapewne jedyny wulkan na świecie, do którego wnętrza można wjechać samochodem.

Mieszkają tu, jako to beztrosko podaje Wikipedia – Murzyni, w większości katolicy. Wyspa liczy zaledwie około 160 tys. mieszkańców (mniej niż Kreuzberg czy Mokotów), a mimo to wydała w XX wieku aż dwóch laureatów nagrody Nobla.

Sir William Arthur Lewis (1915 – 1991), ekonomista, otrzymał w roku 1963 tytuł szlachecki, a w roku 1979, wraz z Theodorem W. Schultzem nagrodę Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych.


Sir Derek Walcott (1930 – 2017) był poetą i pisarzem brytyjsko-santalucijskim; w roku 1972 otrzymał szlachectwo, w roku 1992 – literacką nagrodę Nobla.

Barataria 94 Różowe wyspy na niebieskim morzu

Ewa Maria Slaska

Surrounded Islands / Otoczone wyspy / Umgebene Inseln

Wykonali je w latach 1980-1983 Christo i Jeanne-Claude. Ich projekt artystyczny obejmował usypanie w zatoce Biskańskiej, w okolicy najsłynniejszego miasta na Florydzie – Miami, 11 sztucznych wysp, które zostały otoczone matami uplecionymi z różowych sznurów polypropylenu.


Gdy Christo i Jeanne Claude budowali te swoje wyspy, mieszkałam jeszcze w Polsce, zajmowałam się wychowywaniem dziecka, staniem w kolejkach, zaprawianiem na zimę wszystkiego, co człowiekowi w ręce wpadło, i walczeniem o odzyskanie niepodległości i suwerenności państwa polskiego. Między rokiem 1980 a 1983 przeżyliśmy strajki sierpniowe, podpisanie porozumień pomiędzy strajkującymi i władzą, półtora roku Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego i jego trwanie, które zaczęło się od grozy, a zakończyło potworną beznadzieją…

I w dobrych i w podłych czasach podtrzymywało nas jednak na duchu, że “świat o nas wie”, “pamięta” i “nie pozwoli”.

Dopiero po latach zorientowałam się, że nawet dla ludzi w Polsce te cztery tak dla mnie znaczące lata mogły mieć inną konotację. W roku 1980 rozpoczęła się kariera Kory i Maanam, w roku 1981 powstał Lombard, którego utwory w roku 1982 weszły na listę przebojów, a latem ukazały się na płycie Śmierć dyskotece!, która osiągnęła status złotej płyty. W Polsce lata 80. to boom muzyki rockowej, ale dociera też łagodne Italo Disco, które tak spodobało się Polakom, że już w następnej dekadzie na jego bazie wytworzyliśmy nasz rodzimy gatunek – Disco Polo. Grają Republika, Kryzys, Brygada Kryzys, ERSATZ, Aya RL, Tilt, Madame, Siekiera, 1984, Klaus Mitffoch, Lech Janerka, Variété, Kult, Maanam, Rezerwat, Bikini, Made in Poland, Obywatel G.C., Novelty Poland, Brak, Kontrola W., wczesny Lady Pank. Rok 1983 i płyta Kryzysowa narzeczona to szczyt ich popularności. Mniej niż zero – polityczna piosenka Lady Pank z roku 1983 znajduje się na liście 100 przebojów PRL. Oczywiście jakiś znaleziony przeze mnie w sieci znawca muzyki z tamtych czasów nie wymienia Kaczmarskiego, Kelusa ani Grechuty, czyli tej muzyki z lat 80., której my wciąż jeszcze słuchamy.

Moja niewiedza na temat tego, co się w latach 80 działo w Polsce poza sferą polityczną sięgnęła szczytu podczas jakiejś dyskusji już w Berlinie w latach zerowych. Pewien młodszy ode mnie o pokolenie pan kłócił się ze mną o słowo alternatywa. On myślał o polskiej muzyce lat 80, która się potem, jeśli dobrze pamiętam tamtą dyskusję, skomercjalizowała i podupadła, ja myślałam o subkulturze alternatywnej na Kreuzbergu w latach 80.

Mało się nie zabiliśmy.

A więc tak, my nic nie wiemy o nich, oni nic nie wiedzą o nas, a “świat” się nami tak czy owak nie interesuje. Jest rok 1980 – Christo i Jeanne Claude prezentują władzom Miami pierwszą wersję projektu różowych wysp. Od roku 1981 prawnicy i fachowcy zabiegają w imieniu artystów o uzyskanie pozwoleń na realizację projektu. Muszą uzyskać zgodę 11 ważnych instytucji, w tym Armii USA. Jak zawsze, artyści pracują za darmo, nie przyjmują dotacji ani grantów, korzystają z pomocy wolontariuszy, a niezbędne pieniądze uzyskują ze sprzedaży rysunków i fragmentów różowej folii.

7 maja 1983 roku instalacja jest gotowa. 11 sztucznych wysp zostaje ujętych w różowe kołnierze o szerokości 61 metrów – do ich realizacji zużyto 604 metry sześcienne folii. Instalacja zajmuje powierzchnię 11 kilometrów kwadratowych. Przez najbliższe dwa tygodnie można ją oglądać z samolotów, ulic nadbrzeżnych, łodzi i mostów pontonowych.
I jest to ogromny sukces!
Sukces artystyczny, ale przede wszystkim społeczny. Ludzie są razem, spotkali się bez żadnego innego celu, tylko chcą obejrzeć dzieło szalonych artystów. Nie ma kawiarni ani restauracji, jest tylko sztuka i oni. W mieście, które borykało się z ciężkimi niepokojami społecznymi na tle majątkowym i rasowym, nagle można było być razem. W ciszy i spokoju. Bez wrzasku, bójek i transparentów. Otoczone folią wyspy pomogły mieszkańcom Miami znaleźć jakiś modus wspólnego życia.

Nie wiedziałabym, o czym do dziś z nostalgią piszą dziennikarze, gdyby nie fakt, że przeżyliśmy to samo w Berlinie. Jeanne Claude i Christo po raz pierwszy postanowili zapakować Reichstag w roku 1972, ale projekt udało się zrealizować dopiero w czerwcu 1995 roku. Berlin się zjednoczył, bo – oczywiście – Niemcy się zjednoczyły. Zapadła decyzja, przeniesienia stolicy i siedziby rządu z przytulnego Bonn do tego okropnego, zimnego i ponurego Berlina. Nikt tego tak naprawdę nie chce, ale racja stanu wymaga podjęcia niesympatycznej decyzji. Reichstag, dawna siedziba władzy niemieckiej, ogromny budynek (wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem stał pałac hr. Atanazego Raczyńskiego), stoi od roku 1933 nie używany. Hitlerowska prowokacja, jaką było podpalenie Reichstagu, wyłączyła budynek z użytku. Okres władzy Hitlera, wojna, czas powojenny, budowa Muru Berlińskiego – żadne z tych zdarzeń nie odcisnęło piętna na wielkiej budowli. Reichstag nie jest ruiną, ale świeci pustkami. Jeśli nowy rząd zjednoczonych Niemiec ma tu zacząć pracę, gmach musi zostać odbudowany. Zanim to jednak nastąpi, Jeanne Claude i Christo opakują Reichstag.

Berlińczycy, którym z reguły nic się nie podoba, są niezadowoleni z projektu, ale artyści w towarzystwie wolontariuszy zabierają się do pracy. I potem, nagle, z dnia na dzień – wszystko się zmienia. Nagle cały Berlin jest zachwycony. Pojawiają się głosy, że dobrze by było zostawić na zawsze tę wspaniałą instalację, bo to jedyny sposób, by nie musieć oglądać tego paskudnego budynku. Jest lato, jest ciepło, kwitną lipy, wszyscy idą pospacerować wokół opakowanego Reichstagu. Jeśli byliśmy wczoraj, nie szkodzi, dziś też pójdziemy. Wszyscy są mili, wszyscy się lubią, nikt nie wrzeszczy, nie ma żadnych haseł, ani za, ani przeciw… Opakowany Reichstag sprawił, że pogodziliśmy się ze sobą, z historią, teraźniejszością i przyszłością.

Można było zacząć żyć w nowym świecie. I wcale nie było to (i nie jest) złe życie.

Napisałam ten tekst przed kilkoma tygodniami, 12 listopada, po tej strasznej demonstracji neonazistów w Warszawie, na której czele szli panowie P – premier i prezydent, a za nimi ćwierć miliona ludzi. Część z nich wrzeszczała, że Polska dla Polaków i Europa dla Europejczyków.

Zastanawiam się, czy Christo mógłby opakować Pałac Kultury? Albo stadion? Nie, chyba jednak Pałac Kultury. Christo jest już starszym panem, ma 83 lata, ale może mógłby się jeszcze raz podjąć wielkiego dzieła? W tym roku zorganizował projekt Mastaby w Londynie, może mógłby przenieść się na chwilę do Warszawy.

Barataria 93 Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Dziekuję Jackowi za inspirację

W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.

Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.

Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.

Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki  i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.

Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.

If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.

Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.

Jacek Slaski, TIP Berlin

Yellow Submarine als Comic

Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.

Czyli klasyczna sytuacja.  Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.

Szczęśliwy kraj (Pepperland)

Wrogowie

Narzędzie walki

Super Heros

Yellow Submarine
The Beatles

In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines

So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye
Captain, captain)

 

Zakończenie. Wszyscy tańczą. All Together Now

Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.

Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.

Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Barataria 91 Essen wie Don Kichote

Ewa Maria Slaska

Leider ist das Essen bei Don Quijote sehr Tiereiweiß trächtig, was ich nicht beweisen kann, da es im Netz keine Speisekarte gibt. Klickt man die entsprechende Stelle auf der Seite, bekommt man lediglich (sehr leichtes) Bedauern: “Unsere Speisekarte ist momentan noch nicht online. Bitte besuchen Sie uns zu einem späteren Zeitpunkt wieder.”
Ich war aber persönlich da und habe die Speisekarte selber gesehen. Sie bat genau all das an, oder gar mehr, was man in Spanien überall zum Essen bekommt: Fisch, Fleisch, Käse, Eier, Fleisch, Fisch… Zugegeben – viele Tomaten, Paprika, Oliven. Und (fast) alles (fast) immer frisch zubereitet. Aber mir als Vegetarierin scheint diese berühmte mediterrane Küche, die den Zugang zur Welterbeliste von UNESCO fand, eigentlich unerwarteterweise, sehr unfreundlich zu sein. In Don Quijote kann man die Patas de conejo con salsa de ajillo al estilo Don Quijote con potatos panadera also Kaninchenschenkel à la Don Kichote in der Knoblauchsosse mit gebackenen Kartoffeln essen.

Oben ist das Kaninchen ein bisschen einfacher zubereitet – das Gericht heisst einfach Conejo asado, Bratkaninchen und man kann vermuten, dass der gute Don Qijote genau so etwas gegessen hat. Bevor aber die Kaninchenpfoten so ausgesehen haben wie auf dem Bild oben, müssten sie leider so aussehen, wie sie hier von Jean-Baptiste-Siméon Chardin gemalt wurden.

Conejo asado

Zutaten

1 ganzes Kaninchen
1/4 Tasse Olivenöl
1 Glas Weißwein
2 Knoblauchzehen
Salz und Pfeffer

Das Kaninchen in Stücke hacken. Die Fleischstücke mit Öl, gehacktem Knoblauch, Salz und Pfeffer bestreuen.
Ofen vorheizen und Kaninchen in eine Schüssel geben.
Nach den ersten 10 Minuten Wein zufügen.
Weitere 35 Minuten bei 170°C braten.

So ein gebratenes Kaninchen wurde sicher auch Sancho Pansa, dem gnädigen Statthalter der Insel Barataria, serviert und zugleich von seinem Leibarzt verboten.

»Auf die Art wird mir die Schüssel gebratener Rebhühner dort, die, wie es scheint, gut zubereitet sind, keinen Schaden tun.«
Worauf der Arzt antwortete: »Diese soll der Herr Statthalter nicht essen, solange ich das Leben behalte.«
»Aber warum nicht?« fragte Sancho.
Und der Arzt antwortete:
»Weil unser Meister Hippokrates, der Polarstern und das Licht der ganzen Arzneikunst, in einem von seinen Aphorismen sagt: ›Omnis saturatio mala, perdicis autem pessima‹, welches heißt: ›Alle Übersättigung ist schädlich, die aber von Rebhühnern die schädlichste.‹«
»Wenn dem so ist«, sagte Sancho, »so suche mir der Herr Doktor unter diesen Gerichten selber aus, was mir zuträglich und am wenigsten nachteilig ist, und lasse mich dies essen, ohne darauf zu klopfen: denn beim Leben des Statthalters, und so gewiß das Gott erhalten soll, ich sterbe vor Hunger, und mir das Essen verweigern, der Herr Doktor mag auch sagen und behaupten, was er will, hieße mir eher das Leben nehmen, als es mir erhalten.«
»Der gnädige Herr Statthalter hat recht«, antwortete der Arzt, »und daher bin ich auch der Meinung, daß Ihr nicht von den gebratenen Kaninchen essen dürft, die dort stehen, denn es ist Speise von einem langhaarigen Tier; von jenem Kalbfleische könntet Ihr wohl versuchen, wenn es nicht gebraten und gesäuert wäre, aber so auf keine Weise.«

Auf einem der vielen Blogs, die in Spanien dem melancholischen Rittern gewidmet sind, fand ich einen Aufsatz über Vorbereitungen von Hasen und Kaninchen im Werk von Miguel Cervantes. Man hatte die beiden Tiere gebraten, aus dem Fleisch die Empanadas vorbereitet – gefüllte Teigpasteten, oder in saurer Marinade eingelegt. Man machte auch Gigote (das Fleisch kleingehackt, gebraten und dann gekocht). Aber es gibt auch barocke Variationen, wie z.B. Fleisch in eigenem Blut des Tieres gekocht oder mit sog. “Gingebrada” verfeinert – mit Lebkuchen, Ingwer, Mandeln, Zitrone und Zucker.

Guten Appetit!