W Jerozolimie (Reblog)

Jacek Pałasiński

Tę kulinarną przygodę, to już na pewno opisałem w „Najpiękniejszych słowach”! Ale… Kto czytał odświeży, kto nie czytał – może się zdecyduje?

W 2002 r. byłem za JPII w Jerozolimie. Pobyt w tym mieście zawsze jest magiczny, więc i tym razem, mimo nawału pracy, chodziłem trochę w różowej chmurze, na granicy jawy i urojenia. Obserwowałem błyskawiczną przemianę jednego z polskich dziennikarzy, wówczas mojego redakcyjnego kolegi: z racjonalnego stał się osobnikiem opętanym religijnie i nie przypadkiem stoi dziś na czele organizacji o szlachetnej nazwie, przemienionej w odrażającą szczujnię.

Rozmawiałem – i rozmowy te zapadły mi głęboko w duszę – z Żydami i Arabami; jedni i drudzy obywatele Izraela, tłumaczyli mi dlaczego żyją w apartheidzie i dlaczego poprawne stosunki w pracy nigdy nie mogą przekuć się w stosunki koleżeńskie…

Niejaki R., dziennikarz włoski którego życie toczyło się wyłącznie wokół religii i dlatego przeniósł się na stałe do Jerozolimy, dołączył do naszego międzynarodowego grona watykanistów, pracujących na stałe w Sala Stampa Vaticana. Uważał nas – jak wielu jemu podobnych na całym świecie – za grupę szczególnie uprzywilejowanych wybrańców, dostępujących na co dzień zaszczytu obcowania ze Świętą Stolicą i świętymi purpuratami ją zaludniającymi. On też nie wiedział, że nasze rozmowy będą dla niego szokujące i rozczarowujące.

Ale R. był wprowadzony we wszystkie tajniki Jerozolimy i namówił nas – bez większego trudu zresztą – na wizytę w wyjątkowej restauracji. Prowadził ją irański Żyd, lata po alii, też opętany religijnie.
To była wyjątkowa restauracja, ponieważ działała tylko przez pół roku i na posiłki czekało się bardzo długo, zważywszy, że przygotowywał je i podawał sam właściciel. Wszystko dlatego, że serwowano tam wyłącznie dania wspomniane w Biblii oraz w Misznie i Gemarze. Dlatego przez pół roku Irańczyk chodził po pustyni i po górach, szukając odpowiednich ziół i roślin i trzymał restaurację otwartą do wyczerpania ich zapasów.

Dostać się tam nie było proste, bo oczekiwanie na miejsce przy stoliku trwało miesiące. Ale zrobił wyjątek dla nas z poczucia gościnności wobec „świty papieża”. Poszliśmy tam wieczorem, po pracy, przejęci i podnieceni: cóż to będzie za przygoda, co za wyróżnienie! Zasiedliśmy, a na stół, jedna po drugiej, wjeżdżały dostojnie kolejne miseczki z biblijnymi daniami. Mieliśmy poczucie obcowania z transcendentalnym, atmosfera była uroczysta, że bardziej się nie da.

Nigdy nie zapomnę tej jerozolimskiej kolacji. Również dlatego, że nigdy przedtem, ani nigdy potem niczego równie niesmacznego nie miałem w ustach! Dominowała przykra gorycz i smaki tyleż egzotyczne, co powszechnie uważane za nie nadające się do spożycia.

Potem wielokrotnie wracałem do Jerozolimy i szukałem tego miejsca, chcąc odtworzyć tamten moment. Ale w miejscu, w którym wtedy byliśmy nie było śladu po restauracji, i przechodnie i pracujący opodal urzędnicy pamiętali ją, ale nie wiedzieli, co się z nią stało: czy została zamknięta, czy też może właściciel, religijny Irański Żyd umarł i nikt już nie robi potraw na podstawie Świętej Księgi i przypisów do niej.

Barataria 91 Essen wie Don Kichote

Ewa Maria Slaska

Leider ist das Essen bei Don Quijote sehr Tiereiweiß trächtig, was ich nicht beweisen kann, da es im Netz keine Speisekarte gibt. Klickt man die entsprechende Stelle auf der Seite, bekommt man lediglich (sehr leichtes) Bedauern: “Unsere Speisekarte ist momentan noch nicht online. Bitte besuchen Sie uns zu einem späteren Zeitpunkt wieder.”
Ich war aber persönlich da und habe die Speisekarte selber gesehen. Sie bat genau all das an, oder gar mehr, was man in Spanien überall zum Essen bekommt: Fisch, Fleisch, Käse, Eier, Fleisch, Fisch… Zugegeben – viele Tomaten, Paprika, Oliven. Und (fast) alles (fast) immer frisch zubereitet. Aber mir als Vegetarierin scheint diese berühmte mediterrane Küche, die den Zugang zur Welterbeliste von UNESCO fand, eigentlich unerwarteterweise, sehr unfreundlich zu sein. In Don Quijote kann man die Patas de conejo con salsa de ajillo al estilo Don Quijote con potatos panadera also Kaninchenschenkel à la Don Kichote in der Knoblauchsosse mit gebackenen Kartoffeln essen.

Oben ist das Kaninchen ein bisschen einfacher zubereitet – das Gericht heisst einfach Conejo asado, Bratkaninchen und man kann vermuten, dass der gute Don Qijote genau so etwas gegessen hat. Bevor aber die Kaninchenpfoten so ausgesehen haben wie auf dem Bild oben, müssten sie leider so aussehen, wie sie hier von Jean-Baptiste-Siméon Chardin gemalt wurden.

Conejo asado

Zutaten

1 ganzes Kaninchen
1/4 Tasse Olivenöl
1 Glas Weißwein
2 Knoblauchzehen
Salz und Pfeffer

Das Kaninchen in Stücke hacken. Die Fleischstücke mit Öl, gehacktem Knoblauch, Salz und Pfeffer bestreuen.
Ofen vorheizen und Kaninchen in eine Schüssel geben.
Nach den ersten 10 Minuten Wein zufügen.
Weitere 35 Minuten bei 170°C braten.

So ein gebratenes Kaninchen wurde sicher auch Sancho Pansa, dem gnädigen Statthalter der Insel Barataria, serviert und zugleich von seinem Leibarzt verboten.

»Auf die Art wird mir die Schüssel gebratener Rebhühner dort, die, wie es scheint, gut zubereitet sind, keinen Schaden tun.«
Worauf der Arzt antwortete: »Diese soll der Herr Statthalter nicht essen, solange ich das Leben behalte.«
»Aber warum nicht?« fragte Sancho.
Und der Arzt antwortete:
»Weil unser Meister Hippokrates, der Polarstern und das Licht der ganzen Arzneikunst, in einem von seinen Aphorismen sagt: ›Omnis saturatio mala, perdicis autem pessima‹, welches heißt: ›Alle Übersättigung ist schädlich, die aber von Rebhühnern die schädlichste.‹«
»Wenn dem so ist«, sagte Sancho, »so suche mir der Herr Doktor unter diesen Gerichten selber aus, was mir zuträglich und am wenigsten nachteilig ist, und lasse mich dies essen, ohne darauf zu klopfen: denn beim Leben des Statthalters, und so gewiß das Gott erhalten soll, ich sterbe vor Hunger, und mir das Essen verweigern, der Herr Doktor mag auch sagen und behaupten, was er will, hieße mir eher das Leben nehmen, als es mir erhalten.«
»Der gnädige Herr Statthalter hat recht«, antwortete der Arzt, »und daher bin ich auch der Meinung, daß Ihr nicht von den gebratenen Kaninchen essen dürft, die dort stehen, denn es ist Speise von einem langhaarigen Tier; von jenem Kalbfleische könntet Ihr wohl versuchen, wenn es nicht gebraten und gesäuert wäre, aber so auf keine Weise.«

Auf einem der vielen Blogs, die in Spanien dem melancholischen Rittern gewidmet sind, fand ich einen Aufsatz über Vorbereitungen von Hasen und Kaninchen im Werk von Miguel Cervantes. Man hatte die beiden Tiere gebraten, aus dem Fleisch die Empanadas vorbereitet – gefüllte Teigpasteten, oder in saurer Marinade eingelegt. Man machte auch Gigote (das Fleisch kleingehackt, gebraten und dann gekocht). Aber es gibt auch barocke Variationen, wie z.B. Fleisch in eigenem Blut des Tieres gekocht oder mit sog. “Gingebrada” verfeinert – mit Lebkuchen, Ingwer, Mandeln, Zitrone und Zucker.

Guten Appetit!

Legenda o Warszawie – odcinek VI

Wiktor Ostrowski

Wolność

Wczesny ranek. Nocne mgły jeszcze unoszą się nad rzeką i  brzegiem. Bożenka z psem udają się w dalszą wędrówkę. Dziewczyna  już jest bardzo zmęczona swą wędrówką i ostatnimi przeżyciami. Idzie powoli, ale nie stara się iść wodą. Wie, że po śladach już nikt do niej nie dojdzie. Nie ma co się spieszyć. Marzy o zatrzymaniu się na długi czas, może nawet na całą jesień i zimę. Mimo obecności psa czuje się bardzo osamotniona. Tęskni za ludźmi, ale tylko ludźmi dobrymi. Wciąż myśli o Warszu i głośno płacze na  jego wspomnienie. W takich razach pies stara się ją pocieszyć, skacze na nią, łasi się i dopina tego, że dziewczyna uspokaja się.

Tak, mogłaby prowadzić osiadłe życie, byle z nim, z ukochanym. Teraz byłaby dobrą żoną, bo przecież przez czas swej wędrówki zmężniała, mięśnie ma, jak ze stali i nie lęka się niczego, ale samotność wciąż jej ciąży.

Puszcza rozrzedza się, jednocześnie blask słońca pokonuje mgły. Puszcza kończy się, przechodząc w wielką polanę na samym  brzegu rzeki. Dziewczyna staje, jak wryta. Na pierwszym planie widzi suszące się sieci rybackie. Polana zalana jest promieniami słońca.

/Uwaga!/ To przejście ma być podkreślone światłem i ostrością konturów. Przejście od mroków puszczy – świata nieco irrealnego, do tej polany, pełnej gwaru, na której pracuje 60 chłopców  i dziewcząt, wznoszących chaty, kopiących ziemię, grodzących wokół całej polany zasieki, narządzających łodzie, krzątających się, wesołych, przekrzykujących się i śpiewających.

Bożenka nie wie, kogo ma przed sobą – czy to swoi, czy może Prusowie. Nie wie, czy nie czeka jej jeszcze gorsza niż w grodzie niewola… Ale nim dopadła krzaków, aby się tymczasem skryć, nim zdołała pomyśleć i zastanowić się – pies z głośnym ujadaniem  skoczył prosto w gromadę pracujących dziewczyn. Te poznają go momentalnie: to Ryk – pies Bożenki. Skąd się wziął? Ale pies ciągnie je wyraźnie w stronę kryjówki Bożenki. Dziewczęta biegną  i dopadają krzycząc, śmiejąc się i płacząc. Bożenka widząc Żywię, Sławę i inne dziewczęta, słabnie i pada zemdlona. Ale ją podtrzymują, cucą i głośno wołają Warsza.

Bożenka odzyskuje siły, widzi biegnącego do niej Warsza, po chwili pada w jego objęcia. Pies na nich skacze z radości.

Leżąc wygodnie na wiązce trawy Bożenka tuli się do Warsza i  opowiada mu bezładnie swoje dzieje. Gromada zaniechała pracy, wszyscy siedzą wkoło, pies leży z głową na kolanach Bożenki.

Dagniew opowiada Bożence o ich dziejach, i o postanowieniu  ustanowienia Warsza jako grododzierżcy. Teraz – mili – już u nas  nie ma samotnika. Tu będzie osada, może potem gród, a może my tu  stworzymy wielką gromadę – gromadę wolnych ludzi.

Bożenka będzie – jest już – żoną Warsza – Warszową. I tak   się zowie nasza osada: Warszowa!

Teraz – mówi Dagniew – na dziś skończone praca. Skończyły  się smutki, zginęło zło. Nie ma niebezpieczeństwa, pogoni, zginął Rosław, tak jak ginie każdy zły człowiek. Dziś weselmy się. Dzisiaj – pierwsze u nas sobótki.

Wieczór zapada. Na polanie nad rzeką płoną liczne ogniska. Dziewczęta i chłopcy tańczą i śpiewają.

Piosenka:

Wyrwaliśmy się z uwięzi
Tnijmy drzewa i gałęzie
xxxxxxxMłode ręce i ramiona,
xxxxxxxKażde z nas co chce – dokona
Mocniej, bracie, bij toporem:
Poradzimy sobie z borem
xxxxxxxPiękne chaty postawimy,
xxxxxxxMy się zimy nie boimy.
Będziesz siać, łowić, polować
Na mróz musim jadło schować.
xxxxxxxRazem, chłopcy i dziewczyny
xxxxxxxPiękne chaty postawimy.
Dagniew z Warszem łódź nam skleci
Sława z Żywią wiążą sieci,
xxxxxxxPieśń rozbrzmiewa, ogień płonie,
xxxxxxxPraca co dzień pracę goni.
Nikt nas nie gna, nikt nie bije,
W ciężkiej pracy każdy żyje.
xxxxxxxNa wolności – choć przy pracy.
xxxxxxxNie jak w grodzie, a inaczej.
Wyrwaliśmy się z tej matni
Chłop z nas każdy nie ostatni
xxxxxxxA dziewczyny się zwijają
xxxxxxxI, jak mogą, pomagają
Razem wszyscy pracujemy
A po pracy tańcujemy.
xxxxxxxI tak w tańcu, śpiewie, trudzie
xxxxxxxŻyjemy my – wolni ludzie.

W oddali widać płonące ogniska i dziewczęta z chłopcami igrający i tańczący. Na pierwszym planie – na samym brzegu rzeki /zdjęcie od strony rzeki/ siedzi Bożenka i Warsz, u stóp ich leży  pies. Bożenka, przytulona do Warsza, kończy swą opowieść. Zniknęło wszystko złe, które im zagrażało. Już jest bardzo dobrze. Wprawdzie nie zagoiły się jeszcze wszystkie blizny i sińce na ciele dziewczyny, ale już jest ona szczęśliwa. Mówi: – Wszystko  tu nowe, wszystko młode, wszystko radosne i przyjazne. Ta wiara w lepsze jutro towarzyszyła Bożence w całej jej wędrówce i spowodowała, że dziewczyna wszystko przetrwała i wytrzymała. Ta polana pełna życia, co się zwie Warszowa, ta chata Warszowa, łódź Warszowa i ona, Bożenka też jest Warszowa.

Odjazd kamery i zdjęcia następne wykonywane są jakby z drugiego brzegu rzeki. Widać jeszcze grupkę dwojga młodych z psem i ogniska na drugim planie.

Z wody wyłania się Syrena, trzymająca w rękach tarczę i miecz  i na tle ognisk i nowo tworzonej osady śpiewa pieśń o Warszawie.

Podczas śpiewu zmienia się tło obrazu z przenikaniem – i ukazują się:

Warszawa – osada
Warszawa – duża wieś
Warszawa – gród
Warszawa – miasto – czasy wojen szwedzkich
Warszawa – czasy stanisławowskie –
powstanie kościuszkowskie
powstanie 1831
powstanie 1863
Warszawa – w dniach I wojny światowej
Warszawa – międzywojenna
Warszawa – Obrona Warszawy 1939
okupacja – akty zbrojne
powstanie 1944 – zniszczenie Warszawy
oswobodzenie Warszawy
odbudowa – lata pięćdziesiąte
stan obecny
wizja Warszawy przyszłości

W czasie śpiewu Syrena przy słowach “stanę tak…” wznosi miecz i osłania się tarczą, przybierając klasyczną postać herbu Warszawy.

Końcowa strofy powtarza chór przy dźwięku fanfar triumfalnych,  za syrena błyszczy słońce, obejmując jej postać promiennością i ten  obraz jest końcowym momentem filmu.

Pieśń Syreny

U brzegu wód, wśród letniej nocy,
Puszczy szelestów, szumu drzew,
Tajemne siły, czary, moce
I tura ryk, i wilczy zew
I zapomnianych bogów gniew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Uszły już duchy z miast i grodów
Z rycerskich zamków, kmiecych chat,
Tam chwalą teraz nowych bogów,
Lecz wiele wieków, wiele lat
Przejdzie, nim puszczy zamrze zew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Prastarej Wisły szumią fale
Pod toporami padnie las
Wartownik czuwać będzie stale
W grodzie nad Wisłą, koło nas,
Trwać będzie wrogim mocom wbrew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Na brzegu Wisły gród się wzniesie,
Mieszkać tam będzie dzielny lud,
Tam gdzie pląsały skrzaty w lesie
Człowiecza dola, twardy trud
I inny dźwięk niż szelest drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
A biały orzeł, zwiastun sławy
Dumny polskiego ludu znak –
Lecz grodu znak, lecz znak Warszawy,
To ja, Syrena, stanę tak
I da Warszawie mężną krew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Choć całą mocą wróg uderzy
Nie zniszczy ogień jej ni miecz
I niech Warszawa w gruzach leży
Ucieknie wróg z jej murów precz.
walczy Warszawy lud jak lew
Pod Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Warszawa z gruzów znów powstanie,
Warszawa wiecznie będzie trwać,
Zwycięskim ludem są Polanie,
Zwycięstwa hymn Warszawie grać
Będą korony starych drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew

Ustawiony nad Wisłą w kwietniu 1939 roku pomnik spiżowy autorstwa Ludwiki Nitschowej; do postaci Syreny pozowała Krystyna Krahelska, poetka, harcerka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej. Zginęła w drugim dniu Powstania Warszawskiego. Foto: Maria Kowalska

Legenda o Warszawie – odcinek V

Wiktor Ostrowski

Buntownicy

Warsz ukończył już budowę swojej chatki. Umocnił zasieki dokoła, pozostawiając wyjście na rzekę – zakładane na noc osłoną z gałęzi i drugie wyjście w stronę puszczy, skąd znosi niestrudzenie  drewno i gałęzie. Urządził on sobie prymitywną wędzarnię, gdzie wędzi zapasy mięsiwa w przewidywaniu nadchodzącej zimy. Teraz medytuje nad rozbitą łodzią i dopasowuje do niej obrobione siekierą deski. Ale jak je zamocować?…

Od strony puszczy słyszy nagle dalekie głosy ludzkie. Chwyta siekierę i wpatruje się w dal. Uciekać – czy zostać i bronić  się za ostrokołem. Ale jest sam, a nieznanych ludzi – jak sądzi z  głosów – jest sporo. Kto? Prusowie czy swoi? Warsz wyładowuje  worek jadłem, bierze łuk i strzały i gotów jest uskoczyć w puszczę  po przeciwległej stronie do tej, którą nadchodzą obcy.

Ale głosy są nie tylko męskie. Warsz słyszy młody śmiech  dziewczęcy. Wreszcie od strony puszczy pojawiają się idący gromadnie,  chłopcy i dziewczęta. Warsz wsłuchuje się pilnie – to swojskie głosy, a nie szczekające okrzyki Prusów. Nieznana gromadka dostrzegła  chatę Warsza i zauważyła dym, smużący się z paleniska. Kilku chłopców ostrożnie posuwa się do przodu z sulicami gotowymi do walki. Warsz poznaje Dagniewa idącego na przodzie. Rzuca broń i  worek i biegnie im na spotkanie. Dagniew też poznał druha i po  chwili obaj młodzi ludzie zwierają się w radosnym uścisku.

Nadbiega reszta gromady. Urywkami, przerywanymi śmiechem słowami opowiadają o swych przygodach. Przybysze o swojej ucieczce z  grodu – Warsz o swym pobycie w niewoli i o swojej ucieczce. Wkrótce też Warsz, nie widząc wśród przybyłych Bożenki, pyta o nią.

Wszyscy milkną i w końcu Tur wyjaśnia Warszowi straszną prawdę – spalona.

Teraz Warsz kamienieje. Rozpacz miesza się z wściekłością.  Warsz chwyta siekierę i chce biec w puszczę. Dagniew i Tur starają mu się przemówić do rozsądku. Na próżno. Warsz chce bieżyć do  grodu i tam popytać się Rosława i Dziwomira, jakie mieli prawo zabić Bożenkę. Już on wywrze zemstę – krwawo zapłaci za śmierć swej  ukochanej. Jednak ból jest zbyt wielki – Warsz słabnie i siada na  stosie drewna. Chłopcy i dziewczęta otaczają Warsza i patrzą nań  ze współczuciem. Zabiera wreszcie głos Dagniew. Mówi – jesteśmy  z tobą, wrogów wśród nas nie masz, jesteśmy druhowie i przyjaciele.  Nawet, jak dotrzesz do grodu, nawet, jeśli dokonasz zemsty, to inni  tam ciebie ubiją. Rozumiem twój ból, ale rozsądek musi wziąć nad  nim górę. Ostań z nami. Tu, nad wielka rzeką już rozpocząłeś budowę osady. My tu też osiądziemy. To dobre miejsce. Myśmy przynieśli wszystko, co nam potrzeba do rozpoczęcia nowego życia. Może potem, kiedy już na dobre się osiedlimy i okrzepniemy – wyprawimy się z tobą. Kilkunastu dobrych wojowników. Wówczas wpadniemy do  tego rosławowego grodu i obu – grododzierżcę, i wróża związanych przyprowadzimy tutaj, tu osądzimy i ukarzemy.

Ale teraz, ale dziś ty jesteś nam potrzebny, tak jak my, twoi druhowie, jesteśmy potrzebni tobie. Ostań z nami. Będziemy i my,  i nasze dziewczęta ciężko pracować. Wybudujemy tu osadę nową. A  że my wszyscy jesteśmy stadłami, a ty jeden jesteś samotnikiem,  więc my tu, jak wszyscy jesteśmy, okrzykujemy ciebie naszym grododzierżcą. Ale nie takim książęcym, który przez swych komorników  krzyczy ciągle „dawaj więcej”, ale naszym wybranym przez nas, przez  dziewczęta i chłopców. Tyś, Warszu, pierwszy tu przybył, tyś już  się pobudował, tyś już porobił zapasy. My – przy twojej radzie  stworzymy tu nową osadę i nazwiemy ją “Warszową”, bo ty nam będziesz  przewodził – tyś nasz pierwszy, tyś najdzielniejszy i ciebie los  najboleśniej dotknął. Ostań z nami, pierwszy grododzierżco Warszowy. To Warszowa zagroda, to Warszowa łódź, to Warszowa polana – to Warszowa. Przecież gdyby z nami była twoja Bożenka, to tak by  tak by  się nazywała, gdyby była twoją żoną. Niech więc nasza osada zwie się Warszowa.

Warsz słucha uważnie mądrych słów Dagniewa, łzy płyną mu po  policzkach, dziewczęta głośno płaczą, a niejeden z chłopców odwraca  się i ociera łzy.

Warsz mówi do Dagniewa: tyś, druhu, mądra głowa: Pewnie tu nikt nie będzie nad nikim, społem będziemy pracowali, ale pamiętaj, coś rzekł: po zimie – wyprawa na Rosława i Dziwomira!

Młodzi zrzucają swe toboły, dobywają zapasów, pojadają i gwarzą. Zmęczenie bierze jednak górę i po kolei układają się na trawie, dziewczęta opierają głowy na kolanach chłopców i z wolna wszyscy zasypiają. Najdłużej mową ze sobą Warsz, Dagniew i Tur, ale i  ich w końcu zmógł sen. Noc zapada i tylko duże trzy ogniska, podsycane przez dyżurujących chłopców, jasno płoną.

Ranek. Na polanie gorączkowo pracują chłopcy i dziewczęta.  Praca jest dobrze rozdzielona. Chłopcy trzebią las, znoszą pnie  na budowę domostw. Inni szykują łódź Warsza. Inni rozkładają i  przepatrują sieci.


Kupała 2014 na Krutyni, zdjęcie EMS

Nad całą polaną rozbrzmiewają dźwięki pieśni – ich piosenki  wolności.

Wolne dziewczęta i chłopcy
Wolni chłopcy
Kto pamięta
Gdy rządzili nami obcy
Hej, dziewczęta
Kto pamięta
Niech pracuje, łowi ryby
Niech buduje
Niech pracuje
Niech nie leni się, bo gdyby
Nie pracował
Nie budował
Razem z nami, z dziewczętami
I z chłopcami
To by z nami
Nie cieszył się piosenkami
Praca wolna
Leśna – polana
Praca w znoju tu nad rzeką
Praca w znoju
Lecz w spokoju
Pieśń rozbrzmiewa w las daleko
Pieśń rozbrzmiewa
Każdy śpiewa
Wolni chłopcy i dziewczęta
Precz, precz smutki
Dziś sobótki
Dziś sobótki – nasze święto.

Rosław płynie ze swoimi pachołkami. Teraz, co pewien czas  widzi wyraźnie ślady, pozostawiane przez Bożenkę w czasie obozowania i noclegów. Widać, dziewczyna w miarę oddalenia się od grodu  lekceważy sobie możliwość pogoni i zaniedbuje maskowania swych  miejsc postoju.

Rzeka, po której płynie Rosław, staje się coraz szersza i wreszcie wpada do innej wielkiej rzeki. Rosław ląduje na brzegu  i zastanawia się – w którą stronę mogła udać się uciekinierka. Ale  zastanawia się niedługo – bo oto na brzegu widzi wyraźne ślady stóp  dziewczęcych. Podniecony Rosław skacze do łodzi i każe pachołkom  pchać łódź w górę rzeki. Chłopcy ciężko pracują, nurt rzeki jest  bystry, a i do dna nie wszędzie zdołają sięgnąć drągami.

Zapada wieczór, ale Rosław wciąż pogania chłopców, licząc, że Bożenka jest już niedaleko. Rosław zdrzemnął się. Chłopcy pracują  ciężko i wyraźnie boją się wielkiej wody. Nagle przed łodzią zjawia się Panna Wodna, chwilę jest widoczna i znika pod wodą. Pachołkowie  wbijają drągi w dno rzeki i wystraszeni zatrzymują łódź. Bezruch  łodzi budzi Rosława. Chwyta on za kij, lży chłopaków. Ci mówią, że  ukazała się Panna Wodna, dalej nie można płynąć, bo gibiel, bo śmierć.

Rosław dalej lży ich. “Rybęście zoczyli, dalej płynąć! Już  niedaleko!” Chłopcy jednak nie słuchają. Ogarnął ich zabobonny  strach. Rosław kijem wali chłopców, zmuszając ich do posłuszeństwa.  Oni w panice wyskakują z łodzi i brnąc po pas w wodzie, docierają do  brzegu i nikną w zaroślach. Jeden z nich w pośpiechu zostawił w łodzi tarczę i miecz.

Rosław osamotniony chwyta drąg i pcha łódź z wysiłkiem przeciw  prądowi.

Po długim czasie Rosław z dala widzi na brzegu dym ogniska i  spostrzega dziewczynę, szykującą się do noclegu. Jest sama.  Pies pogonił w puszczę za zającem. Rosław ostrożnie i cicho podpływa do brzegu, uwiązuje łódź do konara drzewa i, brnąc po wodzie,  wychodzi na brzeg. W ręku ma kij i sznur. Broń zostawił w łodzi.  Do ujarzmienia dziewczyny starczy mu kij. Cichutko podkrada się i  znienacka chwyta dziewczynę. Bożenka – oszołomiona – przychodzi  jednak natychmiast do siebie i broni się rozpaczliwie. Rosław  zdzielił ją kijem raz i drugi i chwycił ją w pół, starając się obezwładnić dziewczynę. Mimo zaciętej obrony dziewczyna słabnie. Nagle z zarośli wypada Ryk i warcząc rzuca się na napastnika. Teraz  Rosław broni się przed ostrymi kłami psa i nacierającą wściekle dziewczyną. Cofa się zrazu wolno, po czym biegnie, skacze do wody, wskakuje na łódź i odpływa rzucając przekleństwa na Bożenkę.

Rosław odpływa, rezygnując – zda się – z pogoni i wyprawy.  Bożenka pieści psa, potem spokojnie przygotowuje sobie posłanie, dokładając stale gałęzi do palącego się ogniska.  Rosław pod osłoną znajdujących się z brzegu drzew podpływa  łodzią i z niewielkiej odległości mierzy z łuku do stojącej w świetle ognia dziewczyny. Teraz ma złą i zawziętą twarz. Jeżeli Bożenka jest dla niego stracone – to nie może żyć.

Rosław wypuszcza strzałę, które tuż obok głowy dziewczyny wbiła się w pień drzewa. Bożenka natychmiast skacze za drzewo, chwyta  oszczep i jest gotowa do obrony. Pies też gotów. Przypadł do ziemi i szczerzy zęby.

Ale obrona jest już niepotrzebna. W momencie strzału Rosław  traci równowagę, wpada do wody i, obciążony zbroją, natychmiast  tonie.

(Zdjęcie podwodne). Tonie Rosław, a z nim wpadają z przewróconej łodzi do wody miecz i tarcza. Podpływa Syrena, chwyta tarczę i miecz i odpływa.

(Zdjęcia nawodne). Przewrócona łódź spływa z prądem w dół  rzeki.

Pogodna noc księżycowa. Bożenka z psem – w rozwidleniu drzewa – układa się do snu. Ognisko wygasa. Daleko na rzece widać płynącą Syrenę.

Dokończenie za tydzień

Legenda o Warszawie – odcinek IV

Wiktor Ostrowski

Ucieczka

Warsz, razem z innymi towarzyszami niedoli, zmuszeni są do ciężkiej pracy niewolniczej. Nędzna nora, w której śpi kilkudziesięciu jeńców, nie ma nawet barłogów, wszyscy śpią na gołej ziemi, przytulając się do siebie dla ciepła. Od świtu do ciemnej nocy pracują wytężeni, a za każde niedbalstwo są nieludzko katowani.
Dwóch niewolników łowi ryby z ciężkiej łodzi, na której oprócz nich siedzi dwóch pruskich wojowników. Od tej łodzi rozciągnięta jest sieć do małej łódki, na której jest Warsz. Płyną powoli, sieć obciąża się coraz bardziej. W chwili, kiedy osiedle i inne łodzie nikną już w oddali, Warsz jednym ruchem wyrzuca sieć do wody, wpiera drąg w dno rzeki i – nim Prusowie zorientowali się, już Warsz na swojej lekkiej łódce odpłynął o kilka staj. Prusacy podnieśli krzyk, naciągają łuki i strzelają w stronę Warsza, jednocześnie ponaglają jeńców do szybkiego pchania łodzi za Warszem. Ale łódź, obciążona wielką pełną siecią, nie może płynąć szybko i – nim inne łodzie pruskie ruszyły w pogoń – już Warsz zniknął im z oczu za zakrętem rzeki. Prusowie rezygnują z pogoni. W głąb puszczy, przez którą płynie rzeka, nie chcą się zapuszczać, a zresztą idzie tylko o jednego niewolnika.
Warsz silnie i nieprzerwanie pcha swoją łódź w dół rzeki. Jednocześnie przegląda sprzęt, który – w tajemnicy przed Prusami – udało mu się schować na dnie łodzi. Najważniejsze to, że ma siekierę i dużą ilość rozmaitych sznurów, a także małą sieć. Upływają godziny i dni. Warsz już sporządził sobie podczas postoju na brzegu rzeki łuk i zaostrzył sporo strzał. Zatrzymując się na krótko – bo wciąż obawia się pogoni – poluje i odżywia się mięsem zabitych ptaków i małych zwierząt.
Warsz widzi, że jego rzeka wpada do wielkiej rzeki, która płynie tworząc liczne rozlewiska. Namyśla się, w którą stronę płynąć. Rzeka płynie na północ, Warsz boi się tego kierunku, słusznie mniemając, że może tam napotkać Prusów. Obiera zatem przeciwny kierunek, licząc że może doprowadzi on go do swoich. Tak więc natychmiast odbija od brzegu i – ciężko walcząc z silnym nurtem – posuwa się w górę rzeki. Teraz nie idzie mu już tak łatwo, jak poprzednio i Warsz bardzo musi się napracować, toteż częstsze są przerwy i odpoczynki.
Widzi jednak, że cel jego wędrówki może stać się rzeczywistością, nie traci więc nadziei – płynie – polecając się bogom rzeki i od nich oczekując opieki i pomocy.

Pieśń Warsza:

Dobrej rzeki dobre bogi,
Rzeki szarej, rzeki wielkiej,
Sprawcie, niech nie znajdą wrogi
Drogi do mnie, dobre bogi…
Dobre bogi dobrej rzeki,
Chrońcie mnie od mocy wszelkiej,
Nieście łódź mą w kraj daleki,
Wielkie wody wielkiej rzeki.
Dobrej rzeki bogi dobre,
Wiedźcie mnie przez prądy, progi,
By me serce było chrobre,
Dozwólcie, o bogi dobre…

Warsz przybliża się, płynąc łodzią, do brzegu rzeki. Puszcza przerzedza się tam, tworząc polanę, za którą wznoszą się urwiska, porosłe puszczą.
W momencie, kiedy łódź Warsza jest blisko brzegu, trafia na ostry głaz, który rozbija cały dół łodzi. Warsz z wysiłkiem holuje łódź do brzegu, wyciąga ją na piasek i znosi swój skromny dobytek na brzeg.
Zabobonny chłopak widzi w tym rękę bogów i decyduje się na pozostanie w tym miejscu na długo może na zawsze. Od razu zatem, bez chwili wypoczynku, zabiera się do zabezpieczenia sobie noclegu. Jeszcze przed nocą z nazbieranych konarów i gałęzi tworzy ochronę przed dzikimi zwierzętami. Z gałęzi buduje szałas, który będzie jego domem aż do zbudowania bardziej trwałego domku.

Foto: Krzysztof Woźniak

Bożenka z psem wędruje niezmordowanie, oddalając się coraz bardziej od znienawidzonego grodu i groźnych nieprzyjaciół. Dziewczyna w czasie długiej wędrówki, pod wpływem wciąż grożących niebezpieczeństw, dziczeje coraz bardziej. Nie ma ona teraz trudności ze zdobywaniem pożywienia. Poluje coraz to sprawniej. Pies również poluje i przynosi jej coraz to nową zwierzynę. I Bożenka, i Ryk są syci i – co za tym idzie – silni. Dziewczyna włada już tak oszczepem, że nie boi się nawet grubego zwierza. Boi się tylko ludzi i wciąż obawia się pogoni.
W czasie wędrówki, zwłaszcza o wieczorowej porze, majaczą się wciąż dziewczynie leśne widziadła. Ona się nawet ich już nie boi, ale nie rozumie tego, co ją otacza, i granica między otaczającą ją przyrodą a zjawiskami nieziemskimi zaczyna się w jej umyśle zacierać. Jednak nie boi się, zwłaszcza że pies nie reaguje zupełnie na te zjawy, a – gdyby były naprawdę – to on pierwszy odczułby niebezpieczeństwo.
Przed wieczorem pewnego dnia dziewczyna z psem dochodzi do miejsca, w którym “jej” rzeka wpada do innej, wielkiej rzeki, toczącej swe szeroko rozlane wody. Dziewczyna staje bezradna. Czy przeprawić się na drugi brzeg, “mojej” rzeki, ale to trudne, bo i ta rzeka przy ujściu jest szeroka i niebezpieczna, czy też iść w górę przeciw prądowi rzeki.
Bożenka coś jednak wie o tej wielkiej rzece. Starzy ludzie w grodzie bajali o niej, o rzece daleko na wschodzie, do której jednak nikt z grodu jeszcze nie dotarł. Bożenka patrzy uważnie w dal i nagle spostrzega na daleko w wodzie płynącą postać – pół kobietę – pół rybę. Płynie, pluska się i igra w wodzie w promieniach zachodzącego słońca. Nagle zatrzymała się, jakby stanęła na ogonie i ręką wyraźnie wskazała Bożence kierunek – w górę rzeki. Bożenka już wie, to Panna Wodna, o niej to bajały stare kobiety w grodzie, że dziewka, którą opiekuje się Panna Wodna, zawsze będzie szczęśliwa. Toteż Bożenka nie waha się ani chwili i – ślepo posłuszna idzie z psem we wskazanym kierunku. Panna Wodna niknie.

Leśne obozowiska uciekinierów z grodu. Odpoczywają, jedzą. Łowcy z puszczy przynoszą ubitą zwierzynę. Dziewczęta rozniecają ogień, warzą strawę. Mężczyźni budują prowizoryczną wędzarnię i – podtrzymując ciągły ogień – wędzą mięso na dalszą wędrówkę. Panuje tu ład, porządek i spokój. Dagniew rozstawił nieliczne straże, które pilnują, żeby nikt nie zaskoczył ich nie przygotowanych, ale nawet daleki zwiad, stale penetrujący puszczę w kierunku grodu, nie znajduje nic niepokojącego. Z każdym dniem wędrówki niebezpieczeństwo pogoni maleje. Zresztą nie obawiają się specjalnie wroga.
Jest ich trzydziestu, a i trzydzieścioro dziewcząt uczy się pilnie od chłopców władania bronią – sulicą, łukiem czy nawet toporem. To młode i silne dziewki, idą, pracują, nie gorzej od chłopców i wytrzymują dzielnie trudy wędrówki.
Tym razem odpoczynek był długi – kilkudniowy, bo i zapasy należało poczynić, i strudzonym nogom dać oddech i starunek. Ale koniec postoju. Znów wąż objuczonych młodych rozciąga się, otwierany i zamykany przez czujny zwiad. Orientując się według słońca i mchu na drzewach idą wytrwale dalej.

Warsz samotnie pracuje niemal bez wytchnienia w swojej nowej zagrodzie. Otoczona ona jest już wysokim zasiekiem, założonym ostrymi krzewami i gałęziami z jednym tylko otworem na wejście – od strony rzeki. Od strony puszczy jeszcze nie wszystko jest ogrodzone. Chata – mała, ale dla Warsza dostateczna – jest gotowa i pokryta gałęziami i mchem. Przy chacie Warsz ułożył w sągi drewno na opał, na zimę.
Robota jest trudna, bo ze wszystkich potrzebnych narzędzi Warsz posiada tylko jedną siekierę, więc na razie o takich robotach, jak naprawa łodzi, nie ma co nawet marzyć. Więc poluje, choć wciąż je mięso i jest nie słabszy, jednak ani chleba, ani kaszy nie uświadczy. Ale trudno tak trzeba żyć.

Rosław dumnie rozparty w łodzi popychanej z prądem przez dwóch silnych pachołków. Od czasu do czasu przegląda pilnie brzegi rzeki. Nagle każe on zatrzymać łódź i zbliżyć się do brzegu. Nareszcie znalazł trop. Raz jeden Bożenka zaniedbała starannego zatarcia śladów. Rosław znajduje popiół po ognisku i strzępy starego giezła Bożenki. To tu narządzała ona sobie nowe okrycie ze skóry zabitej łani, której kości również wskazują na obozowisko. Teraz Rosław z nową energią siada do łodzi i popycha pachołków, nie szczędząc im wymysłów i szturchańców.

Legenda o Warszawie – odcinek III

Wiktor Ostrowski

Puszcza

Odcinek rozpoczyna się wielostronnymi najazdami, odjazdami i panoramami puszczy. Będą tu zdjęcia zwierząt w puszczy, ptaków i zbliżenia małych zwierząt na tle drzew. Przez cały czas wstępu przyciszony chór śpiewa pieśń o puszczy.
(Ewentualnie może to być melodeklamacja)

Szumi puszcza, szumi las
W przedwieczorny, letni czas,
Ptaków zamilkł liczby rój,
Lis porzucił barłóg swój…
Szumi puszcza szczytem drzew,
Milknie z wolna zgiełk i śpiew,
Przemknął się w korzeniach wąż,
Sowa w gęstwi drzew śpi wciąż…
W krzakach bezszelestny ruch,
Coś bezszumnie – może duch,
Może południca zła
Między drzewa cicho szła…
Może z drzewa w dół na krzew,
Budząc Doli złość i gniew,
Skacze mały, zwinny skrzat,
Dobry duch, każdemu brat…
Szumią krzaki, chrzęści chrust
Coś jak chlupot, coś jak plusk:
Płynie rzeczka pośród mchów,
W głębi wody widać znów:
Ni to ryba, ni to dziw,
Ni topielec, ni to żyw,
W przedwieczorny opar wpadł,
Drzewem wstrząsnął – szyszek grad
Zeszłorocznych spada w dół,
A on na dno i w sam muł
Zarył się i cicho znów…
Puszcza… Duchów świat i snów…

Mała polana w puszczy. Słychać łkanie i ciężki, głuchy oddech. Głosy te zbliżają się i na polankę wbiega Bożenka. Biegnie coraz wolniej i wreszcie pada na ziemię, ciężko oddychając. Ma nadal związane z tyłu ręce. Poszarpane giezło, spalone od dołu, ledwie ją okrywa, jest cała zabłocona. Leży na kępie mchu i odpoczywa. Wzrok ma dziki i wystraszony. Przypomina w tym stanie śmiertelnie przerażone ranne zwierzę. Z wolna jednak przytomnieje, uspokaja się. Czujnie słucha, czy nie usłyszy pogoni – ale w puszczy poza gwarem ptaków nic nie słychać. Przy głowie dziewczyny rosną kępami jagody. Bożenka nachyla się i chciwie zrywa samymi ustami jagody – je. Bożenka podnosi się i nasłuchuje. Słyszy szmer wody. Parę kroków dalej płynie strumień. Bożenka wchodzi do wody, klęka, nachyla się i chciwie pije wodę. W tym momencie widzi duży, ostry głaz na brzegu strumienia. Podchodzi, siada tyłem do głazu, wybiera starannie pozycję i zaczyna trzeć sznur, którym ma związane ręce o ostry kamień. Ruchy jej, początkowo gwałtowne, stają się coraz bardziej miarowe i celowe. Uśmiecha się nawet, kiedy czuje, ze można tak przerwać sznur. Rzeczywiście, po pewnym czasie ostatnie nici sznura pękają i Bożenka wyciąga naprzód uwolnione ręce. Zdjęcie więzów teraz nie napotyka na trudności. Wraca do strumienia, zanurza obolałe ręce w wodzie, wykonuje nimi ruchy, aż do tego momentu, kiedy odzyskuje całkowitą władzę w rękach. Teraz zmywa z rąk i nóg kurz i błoto i przemywa poranione i obolałe miejsca. Już rękami zrywa leśne jagody i maliny. Opasała się sznurem i rozgląda się dokoła. Dokąd iść? Trzeba dostać się do rzeki i przepłynąć ją – dopiero tak – dziewczyna to dobrze rozumie – można zgubić ślad. Wyłamała z suchego drzewa ostry, długi kij i tak uzbrojona idzie wzdłuż strumienia. Strumień wkrótce zaprowadził ją do rzeki. Tę rzekę zna, tu przecież łowiła z ojcem. Nawet nie musi płynąć – odnalazła płycizny i tak przeprawiła się na drugi brzeg, idzie w dół rzeki, ale – nie chcąc zostawiać śladów idzie wodą przy brzegu. Bożenka spieszy się, chcąc przed nocą przebyć jak największy odcinek drogi. Zresztą nie wie właściwie, dokąd ma iść. Jedyny cel – to jak najdalej od grodu, od pogoni, od Rosława. Może jednak nie będzie pogoni? Może w grodzie uważają, że ona już została spalona?
Z wysiłkiem dziewczyna przebywa dalszy odcinek drogi. Zmrok zapada. Czas pomyśleć o odpoczynku. Znajduje rozłożyste drzewo, zwinnie wdrapuje się, mości sobie jakie-takie posłanie z liści w rozwidleniu gałęzi, przywiązuje się sznurem, do sznura przywiązuje kij i niemal natychmiast zasypia.
Dziewczyna we śnie widzi różne zjawy leśne. A może ona nie śpi i te istoty naprawdę są? Zjawiają się na polanie nad rzeką skrzaty, tańczą, śpiewają i wykonują różne mało zrozumiałe ruchy i czynności.
Bożenka nawet się ich nie boi, większą obawą przejmują ją zwierzęta, zwłaszcza duże, które tu schodzą się do wodopoju.
A skrzaty – nie. Nawet przysłuchuje się ich śpiewem i słyszy je dobrze.

Pieśń skrzatów:

W dzień spać, spać, spać, spać
W ciemnej nocy
Za trud się brać, brać
Ile mocy
Gdy w dół spadł liść, liść
Sprzątnąć trzeba
Na młyn z nim iść, iść
Upiec chleba
A młynarz skrzat, skrzat
Zaraz zmiele
Chce chleba brat, brat
Więc podzielę
Spadł dziś deszcz, deszcz, deszcz
Mucha tonie
Nie krzycz, nie wrzeszcz, wrzeszcz
Ja obronię
Więc muchę susz, susz
I już leci
Dość trudu już, już
Czas spać, dzieci
W dzień spać, spać, spać, spać
Głośno chrapać
W nocy wstać, wstać, wstać
W lesie człapać

Księżyc jasno świeci. W poświacie księżycowej puszcza wygląda, jak zaczarowana. Gałęzie drzew układają się w dziwne kształty. Może to nie gałęzie, a postacie. Może naprawdę na gałęzi siedzi rusałka. Czy ten nietoperz nadlatujący bezszumnie ma naprawdę ludzką twarz?
Czy to pojawia się mały, jasny obłoczek, czy też jakaś postać, która do puszczy spływa na promieniu księżyca. Chlupnęła woda w rzece, a może to z gałęzi coś skoczyło do wody. Kumkanie żab zlewa się w niemal ludzki chór głosów. Cała puszcza, cała rzeka i jej liczne rozlewiska żyją, śpiewają, wydają różne głosy, odbijane wielokrotnie echem w puszczy. Głosy stopniowo milkną, na księżyc nadchodzi czarna chmura, powiał wiatr i zaczyna padać rzęsisty deszcz.
Zaczyna świtać. Bożenka śpi na drzewie. Cała skulona. Przemoczone łachmany źle okrywają jej zziębnięte i przemoczone ciało.
Dziewczyna budzi się, odwiązuje od drzewa i w promieniach rannego słońca – bo właśnie przebiły się jego promienie przez rozpędzone chmury, rozprostowuje zziębnięte ręce i wyszukuje leśne jagody które chciwie je. Jednak nie jest to dostateczny posiłek… Bożenka schodzi na sam brzeg rzeki i po kilku krokach zatrzymuje się raptownie. Na brzegu leży nadłamany z jednego końca oszczep. Ale grot jest cały, tylko pokryty rdzą. Na samym brzegu widać ślad łodzi, która tu została wciągnięta. Na piasku ślady stóp ludzkich.
Bożenka rozumie. Tu był łowca, pewno polował. Odpłynął łodzią, a oszczep zostawił lub porzucił śpiesznie odpływając przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej – jest broń. Bożenka odnajduje duży głaz i starannie trze grot o granit. Już grot zasrebrzył się czystym metalem, a koniec jego stał się ostry i gładki. Dziewczyna odnajduje mały krzemień, uderza nim o grot, wywołując iskry. Bożenka aż klasnęła w ręce z radości i w uniesieniu całuje oszczep. Ma broń i może rozniecić ogień. Teraz trzeba zdobyć pożywienie. Przechodzi na sam brzeg rzeki, zdejmuje giezło i, trzymając oszczep nad głową, wchodzi do wody. Na głębszej wodzie trzyma już oszczep na wyciągniętej ręce pionowo, grotem w dół i zamiera w bezruchu. Wie ona, jak łowić ryby na oścień… Błyskawiczny ruch i dziewczyna wyrzuca oszczep z wielką rybą na brzeg. Sama dopada w kilku susach brzegu. Ryba rzuca się, walczy. Dziewczyna chwyta ciężki kamień – uderzenie i ryba nieruchomieje. Bożenka odziewa się, zbiera gałązki i suchy mech, uderza grotem o krzemień, po kilku chwilach ognisko już zapala się. Dziewczyna dokłada gałązki, czyści rybę, nabija ją na gruby patyk, z dwóch innych robi podpórki i w ten sposób na ogniu piecze rybę. Widzimy ją następnie rozkoszującą się jadłem. Bożenka wypoczywa na słońcu, suszy swe łachmany i potem zawija połowę ryby w dół swego giezła, znów opasuje się sznurem i – uzbrojona w oszczep – idzie po wodzie wzdłuż brzegu w dół rzeki…

Piosenka Bożenki:

We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Jaki los mnie, biedną, czeka
Wiedzą w grodzie,
xxxxxxxxxxWiedzą w grodzie
Gdzie Bożenka w dal ucieka
I gdzie brodzi
xxxxxxxxxxI gdzie brodzi
Kto od złego tego człeka
Mnie odgrodzi
xxxxxxxxxxMnie odgrodzi
Kto ucieka – ten nie zwleka
I uchodzi
xxxxxxxxxxI uchodzi
Bity pies też gryzie, szczeka
O to chodzi
xxxxxxxxxxO to chodzi
Cicho płynie wielka rzeka
Idę co dzień
xxxxxxxxxxIdę co dzień
Kto ucieka – nie narzeka
Woda chłodzi
xxxxxxxxxxWoda chłodzi
Może płynie już z daleka
Pogoń w łodzi
xxxxxxxxxxPogoń w łodzi
Rabą złego być człowieka
Bitą co dzień
xxxxxxxxxxBitą co dzień
Nie! uciekam, deszcz mnie sieka
I drżę w chłodzie
xxxxxxxxxxI drżę w chłodzie
We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Wolność widzę, choć z daleka
Więc uchodzę
xxxxxxxxxxWięc uchodzę

W grodzie – pod nieobecność Rosława – niepodzielnie rządzi Dziwomir. Nagradza on sowicie swych sojuszników, pije miód z Sułkiem, który wykonywa zalecenia wróża. Woje Sułka są należycie karmieni i honorowani. Teraz wszystko im wolno. Wszelkie objawy nieposłuszeństwa ze strony młodzieży są natychmiast brutalnie tłumione. Toteż życie rybaków, zwłaszcza młodych chłopców i dziewcząt, staje się coraz cięższe, coraz trudniejsze.
Dagniew, Tur i inni towarzysze Warsza zmawiają się cichaczem i nocą zbierają się na puszczańskiej polanie, z dala od grodu, by postanowić o dalszym swym losie. Zbiera się około 30 chłopców, z trzech dziesiątek Warsza. Z nimi na naradę przychodzi tyleż dziewcząt. Każdy chłopak ma tu swoją dziewczynę. Czasami zmówioną z nim, a czasem dopiero sympatyzującą.
Zagaja wiec Dagniew. Mówi, że Dziwomir ze swoimi sojusznikami wyniszczą ich zupełnie, że w grodzie stanowią oni mniejszość, że nie potrafią nawet obronić dziewcząt przed napastliwością nowych przybyszy.
Jedyna rada – mówi Dagniew – to tą gromadą, którą my stanowimy iść precz z grodu. Iść ku wschodowi, przez puszczę. Tam płynie wielka rzeka i nad nią osiądziemy bronieni puszczą i odległością od prześladowców. Nie chcemy – mówi – niewoli. Tam założymy nowe swoje sioło, będziemy żyć w ciężkiej pracy, ale na wolności. Pracować będziemy dla siebie, a nie na komorników, obcych wojów, ciemiężców… Tu czekać, aż ci twoją dziewczynę zabiorą! Nie zwlekać – trzeba tylko uciekać.
Mówi Żywia, drużka Bożenki, dorodna, wesoła i zgadzająca się zawsze z losem, dziewczyna. Mówi – czekać, aż schwycą mnie, oddadzą niemiłemu, aż zrobią ze mnie niewolnicę, aż mnie spalą, jak Bożenkę? A gdzie indziej możemy żyć, jak wolni ludzie. Z nas żadna pracy się nie boi – mówi, uśmiechając się do Dagniewa.
Tur mówi krótko. Kto się decyduje – niech przedtem powie Dagniewowi, a on wyznaczy, kto ma co zabrać ze sobą. Nie możemy zaczynać nowego życia z pustymi rękami. A zabieramy ze sobą: broń – łuki, strzały, sulice i oszczepy, topory, piły, sprzęt do stawiania domostw i budowy łodzi. Tam żelaza – pamiętajcie – nie dostaniemy. Dalej odzież, zapasy jadła na długą drogę. Ziarno do zasiewu: reż, proso, groch, konopie i len. Sprzęt domowy, garnki a kotły – małe, ale musimy je mieć. Jak nas idzie kopa to rozłożym tak wiuki, żeby żaden nie niósł za dużo. Takich tobołów ma być mniej, niż nas jest, bo przed nami pójdzie kilku chłopaków z bronią i toporami pilnować dzikiego zwierza i torować drogę w puszczy. Może ktoś osłabnie tedy jego tobół poniesie inny czy inna – bośmy wszyscy i wszystkie są równi. Kto będzie gotowy niech powie mnie albo Dagniewowi. Dagniew nas prowadzi.

Ciemna noc bezksiężycowa. Gród i podgrodzie śpi. Stróża na wałach też się pospała. W końcu grodu, przez niestrzeżony wyłom w ostrokole, wymykają się kolejno obciążeni chłopcy i dziewczęta. Giezła podwinięte nie przeszkadzają w chodzie, ani biegu. Idą sznurem, jak duchy. Nie stuknie, nie zachrzęści broń. Nikt nie piśnie słowa. Daleko już od grodu, o wczesnym świtaniu, przeprawiają się przez rzekę i idą dalej przez dziewicza puszczę, kierując wciąż ku wschodowi.

Nawałnica w puszczy. Nad rzeką idzie z wolna Bożenka. Jest zmęczona i przemoczona. Cała dygoce z zimna. Zatrzymuje się, zbiera gałązki i stara się rozpalić ognisko. Ale mokry mech i mokre drzazgi nie chcą się zapalić. Bożenka bez sił opiera się o drzewo. Z osłabienia i bezsiły płacze…
Parę kroków od niej przechodzi łania. Dziewczyna nagle z nieoczekiwaną siłą rzuca oszczep w bok łani i rani ją śmiertelnie. Łania pada nieżywa. Bożenka odzyskuje siły. Przyskakuje do martwego zwierzęcia, ostrzem grota nakrawa jej skórę i, dobrawszy się do mięsa, odcina wielki jego kawał. Znów zbiera mach i gałązki – teraz w cieniu wielkiego drzewa udaje się jej rozpalić ognisko. Dziewczyna dokłada wciąż drzewa i w końcu wielkie ognisko rozpala się. Nad ogniem piecze się olbrzymi kawał mięsa. Teraz Bożenka, nacinając ostrożnie skórę łani, zdejmuje ją. Czyści zgrabnie i cała otula się w ciepłe futro. Mięso już upieczone. Bożenka zaczyna chciwie jeść, ale nagle widzi z dala kilka przybliżających się wilków. Dziewczyna chwyta upieczony kwa kawał mięsa, jeszcze drugi surowy. Chwyta płonącą głownię i rzuca ją w stronę zbliżających się wilków. Wilki cofają się nieco, a Bożenka skacze ze swoim ciężarem na drzewo, z wysiłkiem wspina się na niedostępną dla wilków wysokość, tam przywiązuje mięso i sama się układa w rozwidleniu gałęzi, jak w łożu. Dalej je mięso, przyglądając się, jak wilki rzucają się na ścierwo łani i pożerają je łapczywie. Zapada noc, wilki odeszły, Bożenka, otulona w ciepłą skórę, nasycona, zasypia.
Ranek. Dziewczyna zeszła z drzewa, zdejmuje skórę i starannie czyści ją grotem oszczepu i piaskiem. Przykrawa, łączy części tego nowego odzienia kawałkami swego porwanego giezła. Wkłada na siebie i śmieje się sama do siebie.
Znów rozpaliła ognisko i piecze pozostałe mięso. Z dala pojawia się wilk. Dziwne – bo już jest dzień. Ona potrząsa płonącą głownią i głośno krzyczy, ale wilk nie ucieka i nagle, głośno szczekając, przypada do stóp dziewczyny.
To nie wilk. To jej wierny pies, Ryk. Widać, że ogłuszony uderzeniem przy ówczesnej obronie Bożenki, nie zdechł, a tylko ogłuszony spłynął wodą. Widać, że polował w puszczy, jest silny i odpasiony. Bożenka ściska i całuje swego wiernego druha – już teraz nie będzie samotna. Taki pies – to pewna obrona.
Już pełny dzień. Bożenka idzie z psem przy nodze w dalszą drogę.

Legenda o Warszawie – Odcinek II

Wiktor Ostrowski

Stos ofiarny

Warsz z kilkoma innymi niewolnymi zostali doprowadzeni nad rzekę. Tam już pod strażą czekają inni niewolni, schwytani wcześniej, skierowani są oni do ciężkiej pracy. Warsz – jako rybak – ma teraz dla  Prusów łowić ryby. Otrzymuje sieć i małą łódkę. W ciężkich dwóch łodziach zbrojni Prusacy pilnują więźniów. Praca jest i musi być wytężona. Za każde nieposłuszeństwo winny karany jest chłostą. Nawet bez powodu okrutni oprawcy biją swe ofiary, ponaglając ich do bardziej wytężonej pracy. Warsz jednak nie rezygnuje z zamiaru ucieczki, wypatrując sposobnej chwili. Na razie jednak praca jego jest wytężona, chce on bowiem zaskarbić sobie zaufanie i przez to osłabić czujność Prusów.

Komora w chacie Rosława

Na wiązce słomy leży Bożenka. Już  zdjęto jej więzy, ale komora jest zamknięta. Ryś i Kyś, zmieniani  przez innych pachołków, cieszących się zaufaniem Rosława, pilnują i nie dopuszczają do chaty nikogo.  Wiadro z wodą, kawał chleba, a dwa razy dziennie pachołek nosi jej miskę kaszy. Dziewczyna,  mimo osłabienia i rozpaczy, zmusza się do jedzenia – jednak ma  nadzieję, jednak chce odzyskać siły, jednak marzy ciągle o ucieczce, o wyzwoleniu.

Słychać kroki zbliżających się mężczyzn, wchodzi dwóch pachołków, bez słowa chwytają Bożenkę, wiążą jej ręce z tyłu i wychodzą. Wchodzi Rosław z pletnią w ręku i również milcząc, bez  litości smaga już i tak obitą Bożenkę po całym ciele. Nasyciwszy  swój gniew, rozwiązuje jej ręce, kopie pogardliwie i odchodzi.

Na polanie, pod starym rozłożystym dębem, zbiera się wiec  starców. Siadają oni dostojnie na kłodach. Rosław zagaja wiec.  Mówi najpierw o połowach, zbiorach żyta, konieczności zwiększenia  dostaw suszonej i wędzonej ryby dla księcia i jego wojowników ze  względu na pochód przeciwko Prusom, a następnie mówi o pożarze  lasu i tu prosi Dziwomira o omówienie sprawy ofiary dziękczynnej  dla Dadźboga. Przy dźwięku tego słowa wszyscy pochylają się w kornym pokłonie. Dziwomir mówi krótko. To – jego zdaniem – Bożenka  w  czasie swej ucieczki zaprószyła ogień w lesie. On, Dziwomir,  uprosił Dadźboga o darowanie klęski, ale obiecał za to krwawą ofiarę. Nie baran, nie wół ma być spalony na ofiarę, ale dziewczyna.  Tą ofiarą nie może być nikt inny, jak Bożenka, ona właśnie przecież  – dowodzi kłamliwie wróż – zawiniła, ona spowodowała klęskę, która  tylko dzięki modłom i obietnicom została oddalona.

Wiec uchwala spalenie Bożenki na stosie – na ofiarę dla Dadźboga. Ta decyzja zostaje podana do wiadomości przez obwoływacza. Dziwomir osobiście zawiadamia o niej rodziców Bożenki i czyni to  tak, że Dabor i Rada są przekonani, że spalenie Bożenki wywyższy ją i wsławi. Są oni tak przekonani o konieczności posłuszeństwa  wobec Dziwomira i Rosława, że nawet nie protestują i nie biadają.

Chata Rosława

Wyprowadzają z komory Bożenkę. Jest ona w  strzępach giezła. Na ramionach, plecach i nogach widać bardzo liczne ślady od uderzeń pletni. Trzy stare kobiety, prawdziwe wiedźmy,  narzucają Bożence na jej łachmany giezło godowe, białe i  stroją ją w kwiaty. Na głowę zakładają jej również kwietny wieniec. Osmagane ramiona zakryły się zielenią i  kwiatami. Ręce  wiążą jej do tyłu i do rąk przywiązują dwa sznury, również przeplecione kwiatami. Teraz dwóch starców bierze za końce sznura i prowadzą ją na błonie za grodem. Na błoniu zbity tłum, przeważają  starsi rybacy i rybaczki. Młodzież ciśnie się z tyłu. Dziewczęta płaczą, a chłopcy bezsilnie zaciskają pięści. Jest ich zbyt mało na bunt i nieposłuszeństwo. Wśród śpiewów, dźwięków kapeli i okrzyków doprowadzają Bożenkę  do wzniesionego na błoniach stosu ofiarnego i tam uroczyście wprowadzają na stos. Przywiązują dwa sznury do dwóch pali i wróż rozpoczyna przed stosem modły ofiarne. W momencie ich rozpoczęcia  obecni padają na twarz, nie śmiejąc podnieść głów. Wróż w stroju  obrzędowym, z końską skórą na ramionach, w czapie z kory brzozowej,  z długą laską w ręku, wydaje z siebie niesamowite głosy, wyje,  piszczy, drgawki nim wstrząsają, wpada w trans, skacze i obraca się, przypada do ziemi i zrywa się w podskokach, wreszcie zamiera bez  ruchu w nieprawdopodobnej pozie. W tym momencie Rosław daje znak  i dwóch pachołków z dwóch stron trzymanymi przez nich cały czas  płonącymi łuczywami podpalają stos.

Śpiew i krzyki wzmagają się, stos powoli rozpala się, dym zaczyna się wznosić ku górze. Nagle, od strony grodu słychać sygnały: bębny i chrapliwy dźwięk rogu. Trwoga! Na gród widać następuje nieprzyjaciel! Tłum bezładnie gna schronić się za wały grodowe. Z dala widać jak  ludzie chwytają sprzęty, gnają bydło i spieszą do bramy grodowej.

Kilka chwil i całe błonie, i całe podgrodzie pustoszeje. Pozostaje  tylko płonący stos i dymy. Kurz odgradza zupełnie stos od grodu.  Ogień rozpala się coraz mocniej i zajmują się już te belki,  na których stoi przywiązana Bożenka.

Ale ogień, zanim do niej dotarł – doszedł do pali. Jeden z  nich, widać bardziej smolny zapłonął jasnym płomieniem. Sznur przepalony głośno trzasnął i z jednej strony zwolnił dziewczynę.

Bożenka ze stanu półprzytomnego bezruchu przeszła natychmiast  do czynu. Rzuca się w stronę drugiego słupa i, nie zwracając uwagi  na to, że godowa jej szata już od dołu płonie, zdołała podpalić drugi sznur płomieniami. Dwa kroki i od strony tylnej, jeszcze nie  palącej się, stosu, skacze w dół – prosto w bajorko. Przewraca się  i – tarzając się w błocie i wodzie – gasi płomienia na gieźle, zrywa się, dziko krzycząc, biegnie w stronę puszczy, wlokąc za sobą długi sznur. Dym i kurz zasłaniają dziewczynę całkowicie od  strony grodu. Biegnie bez wytchnienia, przewraca się, zrywa i dalej biegnie, aż znika wśród pierwszych krzewów puszczy.

W grodzie nikt już nie dba o spaloną zapewne dziewczynę. Od strony przesieku w puszczy zbliża się silny oddział wojowników.  Wrota od strony podgrodzia są już zamknięte – brama spuszczona, dyle  mostu zerwane. Rosław nie każe jeszcze zrywać dyli od głównej  bramy, ale dwóch ludzi z toporami są gotowi do wykonania tego w jednej chwili. Rosław zarządza obronę grodu, rozstawia ludzi na wałach gotują gary z wrzątkiem. Jest on niespokojny, bowiem brak trzydziestki Warsza mocno osłabił obronę.

Wreszcie na drodze zjawia się – już dobrze widoczny z grodu –  idący oddział, w którym wkrótce ludzie poznają oddział Warsza.  Trwoga zmieniła się w radość. Rosław dowiaduje się, ku swojej uldze, że oddział wrócił, ale bez dowódcy. Dagniew oznajmia grododzierżcy, że Warsz albo jest zabity, albo ranny i został po tamtej, pruskiej stronie.

Razem z oddziałem Warsza przybył do grodu silny, kilkadziesiąt ludzi liczący oddział przysłany tu na odpoczynek i dokarmienie.  Ich dowódca, Sułek, starszy woj, zaprawiony w bojach, wita się z  Rosławem, żąda wygodnych legowisk dla swych ludzi, a przede wszystkim dla siebie. Rosław obiecuje wszystko, liczy tylko na to, że nowi woje pomogą mu utrzymać porządek wśród jego gromady. Sułkowi  tylko w to graj. Obiecuje sobie, że przy okazji utrzymania tego  porządku potrafi on niejedno zrabować i że żyć tu będzie wygodnie i  syto.

Dziwomir – zaraz po stwierdzeniu, że Warsz nie powrócił, wymyka się z grodu i spieszy na błonie. Stos się już dopalił. Wróż  szuka zwęglonych kości i nie znajduje. Obchodzi zgliszcza stosu  i odnajduje opalone skrawki gíezła, ślady stop Bożenki, widoczne w  błocie, a potem w piasku. Widzi, że dziewczyna uratowała się z płomieni i zbiegła do puszczy.

Wróż zaciera starannie ślady i wraca  do grodu.

Tam rozmawia z młodymi ludźmi, którzy już wiedzą o spalaniu  Bożenki i pałają chęcią wywarcia pomsty. Wróż przekonywa ich, że  to Rosław, mszcząc się za zniewagę, kazał Bożenkę spalić, choć on  się temu sprzeciwiał í zaleca młodzieży zachowanie spokoju przez  dwa dni, a potem Rosława spotka zasłużona kara.

Następną rozmowę wróż przeprowadza z Rosławem. Mówi mu o tym,  że Bożenka zdołała uwolnić się z więzów i zbiegła w puszczę. Namawia go, wobec wrzenia w grodzie, żeby Rosław udał się w pogoń za  zbiegłą. Podczas jego nieobecności zdoła on, przy pomocy Sułka i jego wojów, zaprowadzić ład w grodzie. Bożenki trzeba szukać wzdłuż rzeki, tylko brzegiem może ona wędrować. Ona – rybaczka – w rzece  są ryby i tylko idąc wodą może się czuć bezpieczna.

Zatem – dobra łódź i dwóch pewnych ludzi – najlepiej Rysia i  Kysia – obu dobrze uzbrojonych. Po schwytaniu Bożenki – cichcem  zabrać ją do komory, tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Sprawą Rosława jest zmusić dziewczynę do posłuszeństwa. On – Dziwomir – bierze na siebie objaśnienia ludziom, skąd się Bożenka wzięła. A potem, kiedy już ona z wolą, czy bez niej, zostanie żoną Rosława –  jego sprawą będzie, jak się dalsze losy potoczą, ale chyba po raz  drugi już jej Rosław nie każe spalić. Będzie miał w domu piękną  i pokorną niewolnicę. To już sprawa Rosława.

Długo tak radzą dwaj starcy, chodząc nocą po brzegu rzeki.  Wreszcie Rosław zgadza się na ten projekt.

Tej samej nocy Ryś i Kłyś wyładowują łódź zapasami żywności,  przenoszą swe tarcze i miecze do łodzi i czekają na Rosława, obiecując sobie wesoła i korzystną wyprawę. Oddzielnie wróż mówi z nimi. Obiecuje chłopcem dostojeństwa  i dostatek za wykonanie takiego rozkazu: Po schwytaniu Bożenki mają znienacka zabić Rosława i dowieść Bożenkę do grodu, do chaty Dziwomira.

Wróż jednak ma inny zamiar: da pachołkom syty í zatruje ją. Kiedy już obaj będą nieżywi, załaduje ich nocą na łódź i z dala od grodu wrzuci do wody. Wodą ciała spłyną daleko. A Bożenkę  – projektuje z lubieżnym zadowoleniem wróż – przechowam u siebie.  Potrafię zmusić ją do uległości.

Następnie rozmawia z Sułkiem. Przy dzbanie miodu wróż  mówi o jakiejś tajemniczej wyprawie, którą przedsięwziął Rosław,  wyraża powątpiewanie w jej powodzenie i napomyka, że przecież Sułek  mógłby lepiej być grododzierżcą. Obaj zgadzają się, iż w razie  objęcia grodu przez Sułka – przymierza między nim a Rosławem będzie  trwałe i korzystne dla obu. Jednak pierwszy warunek – to  surowy rygor w grodzie, zwłaszcza ostre postępowanie z młodymi.

Noc księżycowa. Do łodzi, w której pachołki czekają, wchodzi  Rosław w zbroi, z sulicą, łukiem, tarczą i strzałami.  Wróż żegna się z grododzierżcą i łódź cicho odpływa. Zaczyna  się pogoń.

Legenda o Warszawie – Odcinek I

Osoby grające:

Rosław, grododzierżca – lat ok. 70, wysoki, b. tęgi
Dziwomir – wróż – lat ok. 70, chudy, zgarbiony
Warsz – młody łowca, rybak, dziesiętnik tarczowników
Dabor – stary rybak
Rada – jego żona
Bożenka – ich córka
Dagniew, Tur – druhowie Warsza, młodzi chłopcy
Żywia, Sława – drużki Bożenki, młode dziewczęta
Sułek, dowódca oddziału książęcego

Ryś – pachołek Rosława
Kyś – pachołek Dziwomira,
Tarczownicy, łucznicy
Prusowie – starszyzna i woje
Dzieci
Postacie bajeczne: Syrena – panna wodna, skrzaty, zjawy i duchy leśne
Ryk – pies Bożenki, wilczur

Wiktor Ostrowski

GRÒD NAD BZURĄ
(okolice dzisiejszego Ozorkowa)

Ogólny widok na gród zbudowany wysoko nad brzegiem rzeki.  Od strony rzeki niewielkie podgrodzie z małą przystanią łodzi i tratew rybackich. Dalej błonia, dochodzące do puszczy, które otaczają rzekę, z drugiej strony okala gród, między puszczą a grodem uprawne  pola. Od głównej bramy grodu – droga, idąca dalej przez przesíek,  na zachód /na Gniezno i Poznań, rozgałęzienie – niewidoczne w filmie – na Płock/. Od strony podgrodzia druga brama, węższa.

Gród zabudowany dość ciasno małymi chatami, otoczonymi budynkami gospodarczymi. Większe są tylko chaty: Rosława – grododzierżcy,  Dziwomira, wróża i paru komorników.  Jeszcze mniejsze chaty i biedniejsze – to domostwa rybaków,  zamieszkujących podgrodzie. Przy nich małe ogródeczki, szopy na  sprzęt rybacki i charakterystyczne drągi, na których suszy się sieci.

Zapada wieczór. Z daleka płyną łodzie i tratwy. Rybacy  wracają z całodziennego połowu. Widzimy po kolei kilka łodzi płynących “na pych”. Zatrzymuje się na łodzi starego Dabora. Odpoczywa on łodzi. Córka jego, Bożenka, ciężko pracuje, pchając  łódź długą żerdzią. Tym razem połów był udany i w łodzi widać sieć  pełną ryby. W pewnym miejscu Dabor i Bożenka wskakują do wody i  przeciągają z wysiłkiem łódź przez płyciznę, potem dalej rybak siedzi a Bożenka pcha łódź i śpiewa:

Piosenka Bożenki:

Południce, południce
Dajcie: rybkę na sieć chwycę,
Południce, południce
Odwracajcie gniewne lice…

Dobre Dole, Dobre Dole,
Parę rybek wam pozwolę,
Dobre Dole, Dobre Dole
Ryby na zimę zasolę…

O Dadźboże, o Dadźboże
Proszę cię, proszę w pokorze
O Dadźboże, o Dadźboże,
Daj dostatek mej komorze…

Dobre skrzaty, dobre skrzaty
Strzeżcie mojej biednej chaty,
Dobre skrzaty, dobre skrzaty,
Niech Warsz do mnie pośle swaty…

Max Priesniakow. Daźbóg. 1998 (Wikipedia)

Grododzierżca Rosław kończy posiłek siedząc przed swym domostwem.  Wyjada chciwie resztki z misy i zapija strawę łykami piwa czy miodu.  Potem powoli wstaje i statecznie udaje się na obchód grodu. Po jego  wyjściu zjawia się jego pachołek Ryś i wylizuje miskę sącząc ostatnie krople napoju. Nie wygląda on na głodnego, jest dobrze upasiony, niski i gruby.

Rosław idzie między chatami. Rozmawia łaskawie z rybakami i  rolnikami, ogląda sprzęt, ale przede wszystkim łakomymi oczami taksuje młode dziewczęta. Nic dziwnego – pochował dwie żony, które nie mogły znieść poniewierki i ciągłych razów.

Jedne dziewczyny chowają się do chat, bojąc się nawet spojrzeć  w stronę Rosława, inne, niepomne losu jego żon, patrzą nań przymilnie, myśląc o tym, że los żony grododzierżcy jest jednak lepszy niż ciągła ciężka praca i poniewierka przy rodzicach. Ale Rosław przeważnie patrzy na nie z pogardą – nie są dość dobre dla niego.

Tak rozmyślając, dochodzi do rzeki i patrzy na dopływające  łodzie i tratwy. I właśnie widzi Dabora i Bożenkę, po kolana w wodzie, wyciągających łódź na ląd. Piękna, zgrabna i silna dziewczyna podoba się Daborowi. Wzrok jego z lubością zatrzymuje się na jej nagich ramionach i nogach. Tak! Taka niewolnica mu odpowiada. Toteż stary grododzierżca postanowił. Ale trzeba się naradzić.

Bożenka z Daborem niosą z wysiłkiem napełnioną i zawieszoną  na drągach sieć do domu. Na progu chaty wita ich stara Rada.  Teraz zaczyna się mozolne sortowanie ryb. Zaraz też nadchodzi komornik i on zabiera kilka najpiękniejszych sztuk do swojej sakwy.  Prawie całą resztę oddaje się, a tylko małe, najgorsze sztuki to  pożywienie dla rodziny rybackiej.

Bożenka, mimo zmęczenia całodzienną pracą, nie traci czasu.  Szybko spożywa posiłek, myje się i wkłada nowe giezło. Rozczesuje  jasne włosy i wplata w nie kwiaty. Dziś odbędą się sobótki, i tam  czeka na nią jej miły – Warsz.

Na błoniach za podgrodziem jest wszystko gotowe do zabawy.  Ułożono już stosy. Kilku starszych i młodszych mężczyzn to kapela,  grająca na prymitywnych instrumentach, gęślach, piszczałkach, bębenkach. W gronie młodzieży rej wiedzie Warsz, rybak, łowca, wojownik i tancerz zawołany. Zbierają się chłopcy i dziewczęta, na razie  trzymając się oddzielnie. Na zwalonych pniach drzew zasiadają godnie starsi mężczyźni i kobiety, statecznie pogwarzając. Zapalono  już kilka ognisk. Warsz pierwszy wziął rozbieg i lekko przeskoczył  przez płonące ognisko. Skaczą inni chłopcy. Już rozpoczynają się  tańce. Starzy zachęcają młodzież okrzykami, klaszcząc w dłonie.

Bożenka biegnie po łące, z dala widzi ognie i słyszy muzykę  i śpiewy. Biegnie lekko i wbiega w jasny krąg. Spotkanie Warsza  i Bożenki i od razu – w tan.

Radość panuje wśród młodych. Późną nocą rozchodzą się stateczni starcy, a w ślad za nimi i młodzi. Jeszcze słychać gadki,  jeszcze w cieniu chłopak ściska dziewczynę i w końcu wszystko cichnie – ogniska dogasają.

W grodzie chata wróża Dziwomira, otoczona jest przez ludzi.  Wewnątrz dym się kłębi, widać przez otwarte drzwi od czasu do czasu  błysk ognia i słychać odgłosy wielkiego bębna. Ludzie z zabobonną  trwogą wsłuchują się w odgłosy zwiastujące Dadźboga. Wróżby się skończyły. Do Dziwomira podchodzą kolejno rybacy,  każdy o coś czołobitnie prosi, przedkłada swoje sprawy i każdy składa wróżowi dar. Rybacy się rozchodzą, a wróż przechodzi do swej  chaty, gdzie w komorze ogląda z sytym zadowoleniem zapasy żywności,  futra i inny dostatek.

Wychodzi z chaty, siada na przyzbie, a pachołek jego, Kyś,  przynosi mu dzban syty i dwa kubki. Dwa, bo oto, po chwili zjawia  się Rosław. Dwaj druhowie, którym życie dostatnio płynie i z których każdy na swoją rękę bogaci się, obdzierając najbiedniejszych – szczerze i serdecznie rozmawiają ze sobą. Oni nie mają przed sobą  tajemnic.

Rosław zwierza się ze swych zamiarów w stosunku do Bożenki.  Wróż pochwala wybór druha. Cóż, dziewka jest i piękna, i silna,  i robotna – żona z niej będzie doskonała, a przy tym zawsze pletnią  można jej wybić głupstwa z głowy. Ale Rosław obawia się jednego.  Wie, że Warsz i Bożenka kochają się. Warsz to młody i silny woj.  Takiemu trudno jest przeciwstawić się. Może on ważyć się na wszystko. Wróż radzi czekać, bo może znajdzie się jakieś inne wyjście  z sytuacji.

Ranek. Przesiek w lesie. Przesiekiem pędzi młody woj na  koniu. Nie żałuje konia – sprawa widać jest pilne. Z dala widać  już gród. Jeździec przyspiesza, wpada przez most zwodzony w bramę  i woła Rosława. Straż grodowa doprowadza gońca do grododzierżcy.  Rozkaz księcia, który goniec przywiózł, jest krótki i zaraz po  otrzymaniu zlecenia, Rosław wysyła swego pachołka do Warsza, Dagniewa i Tura.

Wszyscy trzej stawiają się spiesznie. Rosław oznajmia Warszowi: “rozkaz księcia: weźmiesz dziesiątki Dagniewa i Tura i swoją  dziesiątkę. Ruszysz dziś spiesznym marszem pod Płock. Goniec was  poprowadzi. Zabierzcie łuki a szypy, sulice a tarcze, wyładujcie  sakwy żywnością na trzy dni. Idziesz z księciem na Prusów”.

Żałość i rozpacz zapanowały w grodzic. Rodzice żegnają synów, dziewki z płaczem rozstają się ze swymi braćmí, narzeczonymi. Jednak nikt się nie buntuje – rozkaz księcia.

Warsz trzyma w objęciach Bożenkę, uspokaja ją. Bożenka przyrzeka mu: “nie dam się”. Ale jednak wie, że wola Rosława jest nie  do pokonania… Odmarsz oddziału 30 ludzi pod dowództwem Warsza.  Chłopcy nadrabiają minami, ale i im jest niewesoło. Zadowolony  jest tylko Rosław. Przeszkoda – mówi Dziwomirowi – jest pokonana…

Dabor woła Bożenkę i oznajmia jej, że Wróż ma przyjść jako  swat – prosić o Bożenkę na żonę dla Dziwomira. Dabor aż dmie się z  dumy i zadowolenia. Jaki zaszczyt go spotyka. Skończy się ciężka  praca. Wszyscy w grodzie będą go poważać. Dla Bożenki to wielkie  szczęście. Toteż – mówi – jak swat przyjdzie – masz być wesoła,  bo będziesz żyć w dostatku.

Bożenka pada przed ojcem na kolana. Prosi, błaga go o ratunek. Przerywanym głosem, płacząc wyznaje, że ona i Warsz kochają  się. Warsz chce pojąć ją za żonę. Oni młodzi, a tu jej ojciec  chce ją dać staremu. Chce dla niej źle.

Dabor aż zaniemówił ze złości. Jak to, dziewka chce swój  rozum mieć? Nie rozumie swego szczęścia, chce, głupia, całe życie  ciągnąć sieć. Oburzony uporem córki chwyta gruby sznur i z całych  sił bije Bożenkę. Potem wpycha ją do komory i tam zamyka.

Bożenka płacze żałośnie, ale już w jej twarzy zjawia się wyraz uporu i buntu. Nie da się. Postanowiła!

W chacie Dabora zjawia się dostojny gość – Dziwomir. Chata  pięknie wewnątrz wyprzątnięta. Dabor wita gościa czołobitnie,  ale godnie. Dziwomir siadł, pyta o połów ryb. Wyjmuje spod skór  piękny dzban i wiązkę chmielu. Rada podaje ozdobny kubek. Dziwomir mówi: Inny kubek chcę od ciebie, bracie, ten, co chowasz w swej komorze. Oddaj go. Rosław mnie przysłał, bym cię w pokorze prosił,  byście waszą córkę, Bożenkę, zechcieli oddać mu za żonę. Jeśli zgoda  – wypijemy miód – a chmiel tu na ławie leży. Potem omówimy, jak należy, wiano i posagę. A jeśli zgoda – zawołajcie dziewkę – niech wypije on miód z nami.

Dabor długo się zastanawiał, odpił połowę syty i rzucił kubek  wprost w twarz wróżowi. Wróż – jak zwyczaj każe – schwycił kubek  samymi zębami i przechylił go i wypił nie dotykając rękami.

Rada podała z pokłonem placki, sól, wędzone ryby i mięsiwo.

Przyprowadzono Bożenkę. Wróż napełnił kubek, podał dziewce z  ukłonem. Dabor odebrał kubek i siłą wlał nieco w usta dziewki, oddał resztę Radzie, która wypiła miód i zaraz za obie ręce zaprowadziła Bożenkę do komory.

Dabor omawia wiano i posagę, targuje się – jak zwyczaj każe –  wreszcie targi skończone. Dabor odprowadzając wróża, gnie pokłon,  a wróż dostojnie chyli swą łysą czaszkę…

Ranek. W grodzie nikt się nie spieszy do codziennej pracy.  Cały gród czysto uprzątnięty, domostwa przystraja się zielonymi gałęziami. Na grodowym rynku palą się ogniska i wyznaczeni ludzie  pieką na rożnach sarnie udźce, całe tusze świńskie, gdzie indziej  warzą ryby. Stoją wielkie kadzie z piwem i beczułkami syty. Rybacy i rybaczki myją się i czeszą – młode dziewczęta stroją się w odświętne giezła i wplatają kwiaty we włosy. Młodych chłopców jest  niewielu, przecież 30 odeszło z Warszem na wojnę. Sporo jest jednak młodych nicponi, którym nigdy do pracy nieskoro, ale do wypitki i jadła są pierwsi.

U Dabora w odświętnie przystrojonej chacie Rada z kilkoma  starymi kobietami czeszą i odziewają Bożenkę w godowe szaty, nie  zwracając uwagi na rozpacz dziewczyny. Po skończonej robocie – matka zamyka Bożenkę w komorze i – na wszelki wypadek zamocowuje drzwi skoblem. Teraz czekają na “młodego”.

Rosław – w odświętnej szacie – czysto wygolony i – zda się –  odmłodzony, wesoło rozmawia z równie uroczyście przyodzianym wróżem  i kilkoma starszymi rybakami. Sprawdza on starannie wszystkie przygotowania. I jego domostwo jest uprzątnięte i ozdobione. Stoły i  ławy gotowe. Rosław niecierpliwi się, chciałby prędzej zobaczyć  Bożenkę, ale zwyczaj, któremu nawet on nie śmie się sprzeciwić, nie  pozwala na to.

Zbiera się kapela. Kilka starców i starszych kobiet, tworzących jakby świtę – orszak weselny, gromadzi się przy Rosławie.

Wreszcie na dany przez Rosława znak orszak otoczony tłumem,  przy dźwiękach kapeli i  śpiewach weselnych – rusza od domostwa Rosława i kieruje się na podgrodzie, do chaty Dabora.

U progu obejścia dostojnych gości wita Dabor i Rada, częstując  Rosława gościnnym miodem, a potem wchodzą do chaty i otwierają drzwi komory.

I Rosław, i rodzice Bożenki cofają się ze zdumieniem i zgrozą. Komora jest pusta. Dziewki nie ma. Uciekła, za nic mając posłuszeństwo wobec rodziców i świetną przyszłość małżonki Rosława.  Tylko dół wykopany z miękkiej ziemi wskazuje drogę jej ucieczki.

Rosław, czerwony ze złości odwraca się do tłumu i lżąc  go, rozkazuje przerwać nastrój świąteczny i natychmiast bieżyć do  pracy. Słowa swe popiera uderzeniami drąga. Ludzie gromadnie uciekają przed wściekłością Rosława. Ten i ów z młodych nicponi spiesząc się skryć, chwyta po drodze sarni udziec, czy inne jadło i –  po chwili – gród pustoszeje. Zostaje tylko Rosław i gromada pachołków, oczekująca teraz na dalsze rozkazy, które – domyślają się oni  słusznie – muszą zaraz otrzymać. Niepodobieństwem jest przecież,  żeby Rosław zrezygnował z przeprowadzenia swojej woli.

Tak też się staje. Rosław rozkazuje pachołkom chwytać sznury   i kije, biec za uciekinierką i doprowadzić ją do niego. Obiecuje  swą wdzięczność tym, którzy schwytają Bożenkę.  Gromada ciurów uzbraja się i biegną szeroką nagonką w stronę  puszczy, bo tylko w puszczy mogła się ukryć Bożenka.

Jeden z pachołków – po drodze – wbiega do obejścia Dabora i odwiązuje tam psa Bożenki, Ryka, przypuszczając, że zwolniony z linki pies pobiegnie za śladem Bożenki i doprowadzi do niej pogoń. Tak  się i staje – pies biegnie w stronę puszczy.

Bożenka uciekła istotnie przez wykop, którego dokonała gołymi rękami i, po wydostaniu się z obejścia pustymi wówczas opłotkami pognała w stroju godowym w stronę puszczy. W puszczy  odwaga ją opuściła. Coraz gęściej, z każdym krokiem otacza ją  coraz gęściejsza i dziksza puszcza. Ale nie zatrzymując się biegnie  dalej, chcąc przepłynąć rzekę i znaleźć się w bezpiecznej odległości  od pogoni, która – dobrze się dziewczyna domyśla – musi nastąpić.

Dziewczyna dobiega do rzeki, chwilę zastanawia się, zrzuca godową szatę i w krótkim gieźle rzuca się do wody, chcąc przepłynąć  rzekę. Na środku rzeki natrafia na mieliznę i w momencie jej przebywania, zostaje zauważona przez pogoń, słyszy okrzyki i nawoływania,  dociera do głębszej wody i tu dopada ją Ryk. Młody pies, szczęśliwy,  że dogonił swoją panią,  łasi się do niej w wodzie, skacze i przeszkadza płynąć. W tym momencie pogoń ją naściga. Pachołkowie  chwytają Bożenkę, która rozpaczliwie się broni. Pies na widok napaści wpada w szał i rzuca się na pierwszego napastnika. Pachołek sięga po broń, a inny grubą pałką z całej siły uderza psa po łbie.  Pies spływa wodą – martwy, a Bożenka zostaje schwytana. Oprawcy wiążą jej ręce z tyłu, nie szczędząc jej obelg i razów. Płaczącą na  głos dziewkę prowadzą do grodu, ponaglając ją szturchańcami i uderzeniami do szybszego chodu. Wpędzają ją do obejścia Rosława, który  rozkazuje wprowadzić ją do komory i przywiązać do belki. Bożenka  stoi zatem ze wzniesionymi ku górze rękami, związana. Pachołki  nisko kłaniając się Rosławowi odchodzą. Rosław zostawia na straży  Rysia i Kysia, polecając im dawać baczenie, aby nikt się nie odważył wejść do komory, a sam udaje się do domostwa Dziwomira i tam  dwaj starcy – znów nad kubkami miodu – długo się naradzają.

Oddział Warsza, idąc ku północy, przedziera się przez puszczę. Ostrożnie badając teren, zwiadowcy odkrywają obozowiska Prusów. Warsz śle gońca do głównych sił księcia, a sam wysyła kilku chłopców polecając im z dala spenetrować teren i ustalić miejsca  zasieków pruskich. Po kilku godzinach woje powracają. Jeden z nich jednak został. Oddziałek miał potyczkę z Prusami i Bień został raniony, a że nie mógł iść, więc go zostawili.

Warsz jest oburzony. Zostawić rannego towarzysza! Bierze  dwóch dzielnych chłopców i sam dąży na pomoc Bieniowi. Idą ostrożnie, w dość dużej odległości jeden od drugiego. Warsz wpada w zasadzkę i – schwytany przez kilku Prusów – zostaje zawleczony do  pruskiego obozu.

Ryś i Kyś wartujący przy domu Rosława spostrzegają grododzierżcę zbliżającego się z długą pletnią w ręku. Wchodzi on do chaty.  Chłopcy podglądają przez szpary.

Rosław wchodzi do komory – w pierwszej chwili chce bić Bożenkę, przygląda się jej chwilę, lecz dziewczyna, stojąca przed nim  w strzępach giezła, wygląda tak ponętnie, że Rosław zapomina o celu  swego przyjście i chwyta przywiązaną dziewczynę w objęcia. Ale  dzíewka broni się przed napawającym ją wstrętem starcem i, mając  przywiązane ręce, nogą odpycha go z całej siły. Rosław zatacza  się, pada i rozcina sobie czoło o jakiś ostry przedmiot. Teraz  zrywa się, ociera krew z twarzy i, nieprzytomny z wściekłości, zaczyna smagać Bożenkę. Ta – mimo razów – nie krzyczy, tylko z cicha  jęczy. Nagle Rosław zatrzymuje się i słucha uważnie – z dala słychać wrzawę, zbliżającą się coraz bardziej. Do komory wbiega Dziwomir, nie zwracając uwagi na Bożenkę – wyprowadza grododzierżcę z  domu.

Okrzyki: gore, biada, pali się…

Pali się puszcza i ogień zbliża się i zagraża grodowi. W grodzie i na podgrodziu panika.  Grododzierżca z wróżem szybko udają się na zwiady. Mimo swego wieku Rosław zwinnie wdrapuje się na drzewo, chcąc z góry ocenić  zagrażające niebezpieczeństwo. Starcy stwierdzają, że pali się mały odcinek drzew, otoczony moczarami. Ogień musi wygasnąć sam,  nie zagrozi grodowi.

Wracają spiesznie i Rosław oświadcza, iż wróż swą nadziemską  siłą pokonał ogień. Każe wracać ludziom do pracy, a starcy na  wiecu uchwalą dar dla Dadźboga za oszczędzanie grodu.

Bożenka stoi związana, zbita i cicho płacząc woła  Warsza.

Legenda o Warszawie 1 – dwa wstępy

Legendę o Warszawie napisał przed ponad półwieczem mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, o którym już tu na blogu wielokrotnie pisałyśmy, ja i my, jego córka Janina Kowalska i dwie jej córki, moje kuzynki Maria i Małgorzata.

Maria i ja przygotowałyśmy teraz maszynopis do debiutu. Poprzedzamy go dwoma tekstami wyjaśniającymi.

Janina Kowalska

Przeglądając karton ze zdjęciami, notatkami i starymi oryginałami twórczości mojego Ojca na samym dnie znalazłam wyblakłą teczkę z napisem – “WIKTOR OSTROWSKI, Legenda o Warszawie, scenariusz serialu” – i przypomniałam sobie że w drugiej połowie roku 1955 Wiktor rozpoczął pisanie czegoś co przed nami wszystkimi trzymał w tajemnicy. Wypatrzyliśmy jednak, co pisze i od tej pory dawał nam kawałkami do czytania. Nie był pewny, co to będzie, czy to ma być książka czy scenariusz. W końcu zdecydował się na sześcioodcinkowy scenariusz. Przerabiał go wiele razy, aż na początku lat 60, uznał, że skończył pisanie, dał nam do przeczytania, ale mnie wtedy trudno było ocenić, ile to jest warte.

Prowadził już wtedy redakcję Kinotechnika, która była finansowana przez Film Polski, i tam zaniósł swój scenariusz. Maszynopis przepadł jak kamień w wodę, bo wiadomo, że jest taki przepis, że redakcja nie zwraca nie zamówionych maszynopisów. Ojciec miał taką cechę, że jeżeli uznał sprawę za beznadziejną, to odchodził od niej psychicznie i przestawał się nią interesować. Tak też było w tym przypadku, może przeżywał to jako fiasko, ale nie pokazywał po sobie. Co dalej działo się z Legendą, nie pamiętam, wiem że nigdzie nie była publikowana i tu na blogu ujrzy pierwszy raz światło dzienne.

Egzemplarz, który tu publikuję, nosi poprawki z datą 1971.

Wiktor Ostrowski

UWAGI do “Legendy o Warszawie”

Okres stworzenia Warszawy jest trudny do określenia. Założenie, iż  Warszawa została stworzona przed siedmioma wiekami, podważone zostało wykopaliskami na terenie stolicy, pochodzącymi z wcześniejszych okresów. Nie wdając się w spory na ten temat, stwierdzić możemy, iż 1000  lat temu powstała osada nad Wisłą, z której zrodziła się Warszawa.

Na temat stworzenia Warszawy istnieją dwa podania. Pierwsze –  to tzw. legenda o Warszawie, opisana w noweli Ewy Szelburg Zarębiny,  podanie o Warsie i Sawie. Mimo całej poetyczności tego opowiadania,  nie wytrzymuje ono próby prawdopodobieństwa. Legenda, czy podanie, czy  bajka może być albo całkowicie fantastyczną /jak np. bajka o Kraku/,  albo mieć cechy prawdy historycznej. Rozpatrując pod tym kątem widzenia  opowieść o Warsie i Sawie należy bezstronnie stwierdzić – książę mazowiecki, polując w nieprzebytej puszczy, zabłądził i natknął  się na chatkę rybaka na brzegu Wisły. Tam rybaczka karmiła dwoje niemowląt-bliźniąt – Warsa i Sawę. Książę wzruszył się i postanowił w tym  miejscu wznieść gród, nazywając go od imion dzieci: Warszawą. A więc: książę polował i jego punkt startu znajdował się według wszelkiego prawdopodobieństwa w okolicach PŁOCKA. Stamtąd do Warszawy trzeba  było przebijać się przez puszczę na dystansie około 150 km. W takich  warunkach to wyprawa wielodniowa, a dla pojedynczego jeźdźca – nie  do pokonania. Jeżeliby to nawet było możliwe, to książę musiał przebyć  po drodze Bugo-Narew i wylądowałby w rezultacie nie w Warszawie lewobrzeżnej, a na Pradze.

Ale nawet. Zobaczył dwoje bliźniąt i wzruszył się. Tak uczuciowi książęta nie byli. Gród założyłby w okolicach Modlina, na zbiegu dróg wodnych a nie w Warszawie. Nie nazwałby go imieniem dziewczyny, w żadnym  przypadku! Nadto język ówczesny nie znał łączenia dwóch wyrazów w jedną nazwę. A potem imię “Wars”. Zupełnie nie znana na zachodniej słowiańszczyźnie końcówka. Raczej “Warsz” – jak Grodzisz, Karniesz, Nieudasz etc. “Sawa” nie istnieje takie imię na naszych ziemiach. Na Rusi  “Sawa” – to imię męskie /manufaktura Sawa Morozow/. A połączenie tych  imion ma być “Warszawa”. Nb imieniem dziewczyny nikt nie nazwie grodu.  Zbyt małą wartość miała w owych czasach dziewka.

W mojej wersji oparłem się na innym opowiadaniu, jest ono nieco  starsze od poprzedniej “legendy” datującej się z końca XVII wieku. Po prostu – nad brzegiem rzeki żył i trudził się łowca-rybak –  WARSZ. Był to na pewno zbieg. Uciekł od ucisku, odpowiedzialności…  Był nie sam, z towarzyszamí. Takie osiedla zbiegów były i są opisywane. W latach na przełomie XII i XIII wieku w zachodniej Polsce panowało już chrześcijaństwo, jednak w głuchej puszczy kwitło jeszcze  pogaństwo, tolerowane a czasem nawet popierane przez władców Mazowsza.

Pierwszym osadnikiem był WARSZ. Warszowa polana, Warszowa chata,  Warszowa osada. To przymiotnik dzierżawny, który przerodził się  w nazwę osiedla “Warszowa”. Nie Warszawa, bo w łacińskich najstarszych  tekstach “Varsovia”, francuskie “Varsovíe”. Język nasz był wówczas podobny do czeskiego i wymawiano nazwę raczej w akcentem na pierwszej  zgłosce Wárszowa. “O” bez akcentu wymawia się jak “A” i stąd ostateczna  nazwa “Warszawa”. Zatem miasto stworzone pracą zbuntowanej młodzieży – po prostu, bez nakazów książęcych, zwykłą pracą.

Wiktor Ostrowski, zdjęcie zrobione w Warszawie na ulicy Marszałkowskiej, która wciąż nosi ślady wojny

PS:

Sześć odcinków Legendy o Warszawie będziemy tu publikowały przez sześć następnych niedziel. Nam się ta opowieść bardzo podoba i mamy nadzieję, że spotka się z przychylnym przyjęciem Czytelników. A może znajdzie się wydawca lub filmowiec, który chciałby skorzystać z tego scenariusza?

Janina, Ewa, Małgorzata i Maria

Juhuuu! Ich! Ich und mein Blog! Ich!

Ewa Maria Slaska

Die Sache ist vielleicht nicht ernst, aber die Zusammenarbeit, die hier gelobt ist, entstand durch diesen Blog und ich bin stolz drauf!

Der Anfang aller Freuden war ein kleiner schöner SF Text von Anna Rosner aus Warschau über die Sprottauer Kleinbahn, den ich vor fast genau einem Jahr veröffentlichte, und der hier zu lesen ist… Bez biletu wysiadasz (Ohne Fahrkarte aussteigen)
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/06/17/nowa-polska-proza/

szprotka3

Ich fand den Text so lustig, und schön, und lesewert, dass ich den obigen link hierher schickte mit der kleinen Frage, ob es für die Adressaten vielleicht interessant wäre… usw. Das “hierher” bedeutete in diesem Fall die Internetseite über die Kleinbahn in Schlesien und Lebuserland:

Die prompte und sehr freundliche Antwort kam von dem Koordinator der Seite Mieczysław Bonisławski samt den Text Wiadukt – ebenso ein SF Text über die Sprottauer Kleinbahn. Und ebenso lustig, schön, lesewert…

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/07/04/zima-mgla-pociagi/

Als Redakteurin fand ich es merkwürdig, dass diese kleine, nicht mehr existierende Bahnlinie zugleich zwei schöne Texte inspiriert hat, beide  aus der Gattung Science Fiction (aber nicht diese SF mit den Drachen und Magie, sondern – beide – in dieser angenehmer Form, wo alles fast real ist und nur die kleine Zeit- und Raumverschiebungen stattfinden).  Noch mehr: In den beiden ist auch die Wetterlage gleich – es ist kalt, dunkel und neblig…

szprotka2

Beide Autoren – Anna Rosner und Mieczysław Bonisławski – publizierten noch hier weitere Texte (und ich hoffe, dass sie mir jetzt auch weitere zusenden:-).

Mieczysław Bonisławski stellte mir aber zugleich mehrere Fragen betreffend die Geschichte “seiner Kleinbahn” und Archivalien, die man eventuell gerade in Berlin aufbewahrt. Die Fragen konnte ich selber nicht beantworten, wusste aber sofort, dass ich dazu  Dr. Andreas Jüttemann brauche, den ich aus unserer gemeinsamen Zeit im Verein Städtepartner Stettin kannte, dessen Vorsitzende ich (jetzt) bin (damals war ich aber noch keine ebenso wie er noch kein Doktor war) und der sich schon immer für Verkehrswesen interessierte… Wir haben uns aus den Augen verloren, aber doch jeder ist heutzutage zu finden, was eigentlich erschreckend ist, nun andersum – jeder ist früher oder später zu finden. Auch Andreas. Ich schrieb ihn an.

Er meldete sich umgehend, wir traffen uns zum Kaffee, schmieden mehrere Pläne miteinander…

Ja, wie man sieht, bei uns hat er dann im Oktober einen Vortrag gehalten, der unglaublich spannend war (glaubt mir – man hätte nie gedacht, dass das Verkehrswesen so spannend sein kann) und mit Mieczysław Bonisławski machten sie gemeinsam eben Folgendes:

Der Architekten- und Ingenieurs-Verein zu Berlin lobt bis heute alljährlich einen Wettbewerb unter Architekturstudenten aus, um besondere architektonische und stadtplanerische Herausforderungen zu bearbeiten. Im Jahre 1925 war das Ziel des sog. “Schinkelwettbewerbs”, Bauideen für die Sprottauer Kleinbahn, eine unter chronischem Fahrgastmangel leidende Nebenbahn zwischen der schlesischen Kreisstadt Grünberg (Zielona Góra) und dem Ort Sprottau (Szprotawa) an der Bahnstrecke Berlin-Breslau, einzureichen.

Der junge Student der heutigen TU Berlin, Gerhard Weiler, gebürtig aus Rauscha () stammend, nahm daran teil und gewann. Später sollte er als Architekt bei der Reichsbahn anfangen.

Weilers filigran ausgearbeitete Pläne verschwanden in den Schubladen, da der Personenverkehr auf der Kleinbahn immer weiter zurückging und nach dem Zweiten Weltkrieg dann sukzessive eingestellt wurde. Vor einigen Jahren entdeckten polnische Eisenbahnenthusiasten die Geschichte der Strecke (die heute übrigens als Radweg dient) wieder und gründeten ein kleinen Eisenbahnmuseum in Grünberg.

Faksimiles der Pläne aus dem Architekturmuseum der TU Berlin werden zunächst vom 11.7-4.8.  in den Räumen des Architekten- und Ingenieursverein zu Berlin (AIV), der 1925 den Schinkelwettbewerb auslobte, gezeigt und gehen danach in den Bestand des Eisenbahnmuseums Grünberg über. Die Ausstellung, die in Kooperation mit dem Fachbereich Arbeitslehre, Technik und Partizipation an der TU Berlin erstellt wurde, ist mit Mitteln der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit gefördert worden.

Mit einer kleinen Präsentation am Montag 11.7 um 18 Uhr (mit Wein und Snacks) wird die Schau eröffnet und ist danach jeden Dienstag und Donnerstag zwischen 10-15 Uhr (und nach Vereinbarung) in den Räumen des AIV, Bleibtreustraße 33 (am Ku’damm), zu sehen. Der Eintritt ist frei.

Dr. Andreas Jüttemann

szprotka1

So also hat mein Blog es bewirkt, dass diese Ausstellung zustande gekommen ist… 🙂
Und fast ein Jahr später findet man Bericht darüber hier: 2017_10_16_Annales 2016 Arial Narrow 9.5 v7