Barataria 109 Pablo Picasso

Kilku wielkich artystów poświęciło Don Kichotowi, samemu i w towarzystwie Sancho Pansy, ogromne cykle prac. W Baratarii pojawili się już Malczewski,
w autoportretach ukazujący się często jako personalizacja Don Kichota i Daumier, pojawi się jeszcze (co najmniej) – Salvador Dali, ale dziś zajmiemy się sytuacją odwrotną. Pablo Picasso narysował tylko jeden wizerunek Don Kichota na Rosynancie i Sancho Pansy na osiołku, a stał się on tak popularny, że w terminach wieku XXI można by powiedzieć, że rysunek ów jest memem XX wieku.

Wikipedia ma oddzielne hasło na ten temat, które zaczyna się od tej pracy z 1955 roku (znamy nawet dokładną datę – był to 10 sierpnia 1955). Ciekawe, że Picasso przecież  wtedy w ogóle inaczej malował –  przypomnijmy, że miał już za sobą okres niebieski i różowy, i już dawno stworzył kubizm. Praca została wykonana dla (a może i na zamówienie) pisma Les Lettres Françaises, aby uczcić 350 rocznicę wydania Don Kichota. Ciekawe, że oprócz wpisu po angielsku jest jeszcze wpis po hiszpańsku i po persku, ten jednak składa się zaledwie z dwóch zdań. Wpis hiszpański jest tłumaczeniem angielskiego (lub vice versa).

W obu podkreśla się fakt, że rysunek jest czarno-biały i że postaci są narysowane powściągliwą, a jednak dramatyczną kreską, co podkreśla satyryczny charakter wizerunku. Na mnie największe wrażenie robi długa chuda szyja rycerza, narysowana jedną, cienką, nierówną kreską. Ten człowiek ledwo się trzyma, jest stary, rozchwierutany i byle co zmiecie go z konia i wygoni z życia.

Podobno istniał już, namalowany w roku 1947, obraz olejny Picassa, który stał się wzorem dla późniejszego rysunku, ale wikipedia określa to jako “there is a claim”. Pojawiło się też przypuszczenie, że istnieje praoryginał tego rysunku, który znajduje się w Gruzji, gdzie miał dotrzeć jako prezent od kogoś z zagranicy. Gruziński rysunek ma być utrzymany w kolorach zielonym i niebieskim, a w lokalnej gazecie Tbilisi został zreprodukowany w wersji szarej. Wydaje się jednak, że owa szarość mogła wynikać nie z odmienności oryginału, jeno z jakości techniki reprodukcyjnej w czasach Komuny. Tak czy owak, nikt nigdzie nie pokazał, ani oryginału namalowanego farbami olejnymi, ani rysunku zielono-niebnieskiego, a to, co znamy jest czarno-białe i przechowuje się to starannie w sejfie w kościele Saint Denis we Francji.

Internet natomiast roi się od przykładów wykorzystania memu w celach komercyjnych lub nie:

Plakat pacyfistów

Na polach van Gogha


Zdjęcie i przeróbka na tapetę

Graffiti

Na zakończenie pojawia się, bo pojawić się musi, pytanie, jak to właściwie jest
z komercyjnością tego, co tu przedstawiłam i w ogóle komercyjnością świata? Bo na przykład ostatni obrazek z przypadkowo wyszukanej w internecie serii to graffiti.
Zdjęcie znalazłam w zapasach (stock photo) firmy alamy, która zabezpiecza prawa swoje
i autora zdjęcia – Dzianisa Hadziatskiego -, ale oczywiście pomija prawa Picassa oraz prawa człowieka, który wykonał graffiti. Nie informuje też, kiedy to graffiti zostało wykonane i gdzie, wiemy tylko, że zdjęcie zostało wykonane w Mińsku w lipcu 2010 roku, stamtąd zapewne pochodzi ów mem. Autor pisze również, że jest to naśladownictwo Picassa. Można by powiedzieć, że graffiti podobnie jak tatuaże są przykładami inywidualnego, niekomercyjnego wykorzystania memu. Ale nie możemy być chyba tak do końca pewni. Bo jednak zapewne tatuowany zapłacił tatuującemu, ten zaś być może miał
w swych ofertach nie tylko smoki, wojowników i seksbomby, ale również wzory ze sztuki.
I jak to wtedy wygląda, czy w takim wypadku ktoś komuś za coś płaci (pomijam wykonanie samej usługi)? Podobnie jest z Picassem na tle pól van Gogha? Na marginesie powiem, że oba memy pasują do siebie idealnie…


Te krótkie rozważania pozwalają mi przypomnieć, że w sprawie praw autorskich (a jest to teraz w centrum zainteresowań całego świata z uwagi na tzw. europejski paragraf 13) są od zawsze dwa kierunki – wszystko objąć restrykcją lub wszystko puścić na żywioł, próbując jedynie znaleźć ewentualnie inne środki dostarczania artyście pieniędzy za wykonane
i wykorzystane przez użytkownika dzieło. Bo jeśli nie płacimy za streaming filmów, to jednak jeśli nam się film spodoba, to kupimy go na DVD choćby w prezencie, a firmy streamingowe pokazują reklamy. To samo z muzyką – jeśli jest świetna, to 20 milionów ludzi posłucha jej tylko na youtubie, ale pewnie co najmniej milion kupi ją na płycie, żeby odsłuchać w lepszych warunkach, zabrać do samolotu lub, znowu, komuś podarować. Albo po prostu mieć. Nie zapominajmu o Mieciu zwanym też Manią, są oni silnymi motywami wydania pieniędzy na to, co chcemy mieć. Większość ludzi unika kupowania gazet
i książek, bo wszystko jest w sieci, ale znam takich, którzy kupują dwie książki – jedną w twardej okładce, żeby stała na półce i dobrze wyglądała, drugą jako paperback do czytania w łóżku, w wannie, przy jedzeniu lub w metrze. Gdy kopiujemy książki, to nie płacimy tantiem autorowi, ale jednak firma zwana w Niemczech VGWort wypłaca autorom, którzy się zarejestrowali, tzw. Bibliothekengroschen, czyli rekompensatę za to, że ktoś czytał ich książki w bibliotece i być może fragmenty skopiował. I nie jest to darowizna, tylko opłata pobierana od… producentów kopiarek. Czyli być może producenci komputerów, telewizorów, kina domowego i urządzeń odtwarzających powinni oddawać jakieś grosze do centralnego banku tantiem i… Och, no tak, rozpędziłam się.

Na zakończenie wycięta skądś wieki temu, oprawiona i powieszona reprodukcja rysunku Picassa na ścianie u bliskiej przyjaciółki moich rodziców. Kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, nasze rodziny mieszkały razem i to stąd i ja pamiętam Picassa i jego Don Kichota.

Barataria 108 Pan Kiehot

Po polsku poniżej

Günter Grass

Pan Kiehote

Ich sag es immer, Polen sind begabt.
Sind zu begabt, wozu begabt,
begabt mit Händen, Küssen mit dem Mund,
begabt auch darin: Schwermut, Kavallerie;
kam Don Quichotte, ein hochbegabter Pole,
der stand bei Kutno auf dem Hügel,
hielt hinter sich das Abendrot

und senkte die weißrotbegabte Lanze
und ritt den unbegabten Tieren,
die auf Motore angewiesen,
direkt ins Feldgrau, in die Flanke …
Da brach begabt, da küßten unbegabt
– ich weiß nicht, war’n es Schafe Mühlen
Panzer

die küßten Pan Kiehot die Hände,
der schämte sich, errötete begabt;
mir fällt kein Wort ein – Polen sind begabt.

1960

Blechtrommel

Oh, du irrsinnige Kavallerie! – Auf Pferden nach Blaubeeren süchtig. Mit Lanzen, weißrot bewimpelt. Schwadronen Schwermut und Tradition. Attacken aus Bilderbüchern. Über Felder bei Lodz und Kutno. Modlin, die Festung entsetzend. Oh, so begabt galoppierend. Immer auf Abendrot wartend. Erst dann greift die Kavallerie an, wenn Vorder- und Hintergrund prächtig, denn malerisch ist die Schlacht, der Tod ein Modell für die Maler, auf Standbein und Spielbein stehend, dann stürzend, Blaubeeren naschend, die Hagebutten, sie kollern und platzen, ergeben den Juckreiz, ohne den springt die Kavallerie nicht. Ulanen, es juckt sie schon wieder, sie wenden, wo Strohmieten stehen – auch das gibt ein Bild –, ihre Pferde und sammeln sich hinter einem, in Spanien er Don Quijote heißt, doch der, Pan Kiehot ist sein Name, ein reingebürtiger Pole von traurig edler Gestalt, der allen seinen Ulanen den Handkuss beibrachte zu Pferde, so dass sie nun immer wieder dem Tod – als wär’ der ’ne Dame – die Hände anständig küssen, doch vorher sammeln sie sich, die Abendröte im Rücken – denn Stimmung heißt ihre Reserve –, die deutschen Panzer von vorne, die Hengste aus den Gestüten der Krupp von Bohlen und Halbach, was Edleres ward nie geritten. Doch jener, halb spanisch, halb polnisch, ins Sterben verstiegene Ritter – begabt Pan Kiehot, zu begabt! –, der senkt die Lanze bewimpelt, weißrot lädt zum Handkuss Euch ein, und ruft, daß die Abendröte, weißrot klappern Störche auf Dächern, daß Kirschen die Kerne ausspucken, ruft er der Kavallerie zu: ›Ihr edlen Polen zu Pferde, das sind keine stählernen Panzer, sind Windmühlen nur oder Schafe, ich lade zum Handkuß Euch ein!‹ Und also ritten Schwadronen dem Stahl in die feldgraue Flanke und gaben der Abendröte noch etwas mehr rötlichen Schein. – Man mag Oskar diesen Schlussreim verzeihen und gleichfalls das Poemhafte dieser Feldschlachtbeschreibung. Es wäre vielleicht richtiger, führte ich die Verlustzahlen der polnischen Kavallerie auf und gäbe hier eine Statistik, die eindringlich trocken des sogenannten Polenfeldzuges gedächte. Auf Verlangen aber könnte ich hier ein Sternchen machen, eine Fußnote ankündigen und das Poem dennoch stehen lassen.

1959

Fragment Blaszanego bębenka o kampanii wrześniowej po polsku: szalona kawaleria


Wiersz został sześć razy przetłumaczony na polski; tłumaczyli go Jan Koprowski, Krzysztof Karasek, Bolesław Fac, Zdzisław Jaskuła, Wojciech Woźniak
i Ryszard Sobieszczański;  Blaszany bębenek został przetłumaczony tylko raz – przez Sławomira Błauta. Jan Trepczyk przetłumaczył oba teksty na kaszubski.
Günter Grass i polski Pan Kichot to praca zbiorowa pod red. Marii Janion.

Wiersz Pan Kiehote w kilku przekładach ukazał się pod redakcją Bolesława Faca w tomie Günter Grass, Wiersze wybrane, wydanym przez Wydawnictwo Morskie w roku 1986. Dwa wiersze (ale inne) w tym tomie zostały przetłumaczone przez moją Mamę, Irenę Kuran-Bogucką, która dopisała też pod jednym z tłumaczeń wiersza Die Polnische Fahne – Polski sztandar, swoją własną wersję tłumaczenia.

W dedykacji Mama napisała, że daje mi tę książkę
z mieszanymi uczuciami, ale że ona osobiście jest odpowiedzialna zaledwie za 3% pomieszczonych tu wierszy.

Pan Kichot

Ciągle to mówię: Polacy są zdolni,
nazbyt zdolni, do czego zdolni,
o zdolnych rękach, ustach do całowania,
zdolni także w melancholii, w kawalerii.

Przyszedł Pan Kichot, bardzo zdolny Polak,
stanął pod Kutnem na wzgórzu,
za sobą zorzę wieczorną zatrzymał,
opuścił biało-czerwoną-utalentowaną lancę,
runął przeciw niezdolnym zwierzętom,
skazanym na motory w szarość mundurów
z flanki…

Załamał się talent, cwałowały niezdolnie
– nie wiem: owce, młyny czy tanki –
całowały ręce pana Kichota,
który się wstydził, rumienił z talentem…

Nie znajduję innego słowa: Polacy są zdolni.

Przełożył Jan Koprowski

***

Pan Kichot

Ja mówię zawsze: Polacy są tak zdolni,
za bardzo zdolni, do czego zdolni,
talent mają w rękach, całują ustami,
zdolni także w tym: konnica, melancholia;
szedł Don Quichotte, ten bardzo zdolny Polak,
pod Kutnem stanął na wzgórzu,
za sobą miał wieczorne zorze,
i zniżył biało-czerwoną zdolną lancę,
i jechał na niezdolne bestie,
skazane na motory,
prosto w feldgrau, od flanki…

Tam załamał się zdolnie, cwałowali nieudolnie
– nie wiem, były to owce, młyny czołgi –
całują panu Kichotowi dłonie,
ten wstydził się, zaczerwienił się zdolnie…

nic mi innego nie wpada do głowy: Polacy są tak zdolni.

Przełożył Bolesław Fac

***

Pan Kichot

Zawsze to mówiłem: Polacy są zręczni,
są zbyt zręczni, zręczni w czym,
zręczni w rękach, całują – jak wszyscy – ustami,
zręczni też w smutku i w kawalerii:
zjawił się Don Quichotte, pewien arcyzręczny Polak,
stanął na wzgórzu, pod Kutnem,
za sobą miał zachód słońca,
i pochylił zręczną biało-czerwoną lancę,
i ruszył galopem naprzeciw tępym zwierzętom,
i na bezmyślne motory,
wprost w szarość polnych mundurów, na skrzydło…

I spadł zręcznie z konia, niezręcznie zaczęły go całować
– nie wiadomo już kto, owce, wiatrak czy czołg –
całowały panu Kichotowi ręce,
ten się zawstydził, zręcznie spłonił…

nie mam na to słów: Polacy są zręczni.

Przełożył Krzysztof Karasek

***

Pan Kichot

Powtarzam ciągle: mają dar Polacy,
Nawet nadmierny. W czym im się nie darzy,
mają dar w rękach i dar całowania,
i nie na darmo: smutki, kawaleria;
przydarzył się Don Quichotte, wielce wydarzony Polak,
stanął pod Kutnem na wzgórzu,
w odwodzie miał wieczorną zorzę,
pochylił lancę obdarzoną bielą i czerwienią,
i runął na te niezdarzone zwierzęta,
zdane na motory,
w polu szarym od mundurów, na skrzydło…

Przedarł się i niezdarnie całowały
– nie wiem, czy owce wiatraki czołgi –
całowały ręce panu Kichotowi,
on zawstydził się, poczerwieniał…

darujcie, brak mi słów – mają dar Polacy

Przełożył Zdzisław Jaskuła

***
Pan Kichot

Jȏ to wiedno gȏdóm: Polȏsze są pochwȏtny,
Są za pochwȏtny, do czego pochwȏtny,
pochwȏtny rękama, kuszkanim gębą,
pochwȏtny też w jiscenim, kawaleriji:
przëszed Don Quichotte, baro pochwȏtny Polȏch,
ten ustanął kol Kutna,
slȏde se trzimȏł wieczorną gornię,
i zniżeł biȏło-czerzwiony bogatą lancę,
i nëkoł nym niepochwȏtnym zwiérzętȏm,
co le na motore spuszczony,
prosto w szari uniforme, we flankę…

Tej pochwȏtne zmȏłk, tej niepochwȏtno kuszkałe,
– jȏ nie wiém, bëłe to owce, młine, tanczi –
kuszkałe Panowi Kichotowi ręce,
nen sę sromȏł zażȏleł, pochwȏtno,

nie pȏdȏ niżódno słowo: Polȏsze są pochwȏtny.

Przełożył na kaszubski Jan Trepczyk


A treaz jeszcze ja, Ewa Maria Slaska

Pan Kiehot

Zawsze to mówię, Polacy są cwani.
Cwani tak, że wszystko wycwanią,
ręce mają cwane, gęby cwane całują,
cwane smutasy cwałują na kawaleryjskich koniach;
Nadciągnął Don Quichotte, cwane Polaczysko,
stanął na wzgórzu pod Kutnem,
a za nim czerwieniał zachód słońca,
zniżył cwaną biało-czerwoną lancę
i pognał ku zwierzętom, co nie były cwane,
lecz zdane tylko ciężko na swe motory,
pognał z flanki na te szare jak pole mundury…

Cwane cwałowanie, a tu całkiem niecwane całowanie
u rąk – owce, a może wiatraki to,
a może nawet czołgi,
zawstydził się Pan Kichot, ręce schował,
na licu pokraśniał – cwanie,
nie ma co gadać: Polacy są cwani

Berlin, luty 2019


Maria Janion i skupieni wokół niej badacze w cytowanej powyżej książce wcale nie za wiele zajmują się Don Kichotem, no ale coś tam się przecież udaje znaleźć.

Maria Janion, Bardzo zdolny Pan Kichot (str. 72-74)

Don Kichot to postać mityczna, którą Grass umieścił w samym centrum swojego obrazu polskości. Don Quichotte, ten bardzo zdolny, rodowity Polak o smutnej i szlachetnej postaci. Zdolny, co oznacza podziw dla wierności ideałom, nawet gdy przeczy im cała rzeczywistość, zdolny, ale jednocześnie szlachetny maniak, na poły Hiszpan, na poły Polak, zbłąkany w umieraniu rycerz. Pani profesor dodaje jeszcze, że Grass nie znosi niemieckiego idealizmu, podziwia jednak polski. Bo niemiecki idealizm jest filozoficzny, heglowski, wydumany i uczony, polski tymczasem, naznaczony romantycznym kultem indywidualności, oryginalny i malowniczy. Zdaniem Grassa piękno śmierci to najwspanialsza cecha tych zdolnych Polaków, no ale w końcu tylko śmierć jest nieśmiertelna.

Do postaci Don Kichota nawiązuje jeszcze Wacław B. Maksymowicz, jeden z uczniów i asystentów Marii Janion, w rozdziale Polskie oko Güntera Grassa (str 248). Kim jest Oskar?, pyta Maksymowicz i odpowiada: Jest okiem Grassa zostawionym w Gdańsku, jego szczególnym gdańskim sposobem postrzegania świata, przy czym z czasem słowo gdański przestanie oznaczać miasto Gdańsk, a stanie się synonimem polskości, a niemiecki pisarz postrzegając świat przez pryzmat słowa “gdański” dostrzeże, że wszystko jest polskie, nawet Don Kichot.

Frauenblick: Inselrätsel

Foto Tanja & Joasia

Monika Wrzosek-Müller

Auf der Insel

Der Regenbogen über der Insel schließt sie ganz ein, breitet sich über den weiten Horizont aus. Die Insel ist auch rund, mit einem kleinen Zipfel im Norden, wo sich auch die Hauptstadt befindet.

Drei Klimazonen durchqueren die Insel: im Norden herrschen mäßige Temperaturen, doch mit relativ vielen Regenfällen und bunter, üppiger Vegetation (prachtvoll die Bougainvilleas in allen Farben), auch vielen Palmen mit Terrassenfeldern, auf denen Bananenplantagen angelegt sind und manchmal Wein angebaut wird, westlich und östlich kommen mehr Sonnentage dazu, der Süden dagegen ist mit seinen sommerlichen Temperaturen und so gut wie keinem Regen eine Stein- und Touristenwüste, die aufgeschütteten Sandstrände und das relativ warme Meerwasser machen den Süden zur Touristenattraktion pur. Doch in einem Ort, wo sich tausende Touristen tummeln, gibt es eine unheimliche Dünenlandschaft, die sich über Kilometer erstreckt.

In der Mitte der Insel thronen mehrere Vulkane, von denen manche fast 2000 m erreichen, man kann angeblich auch Krater sehen. Sie eignen sich hervorragend zum Wandern.

Columbus landete hier mindestens drei Mal, bevor er nach Amerika aufbrach. Es gibt ein „Columbus-Haus“, ein wunderschönes Kolonialbauwerk in der Hauptstadt der Insel, wo einem die Geschichte seiner Reisen buchstäblich vor die Augen geführt wird. Auch ein Modell seines Schiffes Santa Maria kann man da bewundern – oder eher sich wundern, dass er und die Crew auf so einer Nussschale die große Reise über den Atlantik wagten.

Die Menschen, die auf der Insel wohnen, sprechen zwar spanisch, aber sie bezeichnen sich als Insulaner und schimpfen über die reichen Spanier, die Hotel- und Restaurantketten oder Golfplätze einrichten und die Infrastruktur der Insel missachten. Sonst sind sie sehr freundlich, fast herzlich, hilfsbereit und nett.

Das Klima ist über das ganze Jahr mild, Temperaturen sommerlich warm, das Meerwasser erfrischend; kein Wunder, dass sie Tausende von Touristen anzieht.

Um welche Insel handelt es sich?

Barataria 107 Honoré Daumier

Ewa Maria Slaska

Dla Danusi Starzyńskiej-Rosieckiej

Auf Deutsch hier

10 lutego Danusia zamieściła u siebie taką oto reprodukcję
i napisała takie oto zdanie:

W 140. rocznicę śmierci Honoré’a Daumiera … “Don Quichotte et Sancho Panza”, 1868 r., Neue Pinakothek, Monachium. Obraz inspirowany powieścią Miguela de Cervantesa; malarz podjął temat 28 razy (obrazy olejne i akwarele oraz wiele rysunków).

Począwszy od roku 1865 artysta podjął temat 28 razy, wykonując go różnych technikach.

Dziękuję Danusi za inspirację. Zobaczymy, ile znajdę. Uprzedzam, że jak raz wejdziemy na tę ścieżkę to czekają nas jeszcze co najmniej dwaj malarze – Pablo Picasso
i Salvador Dali, a ostatnio odkryłam następnych. Tym to sposobem, dzięki Danusi, inaugurujemy otwarcie nowej gałęzi baratarystyki – don Kichot jako leitmotiv dzieła malarskiego. A może się trafi i Barataria.

Honoré Daumier (1808 – 1879), pisze Wikipedia, francuski malarz, grafik, rysownik i rzeźbiarz. Jeden z wybitnych przedstawicieli realizmu XIX wieku. Należał do artystów, wykorzystujących z jak największą swobodą najróżniejsze techniki.
Z jednakowym mistrzostwem wypowiadał się w litografii, rzeźbie i rysunku. Dzieło Daumiera nie znalazło zrozumienia u współczesnych malarzy, bo nie pasowało do XIX-wiecznej wizji malarstwa. Obecnie krytycy zwracają uwagę na nowatorstwo dzieła, podkreślają mistrzostwo skrótu, syntetyczną formę i swobodę faktury, dopatrują się też elementów abstrakcji. Sposób nakładania farby i operowanie płaszczyznami odbierane jest jako zapowiedź fowizmu.

I gdy tak zbieram po świecie-internecie Don Kichoty namalowane, narysowane, naszkicowane, wygrawerowane i wylitografowane przez Daumiera, trafiam na niemiecki artykuł sprzed dziesięciu lat, którego autor nazywa Daumiera Don Kichotem malarstwa modernistycznego. Autor twierdzi, że Daumier zyskał niezwykłą sławę jako autor rysunków i litografii politycznych, natomiast jako malarz był właściwie nieznany, i w tym, jak malował, samotny. Olśniewa mnie to zdanie. Oczywiście, to on sam. To dlatego motyw narażonego na pośmiewisko szalonego chudzielca tak często powraca w twórczości Daumiera. To on, człowiek z nową wizją malarstwa, uwięzionego w malarskich i innych salonach XIX wieku. Byli inni, którzy też się burzyli, ale ci połączyli się w grupy, grupki, kierunki. A on nie, on był sam, osobny. Może czekał, aż oni się do niego odezwą?

Barataria 106 Monsignor Quixote

Lech Milewski

Monsignor Quixote

Monsignor Quixote, książka bardzo miłego mi autora – Grahama Greene’a.

Łatwo się domyślić, że jest to uwspółcześnione naśladownictwo dzieła hiszpańskiego mistrza, zacznę więc od szukania podobieństw.

Miguel Cervantes po burzliwej karierze wojskowej, wspomnę tylko bitwę pod Lepanto, prowadził stateczne życie. Przez jakiś czas robił zakupy dla hiszpańskiej marynarki wojennej i to doprowadziło do jego uwięzienia, gdy bank, w którym zdeponował rządowe pieniądze, zbankrutował.

Graham Greene po licznych wojażach zagranicznych (Sierra Leone, Meksyk, Haiti, Kuba, Wietnam), osiadł w Anglii, gdzie padł ofiarą oszustw swojego agenta finansowego. Kłopoty były na tyle poważne, że władze angielskie, aby uniknąć rozgłosu, zasugerowały pisarzowi, żeby opuścił Anglię na dłuższy okres czasu, aż sprawa się przedawni. Greene posłuchał rady i w 1966 roku przeniósł się na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes.

Tu jednak też nie zaznał spokoju. W 1982 roku opublikował paszkwil J’Accuse – dark side of Nice, w którym oskarżył lokalne władze o korupcję. Pożyczony od Emila Zoli tytuł paszkwilu zapewnił mu rozgłos, ale “ciemna strona Nocy” wygrała pierwszą bitwę. Graham Greene został oskarżony o zniesławienie i sprawę przegrał.
W rezultacie musiał znowu salwować się ucieczką, tym razem do Szwajcarii, do Vevey, miasta w którym ostatnie lata życia spędzili również Henryk Sienkiewicz i Charlie Chaplin.
Na marginesie wspomnę, że trzy lata po śmierci pisarza oskarżenia władz Nicei o korupcję potwierdziły się i burmistrz powędrował do więzienia.

Podczas pobytu w Antibes Graham Greene zaprzyjaźnił się z hiszpańskim księdzem, ojcem Leopoldo Durán, i wspólnie odbyli kilka długich podróży po Hiszpanii i Portugalii.
Lata 1976-80, zmarł generał Franco, zmiany polityczne w Hiszpanii, właściwe tło dla wędrówek błędnego rycerza.

Bohaterem powieści jest Father Quixote, skromny proboszcz skromnej parafii w miasteczku El Toboso.
Quixote, tak właśnie się nazywa, proszę nie dociekać pokrewieństwa z legendarną postacią.

El Toboso!

El Toboso Monumento a D. Quijote y Dulcinea.jpg
Źródło: wikipedia – Link

Oczywiście – miejsce zamieszkania Dulcynei.
Bohater książki Grahama Greene’a nie ma jednak złudzeń, najbliższą mu osobą w El Toboso jest jego gospodyni – Teresa – do której żywi on bezgraniczne zaufanie, a ona odpłaca mu matczyną opieką i wyrozumiałością.

Pozwolicie Państwo, że opowiem w skrócie o przygodach księdza.

Pewnego dnia, gdy ojciec Quixote zmierzał do domu na skromny obiad dla jednej osoby, zauważył nagle na ulicy elegancki samochód marki mercedes, w którym siedział wyraźnie zdenerwowany biskup.
Okazało się, że to wysłannik z Rzymu i że popsuł mu się samochód. Pora południowej sjesty, warsztat samochodowy zamknięty. Ojciec Quixote proponuje biskupowi odpoczynek w swoim domu, podwiezie go swoim malutkim, bardzo wysłużonym autem, któremu nadał nazwę Rosynant.
W domu Teresa wpada w panikę – biskup, w porze obiadu, przecież ona ma mięso tylko na jeden stek. Ojciec Quixote uspakaja ją, stek dla biskupa, on zadowoli się serem.
– Stek z koniny dla biskupa?
Z koniny? O tym ojciec Quixote nie wiedział przez ostatnie 30 lat.
Teresa bierze się za smażenie, a ojciec Quixote próbuje zmącić zmysł smaku biskupa, serwując mu spore ilości miejscowego wina – manchegan.
Manchegan – oczywiście – znaczy z winiarni w prowicji La Mancha.
Wino bardzo biskupowi smakuje.
A stek?
W życiu nie jadł tak aromatycznego i soczystego steku. A jadał przy nie byle jakich stołach.

Biskup zasypia, a ojciec Quixote sprawdza jego samochód. Przyczyna przymusowego postoju jest prosta – brak paliwa. Proboszcz uzupełnia paliwo i, żeby nie zawstydzić biskupa, brudzi trochę karoserię samochodu i swoje dłonie samochodowym smarem.

Koniec sjesty, biskup budzi się w doskonałym nastroju, który polepsza jeszcze wiadomość, że samochód został naprawiony. Biskup odjeżdża pełen najwyższego uznania dla kwalifikacji proboszcza El Toboso.

Mija kilka tygodni i ojciec Quixote otrzymuje oficjalny list od swojego biskupa – Ojciec Święty, z pominięciem drogi służbowej, przyznał ojcu Quixote tytuł Monsignor.
Biskup, który nigdy nie darzył skromnego proboszcza sympatią ani zaufaniem, jest zbulwersowany i sugeruje, że Monsignor, to zbyt wysokie stanowisko jak na potrzeby lokalnej parafii.

Za kilka dni do parafii przybywa nowy proboszcz, młody i nowoczesny ojciec Herrera. Teresa nie ukrywa swojej wściekłości. Monsignor Quixote czuje się jak piąte koło u wozu. Biskup sugeruje, żeby poszukał sobie pozycji w innej diecezji.

Na szczęście znajduje towarzysza niedoli, Zancas, komunistyczny burmistrz El Toboso, właśnie przegrał wybory i chętnie opuści na jakiś czas niewdzięczne miasto.
Ojciec Quixote i Zancas, mimo sprzecznych poglądów, przyjaźnili się od dawna. Przyjaźń była na tyle bliska, że ojciec Quixote nazywał swego przyjaciela Sancho. Wsiadają więc do Rosynanta dobrze zaopatrzonego w manchegan i ruszają w drogę.

Dokąd jechać? Rzym i Moskwa za daleko. Sancho częstuje księdza polską wódką, zwracając uwagę, że to produkt kraju katolickiego, i decydują, że pojadą do Madrytu, tutaj nowomianowany Monsignor nabędzie fioletowe skarpetki i pecherę.

Stop!
Podstawową edukację odbierałem w szkole prowadzonej przez zakonnice. Służyłem do mszy jako ministrant i znam słowa łacińskiej liturgii dużo lepiej niż którykolwiek z księży w mojej australijskiej parafii, ale Monsignor i pechera – cóż te terminy znaczą?
Google nie było zbyt pomocne, ale w końcu trafiłem: Monsignor to po polsku prałat, patrz TUTAJ.

Prałat! Oj niedobrze, nawet we wspomnianej wyżej katolickiej szkole śpiewaliśmy na lekcjach pieśń – Gdy naród do boju, a tam – o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany – KLIK.

Po odzyskaniu przez Polskę niezależności pojawił się i w Polsce prałat – Jankowski – wątpliwości pozostały.

Pechera

Pechera. Właściwie wystarczyło poszukać w google zdjęć prałata Jankowskiego, a dostarczyło ono całej gamy fantazyjnych strojów, jednak znalazłem ilustrację bardziej stosowną dla skromnego księdza w Hiszpanii.

Następny postój po Madrycie to Salamanka. Po drodze jednak, na prośbę Sancho, odwiedzają grobowiec generała Franco w Valle de los Caídos – KLIK.

Chwilę potem zatrzymuje ich patrol Guardia Civil. Kontrola przebiega łagodnie, ale nie rozwiewa podejrzeń agencji bezpieczeństwa. W tym momencie Sancho jedyny raz odwołuje się do dzieła Cervantesa – to było spotkanie z wiatrakami – komentuje.
Na marginesie wspomnę, że w roku 1981, czyli w okresie powstawania powieści, Guardia Civil usiłowała przeprowadzić w Hiszpanii zamach stanu – więcej TUTAJ.

Salamanka – tutaj znajduje się najstarszy w Hiszpanii uniwersytet, na którym komunista Sancho studiował przez pewien czas teologię, rodziców Monsignor Quixote nie było na to stać.

Sancho załatwia nocleg w hotelu w bocznej uliczce. Monsignor Quixote jest oczarowany – co za sympatyczna recepcjonistka, a ile uroczego żeńskiego personelu. Na każdym piętrze stolik ze zmianami bielizny pościelowej – co za dbałość o higienę. W pokoju kolejna niespodzianka, na stoliku, na tacy, liczne małe koperty. Monsignor otwiera jedną a w niej – balonik. Cóż za poczucie humoru – gospodarze hotelu najwyraźniej wiedzą, że w każdym mężczyźnie drzemie mały chłopiec gotów do beztroskiej zabawy, choćby do dmuchania baloników.
Sancho tylko kręci bezradnie głową i odsyła Monsignora do jego pokoju z zaleceniem, aby nie zwracać uwagi na ewentualne hałasy i nie otwierać nikomu drzwi.

Następny postój – Valladolid. Monsignor Quixote zauważa plakat filmu o obiecującym tytule – Modlitwa Dziewicy. Akcja filmu nieco rozczarowuje. Głównym bohaterem jest młody mężczyzna, który napotyka wiele pięknych dziewczyn. W tym momencie następuje wiele nudnych powtórzeń – kolejna młoda para ląduje w łóżku, a kamera traci ostrość, nie wiadomo które nogi do kogo należą, nie ma żadnego dialogu – tylko jęki i stękanie.
– Zrozumiałeś coś z tego Sancho?
– Tu nie było wiele do rozumienia, oni uprawiali miłość.
– Ach, więc to tak wygląda. Myślałem, że to znacznie prostsze i bardziej przyjemne.

Kolejny etap prowadzi do Leon. Sancho zauważa zwiększoną aktywność wiatraków, znaczy Guardia Civil, więc korzystają z bocznych dróg i nocują pod mostami. Jednak Guardia Civil znajduje ich i tutaj, i ostrzega przez zbiegłym bandytą, który postrzelił człowieka podczas napadu na bank. Okazuje się, że Monsignor Quixote udzielił bandycie schronienia w bagażniku Rosynanta, bandyta odwdzięcza się, zabierając mu buty.

Kolejny nocleg pod gwiazdami. Sancho budzi się rano i stwierdza, że jego towarzysz zniknął.
Z kolei Monsignor Quixote budzi się leżąc na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu. Po pewnym czasie orientuje się, że dojechali do El Toboso, gdzie lekarz w towarzystwie proboszcza Herero zanoszą go do jego własnego łóżka.
Okazuje się, że Guardia Civil zarejestrowała wszystkie czyny Monsignora, szczegółowy raport jest skandaliczny, jedyne rozwiązanie to usunąć kłopotliwego kapłana w jakieś ustronne miejsce.

Jednak Monsignor Quixote uprzedza ten ruch. Z pomocą Sancho i Teresy wydostaje się ze swojego pokoju i wraz z Sancho wsiadają do Rosynanta. Ich cel to klasztor trapistów w Orense.

Śmierć Monsignor Quixote.
Po burzliwej podróży i starciu z Guardia Civil Rosynant rozbija się o bramy klasztoru, gdzie miejscowy przeor udziela zbiegom azylu.
Monsignor Quixote jest w stanie szoku. Jego ostatnia czynność to odprawienie mszy.
Dziwna to msza – Monsignor pełni rolę księdza i ministranta jednocześnie, błogosławi nieistniejącą hostię i wino.
Nadchodzi komunia – Monsignor Quixote podchodzi do swego przyjaciela Sancho i mówi – uklęknij towarzyszu.
Zdezorientowany komunista klęka i otwiera usta, czuje na języku palce swojego przyjaciela.
To już ostatnia czynność Monsignora, pada nieprzytomny.
– To ja Sancho – mówi były burmistrz – jestem przy tobie… towarzyszu.
Sprawdza puls, ale już go nie znajduje.

– Ta msza, ta komunia, to przecież fikcja? – pyta Sancho przeora.
– Stosując logikę Kartezjusza, ta komunia miała taką same znaczenie jak każda inna – odpowiada zakonnik.

Śmierć Grahama Greene’a – pokój w prywatnym szpitalu, pacjent w stanie śpiączki, hiszpański ksiądz udziela mu ostatnich sakramentów.
Graham Greene nie miał jednak wątpliwości, krótko przed śmiercią stwierdził, że nie umrze w stanie łaski – więcej TUTAJ.

Wydaje mi się, że ta deklaracja śmierci w niełasce to jakiś pojednawczy gest Grahama Greene’a w stosunku do żony, dla której przyjął katolicyzm, i którą, po 20 latach małżeństwa, porzucił.

Czytała zapewne Sedno sprawy. Bohater książki przedawkowuje środki nasenne. Gdy sprawa wychodzi na jaw, żona upewnia się, że samobójstwo oznacza bezwarunkowe potępienie, a zatem nie musi już modlić się w intencji męża, gdyż nic to nie pomoże.

P.S. Sporo miejsca poświęciłem wyjaśnianiu słów Monsignor i pechera, pozwolę sobie więc na jeszcze jedną dygresję.
Okazuje się że tytuł polskiego tłumaczenia tej ksiązki to Monsignore Kichote.
Przepraszam bardzo, ale to po jakiemu?
Monsignore, po włosku, Kichote… chyba po niemiecku.

Barataria 105 Don Kichot w każdej książce

Będzie to wpis rozrastający się samoistnie, zgodnie z tokiem lektur. Don Kichot i Sancho Pansa oraz donkichoteria pojawiają się wszędzie. Ponieważ o dziwo przez dwa lata nie podałam tu definicji donkichoterii, postanawiam to czym prędzej nadrobić.

Wikipedia podaje, że: donkiszoteria to postawa życiowa charakteryzująca się marzycielstwem, brakiem rozsądku w ocenianiu ludzi i sytuacji, pragnieniem walki o nierealne cele, nierozsądnym entuzjazmem w podejmowaniu nieosiągalnych zadań oraz walce z urojonymi przeciwnikami (walka z wiatrakami).

Inne tematy baratarystyczne, wyspy, utopie, szaleńcy, będą dalej przedmiotem osobnych wpisów. Tu po prostu będzie można wpisywać cytaty, by je ewentualnie kiedyś wykorzystać. Uwaga – moje lektury nie są niczym uporządkowane. Ze świata zewnętrznego docierają nowości, ze świata własnego – starocie, czytam jak popadnie, czasem kilka książek na raz. Często jedna z nich jest mała, żeby można ją było nosić ze sobą w torebce i czytać w metrze lub poczekalni. Oczywiście pojawi się tu również prasa, podobnie nieregularnie i nieskładnie jak książki. Czytam po polsku, niemiecku i angielsku.


TIP Berlin, 48. Jahrgang, Heft 01/2019 – der Heft mit der berühmten Liste der 100 peinlichster Berliner. Auf dem Platz 13 Andrea Nahles, SPD-Chefin bezeichnet als “Trauerspielerin”. Sie sitzt im Willy-Brandt-Haus in Kreuzberg ihren eigenen Führungsanspruch ab, wie eine Ritterin der traurigen Gestalt.


Lektüre vom Dezember 2018. Tschingis Aitmatow, Dshamilja, Bibliothek Suhrkamp 1973. Aus dem Russischen von Gisela Drohla. Seite 54.

Eines Tages führte Orsomat einen hochgewachsenen, leicht gebückt gehenden Soldaten, der das linke Bein etwas nachschleppte, zu uns aufs Feld. Er hatte den mantel über den Schulter geworfen und machte große Schritte, um nicht hinter Orsomats stämmiher, kleinen Stute zurückzubleiben, die in kurzem Trab ging. Neben den langen, dürren Danijar sah der kleine, lebhafte Orsomat  wie eine ruhelose Sumpfschnepfe aus. Wir lachten laut, als die beiden an uns zukamen.


Lektura z listopada 2018 roku.

Bogdan Rutha, Nasze ciekawe czasy, Wydawnictwo Literackie Kraków 1972. Opowiadania.

“Hotel pięknych kobiet”
Motto: Czujne dzwony strzegą złota.

Rafael Jimenez jak ów natchniony ingenioso hidalgo ujrzał światło dzienne na ponurych, spalonych słońcem, skalistych pustkowiach la Manchy. Po raz  pierwszy zobaczył błękit hiszpańskiego nieba, taki jak z plakatów zapraszających na Fiesta a Malaga, przez okopcone belki pasterskiej chaty w sercu Kastylii, w tej surowej krainie zamków rozsianych po całym jej obszarze, niegdyś dla obrony przed Arabami. Wychował się w kraju zamków, twierdz i licznych starych rodów szlacheckich, w kraju, który zrodził inkwizycję, do krórego nie dotarły dobrodziejstwa najazdu maurów, a który ominęły strumienie złota Inków i Azteków. (s. 13)

Znowu zerknąłem na księdza i Rafaela.
Przez moment wydali mi się dwoma donkiszotami, którzy nadziawszy się na skrzydła wiatraka obracają się razem z nimi i wygrażają sobie pięściami w nadzie, że wpłynie to w jakiejś mierze na bieg owych skrzydeł. (s. 35)


Lektura z grudnia 2018 roku

Jonathan Caroll, Białe jabłka. Magiczna opowieść o miłości na pograniczu życia i śmierci.  Przełożył Jacek Wietecki. Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2003.

– Skoro odsyłają mnie tak szybko, to chyba znaczy, że Vincent dowiedział się czegoś ważnego i że nic mu nie grozi. Musiał nauczyć się z nimi walczyć.
Babka skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła wzrok.
– Nie. To znaczy, że ty musisz wracać, bo nie można dłużej czekać. On cię potrzebuje, jesteś jego podporą i nadzieją. Wczoraj ruszyła nagle lawina zdarzeń, którą trzeba powstrzymać, zanim będzie za późno. – Przypomniała sobie, jak na początku drugiej wojny światowej polska kawaleria rzuciła się do bohaterskiej, donkiszotowskiej obrony kraju przed nadciągającymi czołgami Wehrmachtu. Choć Vincent Ettrich nie będzie zmagał się z chaosem sam, to jednak siedział na koniu, podczas gdy jego przeciwnik jechał na bitwę uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt bojowy, jaki kiedykolwiek wmyślono. (s. 242)


Dezember 2018 / Januar 2019 (ein Weihnachtsgeschenk)

Maria Stepanowa, Nach dem Gedächtnis. Aus dem Russischen von Olga Radetzkaja. Suhrkamp 2018.

Kapitel 3. Einige Fotos.

Foto 8. Die beiden Männern stehen etwas näher zum Betrachter. Der großere hat ein Bein vor das andere gestellt und die Händen in den Hosentaschen; sein über die Hose fallendes Hemd wird von einem schmalen Gürtel zusammengehalten, die Locken sind zerzaust. Das ist Sanka, auch Sancho-Pansa genannt, ein Freund und Vrehrer meiner Urgroßmutter Sarra. Der andere Mann ist etwas älter, er trägt einen Kneifer und ein Arbeitshemd aus grobem Stoff, er wirkt bedrückt. Plötzlich geht mir auf, dass ich sein Gesicht kenne: Der Mann heißt Jakow Swerdlow. Zehn jahre später wird er als Vorsitzender des Zentralen Exekutivkomitees das Dekret über den Roten Terror und die “Verwandlung der Sowjetrepublik in ein geschlossenes Militärlager” unterzeichnen. (S. 58)


Januar 2019
Czytam poświęcony Borgesowi numer szczecińskiego eleWatora z drugiego kwartału 2013 roku.

Od razu w pierwszym artykule – Niewierność oryginału – tłumaczka i autorka Marta Natalia Wróblewska trzykrotnie przywołuje Don Kichota, przy czym dwa razy jest to odwołanie do opowiadania Borgesa Pierre Menard, autor Don Kichota.

Podejście Borgesa do sztuki przekładu było pionierskie w stosunku do wielu nrtów dzisiejszej translatoryki, George Steiner, wpływowy teoretyk sztuki tłumaczenia, stwierdził, że opowiadanie Pierre Menard, autor Don Kichota, to “spośród dotychczas powstałych najbardziej przenikliwy, najbardziej zwarty komentarz omawiający zjawisko przekładu”. (…)

W latach 20 Borges oświadczał z pełnym przekonaniem, że wszelka literatura jest autobiograficzna. Zgodnie z tą koncepcją tłumacz powinien starać się maksymalnie zbliżyć do autora, poznać jego biografię i przeżyć jego emocje. Figurę takiego tłumacza zdaje się ucieleśniać właśnie Pierre Menard, autor Don Kichota, który próbuje na nowo stworzyć napisany przez wielkiego mistrza tekst.

Uświadamiam sobie, że znam przecież  to opowiadanie, przypominam sobie nawet, kiedy i w jakich okolicznościach je czytałam, a przecież, mimo iż od ponad dwóch lat zajmuję się Don Kichotem, wcale sobie tego opowiadania nie przypomniałam. Do tego potrzebna mi była przypadkowa lektura, wyciągnięta na chybił trafił z półki pewnego mokrego styczniowego wieczora.

Kilka akapitów dalej autorka pisze, że

Borges był zwolennikiem analizowania przekładu nie jako “dalekiego krewnego” oryginalnego tekstu, jego skażonej lub niedoskonałej wersji, lecz jako pełnoprawnego tekstu literackiego. Może się zdarzyć, że będzie on gorszy od oryginału, może jednak okazać się lepszy. Co ciekawe i kontrowersyjne, tłumacz winien w tej koncepcji być wierny nie autorowi, czy też oryginalnemu tekstowi, lecz niejako jego idei – ma więc prawo korygować pisarza i poprawiać niedociągnięcia jego stylu. O ile pisarz “wymyśla” swoich poprzedników, ofiarowując nowy klucz do interpretacji ich tekstów (vide Kafka i jego poprzednicy), o tyle złumacz może “wymyślać” swojego autora. Dzieło jest bowiem ważniejsze od pisarza, tłumacza czy czytelnika. Tłumacz winien je potraktować jako szkic, który w przekładzie można udoskonalić. Przykładowo Borges przedkładał hiszpański przekład poematu Paula Valery’ego Cmentarz morski, niemiecki przekład Kwiatów zła i angielskie tłumaczenie Don Kichota nad teksty oryginalne.

Nadal styczeń 2019

Postmodernistyczny żarcik. W filmie Björna Runge Żona grają Glenn Close i Jonathan Pryce. Johnathan grał przedtem rolę Don Kichota w słynnym filmie Terry’ego Gilliama Człowiek, który zabił don Kichota – w filmie Rungego odwołuje się więc do cytatu na temat Don Kichota. Ja, mówi główny bohater, pisarz, który się właśnie dowiedział, że został noblistą, ja… nie mam innego wyjścia, jak powołać się na myśl śródziemnomorską i zacytować medytacje na temat Don Kichota. I am I plus my surroundings, and if I do not preserve the latter, I do not preserve myself.
To fragment pierwszej książki José Ortegi y Gasseta, a jednocześnie temat filmu, ale reżyser nie wyjaśnia tego widzowi.
Ortega y Gasset urodził się 9 maja 1883, zmarł 18 października 1955. Był hiszpańskim filozofem i eseistą. Jego dorosłe życie przypada na ciężki okres w historii Hiszpanii, czas upadku monarchii, powstania republiki, wojny domowej i dyktatury. Stworzył tzw. “filozofię życia” (po polsku nazywa się ją witalną, ale mi się nie podoba ta nazwa). Ortega y Gasset nie krył swoich republikańskich przekonań, zwalczał faszyzm, wykorzystując swój wielki autorytet. Został członkiem Kortezów, ale po wojnie domowej wyjechał na emigrację. Przebywał w Holandii, Argentynie, Francji i Portugalii. W 1946 r. powrócił do Hiszpanii, ale nie skorzystał z propozycji objęcia katedry uniwersyteckiej i poświęcił się całkowicie twórczości naukowej. Wiele rozpraw powstałych w tym czasie ukazało się dopiero po jego śmierci. Jego pierwszą książką, wydaną w roku 1914, były Meditaciones del Quijote. Wydawnictwo pisze, że dla wielu badaczy Medytacje to najważniejsza filozoficznie książka Ortegi, który, wychodząc od lektury powieści Cervantesa, buduje cały przyszły system myślowy i aparat pojęciowy i stawia jednocześnie szereg tez (np. o istocie kultury), które wciąż inspirują.

A pani Bovary to Don Kichot w spódnicy.

Luty 2019

Niemożliwe mi się wydaje, że dopiero teraz, po ponad dwóch latach baratarystki, zajrzałam ponownie do Prousta. Gdzie te czasy, że czytałam go co roku? No ale teraz znowu go czytam i zaczynam, czego już od dziesiątków lat nie robiłam – od wstępu Boya-Żeleńskiego, a tam już od razu na stronie 14 ważny cytat:

Snobizm dostępuje w ujęciu Prousta filozoficznej konsekracji. Nie tylko snobizm towarzyski w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: Proust jest prawdziwym mistrzem w kombinowaniu jego odcieni; ale snobizm właściwy wszystkim klasom, wszystkim stanom, będący nie czym innym, jak tylko aurą złudy, w jakiej porusza się każdy człowiek. Nieśmiertelną monografią takiej złudy jest Don Kichot Cervantesa; otóż wyobraźmy sobie stu Kiszotów – każdy odmiennego typu – współżyjących ze sobą, a zrozumiemy intencję Prousta.


To tyle, ale, wiemy, wpis będzie rósł. Nie na darmo Don Kichot jest najpoczytniejszą książką na świecie. Na zakończenie ballada Andrzeja Waligórskiego o Zenobim Dreptaku, bo Dreptak to też Don Kichot:

BŁĘDNY RYCERZ

Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi
Stanął zbrojnie i konno u zamku podwoi,
Miał pancerz, hełm i kopię, jak zwykle rycerze,
I miecz, którym uderzył o zamkowe dźwierze!

Hej, odegrzmiało echo o gotyckie blanki!
Skoczył na nogi książę, spojrzał zza firanki,
Skoczył, spojrzał, oniemiał i zadrżał ze strachu;
Stoi pod drzwiami rycerz Dreptak na wałachu!!!

Stoi Dreptak wśród blasków, szczęków oraz zgrzytań
I zasuwa monolog, co się składa z pytań,
O taki: – Hej, kto mężny, odpowiedzieć musi,
Która z pań jest piękniejsza od mojej Magdusi?

Która ma liczko bielsze, mniej zepsute ząbki?
Czyj biuścik przypomina dwa młode gołąbki
Z ryżem? Która jest taka miła, kochana i ładna?
Tutaj struchlały książę wymamrotał: – Żadna!!!

Wówczas rycerz się zachwiał na swoim bachmacie
I rzekł: – Żadna? To szkoda, o kurtka na wacie,
Bo z Magdą już nie mogę! Jestem u sił kresu…
Tu spiął konia i ruszył w dal, szukać adresów…

Don Quijote überall

Don Kichot begleitet mich überall. Ich gehe in die U-bahn Station und was sehe ich dort – ein Konzert, der heute statt findet. Und ich kann nicht hin, bin schon verplant… Vielleicht wird aber eine(r) von Euch gehen können und mir / uns demnächst darüber berichten?

Gautier Capuçon
Berlin, Konzerthaus
Konzerthausorchester Berlin
Pablo González Dirigent
Gautier Capuçon Violoncello

Amalia Arnoldt Viola

Richard Strauss, „Don Quixote“ – Phantastische Variationen über ein ritterliches Thema op. 35

Zur Stimme von Miguel de Cervantes’ tragikomischem „Ritter von der traurigen Gestalt“ wird das vom französischen Star-Cellisten Gautier Capuçon gespielte Solo-Cello, das Richard Strauss in seinem „Don Quixote“ durch diverse halluzinierte Abenteuer schickt.

Karten vom 25 bis 66 €.


In Wikipedia findet man viel darüber, mehr als ich je erwartet hätte:

Don Quixote, Phantastische Variationen über ein Thema ritterlichen Charakters op. 35, ist eine Tondichtung von Richard Strauss für Solocello, Solobratsche und großes Orchester. Sie basiert auf dem Roman Don Quijote de la Mancha des spanischen Autors Miguel de Cervantes. Sie ist in Form einer Sinfonia concertante komponiert, mit einem Solocello, das die Figur des Don Quijote repräsentiert, sowie Bratschen-, Tenortuben- und Bassklarinetten-Solisten, die Sancho Pansa darstellen.

Strauss komponierte das Werk 1897 in München.

Die Uraufführung fand am 8. März 1898 im Kölner Gürzenich statt. Es dirigierte Franz Wüllner.

Die Partitur enthält ursprünglich kein Programm, doch hat der Komponist zu den einzelnen Abschnitten des Werks nachträglich kurze programmatische Erläuterungen zum besseren Verständnis verfasst.

Die zweite Variation schildert eine Episode, in der Don Quijote einer Schafherde begegnet und sie für eine herannahende Armee hält. Strauss setzt dissonantes Flatterzungenspiel ein, um das Blöken der Schafe nachzuahmen. Dies ist eines der ersten Vorkommen dieser Spieltechnik.

Instrumentation

Das Werk ist wie folgt besetzt: Piccoloflöte, 2 Flöten, 2 Oboen, Englischhorn, 2 Klarinetten in B (2. auch in Es), Bassklarinette, 3 Fagotte, Kontrafagott, 6 Hörner in F, 3 Trompeten in D, 3 Posaunen, Tenortuba (Euphonium) in B, Basstuba, Pauken, Triangel, große Trommel, Becken, kleine Trommel, Tamburin, Windmaschine, Harfe und Streicher.

Sätze

  1. Introduktion: Mäßiges Zeitmaß – Don Quichotte verliert über der Lektüre der Ritterromane seinen Verstand und beschließt, selbst fahrender Ritter zu werden
  2. Thema. Mäßig – Don Quichotte, der Ritter von der traurigen Gestalt
  3. Maggiore – Sancho Pansa
  4. Variation I: Gemächlich – Abenteuer an den Windmühlen
  5. Variation II: Kriegerisch – Der siegreiche Kampf gegen das Heer des großen Kaisers Alifanfaron
  6. Variation III: Mäßiges Zeitmaß – Gespräch zwischen Ritter und Knappen
  7. Variation IV: Etwas breiter – Unglückliches Abenteuer mit einer Prozession von Büßern
  8. Variation V: Sehr langsam – Die Waffenwache
  9. Variation VI: Schnell – Begegnung mit Dulzinea
  10. Variation VII: Ein wenig ruhiger als vorher – Der Ritt durch die Luft
  11. Variation VIII: Gemächlich – Die unglückliche Fahrt auf dem venezianischen Nachen
  12. Variation IX: Schnell und stürmisch – Kampf gegen vermeintliche Zauberer
  13. Variation X: Viel breiter – Zweikampf mit dem Ritter vom blanken Mond
  14. Finale: Sehr ruhig – Wieder zur Besinnung gekommen

An Cello Mischa Maisky, conductor Wolfgang Sawallisch. Man muss sagen bei diesem Konzert sieht der Cellist eigentlich genau so, wie man sich Don Quijote vorstellt.

Schönen Tag für euch alle – mit wunderbarer Musik!

Barataria 104: Weź rdzeń młodej palmy…

Tibor Jagielski już kilkakrotnie raczył nas tu ciekawymi przepisami kulinarnymi; ten został znaleziony przez Autora podczas podróży morskiej.

Weź rdzeń młodej palmy (ok. 0,5 – 0,75 m),
owiń w liście bananowca i umieść w wysmarowanej tłuszczem brytfannie.
Obsyp orzeszkami arachidowymi (0,5 kg, najlepiej świeżo prażone),
dodaj fasolki soi (0,5 kg, najlepiej świeże, ale mogą być z puszki),
dorzuć parę papryczek chili, kilka grzybów (boczniak, shitake, ale mogą być i pieczarki),
dopraw kilkoma ząbkami czosnku i posól (do smaku – każdy ma inny, ale można znaleźć wspólną podstawę),
zalej klasycznym  wywarem z warzyw (0,5 litra).
Brytfannę dobrze przykryj i wstaw do piekarnika (180°C) na  45 minut (próba widelca).
Smacznego!


Ewa Maria Slaska

Zastanawiam się, czym możnaby zastąpić rdzeń młodej palmy? Mam oczywiście trudności, bo nigdy tego nie jadłam, choć raz jadłam potrawę owiniętą w liście bananowca i powiązaną rafią na kształt paczuszki. Liści bananowca się potem nie jadło. Widzę tu pewne pole do popisu dla inwencji kulinarnej autora i postanawiam mu wysłać tych kilka zdań.

Odpowiedź przyszła enigmatyczna:
Jemy, jemy! (jak rozumiem – jemy liście bananowca). Również kwiaty bananowca jemy (nazywa się je „sercami bananów“). Wszystko jemy, a dodatkowo liście mogą służyć jako talerze lub opakowanie potraw.
Rdzeń palmy kupuje się w afroshopie.


Wpis wydaje mi się nieco za mały, postanawiam go samodzielnie uzupełnić, bo autor dosyła wprawdzie świetny przepis (wykorzystam kiedy indziej), ale na sałatkę z kwaśnej kapusty.

Sięgam jeszcze raz do książki Barataria Summer. Pisałam już o niej. To powieść naładowana wesołym swobodnym seksem (każdy śpi z każdym, a w rodzinie to już w ogóle), nie wiadomo też, czy jest to opowieść
o przemycie czy o walce z przemytem, ale na pewno wiadomo, że jest to powieść o tym, jak w ciągu jednego lata, przy pomocy rodzinnego seksu, przemytu, pływania łodziami i statkami po zatoce Barataria oraz  jedzenia można z rozpieszczonego szesnastolatka z miasta zrobić świetnego faceta, a nawet (jak się okaże) – pisarza. Jego imię podczas wakacji zmienia się z Teddie na T’Eddie.

Głównym napojem bohaterów książki jest mocna gorąca kawa, ale oczywiście nie stronią też od whisky. Na łodzi żywią się kiełbaskami i chlebem. Ale już zorganizowany ad hoc posiłek, podany przez LaBelle, młodą, piękną gospodynię w chacie na wodzie będzie wyglądał lepiej:

… piliśmy kawę i jedliśmy chleb żytni, placki, tartę ze słodkich ziemniaków i pudding z chleba. Pychota.

Po przekąsce LaBelle podbiera kurom jajka, zbiera jarzyny w ogrodzie i łowi ryby kaszorkiem. Małe ryby wracają do wody, dziewczyna wybiera na obiad tylko suma. T’Eddie i LaBelle idą do kuchni. Ona ona gotuje, on obiera, sieka i zmywa to, co dziewczyna mu podsunie do obierania, siekania lub zmywania.

LaBelle podaje posiłek. Jedliśmy suma w cieście, chleb żytni, pomidory i succotash, indiańską potrawę z młodego bobu i kukurydzy. Na deser była oczywiście kawa i placek z yamem. (Jako tłumaczka mam tu pewne trudności, bo yam to pochrzyn, ale podejrzewam, że nasi bohaterowie jedli placek ze słodkimi ziemniakami; bo w Ameryce myli się yam z batatami, podobnie zresztą jak radiccio z endywią). O dziwo LaBelle opowiada wprawdzie T’Eddiemu o gumbo, które każdy południowiec musi umieć przyrządzić, ale sama wcale go nie podaje.

Polska blogerka pisze, że z gumbo jest jak z bigosem, mniej więcej wszyscy robimy go podobnie, ale każda rodzina ma swój własny przepis. Gumbo to rodzaj potrawki z mięsa lub owoców morza jarzynami i ewentualnie  kiełbaskami w zagęszczonym np. zasmażką sosie. Gumbo gotuje się przez kilka godzin. Ważne jest, żeby do potrawy dodać trzy święte jarzyny kuchni z południa USA: seler naciowy, cebulę i zieloną paprykę. Zasadniczo można użyć różnych rodzajów mięsa (królik, drób, szop pracz, nutria, wiewiórka) w jednej potrawie lub różnych owoców morza, ale nie należy używać ani wieprzowiny ani wołowiny, i, poza Nowym Orleanem, nie miesza się mięsa z frutti di mare.

Przepisów na gumbo są tysiące. Tu podam przepis ze strony Barataria Spice Company.

Te spices to zestaw przypraw typowych dla kuchni z okolic Luizjany.

Ingredients:
1
TBSP. Salt
3
Bay Leaves
1 1/2
Gallons Water
1 1/2

Pounds Smoked Sausage (Andouille if Available)

2
Medium-Large White Onions – Chopped
2 1/2

Pounds Deboned Chicken (Save carcass for stock)

3
Bunch Green Onions – Chopped
2

TBSP Pickapeppa Sauce (or any Jamaican style sauce)

4
Ribs Celery – Chopped
1

TBSP Lea & Perrins (or any Worsteshire sauce)

4
Toes Garlic – Minced
3
TBSP Captain Mike's cooking seasoning mix
For The Roux:
4 TBSP. Cooking Oil
7 TBSP. Flour
For The Stock:
Add 1 TBSP. salt to 1 1/2 gallons of water, bring to a fast simmer, add Bay leaves and chicken carcass. Simmer for an hour or so. When done, skim off fat, strain debris out. Set aside and keep hot.
Captain’s Log:
How to Make a Roux:

Heat oil in heavy skillet on a low to medium flame. Add flour slowly, stirring, with a whisk or slotted spoon. The Roux cannot be left unattended, it must be constantly stirred so that the flour browns evenly. The process should take about 40 minutes, depending on the amount of heat used. Cook the Roux until it is a deep, dark brown, almost the color of black coffee. Turn off heat, continue stirring until skillet cools for the browning to stop. Set aside and pour off excess oil.

Note: If the Roux burns, discard. Never attempt to salvage a Roux that is burned. Burning a Roux after spending 45 minutes to make it will teach you how far you can go with browning a Roux. This is a valuable skill to have when preparing authentic Cajun and Creole dishes, some of which require the darkest Roux possible, as in this recipe. Some dishes, such as Crawfish Etouffé work better with a Roux that is not so dark.

Procedure:

Debone the chicken and discard the skin. Make a stock with the carcass. You can supplement the deboned chicken you have with Boneless Chicken Breast to get the amount you need. Cut chicken and sausage into bite size pieces. In a heavy stock pot or Dutch oven, brown sausage and chicken in a little oil over a medium flame. Start the Roux at this time in another skillet. (Note: If you are uncomfortable making a Roux and doing the procedure a the same tie, then make the Roux ahead of time.) Start with the sausage first. Brown well, but not harsh, then add chicken. When Chicken begins to brown, sprinkle in about a teaspoon of Captain Mike'sSeasoning. When chicken is lightly browned, remove and set aside. Depending on how much fat was in the sausage, you may have to add a little more oil. Add onions and celery, reduce heat and sauté until clear. Add green onions. When limp stir in garlic, sauté 5 minutes and add stock, raising heat blending well. Bring to a slow boil and stir in Roux, mixing thoroughly for 20 minutes. Add Pickapeppa and Worsteshire sauce and stir in 2 tsps of Captain Mike's cooking seasoning mix. Add the chicken and sausage, cover pot and simmer for 1 hour, stirring occasionally. Turn off heat and let stand 15 minutes, skin off any oil. Serve over Rice.

Approximate serving as entrée 8

Approximate serving as soup 16

Tu znalazłam plus/minus składniki dobrej przyprawy do gumbo, jeśli, co przecież może się zdarzyć, akurat nie mamy pod ręką mieszanki przypraw kapitana Mike.

2 łyżeczki sosu Worcestershire
2 łyżeczki ostrego sosu chili (typu Tabasco)
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę i roztarte z 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu
1 łyżeczka suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne

Roux to oczywiście zasmażka, tylko wysmażona na brązowo, a tu jeszcze przepis na Pickapeppa.

  • 1 łyżka posiekanego czosnku
  • 1 łyżeczka sól
  • 1 łyżeczka mielonego kminku
  • 1 łyżeczka chili mielonego
  • 2 łyżki keczupu
  • 2 łyżki sos Worcester
  • 1 1/2 łyżki sosu Pickapeppa
  • 5 łyżek posiekane papryki jalepano

Czosnek rozetrzeć na pastę z solą. Wszystkie składniki sosu zmiksować w blnderze.
Uwaga: Sos Pickapeppa można zastąpić sosem Worcester.

Myślę, że gdyby zamiast mięsa lub owoców morza dodać podsmażone tofu, to można by wykonać wersję wegetariańską. A może rdzeń młodej palmy?

Smacznego!

Guantanamo


Tibor Jagielski

Przybywszy do Rzymu Cebulski stwierdził, że jego ludzie nie mają nawet butów. Zasadził wiec drzewko wolności na dziedzińcu kwatery; otworzył kasyno i ograł w karty pół Wiecznego Miasta, czym wzbudził niemały podziw ówczesnej finansjery. W przeciągu krótkiego okresu wyrósł – niedaleko od Watykanu, który stał się, nie po raz pierwszy w historii, więzieniem papieża – istny lupanar, bo na grze w tarocci oczywiście się nie skończyło.

Ledwo Bonaparte wyruszył na podbój Indii przez Egipt, a już włoscy chłopi, pod przywództwem kleru, chwycili za widły i strzelby, aby przepędzić francuskich diabłów
i ich sojuszników. Do ich ulubionych metod należały: pieczenie czarta na rożnie, wbijanie na pal (chętnie zrobiony z drzewka wolności), obłupianie ze skóry po uprzednim powieszeniu za nogi i gotowanie w kotle. Zdarza się.

Zabawy takie trwały nieraz parę dni, a ich ofiary szły w dziesiątki, jeśli nie setki.
Zazwyczaj kończyły się przybyciem republikańskiego oddziału pacyfikacyjnego, który zdobywał wieś lub miasteczko (po uprzednim ostrzale artyleryjskim) szturmem,
a tych którzy nie zginęli i nie uciekli, zaganiano do kościoła i wraz z nim palono.
Bywa i tak.

Tymczasem brak ochoty w “akcjach pokojowych”, ba, Tańce! Hulanki! Swawola
(seks – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli)!  No i zwłaszcza strumień złota, płynący
do kasy półbrygady, zdenerwowały na ostatek rzymską administrację, która zainterweniowała u Dąbrowskiego. Ten, nie zastanawiając się długo, awansował Cebulskiego na kapitana i wyprawił go, wraz z kompanią, do Toskanii.

Wymarsz, przy grzmocie bębnów, fanfarze trąbek i łopocie sztandarów, pozostawił w Rzymie nie jedną mokrą chusteczkę i to nie tylko dlatego iż (nowo wyekwipowani za szulercze pieniądze) żołnierze prezentowali się znakomicie, a choć nadal dokuczał brak broni palnej, to u żadnego boku nie brakowało pałasza i dobrze wypełnionej manierki.
Był marzec; kobiety rzucały fiolki; tańczyły konie oficerów.

Przez następne parę zim historia Legionów Polskich we Włoszech o Cebulskim milczy.
Odnajdujemy go znowu na pokładzie francuskiego okrętu liniowego “Le Fougeux”, wiozącego posiłki na, objętą powstaniem czarnych niewolników, wyspę Santo Domingo.

Konwój, w skład którego wchodziły jeszcze dwa liniowce, przebył Atlantyk w ciągu dwóch miesięcy, stawiając mężnie czoła licznym burzom i okresom ciszy morskiej; przemknął się szczęśliwie przez blokadę floty angielskiej i bez strat (nie licząc dwóch marynarzy, którzy spadli podczas sztormu z bocianiego gniazda i skręcili sobie karki – zdarza się) stanął na redzie portu Cap Francais. Nad zatoką stały kolumny dymu.

Na pytanie Cebulskiego, co te dymy oznaczać mogą, odpowiedział nieźle skonfundowany kapitan Boudrie, iż sądzi, że powstają one podczas palenia ratafii, które niezbędne jest przy produkcji rumu (najważnieszego towaru eksportowego kolonii).
–  Takiego trunku pić nie zamierzam – przeżegnał się Cebulski i miał całkowitą rację, bo już zbliżała się łódka z pilotem i marynarze wrzeszczeli z daleka:
– Dessalines zdradził! Murzyni spalili pół miasta! Atak odparty!

Jan Jakub Dessalines, pierwszy czarnoskóry, który zrobił zawrotną karierę w armii republikańskiej i dowodził na Santo Domingo oddziałami posiłkowym, składającymi się z byłych niewolników, przeszedł na stronę powstańców i rozpoczął regularną kampanię, zmierzającą do całkowitego wyniszczenia białych kolonistów (zdarza się) na wyspie zwanej, nie bez kozery, Perłą Karaibów. Perła, która wkrótce stać się miała grobem Polaków. Zdarza się.

Krótko po zacumowaniu w porcie pojawił się na pokładzie “Le Fougeux” kwatermistrz oddziałów polskich na wyspie, Przebendowski i po krótkiej lustracji, przyrzekł wszelką możliwą pomoc w zaopatrzeniu nowo przybyłych oddzialów nawet przed zmustrowaniem, które w wyniku kompletnego zniszczenia  portu jak i  kwater, mogło się przeciągnąć.

Jeszcze przed wieczorem nadszedł transport składający się z  tuzina świń, tej samej liczby koźląt, tudzież stu dwudziestu kop jaj, koszy pełnych bananów, ananasów, pomarańcz, cytryn, mango, papaji, jak i dwóch beczek rumu, dziesięciu skrzyń cygar, pięćdziesięciu kociołków do warzenia strawy, stu sześćdziesięciu ładownic, czterdziestu karabinów, tudzież dwudziestu pięciu dogów, specjalnie wyćwiczonych na Kubie, do rozszarpywania
(zdarza się) zbiegłych niewolników.

668 polskich żołnierzy bardzo się ucieszyło i rzucało pomarańczami we francuskich marynarzy, którzy – strasznie wściekli – nadaremnie czekali na zaopatrzenie.
(Nawiasem mówiąc 591 członków półbrygady za pół roku miało już nie żyć; bywa i tak)

Kwik i beczenie zarzynanych świń i koźląt, ognie rozpalane przez kobiety, a i rum rozlewany szczodrze, doprowadził prawie do szału załogę liniowców, która od tygodni już piła tylko stęchłą wodę.
Jednakże psy i nowe, angielskie karabiny robiły wrażenie i skończyło się na bezsilnych złorzeczeniach i przekleństwach, które na koniec tak wzruszyły legionistów, że zaprosili Francuzów do kotłów i beczek.

Na tle scenerii płonącego miasta wyglądało to nieźle.

Powiem w skrócie, bo świeca mi gaśnie: nieźle skonstruowana na papierze w Paryżu kampania na Santo Domingo skazana była, przynajmniej z trzech powodów, na porażkę:

A –  jak Anglicy; ścisłą blokadę morską, lecz zamienili Santo Domingo w pułapkę. Wszystkie, powtarzam, wszystkie statki francuskie zostały zniszczone lub padły łupem floty brytyjskiej albo wspomaganych przez nią powstańców.

B – jak barbarzyństwo, które osiągnęło apogeum; mordowano i niszczono wszystkich i wszystko. A ludożerstwo było na porządku dziennym.

C – jak choroby, które wykończyly (zdarza się) większość legionistów; malaria, czerwonka, tyfus, dezynteria.

Powiem też, że Cebulski tę degrengoladę przeżył i kiedy, osiem miesięcy później, pisał list do brata z obozu dla internowanych w Guantanamo na Kubie, brakowalo mu tylko lewego oka. „ (…) Uczę się na nowo strzelać, ale idzie jak po grudzie z tym jednym ślepiem. Ale jak tu narzekać, kiedy dziesięciu naszych z tuzina sczezło, a ja żyję. Jesteśmy skonfundowani, bo wszystkie nasze kobity i dziatki ze statkiem, który do nas płynął, zatonęły; Więckowski, sąsiad nasz z Szamotul, umarł ze żalu za żoną, niczem pocieszyć się nie dał. Tak to i ze zmartwienia sczeznąć można. Chodzą słuchy, że nas wykupili i już niedługo przyjdzie nam płynąć do Francji (…).

(spisane na postawie oryginalnej korespondencji legionistow polskich).
t.j.

Dodatek kulinarny:

Sałatka morska

Algi morskie  – 4 dobre garście
Ogórek (lądowy) – obrać, pokroić w grube plastry
Ostrygi – pół tuzina, otworzyć (są też w puszkach)
– włożyć do miski, dorzucić parę kaparów, lekko posolić i popieprzyć,
skropić paroma kroplami worchester sauce i sokiem cytryny, podlać oliwą
parę razy wstrząsnąć ostrożnie zawartość
i
– smacznego!
t.j.
——————————————————–
uwaga: wszystkie składniki (oczywiście poza oliwą i cytryną – u mnie zawsze w temperaturze pokojowej) muszą być zimne jak z lodówki, a zamiast ostryg można wziąć świeże grzyby typu shitake albo portobello

Przedruk: Pierre Menard autor Don Kichota (Barataria 103)

Uwaga Adminki: z przykrością konstatuję, że Borges a z nim również Menard NIE zainteresowali się rozdziałem 46 części II czyli historią gubernatorstwa Sancho Pansy w  Baratarii! Ale oczywiście obaj są nieodrodnymi jej mieszkańcami.

Na ilustracji obok – okładka wydania online po niemiecku.

Jorge Luis Borges

(…) Do tego miejsca (…) przedstawiłem dzie­ło widzialne Menarda w porządku chronologicznym. Przechodzę teraz do tego drugiego, ukrytego, nieskończenie bohaterskiego, nie mającego równych sobie. Również — ograniczone są możliwości ludzkie! — nieukończonego. Dzieło to, być może najbardziej znamienne dla naszych czasów, składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału Don Kichota* oraz z fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. Wiem, że twierdzenie takie wydaje się absurdalne; uzasadnienie tego absurdu jest głównym zadaniem tej notatki.

Dwa teksty o niejednakowej wartości zainspirowały to przedsięwzięcie. Jednym z nich jest ów fragment filologiczny Novalisa — noszący w wydaniu drezdeńskim numer 2005 — który szkicuje temat całkowitej identyfikacji z określonym autorem. Drugim jest jedna z tych pasożytniczych książek, które umieszczają Chrystusa na bulwarze, Hamleta na Cannebiere czy też don Kichota na Wall Street. Jak każdy człowiek obdarzony dobrym gustem, Menard czuł odrazę do tych zbędnych maskarad — zdolnych jedynie do wywoływania w nas prymitywnej przyjemności anachronizmu czy też (co gorsze) czarowania trywialnym pomysłem, że wszystkie epoki są jednakowe lub że są różne. Bardziej interesujący, choć w realizacji pełen sprzeczności i powierzchowny, wydał mu się słynny zamiar Daudeta: połączenie w jednej postaci, którą jest Tartarin, Przemyślnego Hidalga i jego giermka… Ci, którzy sugerowali, że Menard poświęcił życie, aby napisać współ­czesnego Don Kichota, spotwarzają jego jasną Pamięć.

Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota — co byłoby łatwe — lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się — słowo w słowo i zdanie po zdaniu — ze stronicami Miguela de Cervantes.

„Mój zamiar jest wręcz zdumiewający — pisał do mnie 30 września 1934 z Bayonne. — Ostateczny rezultat jakiegoś teologicznego czy metafizycznego dowodzenia — świat zewnętrzny, Bóg, przypadkowość, powszechniki — nie jest bardziej uprzedni ani wiadomy niż moja rozpowszechniona powieść. Jedyna różnica polega na tym, że filozofowie publikują w przyjemnych tomach pośrednie etapy swej pracy, a ja postanowiłem je zniszczyć.” I rzeczywiście nie ocalał żaden brulion, który świadczyłby o tej wieloletniej pracy.

Metoda, którą początkowo przyjął, była względnie prosta: poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918. B y ć Miguelem de Cervantes. Pierre Menard przemyślał tę metodę (wiem, że doszedł do dość wiernego posługiwania się siedemnastowieczną hiszpańszczyzną), ale odrzucił ją jako zbyt łatwą. Raczej jako niemożliwą — powie czytelnik. Zgoda, ale zamiar był już z góry niewykonalny i ze wszystkich możliwych środków na zrealizowanie go ten był najmniej interesujący. Być w dwudziestym wieku popularnym powieściopisarzem z wieku siedemnastego wydało mu się obniżeniem własnej wartości. Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydało mu się mniej trudne — a więc mniej interesujące — niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenia Pierre Menarda.(Przekonanie to, powiedzmy mimochodem, sprawiło, że zrezygnował z autobiograficznego prologu do drugiej części Don Kichota. Włączenie tego prologu oznaczałoby stworzenie drugiej postaci — Cervantesa, ale oznaczałoby również przedstawienie Don Kichota jako funkcji tej postaci, a nie Menarda. Ten, oczywiście, zrezygnował z łatwizny.) „Zasadniczo przedsięwzię­cie moje nie jest trudne — czytam w innym miejscu listu. — Wystarczyłoby mi być nieśmiertelnym, aby doprowadzić je do kresu.” Wyznam, że wyobrażam sobie często, iż je ukończył i że czytam Don Kichota — całego Don Kichota — jakby stworzył go Menard. Kilka wieczorów temu, przeglądając rozdział dwudziesty szósty — nie próbowany nigdy przez naszego przyjaciela — rozpozna­łem jego styl i prawie jego głos w tym wyjątkowym zdaniu: „nimfy rzeczne, żałosne a wilgotne Echo”.  To skuteczne połączenie przymiotnika moralnego i fizycznego przywiodło mi na myśl pewien wiersz Szekspira, o któ­rym dyskutowaliśmy jednego wieczoru:

Where a malignant and turbaned Turk… *

Dlaczego właśnie Don Kichota? — powie nasz czytelnik. U Hiszpana preferencja ta nie byłaby niewytłumaczalna; ale jest bez wątpienia niewytłumaczalna u symbolisty z Nîmes, wielkiego wielbiciela Edgara Poe, który zrodził Baudelaire’a, który zrodził Mallarmégo, który zrodził Valéry’ego, który zrodził Edmonda Teste’a. Poprzednio wspomniany list tłumaczy ten punkt. „Don Kichote — wyjaśnia Menard — interesuje mnie bardzo, ale nie wydaje mi się… jakby to powiedzieć?… nieunikniony. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie wszechświata bez okrzyku Edgara Allana Poe:

Ah, bear in mind this garden was enchanted
! ***

lub bez Bateau ivre czy Ancient mariner, ale wiem, że jestem zdolny wyobrazić go sobie bez Don Kichota (mówię oczywiście o mojej zdolności osobistej, nie zaś o historycznym oddźwięku dzieł). Don Kichote jest książką przypadkową, Don Kichote jest niekonieczny. Mogę z góry przemyśleć napisanie go, mogę go napisać nie popadając w tautologię. Przeczytałem go w wieku dwunastu czy trzynastu lat, chyba w całości. Później przeczytałem ponownie z uwagą niektóre rozdziały, te, o które się chwilowo nie
pokuszę. Przeszedłem również przez Intermedia, Galatee, Nowele przykładne, Trudy niewątpliwie męczące Persilesa i Segismundy i Podróż na Parnas… Ogólne wspomnienie,
jakie pozostało mi z Don Kichota, zubożone przez zapomnienie i obojętność, może doskonale odpowiadać niedokładnemu obrazowi pierwotnemu nienapisanej książki. Skoro przyjmę ten obraz (którego nikt w dobrej wierze nie może mi odmówić), stanie się niewątpliwe, że problem mój jest znacznie trudniejszy niż ten, przed którym stanął Cervantes. Mój łaskawy poprzednik nie odrzucał współpracy przypadku: układał swe nieśmiertelne dzieło trochę à la diable, niesiony bezwładnością języka i inwencji. Ja podjąłem się tajemniczego zadania dosłownej rekonstrukcji jego spontanicznego dzieła. Moją samotną grą rządzą dwa przeciwstawne prawa. Pierwsze pozwala mi wypróbowywać warianty typu formalnego czy psychologicznego; drugie zmusza mnie do poświęcenia ich tekstowi «oryginalnemu» i do wytłumaczenia samemu sobie, w sposób niezbity, tego unicestwienia… Do tych sztucznych utrudnień trzeba dodać jeszcze jedno, wrodzone. Napisanie Don Kichota w początkach wieku siedemnastego było przedsięwzięciem rozsądnym, koniecznym, być może spowodowanym jakimś fatum; w początkach wieku dwudziestego jest ono prawie niemożliwe. Nie na próżno upłynęło trzysta lat, brzemiennych w nader złożone fakty. Wśród nich, aby wymienić jeden tylko: sam Don Kichote.”

Pomimo tych trzech przeszkód fragmentaryczny Don Kichote Menarda jest subtelniejszy niż Don Kichote Cervantesa. Ten ostatni, w jakiś prymitywny sposób, przeciwstawia rycerskim fikcjom ubogą prowincjonalną rzeczywistość swego kraju; Menard obiera jako „rzeczywistość” ziemię Carmen w stuleciu Lepantu i Lope de Vegi. Jakich-że hispanizmów nie podsunąłby podobny wybór Maurice Barrèsowi czy doktorowi Rodriguezowi Larreta! Menard, z całą naturalnością, unika ich. W dziele jego nie ma Cyganów ani konkwistadorów, ani mistyków, ani Filipa II, ani autodafé. Lekceważy lub celowo wyklucza koloryt lokalny. Pogarda ta wskazuje na nowe zrozumienie powieści historycznej. Pogarda ta potępia nieodwołalnie Salambo.
Niemniej interesujące jest branie pod uwagę poszczególnych rozdziałów z osobna. Przyjrzyjmy się na przykład rozdziałowi XXXVIII części pierwszej, który „mówi o ciekawym dyskursie Don Kichota o orężu i pismach”. Wiadomo, że Don Kichote (podobnie jak Quevedo w ustępie analogicznym, i późniejszym, utworu Godzina dla wszystkich) wypowiada się przeciwko literaturze, na korzyść broni. Cervantes był starym żołnierzem; jego sąd jest tu zrozumiały. Ale żeby Don Kichote Pierre Menarda — człowieka współczesnego z La trahison des clercs i z Bertrandem Russellem — popadał ponownie w owe mgliste sofizmaty! Madame Bachelier dostrzegła w nich zachwycające i typowe podporządkowanie się autora psychice bohatera; inni (bez najmniejszej wnikliwości) — transkrypcję Don Kichota; baronowa de Bacourt — wpływ Nietzschego. Nie wiem, czy do tej trzeciej interpretacji (którą uważam za nie do odparcia) ośmielę się dodać czwartą, która pasowałaby doskonale do boskiej niemal skromności Pierre Menarda: jest nią jego uległy czy ironiczny zwyczaj głoszenia idei ściśle sprzecznych z jego własnymi. (Przypomnijmy jeszcze raz jego diatrybę przeciwko Paulowi Valéry na efemerycznej, surrealistycznej stronicy u Jacques’a Reboula.) Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy. (Bardziej dwuznaczny, powiedzą jego potwarcy; ale dwuznaczność jest pewnym bogactwem.)

Porównanie stronic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichote, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”.
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejseości i nauka dla wieków przyszłych”.
Historia — matką prawdy; pomysł jest zadziwiający.
Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: „przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”, są bezwstydnie pragmatyczne.
Równie żywy jest kontrast stylów. Archaizujący styl Menarda — bądź co bądź cudzoziemca — odznacza się pewną afektacją. Nie odnosi się to do jego prekursora, który posługiwał się swobodnie codziennym językiem hiszpańskim swojej epoki.

Nie ma zajęcia umysłowego, które nie byłoby w rezultacie bezużyteczne. Jakaś doktryna filozoficzna jest początkowo prawdopodobnym opisem wszechświata; mijają lata i staje się po prostu rozdziałem — o ile nie ustępem czy nawet tylko nazwą — w historii filozofii. W literaturze ta późniejsza nieważność jest jeszcze bardziej widoczna. Don Kichote — mówił mi Menard — był przede wszystkim przyjemną książką; teraz stał się okazją do patriotycznych toastów, do gramatycznej dumy, do bezwstydnie luksusowych wydań. Chwała jest formą niezrozumienia, być może najgorszą. Te nihilistyczne stwierdzenia nie mają w sobie nic nowego; rzeczą godną uwagi jest decyzja, jaką dzięki nim powziął Pierre Menard. Postanowił wyprzedzić tę bezużyteczność, jaka oczekuje wszelkie trudy ludzkie; podjął się przedsięwzięcia niezwykle skomplikowanego i od początku bezsensownego. Poświęcił swe skrupuły i swe bezsenne noce na powtórzenie w obcym języku istniejącej już książ­ki. Mnożył bruliony, poprawiał zawzięcie i darł tysiące stronic rękopisu. **** Nie pozwolił, aby zostały one przez kogokolwiek przeczytane, i zatroszczył się o to, aby go nie przeżyły. Na próżno usiłowałem je odtworzyć.
Pomyślałem, że można dostrzec w „ostatecznym” Don Kichocie rodzaj palimpsestu, w którym powinny przeświecać ślady — znikome, ale czytelne — uprzedniego pisma
naszego przyjaciela. Niestety jedynie jakiś następny Pierre Menard, odwracając pracę poprzedniego, mógłby odgrzebać i wskrzesić owe Troje…
„Myślenie, analizowanie, tworzenie — pisał mi również — nie są czynami anormalnymi, są normalnym oddechem umysłu. Gloryfikacja sporadycznego wypełniania tej czynności, zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzającym zdumieniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa. Każdy człowiek powinien być zdolny do wszystkich myśli i sądzę, że tak będzie w przyszłości.”
Menard (być może nieświadomie) wzbogacił przy pomocy nowej techniki niezdecydowaną i prymitywną sztukę lektury: techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji. Ta technika, o nieskończonym zastosowaniu, skłania nas do czytania Odysei, jakby była ona póź­niejsza od Eneidy, i książki Le jardin du Centaure Madame Bachelier, jakby była to książka Madame Bachelier. Technika ta zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory. Czy przypisanie Louisowi Ferdinandowi Celine lub Jamesowi Joyce Naśladowania Chrystusa nie jest dostatecznym odnowieniem tych subtelnych rad duchowych?

Nimes 1939


Fikcyjna strona z Wikipedii (Przepraszam, głupi podpis, bo strona oczywiście nie jest fikcyjna, fikcyjna jest tylko zaprezentowana tu osoba)

* Cytaty z Don Kichota w tłumaczeniu Edwarda Boye, Książka i Wiedza, Warszawa 1952 (przyp. tłum.)

** „Gdzie rozwścieczony i noszący turban Turek… , Szekspir, Otello, akt V, scena 2

*** „Jak powiedziałem, ogród był zaklęty.” E. A. Poe, Do Heleny, tłum. Zenon Przesmycki

**** Pamiętam jego kratkowane zeszyty, jego czarne skreślenia, jego osobliwe znaki korektorskie i jego mrówcze pismo. Wieczorami lubił spacerować po przedmieściach Nimes; zazwyczaj miał ze sobą jeden z tych zeszytów i robił z niego wesołe
ognisko.