Na początek szkoły…

Roman Brodowski przygotował opowiadanie o dniu, gdy to on, zapłakany przedszkolak, poszedł do szkoły i spotkał się tam z Marysią. Ciekawe, czy to ta sama, którą już poznaliśmy w opowiadaniu o zielonej miłości?

Mój pierwszy dzień

Czy pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem mury szkoły?   Oczywiście że pamiętam! Tego dnia nie potrafiłbym zapomnieć.

To było w czwartek, pierwszego września 1966 roku. Wybudzony ze snu, siedziałem na miękkim, wygodnym łóżku, a obok mnie, odwrócona głową w kierunku ściany, leżała śpiąca jeszcze spokojnie moja młodsza siostrzyczka.

Spojrzałem na stojącą naprzeciwko łóżka starą, dębową szafę, służącą na codzień do przechowywania ubrań, a tam na jej niedomkniętych drzwiach wisiał nowy, ciemnogranatowy mundurek z przypiętym śnieżnobiałym kołnierzykiem. Obok szafy stał wyładowany książkami, zeszytami, plasteliną oraz pachnącymi kolorowymi kredkami szary tekturowy tornister. Przy nim, jeszcze nie spakowana, najważniejsza z książek – duży wielobarwny Elementarz, no i oczywiście – ręcznie uszyty worek z miękkimi kapciami.

– Wstawaj syneczku – powiedziała mama, wchodząc do pokoju cichuteńko na palcach, by nie zbudzić Joli. – Nadszedł twój wielki dzień! Czyżbyś o tym zapomniał? – dodała, podając mi na dzień dobry czystą podkoszulkę. – Dzisiaj rozpoczynasz nowe życie.
– Ale ja nie chcę, nie chcę, Mamo. Chcę chodzić do przedszkola! – rozpłakałem się, przeczuwając koniec dziecięcej, beztroskiej wolności.
Mama, widząc moją reakcję, przytuliła mnie do siebie i ocierając rąbkiem kuchennego fartucha łzy, zaczęła tłumaczyć:
– Jesteś już dużym i mądrym chłopcem. Wszystkie dzieci w twoim wieku muszą rozpocząć naukę w szkole. Twoje starsze rodzeństwo, Zbyszek i Krysia, już od kilku lat chodzą do szkoły i są z tego powodu bardzo zadowoleni.
– Ale ja nie chcę, boję się, Mamo, nie chcę – nie dawałem się przekonać.
Mama, nieco poirytowana moim zachowaniem, nie zwracając już uwagi na te fanaberie, zaczęła ubierać mnie w przygotowaną na dzisiejszą uroczystość odzież.
Krysia i Zbyszek już buszowali po kuchni, pałaszując świeże bułeczki z marmoladą. Odziani w szkolne mundurki, czekali tylko na nas. Po sytym śniadaniu, z ciężkim tornistrem na plecach wyruszyłem do szkoły.

Obok, po prawej stronie, trzymając mnie za rękę szła Mama, po lewej – Zbyszek. Krysia. idąc kilku kroków za nami, zabezpieczała niejako tyły, czyli drogę na wypadek ewentualnej mojej próby ucieczki. Tak – to była prawdziwa droga rozpaczy, droga w niejasną przyszłość. To były dwa kilometry dłużącej się w czasie niepewności.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Stanęliśmy przed nowo wybudowanym, jasnym i największym w naszej miejscowości budynkiem. Szkoła.
Wydawała mi się ogromna i muszę przyznać, że była bardzo ładna.
Główne drzwi wejściowe znajdowały się na ogrodzonym metalową balustradą tarasie, na który po obu bokach prowadziły szerokie schody.
Przed szkołą, wokół wyłożonego betonowmi płytami dziedzińca, rosły jeszcze młode niedawno posadzone drzewka i mnóstwo kolorowych kwiatów, wyglądających jak małe wysepki w morzu zielonej trawy.

Na dziedzińcu zgromadziła się spora gromadka rozkrzyczanych dzieciaków. Prawie wszyscy chłopcy, tak jak i ja ubrani byli w ciemnogranatowe mundurki, zaś dziewczęta w fartuszki podobnego koloru, obszyte białymi koronkami. Na prawym rękawie u każdego ucznia widniała szkolna tarcza, będąca niejako wizytówką szkoły. Tylko u tych dzieci, które rozpoczynały pierwszą klasę, na rękawach jeszcze nic nie było.

Stanęliśmy z mamą z boku placu, nieco oddaleni od całej tej grupy i cierpliwie czekaliśmy. Wtedy podeszła do nas miła, uśmiechnięta, czarnowłosa pani i, gładząc mnie po głowie, zapytała, czy jestem pierwszoklasistą.
– Oczywiście – odpowiedziała mama – to moje kolejne dziecko, które oddaję do waszej szkoły – dodała z dumą, wskazując na mnie palcem.
Pani pochyliła się nieco i szeptem zapytała, jak się nazywam:
– Romek – odpowiedziałem niegrzecznie, z nadzieją że zostawi nas w spokoju.
– A ja jestem pani Irenka – przedstawiła się, objąwszy mnie delikatnie. Teraz rozstaniemy się na kilka godzin z Mamą i razem pójdziemy do innych dzieci – zaproponowała, podając mi dłoń.
Okazało się to niestety nie takie proste . Wystraszony, chwyciłem się kurczowo za maminą sukienkę i wrzeszcząc, jakby mnie kto ze skóry obdzierał, rozpłakałem się po raz kolejny dzisiejszego dnia.

Mama i pani nauczycielka wszelkimi środkami, a to gładząc, a to obiecując różne rzeczy, bezskutecznie próbowały mnie uspokoić i przekonać o konieczności rozpoczęcia nauki w szkole. W końcu, zmęczony płaczem, rezygnując z dalszej walki, zgodziłem się pójść do klasy, ale tylko w towarzystwie Mamy. Nauczycielka, nie widząc innej możliwości, wyraziła na to zgodę i zaprowadziła nas do pomieszczenia, w którym w ustawionych w trzy rzędy ciemnozielonych ławkach czekało już kilkunastu innych pierwszoklasistów.

Pomieszczenie pachniało świeżą farbą, było duże i przestronne. Na przeciwko drzwi całą ścianę zajmowały duże okna. Natomiast na ścianie szczytowej wisiała ogromna, czarna jak smoła tablica, przy której leżały szara gąbka i kilka kawałków białej kredy. Nad tablicą wisiał Biały Orzeł, obok tablicy, pośrodku klasy, stał stół, a przy nim krzesło dla nauczyciela. Były też szafy i półki wyładowane pomocami naukowymi.

Jednak nie to było dla mnie najważniejsze. Okazało się bowiem, że oprócz mnie do naszej klasy chodzi też czworo moich przyjaciół z przedszkola, mieszkająca po sąsiedzku Marysia oraz Alina, Jagoda i Ewa – koleżanki z mojej ulicy. Puszczając rękę mamy bez pożegnania, szybko usadowiłem się w stojącej przy oknie ławce, w której siedziała już samotnie Marysia. Mama opuściła klasę, a ja, zajęty rozmową z siedzącym obok nowym kolegą, powoli przyzwyczajałem się do szkolnej rzeczywistości. Co jakiś czas do klasy przychodził ktoś nowy, a my witając go oklaskami czekaliśmy z niepokojem na rozpoczęcie pierwszej w naszym życiu lekcji.

Nagle usłyszeliśmy dziwny hałas, dochodzący z korytarza.
– Do klas dzieciaki. Koniec wakacji. Czas się brać do nauki! – krzyczał ktoś grubym, nieco ochrypłym głosem, wymachując przy tym wielkim dzwonkiem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że czas wolności się skończył i rozpoczęła się długa przygoda z nauką. Siedząca dotychczas przy stole nauczycielka wstała i, spojrzawszy na nas wesołp, poprosiła o ciszę.
– Drogie dzieci – zaczęła – witam was serdecznie w waszej nowej szkole.  Nazywam się pani Irena i od dzisiaj przez dwa lata będę waszą opiekunką oraz wychowawczynią, a wy będziecie moimi uczniami. Mam nadzieję, że szkoła będzie waszym drugim, kochanym domem…
Opowiadała nam jeszcze o tym, co nas w tej szkole czeka, jak będą wyglądały lekcje, czego będziemy się uczyli i o wielu innych sprawach. Na koniec otworzyła dziennik i wywołując po nazwisku każdego ucznia z osobna, w kolejności alfabetycznej, prosiła żeby opowiedział o sobie. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, kto jak ma na imię, skąd pochodzi i gdzie mieszka. Po zakończeniu sprawdzania obecności pani porozsadzała nas parami w ławkach tak, aby ci najniżsi, do których i ja należałem, siedzieli z przodu, a najwyżsi z tyłu klasy. Na szczęście nam, to znaczy Marysi i mnie, pozwoliła pozostać tam gdzie wcześniej usiedliśmy, czyli w pierwszej ławce przy oknie.

Usłyszeliśmy po raz drugi dźwięk dzwonka, który tym razem oznajmił koniec lekcji, po której parami poszliśmy całą klasą do świetlicy, gdzie uczniowie starszych klas, nauczyciele oraz dyrektor szkoły przywitali nas, pierszoklasistów, brawami. Tam miała miejsce oficjalna uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego. W jej trakcie starsi koledzy przypięli do naszych mundurków tarcze, a koleżanki wręczyły małe słodkie upominki.

Tak się rozpoczął mój pierwszy dzień w szkole, w której spędziłem kolejnych osiem niezapomnianych lat.

Berlin, 1992

Niestety nie jest to zdjęcie autora w pierwszej klasie, tylko zdjęcie znalezione w sieci – klasa Ib, szkoła nr 23 w Oliwie, rocznik 1969/70

Alma (2)

Lech Milewski

Wiedeńska krew

20 kwietnia 1873 roku Gisela Louise Maria, najstarsza córka cesarza Franciszka Józefa, wzięła ślub z księciem Leopoldem Bawarskim. Na balu weselnym orkiestra Wiener Philharmoniker dała krótki koncert okazjonalnej muzyki po czym na podium wszedł Johann Straus II i poprowadził pierwsze wykonanie napisanego specjalnie na tę okazję walca…

Proponuję włączyć powyższe nagranie jako akompaniament do tego wpisu.

Dla miłośników muzyki jest to istotne wydarzenie. Nie ze względu na cesarsko-królewskie uroczystości, ale dlatego, że do tego czasu Wiedeńscy Filharmonicy traktowali Jana Straussa i jego muzykę do tańca z lekceważeniem. Po tym występie zarówno Jan Strauss jak i jego walce zadomowiły się u Wiedeńskich Filharmoników na dobre. Najlepszym dowodem może być zapoczątkowany w roku 1939 koncert noworoczny – bilety na przyszłoroczny koncert są już chyba wysprzedane – KLIK.

Wiedeń czasów Franciszka Józefa – zadziwiające miejsce, w którym w jednej kawiarni można było spotkać gniewnych nacjonalistów słowiańskich, rumuńskich czy węgierskich oraz rozmarzonych wizjonerów Wielkich Niemiec lub Pansłowiańskiego mocarstwa. W Cafe Central Leon Trocki grał w szachy a w przerwach dyskutował z austriackimi socjaldemokratami. W Cafe Louvre Teodor Herzl – ojciec duchowy państwa Izrael KLIK – przewodził rozkrzyczanym syjonistom.

To była wybuchowa mieszanka, która mogła rozsadzić Europę. Wiedział o tym Franciszek Józef i przyjął taktykę drobnych kompromisów, aby rozładowywać powstające co raz napięcia i przedłużyć swoje spokojne panowanie. I tak przedłużał jeszcze przez 40 lat.

Françoise Giroud w książce The art of being loved pisze, że Wiedeń był jedynym miejscem gdzie artyści i intelektualiści nie zamierzali buntować się przeciw burzuażyjnej elicie. Być może byli rozpieszczani przez zamożne wiedeńskie mieszczaństwo, które uznało sztukę za platformę równającą je z arystokracją.

W takim to Wiedniu 31 sierpnia 1879 roku urodziła się Alma Maria Schindler, córka malarza Emila Jakoba Schindlera i Anny von Bergen.

Emil Schindler był malarzem, któremu udało się znaleźć możnych sponsorów i dzięki nim zdobył sporą popularność i majątek, który pozwolił mu i jego rodzinie rezydować w stylowym pałacu na obrzeżach Wiednia.

Przez pracownię i salony Emila Schindlera przewijała się galeria ciekawych ludzi. Ojciec wprowadzał córkę w ten świat, spędzał z nią wiele czasu, był jej nauczycielem i mentorem. Gdy Alma miała 8 lat, ojciec czytał jej utwory Goethego. Nic dziwnego, że nikt nie pamiętał, aby posłać Almę do szkoły. Jej formalna edukacja ograniczyła się do zaledwie kilku miesięcy pobytu w szkole, gdzie główny nacisk kładziono na edukację religijną.

Wielkim szokiem była nagła śmierć ojca, gdy Alma miala 13 lat. Poczucie osamotnienia pogłębiał fakt, że matka Almy tylko dla formy odczekała wymagany okres żałoby i wyszła za mąż za Carla Molla, ucznia i asystenta swego męża.

Mentorem Almy stał się Max Burckhard, prawnik i bardzo szanowany działacz kulturalny. On dbał o lekturę Almy, wprowadził ją w świat muzyki, woził do Salzburga na festiwal mozartowski. W rezultacie w wieku lat 17 Alma znała dobrze literaturę europejską, była miłośniczką muzyki Wagnera, fascynowała ją filozofia Fryderyka Nietzsche, znała grecki i łacinę i próbowała tłumaczyć dzieła św Augustyna. W tym też okresie opieka ze strony Maxa Burckharda przekroczyła granice przyjacielskiego mentorstwa. Alma była zaszokowana, ale również czuła się wyróżniona. Odkryła świat pasji i namiętności.

Ojciec mówił jej – sięgaj gwiazd – a gwiazda pierwszej jasności była w zasięgu ręki. Stałym gościem pracowni jej ojczyma był Gustaw Klimt, czołowy przedstawiciel rodzącej się właśnie secesji.

35-letni Klimt cieszył się w tym czasie w Wiedniu dużą popularnością. Uchodził również za ekstrawaganta do czego poza swobodnym strojem przyczyniał się wolny związek ze znaną projektantką mody – Emilią Flöge. W jaki sposób 17-letnia dziewczyna, która charakteryzowała samą siebie słowami – piękna bogobojna dziewica – oczarowała dwa razy starszego od siebie ekstrawaganckiego artystę?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam Klimt w liście, w którym, już po zakończeniu romansu, tłumaczył się ojczymowi Almy: Alma jest piękna, inteligentna, dowcipna, posiada wszystko czego mężczyzna mógłby sobie życzyć od kobiety… kiedykolwiek się pojawi w świecie mężczyzn staje się panią sytuacji… Czyż nie może pan zrozumieć, że są chwile gdy mężczyzna traci dla niej głowę…

Na trop romansu wpadła matka Almy i za jej namową cała rodzina wybrała się w podróż do Włoch. Klimt opuścił swoją partnerkę i podążył za nimi. Gdy matka znalazła w pamiętniku córki wzmiankę o pierwszym pocałunku zażądała od Klimta zakończenia tego romansu.

Kiss

G.Klimt – Pocałunek -źródło wikipedia – KLIK.

Klimt wrócił z Wenecji do Wiednia, ale po powrocie Almy nadal potajemnie się z nią spotykał, planował nawet jej porwanie, na co Alma ochoczo się zgadzała. Nie zgodziła się natomiast na znacznie mniejszą przygodę – wizytę w pracowni artysty. Alma ceniła swoje dziewictwo ponad wszystko. Romans zakończyła stanowcza interwencja ojczyma Almy, Carla Molla, który zabronił Klimtowi wstępu do swej pracowni. To mogło stanowić utrudnienie w dalszej karierze malarza i Klimt dostosowal się, pisząc przy okazji cytowany powyżej list.

Następcą Klimta był nauczyciel muzyki, młody kompozytor, Alexander von Zemlinsky.

6 lutego 1900 roku Alma zapisała w swym pamiętniku: Wieczór u Schnitzerów. Poszłam tam z wielka niechęcią a był to cudowny wieczór. Prawie cały wieczór rozmawiałam z Aleksandrem von Zemlinskym, młodym kompozytorem. Jest okropnie brzydki, nie ma w ogóle brody. Jednak dla mnie był fascynujący.

Urodę Aleksandra Zemlinskego można zweryfikowac tutaj – KLIK.

Ale uroda to rzecz względna…
Niedziela 4 marca 1900:
Przy stole Zemlinsky zapytał:
– A co pani sądzi o Wagnerze?
– Największy geniusz jaki kiedykolwiek żył – odpowiedziałam.
– A które z jego dzieł najwyżej pani ceni?
– Tristan!
Moja odpowiedź tak go ucieszyła, że nastąpiła całkowita transformacja. Nagle stał się całkiem przystojny. Rozumieliśmy się wzajemnia. To nie był stracony wieczór – to był smak życia.

Zemlinsky zadomowił się na dobre w życiu Almy w roli nauczyciela muzyki, zaś Max Burckhard nadal kontynuował wszechstronną opiekę nad Almą.

Poniedziałek 26 listopada 1900: Wieczorem u Burckharda. Ostrygi, homar, prosiak, karczochy, kaczka, czekolada z kremem, lody, sery, czarna kawa, likiery, poncz ananasowy. Niesamowite obżarstwo. Po długiej abstynencji wypiłam dużo, ale nie za dużo.

Może droga do serca wiedzie przez żołądek?

Poniedziałek 10 grudnia 1900:
Drogi, drogi B…, jakże ja go lubię. Oświadczył, że dałby wszystko żeby móc ze mną podróżować. Chciałam mu odpowiedzieć – dałabym wszystko, żeby żyć z tobą. Niewarogonie go lubię. Taki przystojny, szlachetny, męski, wolny. W nocy śniłam, że się całowaliśmy. Obudziłam się w stanie błogości. Dzień – okropny, szary, zimny dzień. Co za straszne przebudzenie.

Alma traktowała Burckharda nadal jako przyjaciela i mentora. Oto fragment listu:
Trudno mi wyrazić jaką radościa jest dla mnie myśl o Tobie… Dzisiaj po lekcji Zemlinsky zagrał dla mnie Tristana – tak cudownie. Śpiewaliśmy razem. To było wyjatkowe. Nogi się pode mną trzęsły. Wspomniałam mu również o Twoich zastrzeżeniach co do śmierci Tristana, Wszystko odrzucił. Chciałabym to jeszcze z Tobą przedyskutować.

Czwartek 13 grudnia 1900
Cały wieczór pracowałam sama. Moim jedynym pragnieniem jest osiągnąć coś w sztuce… Dziwne, kiedy przyszedł list od B. spłonęłam rumieńcem od głowy do stóp. W miarę czytanie rosło podniecenie. Marzę by dać mu swe ciało. Tylko raz. Choćby to miał być tylko pocałunek… Jeśli chodzi o Burckharda to jest wszystko, co mogę dać i nic tego nie zmieni… Pocałunek jest najszlachetniejszym, najczystszym sposobem by powiedzieć – jestem twoja. Wszystko co następuje potem ma jakiś cel, jest kierowane ukrytym motywem. Nie ma niczego tak bezinteresownego jak czysty pocałunek.

A w praktyce…
…przyciągnął mnie do siebie. Opierałam się, ale on nie ustępował. Bliżej, bliżej i w końcu pocałował mnie – to było najgorsze – dotknął moich ust językiem. To zakończyło wszelkie złudzenia uczucia. Jakże czekałam na ten moment i jak obrzydliwy się okazał. Nigdy nie zapomnę tego rozczarowania. Pocałunek Klimta, pocałunek Burckharda. Niebo i Piekło. Przepaść przed moimi oczami.

Mimo to…
…chciałabym wiedzieć czy ja właściwie lubię Burckharda czy nie. Moje uczucia do niego nie są czułe. On tylko pociąga mnie fizycznie.

W takim nastroju otrzymuje Alma propozycję małżeństwa od zamożnego architekta Feliksa Muhra.
Sobota 23 marca 1901
…rozmawialiśmy o wszystkim pod słońcem. Wyznał mi różne swoje grzechy. W końcu zaproponował małżeństwo. Jakby mnie uderzył piorun. Nie widzę siebie jako żony. On jest do przyjęcia, ale nie czuję nic do niego. Nie pociąga mnie. Pewnie ma rację, że bylibyśmy szczęśliwi razem, ale nie mogę sobie tego wyobrazić… A co z moim powołaniem? Chce dać mi całkowicie wolną rękę, zupełną wolność. Mówi, że nie będzie zazdrosny. Tak, ale co z miłością mojego życia? Czy to już poza mną? Czy mam zwiędnąć jako stara panna? Ale małżeństwo… wzdrygam się. Oddać swe ciało mężczyźnie, którego nie kocham… albo nie dać go nikomu. Nigdy nie dojrzała, nigdy nie spełniona. Półśrodki, ciagle półśrodki. Chociaż z drugiej strony – lubię go. Z moimi dwoma kochasiami pod ręką: Burckhard – Zemlinsky, wolna myśl – wielkie serce. A między nimi – Muhr.
Chiałoby się powiedzieć – a między nimi – mur.

Pamiętnik Almy nie zwiera zbyt wielu informacji o kontaktach z Zemlinskym, jednak Françoise Giroud pisze, że były one bardzo intensywne. Alma prowadziła z Zemlinskym prowokacyjne rozmowy i wymieniała pasjonujące listy. Można odnieść wrażenie, że testowała na nim swoją siłę i czar. Obiecywała mu dozgonną miłość i wspominała o małżeństwie, by za chwilę wszystko odwołać i kategorycznie stwierdzić, że nie zamierza wychodzić za mąż. Zaraz potem oświadczyła, że pragnie mieć z nim dziecko. Zemlinsky odpowiedział gniewnym wybuchem – …Twoja bezbrzeżna próżność, pogoń za przyjemnością. Jeśłi kochasz mnie tak jak mówisz, to daj mi dowód – godzinę szczęścia.

Do tego jednak nie doszło. Alma przywiązywała do swojego dziewictwa symboliczną wartość. Oto swoista modlitwa dziewicy:
Sobota 9 listopada 1901
Jeśłi mi się całkowicie nie odda, cierpieć będę tortury. Jeśli się odda – skutki będą okropne… Obłędnie potrzebuję jego objęć, na zawsze zapamiętam dotyk jego dłoni głęboko w moich najskrytszych zakamarkach. Idealna błogość istnieje… Chciałabym klęknąć przed nim, przycisnąć me usta do jego nagiego ciała, całować wszystko, wszystko! Amen.

Dwa dni przed tym pamiętnikowym wpisem na horyzoncie pojawił się Gustaw Mahler. 22 lata starszy od Almy był znaczącą postacią w życiu kulturalnym Wiednia. W tym czasie był dyrektorem opery dworskiej, Hofoper. Słynny, uwielbiany i jednocześnie nienawidzony – to był ktoś na miarę ambicji Almy. Niższy od niej, nerwowy, gwałtowny w ruchach i nieprzewidywalny w zachowaniu. Jego wybuchy gniewu były słynne. Trzymał orkiestrę żelazną ręką, jego wymagania perfekcji i precyzji nie miały granic. Z drugiej strony początki jego kariery jako kompozytora były bardzo ciężkie. Jego pierwsza symfonia została wyśmiana przez publiczność.

7 listopada doszło do pierwszego spotkania. Alma siedząca między swymi dwoma adoratorami, Klimtem i Burckhardem, błyszczała w towarzystwie. Mahler spytał czy może dołączyć. Już po chwili wybuchła między nimi kłótnia.
Po tym spotkaniu Mahler starał się uzyskać jakieś informacje o Almie a ona zapisała w swym pamiętniku: Muszę przyznać, że podobał mi się ogromnie. Oczywiście jest okropnie nerwowy. Krążył po pokoju jak dziki zwierz. To czysty tlen, gdy się do niego zbliżyć, może spalić.

Wkrótce doszło do spotkania w domu rodziców Almy. Na widok książek Fryderyka Nietzsche Mahler kategorycznie stwierdził, że należałoby je spalić. Nie minęło wiele czsu a Mahler listownie oświadczył: …poślubić człowieka takiego jak ja to nie jest prosta sprawa. Jestem całkowicie wolny i muszę takim pozostać. Nie mogę kłopotać się jakimikolwiek sprawami materialnymi. Swoją posadę mogę stracić z dnia na dzień.

Znajomość rozwijała się bardzo szybko.
Poniedziałek 2 grudnia 1901
Po południu Mahler. Powiedział, że mnie kocha. Pocałowaliśmy się… jego pieszczoty są czułe i do przyjęcia. Gdybym tylko wiedziała – on – czy ten drugi!
… Muszę stopniowo usunąć Alexa ze swych myśli… Mówię – mój ukochany – i coś we mnie odpowiada – Alex. Czy potrafię kochać Mahlera tak jak on na to zasługuje? Czy ja go w ogóle kocham? Czasem myślę, że nie. Tak wiele rzeczy mnie irytuje:
– jego zapach,
– sposób w jaki śpiewa,
– jego wymowa – połyka rrrr.
Czy ja kocham dyrektora opery, wspaniałego dyrygenta – czy mężczyznę? Jego muzyka pozostawia mnie zimną, tak strasznie zimną. Mówiąc prosto – nie wierzę w niego jako kompozytora… Dręczy mnie pytanie: czy Mahler będzie mnie inspirował do komponowania, czy poprze moje artystyczne wysiłki…

Póżniej tego samego popołudnia Muhr. Spytał jak sprawy stoją między nami. Nie miałam wyjścia i powiedziałam mu prawdę. Stał przede mną blady i dygotał: Fraulein – jeśli mnie odrzucisz zabiję się. Było mi go tak żal…

Feliks Muhr zamiast się zabić, postanowił podzielić się z Almą ważnym odkryciem:

Powiedział mi, że wie od doktora, że Gustaw cierpi na nieuleczalną chorobę i wyraźnie słabnie…

Nieuleczalną chorobę? Jaką? Uwzględniając czasy, obyczaje i środowisko mogły to być suchoty albo syfilis. Ale w tamtych czasach nie pytano o szczegóły.

Reakcja Almy:
O Boże, będę go pielęgnować jak dziecko. Nie mogę stać się przyczyna jego upadku. Powstrzymam swoje tęsknoty i pasje – chcę go wyleczyć, wyleczyć moją siłą i młodości.

Ale już 2 tygodnie później…
Czwartek 19 grudnia 1901
Wczoraj flirtowałam wściekle z Louisem Adlerem. On jest tak przeklęcie przystojny. Muhr nas obserwował. Och gdyby Muhr był tak przystojny…

Wieczorem: Pollack. Rozmawialiśmy dużo o Gustawie. Muszę wyrzucić z siebie to wszystko co się kłębi w moich piersiach… Jeśłi kiedykolwiek dojdzie do małżeństwa muszę postawić ten warunek – sprawę sztuki. On ma za nic moją sztukę a swoją za wszystko. A ja mam za nic jego sztukę… Ja muszę mieć wolność – Całkowitą wolność.

Podczas spotkania z Mahlerem Alma poruszyła tematykę dzieł F. Nietzschego, którym Mahler przeeciwstawił twórczość Dostojewskiego.

W liście przestawił sprawę jasno: Będziesz miała tylko jedno zadanie – czynić mnie szczęśliwym. Czy rozumiesz Almo, co mam na myśli? … role będą dokładnie wyznaczone. Rola kompozytora przypada mnie, Twoja rola – być kochającą towarzyszką i partnerką. Czy Cię to zadowala? Wiem, że proszę o wiele, o bardzo wiele, ale wolno mi tak robić, bo wiem co mogę dać i dam w zamian.

Trzy dni ogromnej rozterki i w końcu całkowita kapitulacja:
Pragnę mieć z nim dziecko… jeśli mu na to starczy sił, on ma nadzieję, że tak… Rano Carl (Moll – ojczym – przypisek mój) przyszedł do mnie na poważną rozmowę. Wyjaśnił wszystkie ewentualności. Wiem wszystko. On jest ciężko chory… będę sie nim opiekowac jak dzieckiem. Moja miłośc do niego jest zupełnie rozbrajająca. Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imie Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

A więc Dostojewski zwyciężył – zbawienie poprzez zatracenie???

Poniedziałek 23 grudnia 1901
…czekam – czekam – na Gustawa i Justi (Justyna – siostra Gustawa – przypisek mój). To jest tortura, cała wieczność. Wreszcie przyszli i zaręczyliśmy się. W obecności Carla i Mamy. Od teraz tylko on będzie miał miejsce w moim sercu, tylko on. Już nigdy nie rzucę okiem za młodym przystojnym mężczyzną. Wszystko dam jemu – memu mężowi!… O ile mój związek z A.Z. (Alex Zemlinsky) był dziki i cielesny, to z Mahlerem jest przepojony najświętszym uczuciem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
Alma Mahler – Diaries 1898-1902 – KLIK.
Constantin Floros – Gustav Mahler – Visionary and Despot – KLIK.

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Lusatia alias Vita 3

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczając brühlowskie Brody kierujemy się na zachód. Znowu bór, aż do samej Nysy Łużyckiej. Kilkanaście kilometrów lasów i ani jednej wioski. Ale nawet gdybyśmy natknęli się na jakąś osadę, na pewno nie spotkalibyśmy w niej żadnego Serbołużyczanina. Czasem można spotkać się z opinią, że na prawym brzegu Nysy, przynajmniej w jej dolnym, północnym biegu, już od końca XIX wieku nie było Wendów – zasięg słowiańskich języków łużyckich na przestrzeni wieków powoli, ale nieubłagalnie się kurczył. To prawda, lecz nie do końca. Jeszcze w roku 1937 młody student (późniejszy słynny górnołużycki historyk oraz etnograf) Frido Mětšk, w relacji z wyprawy rowerowej stwierdził, że na obszarze pomiędzy miastami Muskau, po łużycku Mužakow oraz Triebel, czyli łużyckim Trjebula (współcześnie Trzebiel), około 20 km na południe od miejsca, gdzie się znajdujemy w naszej podróży, wciąż żyli ludzie mówiący po serbołużycku. Niestety, po roku 1945 kochana Władza Ludowa, z delikatnością słonia w składzie porcelany wszystkich Serbów, jako obywateli III Rzeszy, hurtem wysiedliła za Nysę. Podobnym wyrafinowaniem zabłysnęli zresztą nowi włodarze także wobec Warmiaków, Mazurów czy Słowińców. Efekty znamy.

A mogło być inaczej! Mało kto słyszał o fascynującym epizodzie z dziejów polskich Łużyc, czasem nazywanym Akcją „Mužakow”. Z inicjatywy wysiedleńców, reprezentowanych przez organizację Domowina, przy wsparciu polskich środowisk sorabistycznych, w latach 1946-47 prowadzono intensywne działania mające doprowadzić do powrotu niesłusznie wysiedlonych i utworzenia w Polsce serbołużyckiej gminy ze stolicą w Mużakowie, czyli współczesnej Łęknicy. Sprawę rozpatrywano już na szczeblu ministerialnym i to w kilku ministerstwach na raz. Pomysł był całkowicie realny. Zabrakło… czego? Determinacji? Zrozumienia decydentów? Przysłowiowego łutu szczęścia? Nie wyszło. Szkoda…

Tak sobie dumamy, aby zająć myśli podczas długiej podróży przez las. Gdybyśmy skierowali się kilka kilometrów w lewo, dotarlibyśmy do ukrytego wśród drzew tajemniczego miasteczka ruin. System kilkudziesięciu budynków, połączonych siecią utwardzonych dróg. To pozostałości potężnego zakładu chemicznego, Deutsche Sprengchemie GmbH, produkującego przede wszystkim na potrzeby wojskowe, wojenne właściwie. Mimo tego że zbudowano go na uboczu, wśród lasu, jego lokalizacja nie była dla aliantów żadną tajemnicą. W pewnym momencie także zasięg anglosaskich bombowców przestał być problemem. A jednak ta fabryka śmiercionośnych materiałów wybuchowych nigdy nie stała się celem nalotów! Przyczyny tego nie są ani strategiczne, ani taktyczne, ani romantyczne nawet, a jedynie do bólu prozaiczne: w przedsiębiorstwo był zaangażowany amerykański kapitał. Armia bała się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Nieprawdopodobne? Ależ skąd. Taki Henry Ford na przykład (postać może i zasłużona dla racjonalizacji procesu produkcyjnego, ale w sumie persona szemrana i ponura) uzyskał od rządu USA wielomilionową rekompensatę za swą fabrykę zniszczoną podczas wojny w Niemczech. A że tam ginęli amerykańscy chłopcy? Sorry Winnetou, biznes jest biznes. Ale ta Ameryka… powiedzcie sami: fantastic country!

Jednak my fabryki nie odwiedzimy, choć pokusa jest silna. Miejsce to bowiem niebezpieczne i pochłonęło już wielu poszukiwaczy oraz badaczy różnej maści. Kilkanaście lat temu głośno było o dwóch studentach geografii, którzy w zdradliwych ruinach znaleźli śmierć. Lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania.

Miastem leżącym najbliżej fabryki jest Forst, czyli serbołużycki Baršć. Od wieków rozciąga się na lewym brzegu Nysy, ale w roku 1921 zbudowano od podstaw dzielnicę prawobrzeżną, czyli Berge. Urbaniści odpowiedzialni za to zadanie wykazali się dobrym gustem: zaraz za mostem zaprojektowali plac (nie ich wina, że po kilkunastu latach nadano mu nazwę Horst Wessel Platz) z którego, na kształt gwiazdy, rozchodziło się kilka ulic.

cottbus (1)Forst – Berge, Horst Wessel Platz. Nie tylko układ przestrzenny, ale i architektura są tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Odwiedzimy to urocze miejsce? Désolé! Jeszcze raz mamy możność delektowania się dokonaniami Władzy Ludowej. Całe Berge, do fundamentów, zostało rozebrane w pierwszej dekadzie powojennej: wszak Stolica dźwigająca się z gruzów potrzebowała cegły! A znajdująca się tu dziś wioska Zasieki to kilka domów oraz stacje benzynowe i mały bazar, nastawiony na gości zza rzeki. Tą samą drogą, którą oni tutaj przybywają, my udamy się tam: przejeżdżamy zbudowany kilkanaście lat temu most, a następnie mijamy pozostałości przejścia granicznego – świadectwo słusznie minionej w dziejach Europy epoki.

Forst, miasto nazwane w XIX wieku Małym Manchesterem, równie dobrze mogłoby nosić miano Małej Łodzi: intensywny rozwój przemysłu włókienniczego przyniósł okolicznej ludności dobrobyt, ale też pozostawił, łatwo dostrzegalny miejscami i dzisiaj, typowy krajobraz industrialny.

cottbus (2)Czy można było niektóre sceny Ziemi Obiecanej nakręcić tutaj? Czemu nie!

Mówią, że pieniądze to nie wszystko. Coś w tym stwierdzeniu musi być. Mieszkańcy Forstu mieli pracę, a więc i zapewniony byt. Ale, jako się rzekło, nie samym chlebem człowiek żyje! Gdy nie ma lęku o chleb i dach nad głową, człowiek zaczyna tęsknić za pięknem. Bo tak do głębi i naprawdę (przyczyny bezpośrednie były trochę inne, ale bez drobiazgowości!) tylko w ten sposób można wytłumaczyć fakt, że szare i surowe miasto przemysłowe stało się siedzibą czarodziejskiego ogrodu, czyli sławnego Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego.

cottbus (3)Ostdeutsche Rosengarten Forst (Lausitz): 16 hektarów zieleni, ponad 800 gatunków róż, pergole, fontanny i rzeźby, niektóre naprawdę wysokiej klasy artystycznej (Viator osobiście proponuje odwiedzić posąg Żurawi). Oaza pośród przemysłowej pustyni.

Gdy uda nam się już wyplątać z pułapki, jaką do wzroku i powonienia jest różany ogród (bo w ogrodzie rośnie pnącze, w krzewach róży świat się plącze…), kierujemy się znowu na zachód. Przed nami dumny Chóśebuz. Stolica i centrum Dolnej Łužycy. Gdzie, jeśli nie tutaj, szukać Serbołużyczan!

cottbus (4)-5Oto najszybciej rzucające się w oczy świadectwo tego, że znajdujemy się na Łużycach: tablice z nazwami miast oraz ulic są dwujęzyczne.

Byłoby o czym opowiadać. W mieście znajduje się łużyckie centrum kulturalne z bogatą biblioteką (Viator nie raz miał okazję korzystać z jej zasobów), Muzeum Wendyjskie oraz gimnazjum serbołużyckie. Ale jaki w tym sens: każda z wymienionych instytucji prowadzi stronę internetową, gdzie Czytelnicy tego reportażu poetyzującego uzyskają informacje o wiele bardziej profesjonalne, niż te, których może im dostarczyć Viator – li i jedynie amator.

Z tego samego względu nie opowie wędrowiec o zabytkach wielowiekowej historii: niewiele się ich zachowało po alianckich nalotach – w Cottbus amerykański kapitał najwyraźniej nie inwestował – ale są i warto je odwiedzić. Wspomni jedynie Viator o pięknym, nowoczesnym gmachu biblioteki Uniwersytetu Technicznego (niech Czytelnik powędruje TU – warto!). Ale dwóch refleksji sobie nie podaruje!

Na wschodnim krańcu Starego Miasta, na niewielkim wzgórzu, wznosi się kompleks budynków sądowych. Nie zawsze jednak tak było. To przecież Góra Zamkowa, niegdyś wznosił się tu najpotężniejszy serbołużycki zamek. Gdy Bolizavus Luzici denuo occupat, obsadził fortecę na kilkanaście lat polską załogą. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tutaj właśnie wstąpił Chrobry w związek małżeński z margrabianką Odą Miśnieńską.

cottbus (6)Wzgórze Zamkowe. Kto wie, gdyby historia Łużyc potoczyła się inaczej, może stałby tutaj zamek królów polskich? Pomarzyć zawsze można…

Drugą refleksję snuje Viator przede wszystkim z myślą o tych Czytelnikach, którzy wytrwale, z podziwu godnym samozaparciem, śledzą regularnie jego teksty. Jakiś czas temu, gdy opowiadał historię księcia Hermanna von Pückler oraz Dzieweczki z Abisynii, nieszczęsnej Machbuby (TU i TU), pozwolił sobie na taką uwagę: aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być”. I oto nadszedł czas by zmięknąć i pofolgować rozświerzbionemu jęzorowi! Na peryferiach Stolicy Dolnych Łużyc, w dzielnicy Branitz (czyli Rogeńc po serbołużycku), znajduje się, kolejne po Parku Mużakowskim, dzieło Zielonego Księcia: Branitzer Park. Tam osiadł Książę po mużakowskim bankructwie, tam, niepoprawny marzyciel, stworzył kolejny park krajobrazowy i tam, dokonawszy żywota, został pochowany wraz z żoną – nieżoną Lucie von Pappenheim. I to gdzie!

Piramida – wyspa na stawie w Parku Branitz. Tu spoczywa Zielony Książę. Najefektowniej miejsce to prezentuje się jesienią. Jako, że Viator nie dysponuje taką fotografią, pozwolił sobie skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci.

 Pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Jednak, by nie zanudzać Czytelników, opowie o niej Viator za tydzień. Zaprosi też wytrwałych w miejsce całkowicie wyjątkowe, można powiedzieć: łużyckie Crème de la Crème!

Krzesła

Kasia Krenz & Co

Kasia i ja dedykujemy ten wpis Julicie, która przypomniała Wojaczka, stając się  inspiratorką tego tekstu jako kompozycji z obrazów i poezji oraz z tego, co prywatne i tego, co publiczne

J_Krenz_acryl_Ausencias3xJacek Krenz, akryl na płótnie
Pod spodem: Andrzej Wróblewski, Ukrzesłowienie, olej, płótno, 1956
Muzeum Narodowe w Krakowie


Muzeum podaje do obrazu następujący opis:

Siedząca nieruchomo na krześle kobieta to nie studium postaci, lecz jej relacji z rzeczywistością. W obrazie wyczuwa się stan napięcia, oczekiwania, choć nie wiadomo na co czy na kogo. Ów trop wyznacza stojące obok, puste krzesło. Przedstawiona sytuacja przypomina głośny w owym czasie dramat Samuela Becketta Czekając na Godota (1952). (…) Wydaje się, że Wróblewski podjął artystyczny dialog z Beckettem, tworząc cykl dzieł, w których motyw krzesła symbolizuje stagnację i bliżej nieokreśloną nadzieję. Na opisanie owego stanu oczekiwania wymyślił termin „ukrzesłowienie”, oznaczający trwały stan przymusowego siedzenia, a zatem także w jakimś zakresie – ubezwłasnowolnienia i uprzedmiotowienia.

Rafał Wojaczek – Mimikra

Pani Barbarze Bittnerównie

Prawdziwe jest mistrzostwo śmierci, co wymyśla
coraz to inne formy swojego istnienia:
zostają nieśmiertelne, gdy ona już zmienia
– jak naturalnie metrum zmienia nieumyślna

decyzja precyzyjnie liczącej akcenty
oddechu krwi pisząca dłoń; jak zmienia kostium
tancerka w interwale gry, zezując z boku
do lustra tylko po to, by sprawdzić zapięcie

stanika – nie nagości zawodowej twarz
kontemplować; jak ciekły niepokój poety
znajduje odwołanie wreszcie przy kuchennym

zlewie, gdzie na krawędzi jawnie siedzi ona,
rozkraczona, na pamięć w mózgu wyrzeźbiona
sekunda pożądania, tak śmierć zmienia twarz.

marzec 1968, Kudowa-Zdrój

Kasia Krenz – Mimikra

Siadam na krześle
czuję jego kształt
anatomię małej litery h
kolejne wcielenie
wiotkich włókien
zawiłych sęków lasu
które dawno temu
były koroną pniem
siecią korzeni
płynących na połów
które śniły sen
o czterech porach
każdego roku

Wtapiam się w krzesło
przywieram plecami
do oparcia
wrastam czterema nogami
w podłogę

Znikam w ciszy słów
nigdy niewypowiedzianych
za parawanem czynów
których historia
już tylko milczeniem.
Ludzie przechodzą obok mnie
ten i ów przysiądzie na chwilę
albo kopnie nogę krzesła
odsuwając je ze swej drogi
bez namysłu, niecierpliwie.

Ja – krzesło. Ja na krześle.
Jestem krzesłem.

Zapiski z Berlina

Remigiusz Pigłowski

Tajemnica Franka

Frank. Na pierwszy rzut oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród tysięcy berlińskich gejów przed czterdziestką. Od stóp do głowy ubrany jest w przylegające ciuszki najpewniej z Zary; na ulicy rzadko kiedy można go spotkać bez ulubionej torby na ramię z napisem Berlin, a w letnie dni chowa swe błękitne aryjskie oczy za bursztynowymi Ray Banami, które przywiózł mu z Nowego Jorku jego chłopak. Frank ma krótko ostrzyżone blond włosy a jego lekko asymetryczne zakola pokryte są zdrową skórą, wolną od wszelkich nałogów. Jego zgrabna sylwetka poruszana jest za pomocą delikatnie naszkicowanych mięśni, które przeistaczają się w Himalaje kiedy podnosi na ramię swą ulubioną torbę, zazwyczaj wypełnioną dobrą gejowską literaturą w języku niemieckim.

Franka poznałem parę lat temu w Berlinie na pikniku urodzinowym wydawanym w parku Lietzensee przez moją szwagierkę Joasię. Następnym razem spotkaliśmy się w jego nowym mieszkaniu na Charlottenburgu, które podnajął od mojego szwagra Julka. Mieszkanie to znajduje się w starej secesyjnej kamienicy, która szczęśliwie przetrwała alianckie naloty, a zimą ogrzewane jest węglem przez trzy wysokie secesyjne piece, które sięgają zaledwie do połowy wysokości pomieszczeń. Frank musiał wydać fortunę na śnieżnobiałą farbę, którą szczelnie pokrył wszystkie ściany, uzyskując w ten sposób efekt izby przyjęć, aczkolwiek trzeba przyznać, że w jego domowej klinice można też spotkać akcenty różu, które poprzez białe tło zdają się być jeszcze bardziej słyszalne.

Zapewne nigdy bym się nie zdecydował pisać o Franku, gdyby nie to, że jak przyjechałem do Berlina dwa tygodnie temu, Joasia przy lampce białego wina wygadała się, że Frank ma pewną tajemnicę, która obiektywnie jest bombowa. Otóż Frank od dłuższego czasu zbiera znaczki pocztowe i nie tak dawno wszedł w posiadanie znaczka, który bezsprzecznie stanowi perłę w jego kolekcji. Znaczek ów pokazuje tylko zaufanym znajomym, którzy przed prezentacją muszą przysiąc, że nikomu o nim nie powiedzą. Według szwagierki, znaczek jest wyjątkowy i zapewne ma niemałą wartość, lecz mimo licznych próśb i podejść z mojej strony, Joanna nie dała się złamać i nie powiedziała mi, co to jest.

Historia ze znaczkiem Franka nie pozwalała mi zasnąć, a wyjątkowo upalne jak na Berlin sierpniowe noce do czerwoności rozgrzewały moją podrażnioną wyobraźnię. Wyobrażałem sobie, że chodzi pewnie o jakiegoś „mauritiusa”, którego Frank nabył na niemieckim eBayu jako falsyfikat, a który po eksperckich oględzinach okazał się oryginałem i gdyby chciał go teraz odsprzedać, to mógłby kupić całą secesyjną kamienicę na Kreuzbergu i prowadzić beztroskie życie rentiera. Pewnie dlatego grono wtajemniczonych sprowadzało się do grupy najbardziej zaufanych znajomych – aby ograniczyć w ten sposób ryzyko ewentualnej kradzieży na zamówienie, tym bardziej, że stare drzwi do mieszkania Franka chronione są tylko przez rachityczny zamek, który nie miałby żadnych szans w konfrontacji z zawodowym włamywaczem. Następnej nocy porzuciłem jednak tę tezę i pomyślałem, że może relacja łącząca Franka ze znaczkiem nie jest oparta na wartości materialnej tylko emocjonalnej. A może on ma znaczek z papieżem? Wszak ja miałem w młodości znaczek z papieżem i do dziś dobrze pamiętam jak łatwo wpadałem w stan niepohamowanej ekstazy, pokazując go zaufanym znajomym. Jego wartość, według ekspertów, była wyjątkowa gdyż znaczek ostemplowany był w Częstochowie i wydawało mi się wtedy, że jestem ustawiony do końca życia.

Po kilku nieprzespanych nocach kwestia znaczka Franka umarła śmiercią naturalną; mózg był już na tyle zmęczony, że odmawiał dalszej współpracy, a ja cieszyłem się, że będę mógł się wreszcie wyspać i pójść na wystawę o Dawidzie Bowiem, puszczając w niepamięć historię geja filatelisty. I kiedy tak stałem w długiej kolejce na Bowiego, nucąc pod nosem moje ulubione kawałki, wtedy właśnie zadzwoniła Joasia:
– Słuchaj Remi, właśnie byłam u Franka i zrobiłam dla ciebie zdjęcie znaczka, jak Frank był w kiblu.
– No co ty? Chyba żartujesz…
– Jak chcesz, to wpadnij wieczorem, zrzucę ci na sticka, ale proszę przyrzeknij, że nikomu nie powiesz
– Spoko, obiecuję. Możesz na mnie polegać – znamy się nie od dziś. Joasiu, nigdy nie znałem ani nie słyszałem o Franku S.

KLICK

Podwieczorek mistrzów

Ia-wroblewskiRyszard Dąbrowski

Szanowni Państwo,

w imieniu moich kolegów oraz własnym zapraszam na zbiorową wystawę fotograficzną pt: „Mistrzowie mistrza”.  W wystawie uczestniczą Zbigniew Wróblewski, Zdzisław Sienkowiec, Janusz „Sławek” Piszczatowski, Zdzisław Pacholski, Mariusz Hermanowicz oraz Ryszard Dąbrowski. Najstarszy z nas liczy 78 lat, najmłodszy 64.

To oni przed laty na zdjęciu Zbigniewa Wróblewskiego

 

Otwarcie wystawy będzie miało miejsce 5 września tego roku w szczecińskiej galerii fotograficznej FOTART, ul. Monte Cassino 5,  o godzinie 18.

Idea wystawy

Gdy człowiek osiąga pewien wiek, w którym powoli zaczynają umierać jego koledzy oraz przyjaciele, zaczyna z pewną nutką nostalgii patrzeć na swoje życie, swoją odległą przeszłość i bliską przyszłość.

Jak twierdzą socjolodzy, neurolodzy oraz psychoanalitycy, o tym kim i czym się jest, w 50 procentach decydują geny a w pozostałych kształtują nas szkoła, otoczenie, znajomi i przyjaciele.

VIb-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Oprócz fotografii, która jest naszą pasją, łączy nas także i to, iż kiedyś w „zamierzchłych” czasach, członkowie tej grupy, byli moimi pierwszymi „nauczycielami”. Wspierali mnie radami lub krytyką oraz byli mi pomocni w działaniach fotograficznych.

Nas pięciu żyjących oraz jeden „nieobecny”, ale usprawiedliwiony, postanowiło zrobić wystawę fotograficzną, na której przy pomocy zdjęć i słów chcemy samookreślić i współokreślić nas samych jako przyjaciół i fotografów.

Ta wystawa to sześć indywidualnych prezentacji, powiązanych ze sobą czasem i miejscem.

IIb-sienkowiec IIa-sienkowiecZdzisław Sienkowiec

Jest to także nasz przyczynek do oficjalnych obchodów 175-tej rocznicy wynalazku fotografii, świętowanych z okazji ogłoszenia szczegółów tej technologii w dniu 18 sierpnia 1839 roku w Paryżu.

Jednakże już wcześniej, bo w 1822 roku, Francuz Joseph Nicéphore Niépce wykonywał swoje pierwsze heliografie. Jego najstarsze zachowane „zdjęcie” powstało jesienią 1826 roku w efekcie ośmiogodzinnego naświetlania. Zrobione ono zostało z okna pracowni w Le Gras i przedstawia okoliczne dachy.

Pierwszego człowieka, a właściwie dwóch – czyściciela butów oraz jego klienta, w maju 1838 roku, sfotografował całkiem przypadkowo Louis Jacques Mandé Daguerre, poprzez naświetlanie przez 10 minut widoku z okna swojej pracowni w Paryżu. W prawie wszystkich opisach tego zdjęcia, wzmiankowany jest jedynie mężczyzna, któremu czyszczono buty, a czyścibut pomijany jest milczeniem. Jakże dobitnie ten powszechnie spotykany opis, wzmiankowanego tu dagerotypu, uwidacznia ówczesny, oraz z krótkimi przerwami trwający do dzisiaj, klasowy podział społeczny.

Później fotografia była już wszędzie, podczas wojen i rewolucji, wypadków i morderstw, urodzin i śmierci, pod wodą i w kosmosie, w brzuchu ciężarnej kobiety, w bijącym sercu, a nawet we wnętrzu organicznej komórki. Fotografia zrewolucjonizowała także malarstwo i rzeźbę oraz pchnęła je w kierunku abstrakcji i formalnych poszukiwań.

Obecnie aparat fotograficzny ma już każdy, niektórzy nawet kilka, a ci co ich nie posiadają robią zdjęcia komórką czy nawet zegarkiem albo okularami.

Ciekawe jak za następne 175 lat będzie się dokonywać rejestracji rzeczywistości otaczającej człowieka. Oczywiście przy założeniu, że ludzkość przeżyje kolejne dwa wieki…

Już po wybraniu zdjęć do naszej wystawy, skonstatowałem, iż w większości z nich przewija się motyw przemijania i śmierci.

Ib-wroblewskiZbigniew Wróblewski

I tak Zbyszek Wróblewski pokazuje grupowy portret kilkorga zmarłych kumpli oraz zdjęcia z rozruchów ulicznych w grudniu 1970 roku w Szczecinie, podczas których zginęło 16 osób.
Zdzisław Sienkowiec prezentuje zdjęcia Stoczni Szczecińskiej, która po ponad 160 latach istnienia bezpowrotnie zniknęła z mapy miasta.
Sławek Piszczatowski atakuje zdjęciami ciał nagich kobiet, poddawanych nieubłaganym prawom natury, które w niektórych kulturach są alegorią i apoteozą śmierci.
Zdzisław Pacholski dał zdjęcie Dorotki, wykonane na rok przed jej tragiczną śmiercią oraz filozoficzną multiplikację czaszek ludzkich.

IVa-pacholskiZdzisław Pacholski

Ja natomiast, Ryszard Dąbrowski, prezentuję ostatnie zdjęcie wykonane przez człowieka, krótko przed tym, zanim wymarło 90% populacji homo sapiens.

VIa-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Prace te uzmysławiają nam, iż gdzieś tam, za którymś rogiem, czyha na nas, zręcznie posługujący się mieczem Damoklesa oraz niekiedy także i kosą, mistrz nad mistrzami…

***

Znakomity wstęp, ale jako redaktorka zawahałam się z lekka nad końcową wypowiedzią Autora. Mistrz nad Mistrzami? Kto – śmierć? Po niemiecku, oczywiście, ale po polsku. To znany problem, bo co tłumacz miał zrobić z powieścią Brat snu Schneidera? Przecież ewidentnie powinna była się tu pojawić Siostra snu.

Jerzy Jurczyk tak skomentował to zdanie:

Emigracja wykorzenia! Jesteś, Ryszardzie, wymownym tego przykładem. Wprawdzie sercem pozostałeś po wschodniej stronie Odry, lecz językowo przeflancowałeś się już wyraźnie na pruskie podglebie Bramy Brandenburskiej, bowiem śmierć nazywasz mistrzem, a nie „mistrzynią”. To prawda, że po niemiecku „der Tod” jest rodzaju męskiego. Jednak w języku polskim – podobnie jak we włoskim – śmierć jest rodzaju żeńskiego. Świadczy to, że w zbiorowej podświadomości Słowian, jak też – hedonistycznie doceniających uroki życia doczesnego – mieszkańców krajów basenu Morza Śródziemnego, śmierć jako postać kobieca ma o wiele mniej złowieszczą konotację, niż np „Jeźdźcy Apokalipsy” Albrechta Dürera. Zauważmy, że w polskim teatrze ludowym śmierć jest nazywana bardzo poufale i niemal pieszczotliwie „śmiertką”, jakby można było się z nią zaprzyjaźnić i spokojnie gwarzyć o przemijaniu.

Co słychać u poetów i innych artystów

Zbigniew Milewicz i Edmund Nowak biorą udział w projekcie aktywizującym 50+ wykoncypowanym przez organizatorów – Bogusława Flecka z Berlina i Zofię Wojciechowską z Mrągowa – jako wędrówka po śladach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Ernsta Wiecherta, ale też jako poznawanie tego, czego człowiek jeszcze nie widział, albo nawet nie wiedział, że warto zobaczyć. Projekt ten pojawiał się już tu na blogu kilkakrotnie, teraz kolejna odsłona. Oczywiście nie skorzystamy – bo czas minął – z zaproszenia na tegoroczny festiwal, ale może, może… Może ktoś się wybierze w przyszłym roku. Sorkwity są przewspaniałe, a we wszystkich okolicznych miejscowościach można zjeść sielawę. Naprawdę! A ja myślałam, że to taka bajkowa ryba.

mragowofestiwal (3)

Zbigniew Milewicz

IV Festiwal Kultury Mazurskiej

Jeszcze nie przebrzmiały doroczne, mrągowskie prezentacje artystów z kręgu kultury kresowej, kiedy w pobliskich Sorkwitach ruszył podobny, mazurski festiwal. Podobny, pod względem bogactwa dorobku kulturalnego miejscowej społeczności, jednak odmienny w wyrazie. Jeden zazdrośnik z drugim mówił wprawdzie, że kresowiacy dorobili się w Mrągowie już dwudziestego, jubileuszowego festiwalu, a Mazurzy dopiero czwartego, ale jakże taki paroletni Mazurek umie dokazywać.
W pierwszy dzień zachowywał się powściągliwie, jak w świętym miejscu przystoi. We wnętrzach zabytkowego kościoła ewangelicko-augsburskiego w Sorkwitach, który prowadzi pastor Krzysztof Mutschmann, odbył się koncert poetycko-muzyczny, z udziałem profesjonalnych artystów, pochodzących z tych terenów oraz zdolnych amatorów czyli grupy teatralnej „Insania“ z Piecek, która recytowała utwory z dorobku poetyckiego księdza prałata Andrzeja Świecha z katolickiej parafii św. Brata Alberta w Sorkwitach.

mragowofestiwal (1)Dzień drugi stał pod znakiem naukowych wykładów i dyskusji, związanych z bogatą historią Warmii i Mazur, a wygłoszonych w auli miejscowego gimnazjum. Pełna osobistego uroku Katarzyna Enerlich, pisarka pochodząca z Mrągowa, przeczytała jedno ze swoich opowiadań, był prosty obiad mazurski w gimnazjalnej stołówce, popisy zespołów muzycznych w rytmie bluesa, rocka i big beatu. Niestety frekwencja publiczności, zwłaszcza w części wykładowej była raczej skromna, za to dopisała w trzecim dniu, kiedy wokół gimnazjalnego boiska ustawiono kramy z rękodziełami mazurskiej sztuki ludowej, pysznym jadłem i nalewkami i można było wszystkiego do syta popróbować. Na estradzie, ze swadą prezentowały się kolejno kapele z regionu, pod nóżkę, a że pogoda dopisywała, to i humory wszystkim też.

mragowofestiwal (2)Całości towarzyszyły różne wystawy – malarskie mazurskich artystów, m.in. Jolanty Fukowskiej, witraży i numizmatyczna Sławomira Stefaniaka, który prezentował też zbiór rozmaitych eksponatów, związanych z życiem i twórczością poety i pisarza mazurskiego, Ernsta Wicherta. Organizatorzy Festiwalu – Gmina Sorkwity, Towarzystwo Miłośników Ziemi Mrągowskiej i miejscowa parafia ewangelicko-augsburska – postarali się skonstruować atrakcyjny program, adresowany dla miejscowej społeczności i turystów odwiedzających region i myślę, że im się to w sumie udało.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec dwa wiersze księdza-poety, Andrzeja Świecha:

Nad Jeziorem Gielądzkim

Na brzegu jeziora fale piasek myły
I starą pieśń mazurską cichuchno nuciły
O żyjących tu ludziach od dziada pradziada
O rzemiośle rybaka jak ryby odławiał
O zapachach żywicy wśród lasów sosnowych
Węgorzy i sielawy na olszy wędzonych
O rybackich chatach i Mazurów mowie
Wierze obyczajach nikt tak nie opowie
Lecz abyś mógł zrozumieć starych dziejów mowy
Musisz serce otworzyć na szept fal jeziornych
A gdy poznasz już piękno tej ziemi i kraju
Nie będziesz więcej tęsknił za utratą raju

Dęby

Splecione konarami rąk
Dwie kolumny strzeliste
Jak para zakochanych
Wpatrzone w niebo błękitne
Stoją zadumane
Nad historią świata
Wierni jej świadkowie
Przez długie dziejów lata

mragowofestiwal

Zdjęcia: Edmund Nowak i autor

Alma (1)

Lech Milewski

Foto : Alma Mahler-Werfel
Foto z Wikipedii: Alma Mahler-Werfel

Alma Mahler wpadła mi w oko w Pirenejach podczas nielegalnej przeprawy przez francusko-hiszpańską granicę. Nie tyle ona co jej bagaże – tuzin walizek!

 

Naturalnie, kobieta! – pomyślałem.

A było to tak…
Od roku 1929 Alma Mahler była żoną pisarza Franza Werfla. W 1938 roku, po Anschlussie Austrii, Werfel, który był Żydem, uciekł wraz z żoną do Francji. Przewidując najgorsze ubiegali się o wizę do USA. Otrzymali ją z łatwością dzięki wstawiennictwu Tomasza Manna, który cieszył się ogromną sympatią i zaufaniem Eleonory Roosevelt i pomógł załatwić wizy setkom niemieckich intelektualistów i artystów. Przewidując najlepsze zwlekali z wyjazdem do USA aż do 1940 roku, do zajęcia Francji przez Niemcy. Wtedy było już za późno. Nie mogli wydostać się z Francji legalnie, gdyż nie mieli wizy wyjazdowej, a zgłoszenie się po taką wizę do urzędu, skończyłoby się wydaniem w ręce niemieckie. Ukrywali się w Lourdes, gdzie Franz Werfel zapoznał się szczegółowo z historią Bernadetty Soubirous – dziewczyny, której objawiła się Matka Boska. Złożył wtedy ślub, że jeśli uda mu się szczęśliwie wydostać z Francji, to napisze książkę na temat cudownego objawienia.
Po kilku tygodniach Werfel nawiązał przez pośredników kontakt ze współpracownikiem amerykańskiego konsulatu w Marsylii, dziennikarzem Varianem Fry, który właśnie organizował przerzut do Hiszpanii rodziny Tomasza Manna – syna Golo i brata Henryka wraz z żoną Nelly. Dołączyli więc do nich. Pociągiem dojechali z Marsylii do stacji Cerbere tuż przed granicą hiszpańską. Graniczna stacja Cerbere – jakże właściwa to nazwa!
Piątka uciekinierów powędrowała z przewodnikiem na piechotę, a Varian Fry przejechał legalnie pociągiem do Hiszpanii.
Wędrówka przez góry nie była łatwa. Musieli się wspiąć na wysokość 2000 m, co przy otyłości Franza Werfla i słabej kondycji Henryka Manna było zadaniem nie lada. Z kolei Varian Fry miał prawo obawiać się zainteresowania służby celnej i granicznej rozmiarami bagażu – 17 walizek. W tym 12 walizek Almy Mahler. Alma twierdziła, że walizki zawierają rzeczy absolutnie niezbędne – rękopisy partytur utworów Gustawa Mahlera, rękopis III symfonii Brucknera, rozpoczęte dzieła jej męża i odrobinę jej garderoby. Złośliwi twierdzą, że wszystkie szkice, partytury i rękopisy zajmowały tylko jedna walizkę.
Spotkali się w Portbou – pierwszej stacji po hispańskiej stronie. Varian Fry wrócił do Marsylii, a oni pojechali dalej, pociągiem do Madrytu i w końcu samolotem Lufthansa do Lizbony. Uciekali przed Niemcami samolotem Lufthansa? Czemu nie, w tamtych czasach można było podróżować incognito. Po miesiącu pobytu w Lizbonie pożeglowali do Nowego Jorku. Tam czekał na nich Klaus Mann, syn Tomasza, który w liście do ojca wspomniał, że wszyscy uciekinierzy byli w dobrej formie, tylko Alma wyglądała jak zdetronizowana królowa.

Franz Werfel wypełnił swój ślub – książka Pieśń Bernadetty – KLIK – i film nakręcony na jej podstawie zapewniły mu dobrobyt do końca życia. Był to więc bardzo udany ślub.

Dygresja – Varian Fry pomógł przemycić ponad 2.200 uciekinierów z Niemiec – KLIK.

Moje kolejne spotkanie z Almą nastąpiło w niespodziewanym miejscu – w fikcyjnym osiedlu Tel Kedar na pustyni Negev…

Między wiadomościami nadali program o życiu i miłościach Almy Mahler. Spikerka powiedziała, że świat mężczyzn nie był w stanie jej zrozumieć i widział w niej kogoś innego, niż była naprawdę, a potem opowiadała jaka naprawdę była Alma Mahler. Wyłączyłem ją w pół zdania na potwierdzenie, że świat mężczyzn nie zmienił się na lepsze.

Amos Oz – Nie mów noc – tłumaczyła Agnieszka Jawor-Polak

Rzeczywiście, nie zmienili się. Dowodem może być choćby ta piosenka Toma Lehrera – Najurokliwszą dziewczyną Wiednia była Alma…

Pozwoliłem sobie sparafrazować refren tej piosenki – Almo jakiego użyłaś magicznego tańca, by oczarować Gustawa, Waltera i Franza?

Gustaw, Walter i Franz to kolejni mężowie Almy – Gustaw Mahler, Walter Gropius i Franz Werfel. Zaś pomiędzy mężami, a czasem równolegle z nimi, przez życie Almy przewinęło się wielu słynnych artystów i twórców..

Nie usiłuję zrozumieć Almy Mahler. Nawet wolę jej nie rozumieć. Pozwala mi to przypatrywać się jej i jej otoczeniu czasem w admiracją, czasem ze zgrozą, a ciągle z bezrozumnym oczarowaniem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Evelyn Juers – House of Exile – KLIK – cudowna książka – skarbnica informacji o ucieczce artystów i intelektualistów z hitlerowskich Niemiec.
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.

Różowy network

Aleksandra Hołownia

Alexandra Fly
neofeministyczny projekt artystyczny
lalki odzwierciedlające postać Fly, kostiumy, wideo, zdjęcia
oraz
performance w przestrzeni wystawienniczej

Alexandra Fly, odziana w spektakularny kostium, gęsto obszyty małymi, szmacianymi waginami i penisami, broni praw kobiet.
Podróżując samolotami po Europie i USA, odwiedza wystawy sztuki współczesnej, wywołując zainteresowanie przypadkowych odbiorców.

Usytuowany w przestrzeni publicznej projekt bazuje na:

– świadomej konfrontacji indywiduum z przeciętnym widzem

– reakcjach publiczności, spowodowanych złamaniem tabu oraz

– prowokacji wynikającej z publicznego tematyzowania kobiecych narządów płciowych

Zauważmy, że nie mamy tu do czynienia z nagością, lecz tylko z obrazem abstrakcyjnych form przypominających damskie genitalia. Prezentowany publicznie kostium Fly odtajemnicza waginę, podkreśla że może ona budzić piękne skojarzenia i wcale nie musi być tematem wstydliwych debat.

Fragile1Interakcja z publicznością:

Podczas trwania wystawy, odwiedzającym zostanie udostępniona garderoba z projektu Alexandry Fly. Przymierzając kostiumy publiczność może lepiej zrozumieć protest artystki przeciw dyskryminacji płciowej.

Rzeźba medialna i socjalny network:

Spektakularnej figury artystycznej nie da się nie zauważyć. Artystka spacerując po własnej wystawie, podejmuje dialog z publicznością i odpowiada na pytania zainteresowanych. Chętni mogą sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia z Alexandrą Fly, a gdy wstawią je do Internetu, staną się częścią istniejącego już networku.

Dyskurs feministyczny:

Rewolucja obyczajowa 1968 roku zdecydowanie wpłynęła na zmiany obyczajowości i życia mieszkańców Europy Zachodniej. W innych częściach świata ścisły podział ról na męskie i żeńskie nadal obowiązuje. Od lat masowo napływający do Europy migranci z krajów, w których kobieta zajmuje pozycję podrzędną, nigdy nie słyszeli o rewolucji seksualnej. Ludzie ci, mieszkając w Europie, nadal wycinają dziewczętom łechtaczki, praktykują przymusowe małżeństwa i mordy honorowe. A przecież ten, kto używa przemocy wobec kobiet, zastrasza i niszczy źródło energii życia na Ziemi, a tym samym zagraża całemu człowieczeństwu.

Alexandra Holownia as Alexandra Fly, Paris 2013, Foto Jean Baptiste GurliatParyż 2013, Foto Jean Baptiste Gurliat

Wywiad z Aleksandrą (ukaże się w listopadzie w czasopiśmie Artluk – http://www.artluk.com)

Kim jest Alexandra Fly?

Projekt Alexandra Fly powstał w 2006 roku podczas moich studiów podyplomowych na berlińskim UdK (Uniwersytecie Sztuki). Poszukując nowych metod przekazywania zjawisk w sztuce współczesnej, wymyśliłam poruszającą się w przestrzeni publicznej figurę artystyczną, oddziaływującą na odbiorców poprzez spektakularny kostium.

Ubrana w suknię obszytą szmacianymi waginami i penisami postanowiłam prezentować się w kontekście międzynarodowych wystaw artystycznych. Pseudonim Fly miał swoje odniesienie do częstych lotów samolotami, które odbywałam i odbywam, przedstawiając projekt w różnych krajach. W marcu 2007 roku po raz pierwszy poleciałam jako Fly z Berlina do Nowego Jorku. Poza tym co roku odwiedzam targi sztuki w Bazylei, Brukseli, Londynie, Paryżu i Berlinie. Moje wystąpienia są niezapowiedziane, choć coraz częściej otrzymuję oficjalne, płatne zaproszenia do uczestnictwa w festiwalach sztuki.

Jakie przesłanie zawiera projekt Fly?

W projekcie Alexandra Fly chodzi o łamanie tabu. Pokazuję to, co nie przystoi. Jestem kompletnie odziana, ale publicznie obnoszę uszyte z kolorowej tkaniny intymne części ciała. Odtajemniczam waginę, zmieniam ją w widniejące na moim kapeluszu, spodniach, bluzce, kolorowe, intrygujące obiekty. Demonstrując imitujące waginę, zmultiplikowane formy, pragnę sprowokować publiczność do zastanowienia się nad rolą kobiety w globalnym społeczeństwie. Obecnie w dobie zbliżania do siebie narodów, renesans religii oraz postępująca konserwatyzacja doprowadziły do upadku wartości wywalczonych przez rewolucję seksualną lat 60. Zastanawiam się jak dawne hipisowskie hasło Make love not war byłoby przyjęte w objętych obecnie wojną krajach arabskich? Dlaczego mimo rozwoju cywilizacji religie świata nadal przekazują wizje uciskanej kobiety? Moja manifestacja jest nie tylko skierowana przeciw dyskryminacji płci żeńskiej, lecz również stanowi głos domagający się tolerancji dla odmieńców.

 Jak reaguje publiczność na Alexandrę Fly?

Generalnie publiczność nie jest przygotowana na spotkanie z figurą artystyczną. Często widząc mnie w kostiumie ludzie dowcipnie pytają: Czy mamy karnawał? Obyczaje społeczne tolerują przebranie podczas maskardy. Ja natomiast łamię te przyzwyczajenia i pokazuję strój Fly o różnych porach roku, głównie jednak podczas podróży artystycznych. Niekiedy pobłażliwie uśmiechający się odbiorcy proszą o wspólne, pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowana większość domyśla się, że chodzi o performance. Niektórzy nawet nazywają mnie żywą rzeźbą. (…) Z pewnością pozytywnie wpływa na widzów użycie odcieni różu, czerwieni i fioletu. (…)

Dlaczego kostium Fly zawiera różne odcienie różu i czerwieni?

Wybierając czerwień i róż chciałam przykuć uwagę publiczności. Te populistyczne, wybitnie kobiece kolory kojarzą się wszystkim z miłością, namiętnością, romantyką, wdziękiem i dziecięcym urokiem. Z drugiej strony wyrażają kicz i tandetę. Poza tym dynamiczna, agresywna czerwień wpływa podniecająco na ludzką psychikę, mówi też o uczuciach seksualnych. Kostium ma mocną wymowę, nie można przejść obok niego obojętnie. Wyzywający różowy kolor przyciąga wzrok. W projekcie Alexandra Fly znaczące treści podporządkowałam wesołej, radosnej formie. (…)

Alexandra Flying Instalation Gallery Szyperska 2014Gallery Szyperska 2014

Więcej na stronie projektu

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.