Łużyce wciąż czekają!

Tomasz Fetzki

Lusatia alias Vita 2
reportaż poetyzujący

Kierunek północny zachód! Po prawej stronie widać w oddali wieżę lubanickiej świątyni. Ale o niej, o pastorze Mikławšu i jego serbołużyckim Nowym Testamencie już kiedyś Viator TU opowiadał, dlatego tym razem się tutaj nie zatrzymamy. Jasne, nie ma Łużyc bez Serbów Łużyckich! Ale cierpliwości, będą jeszcze Serbowie. I to nie raz.

A wokół lasy i lasy. Bory sosnowe zazwyczaj, bo takie się na piaszczystych glebach łużyckich najlepiej udają. Gdzieniegdzie wśród tych borów wiją się mniejsze i większe strumyki, potoki i rzeczki. Zaraz za Lubanicami można się natknąć na jedną z nich. Jakiś czas powędrujemy wzdłuż jej nurtu. Nie tylko z tego powodu, że jest ładna. Raczej dlatego, że odegrała istotną rolę cywilizacyjną. Brzmi to może nieco górnolotnie, ale rzeczywiście tak było. Przekonamy się już niedługo.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALubsza, niekiedy Lubicą zwana.

Idzie Viator borem lasem. Żywiczne zapachy wdycha. Meandrującą Lubszę obserwuje. Zamyśla się: meandry, meandry… bieg historii Łużyc zaiste był meandryczny! Plemiona serbołużyckie nigdy nie znalazły w sobie dość siły i determinacji, aby stworzyć odrębny, samodzielny organizm polityczny. Tym bardziej, że nie były jednorodne, nawet językowo. Mówimy o Dolnych i Górnych Łużycach, ale przecież te Górne to tak naprawdę ziemia ludu Milczan. Każdemu, kto choć w miarę uważał na lekcjach historii, gdzieś tam z tyłu głowy pozostał związek frazeologiczny: Milsko i Łużyce. Dolnołużyczanie posługiwali się językiem zbliżonym do polszczyzny, zaś Górnołużyczanin, czyli Milczanin, znacznie łatwiej porozumiałby się z Czechem. Na szlaku naszej podróży jest zarówno Dolna Łužyca (w tej chwili na niej się właśnie znajdujemy) jak i Hornja Łužica, więc będzie jeszcze okazja przyjrzeć się sprawie dokładniej.

Nigdy przeto nie powstało państwo łużyckie, a ziemia ta na przestrzeni wieków wielokrotnie zmieniała swą przynależność polityczną. Często i w różnych konfiguracjach była Lusatia poprzecinana wzdłuż i wszerz granicami księstw, królestw, a nawet cesarstw. Powoli, ale nieubłagalnie, podlegali też Wendowie procesowi wynarodowiania. Dziś już naprawdę niewielu ludzi mówi którymś z języków serbołużyckich. A co będzie za kilkadziesiąt lat? Dlatego przemierzamy Łużyce, póki nie jest za późno.

Ale zmiana granic i języków, jaką przyniósł za sobą rok 1945, to jednak coś całkowicie innego. To metamorfoza radykalna. Granica na Nysie rozdarła Łużyce bardziej dotkliwie, niż wcześniejsze kordony. Teraz ta rana zaczyna się zabliźniać, obie części krainy zrastają się, choć inaczej, niż kiedyś; rodzi się zupełnie nowa jakość. Taki Viator na przykład – Polak, a równocześnie czuje się Łużyczaninem. Kiedyż wcześniej ludzie tak się identyfikowali? Litwo, ojczyzno moja…

Przypadł więc Polsce wąski pas Łużyc. Historia niechcący wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego: na niewielkim obszarze możemy, jakby w miniaturze, obejrzeć efekty różnych procesów dziejowych. Cywilizacyjnych, jako się rzekło. Dlatego właśnie ruszyliśmy z biegiem Lubszy. Panie, Panowie: oto Miasto w Trzech Odsłonach!

Najlepiej byłoby rzecz ująć chronologicznie. Ale cóż poradzić! Jako pierwszy spotykamy na naszym szlaku gród drugi pod względem wieku. Lubsza wpływa do Jasienia – miasta, które właśnie rzece zawdzięcza swe istnienie. Początkowo była tu tylko serbołużycka wioska Gaśyn. Ale przyszła Wojna Trzydziestoletnia, okolica wyludniła się. A w tym samym czasie ze Śląska masowo uciekali protestanci, prześladowani przez arcykatolickich Habsburgów. Co więc mamy? Rzekę, mogącą poruszać młyny, tartaki i inne warsztaty, świetnie wykwalifikowanych rzemieślników, gotowych przybyć i się osiedlić oraz granicę tuż obok (gdy ją będziemy przekraczać, opowie i o niej Viator), a więc perspektywy lukratywnego handlu. Grzechem by było nie skorzystać. Toteż właściciel tej ziemi, Rudolf von Bunau, wykorzystał szansę, lokując nowe miasto – Gassen.

Odsłona Pierwsza: prywatne miasto gospodarcze. Z woli arystokraty powstało, na jego dobrobyt pracowało i jemu całkowicie było podporządkowane. Żadnych samorządów. Żadnej zażyłości z Panem. I żadnych funkcji obronnych. Znalazło to odzwierciedlenie w układzie przestrzennym: pałac wraz z folwarkiem w pewnym oddaleniu od osady, sieć ulic nie odzwierciedlająca żadnej szczególnej koncepcji urbanistycznej oraz brak jakichkolwiek fortyfikacji. Natomiast rynek bardzo ciekawy, w rzadko stosowanym kształcie trójkąta. Najlepiej spojrzeć na to z góry.

Lubsza (2)

Ambicją Viatora jest używanie wyłącznie własnoręcznie wykonanych zdjęć. Ale czasem się po prostu nie da. Oto Gassen z lotu ptaka (do współczesnej fotografii Viator nie dotarł). Trójkątny rynek widać jak na dłoni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARaz jeszcze Lubsza przyczyniła się do rozwoju miasta dwa wieki później, w epoce industrialnej. Korzystając z jej pracowitego nurtu niejaki Theodor Flöther założył kuźnię, która rozrosła się potem w sporą fabrykę. To był początek jasieńskiego przemysłu.

Tablica upamiętniająca dwusetną rocznicę miasta Gassen. Data 1660 to rok lokacji, zaś 1855 to narodziny przemysłu. Jak widać, mieszkańcy w nim upatrywali swą świetlaną przyszłość.

X

X

Po roku 1945 Gassen stał się Jasieniem. Ale ślady dawnych czasów można tu bez problemu odnaleźć. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie. Viator wie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPrzed wojną, jak głosi napis, była tu siedziba miejskiej straży pożarnej. I tak zostało do dziś.

Rzeka dalej zdąża na północny zachód. A my wraz z nią. Jasień i kolejne nadlubszańskie miasto dzielą tylko trzy kilometry. Ale przez kilkaset lat to były inne światy. Od 1482 do 1815 roku obie osady dzieliła granica państwowa. Mieszkańcy Jasienia byli poddanymi elektorów saskich, zaś Sommerfeld przynależał do Brandenburgii. Dopiero Kongres Wiedeński zmienił ten stan rzeczy. Saksonia, ukarana za alians z Napoleonem Bonaparte, utraciła Gassen (jak również Sorau, z którego wyruszyliśmy) na rzecz sąsiedniej Brandenburgii, de facto Prus.

Sommerfeld, czyli serbołużycki Žemŕ (albo Zemsz), także zawdzięczał swe istnienie Lubszy, ale z innego powodu. Jakiego?

Odsłona Druga: średniowieczne miasto lokacyjne. Powstało na miejscu starego plemiennego grodu, wykorzystującego wody oraz bagniska Lubszy dla wzmożenia swych walorów obronnych. Zgodnie z zasadami lokacji na prawie magdeburskim, Sommerfeld został ciasno otoczony murami obronnymi (zaś Lubsza ze swymi odnogami pełniła rolę miejskiej fosy), ulice, dla ekonomicznego wykorzystania niewielkiej przestrzeni, tworzyły regularną siatkę, zaś w centrum wytyczno rynek, na którym wzniesiono siedzibę miejskiego samorządu i symbol autonomii prawnej – ratusz. Jasień takowego nie posiadał.

Lubsza (5)

Serce Viatora jako ptak ku górze wzlatuje, ale reszta za nim podążyć niezdolna. Drugi raz trzeba więc było zapożyczyć zdjęcie. Widać na nim wyraźnie, jak Lubsza wpłynęła na układ przestrzenny miasta. Widać też, w centrum, ratusz i kościół farny.

Ten ratusz i kościół to jeden z najciekawszych historycznych zespołów architektonicznych, jakie miał okazję oglądać Viator. Popatrzmy razem: w świątyni, wzniesionej wedle reguł stylu gotyckiego, dominują linie pionowe, wertykalnie ku Bogu kierujące. Zaś ratusz, w czasach renesansu zbudowany, eksponuje linie poziome, horyzontalnie i humanistycznie wiodące do Człowieka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAInne style, inne epoki, inne ideały. A całość, mimo to, zadziwiająco harmonijna.

Po II Wojnie Światowej zamierzano powrócić do serbołużyckiej nazwy Zemsz. Ostatecznie jednak, ze względu na rzekę domową, miasto nosi nazwę Lubsko.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATyle pozostało po dawnym mianie.

My zaś żegnamy się z Lubszą, ale nie odchodzimy daleko. Po pokonaniu niecałych dziesięciu kilometrów stajemy przed bramą kolejnego miasta.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABramy były trzy. Ocalała jedna.

Odsłona Trzecia: barokowe miasto rezydencjalne. Stanowiło aneks do rozległego zespołu pałacowo – parkowego. Miało olśniewać i głosić chwałę Właściciela. Stąd bramy tryumfalne, stąd też szerokie ulice, zamknięte dominantą widokową.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWszystkie drogi prowadzą do… pałacu.

Na realizację takiego przedsięwzięcie trzeba było sum astronomicznych. Ale twórca i władca Pförten miał dość pieniędzy. Hrabia Heinrich von Brühl (świetnie znany czytelnikom powieści Kraszewskiego) był zausznikiem, faworytem i złym duchem Augusta Mocnego, jego pierwszym ministrem oraz kolekcjonerem stanowisk i tytułów, który sztukę korupcji opanował w stopniu mistrzowskim. Kanalia, przy której większość współczesnych polityków jawi się jako banda niezdarnych amatorów, nie miała żadnego problemu z dostępem do funduszy, tak legalnych, jak i zdefraudowanych. Koszty nie grały roli, a efekty widać do dziś.

Lubsza (10)Raz jeszcze musiał skorzystać Viator z zasobów Wielkiej Sieci, ale chyba warto było. Tylko tak barokowy układ przestrzenny jawi się w pełnej krasie.

Mimo tego, że pałac popadł po wojnie w ruinę, park zarósł, a gród (nazwany przez Polaków Brodami) utracił prawa miejskie, wizja von Brühla i kunszt architekta, Johanna Christopha Knöffela, nadal nie pozwalają przejść obojętnie.

W drogę, Łużyce wciąż czekają!

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie –
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku

Droga do Santiago, miejsce bez nazwy

Ewa Maria Slaska osiem lat temu na drodze do Santiago de Compostella

Wtorek, 18 września

Chcę dojść do Castrojeriz. To znane miejsce, wszędzie w relacjach o Camino znaleźć można to zdjęcie, droga, w oddali samotna niewysoka góra jak biust, zwieńczona zamkiem.

Jeśli nie będzie gorzej niż dziś, to powinnam dać radę. Zajrzałam wczoraj do ewangelii św. Łukasza, którą Mietek miał ze sobą w maleńkim wydaniu. Otworzyła się na rozdziale wjazd do Jerozolimy: I stanął u stóp góry zwanej Oliwną.

Czy to mi coś mówi? Czy w całym tym zgiełku w ogóle coś jeszcze człowiekowi coś mówi? Coraz mniej mi się śni, och, wiem, oczywiście, że mi się śni, ale coraz mniej pamiętam. Gdyby to dotyczyło tylko pielgrzymki, to bym powiedziała, za dużo ludzi naokoło, ale w życiu tak nie jest, a śni się mało, coraz mniej. Chciałabym, żeby coś mnie prowadziło, ale co właściwie? I dokąd? Tam, gdzie nie będzie już nędznej pracy, nędznej płacy i udawania, że jestem cool.

Wychodzę o 7.30 i o 10 mam za sobą 11 kilometrów. Cool. Droga cudowna, słońce, wiatr, wyżyny. Wielkie hiszpańskie wyżyny, ci poeci Mamy musieli o tym właśnie pisać. Wyżyna to coś wspaniałego. Nigdy przedtem nie przeżyłam tej formy geograficznej tak namacalnie i świadomie. Wielkie pofalowane przestrzenie żyznej czarnej ziemi, wielkie niebo, wiatr, słońce i chmury, wioski w kotlinach.

sant3O 12 jestem w Castrojeriz. Małe miasto, ruiny zamku na górze i pięć kościołów. Ładnie tu, ale pogoda piękna, mam ochotę iść dalej. Wchodzę do albergo po pieczątkę i gorącą wodę na herbatę. Pytam, czy mogą się przespać godzinkę na trawie? Mogę. Wodę dostaję za darmo. Pyszna herbata.

Po drodze potężne ruiny klasztoru świętego Antoniego z XIV wieku.

Droga przez wielką górę, której znowu nie ma na mojej karteczce. Najwyraźniej, tego co przygotował ten karteluszek, obchodzą tylko możliwe miejsca postoju, natomiast droga z A do B w ogóle go nie interesuje. Zgubiłam po drodze butelkę z wodą, ale na górze dostanę nową od pielgrzyma, Włocha. Zgubiłam też japonki, to spora strata, ale mam nadzieję, że w najbliższym schronisku jakieś znajdę. Idzie się lekko, dobrze, po szerokiej drodze z mostem przez wielką rzekę. Znowu góra, znowu rzeka, ale zanim tam dojdę spotka mnie… Cud!

ewamostW starym małym kościółku, z na wpół zrujnowanym dachem schronisko na 12 osób. Completo. Oczywiście komplet-omlet-klops, dlaczego akurat ja miałabym dostać nocleg w takim schronisku, o jakim przez całą drogę marzy każdy porządny pielgrzym? A jednak dostaję. Schronisko prowadzą dwaj mnisi z Ferrary. Proponują, żebym weszła i odpoczęła, zanim pójdę dalej. Mogę zjeść z nimi kolację. Pytają kim jestem, odpowiadam, że Polką. “O, to tu jest twój rodak, z Oświęcimia.” Siadam przy stole, przedstawiam się, Waldek dzieli się ze mną zapasami – chleb i ser dostał od mnichów, wielkiego pomidora zerwał w jakimś ogrodzie przy drodze.  “To nie kolacja”, mówi, “kolacja będzie potem. Na kolację przyjdą wszyscy pielgrzymi, a potem będzie…, sama zobaczysz” “Nic nie zobaczę”, mówię, “muszę iść dalej”. Ale nie, nie muszę. Waldek szepcze przez chwilę z mnichami i prowadzi mnie do jednej z 12 prycz. “Tu bądziesz spała”, mówi i zabiera swój plecak. “A ty?” “A ja? Na strychu.”

Jemy, pijemy wodę (ja) i wino (Waldek), rozmawiamy. Waldek był już dziesięć razy w Santiago. Właśnie wraca i liczy na pracę przy winobraniu w prowincji Rioja. Czasem pracuje też przy bambusach. Ciekawe, nie wiem, jak się pracuje przy bambusach? “Normalnie, żniwa”, mówi Waldek.

Na kolację zupa jarzynowa, chleb i wino, a potem wspólna modlitwa i… o tak, umywanie nóg. Siedzimy w kręgu, a nasi dwaj gospodarze myją nam stopy. Jestem tak zażenowana, że w ogóle nie wiem, jak się zachować.

Po kolacji zbieramy z Waldkiem naczynia i idziemy do baraczku w podwórku, pozmywać.

Spać. “Tu”, pokazuje Waldek, “tu jest grób”. Nie rusza mnie to, wielkie rzeczy, w kościołach zawsze są groby. “Ale to grób pielgrzyma, który umarł na drodze dwa lata temu.” To oczywiście zmienia postać rzeczy. Stajemy przy grobie, modlimy się przez chwilę. “Dobrze ma”, myślę, “dobrze tak umrzeć i tak być pochowanym.”

Kładę się do łóżka. Przez dziurę w dachu widać gwiazdy i księżyc w pierwszej kwadrze.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungkostrzyn2 kostrzyn1

Głos rozsądku rozsądek ubezpieczający

Nie publikowałam tu nic na temat głośnej sprawy profesora Chazana, bo się nie znam i mogłabym tylko powtarzać cudze opinie, ale oczywiście, wiedziałam sama, co myślę. A myślałam jedno: obrzydliwość.

Teraz napłynął tekst. Spokojny, wyważony i rozsądny. Dziękuję Autorowi.

Krzysztof Mika

Męczennik niekompetencji

Z zażenowaniem i zdziwieniem obserwuję zawieruchę wokół profesora Chazana. Tak się składa, że od kilkunastu lat jestem współwłaścicielem i współzarządzającym przychodni lekarskiej (nie najmniejszej), wcześniej pracowałem w ministerstwie zdrowia, napisałem dziesiątki (jak nie setki) artykułów na temat służby zdrowia. Chcąc nie chcąc znam akty prawne dotyczące służby zdrowia, praw pacjentów i związane z ochroną zdrowia przepisów kodeksu cywilnego i karnego. Sam w swoim czasie uczestniczyłem (jako doradca ministra zdrowia) w kreowaniu niektórych z aktów prawnych i przepisów im towarzyszących.

Zacznijmy zatem od początku. Profesor Chazan podpisując kontrakt z NFZ miał pełna świadomość, że zawiera on zapisy dotyczące usług przerywania ciąży, oczywiście w ramach obowiązującego prawa. Zatem jeśli posiadał sumienie, a sadzę że nie pojawiło się ono w ostatnich dniach, tego kontraktu podpisać nie powinien. I już. Albo tak negocjować, żeby ograniczyć zakres kontraktowanych usług: tego nie robimy w moim szpitalu i już. Oczywiście jak znam NFZ, a znam dobrze, byłoby to trudne, ale może do zrobienia. Gdyby się nie udało, można powiedzieć oficjalnie i dla wszystkich słyszalnie: takich zabiegów nie wykonujemy. Być może skutki byłyby przykre finansowo, ale sytuacja jasna, zdefiniowana. No ale z tego co wiem, nic takiego się nie stało. Może chodziło przede wszystkim o pieniądze, ale jednocześnie profesor postawił się w sytuacji niemoralnej. Nieświadomie? Wątpię?

A zatem od początku występując w roli zarządzającego, postawił się w sytuacji co najmniej niejednoznacznej moralnie, a może raczej dwuznacznej… Podpisując kontrakt zawierał pakt z diabłem i wiedział co robi. Oburzenie moralne i postawy „pro life” powinny ujawnić się wówczas.

I dalej – sytuacja bieżąca ma swoje korzenie w tej wcześniejszej decyzji, ale jako taka nie ma nic wspólnego z racjami moralnymi i wyborami na poziomie kardynalnych wartości religijnych. Cały problem to efekt niefachowego zarządzania, do którego dorobiono ideologię. Decyzję, którą podejmował profesor, podejmował w dwóch rolach: jako lekarz i jako manager. Znał wszystkie elementy sytuacji, stan płodu, późne terminy i sytuację ciężarnej. Jako lekarz. Kierujący się klauzulą sumienia miał do zrobienia tylko jedno: powiedzieć – my tego nie zrobimy, ma pani bardzo mało czasu na podjęcie decyzji, ale w Warszawie szereg szpitali może Pani pomóc. Proszę się pospieszyć. I już.

Nic nie trzeba wskazywać, współuczestniczyć. Poinformować i już. Ale nie przeciągać. W roli zarządzającego działanie należałoby zacząć od rozmowy z radcą prawnym, który zapewne powiedziałby co robić, żeby nie łamać prawa i nie postawić się w sytuacji dylematu. Najprawdopodobniej skończyło by się, podobnie jak w przypadku roli lekarza: „tego nie zrobimy proszę się informować w innym szpitalu. I proszę się pospieszyć, ma Pani mało czasu”. W gruncie rzeczy w obu przypadkach działanie podobne , uczciwie stawiające sprawę, bez zagrożenia wartości deklarowanych przez profesora Chazana. Decyzję podjęłaby by kobieta, a i tak jej z odpowiedzialności nie jest w stanie zwolnić. I już. I takie zachowanie nie jest ucieczką od problemu, tylko pozostawieniem podjęcia decyzji właściwej osobie, bez uzurpowanie sobie prawa do decydowania. Oczywiście matka powinna mieć dostęp do wszystkich informacji dotyczących stanu dziecka, ale powtarzam, decyzja należy do matki. Profesor, nawet kierujący się najlepszymi intencjami, nie ma prawa do takich decyzji.

A zatem cała sprawa to nie kwestia ochrony życia tylko braku kompetencji w sytuacjach krańcowych, trudnych, ale od tego są dyrektorowie, żeby takie problemy rozwiązywać. Zawierucha medialno-religijna zaciemnia sytuację, która jest przykładem fatalnego poziomu zarządzania w służbie zdrowia, oraz, nazwijmy to po imieniu: braku podstawowych umiejętności z zakresu rozwiązywania konfliktów, bo w istocie problem, z którym zetknął się profesor Chazan to przykład sytuacji konfliktowej, ale do prostego rozwiązania. Sadzę, że obecność prawnika sytuację by uprościła. Powtarzam, tu nie chodzi o ochronę życia, bo jeśli tak nie powinno się podpisywać kontraktu z NFZ, albo przestać zrządzać publicznym szpitalem, ale o brak kompetencji.

Autor jest dziennikarzem, ma własne programy w radiu „Wnet”: Biuro rzeczy odłożonych, 5 x dlaczego, Cumy rzuć, żagle staw, Diabetyk na fali, samochody i ludzie. Jest doradcą minister Ewy Kopacz ds. zapobiegania konfliktom społecznym i komunikacji. W latach 2006-2008 prowadził własny program w TV Biznes (Polsat), w latach 2004-2011 współpracował z „Mówią Wieki”, „Jachtingiem”, „Automobilistą” „Życiem Warszawy”, „Arcana”, od marca 2003 do marca 2004 prowadził własny program ekonomiczny w Radiu Tok FM (Kawa z odrobiną ekonomii), a w latach 2002-2004 pracował jako rzecznik prasowy Polskiego Związku Żeglarskiego.

 

Harbin w grudniu

Aleksandra Hołownia

Grudniowa impreza w Harbinie

China Skull 4-Harbin 2011W sierpniu 2011 roku, tuż po powrocie z wakacji otrzymałam maila od chińskiej kuratorki Danyang Zhao. Było to zaproszenie do udziału w wystawie tematyzującącej tęskonoty za demokracją w Chinach. Zawsze pragnęłam odwiedzić Chiny. Jednak sytuacja polityczna tego kraju niewiele mnie obchodziła. Przypomniałam sobie, że podczas Biennale w Wenecji w 2011 roku, płynąc tramwajem wodnym, przeczytałam napis: By by, Ai WeiWei, widniejący na ścianie domu stojącego na wyspie Giudecca. Dowcipny gryzmoł wzmacniało pytanie: Where is Ai WeiWei? umieszczone na noszonych przez gości Biennale szmacianych torbach. Świat sztuki protestował przeciw aresztowaniu krytykującego chiński reżim artysty, Ai WeiWei.

China scull, pencil drawing and
acryl on paper, Harbin 2011

Na Uniwersytecie Sztuki (UdK) w Berlinie oferowano Ai WeiWei nawet profesurę. Lecz ten wielkoduszny gest mało wzruszał rząd chiński. Po kilku miesiącach Ai WeiWei wyszedł z więzienia, lecz natychmiast uznano go winnym nadużyć podatkowych. Wymierzono mu grzywnę 15 milionów yuanów, czyli około 1,8 miliona euro. Do dziś Ai WeiWei nie może opuścić swego ojczystego kraju. (W 2011 roku ArtReview ogłosiło Ai WeiWei najważniejszym artystą świata).

Dzięki wsparciu wielu anonimowych ofiarodawców Ai WeiWei zapłacił ogromną karę w terminie, ale nadal nie może wyjechać z Chin. W roku 2014 wystawy jego prac odbyły się w Berlinie i Londynie (przyp. red.).

Przed laty rozmawiałam z zamieszkałym w Sydney chińskim rzeźbiarzem i dysydentem, Ah Xian, który w 1989 roku, tuż po krwawym stłumieniu protestów studenckich na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, wyemigrował do Australii. Ah Xian opowiadał mi o trudnych czasach dla chińskich artystów i intelektualistów. W Berlinie, na UdK studiowałam z Chińczykami, lubiłam ich, gdyż byli bardziej uczynni od niemieckich kolegów. Poza tym mieli rozwiniętą kolektywną świadomość.

Dlatego, gdy Danyang Zhao zorganizowała dla mnie indywidualny pokaz, połączony z prelekcją i workshopami, postanowiłam polecieć do Chin. Planowanym wystąpieniom miała towarzyszyć także wspólna wystawa zatytułowana I Wish, złożona zarówno z moich prac, jak i czterech pozostałych artystów berlińskich. W pokazie tym kuratorka Zhao połączyła intencje i wymowę instalacji, grafik, malarstwa zaproszonych twórców z zebranymi w internecie marzeniami chińskich obywateli o lepszych, humanitarnych, demokratycznych Chinach.
W dniach 07-08 grudnia 2011 roku w Art and Design Apartment in Degiang College oraz Industry Design Office in Huarui College w Harbinie odbyły się pokazy filmów wideo, przedstawiających moje projekty artystyczne. W obydwu uczelniach przeprowadziłam również wykłady o własnej twórczości jak i minimalizmie w sztuce współczesnej. Liczba zainteresowanych słuchaczy przekroczyła 200 osób. Tłumaczka na chiński, kuratorka, Danyang Zhao poprosiła studentów, by określili, czym jest dla nich sztuka. Sztuka to piękno, powiedział jednen z młodych ludzi. Także pozostali dyskutantci kojarzyli pojęcie sztuki z harmonią i pięknem. Zdziwiło mnie, że pogrążeni w poszukiwaniu estetycznych doznań młodzi ludzie nie chcieli w świecie niczego zmieniać, że zapomnieli o polityce, problemach społecznych czy ekologicznych. Pierwszy workshop w Art and Design Apartment in Degiang College dotyczył mojego, zainaugurowanego w 2004 roku w Berlinie, projektu artystycznego Noc Wspomnień.
Przypomnienie projektu opartego na tradycji polskich Zaduszek, towarzyszyło życzeniom pozwolenia oficjalnego celebrowania w Chinach pamięci zmarłych członków rodziny i przyjaciół. Uczestnicząca w workshopie młodzież paliła świeczki, opowiadała o swych nieżyjących już dziadkach i sąsiadach. Wielką frajdę sprawiało wszystkim malowanie ornamentów na moich rysunkach czaszek. W ten sposób powstały nowe, wspaniałe kompozycje, stanowiące podstawę późniejszej wspólnej instalacji. Kolejny workshop w Industry Design Office in Huarui College związany był z poszukiwaniem graficznego symbolu narodzin i umierania. Tu grupa 20 osób wykreowała wizualne formy obrazujące początek i koniec życia, po czym każdy z uczestników opowiadał przed kamerą, co narysował i dlaczego. Zafascynowało mnie selektywne myślenie moich chińskich studentów. Potrafili oni stworzyć proste znaki, niespektakularne i komunikatywne. Spotkania cechowała przyjazna atmosfera – wszyscy pragnęli wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Przebywanie z otwartą na informacje, komuniktywną grupą dawało pozytywną energię. Zewnętrznie fascynowały mnie ogromne, nowoczesne, przestrzenne budynki harbińskich uniwersytetów. Wielomilionowy Harbin posiada 19 wyższych uczelni, tu studiuje przyszłość Chin. Samo miasto zadziwia niebywałym rozmachem architektonicznym, drapaczami chmur, wspaniałym oświetleniem budynków. Czasami tylko przyjezdnych dziwią opustoszałe, szerokie ulice oraz stojące na wymarłych, bezludnych osiedlach, pozbawione mieszkańców wieżowce.

***
Fotograficzne i filmowe impresje autorki z podróży do Chin.

pekinczyki

***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Łużyce czyli Lusatia

Tomasz Fetzki
… alias Vita 1
reportaż poetyzujący

Niektórzy to mają dobrze: na warsztat biorą sobie Camino de Santiago. A tam? Aż gęsto od znaczeń i kontekstów. Roją się egzotyczne persony, krajobrazy zmieniają jak w kalejdoskopie. Pielgrzymka jako metafora, życie jako wędrówka… po kres, po Cabo Finisterra… Czego więcej może chcieć literat?

Viatora wysyłają tymczasem na pustkowia oraz bezdroża. I każą pisać. O Łużycach. Zaś Łużyce, wiadomo, to kresy kultury, pobocze historii i dzikie pogranicze. Piachy albo, do wyboru, błota. Trudne zadanie dostał wędrowiec, lecz nie bez przyczyny. Ci, którzy go pchnęli w tę podróż wiedzą, że Łużyce to jego kraina rodzinna, którą kocha i wciąż od nowa odkrywa. A tym, co odkrywa, mógłby się podzielić – zasugerowali ci tajemniczy Oni.

Właściwie dlaczego nie? Ale jak sprostać temu wyzwaniu? Zaryzykujmy, niebezpiecznie zbliżając się do grafomanii, taką oto przenośnię: peregrynacja po szarych i przaśnych Łużycach jako droga do własnego wnętrza – pozornie znanego i nieefektownego, a przecież pełnego niespodzianek i zadziwień. Ba, czasem nawet człowiek się natknie na perłę, którą gdzieś tam w głębi, nie wiedząc o tym nawet, piastuje! Może być? Metafora zużyta co prawda, ale widocznie nośna, skoro tak intensywnie używana…

Niech przeto nie spodziewa się Czytelnik systematycznego wykładu geografii, historii czy kultury Łużyc – od tego ma Wielką Sieć i coraz bogatszy wybór książek. Niech nie oczekuje bedekera, kompetentnie i wyczerpująco opisującego atrakcje turystyczne rozsiane między Kwisą i Łabą, a przy tym zachęcającego namolnie do ich odwiedzenia. Tego Czytelnik tu nie uświadczy. Cóż więc „uświadczy”?

Viator zaprasza na wspólną wyprawę do miejsc, które są dla niego, z różnych skądinąd powodów, bliskie i ważne. Ich wybór jest, jak mówią, autorski, może więc zaskoczyć obecnością tego, a brakiem tamtego. Trudno – wszak sama Ewa Maria orzekła niedawno: no risk, no fun!

A teraz szczypta patosu: kto gotów, niech rusza z Viatorem, aby przez kilka najbliższych wtorków, po obu stronach granicy, penetrować tajemnice Łużyc: ojczyzny kilku ludów i języków, krainy rzekomo bliskiej, a przecież osobliwej, niby prozaicznie przewidywalnej, a wciąż zaskakującej – jak dusza każdego z nas! Ufff, wystarczy… na wysokim diapazonie łatwo sobie zedrzeć gardziołko, a tyle jest do opowiedzenia.

**********************************

Na początek Żary. Tu rozpoczął Viator swą ziemską wędrówkę i tutaj jest jego miejsce pod słońcem. A ma to miejsce tradycję długą, bo ponad tysiącletnią! Tak przynajmniej świadczy notatka, jaką umieścił w swej kronice Thietmar.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATablica na żarskim ratuszu, głosząca, iż roku pańskiego tysięcznego i siódmego Bolesław Chrobry na nowo zajął (…) kraj Żarowian.

 Nie wspomina co prawda biskup Meresburga o mieście Żary, lecz o terytorium serbołużyckiego plemienia Zara, jednak, o czym zgodnie świadczą znawcy tematu, plemię takie musiało mieć siedzibę obronną, gród będący protoplastą współczesnego city. Zresztą miasto, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, też ma bogatą, siedemset pięćdziesięcioletnią historię. Żary lokowano na prawie magdeburskim zaledwie trzy lata później niż Kraków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOd kilkuset lat nad miastem czuwają średniowieczne wieże. Niemcy zwali je Die Drei Getreuen. Jak to przetłumaczyć: Trzech Strażników? Trzech Opiekunów? A może – Trzy Piastunki?

 Ale w ciągu tego millenium dziejów miasto nigdy, aż do roku 1945, nie było językowo (bo politycznie różnie się plotło: Bolizavus denuo occupat…) polskie. Początkowo mieszkali tu Serbowie Łużyccy (specjaliści żachną się, dowodząc, iż teren plemienia Zara to obszar przejściowy, pograniczny, dolnołużycko-lechicki; niech i tak będzie, lecz język ewidentnie polski zakrólował tu dopiero po ostatniej wojnie), ale z czasem, dość szybko, samo miasto stało się niemieckie; jednak w okolicznych wioskach jeszcze długo brzmiała mowa słowiańska.

Inna sprawa, że Polacy docierali i tutaj: choćby kilkadziesiąt rodzin z Pszczyny, których w XVIII wieku do Żar sprowadził hrabia Erdmann II von Promnitz – właściciel obu tych miast. Zostały po nich ślady w nazewnictwie obiektów miejskich. Najsłynniejszy z nich to Kornaczewskihaus – najstarsza zachowana kamienica mieszczańska i jedna z pierwszych, wzniesionych extra muros z trwałych materiałów, nie z drewna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARenesansowa Kamienica Kornaczewskich. Ród przybyły ze Śląska zamieszkiwał ją aż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. A w tle: dwie Piastunki.

Tyle, że te polskie akcenty to epizody, dodatki, aneksy. A trafiały się też żydowskie, francuskie, zdarzył się nawet szkocki. Lecz „rdzeń” pozostawał teutoński, był trwały i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale czyż masz coś trwałego na tym łez padole? Przyszedł pamiętny dzień 17 lutego 1945 roku i dzieje Sorau dobiegły kresu. Jednak zanim w Żarach (krótko po wojnie, o czym mało kto wie, na pewien czas – w Żórawiu) na dobre zagościła polszczyzna, najpierw miasto zostało zdominowane przez innych przybyszów, także posługujących się słowiańskim językiem. Oni także zostawili po sobie ślad.

Każdy Żaranin wie, gdzie się znajduje cmentarz żołnierzy radzieckich. I prawie każdy jest przekonany, iż pochowano na nim tych, którzy polegli podczas zdobywania miasta. Viator też tak myślał jeszcze do niedawna. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona. I zaskakująca. Przyjrzyjcie się czterem płytom nagrobnym: zostały dobrane jako zestaw typowy i reprezentatywny. A jednak pewien szczegół, niewyrażony wprost, winien zwrócić naszą uwagę. Ktoś już wie?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA SAMSUNG DIGITAL CAMERAIleż to razy odwiedził wędrowiec tę nekropolię, zanim zauważył, że coś tu się nie zgadza: walki o Żary zakończyły się, jak wspomniano, 17 lutego, zaś większość dat śmierci to kwiecień i maj, a trafiają się nawet te z końca czerwca. W Sorau Sowieci założyli potężny szpital polowy i zwozili tu rannych z innych pól bitewnych. Kto wie, może nawet z walk o Berlin? I tutaj, jeszcze długo po klęsce III Rzeszy, żołnierze umierali z ran.

Ale to nie wszystkie tajemnice radzieckiego cmentarza. Jeśli spojrzymy jeszcze dokładniej, dotrze do nas, iż są tu pochowani tylko oficerowie (plus kilku sierżantów, nic poniżej). Taka oto demokracja panowała w robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej! Szeregowcy spoczywają gdzie indziej, w masowych grobach. Nazwijmy rzecz po imieniu – w dołach. Kiedyś to miejsce uhonorowano kilkoma obeliskami, ale już od wielu lat nikt się o te pomniki nie troszczy. Toteż wyglądają tak, jak wyglądają.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA kiedyś były stosowne napisy i gwiazda czerwona na szczycie. Kiedy?

 To jest drugi żarski cmentarz radziecki. Spytajcie jednak kogokolwiek spośród mieszkańców miasta, gdzież on się mianowicie znajduje! Możecie być pewni, że popadnie w głębokie zdumienie. Jaki drugi cmentarz. Jest taki? Viator dowiedział się o jego istnieniu po czterdziestu paru latach życia w Żarach. I powiedzcie teraz, że nie warto wciąż od nowa…

Miejsce wiecznego spoczynku nieszczęsnych sowieckich szeregowców utonęło w niepamięci. Za to, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, Żaranie intensywnie odkrywają na nowo niemiecką, a nawet serbołużycką przeszłość miasta. Bo też innej nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATak zwana Kaczarka, czyli po prostu Serbołużyczanka w zrekonstruowanym (różne mądrale twierdzą, iż nieprecyzyjnie) stroju łużyckim regionu żarskiego.

Dlatego figura Kaczarki, choć świeżej daty, wrosła już na stałe w krajobraz Żar. Czasem zimą jakaś litościwa dłoń założy jej szalik, niekiedy wiosenną porą ktoś w jej dłonie włoży bukiecik kwiatów… Taki żarski Manneken Pis: ktoś swojski, bliski, tutejszy i bardzo lubiany.

Na razie jednak żegnamy Cię, miła Kaczarko! A za kilka tygodni, gdy wrócimy z podróży, będziemy rozumieć znacznie lepiej, kim naprawdę jesteś. I pogawędzimy o NASZYCH Łużycach.

Thonet

Kasia visited a chair shop in Berlin

Kasia Krenz, Ulrich Fries

“THONET”

10.08.2014 02:11 Kasia Krenz wrote:

Dear Mr Fries,
I missed you on Saturday morning when I came to your shop to deliver the poem that I have promised to write for you. So I left it on your desk and do sincerely hope that you enjoy it.
It was so very nice meeting you, thank you.
With best regards,
K.K.

The Chair

by Kasia Krenz

For Ulrich Fries, 7th of August, 2014

Traditionally made of wood that was once a tree, a chair is a living object.

Hence a chair has a life of its own, a genealogy and roots,
and a role to play here on Earth. In the beginning it was an elm,
a chestnut, or perhaps an oak or an ash, and sometimes, rarely,
it might have been even a rose tree — a challenge in its own right.

On our demand a tree becomes an object apparently
inanimate and lifeless, or even dull and insensate.
Something to be set on fire, a shelter for our birth and death.
A witness to our love and betrayal. A place to sit and cry.

Neither its inventor Herr Thonet, nor the model’s number should you forget.
Better known as Konsumstuhl Nr. 14, a bistro chair, or simply: the Thonet,
this chair of chairs was made of bentwood with a unique steam-bending
technology that required years to perfect. With its affordable price and simple design,
it has become one of the best-selling chairs ever made. Some 50 million No. 14’s
were sold only between 1859 and 1930, did you know that?

Ever since it entered our social life, on 4 legs, in the year 1859, it has remained essential. Ave!

The tree was not prepared to serve our purpose — as a witness
to our wars and stories, a companion to our morning coffee-and-journal,
or to a letter written in solitude on a bleak Winter night.
It has experienced and learned so much, and thus became such an educated tree.

The chair: an actor on the stage of my life.

trzykrzeslaIn front of the shop – Fotos Kasia Krenz

Re: The poem / Ulrich Fries / Aug 10 at 4:02 PM / To: Kasia Krenz
Dear Kasia,

…i was gone to a family meeting near Bremen. It is ok with the pics and the publication and i added a little material for it. First, there is a rebound of your poem:

To be
A chair
As heir
Of a tree

Needs me
To make
A fake
Of a she…

And second, here is the pic of the “She”:

You can see the No 14 chair upside down in the center of “She”. thonetUF1(By the way She is 2.6 meter high). A friend from the Scottish border, a devoted bird watcher, found the name “She” since she saw a “pregnant lady”- as she expressed it – in the sculpture.
thonetUF2I did not yet go to the shop, but i´ll read your poem tomorrow… …i just came back from Bremen and will have a nap now. When you have your poem published, you might suggest your sister to tell the whole story, that i´m doing sculptures from bentwood chairs… Third, here is me in front of the shop with another sculpture, “Jack And The Beanstalk”.

Have a nice time and enjoy the summer
XXXXXXXXXXXXUlrich

XXXXXXXXXXXXIn front of the shop – Fotos Ulrich Fries

xxxxxxxxxxxxBleibtreustraße 53, Berlin-Charlottenburg, Tel.: 313 46 05
xxxxxxvvvvvvMo. – Fr. 12-18.30, Strd. 11-14

Kresy na Warmii i Mazurach

Autor i Edmund Nowak, autor zdjęć, biorą udział w polsko-niemieckim projekcie Śladami Poetów – Ernst Wiechert i Konstanty Ildefons Gałczyński.

Zbigniew Milewicz

Gdzie Wilejka łączy się z Krutynią…

Nikt ich tutaj specjalnie nie zapraszał, chcieli, to mogli przyjechać, nie chcieli, zostawali w swojej Oszmianie, Poniewieżu, Lidzie, Grodnie, Wilnie. Ryzykowali, że przyjmując status obywateli sowieckich, narażają się na szykany za polskie pochodzenie, za szlacheckie korzenie, że wywiozą ich na białe niedźwiedzie, a w najlepszym razie ograbią, albo spalą im majątek. Wielu zatem skorzystało z układów repatriacyjnych, jakie Polska już pod koniec wojny zawarła z ZSRR.

mragowowystawa (5)O tych trudnych decyzjach, o ich motywach i następstwach opowiada wystawa Polacy z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach, zorganizowana staraniem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Zwiedzamy ekspozycję mrągowskiego oddziału muzeum, mój stary kompan od podróży, Edmund i ja. Robi wrażenie. Dokumenty repatriacyjne, stare metryki, szkolne i uczelniane dyplomy sąsiadują ze zdjęciami z albumów rodzinnych i miejsc świętych dzieciństwa i młodości, kiedy świat był jeszcze piękny, radosny, z balów, wesel i wycieczek na łono natury. Często cudem uratowane z wojennej pożogi domowe precjoza kresowian sąsiadują z tym, co zastali w swoich nowych domach. Ze skromnym wyposażeniem, jeżeli takie w ogóle jeszcze ostało się przed szabrownikami.

mragowowystawa (4)

Fala niemieckich uchodźców z Warmii i Mazur pozostawiała, podobnie, jak oni na Wschodzie, praktycznie w pełni wyposażone domy, ale rabusie niemal zawsze byli szybsi od repatriantów. Mienie pozostawione na Kresach rekwirowała w ramach tzw. sprawiedliwości dziejowej Armia Czerwona, na stacjach kolejowych – mówi kierownik mrągowskiej placówki, p. Dariusz Żyłowski – piętrzyły się stosy fortepianów, kredensów i innych mebli salonowych, które z czasem diabli brali. Tutaj szabrownicy potrafili rozebrać w miarę dobrze zachowany dom prawie do fundamentów, a przyjeżdżali głównie z centralnej Polski. Nie zdążyli czegoś zabrać za pierwszym razem, wracali, kiedy na miejscu byli już nowi właściciele i wtedy dochodziło często do dramatycznych sytuacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Oczywiście, była milicja, która starała się w takich sytuacjach pomóc repatriantom – wspomina pan Żyłowski – ale rabusie byli też uzbrojeni i nie wahali się przed przemocą.

Na miejskim cmentarzu w Mrągowie znajduje się kwatera dziesięciu mrągowskich milicjantów, którzy polegli po II wojnie w walce o tzw. utrwalanie władzy ludowej na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jest ona bardzo zaniedbana, na płytach nagrobnych nie napisano, od czyich kul zginęli, jest tylko imię, nazwisko i stopień służbowy. Tablicę mosiężną w czole alei, na której były inne dane, ktoś zdemontował i pewnie przetopił na gorzałę. Chociaż zginąć mógł wtedy nawet jakiś jego krewny, niekoniecznie z rąk szabrowników, sowieccy sołdaci i hitlerowscy maruderzy byli po tych samych pieniądzach.

mragowowystawa (3)Wystawa obejmuje tysiące eksponatów, w tym szereg dokumentalnych nagrań i filmów z rozmów, przeprowadzonych ze świadkami powojennego exodusu, których grono w miarę upływu czasu nieuchronnie maleje. Przejmujące są to relacje. Mówią o niepewności, czy decyzja o wyjeździe jest słuszna, czy w nowym miejscu zapuszczą korzenie, o żalu pożegnania z rodzinnym domem, o dramatycznym wyścigu z czasem. Do nielicznych szczęśliwców należeli ci, którym pozwolono spokojnie się spakować – osoby wyjeżdżające z terenu Związku Radzieckiego do Polski teoretycznie miały prawo zabrać ze sobą odzież, obuwie, pościel, produkty żywnościowe, sprzęty domowe, wiejski inwentarz gospodarczy i inne przedmioty codziennego użytku o łącznej wadze do 2 ton na rodzinę – ale często musieli to zrobić w kilka minut. Brali więc ze sobą jedynie to, co było pod ręką. Sowieci nie wypuszczali zwykle do Polski osób, które przekroczyły 16 rok życia i tych, które nie miały jeszcze 59 lat, więc często fałszowano dane w podaniach o repatriację, a wpadka groziła poważnymi konsekwencjami. Latem 1945 roku ruszyły pierwsze większe transporty kolejowe zza Bugu do Polski. Przesiedleńcy podróżowali wagonami towarowymi, odkrytymi węglarkami, osobowe składy trafiały się rzadko. Do 1950 roku przyjechały do Polski ponad dwa miliony repatriantów z dawnych Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej. Istniał rozdzielnik, Kresowianie z Galicji Wschodniej i Wołynia, z terenów dzisiejszej Ukrainy kierowani byli głównie na Dolny Śląsk, a z Kresów Północno-Wschodnich na Ziemię Lubuską oraz Warmię i Mazury.

mragowowystawa (2)Nowe życie, w nowym miejscu początkowo nie układało się po różach, kolców było zdecydowanie więcej. Po wojnie tutejsze ziemie zamieszkiwały cztery podstawowe grupy ludności: rodzimi autochtoni, wcześniej obywatele niemieccy, po weryfikacji narodowościowej uznani za Polaków, osadnicy z województw Polski centralnej, Podlasia i Lubelszczyzny, Kresowiacy oraz osadnicy ukraińscy i Łemkowie, przymusowo przesiedleni w 1947 roku z Rzeszowskiego i Lubelskiego na Warmię i Mazury, w ramach tzw. Akcji „Wisła“. Warmiaków i Mazurów z niemieckimi korzeniami systematycznie ubywało, w ramach przesiedleń, albo łączenia rodzin odbywali swój także niełatwy exodus w głąb Niemiec, ale sporo czasu minęło zanim przybysze na dobre zapuścili korzenie nad Krutynią. Owszem, adresy łatwo dawało się wówczas zmieniać, nie pasowało jedno gospodarstwo albo pole, dawali przydział na inne, ale sąsiedzi bywali różni. Z jednym można się było zgodzić, z innym znowu nie, więc na początku ludzie starali się osiedlać w nowych miejscach całymi wsiami, gromadami krewnych i znajomych z dawnych czasów, żenili się tylko między sobą, z czasem przywykli jednak do tej kulturowej inności, do innej mowy i zwyczajów, do tego, że wszędzie ludzie są tacy sami, tylko dobrzy albo źli, i o tym też opowiada ta wystawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiękny album do niej napisała Pani Kinga Raińska, autorka scenariusza ekspozycji, nad którą muzealnicy i miłośnicy regionu Warmińsko-Mazurskiego pracowali żmudnie przez pięć lat, zanim otwarła podwoje. Często darczyńcom trudno było się rozstać z cennymi, rodzinnymi pamiątkami, część dokumentów została zresztą tylko wypożyczona do digitalizacji, ale przeważyła myśl, że w sumie stanowią one narodowe dziedzictwo i ta pamięć lepiej przetrwa w muzeum.

Zdjęcia: autor i Edmund Nowak