Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: “Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

– Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
“Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się “ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Parę słów o Dziadku…

agatadziadek2 (2)Kolejny wpis, który to już!, że udało mi się namówić kogoś, by spisał wspomnienia rodzinne. Wciąż bowiem powtarzam, piszmy o naszych przodkach, rozmawiajmy z nimi, pytajmy, zapisujmy to, co o nich wiemy, bo inaczej zaginą w niepamięci…

Agata Kopydłowska

… Bogusławie Kopydłowskim

Dziadek urodził się w 1920 roku w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był najstarszym z rodzeństwa – miał młodszego brata Mirosława i siostrę Danutę. W czasie wojny uczył na tajnych kompletach języka polskiego i historii. Po wojnie ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zajmował się kowalstwem artystycznym/architektonicznym oraz średniowiecznymi srebrami (w tamtym czasie był cenionym znawcą w tej dziedzinie). Na temat kowalstwa wydał książki:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27309/kowalstwo-artystyczne-tom-1

http://www.arkady.com.pl/product/912,polskie_kowalstwo_architektoniczne.html

MINOLTA DIGITAL CAMERA MINOLTA DIGITAL CAMERADziadek ożenił się z Babcią, Aleksandrą Czarnecką (również historykiem sztuki) w 1959 roku, a rok później urodził się ich syn Marek, a mój Tata.

W 1965 roku przeprowadzili się do Olsztyna, gdzie Dziadek został dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur. Niestety był nim tylko kilka lat. W wyniku prowadzenia prac badawaczych na historią tego terenu, które kolidowały z interesami “ziemiaństwa” niemieckiego, w 1969/70 roku został odwołany z funkcji z “wilczym biletem”. Niemieckiej części mieszkańców nie zależało, aby wykazać, że ziemie Warmii i Mazur były zamieszkiwane przez Słowian aż od okresu średniowiecza, a Dziadek był historykiem, więc nastąpił konflikt interesów. Jednocześnie Dziadek nie należał do partii.

kopydlowski (1)Dziadkowie przeprowadzili się z powrotem do Warszawy, jednak Dziadek nie miał pracy przez prawie dwa lata. W końcu znalazł ją w cechu zegarmistrzowskim. Założył Muzeum Zegarów, znajdujące się na warszawskiej Starówce. Następnie pracował jako dyrektor w “Desie” – państwowym antykwariacie z dziełami sztuki i antykami, a potem w dziale kultury w NIKu czyli Najwyższej Izbie Kontroli.

kopydlowskiWłaśnie czasie pracy w “Desie” zaczął malować pierwsze obrazy. Dostał dokument Artytysty Plastyka (w tamtym czasie był on konieczny, aby np. mieć wystawy lub dostęp do artykułów plastycznych). Jeździł niejednokrotnie do Zalesia oraz nad Pilicę w okolicę Warki, skąd czerpał inspirację. Nad Pilicą wynajmował domek i tam malował, zbierał zioła, gdyż z zamiłowania był również zielarzem i przyrodnikiem.

Najczęstszymi tematami były pejzaże, martwa natura, a także malarstwo symboliczne. Stworzył cykl “Strachów”, który był odpowiedzią na sytuacje polityczną związaną ze stanem wojennym i nastrojem w społeczeństwie. Miewał wystawy w warszawskich domach kultury.

Zmarł w 1992 roku w Warszawie.

Dziadek był bardzo skromnym człowiekiem, nie starał się zaistnieć jako malarz i nie zabiegał o popularność. Malował dla przyjemności. Potem po prostu wpadał na pomysł, że można by było zrobić wystawę.

agatadziadekpodwW celu zebrania tych informacji musiałam się konsultować z Tatą, gdyż niestety prawie nie pamiętam Dziadka. Miałam 6 lat, jak umarł. Pamiętam, że lubił się z nami bawić (ze mną i moją siostrą), jak przyjeżdzaliśmy ich odwiedzać oraz że miał miły głos

Droga do Santiago de Compostela. Villarcázar de Sirga

Ewa Maria Slaska

Trzydzieści kilometrów, środa, 19 września

Waldi i ja wychodzimy ze schroniska jako ostatni. O w pół do dziewiątej! Ale Waldi tak prowadzi swoje pielgrzymkowe życie. Po dziesięciu trasach tam i z powrotem dobrze wie, że nie ma się po co spieszyć. Idziemy do mostu, przysiadamy na brzeżku i popatrując na wodę palimy pożegnalnego papierosa. Oboje wiemy, że możemy się już nie spotkać (choć i owszem spotkamy się, bo Waldi dwa razy przyjedzie do mnie do Berlina; niestety jak wiele wakacyjnych znajomości, a pielgrzymka jest też rodzajem wakacji, okaże się, że znakomite porozumienie z dala od domu nie przekłada się na dobrą znajomość w normalnym życiu.)

Wstajemy, otrzepujemy spodnie. Waldi odwraca się i idzie w stronę Rioji, ja przed siebie, do Santiago. Ale Santiago jeszcze daleko, na razie, przechodząc przez most, wchodzę do prowincji Palencia.

Dochodzę do Frómisty. Jest tu wspaniały kościół, o którym mówił mi już Waldi – mam się tu zatrzymać na dłużej i zadumać – jak na Hiszpanię świątynia zaiste niezwykła, bo całkowicie pozbawiona białych stiuków i przepysznych złoceń. No ale też jest to budowla romańska. Najczystsza forma architektoniczna, jaką w życiu widziałam.

Na zewnątrz jest mnóstwo znakomitych rzeźb średniowiecznych, ale rzeczywiście Waldi miał rację, największe wrażenie robi wnętrze, czego niestety pożyczone z sieci zdjęcie w ogóle nie oddaje. Bo, co ciekawe, w internecie jest mnóstwo zdjęć kościoła z zewnątrz i niemal nie ma fot ze środka. (Dopisek z roku 2026: pożyczone z sieci zdjęcie i tak już zniknęło. Trudno.)

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy, w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki!

Droga jest najpierw bardzo ładna, wzdłuż kanału kastylijskiego, ale potem okropna, wzdłuż szosy, w upale, a gdy wreszcie po 30 kilometrach, a to pierwszy taki dzień, że tyle przejdę, docieram na miejsce, w jednym schronisku nie ma miejsca, a w drugim jest wprawdzie jedno, ale za to nie ma hospitalera i nie wiem, czy mogę je zająć. Rzucam rzeczy na łóżko, ściągam buty i piszę, ale nie robię nic więcej, bo jeśli mnie tu nie przyjmą, to muszę iść sześć kilometrów do następnej miejscowości, albo schować pielgrzymią dumę w kieszeń i wziąć pokój w hotelu. Mogę też oczywiście spać na dworze, co jest pewną godną zastanowienia opcją, ale mieszczka zwycięża hippiskę i wybija jej z głowy takie pomysły.

W Villarcázar de Sirga też jest piękny kościół gotycki z cudowną figurą Matki Boskiej, przy czym słowo cudowna, oznacza, że słynie cudami, bo tak poza tym – całkiem normalna gotycka rzeźba w wielkim, bogatym ołtarzu, jak to w Hiszpanii.

W schronisku, w którym się bez zgody właściciela ulokowałam, jest prześlicznie, znacznie ładniej niż w wielkim albuergo, gdzie nocują wszyscy pielgrzymi. Jest miejsce na 10 osób, 9 już się zalegalizowało, tylko ja póki co nie wiem, co dalej. Wokół domku soczysta zielona trawa, w środku patio pełne kwiatów, ładna rustykalna kuchnia, a w kuchni nawet dzbanek do zagotowania wody. Robię sobie herbatę i poznaję się z najmilszymi ludźmi, jakich spotkałam na trasie. Zapraszają mnie na spagetti z sosem pomidorowym. Ja wnoszę do tego posiłku surówkę z jabłek i marchewki kupionych u strasznego Cygana. Porozumiewamy się po angielsku, co moim rozmówcom idzie dość kulawo. Gdy mówią, że są z Eisenstadt w Austrii, przechodzimy na niemiecki i taki jest początek prawdziwej przyjaźni. Hannes i Methe trzy miesiące temu wzięli ślub, a po uroczystości przebrali się w stroje do wędrówki, wzieli plecaki i tego samego wieczora wyruszyli do Santiago. To w linii prostej prawie trzy tysiące kilometrów, zakładając, że na każdych stu kilometrach nadkłada się ok 10 kilometrów, trasa, jaką przebyli wyniosła już około 2700 kilometrów. Przed nimi, jak przede mną, jeszcze około 400 kilometrów, w sumie ponad trzy tysiące.

– Dlaczego? – pytam zafascynowana.
– Bo nie jesteśmy gotowi, żeby już zacząć życie pełne obowiązków. Najpierw chcemy kilka miesięcy przeżyć tylko dla siebie.
– A potem?
– A potem kupimy farmę i założymy ekologiczne gospodarstwo mleczne.
– Ach – mówię – farma szczęśliwych krów.
To taki idiom niemiecki, który wyjaśnia wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, etyczne i “stajlajfowe” tego, co chcą zrobić zapaleńcy-nowożeńcy.

Obliczamy, że za jakieś dwa tygodnie powinniśmy być w Santiago. I rzeczywiście, będziemy szli w miarę równo i spotkamy się jeszcze raz czy drugi na trasie, a potem na mszy dla pielgrzymów w katedrze w Santiago. “Dwoje Austriaków z Eisenstadt”, wyczyta mnich, który odlicza wszystkich pielgrzymów, jacy od poprzedniej mszy w samo południe pojawili się w mieście świętego Jakuba od Gwiezdnych Pól. “Jedna Polka z Logrono, dwoje Francuzów z Le Puy, czterech Niemców z Pampluny, czterech Niemców z Roncesvalles, czterech Niemców z Burgos”. Nazwy miejscowości nie są naszym miejscem pochodzenia, lecz punktem, z którego wyruszyliśmy na trasę. Tych czterech Niemców spotyka się wszędzie. Są wszędzie i są w każdym wieku. To ewidentna konsekwencja wielkiej popularności książki Hape Kerkerlinga, niemieckiego komika. Nie jestem pewna, ale być może na tej drodze Francuzów – camina franca – jest już więcej Teutonów niż Gallów. Nic jednak nie wyjaśnia, dlaczego ci Niemcy ruszają zawsze we czterech?
Niemiecką popularność pielgrzymki do Santiago de Compostela odczuję dotkliwie po powrocie. Ci, którym nie chce się tyłka ruszyć, żeby pójść do kiosku po gazetę, będą patrzyli z pobłażliwą pogardą na kobietę, która przeszła sama 700 kilometrów, a ich główne zainteresowanie, podkreślone obleśnym szelmowskim uśmieszkiem, będzie dotyczyło… życia seksualnego pielgrzymów.
Po kilku takich rozmowach zaczęłam starannie ukrywać fakt, że kiedykolwiek poszłam do Santiago.

PS. Gdzieś mi chyba umknęła konieczność zapisania dla porządku, że dostałam miejsce w tym ślicznym schronisku i spędziłam cały wieczór siedząc wśród kwiatów i zapisując wrażenia z obu dni. Wczoraj nie mogłam tego zrobić, bo w kościele świętego Mikołaja nie było elektryczności, a zajęć było tyle, że nie zdążyłam nic napisać “za jasnego”.

Miasto drugiej kategorii

mika-kanalKrzysztof Mika

FrauLanganke (cz.1)

(proszę zachować pisownię razem – FrauLanganke!)

Tak się składa, że moje życie w dość specyficzny sposób łączy się z obszarem Polski, nazywanym Ziemiami Odzyskanymi, albo północno-zachodnimi. Jak to się stało, że dziecko rodziny przesiedlonej po wojnie z Warszawy do Elbląga, nie wyrośnie we wrogim nastawieniu, lecz znajdzie swoje miejsce właśnie w tej rzeczywistości, teoretycznie całkowicie obcej – polubi Elbląg, który stanie się jego miastem rodzinnym?

Gdyby to jeszcze to był Gdańsk, którego, jak chciała oficjalna historia i propaganda, związki z Polską liczne i mocne… Gdańsk łatwiej było pokochać. To taki ważny symbol. W końcu o Gdańsk zaczęła się wojna. Taki Elbląg, też niby był z Polską związany, ale zdecydowanie nie znajdował się w głównym nurcie, to tylko wschodnio-pruskie ubocze, choć najpierw były to Prusy Królewskie. Owa różnica miała swój praktyczny i zarazem symboliczny wyraz: pociągi z Warszawy jechały do Gdańska, a przesiadka do Elbląga w Malborku. Do Elbląga połączenia bezpośredniego nie było. Miasto drugiej kategorii. Jak bardzo drugiej kategorii pokazuje fakt, że nigdy nie zostało odbudowane w swoim historycznym kształcie, no cóż (o czym będzie) orłów polskich raczej nie szukano. Taka prowincja w prowincji – bo stolicą był Królewiec i do Królewca ciążyło całe życie społeczno-gospodarcze Prus Wschodnich. Koleje i drogi wiodły równoleżnikowo do Królewca.

Elbląg w tragiczny sposób w 1945 wysunął się na czoło miast wschodniopruskich – był pierwszym dużym miastem zdobytym przez Armię Czerwoną, za co miasto i mieszkańcy zapłacili zresztą straszną cenę. Królewiec również – jeszcze w latach 60 na rozkaz Chruszczowa burzono resztki zabytków, żeby zniszczyć ostatecznie ślady „proklatoj Germanii”.

kanal (6)Wracajmy do Elbląga. Dziadkowie, ci ze strony Mamy, byli dziwni – oboje nauczyciele historii, opowiadali historię Elbląga, oczywiście w sposób dostosowany do możliwości poznawczych dziecka, ale konsekwentnie sączyli do głowy elbląskie historie. Spacery zawsze zahaczały o reszteczki starówki, nabrzeże Kanału Elbląskiego, potem dalej, gdzieś na przedmieścia, poza obszar historycznego centrum, czasem w ulubione przeze mnie miejsce – do składnicy złomu, gdzie zgromadzone były resztki różnych wspaniałych rzeczy, związanych z historią miasta i okolicy. Np. stareńkie maszyny parowe pochodzące ze złomowanych stateczków kursujących po Zalewie Wiślanym i Kanale Elbląg-Ostróda. W pewnym sensie były dla mnie dziełami sztuki, przepiękne w swoim anachronizmie, ozdobione mosiężnymi elementami, najczęściej wyprodukowane w zakładach Schihaua, teraz nazywanych „Zamechem”. Godzinami potrafiłem oglądać te maszyny, dotykać ich, brudząc się niemiłosiernie, wyobrażając sobie stateczki, w których były zamontowane, a siebie w roli mechanika Po kilkudziesięciu latach dowiedziałem się, jakie to były jednostki, jak się nazywały, ale to zupełnie inna historia. W składnicy złomu były inne fascynujące rzeczy – np. gąsienice czołgów. Niemieckich. Wykopane gdzieś na polach pod miastem. Wojenna historia wracała i w taki sposób.

Rok 1980. Kończyłem pisać pracę magisterską z historii żeglugi polskiej w dwudziestoleciu międzywojennym i siedziałem całymi dniami w archiwum państwowym w Gdańsku, dojeżdżając tam z Elbląga, gdzie mieszkałem u Dziadków.

kanal (5)Rok 1980 zatem. Rozpoczął się karnawał Solidarności – uczestniczyłem w nim od początku, od strajku w Stoczni, nb. byłem pierwszym polskim dziennikarzem, który tam był. Pracowałem wtedy w Ekspresie Wieczornym, równolegle kończąc studia. Atmosfera wolności i buntu dotarła też do zakurzonego wojewódzkiego archiwum w Gdańsku. Pewnego dnia jeden z archiwistów zdobył się na śmiałość i powiedział: „zostaw Pan na chwilę te notatki, coś Panu pokażę, o tym napisać to by było warto…” Poszliśmy do składnicy, regały ciasno wypełnione teczkami z dokumentami, charakterystyczny zapach. W końcu zatrzymaliśmy się przy regałach w głębi pomieszczenia.”Patrz pan”, powiedział mój archiwalny cicerone… „tu mamy ponad 50 metrów bieżących skarg na sowietów, jak weszli do Gdańska i trochę potem (…) wszystko jest: rabunki, gwałty, morderstwa”. W każdej teczce coś. Razem będzie 50 metrów bieżących – bo akta w archiwach liczy się na metry. A spraw dziesiątki tysięcy”. Te 50 metrów – jak je odnieść do życia? Jak mierzyć nieszczęście na metry? Dramaty zamknięte, uwięzione w papierowych teczkach. Anonimowe w swojej masie. Przez chwilę pomyślałem, że pewnie część tych ludzi jeszcze żyje, że żyją dzieci poczęte z tamtych gwałtów. Nie zająłem się tą sprawą, nie napisałem… Pozostało tylko wrażenie ogromu problemu, tym bardziej dojmujące, że zamienione na owe dziesiątki metrów takich samych papierowych teczek. Tak jak okulary w Oświęcimiu, tysiące okularów, rzecz tak bardzo osobista i tak pozbawiona ludzkiej przynależności, zamieniona w stertę oprawek i szkła. W Gdańskim archiwum były również sprawy z tzw. województwa, w tym z mojego rodzinnego Elbląga.

Gdzieś za mną zostały owe metry teczek, był czas działania. Zakładania organizacji związkowej, strajków, protestów. W tej atmosferze obroniłem pracę magisterską, a karnawał Solidarności zmierzał do smutnego końca. Dziadkowie zmarli, mieszkanie w Elblągu zostało sprzedane, ale jest wciąż trochę mebli i obrazów oraz ładnych, gustownych poniemieckich drobiazgów. Elbląg z wymiarów realnych mojego dzieciństwa przeniósł się w emocjonalno-wspomnieniowe, które kształtowały obraz miasta i nakładały się na nowy kształt miejscowości – często odwiedzanej mimo nieobecności dziadków – bo po drodze na Wybrzeże. Zmiany, które (na szczęście) zaszły w architekturze, czynił Elbląg w kategoriach realnych coraz bardziej odległy, choć dom Dziadków stał i pewne charakterystyczne elementy „tamtej” zabudowy z dzieciństwa również. Powstała „niby” Starówka, nawiązująca do historycznego kształtu miasta na wspomnianym, największym (chyba) trawniku w Europie. Tu towariszczi postarali się, by poza kilkoma budynkami i kościołem nie zostało nic. To w końcu był to pierwyj gorod proklatoj Germanii.

kanal (7)Jak owo „wyzwalanie” wyglądało, ze szczegółami dowiedziałem się w roku 2012. Wtedy przeczytałem książkę „Elbing” – fabularyzowaną relację o zdobyciu miasta przez Rosjan. Autor, regionalista zebrał relacje elbingerów – Niemców elbląskich. Radzieckie wojska, płonące miasto, nieskuteczna ewakuacja. Ulicą, przy której stoi dom, w którym znajdowało się mieszkanie Dziadków, jeździły sowieckie czołgi. Dziś ulica nazywa się Giermków wtedy Junker Strasse. Miasto, którego centrum, przepiękną starówkę zamieniono właśnie w jeden z największych w Europie trawników. Książka była wstrząsem – prawdziwa historia mojego rodzinnego miasta nabrała nowego wymiaru i pojawiło się takie oto myślenie: sowiecka ofensywa, to był początek procesu, który doprowadził do pojawienia się w Elblągu, w styczniu 1946 mojej Babci, a potem mojego przyjścia na świat w 1957 w wojskowym szpitalu. Można powiedzieć: proces historyczny itd., itd. Ale inaczej to wygląda, jeśli właśnie osobiście stajesz się elementem tego procesu, procesu polegającego na praktycznie całkowitej anihilacji przeszłości, zerwaniu ciągłości historycznej, wręcz cywilizacyjnej. Ów proces miał całkowicie zniszczyć pozostałości niemczyzny, albo jak lubiła to określać ówczesna propaganda: prusactwa. A na końcu ja!

Tymczasem moje „elblążenie” wiązało się w sposób przemożny i paradoksalny z ową niemiecką przeszłością, z niemieckimi pamiątkami, co więcej w dziwny sposób wyznaczyło moją drogę życiową, związaną z Warmią i Mazurami, Bałtykiem, historią i żeglarstwem. A nad wszystkim duch FrauLanganke, zaklęty w pamiątkach po niej. To co udało się zdobywcom dokonać w skali makro, w przypadku moich Dziadków i mnie zawiodło całkowicie. Wyrastałem otoczony niemczyzną! Może Dziadkowie, przedwojenni drobnomieszczanie, choć z ładnymi szlacheckimi korzeniami: ona z domu Nowakowska (związana z Groszkowskimi), a on Taczanowski nie bardzo mogli się pogodzić z wschodnioeuropejsko-azjatycką cywilizacją i jej produktami, więc woleli niemieckie, bliższe cywilizacji zachodnioeuropejskiej mimo, że niemieckie. Jakoś lepiej pasowały. Sowieckie perfumy stały na toaletce ze dwadzieścia lat…

A moje „elblążenie” jakieś dziwne było: to nie obejmowanie nowych terenów zdobytych w wyniku dziejowych rozliczeń, z miłym poczuciem dominacji i posiadania, i konieczności polonizacji takiego obszaru, to raczej akceptacja prawdziwej historii tej ziemi, jak by nie była trudna i niepolska, i zgoda na to, że właśnie tak, że można tu żyć i wcale nie trzeba niszczyć przeszłości, a raczej ją poznawać. Nie brzydziła mnie niemieckość, pruskość, hanzeatyckość, jakoś starałem się to połączyć ze swoją historią: ja wpisany w dzieje tutejsze. Pewnie to zasługa Dziadków, nauczycieli historii, którzy nauczyli mnie tego, że właśnie historii nie da się odrzucić, tylko warto poznawać. Polski dzieciak rósł sobie wśród niemieckich pamiątek. Teraz to modne: ruch regionalny, małe ojczyzny, drugiej strony Heimattouristik. Wtedy nie tak prosto.

Moje własne wrastanie, oswajanie nowego gruntu w Elblągu. Niemieckiego miasta w Prusach Wschodnich, do którego Dziadkowie przeprowadzili się zaraz po wojnie. Dla nich był to „surowy korzeń” i to tkwiący w całkiem obcej glebie, niemieckiej, dla mnie na przełomie lat 50 i 60, a potem do ich śmierci całkiem magiczna gleba: jeszcze trochę niemiecka (dom wyposażony w niemieckie meble), trochę polska, nie do końca obca, na pewno moja. Może inna, ale już trochę swoja w sensie państwowo-narodowym, bardziej moja, choć jeszcze w latach 70 poczucie „za granicy”, trochę. Nieodległy Gdańsk poprzez propagandową akcję, udowadniającą jego rzekomą polskość mniej jakby obcy. Elbląg, jak powiedziałem nie miał takiego szczęścia – leżał na uboczu głównego nurtu historii i choć jego związki z Polską były nie gorsze niż Gdańska, to po wojnie wyrażały się głównie akcją wywożenia, właśnie do Gdańska cegły manierystycznej, pochodzącej z rozbiórki resztek elbląskiej starówki, a to w celu odtwarzania dowodów „historycznych związków Gdańska z Polską”. Orły piastowskie nad Bałtykiem i tak dalej. Dla piastowskich orłów strzegących brzegów Bałtyku rozebrać resztki elbląskiej starówki było warto. A tu co: ubocze dziejów, tym bardziej że daleko do morza. A Zalew Wiślany nazywał się Świeży, a kraina nad jego brzegiem to Ermland albo Wybrzeże Wschodnio Pruskie. Łatwo tu piastowskich orłów nie znajdziesz. Prusowie, Warnowie, a potem Krzyżacy. Elbląg miasto drugiej kategorii.

W Prusach Wschodnich. Bardzo źle. Przed wojną nawet nie na obszarze Wolnego Miasta. Po prostu Ostpreussen. Sowieci zdobywali pruskie miasto i z poczuciem sprawiedliwości historycznej owo pruskie miasto burzyli. A więc w słusznej zemście gwałcili, mordowali i palili. Mordowali ludność niemiecką. Nikt nie myślał o związkach z Polską, tylko o zemście, karze za zbrodnie niemieckie. Więc ukarano miasto i ludzi, nieważne czy mieli jakikolwiek związek z nazizmem i Hitlerem. Palono i burzono Starówkę. Palono, bo w piwnicach i ruinach ukrywali się nieliczni pozostali w mieście elblążanie, czyli elbingerzy. Ogień ich skutecznie wypłaszał. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na Czterech Pancernych i psie. Wiedziałem, że działo się źle w trakcie i po zdobywaniu miasta. Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna.

Może potrzeba było lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca, a sowiecki sołdat, za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście.

FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała Mein Kampf. No cóż, powie ktoś, sami sobie winna, ta Niemra. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno-anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń. Córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?

Babcia nie mówiła o niej inaczej jak „ta Niemka”, ale najczęściej „Langankowa”. „Langankowa”, to już była forma oswajania rzeczywistości, ale co dziwne , a może normalne, nigdy nie używała jej imienia, pewnie po to by zachować dystans, natomiast „Frau” i „Langankowa” wymawiała na jednym oddechu i w mojej pamięci pozostało FrauLanganke… Ta „Niemka” przychodziła wymieniać różne rzeczy na żywność. Dlaczego Babcia wchodziła w takie interesy? Bóg raczy wiedzieć. W koło walało się do woli wszelkiego dobra, w styczniu 1946, tylko brać – sowieci wszystkiego nie wywieźli. Ale Babcia wymieniała nikomu niepotrzebne graty Langankowej na jedzenie. I rozmawiała, co pewnie było równie ważne jak żywność, bo Babcia znała niemiecki. Ukarana przez „wyzwoleńczą” i zwycięska ofensywę FrauLanganke pozbywała się gratów za chleb. Nie potrzebowała dużo – była całkiem sama. Mąż umarł przed wojną, a córka – „Frau Taczanowska, pani rozumie…”, ci „ sowjetische soldaten”…

Babci żal było prawdziwie, bo co potrafią owi „soldaten” miała okazje przekonać się w czasie rewolucji, zwanej październikową, którą przeżyła na Ukrainie wywieziona wraz z rodziną przez wycofujących się z Warszawy w 1915 Rosjan. A więc za bezwartościowe graty Langankowa dostawała chleb, którego w tamtym czasie wartość nie miała miary. Babcia dzięki temu stała się właścicielką rożnych mebli i kilku obrazków, które może niezbyt wielkiej wartości artystycznej, ale dla mnie nieskończonej emocjonalnej – wiszą do dzisiaj na ścianach mojego mieszkania. Są one w jakimś stopniu odpowiedzialne za elbląskie zainteresowania i za moje fascynacje wodą i żeglarstwem. Wszystkie z motywami elbląskimi i nazwijmy to wodno-marynistycznymi, poza jednym – grafiką przedstawiającą tzw. Marktthurm (wieżę targową), jeden z niewielu zachowanych zabytków gotyckiego Elbląga, kiedyś element murów obronnych. Ta grafika pewnie najbardziej wartościowa, ale przeze mnie mniej lubiana.

Obrazki po Langankowej – jakże musiały być bezwartościowe w tamtym czasie, jakże nie ekwiwalentna wymiana na chleb! Cóż Babcia, przedwojenna nauczycielka, nie znała się na interesach, ani na karaniu za historyczne winy, ani tym bardziej na nienawiści. Takie niepraktyczne podejście do życia, panienki z pensji, z domu „z francuskim i fortepianem”. Wkrótce pozbawiona palca Fraulanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę – po latach udało mi się ustalić, ale o tym za chwilę.

Wyjazd Fraulanganke, towarowym wagonem (opowieść Babci), to symboliczny koniec niemieckiego Elbląga. Jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama i z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów ten miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami.

A ja nurzam się w niej do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę mieszkają ze mną. W Elblągu nie było innych rzeczy, niż poniemieckie. Kuchnia: kredens i stół (mój Boże, jedliśmy na niemieckim stole!) i piecyk elektryczny AEG, pudło na chleb i młynek do kawy, wiszący na bocznej ścianie kredensu , nigdy nie używany, ale obecny i drobiazg, maleństwo-fajansowe z niderlandzkim motywem: kółko z drewnianą rączką do zagniatania pierogów – na kółku holenderski wiatrak. Pierogi wycinało się specjalną foremką i zagniatało tym kółkiem. Sypialnia: szafa, toaletka, małżeńskie łoże, orzech, a na toaletce dla kontrastu, przez całe lata stały radzieckie perfumy, prezent od sąsiadki repatriantki spod Wilna. Babcia nie odważyła się ich użyć – zapach nie mieścił się w pensjonarskiej przedwojennej estetyce, ale stały, żeby sąsiadce nie zrobić przykrości. Żyrandol z mlecznego szkła. Mosiężny karnisz. Salon: o tu niemczyzna szalała. Przepiękny pomocnik – o nim jeszcze będzie, stół, szafka, biblioteczka, zegar i wspomniane obrazy. W dziwnym, niepokojącym kontraście kilka sztuk, słynnego przed wojną w Polsce, fajansu bolimowskiego. Czemu bolimowskiego? A temu, że w Bolimowie na przełomie lat 20 i 30 Dziadkowie zakładali, a potem prowadzili szkołę powszechną. Jakimś cudem malowane skorupy przetrwały wojnę i wylądowały w Elblągu. Zegar. Wydzwaniający co pół godziny, budzący bezlitośnie, ale dający takie miłe domowe poczucie bezpieczeństwa.

W 1946 Dziadek wrócił z obozu pracy, a Langankowa pewnie wymieniała kolejny obrazek na chleb. Po latach, pod stertami odzieży znalazłem pamiętnik jednego z Langanków, całkowicie niezapisany, z pięknym rysunkiem bombowca, bowiem ów Langanke służył, jako podoficer w Luftwaffe. Przez lata, to wszystko było nieważne, po prostu było. W tym roku zacząłem grzebać. W internecie oczywiście. I znalazłem. Jeden z Langanków walczył w Ardenach, a nieszczęsną, zgwałconą córkę pochowano w jednym z nieistniejących już elbląskich ogrodów. Bardzo pomocnym źródłem jest elbląski Totenbuch, czyli Księga Zmarłych spisany przez tych , którzy przeżyli. Data miejsce, dane osobowe…

I tylko pytanie: czy kiedyś ją ekshumowali, czy ma gdzieś grób, czy gdzieś poza stronami stworzonej przez ocalałych w Totenbuch, ma swoje miejsce…

Już wiem, że nie – tam nie prowadzono ekshumacji Niemców.

Zdjęcia: Zofia Wojciechowska. U góry Autor, poniżej – Kanał Ostródzki

Alma (3)

Lech Milewski

Żelazny Gustaw

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję włączyć to video – KLIK– Gustaw Mahler – Symfonia Nr 3. Uprzedzam – to nie będzie miły akompaniament. Motywacją takiego wyboru była dla mnie informacja opublikowana przed premierą tej symfonii w Krefeld: “… słynny dyrygent, który ma przyjemność komponować monstrualne symfonie i narzucać je innym.”

Poprzedni wpis tego cyklu zakończyły zaręczyny Almy Schindler
z Gustawem Mahlerem.

Najwyższa pora wyjaśnić jedną sprawę – poważną chorobę Mahlera, przed którą ostrzegano Almę jeszcze przed zaręczynami. Były to hemoroidy, które powodowały czasem bardzo intensywne krwotoki. Wygląda jednak na to, że interwencja medyczna podziałała, temat ten nie powrócił podczas małżeństwa z Almą.

Nowy Rok 1902.
“To, co napiszę dzisiaj będzie bardzo, bardzo smutne. Odwiedziłam Gustawa popołudniu. Byliśmy sami w jego pokoju. Oddał mi swoje ciało, a ja pozwoliłam mu się dotknąć. Jego męskość była sztywna i wyprostowana. Przeniósł mnie na sofę i położyl się na mnie. I wtedy – kiedy czułam, że się we mnie zagłębia, stracił całą siłę. Wstrząśnięty oparl głowę na mych piersiach i nieomal płakał ze wstydu. Sama zrozpaczona próbowałam go pocieszyć. …Słowa nie mogą wyrazić, co ja niezasłużenie wycierpiałam. A do tego widzieć jego mękę, jego niewiarogodną mękę. Mój ukochany mąż.”

Środa 3 stycznia.
“Rozkosz i zachwyt.”

Czwartek 4 stycznia.
“Zachwyt bez końca.”

Czwartek 16 stycznia.
“Przez długi czas byłam autentycznie szczęśliwa i dlatego niczego nie napisałam. Ale w ostatnich dniach wszystko się zmieniło. On chce, żebym była inna, zupełnie inna. I ja tego też chcę. Jak długo jestem z nim udaje mi się to, ale gdy jestem sama, moje własne, próżne ja, wychodzi na wierzch i chce swobody… Muszę się wznieść aby być z nim. (Bo żyję tylko w nim).”

Tu pamiętnik się kończy.

Przyjąłem to z ulgą. Moim głównym źródłem informacji do tej serii wpisów jest książka Françoise Giroud – The art of being loved (1). Świetnie napisana, a do tego przez kobietę, co daje szansę, że jest to osoba, która rozumie, jaka była Alma. Do pamiętników Almy zajrzałem, aby wyjaśnić kilka luk i sprzeczności w relacji Françoise Giroud. Zajrzałem i utknąłem.
Do tej chwili Alma kojarzyła mi się z kimś typu Colette/Klaudyna. W miarę czytania jej pamiętników niknął wdzięk paryskiego fin de siècle, a na wierzch wypływała wiedeńska krew i Alma zaczęła mi się kojarzyć z bohaterkami powieści Elfriedy Jelinek.
Wyznam, że czytając tak intymne wspomnienia, czułem się nieswojo. Obawiam się, że w poprzednim wpisie widać to moje nieprzystosowanie do niezgrabnej sytuacji, więc nic dziwnego, że odetchnąłem z ulgą, gdy stanąłem na spokojniejszym gruncie. Ten spokojniejszy grunt to trzy źródła: wspomniana powyżej książka Françoise Giroud i dwie książki autorstwa Amy Mahler: Gustaw Mahler, memories and letters (2) oraz And the bridge is love (3).
W swoich książkach Alma zastosowała bardzo ostrą autocenzurę, więc mogę już spokojnie wrócić do opowieści.

9 marca 1902 roku odbył się cichy ślub, który Alma opisała tak:
“...Mahler poszedl do kościoła na piechotę, w kaloszach bo był duży deszcz. Moja matka, Justyna i ja pojechałyśmy. W kościele Karola nie było nikogo poza nami i świadkami. Było rano. Kiedy trzeba było uklęknąć, Mahler nie trafił w klęcznik i musieliśmy zacząć od nowa. Uśmiechnęłiśmy się wszyscy, nie wyłączając księdza.
Na ślubnym śniadaniu było nas sześcioro i trwało krótko, żeby dać nam czas na spakowanie się na podróż poślubną. W pociągu do St. Petersburga odetchnęliśmy. Jego chmurny duch rozjaśnił się, a ja nie musiałam dłużej ukrywać swojego stanu
(ciąży – przypisek mój).”

Pora przedstawić trochę faktów na temat pana młodego.
Gustaw Mahler urodził się w 1860 roku w biednej, wielodzietnej, żydowskiej rodzinie w małym miasteczku na terenie obecnych Czech. Sześcioro spośród jego rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Zdolności muzyczne wykazywał już w bardzo młodym wieku i ojciec, który stopniowo awansował do klasy drobnego mieszczaństwa, zapewnił mu wykształcenie muzyczne łącznie z wiedeńskim konserwatorium i uniwersytetem. Wkrótce po ukończeniu studiów Gustaw rozpoczął pracę jako dyrygent. Poczynając od orkiestry w niewielkim kurorcie, poprzez Ljublanę, Ołomuniec, Pragę, Lipsk, Budapeszt, Hamburg dotarł wreszcie, w 1897 roku, do wymarzonego Wiednia. Na wszystkich swoich dyrygenckich stanowiskach doświadczył konfliktów z dyrekcją i członkami orkiestry. Jednak dzięki profesjonalizmowi i wielkim wymaganiom od orkiestry zyskał sobie duże uznanie krytyków i publiczności.
Aby objąć posadę dyrektora Dworskiej Opery – Hofoper – musiał się ochrzcić i przyjąć wiarę katolicką. Nie stanowiło to dla niego problemu, gdyż jego rodzice i on sam byli zdecydowanymi agnostykami.

Po powrocie z podróży poślubnej Alma musiała się przystosować do bardzo precyzyjnego rozkładu dnia swojego męża:
7 – pobudka i śniadanie,
8.45 – wyjście do pracy – próby orkiestry,
1 – powiadomienie domu, że wraca na lunch,
1.15 – powrót do domu i powiadomienie kucharki, żeby podawała zupę. W tym czasie Mahler krążyl po wszystkich pokojach, trzaskając głośno drzwiami.
Po lunchu sjesta, a potem długi spacer, w którym Alma musiała mu towarzyszyć.
Spacery z Mahlerem były mocno uciążliwe, gdyż szedł nierównym tempem, czasem bardzo szybko, czasem niespodziewanie zatrzymywał się, by odtworzyć pomysł muzyczny, jaki mu właśnie przyszedł do głowy.
5 – wyjście do opery na występ.
Wieczorem Alma musiała czekać na niego w operze, aby po spektaklu towarzyszyć mu w pieszym powrocie do domu. Tu nie było wymówek typu zła pogoda czy ciąża.
Po powrocie do domu posiłek, po posiłku czasem Alma czytała mu książki.
Sypialnie mieli osobne. Gustaw odwiedzał sypialnię Almy dopiero, gdy był pewien, że zasnęła.
Jeśli chodzi o posiłki, to Mahler życzył sobie, żeby były łagodne i dobrze wygotowane. Dokladne przeciwieństwo gustów Almy.

Jak Alma to znosiła? Fatalnie.

W liście poprzedzającym zaręczyny Gustaw pisał: “… wiem co mogę dać i dam w zamian“.
A co dawał? Brak jest jakichś konkretnych objawów tego uczucia poza może pieszczotliwymi zdrobnieniami imienia żony.
Swoją drogą – jak zdrobnić imię Alma – Almeczka, Almusia?
U Mahlera było to najczęściej – Almschi, ale w porywach dochodzilo do Almschitzitzi… Ilości tych tzitzi nie udało mi się dokładnie zliczyć.
Jednak Alma nie wątpiła w niezwykłą miłość Gustawa i odbierała ją w jakimś mistycznym wymiarze. W związku z tym znajdowała się często w zupełnej rozterce, raz buntując się przeciwko narzuconej jej niewoli, to znowu winiąc się za to, że nie potrafi się wznieść do poziomu swego męża.

Podczas sezonu koncertowego Mahler nie miał czasu na komponowanie. Poświęcał temu letnie wakacje. Lato spędzali nad wodą. Od 1902 roku był to Maiernigg. Mahler kupił tam dom, przy którym kazał zbudować mały domek do pracy – Häuschen.

Hauschen

Wakacyjny rozkład dnia wyglądał następująco:
6 – Gustaw wstawał i dzwonił na kucharkę, żeby przygotowała mu śniadanie w Häuschen. Śniadanie musiało być podane w ten sposób, żeby kucharka, ani nikt inny, nie spotkał się z Mahlerem.
Po śniadaniu praca do południa w absolutnej ciszy. Wszyscy sąsiedzi byli powiadomieni, żeby nie wydawać żadnych odgłosów.
Południe – pływanie w jeziorze. Gustaw był bardzo dobrym pływakiem. Gdy już był w wodzie, gwizdał na Almę, żeby do niego dołączyła.
Po pływaniu lunch, sjesta, niekończący się spacer w towarzystwie Almy.
Alma krytycznie oceniała twórczość swego męża. Gdy prezentował jej partyturę Symfonii Nr 2 przerwała komentarzem – wolę Haydna.

Alma w swym pamiętniku pisała: “…czuję ucięte skrzydła. Czemu przywiązuje do siebie ptaka chętnego do lotu, gdy pasowałoby raczej coś ciężkiego i nudnego. W ostatnich dniach tkam muzykę w głowie, tak głośną… To musi się zmienić.”

Po powrocie do Wiednia nieco się zmieniło. Z jednej strony znajomi Almy, Schönberg i Zemlinsky, założyli grupę kompozytorów, wzorującą się nieco na secesji i zaprosili do niej Mahlera. Z drugiej, Mahler zgodził się na wizyty niektórych starych znajomych Almy.

W 1902 roku twórczość kompozytorska Gusstawa Mahlera zaczęła zyskiwac uznanie i popularność. Punktem przełomowym był czerwcowy koncert w Krefeld i premiera cytowanej na wstępie Symfonii Nr 3. Mimo uprzedzenia miejscowej prasy, publiczność i najlepsi krytycy muzyczni Niemiec przyjęli utwór z ogromnym entuzjazmem.

Czy to uznanie wpłynęło na zmianę bardzo negatywnej oceny twórczości Gustawa przez Almę? Alma miała zaszczepioną przez Burckharda ideę, że Żydzi nie są zdolni do pracy twórczej. W jej pismach można znaleźć stwierdzenia typu: “Żydzi, jak wszyscy mierni ludzie, uwielbiają muzykę włoską.” Ale również: “Nie mogłabym żyć bez Żydów.”

Françoise Giroud (1) – strona 50 – konkluduje, że Almie związek z ludźmi “niższego gatunku” dawał poczucie słodkiej wyższości osoby obdarzonej “chrześcijańskim splendorem”.

W listopadzie 1902 roku urodziła się córka, której nadano imię matki Gustawa – Maria. W domu nazywano ją Putzi. Poród był bardzo ciężki. Gustaw przyjął te narodziny z największym entuzjazmem, Alma obojętnie.
W czerwcu 1904 roku urodziła się druga córka – Anna, którą w domu nazywano Gucki.
Gustaw miał bardzo dobry kontakt z córkami. Znajdował czas wolny na długie rozmowy, z każdą z osobna. Jednak podczas wakacji, w czasie przeznaczonym na komponowanie, dzieci musiały być zamknięte w pokoju i zachowywać się cicho.

Komentarz Almy: “…geniusze to ludożercy, którym wydaje się, że są wegeterianami.”

Latem 1907 roku, podczas tradycyjnego pobytu w Maiernigg, obie dziewczynki zachorowały na szkarlatynę. Maria zmarła z powodu powikłań. Gustaw przeżył śmierć córki bardzo ciężko. Alma wpadła w stan depresji i lekarze zalecili jej wyjazd na odpoczynek.

Korzystając z obecności kilku lekarzy Gustaw poprosił o zbadanie stanu jego zdrowia. Diagnoza była miażdząca – degeneracja zastawek serca i infekcyjne zapalenie osierdzia. Zakaz jakiegokolwiek intensywnego wysiłku fizycznego.
Był to bardzo poważny cios, gdyż Gustaw byl zapalonym rowerzystą i pływakiem. Na szczęście lekarze nie zabronili mu dyrygować z tym, że musi się oszczędzać.

Ciąg dalszy nastąpi.

PS1. Tytuł tego wpisu był dla mnie oczywisty ze względu na charakter głównego bohatera, ale równocześnie w podświadomości brzęczało skojarzenie z tytułem książki Hansa Fallady chociaż jej tematyka jest zupełnie inna KLIK.

PS2. Czy Symfonia Nr 3 nadal trwa (1 godz 45 min)? Jeśli tak, to dobrze, bo to znaczy, że mój wpis nie był zbyt długi.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Seit ein paar Wochen präsentierte ich hier an Mittwochs eine polnische in Berlin lebende Künstlerin /Od paru tygodni prezentowałam tu w środy polską artystką z Berlina / Since some weeks I was presenting here on Wednesdays a Polish artist from Berlin.

Aleksandra Hołownia

Dziś kolejny projekt, w którym Aleksandra bierze udział. Heute ein weiteres Projekt, an dem sich Aleksandra beteiligt. Today another project she is participating in.

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Sie folgte dem Ruf vom 29.07.2014 / Odpowiedziała na wezwanie, które ukazało się w Berlinie w lipcu 2014 roku / She answered to an open call for participation issued in Berlin on 29th of July 2014

Maske 100kleinProjekt – Współcześni artyści z Berlina w Papua Nowa Gwinea

Do dziewiętnastego wieku Papua Nowa Gwinea była całkowicie niezbadana. Dzisiejsza Papua Nowa Gwinea powstała z połączenia dwóch terytoriów kolonialnych, obejmujących wschodnią część Nowej Gwinei oraz pobliskie wyspy. Początkowo stanowiła kolonię brytyjską. Później została przekazana pod administrację australijską. Północno-wschodnia część wyspy nazwana Ziemią Cesarza Wilhelma należała do protektoratu niemieckiego. Po przegranej I wojnie światowej Niemcy musiały zrezygnować ze swych posiadłości kolonialnych.
W 1914 roku przed wybuchem pierwszej wojny światowej, berlińscy ekspresjoniści, Emil Nolde i Max Pechstein podobnie jak wielu innych awanturników, biznesmenów, misjonarzy, dobroczyńców, pisarzy, podróżników udali się na wyspy zachodniego Pacyfiku. Spragnieni przygody oraz poznania egzotycznych kultur malarze swe spostrzeżenia, badania, i inspiracje pozostawili na znanych europejskiej publiczności płótnach. W latach 1915 do 1918 również polski etnograf i antropolog, Bronisław Malinowski, odwiedził regiony wysp Triobriandzkich należących do państwa Papua Nowa Gwinea. Efektem czego były wydane w 1922 roku w języku polskim i angielskim książki: „Argonauci Zachodniego Pacyfiku”, „Zycie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”oraz „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich”. Warto przypomnieć, że w 1915 roku, w podróży do krainy Papua Nowa Gwinea Malinowskiemu towarzyszył fotograf Stanisław Ignacy Witkiewicz.

2maski2

W 2004 roku berliński artysta i kurator Alfred Banze wspólnie z antropolożką Marion Struck-Garbe postanowili zrealizować projekt artystyczny konfrontujący prace zafascynowanych kulturą Oceanii, współczesnych artystów berlińskich z dziełami artystów Papua Nowej Gwinei. Dziś, w dobie nieograniczonej komunikacji i podróży, sztuki wizualne są „lingua franca” stosunków międzykulturowych – twierdzą kuratorzy. Do udziału w projekcie zakwalifikowali propozycje 12 artystów, w tym również moje czarno białe rysunki masek z 1994 roku. Ja sama kolekcjonuję maski z Oceanii, Afryki, Azji.

Maski kolekcja AHW 1987 roku lecąc z Moskwy do Warszawy spotkałam szwagierkę operatora filmowego Waldka Czechowskiego. W Moskwie miałyśmy tylko przesiadkę. Ja wracałam ze stypendium w Meksyku a ona z Papua Nowej Gwinei, gdzie towarzyszyła zaprzyjaźnionym etnografom. Jej barwne opowieści rozbudziły moją wyobraźnię. Kupiłam wszystkie dzieła Bronisława Malinowskiego. Do dziś stoją na półce – jeszcze nie przeczytane. Natomiast w latach 90, gdy mieszkałam już w Niemczech, pod wpływem wspomnień związanych z opowieściami owej znajomej, stworzyłam cykl stu rysunków masek inspirowanych sztuką ludów Papua.

Kolekcja masek Aleksandry Hołowni

Seria ta stanowi próbę transformacji na papier ducha nieżyjącej osoby, której odbicie twarzy zostało uwiecznione w masce. Rysunki masek były między innymi dwukrotnie wystawiane w Nowym Jorku w galeriach: Monserat (1994) i The Cork (1999) – tam też naprawdę znalazły uznanie.

Alexandra Holownia Masks  Exhibition, Monserat Gallery NYC 1994Wystawa masek Aleksandry w Nowym Yorku

Pod koniec października 2014 roku kuratorzy, Marion Struck-Garbe i Alfred Banze, jadą do Nowej Gwinei, gdzie zrealizują projekt. W Muzeum Narodowym w Port Moresby i w Wyższej Szkole Sztuki w Gorka zaprezentują prace 12 artystów z Berlina. Są to Barabara Eitel, Juliane Laitzsch, Christine Niehoff, Ingeborg Lockemann, Maurice De Martin, Jacob Roepke, Patrick Jambon, Moritz R., Alexandra Holownia, Ilse Ermen, Michel Aniol, Stephan Gross. W maju 2015 pokaz ten wraz z workshopem i performance będzie można obejrzeć w Projektraum Alte Feuerwache i ZK/U w Berlinie.

2maski1***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Lusatia alias Vita 4

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Jako się rzekło tydzień temu, pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji, sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Ale ruchliwe i gwarne centrum to nienajlepsze miejsce do snucia takich refleksji. Kierujemy się przeto na zachód i, mijając zieloną oraz spokojną dzielnicę Žylow (po niemiecku Sielow), docieramy na peryferie stolicy Dolnych Łużyc. Horyzont znaczony jest wielkimi kominami potężnych elektrowni, spalających węgiel brunatny z miejscowych bogatych złóż. My jednak, przynajmniej na razie, poniechamy tych obiektów. Przyjdzie czas i na nie, lecz dziś naszym celem jest leżąca wśród łąk i lasów niewielka wioska Dešno, przez Niemców nazywana Dissen.

Zwykle bywa tak, że gdy język związany ze słabszą kulturą wypierany jest przez mowę i cywilizację silniejszą, a przy tym ekspansywną, najdłużej opór takim procesom stawiają regiony wiejskie. Dlatego, o ile w Chóśebuzu ciężko byłoby nam spotkać kogoś, z kim można porozmawiać po serbołużycku, w Dešnje jest to całkiem prawdopodobne. Ba, jeszcze w połowie ubiegłego wieku większość mieszkańców wioski porozumiewała się w tym właśnie języku! Ślady serbskiej spuścizny można spostrzec bez najmniejszego problemu. W centrum osady ma swój pomnik pastor, językoznawca i działacz społeczności wendyjskiej, Bogumił Šwjela. Tutejsza świątynia ewangelicka kryje szereg serbołużyckich inskrypcji. Tuż obok kościoła znajduje się niewielkie, ale naprawdę interesujące muzeum regionalne, zaś wiejska świetlica nosi nazwę Serbski dwór.

spreewald (1)Jeden z licznych napisów na emporze dešanskiego kościoła. Forma cokolwiek germańska, ale treść jak najbardziej serbołużycka!

Mieszkańcy Dešna, podobnie jak wielu innych okolicznych wsi i miasteczek, mają zazwyczaj świadomość swych serbołużyckich korzeni, kultywują noszenie strojów regionalnych i celebrują stare obyczaje oraz święta. Niestety, w zdecydowanej większości nie potrafią się już posługiwać językiem przodków. Pokolenie czterdziesto – pięćdziesięciolatków niekiedy jeszcze sporo z tej mowy rozumie i potrafi ułożyć w niej kilka zdań, ale młodsi, w jakikolwiek sposób znający język serbołużycki, to prawdziwy rarytas. Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że historia była dla tego ludu wybitnie mało łaskawa, a i współczesność nie jest dużo lepsza. Wiele czynników złożyło się na to, że na przestrzeni wieków Serbołużyczanie powoli, ale systematycznie podlegali procesowi wynarodowienia. Przede wszystkim znaczna przewaga demograficzna, polityczna, militarna, gospodarcza i kulturalna sąsiednich narodów, zwłaszcza Niemców, ale również Czechów i Polaków. To ona sprawiła, że Łużyczanie (o czym już Viator wspominał) nigdy nie stworzyli swego państwa. Dodajmy do tego epizody zupełnie oficjalnej, zarządzanej przez władze państwowe germanizacji, na przykład w czasach Bismarcka, ale zwłaszcza w okresie III Rzeszy, gdy proces ten przybrał wyjątkowo brutalną i krwawą postać. Nie można też zapomnieć o zalegających pod niemal całymi Łużycami złożach węgla brunatnego, którego eksploatacja, prowadzona zwykle metodą odkrywkową, spowodowała zniknięcie z powierzchni ziemi wielu wendyjskich wsi. O tym dramatycznym aspekcie dziejów Łużyc opowie jeszcze Viator znacznie dokładniej. Na koniec wspomnijmy o innej pladze, która dotyka w ostatnich latach nie tylko Łużyce, ale całą Saksonię i Brandenburgię: bezrobocie, które spowodowało masowy odpływ ludności, zarówno niemieckiej jak łużyckiej, do zachodnich landów.

Wygląda na to, że wszystko się przeciw nim sprzysięgło, ale Serbowie nie składają broni. Do końca. Po serbołużycku wciąż ukazują się książki i prasa, stacje radiowe nadają programy, w Budyšinje działa teatr wystawiający sztuki w języku górnołużyckim. Od pewnego czasu w kilku tutejszych przedszkolach prowadzony jest projekt Witaj, mający na celu naukę i przywrócenie mowy najmniejszego słowiańskiego narodu. Na przykład źěśownia (przedszkole) Mato Rizo, znajdująca się w Žylowje, wspomnianej już dzielnicy Chóśebuza, gdzie Viator miał okazję oglądać wzruszający obrzęd Ptaškowej swajźby – Ptasiego Wesela, o którym opowie, gdy przyjdzie na to czas, czyli pod koniec stycznia.

Także w Dešnje, podczas jednej ze swych licznych wędrówek, mógł się Viator przyjrzeć działaniom pasjonatów, walczących o przetrwanie języka serbołużyckiego. Serbski dwór gości od czasu do czasu imprezę nazwaną malowniczo Pójsynoga (czyli nasza swojska Powsinoga). Na jedną z nich trafił niegdyś wędrowiec. Całkiem spora sala była wypełniona szczelnie; niestety, zdecydowana większość zgromadzonych prezentowała wiek, by tak rzec, mocno emerytalny. Na szczęście były też jaskółki zwiastujące zmiany.

spreewald (2)Zespół śpiewaczy na Pójsynodze. Istotne jest nie to, że ci młodzi mężczyźni pięknie śpiewają tradycyjne pieśni serbołużyckie. Znacznie ważniejszy wydaje się fakt, iż także między sobą swobodnie i w sposób całkowicie naturalny porozumiewają się w tym języku.

spreewald (3)

Dziecięce zespoły folklorystyczne zawsze są przyjmowane na Łużycach bardzo ciepło. Dla porządku musi Viator dodać, iż te dzieci przyjechały z innego regionu etnograficznego. W Sljepo, na pograniczu Górnych i Dolnych Łużyc, skąd pochodzą, nosi się zupełnie inne stroje niż w Dešnje. Ale cierpliwości, odwiedzimy i Sljepo.

Wielu ciekawych opowieści miał okazję wysłuchać Viator, rozmawiając działaczami łużyckich organizacji. Dla większości z nich na przykład język serbołużycki jest drugim. Był czas, że wendyjscy rodzice, chcąc ułatwić swym dzieciom start w dorosłe życie i awans zawodowy, uczyli ich od najwcześniejszych lat mówić wyłącznie po niemiecku. Jednak, jak widać, jakaś tajemnicza siła i piękno muszą tkwić w hornjoserbšćinje oraz w dolnoserbskeje rěcy, skoro oni dobrowolnie, bez żadnych utylitarnych korzyści do nich powrócili i przyjęli za swoje.

Rzecz w tym, by znaleźli jak najliczniejszych naśladowców. Inaczej język serbołużycki umrze, jak tyle innych przed nim. Byłaby to niepowetowana strata. Przykład Zielonej Wyspy świadczy co prawda o tym, że można być gorącym irlandzkim patriotą, nie znając ani słowa po gaelicku, ale z kolei Walijczycy udowodnili, że umierający język może zmartwychwstać.

kajakispreewaldJeden z tych przebudzonych Serbołużyczan rzekł kiedyś Viatorowi podczas wspólnej wizyty w Dešnje: Weź łopatę i zacznij tu gdziekolwiek kopać; po wykopaniu drugiej porcji ziemi spójrz – dołek napełni się wodą, bo grunt tutaj nabrzmiały jest wilgocią jak gąbka. Nic dziwnego: kilka kilometrów na zachód od wioski zaczyna się niezwykła kraina, jedyne takie miejsce na świecie. Błota, czyli Spreewald.

Swe istnienie zawdzięczają Błota wielkiemu kreatorowi pejzażu, Jego Wysokości Lodowcowi. To on poszarpał koryto Szprewy i zmienił je w sieć kanałów, strumieni i odnóg rozmaitej szerokości, biegnących w różnych kierunkach, krzyżujących się ze sobą i tworzących prawdziwy labirynt wodnych dróg. Można po nich pływać na dystansie niemal tysiąca kilometrów.

Aż tyle Viator nie pokonał, ale swoje przepłynął i zobaczył. Płynął wśród trzcin i zarośli. Mijał gęste lasy. Widziane z perspektywy kajaka odkrywają zupełnie inne, nieznane, nieprzewidywane nawet, oblicze.

Kiedy kanał wpływa na teren wioski lub miasteczka, na brzegu, podobnie jak na poboczach dróg, znajduje się tablica z nazwą miejscowości. Zresztą, do niektórych z nich aż do lat trzydziestych XX wieku można się było dostać jedynie łódką. Związek osad z wodą jest niemal organiczny, co znajduje swój wyraz w architekturze: rzadko ma się okazję oglądać domostwa tak harmonijnie i pięknie wkomponowane w krajobraz. Całe szczęście, że zachowało się jeszcze tak wiele spośród tradycyjnych, drewnianych chat Serbów Łużyckich z Błot.

spreewald (4)Płynie wśród nich Viator i myśli sobie, że właściwie bez żalu można pożegnać ten potencjalny polski zamek królewski w Chóśebuzu, o którym była mowa tydzień temu. Ale Błot naprawdę szkoda… Czarodziejska kraina, Arkadia, gdzie śluzy obsługuje młodzież gimnazjalna, chcąca sobie zarobić podczas wakacji kilka centów. Żal, że zdobycz Chrobrego nie okazała się trwała!

A jeśli chcemy sobie wyobrazić, co takiego właściwie zdobył książę Bolesław, po wizycie w Spreewaldzie koniecznie musimy się udać kilka kilometrów na południe, w okolice miasta Wětošow (Vetschau), gdzie w szczerym polu stoi replika średniowiecznego serbołużyckiego grodu: Slawenburg Raddusch.

spreewald (5)Serbołużycki Raduš z czasów Chrobrego tak właśnie musiał wyglądać. Typowe dla Słowian zachodnich grodziszcze: wał ziemno-drewniany o konstrukcji hakowej. Pani Archeolog, czy Viator czegoś nie pomieszał?

Na zewnątrz wrażenie jest duże, ale gdy zdobędziemy fortyfikacje, musimy się przygotować na zawarcie niezbędnego kompromisu z wymogami współczesności.

spreewald (6)

Imponujące obwarowania to właściwie skorupa, kryjąca nowoczesne wnętrze, służące działalności edukacyjnej oraz eventowej. Cóż, lepiej już tak, niż w ogóle.

I tak nadeszła chwila, gdy trzeba pożegnać Dolne Łużyce. Kierunek południe! Hornja Łužica czeka ze swymi tajemnicami. Jak to mówią różni zachwalacze: Naprawdę warto! Naprawdę!

Berlin: Wielka Wojna reloaded

Ewa Maria Slaska

Dla Jarosława Suchoplesa

Projekt “Wystawy”

Przez dobre pół tego roku zajmowałam się Wielką Wojną. Miałam do napisania dwa referaty na ten temat i żeby je napisać, musiałam przeprowadzić sporo poszukiwań, tak terenowych, jak w bibliotekach i archiwach. W międzyczasie nadeszła wiadoma setna rocznica i do zadań codziennych, poświęconych Wielkiej Wojnie naszych przodków, doszły jeszcze tworzone na bieżąco wpisy na blogu, moje i cudze, które jednak to ja musiałam zainspirować, sprowokować i, rzecz jasna, zadministrować. Gdy dwutygodniowa seria na blogowisku się skończyła, zaczęłam mój prywatny i z niczym nie związany projekt, polegający na zwiedzeniu WSZYSTKICH wystaw, jakie zostały zorganizowane w Berlinie na temat I Wojny Światowej. Gdy już obejrzałam kilka tych wystaw, w berlińskim magazynie programowym TIP przeczytałam artykuł na ten sam temat. Znalazł się tam też spis tych wystaw, których, jak się okazało, jest więcej niż myślałam. Redakcja doliczyła się mianowicie ośmiu ekspozycji, ja obejrzałam je wszystkie, plus jeszcze jedną, której na liście nie było. Dziewięć. Projekt “Wystawy” zajął mi praktycznie rzecz biorąc cały sierpień i…

Najpierw jednak wymieńmy te wystawy. Na liście TIP-a znalazły się następujące ekspozycje:

1914–1918. Der erste Weltkrieg  / I Wojna Światowa
Deutsches Historisches Museum, Unter den Linden 2, Mitte, täglich bis/codziennie do 30.11.

Der gefühlte Krieg 
/ Wojna odczuta Museum Europäischer Kulturen, 
Arnimallee 25, Dahlem, täglich bis/codziennie do 28.6.2015

Der erste Weltkrieg in der 
jüdischen Erinnerung 
/ I Wojna Światowa we wspomnieniu żydowskim
Jüdisches Museum, Lindenstraße 9-14, Kreuz­berg, täglich bis/codziennie do 16.11.

Mahnung und Verlockung

 /Napomnienie i pokusa
Käthe-Kollwitz-Museum, Fasanenstraße 24, Charlottenburg, täglich bis/codziennie do 6.11.

Die große Illusion / Wielkie złudzenie
Collegium Hungaricum Berlin, 
Dorotheenstraße 12, Mitte, täglich bis/codziennie do 26.10.

1914. Das Ende der Belle Époque / Koniec Belle Époque
Bröhan-Museum, Schloßstraße 1 a, 
Charlottenburg, Di–So bis / wtorek- niedziela do 31.8. ( Achtung! Die Ausstellung ist zum Ende, man soll sich aber unbedingt die Dauerausstellung anschaen, die immer nur dieses ein Thema betrachtet: Das Ende einer schönen Epoche / Uwaga wystawa się skończyła, ale należy obejrzeć wystawę stałą, która właściwie zawsze jest o tym właśnie, o końcu pewnej epoki)

Avantgarde! / Awangarda!
Sonderausstellungshallen Kulturforum, Matthäikirchplatz, Tiergarten, täglich bis/codziennie do 12.10.

A ja dodam jeszcze wystawę:

Die Welt um 1914. Farbfotografie vor dem Großen Krieg Świat koło roku 1914. Kolorowa fotografia przed Wielką Wojną
Martin-Gropius-Bau Berlin, Niederkirchnerstraße 7, Kreuzberg, täglich bis/codziennie do 2.11.

No i teraz jest pora na to, co chciałam powyżej napisać po “i” i trzech kropkach. Wszystkie wystawy warto obejrzeć, może najmniej tę, która jest sztandarowym produktem Berlina z okazji rocznicy czyli wystawę o Wielkiej Wojnie w Niemieckim Muzeum Historycznym (DHM), która jest bardzo dokładna, bardzo porządna, bardzo nudna, bardzo czarna i jest tam bardzo, bardzo… zimno! Szczerze powiedziawszy na wszystkich wystawach w Berlinie było dotychczas ciemno lub co najmniej ciemnawo, a teraz na dodatek jest jeszcze zimno, widocznie takie są najnowsze osiągnięcia muzealnictwa.

Najładniejsze są wystawy o Awangardzie i o końcu Pięknej Epoki, bo pokazują ładne obrazy, ładne przedmioty codziennego użytku i ładne meble.

Najlepsza natomiast jest wystawa o wojnie i uczuciach w Muzeum Kultur Europejskich. Pozornie wydaje się ona trochę niepozbierana tematycznie, bo składają się na nią najróżnorodniejsze tematy, każdy zaprezentowany w innej scenerii i poprzez inną metodykę wystawienniczą, ale mimo to jest to wystawa bardzo konsekwentnie skupiona na jednym tylko temacie: uczucia. Uczucia tamtych ludzi podczas tamtej wojny, ale też nasze uczucia, gdy patrzymy na wojnę, słuchamy o wojnie, widzimy obrazki z wystawy i myślimy o tym, że każda wojna jest inna, a przecież każda nas w sposób straszliwy rani uczuciowo. I że nic nie mija, wszystko gdzieś jest i wszystko może wrócić i do nas. Interesujące, że kurator wystawy wymieniając uczucia, jakie pojawiają się w obliczu wojny, wymienia przede wszystkim strach i niepewność, a tymczasem dla mnie podstawowym uczuciem “wojennym” jest rozpacz. Rozpacz i zwątpienie czyli Verzweiflung.

Natomiast z punktu widzenia Polaków wszystkie te wystawy mają jedną przeogromną wadę – nas tam nie ma! Pojawimy się ułamkowo w wystawie w DHM, gdzie jest Piłsudski oraz informacja, że naukowcy towarzyszący wojskom odkryli nieznanych im dotąd tubylców czyli… polską kulturę żydowską. Poza tym nie ma Polski, nie ma sprawy polskiej, nie ma – poza wzmianką o Piłsudskim – wysiłków Polaków o odzyskanie niepodległości, nie ma frontu na terenie Polski, nie ma Polaków w Armii Pruskiej, czyli Niemieckiej, czy Cesarskiej, nie ma polskich artystów awangardowych (a przecież współpracowali z Niemcami, a część z nich działała i tworzyła w Berlinie), nie ma nas nigdy i nigdzie. Powtórzę raz jeszcze: NIE MA NAS! Z niemieckiego punktu widzenia była to niemiecka wojna stoczona z Francuzami i Belgami. Gdzieś tam przyplątali się do niej Australijczycy i Amerykanie, z oddali majaczą jacyś Rosjanie, ale Polaków nie ma. Niewidzialni, niedotykalni…

Pasjanse i jajecznica

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Ten akapit pojawił się już na blogu “Jak udusić kurę…”:

Zacznę od leniwego, nazwijmy to tak, przepisu na jajecznicę, tak jak ją smażyła nasza Mama. Uwierzcie mi, nikt nie umie usmażyć takiej jajecznicy! Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy 2 lub 3 jajka, solimy i… czekamy. Gdy jajka zaczną się ścinać, przegarniamy je raz i drugi widelcem. Od niechcenia. Nie mieszamy, nie robimy papki! Jajecznica Mamy nie jest żółta, lecz składa się z wyraźnych, ale dobrze ściętych, warstw białka i żółtka i układa się trochę jak… moreny.
No tak, lepiej nie potrafię tego opisać. Spróbujcie uzyskać taki stan jajeczny, a zobaczycie, że rzecz jest nieporównywalna z niczym.

Jeść prosto z patelenki, na stojąco, pogryzając grubą, krzywo ukrojoną pajdę świeżutkiego chleba, takiego, co w każdej piekarni kosztował cztery złote. Masło, które Mama wyjęła z lodówki w momencie, gdy zaczynała smażyć jajecznicę, wciąż jeszcze było twarde, nie dawało się na tej kromce rozsmarować, leżało więc na niej w plasterkach.

Pyszne.

jajecznicamamy

Nie wiem czemu, ale ta jajecznica, ten chleb, to masło kojarzą mi się też ze sposobem, w jaki Mama kładła pasjanse. W rodzinie zawsze ktoś kładzie pasjanse. Pierwszy był Dziadek Wiktor, po nim Mama, w naszym pokoleniu chyba my wszystkie cztery kuzynki, ale na pewno Kasia i ja, w następnej generacji Michał, syn Kasi, a ja już zaczęłam pokazywać Antosiowi, co to jest pasjans.

Wszyscy kładziemy tzw. Grób Napoleona zwanego inaczej Wielkim Napoleonem, przy czym Mama rozkładała 12 kart i dokładała kolejne karty 4,5 raza, a my, namówione przez Marię, rozkładamy 13 kart i dokładamy 4 razy. Podobno tak kładł Napoleona Dziadek. Niezależnie od tego, jak kładziemy, to Napoleon wychodzi nadzwyczaj rzadko.
Mama kładła jeszcze Galerię obrazów, a to dlatego, że, no… Galeria Obrazów, a mój szwagier i ja kładziemy jeszcze pasjansa, który po niemiecku nazywa się… górka rozrządowa, a po polsku nie wiem jak, ale może jest to po prostu prześcieradło.

Jacek Dehnel przysłał mi po latach taki komentarz: Natrafiłem na wpis o pasjansach. „Górka rozrządowa” nazywa się „Płachta Potockiego”, acz ja układam z jednej talii (układa się trzy razy, tak że za każdym razem trochę rosnie; przy układaniu z dwóch talii jest znacznie więcej kombinacji więc zakładam, że układa się raz).

przescieradlo-pocz-koniecPrześcieradło, początek i koniec

Pasjansa się kładzie kartami a nie w komputerze! Karty są stare. Niekiedy tak zniszczone, że niemal nieczytelne. Mamy karty były duże i już ze starości grube. Mama układała je na biurku, no, jakby to powiedzieć – niechlujnie, krzywo, w nierównych szeregach, właściwie raczej je rzucała na swoje miejsce niż kładła. Nie zapomnę tego biurka.

pudelkonakarty

Stare pudełko Mamy na karty i stare karty w środku (foto – Kasia).

napoleonTo mój Napoleon. Karty są stare, ale nie zniszczyły się. Nie wiem, jak to się stało. Pewnie po prostu teraz produkuje się je z innych materiałów.

Ciocia Janka opowiadała też taką historię rodzinną o pasjansach stawianych przez Dziadka Wiktora. Już po wojnie Dziadek był redaktorem gazety Kinotechnik. Redakcja była w Warszawie, drukarnia w Krakowie. Dziadek musiał więc ciągle jeździć do Krakowa, gdzie się zatrzymywał w Hotelu Francuskim.

I zawsze prosił, że musi mieć duży stół. W pokoju były jakieś takie stoliki, a on z naciskiem powtarzał, że musi mieć duży stół, bo musi rozłożyć wszystkie papiery, łamać numer, kleić itd. Wcale nie po to był mu potrzebny duży stół. Ojciec nie umiał stawiać pasjansa małymi kartami pasjansowymi, bo nie umiał tego robić w okularach do czytania. I jeździł zawsze z dwoma taliami kart, takich normalnych jak do brydża. A stawiał pasjanse namiętnie – Wielkiego Napoleona, gdzie trzeba położyć 13 kart, i na takim małym stoliczku Napoleon się nie mieścił. Było więc wiadomo, że „Pan redaktor przyjechał, trzeba mu stół duży dać”. Dawali mu duży stół i on stawiał pasjansa.

A przy okazji – zdjęcie biurka, na którym dziadek kiedyś stawiał pasjanse. Dziś w użyciu przez warszawską rzeźbiarkę.

Biurko-dziadkaWiktora-klein

Na marginesie dodam, że inny polski Dziadek, Piłsudski, korzystał jednak z małego stolika. Ale używał małych kart i okularów.

https://i0.wp.com/penszko.blog.polityka.pl/wp-content/uploads/2010/11/cld_2.jpg

Znowu Pionki

Ciekawe. Wydaje mi się, że chyba nigdy przedtem świadomie nie słyszałam o Pionkach. Gdy jednak przygotowałam do publikacji wpis Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, Pionki wryły mi się na stałe w pamięć. I wtedy, właściwie nagle, okazało się, że znam  co najmniej dwie osoby – dwóch panów – urodzone i wyrastające w tym małym miasteczku w Puszczy Kozienieckiej, które z zaściankowego Zagożdżona stało się ważnym ośrodkiem produkcyjnym, pracującym na potrzeby przemysłu zbrojeniowego Polski w latach 30, kiedy to też, z uwagi na liczne kontakty zagraniczne, Zagożdżon przemianowano na Pionki. Poprosiłam obu panów, żeby napisali nam coś o dzieciństwie w Pionkach i oto jeden z nich już odpowiedział na to wezwanie.

Konrad Sałagan

Pionki koło Radomia

Wyjazd z Pionek na krótko przed moim pójściem do szkoły podstawowej (1964 r.) wprowadził w mój los fatalną „lekkość bytu”. Wtedy jeszcze nie miałem o tym pojęcia. Moja babka, Joanna Płachta – było to nazwisko jej drugiego męża, bo pierwszy zagubił się w czasach II wojny światowej – wywiozła mnie do rodziców na tereny Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego. W ten oto sposób straciłem krainę swojego dzieciństwa, miejsce i epokę, kiedy przychodziły do mnie anioły, gdy rozmawiałem z ptakami, gdy zasłaniały mnie gęstwiny leśnych paproci, gdy kwiatami z leśnej polany stroiłem na pożegnanie zmarłych w prosektorium.

Tak, właśnie tak, bo wychowywałem się samotnie na terenie szpitala ogrodzonego słupami z drutem kolczastym, szpitala w Pionkach. To charakterystyczny sposób zamykania przestrzeni dla Pionek, ponieważ tak był ogrodzony olbrzymi teren zakładów ZTS „Pronit”, przedwojennej Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) – ogrodzenie w dwóch rzędach, a nawet miejscami w trzech. Na żelbetonowych słupach był rozpięty drut kolczasty. Niemiłosiernie ostre kolce. Między ogrodzeniem stały strażnice i przechadzali się umundurowani, uzbrojeni strażnicy. Szpital nie miał takiej asysty. Leżał trochę dalej od zakładów po drugiej stronie torów kolejowych, za szlabanem. W tamtych czasach w Pionkach dużo było szlabanów, powiedzmy – „urok” miejsca o przeznaczeniu militarnym.

salagan1Pionki – przed siedzibą władz czciciele tow. Bieruta, prawdopodobnie w dniu ogłoszenia jego śmierci (rok 1956)

Pionki prawie na połowę dzieli trakcja kolejowa, fragment ważnego szlaku, Częstochowa-Lublin. Po drodze Dęblin, a wcześniej na zachód krąg zbrojeniowych zakładów w Radomiu. Władysław Płachta, mój przybrany dziadek, pracował jako robotnik na Wydziale Nitrogliceryny w ZTS „Pronit”. Na rękach i ramionach, może i na całym ciele, miał podłużne białe i szare plamy. Do swojej pensji otrzymywał gratyfikację za szkodliwą pracę. Prosty i subtelny człowiek, syn cieśli z Wygwizdowa – taka mała a zarazem odrębna dzielnica Pionek. Pierwsza chałupa przed ścianą lasu Puszczy Kozienickiej. Jeszcze tory kolejki wąskotorowej prowadzące do tartaku (również druty kolczaste) i na Załamanek, czyli w kierunku rozjazdu dróg do Radomia albo Kozienic.

salagan2Pionki – pierwsza od prawej Joanna Płachta przed szpitalem za drutami,
późne lata 50 XX w.

Za drutami, blisko zakładów mieszkała elita techniczna i urzędnicza w przedwojennych domach o klasycznym metrażu, normalnym, ludzkim. W barakach za pocztą mniej więcej na przeciw dworca kolejowego Pionki Zachodnie, w barakach, choć każde mieszkanie miało ogrodzony (już siatką czy płotem) ogródek, mieszkali wykwalifikowani robotnicy. Tu mieszkał z rodziną mój wuj, Arkadiusz Sobolewski, brat babki Joanny. Pokój z kuchnią, troje dzieci, spiżarnia, WC, ogródek, jabłonka papierówka, drobna plantacja pomidorów, jeden, permanentnie reperowany rower, aha, jeszcze długa latarka – symbol przynależności do lepszych. W zasadzie rzecz praktyczna, bo kogo milicja złapała jadącego na rowerze bez światła, mogła spałować lub wlepić mandat.

To była atmosfera i warunki egzystencji ludzi w Pionkach lat 50, 60 i na początku 70 XX w. Specyfiką Pionek byli wtedy rowerzyści, złodzieje rowerów, szmugiel części rowerowych, marzenia młodych ludzi o rowerze wyścigowym. O, np. mieć huragan, ho, ho. Jeszcze nim nastał świt, albo zaraz po zmierzchu, Pionki wypełniały setki, setki świateł latarek. Nie każdego było stać na rower z dynamem. Zza drzew, Pionki wypełniały fragmenty lasu, zza drzew widziałem ławice świateł, ludzie „schodzili” ze zmiany lub szli na swoją zmianę. To nie wszystko. Dzwonki rowerowe brzęczały tu, tam, dalej i dalej. Stałem po drugiej stronie, za drutami, ukryty pośród drzew. Teren szpitala w Pionkach miał wewnętrzny las. Tam w głębi pochowano żołnierzy niemieckich, których tu leczono, bodaj rannych na wschodnim froncie II wojny światowej. Płytkie groby, zniszczone i zbutwiałe krzyże, odkrywałem czaszki. Modliłem się. Tak poradził pan Strzębała, który pracował w szpitalnej kotłowni. Mój przewodnik po czarnym i ognistym piekle. W szpitalu wszędzie mogłem wejść, ale koło drzwi kotłowni w suterenie lękałem się przechodzić. Babka Joanna pracowała również na tym poziomie, jako kierowniczka szpitalnej pralni. Jak w szpitalu pracowały siostry zakonne, babka asystowała jako siostra instrumentariuszka. Potem wraz z „rozwojem” podstawowej organizacji partyjnej spadała coraz niżej w hierarchii. Wreszcie z łaski zatrudniono ją jako portiera.

salagan3Władysław Płachta, reanimacja po zatruciu, krew oddaje Joanna Płachta – Pionki, w szpitalu za drutami, wczesne lata 60 XX w.

Na dużą skalę wynoszono tzw. spirytus wytwórniany. Do tego również służył rower, a właściwie rama w rowerze. Oczywiście, spirytus wykradano na tysiąc i jeden sposobów. Stąd pojawiały się problemy z moim przybranym dziadkiem, a babka Joanna musiała błagać, by nie wyrzucono go z pracy. Szmugiel tzw. spirytusu wytwórnianego był następnym elementem charakterystycznym dla „ducha miejsca” Pionek. Zatem powtórzę – zewnętrznym motywem leśnych, wiejskich oraz industrializowanych Pionek były nadmiar żelbetonowych słupów i ogrodzeń z drutu kolczastego, wprost obsesja podnoszonych i zamykanych szlabanów; tabuny rowerzystów; szeroka rzeka szmuglowanego spirytusu. Później w latach 70 doszły jeszcz: produkcja na olbrzymią skalę „domowej” morfiny i heroiny (no, zakład chemiczny, stąd znawcy procesu ekstrakcji) oraz olbrzymie zatrucie środowiska naturalnego po wybudowaniu w Pionkach Wytwórni Skóry Syntetycznej (lata 1971-1975). Nic nie dawały protesty lekarzy zakładowych – sprawa polityczna. Ukrywano statystyki schorzeń, a np. dr Józefa Biernata wyrzucono z pracy, a potem szantażowano. Nie tylko jego.

Ludzie marli jak muchy. Wielu moich znajomych, kolegów, przyjaciół, przecież pamiętam, zdolnych, jakże zdolnych ludzi, odeszło przez narkomanię. Prasa informowała o „zagłębiu” morfiny i heroiny w Pionkach. Wzrastała także śmiertelność od wyziewów i zanieczyszczeń Wytwórni Skóry Syntetycznej. Tak odeszła moja narzeczona, Ania Andrzejewska, z tych dwóch powodów. Zerwałem wprawdzie z nią wcześniej, bo była córką aparatczyka PZPR. Mieszkali na początku w budynku przedwojennym. Kryterium aktualne do dzisiaj, przejaw socjotechnicznego rozwarstwienia w Pionkach. Należałem do nizin społecznych.

salagan4Konrad Sałagan, miniaturowa karetka pogotowia i dwie plastikowe muzy – Pionki, przedszkole nr 1 za Łaźnią, wczesne lata 60 XX w.

Na razie przekroczmy zewnętrzny motyw „ducha miejsca” Pionek. A zatem na terenie otoczonym drutem kolczastym, czyli nad wyraz bezpiecznym terenie szpitala w Pionkach, spełniła się epoka mojego dzieciństwa. Jak kwiat paproci. Biegałem po lesie pośród gęstego poszycia, a niezwykły kwiat wciąż umykał. Przybrany dziadek uczył mnie strzelać z procy, by odstraszyć skrzydlatych intruzów, ponieważ jego pasją była hodowla gołębi i miał na terenie szpitala własny gołębnik. Karmił mnie ogórkiem kwaszonym, boczkiem i chlebem.

salagan5Konrad Sałagan, uśmiech dla Matki, której nie ma w Pionkach – Pionki, wczesne lata 60 XX w.

W tamtych czasach Pionki oglądałem za szyby karetki pogotowia, które było blisko szpitala. Kierowcą karetki był mój ojciec chrzestny i wuj, Tadeusz Łuczyński z Kozienic. Jeśli go uprosiłem i były takie możliwości, dzień wypełniała przygoda. Fascynowała mnie architektura, np. przedwojenny dworzec Pionki Główne. Używam tu potocznej nazwy “Pionki Główne”, ale na wspomnianym budynku dopiero od 8 sierpnia 1932 r. widnieje napis “Pionki” – przedtem był napis “Zagożdżon.” Nazwę zmieniono, bo kooperanci zagraniczni PWP mieli kłopoty z wymową słowa “Zgożdżon.”

Właściwie od tego dworca w latach 20 XX w. wszystko się zaczęło. Stamtąd prowadzą dwie ulice istotne dla rozwoju Pionek, czyli ul. Kolejowa i ul. Zwoleńska. A po drugiej stronie torów kolejowych była kiedyś rozbudowana bocznica. Tu również w latach 20 zwożono maszyny, materiały, narzędzia, itp. do budowy i rozbudowy Państwowej Wytwórni Prochu. A nawet tu obchodzono święta państwowe. Trochę dalej zabrano dom z długą altaną (do dzisiaj marzę o takim domu), dom babki Joanny i jej pierwszego męża, ojca śp. mojej matki Honoraty Hanny Sobolewskiej. Ale to wydarzyło się już po II wojnie światowej. Znacjonalizowano dom i rozległą działkę ze względów „strategicznych”. Babkę Joannę przygarnęły siostry zakonne i lekarze jeszcze konotacji AK-owskiej, dając mieszkanie na terenie szpitala w Pionkach. Tak przypuszczam, ponieważ pokolenie mojej babki, a także pokolenie matki, nabrały wody w usta. Ludzie doświadczyli okupacji niemieckiej, a później sowieckiej. Przyczyną był paniczny strach. Potem dawano w tym miejscu działki dla zasłużonych wobec władzy komunistycznej. Dzisiaj to mniej więcej początek ul. Mikołaja Reja.

45lat

Dyrektor Konrad Sałagan (piąty od lewej) ze współpracownikami, na niewidocznym transparencie napis “Powstanie Warszawskie jeszcze trwa”Pionki, Miejski Ośrodek Kultury, sierpień 1989 r.

Pionki były dziwną miejscowością i trochę taką pozostały. Niekonsekwencja urbanizacyjna, nie dokończone wątki lokalizacji miejskiej. Prawdopodobnie właściwie miała to być miejscowość ukryta pośród lasu. Odbierałem zabudowę Pionek i otoczenie jako niepowtarzalny urok. Gdy byłem krótko dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury w Pionkach, w latach 1989-1990 (to socrealistyczny budynek) i wydawałem Gazetę Pionkowską, sugerowałem, że ta miejscowość przypomina greckie polis. Trochę miasta, trochę wsi, trochę lasu w środku. Jednak drzew wciąż ubywa w zastraszającym tempie, miasto ledwie funkcjonuje; a tam, gdzie postawiono bloki w latach 70 i 80, czyli na ziemi rodzącej zboże i miejscu sadów, nie da się teraz nagle przywrócić agrokultury.

salagan7Rozpocząłem od tego, że przed 1964 r. babka Joanna wywiozła mnie z Pionek do miejsca zamieszkania rodziców. Musiała to zrobić, bo właśnie wyrzucano ją i dziadka z mieszkania przy szpitalu. Musiała wpłacić ok. 16 tys. zł (kolosalna suma, jak na lata 60 i realia PRL), by zamieszkać w socrealistycznym bloku w pokoju z kuchnią przy ul. Aleje Lipowe. Oto paradoks, bo jest to i ulica i jednocześnie aleje, a do tego rosną tam przeważnie drzewa jarzębiny. Mieszkający tam ludzie, robotnicy niewykwalifikowani, otrzymali te lokale za darmo.

Konrad Sałagan, Pionki, mieszkanie przy ul. Aleje Lipowe – składanie 1 numeru pisma Nad Zagożdżonką, styczeń 1993 r.

Mimo decyzji babki Joanny każdy wolny czas chciałem spędzać w Pionkach i często tu przyjeżdżałem. Nie chciałem, by w tak absurdalny sposób zamknęła się brama do krainy mojego dzieciństwa i młodości. Wstawiałem więc buntowniczo nogę w malejący prześwit bramy. Kiedy po 8, 9 godzinach podróży wychodziłem z pociągu na peron dworca Pionki Zachodnie, a była np. mroźna zima, przede mną stały ośnieżone i iskrzące się jodły i wysokie limby. „W tej okolicy jest zbyt uroczyście…” Znowu wróciłem do siebie, tak wewnętrznie – pierwsze sekundy obecności w Pionkach.

Pionki to geneza mojej poezji od 12 roku życia. Geneza mojego bycia wymytym hippie. Geneza drogi ku wolności. I te umykające złote warkocze Małgosi Wojciechowskiej, której tłumaczyłem filozofię egzystencjalną na długich spacerach, zamiast ją pocałować. Nie poderwałem więc Euterpe. Znakomita biblioteka zakładowa w przedwojennym budynku Pod Łabędziami, rezydencji Dyrektora Naczelnego Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Niezwykłej urody architektura, połączenie renesansu z tzw. polską architekturą dworkową, poziom klasy europejskiej, niestety nie opracowany naukowo. Bywały takie wakacje, że prawie nie wychodziłem z mieszkania babki Joanny, tylko wypożyczałem sterty książek. To zasługa ludzi, którzy prowadzili tę bibliotekę. Chyba ten księgozbiór był punktem ciężkości atmosfery Pionek tamtych lat. Nie spotkałem takiej atmosfery twórczej i intelektualnej ani w Katowicach, ni Sosnowcu, Będzinie. Źródeł inspiracji w Pionkach było więcej, ale ten temat jest zbyt obszerny, jak na krótką impresję. Rzecz paradoksu – obok nadmiar drutu kolczastego, który ograniczał przestrzeń, jednocześnie szum skrzydeł wolności, bez granic. Przypuszczam, że atmosfera Pionek przejaw świadomości zbiorowej ludzi, którzy tam mieszkali, to proces uruchomiony przez założycieli tej miejscowości, przede wszystkim dyrektora dr inż. Jana Prota (właściwe jego nazwisko to Berlinerblau) oraz innych, elity Polski przedwojennej. O Janie Procie jest publikacja na blogu autorstwa Michała S. Balasiewicza.

Śp. Piotr Mitan, syn inżyniera i oficera przedwojennego, próbował w latach 90 XX w. zrekonstruować splendor słynnego Kasyna Urzędniczego, budynku leżącego blisko głównej bramy zakładów. Zrobiłem dla niego szyld w konwencji modernistycznej, a zarazem znak firmowy, a także pomogłem w doborze kadry pracowniczej. Projekt padł przed końcem XX w., a Piotr w kilka lat później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zatem zabrakło świadomego kontynuatora. Piotr mawiał do mnie – „Od rekonstrukcji Kasyna trzeba rozpocząć stawianie Pionek na nogi, a potem rzucić to w przyszłość”. Mnie przekonał. Obaj nie doceniliśmy „wiatru historii”, lepiej powiedzieć „praw historii”, ani konsekwencji społecznych wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. , ani po 1989 r. konsekwencji ekonomicznych związanych z drastycznym ograniczeniem dostaw na rynek wschodni produkcji tego największego zakładu Pionek. Krytyczny moment, brak pomysłów u kadry administratorów, krótkowzroczność działaczy związków zawodowych, a szczególnie NSZZ „Solidarność”.

Wykarczowano drzewa naprzeciw dworca Pionki Zachodnie (jeszcze przed 1989 r.), zresztą nie tylko tam, zniknął drut kolczasty typowych ogrodzeń w mieście i szlabany, otworzyła się przestrzeń ku niebu, a jednak szum skrzydeł wolności umknął. Ukrył się? Nie wiem. Zniszczenie zakładu, marnotrawstwo maszyn i zasobów przekreśliło prosperity Pionek. Wyjechali więc interesujący i uzdolnieni ludzie, no, trochę ich pozostało. Umiejętnie i taktycznie rozegrano Solidarność, tam i wtedy. Porywisty wiatr historii, jakby sztorm. Dzisiaj na olbrzymim terenie zalesionym stoją ruiny budynków – również rozpadające się budynki architektury przemysłowej dwudziestolecia międzywojennego XX w. wpisane w rejestr zabytków. Nikt do tej pory nie przeprowadził badań degradacji środowiska naturalnego, które dokonało się w wyniku „wesołej twórczości” PRL. ZTS „Pronit” upadł dokumentnie w 2000 r. Podobieństwo zony zanieczyszczeń do powieści SF Arkadija i Borisa Strugackich pt. Piknik na skraju drogi (1972) i filmu Andrieja Tarkowskiego pt. Stalker (1979).

Przechodniu pozdrów więc lepszą epokę, gdy ją rzeczywiście spotkasz.

Warszawa, 23 sierpnia 2014

Uzupełnienie – w latach 2009-2013 wykorzystując fundusze Urzędu Miasta Pionki i Unii Europejskiej, dokonano rekonstrukcji Kasyna Urzędniczego. Obecnie Kasyno jest centrum informacyjnym i medialnym.