Kot i ptak z cmentarza Montparnasse

Ewa Maria Slaska

Widzimy tylko to, co wiemy

Zawsze to powtarzam. Niestety. I zawsze, gdy to głoszę, widzę przed oczyma ruiny klasztoru w Eldenie i słonia na ulicy w Berlinie. Do klasztoru trzeba zjechać zaledwie parę kilometrów z głównej drogi, którą się jedzie z Berlina nad Morze Północne. Ale jak się nie wie, że trzeba, to się nie zjedzie.

Caspar David Friedrich, Klosterruine Eldena (ca.1825)

Ze słoniem było na odwrót. Ale to dlatego że już czytałam powieść o izraelskim chłopcu, który znalazł słonia i szedł z nim do domu po ulicach Tel Avivu. Nikt go po drodze nie zaczepił, co chłopiec skwitował w myślach właśnie tą uwagą: ludzie nie widzą tego, czego nie spodziewają się zobaczyć. Doświadczyłam tego, gdy pewnego dnia wyszłam z poczty ulokowanej w nieważnej, bocznej uliczce w Berlinie. Naprzeciwko poczty mieściła się szkoła. Do szkolnej bramy właśnie podjechała ciężarówka,  z ciężarówki wysiadł słoń i poszedł do szkoły. Trwało to dłuższą chwilę, co jakiś czas z poczty wychodził następny klient, ja mówiłam: O, słoń!, a pan lub pani patrzyli na mnie jak na osobę niespełna rozumu i oddalali się w pośpiechu.

Z ptakiem i kotem na cmentarzu Montparnasse było jednak tak, jak zazwyczaj bywa – nie wiedziałam, to nie zobaczyłam. Byłam tam kilka lat temu (zobacz wpis Pisarze i cmentarze), odwiedziłam groby Sartre’a, Simone de Beauvoir, Ionesco i Cortazara.

Cortazar – najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.
A mimo to nie znalazłam ani grobu z kotem ani z ptakiem. O obu dowiedziałam się przez przypadek, szukając informacji, dlaczego pewna rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się Nana de Berlin?

Setki stron internetowych uporczywie powtarzały jedno zdanie – że ta mała Nana (ma niewiele ponad 30 cm wysokości), zwana również La baigneuse, została przez artystkę zaprojektowana w roku 1973 i wykonana w Niemczech w 500 egzemplarzach. Dopiero zadając pytanie na stronie internetowej artystki, dowiedziałam się, że wydawcą nakładu był oddział słynnego berlińskiego wydawnictwa Propyleje (Propyläen), a dokładniej jego dział zwany Refaktur. Berlińską Nanę wciąż można gdzieś od kogoś kupić, a jej cena waha się pomiędzy osiem a trzydzieści tysięcy euro, nie kupujcie więc kota w worku.

Zastanawiam się, jak to było możliwe, że choć, jak mi się wydaje, zdeptałam cały ten cmentarz od muru do muru, nie zauważyłam dwóch nagrobków wykonanych przez jedną z moich ulubionych i z daleka rozpoznawalnych artystek. Jest to tym dziwniejsze, że jeden z tych nagrobków to duży, kolorowy kot…
Le Chat Ricardo z roku 1989, to poliestrowa rzeźba na grobie Ricardo Menona (1952–1989), rzeźbiarza i malarza, asystenta artystki podczas budowy Ogrodu Tarota. Ricardo, który zmarł w wieku 37 lat na aids, był jednym z wielu przyjaciół Niki de Saint Phalle chorych na tę w owym czasie nieuleczalną chorobę. Dzisiaj, 30 lat później, ludzie chorzy na aids mają szansę przeżyć wiele lat, pod warunkiem, że systematycznie przyjmują leki spowalniające. Rzeźba kota została przez artystkę podpisana: Nie jestem kotem, jestem Ricardo. Również drugi grób na cmentarzu Montparnasse, ozdobiony rzeźbą artystki, to grób jej przyjaciela i asystenta, Jean-Jacquesa Goetzmana, który umarł na aids.

Niki de Saint Phalle była znana ze wsparcia, jakiego udzielała chorym, a także instytucjom, które walczyły o ich godne życie. W roku 1987 opublikowała książkę AIDS: You Can’t Catch It Holding Hands, która została wydana po angielsku, francusku, niemiecku, włosku i japońsku. Wszyscy znamy ten tytuł, to znane hasło: Nie nabawisz się aids, trzymając się za ręce.

Jean-Jacques Goetzman był przyjacielem Philipa Matthew, syna artystki. Umarł w roku 1998, a Niki de Saint Phalle wykonała dla niego rzeźbę zatytułowaną Oiseau pour Jean-Jacques (ptak dla Jana Jakuba).

Muzyka cenniejsza niż złoto

Lech Milewski

Zacznijmy od złota

W Muzeum Australijskiej Demokracji w odległym 120 km od Melbourne Ballarat znajduje się replika złotego nugatu znalezionego w tej okolicy w 1858 roku.

68.98 kg czystego złota.
Rok 1858, to już ósmy rok gorączki złota w okolicach Ballarat. Amatorów kopiących dołki przy użyciu łopat i kilofów zastąpiły zespoły wyposażone w mechaniczne koparki. Nugat został wydobyty przez 22-osobowy zespół górników przybyłych tu z Kornwalii.
Oczywiście przybyli nie wszyscy naraz.
Prawdę mówiąc, to akurat zrobili sobie przerwę na lunch, pozostawiając w tunelu wynajętego pracownika. Ten znalazł nugat i z wrażenia zemdlał. Gdy koledzy wrócili do pracy, zauważyli leżące w tunelu ciało. Pospieszyli na pomoc. Pierwszy z nich, gdy zauważył powód zasłabnięcia, również zemdlał. Jak to dobrze, że zespół liczył aż 22 osoby – któraś z nich nie zemdlała.

Nugat kupiła firma Wittkowski Brothers (Julius, Isidor, Joseph) za £10,500, co przewyższało jego rzeczywistą wartość. Przez kilka miesięcy nugat był prezentowany na wystawach, ostatecznie kupiła go za £9,350 królewska mennica w Londynie i przetopiła na złote suwereny.
Na marginesie wspomnę, że jest to drugi co do wielkości złoty nugat. Największy, 72,02 kg, został znaleziony 10 lat później w tych samych okolicach.

Bryła złota w Muzeum Demokracji, czy to nie dziwne zestawienie?
Właściwie dlaczego dziwne? Przecież wiadomo, że demokracja to bardzo nieefektywny i kosztowny system. Gdyby tak każdy demokrata wnosił do systemu bryłę złota, to może wreszcie przedsięwzięcie zakończyłoby się sukcesem.

Australijska demokracja miała swój początek na złotodajnych polach Ballarat. W 1854 roku rząd obciążył poszukiwaczy złota wysokimi podatkami. Wybuchło powstanie, które zostało szybko stłumione przez wojsko i policję. Sprawa jednak trafiła do sądu, a ten przyznał rację poszukiwaczom złota – polecam nieco obszerniejszą relację umieszczoną na tym blogu prawie dwa lata temu – KLIK.

68.98 kg złota. To 2,217 uncji czyli według dzisiejszych cen $2,866,181.
Phi, to wcale nie tak wiele. Prywatny kanał telewizyjny podpisał 6-letni kontrakt na prawo transmisji rozgrywanego właśnie w Melbourne turnieju tenisowego Australian Open. Cena $300 milionów.

Oglądanie tenisa mnie nudzi, przejdę zatem do muzyki.

Organy złotodajnych pól.
Jakaż w tym logika i konsekwencja: złoto -> bogactwo -> grzech -> religia.
Religia, i to nie jedna. W Australii konkurowały ze sobą anglikanizm, katolicyzm i różne odmiany protestantyzmu. A zatem w miasteczku budowano trzy kościoły. Przynajmniej w jednym z nich instalowano organy.

Festiwal organizowany jest już od 24 lat. Mam ogromną pretensję do google’a, że obserwując moje wędrówki po internecie, dopiero rok temu powiadomiło mnie o tej imprezie.

Podobnie jak w zeszłym roku pojechaliśmy do Ballarat na pierwsze trzy dni festiwalu.

Koncert inauguracyjny w katedrze św. Patryka.

W tym roku była to Pasja wg św Jana, kompozytor Arvo Part. Fragment TUTAJ.
Witający gości biskup Ballarat, gospodarz katedry, zwrócił uwagę, że tegoroczne koncerty w katedrze są odbiciem Wielkanocy. W piątek słuchamy Pasji, w niedzielę zostanie wykonany utwór Johna MacMillana kontynuujący tekst św Jana – złożenie ciała Jezusa w grobie i spotkanie zmartwychwstałego Jezusa przez Marię Magdalenę i Apostołów.

Następnego dnia wczesna pobudka, śniadanie i jazda do Doliny Węży (Snake Valley) gdzie w kościele Uniting Church odbył się kolejny koncert.

Kościół ufundowała rodzina Russel – rolnicy, nie poszukiwacze złota. Więcej na ten temat TUTAJ. W zlinkowanym artykule jest błąd, koszt inwestycji to £1,200.

Wydaje mi się, że potomek fundatorów też był na koncercie.

Na lunch wpadamy do pubu w miejscowości Smythesdale. Poniżej archiwalne zdjęcie początków miejscowości.

Po lunchu nie ma wiele czasu na odpoczynek, kolejny koncert już o 3. Znowu w Uniting Church, tym razem w Ballarat.

Nie jestem pewien czy termin Uniting Church jest używany poza Australią, więc wyjaśnię.
W 1977 roku nastąpiło w Australii połączenie trzech kościołów – Prezbiterian, Metodystów i Kongregacjonalistów (chyba dobrze odmieniłem). Powody połączenia były dość przyziemne – malejąca ilość wiernych. Po połączeniu można było sprzedać sporo kościołów i Uniting Church stał się znaczącą instytucją.

Tym razem w programie Das Musikalische Opfer Jana Sebastiana Bacha. Przyznam się, że nigdy nie wysłuchałem tego utworu w całości i wydawało mi się, że jest to utwór o charakterze religijnym.
Nic błędniejszego.
W 1747 roku Fryderyk Wielki zaprosił Jana Sebastiana Bacha do Poczdamu.
Jaki to pech, że wszyscy rozbiorcy Polski mieli poważne zainteresowania muzyczne. Maria Teresa trzymała na kolanach małego Mozarta, Katarzyna Wielka napisała libretto do opery, zaś Fryderyk Wielki był całkiem dobrym flecistą, a na swym dworze zatrudnił plejadę muzycznych gwiazd.
Po pierwsze oczywiście Johann J. Quantz – najlepszy flecista tej epoki
Po drugie, Carl Philipp Emanuel Bach – syn Jana Sebastiana, który w tym czasie przewyższał popularnością swojego ojca. To o nim W. A. Mozart powiedział – Bach jest ojcem, my wszyscy jesteśmy jego dziećmi.
Po trzecie Gottfied Silberman, budowniczy instrumentów klawiszowych, który właśnie wyprodukował nowy rodzaj fortepianu i Fryderyk Wielki chciał pokazać ten instrument Janowi Sebastianowi.

Na marginesie wspomnę, że fortepian Silbermana nie przypadł J.S. Bachowi do gustu, preferował Cristofori piano. Taki właśnie instrument został użyty na koncercie w Ballarat
i chyba wszyscy uczestnicy koncertu przyznali Janowi Sebastianowi rację.

Fryderyk Wielki podał Janowi Sebastianowi temat i wyzwanie – zaimprowizować trzygłosową fugę na ten temat. Po wykonaniu zadania król podniósł poprzeczkę – zaimprowizować sześciogłosową fugę. Jan Sebastian poprosił o pozwolenie opracowania tego utworu w domu.
Zadanie zajęło mu dwa miesiące a utwór rozrósł się do sześcioczęściowej kompozycji – więcej informacji TUTAJ.

Dedykacja Jana Sebastiana: Waszej Królewskiej Mości poświęcam niniejszym z najgłębszym oddaniem tę muzyczną ofiarę, której najszlachetniejsza część z najłaskawszej własnej ręki Waszej pochodzi. Z pełną czci radością wspominam jeszcze szczególną łaskę królewską, gdy w czasie mej niedawnej bytności w Poczdamie raczył Wasza Królewska Mość osobiście zagrać mi na klawesynie temat do fugi, najłaskawiej mnie przy tym zobowiązując, abym takową w najwyższej obecności Waszej zaraz wykonał

Na kolejnym marginesie wspomnę, że 14 lat wcześniej J.S. Bach pisał równie uniżone listy do króla Polski, Augusta III Sasa. W tym okresie drezdeńska orkiestra dworska uchodziła za jedną z najlepszych w Europie. Nic dziwnego, że Bach chciał nawiązać z nią współpracę. Starania opóźniła nieco śmierć Augusta II (Mocnego) i związana z nią żałoba. Bach odczekał kurtuazyjne pół roku i w lipcu 1733 roku wysłał do króla Augusta III partyturę Mszy, ktorej towarzyszył list zawierający takie słowa: Z najgłębszym oddaniem przedstawiam Waszej Królewskiej Wysokości ten mały wytwór mojej muzycznej wiedzy z najbardziej pokorną prośbą o potraktowanie go nie według niedoskonałości kompozycji lecz łaskawym okiem… i przyjęcie mnie pod swoją potężną ochronę.
Ta potężna ochrona to pozycja dworskiego kompozytora. Warto zauważyć, że Bach – luteranin – skomponował dla polskiego króla katolicką mszę z łacińskim tekstem. Msza nie została wykonana w całości za życia Jana Sebastiana. Podanie o stanowisko kompozytora dworskiego zostało rozpatrzone pozytywnie dopiero trzy lata później, ale nie wydało żadnych znaczących owoców poza kilkoma polonezami… – przykład TUTAJ.

To dopiero połowa naszej wizyty w Ballarat, ale odczuwamy znużenie. Ze smutkiem stwierdziłem, że być może wielu słuchaczy wyglądało starzej ode mnie, ale chyba mieli lepszą kondycję.

Kolejnych koncertów już nie relacjonuję gdyż muzyka to dla mnie zbyt trudny temat do pisania. Pozwolę sobie tylko wspomnieć jednego z solistów – skrzypek Davide Monti.
TUTAJ znaleziony na youtube fragment jego występu w Poznaniu. Z tego wnioskuję, że bywa również w Polsce, a zapewne i w Niemczech. Polecam.

—-

No tak, dobre intencje przeważyły nad zrozumieniem historii.

Trzy dni minęły jak jedna chwila. Pora wracać do Melbourne. Po godzinie jazdy zbliżamy się do miasta.

Po krystalicznie czystym powietrzu w Ballarat wita nas miasto spowite mgłą.
Według mnie istotnym powodem zanieczyszczenia powietrza i wzrostu temperatury jest nadmierne używanie klimatyzacji.

P.S. Dla cierpliwych czytelników drobna nagroda. W zeszłym roku na otwarcie festiwalu wykonano w katedrze św. Patryka Misa Criola. Ten utwór to odpowiedź na ustalenia II Soboru Watykańskiego (rok 1962) a konkretnie – liturgia w językach narodowych, w tym przypadku po hiszpańsku. Znalezione na youtube wykonanie TUTAJ.

Ptasie wesele

dla mojej siostry Kasi, która ma dziś urodziny, i Tomasza F., który mi wytłumaczył dlaczego to właśnie dziś na Łużycach obchodzi(ło) się “ptasią swadźbę”, a i on z dziećmi w szkole swojej to nadal obchodzi – bo otóż, żeby ptaszki mogły się wiosną wykluć z jajek, to mama ptaszka i tata ptaszek mniej więcej teraz “zabierają się do roboty”. A więc tak naprawdę to dziś zaczyna się wiosna. Zresztą w Berlinie zaraz zakwitną przebiśniegi.

Ewa Maria Slaska

Wszyscy już wiecie, co robi Slaska, żeby się czegoś dowiedzieć. Oczywiście! Wchodzi do internetu. A tam cała gromada piosenek i informacji o ptasim weselu. Kto by przypuszczał?

Pieśń z motywem ptasiego wesela, wykorzystywana jako przyśpiewki taneczne, bądź też jako melodie wiodące w figurach tanecznych lub zabawowych inscenizacjach. Związana jest ze słowiańskim początkiem roku, zawiera w sobie motywy kosmogoniczne wyjaśniające pochodzenie i wygląd danych ptaków i zwierząt.
Na Łużycach istnieje obrzęd ptasiego wesela, wywodzący się z przedchrześcijańskiego kultu przodków, kiedy to przodkom składano ofiary z żywności. Był to też sposób, by zjednać sobie przychylność bóstw natury. Termin święta jest ściśle związany z przedchrześcijańskim cyklem obrzędowym.

W dniu ptasiego wesela dzieci tradycyjnie wystawiają przedstawienie, którego treścią są zaślubiny sroki, kruka czy gawrona. W wieczór poprzedzający 25 stycznia, albo o poranku tegoż dnia dzieci stawiają na parapetach, na progach albo pod gołym niebem puste talerze, w oczekiwaniu, że ptaki wypełnią je prezentami ze swojego wesela: orzechami, jabłkami, słodyczami tudzież  figurkami z ciasta. Ptaki oczywiście nie zawodzą (w czym wydatnie pomagają rodzice) – odwdzięczają się w ten sposób za pożywienie, pomagające im przetrwać zimę. Dzieci przedstawiają całą historię zaślubin kruka i sroki, przebrane za państwo młodych i ptasi orszak weselny. Aby przebierańców można było podziwiać, ciągną też uliczkami wsi i miasteczek.

A więc siostro, dziś nie tylko Twój nowy rok, ale też słowiański Nowy Rok i prawdziwy początek wiosny.  Przysyłam Ci urodzinowo wiosenne zdjęcie mojej kuchni, które zrobiłam przed chwilą. Kwitną żonkile, ale nie jest to moją zasługą, bo kupiłam je w sklepie, natomiast gałęzie jabłoni zebrałam trzy tygodnie temu na wsi i dziś – jutro zakwitną.

PS.
Początkowo zamiast wpisu miałam zamiar wysłać Ci po prostu jakiś porządny kawałek sztuki i, ponieważ lubisz takie ujęcia, wpisałam do google’a hasło: kobieta nad morzem sztuka. Pojawiło się mnóstwo jakiejś tandety oraz, ni stąd ni zowąd, grafika Mamy Kobiety nad morzem z mojego dawnego wpisu. Tę grafikę pokazała też Zachęta na wystawie
o historii grafiki w powojennej Polsce – w dziale (tylko usiądź i mocno trzymaj się krzesełka): Sport, czas wolny.

Niestety, obejrzałam tę wystawę ostatniego dnia, nie było więc o co i po co protestować. Siedzące nad morzem rybaczki, czekające na powrót mężów, synów, braci, ojców
z połowu… Czekające w przerażeniu, bo zawsze mogło się zdarzyć, że już nie wrócą, niefrasobliwość kuratorek zaklasyfikowała do kategorii “czas wolny”.


Powyżej reprodukcja Kobiet nad morzem w Głosie Wybrzeża z roku 1962, codziennej gazecie gdańskiej, zatytułowana – Kobieta nad morzem, choć gołym okem widać, że kobiety są trzy.
Poniżej grafika oryginalna wystawiona na wystawie w warszawskiej Zachęcie w roku 2019, zaklasyfikowana do kategorii: Sport, czas wolny, choć gołym okiem widać, że temat pracy nie ma nic wspólnego z czasem wolnym.
Nic się nie zmieniło: niechlujstwo i arogancja w stosunku do dzieła i autora.

Reblog: więzienie, ogródki działkowe i cmentarz

Ela Kargol

Niepozorna kolonia ogródków działkowych, nieopodal głównego dworca w Berlinie (Berliner Hauptbahnhof) dobrze ukryta za parkiem historycznym, który powstał w połowie XIX wieku na terenie byłego więzienia Lehrter Straße.
Właśnie tu odbył się w 1847 tzw Proces berliński (Polenprozess) przeciwko 254 uczestnikom konspiracji polskiej. Wśród oskarżonych byli Ludwik Mierosławski, Karol Libelt.

Chyba niewielu z setek tysięcy podróżnych przelewających się co dnia przez berliński dworzec główny zastanawia się, co jest za wysokim murem po przeciwnej stronie Invalidenstraße. A ci, co skracają sobie drogę, nie zwracają uwagi na nienarzucającą się, choć przemyślnie skomponowaną architekturę historycznego parku.

Do więzienia należały zachowane po części do dzisiaj budynki mieszkalne służby więziennej, przydomowe ogródki, kościół, w którym nota bene odbywał się berliński proces i cmentarz – częściowo zlikwidowany.

O istnieniu ogródków i tej dość nietypowo położonej nekropolii przeczytałam w działkowym czasopiśmie Gartenfreund. Nie mogłam sobie wyobrazić cmentarza wśród altanek, leżaków, rzodkiewki, relaksu po pracy przy piwie i grillu. A jednak jest to możliwe. W samym środku kolonii, pod rozłożystymi starymi drzewami rozrzucone są jakby w nieładzie, obrośnięte starym bluszczem przykryte trawami części nagrobków. Wszystko ogradza jasnozielony żelazny płot na podmurówce z żółtej cegły. Brama cmentarna jest zamknięta. Jest to jednak tylko część cmentarza, na którym chowano urzędników służby więziennej. Druga część przeznaczona dla więźniów została zlikwidowana i zagospodarowana przez działkowców. Tylko okazałe platany zaznaczają cmentarną aleję. Spotkana działkowiczka nie umiała jednak zbyt dużo o cmentarzu powiedzieć. Wspomniała jedynie, że urząd dzielnicy obiecał uporządkować teren tej małej nekropolii. Bardziej jednak martwiły ją włamania. Bezdomni, szukający schronienia przed zimnem są tam częstymi nieproszonymi gośćmi.
Mimo różnych problemów działkowców ogródki są atrakcyjną oazą wypoczynku w zieleni. Są jedyną kolonią w dzielnicy Tiergarten i ze względu na historyczną przeszłość cały teren objęty jest ochroną zabytków.

This slideshow requires JavaScript.

Takich jak wy będziemy wieszać

Ewa Maria Slaska

Krysi

Przyznaję, że całkowicie zapomniałam o tym incydencie, a przypomniała mi o nim obecna wtedy również koleżanka, która usłyszała, co mi powiedział pan W., znana berlińska osobistość ze skrajnej prawicy.

Poszło o bardzo błahą sprawę. Ale może nieprawda, i poszło o sprawę najważniejszą czyli o władzę.

18 listopada 2017 roku w Kościele Francuskim na Gendarmenmarkt odbywał się koncert z okazji Jubileuszu Rodła, organizowany teoretycznie przez tę, zacną kiedyś, organizację w Niemczech we współpracy z Konwentem Organizacji Polskich czyli tzw. Biurem Polonii. Napisałam, że koncert “teoretycznie” współorganizowało Rodło, bo jednak całą stronę organizacyjną zapewniał Konwent. Biuro zbierało m.in. zgłoszenia od widzów, który chceli uczestniczyć w koncercie, prowadziło listę zgłoszeń i zapewniało sprawne skreślanie gości, którzy przyszli z przygotowanych list.

Zgodnie z przyjętą od lat praktyką gości niezgłoszonych wpuszczałyśmy (byłyśmy we trzy, trzy kobiety, Joanna, Krysia i ja) jeśli przyszedł ktoś, kto zamówił na przykład pięć biletów, ale w rezultacie zająć chciał tylko dwa miejsca. Goście czekający na dodatkowe miejsca wchodzili zgodnie z kolejnością, w jakiej przyszli.

W pewnym momencie pewnym, zamaszystym krokiem wkroczył do kościoła pan W. w towarzystwie kilku młodych ludzi. Trafił na mnie. Znalazłam jego nazwisko, “odhaczyłam go” i powiedziałam, że bardzo  mi przykro, ale młodzi panowie nie byli zgłoszeni i muszą chwilę zaczekać.

Pan W. stanął przede mną, wypiął pierś i powiedział (naprawdę!), że chyba nie wiem, kim on jest i że muszę natychmiast wpuścić osoby mu towarzyszące. Odpowiedziałam, że dobrze wiem kim jest, a młodzi panowie muszą się poddać przyjętej procedurze. Ja to jeszcze załatwię pogroził mi pan W. i pobiegł ze skargą do szefów Konwentu i Polskiej Rady w Berlinie. Obaj przyszli, wyjaśniłam procedury, panowie poklepali pana W. po plecach i powiedzieli, żeby się nie denerwował, bo wszyscy zaraz wejdą. Dwóch z pięciu młodzieńców już zresztą weszło, a potem jeszcze dwóch. Pozostał jeden, gdy powrócił pan W. i gromko zażądał wpuszczenia chłopaka, który zesztą wcale nie wyglądał na zadowolonego z interwencji i zza pleców pana W. uśmiechał się do mnie przepraszająco.
– Niech go Pani wpuści, niech przynajmniej już powiesi, zażądał pan W.
– Powiesi?, zapytałam. Kto? Kogo?
– Was, warknął pan W. Przyjdzie czas, a będziemy Was, lewaków, wieszać.
Zawołałam szefostwo, poskarżyłam się, ponoć panowie chcieli uzyskać od pana W. przeprosiny. Nic nie uzyskali. Nikt nikogo nie przeprosił. Młody człowiek wszedł, gdy zwolniło się miejsce. Usłyszał, że można komuś bezkarnie grozić. I że nienawiść ma się dobrze nie tylko w towarzystwie ekstremalnej prawicy, ale również w obliczu potulnej
i dobrze wychowanej mieszczańskiej lewicy.

Z dużym opóźnieniem zaczął się koncert, a raczej “akademia ku czci” Rodła i PiS-u, PiSu-u i Rodła. Wypowiedzi były długie i okropne, pełne znanej nam wszystkim retoryki nienawiści. Nie mogłam tego słuchać, aż wreszcie nie wytrzymałam – gdy wnuczka założyciela Rodła wygłosiła wstrętną mowę antysemicką, wstałam jako pierwsza.
Wyszłam przed koncertem, za mną wyszło jeszcze kilka osób, a potem, jak się dowiedziałam, jeszcze około 50.
Tak mnie ta ohydna akademia zbulwersowała, że zapomniałam o pogróżkach pana W.

A teraz myślę, że gdybym wiedziała, jak kończy się pobłażanie nienawiści, pewnie wezwałabym policję i złożyła skargę. Ale to był koncert polonijny, przyjechali muzycy ze Szczecina – świetna orkiestra Akademia, szkoda mi było organizatorów, muzyków, publiczności…

A teraz myślę, że zawsze tym się tłumaczymy, tym ciepełkiem, tym, że nie chcemy psuć nastroju, tym , że to, tamto i siamto…

A teraz myślę, że to moja wina. Trzeba było…


Zbieżność inicjału nazwiska tego człowieka i mordercy pana Prezydenta Pawła Adamowicza, jest przypadkowa. Ale rozumiem, że skoro nie zaskarżyłam zachowania tego pana, nie wolno mi podać jego nazwiska. Czyli tak jak zawsze – ja odsłaniam przyłbicę, przeciwnik chowa się za plecy innych i paragrafy

Powieść kalendarzowa (Barataria 101)

Ewa Maria Slaska

Znalazłam na chomiku.pl zachwycająco inne, odmienne tłumaczenie Don Kichota, dzieło Wiktora Woroszylskiego (gdańskie Wydawnictwo Tower Press, 2001). Tłumacz smakowicie bawi się słowami. Spójrzmy na pierwsze zdanie, tytuł pierwszego rozdziału:

Rozdział pierwszy, w którym nie mieszkając, bo i po cóż mieliby mieszkać, pojawiają się bohaterowie książki: Don Kichot i Sanczo Pansa

Zaiste, bo i po cóż mieliby mieszkać, skoro odtąd będą już zawsze wędrować, przez czasy, miejsca i książki.

Rozdział pięćdziesiąty ósmy, w którym ten, który dziś opowiada
historię o Don Kichocie z La Manczy, proponuje nieco inne jej
zakończenie

 

Nota bene Woroszylski proponuje również inną numerację rozdziałów, czym się za chwilę zajmię szerzej

Powiedziałem, że trudno mi uwierzyć w tę przemianę Don Kichota na łożu śmierci; trudno
i przykro; ale cóż mam robić – nie wymyślam błędnego rycerza dziejów, lecz je tylko
powtarzam.
Powtórzywszy do końca, do ostatniego tchnienia umierającego i szlochu żegnających go
bliskich, mimo to jeszcze raz oświadczę zuchwale, że  n i e   w i e r z ę ; i nie tylko w
odwrócenie się Don Kichota od błędnego rycerstwa i nawrócenie na codzienność i zdrowy
rozsądek nie potrafię uwierzyć, lecz i w następną wiadomość, poświadczoną przez księdza
i notariusza, że  D o n   K i c h o t   n i e   ż y j e .
Myślę, że Cervantes, w tym czasie sam już w nie najlepszym stanie, uległ pogłoskom,
których nie mógł sprawdzić, a które łatwo domyślić się kto porozpuszczał, i zakończył
książkę (…), nie wiedząc, że Don Kichot tymczasem przyszedł do siebie i (…) jął potajemne przygotowania czynić do czwartej wyprawy.

Rok przymusowej pokuty szybko minął – i oto…
Przez skwar, od jasnego nieba do rudej roli jak na sznurze wielkie pranie sztywno rozwieszony w powietrzu, przez skwir ptactwa polnego, przez ojczystej ziemi skwierczenie
na przyrody i dziejów gorącej blasze, jedzie, kolanami chudymi chude boki rumaka swego
Rosynanta ściskając, bohaterski rycerz Don Kichot.
Jedzie, chudy i długi, spiczastością kolebiącej się w siodle postaci widnokręgi okrągłe
kłując, z Rosynantem jak on kościstym niemal jedność tworząc, niezmożony Don Kichot, oby Bóg mu sprzyjał i Wszyscy Święci!
Parę kroków za nim, na osiołku brzuchem powłóczącym po ziemi, Don Kichota giermek,
Sanczo Pansa jak miech pękaty, wypukłością kształtów mnąc i tłamsząc prostą krechę drogi, w skwar ten sam, a jakby nie tak doskwierający, w skwir ten sam i skwierczenie wjeżdża.
Jadą obaj, nierozłączni w tej opowieści i w pamięci świata, różni tacy, że trudno o większą
różność, nie do pomyślenia wszelako – Don bez Sancza, Sanczo bez Dona.
Don Kichot, chudy i długi, niczym tyka grochowa ku górze pnie się.
Sanczo Pansa, bulwiasty ziemniak, bruzdy się trzyma.

Don Kichot, srebrny kłos wybujały, wiatr kołysze nim, ale nie, nie złamie!
Sanczo Pansa, nać przyziemna, z pędrakami ledwie-ledwie pełznąca, nie popędzisz jej, nie
przepędzisz!
Jadą, nierozłączni i nieśmiertelni, rycerz przodem, giermek, jak przystoi, parę kroków za
nim, w górze niebo rozpostarte jasność rozlewa, w dole – końskich i oślich kopyt bębnienie w skórę ziemi napiętą, a przed nimi – znów niewiadome przygody.

***

Nieistniejąca wigilia i pomieszane rozdziały

Don Kichot to książka złożona z dwóch tomów. Drugi, dopisany 15 lat po pierwszym, składał się z 78 rozdziałów i kończył śmiercią szalonego rycerza. Stąd nieco dziwi, że w tłumaczeniu Woroszylskiego jest to rozdział 58, a Don Kichot wcale nie umiera.

Ale dla rozważań o czasie znacznie ważniejszy jest tom pierwszy, skonstruowany jako rok. Od starożytności tak niekiedy budowano groby (piramidy), świątynie, zamki i pałace. Sama budowla była rokiem, cztery baszty to cztery pory roku, dwanaście wielkich sal to miesiące, 52 okna to tygodnie, a 365 pomieszczeń to dni. Przykładów takich kalendarzowych założeń architektonicznych można znaleźć mnóstwo, przypomnę pierwszy z brzegu – zamek Ossolińskich zwany Ujazd albo Krzyżtopór.

Quelle: Wikipedia

 

Ale nie tylko zamki miewają konstrukcję kalendarzową, są też podobnie skonstruowane powieści, a najważniejszą jest pierwszy tom Don Kichota, zamierzony oczywiście w momencie powstania jako zamknięta całość. Dopisana potem druga część była odezwem na krytyczną parodię i wcale nie miało być ani jej, ani tym samym – Baratarii.

Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy to powieść-rok i jak przystało na twór kalendarzowy składa się z czterech ksiąg i 52 rozdziałów.

Rozdział pierwszy opowiada o przyzczynach, jakie sprawiły, że don Alonso Kesani (Quejana) postanowił zostać błędnym rycerzem i o przygotowaniach, jakie podjął, by ten zamysł zrealizować. Drugi rozdział zaczyna się w lipcu. Jest upalne lato.  Rozdział 52 to też letni miesiąc, bo autor pisze, że chmury odmówiły ziemi swej rosy i we wszystkich miejscowościach tej okolicy odbywały się procesje błagalne i pokutne proszące Boga, aby otworzył dłonie miłosierdzia swego i spuścił deszcz.

Minął więc rok kalendarzowy i zaznaczył się w powieści zmianą pogody i minął rok kościelny, liturgiczny, a każdy jego dzień-akapit i tydzień-rozdział to zapis zmieniających się w ciągu 12 miesięcy zwyczajów kościelnych i obrzędów ludowych.

Przygody Don Kichota zaczynają się w tzw. okresie zwykłym roku kościelnego, ale podobnie jak sam rok liturgiczny koncentrują się na okresie od I niedzieli adwentu do Zesłania Ducha Świętego.

Nie tak dawno poznałam w Berlinie pewnego uczonego człowieka, który cały swój (wcale pokaźny) spadek po rodzicach, zużył na to tylko, by tę tezę udowodnić. Nie tracił czasu na wspinanie się po szczeblach kariery naukowej, nie pisał doktoratów i referatów, nie tracił czasu na nauczanie studentów i pisanie sprawozdań, nie chciał poddać się wszechmocnej władzy punktacji naukowej, zwanej ewaluacją. Po prostu żył skromnie, przejadając spuściznę rodzinną i badał sprawę.
A gdy już ją przebadał i udowodnił, napisał, biedny szaleniec, wierzący w jej święte posłannictwo poszukiwania prawdy, a nie punktów, wysłał swoje dzieło do wszystkich wielkich uczelni i instytucji na świecie, opatrzywszy je listem przewodnim: proszę, oto jak trzeba rozumieć Księgę.

I co? Czy dostał doktoraty honorowe i zaproszenia na występy jako profesor-samodzielny badacz? Czy ktoś go wspomina? Czy choćby więc cytuje go w przypisach?

I co więc?
I nic więc!

Nie znalazłam pracy tego człowieka w sieci, a dawno straciłam z nim kontakt i nie wiem, czy go kiedyś odszukam. Nie mogę sama powtórzyć jego badań i wyciągnąć wniosków, które on wyciągnął, bo nie dostałam spadku po rodzinie i nie mam już całego życia, by się tym zająć.

Ale tak sobie myślę, że ten człowiek kogoś mi przypomina. I to bardzo.

Biedny Don Kichot nauki!

Continue reading “Powieść kalendarzowa (Barataria 101)” →

Z prezentów gwiazdkowych 2018 (1)

Z podziękowaniem, mojej siostrze Kasi, która wybrała mi tak piękny prezent. Miłośnicy kotów: koniecznie kupcie sobie tę książkę, jest niezwykła. A wydawnictwo zapowiada, że jest to początek nowej serii – o kotach! O tak!

Champfleury, Koty. Historia, zwyczaje, obserwacje, anegdoty
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria 2018 (wydanie oryginalne Paryż 1869)
Przełożyła Krystyna Belaid
Opracowanie i posłowie Tomasz Stróżyński

Ponieważ książkę wydało słynne wydawnictwo, a na portalu granice.pl ukazała się jej solidna recenzja, klawiatury (dawniej: pióra) Magdaleny Galiczek-Krempy, nie będę się powtarzała i recenzowała tej przemiłej książki, lecz zajmę się tylko jednym jej fragmentem, poświęconym pewnemu artyście, rozdział ten bowiem dowodzi, że autor, skrywający się za pseudonimem Kwietnego Pola (Champfleury), jest moją bratnią duszą nie tylko w sympatii do kotów, ale i w sposobie pracy i osobistym w nią zaangażowaniu. Ale “o tem potem”. Najpierw ów rozdział (tu i ówdzie leciuchno skrócony lub, och, poprawiony).

Apendyx

Rozdział XIV. Malarz Burbanck (s. 246-251)

Spotykamy czasem w muzeach na prowincji i w kolekcjach prywatnych zbijające z tropu dzieła sztuki, które nie należą do żadnej ze znanych szkół. (…) Przed paru laty widziałem u rzeźbiarza Dantana młodszego cudowną akwarelę przedstawiającą głowę kota naturalnej wielkości. W tym obrazie namalowanym wodnymi farbami stapiały się ze sobą zalety, które cechują kogoś takiego, jak Holbein, bądź też cierpliwy zegarmistrz (…).
Nie warto nawet próbować opisać oczu zwierzęcia zwróconych bezpośrednio w stronę widza. Pióro musiałoby skapitulować wobec magicznych barw tych oczu. A przecież znalazł się malarz, który potrafił oddać za pomocą pędzla niesamowitość tych spojrzeń. Gdyby dagerotyp wynaleziono w czasach, gdy artysta namalował tę głowę (zapewne w latach 1828-1830), oskarżono by go najpewniej o to, że posiłkował się tym mechanicznym środkiem, by wiernie odtworzyć tak osobliwe oblicze zwierzęcia; lecz maszyna nie byłaby w stanie dać odczuć miękkości sierści porastającej czaszkę, oddać grupy płowych cętek i pasiastych zygzaków, które (…) ciągną się od kącików oczu aż do uszu. Nie, kot nigdy nie raczył trwać w ten sposób nieruchomo i wlepiać oczu w jeden stały punkt przez tych kilka sekund, których słońce wymaga, by wykonać swą pracę.
Ten obraz wyniknął ze spojrzenia obserwatora (…). Malarz musiał pozostać chłodny, a przez chłód rozumiem nadmierną staranność, jaką zdradza jego dzieło. Chłodny, pewny swego i dokładny. Tymczasem antyzaletą dokładności jest to, że gasi płomień w artyście. Chłodny i poprawny, namiętny i niepoprawny. Tak mało jest ludzi wolnych od niedostatków! Mimo przesadnej poprawności, każde pociągnięcie pędzla zdradzało, że malarz wnikliwie studiował koty; musiał je mieć zapewne w swojej pracowni.
Na ramie niepodpisanej akwareli widniał napis: BURBANCK.
Nazwisko to utrwaliło mi się, zarówno przez pamięć o arcydziele (…), jak i ze względu na jego obce brzmienie.
Dwie duże litografie Marin-Lavigne’a, wg tegoż Burbancka i również przedstawiające koty, świadczą, że artysta upodobał sobie przedstawienie pięknych kotów dachowców, z których kastracja uczyniła zwierzęta salonowe i których głównym zajęciem jest nadawanie połysku swoim futerkom. Taki gatunek wybrał Anglik najdoskonalej przedstawiający istoty, z którymi pozostawał w nieustannej łączności. Jedna z tych litografii nosi tytuł Łakomczuch. Jest to kociak, który chłepce mleko. Druga zatytułowana jest Zabawa. Kotek baraszkuje na parkiecie w salonie, trzymając w łapkach splątany motek wełny. (…) Obie grafiki należy traktować tylko jako wskazówkę. Marin-Lavigne, jeden z pierwszych, aż nazbyt zdolnych litografów, daje jedynie mgliste wyobrażenie o obrazach mistrza i trzeba zobaczyć akwarelę z gabinetu Dantana, aby sobie wyobrazić, jak musiały wyglądać oryginały.

Aby wyjaśnić, dlaczego przypisuję Burbanckowi tak wielkie znaczenie, dodam, że gdyby głowa kota znajdowała się pośród dawnych rysunków w Luwrze, to nie tylko zajmowałaby tam honorowe miejsce, lecz skupiałaby na sobie również spojrzenia tych, których fascynuje interpretowanie prawdy.

Dopiero, gdy Dantan w swej uprzejmości zgodził się rozstać na pewien czas ze swoim cackiem, po to, bym mógł zlecić sporządzenie jego kopii, ukazała mi się cała precyzja artysty. To, co zrazu wydawało się wyraźne, było w wykonaniu nadzwyczaj skomplikowane – nie ma w sztuce nic bardziej skomplikowanego niż prostota. Oczy kota ujawniały kopiście całe światy maźnięć pądzla. Sporządzenie kopii wymagało miesiąca; wzywany co chwilę, by ocenić doskonałość warsztatu imitatora, odczuwałem coraz większy zachwyt wobec tej przejmującej realności.

Niewdzięcznością byłoby z mojej strony, nie zainteresować się życiem Burbancka; kiedy traci się czas, bawiąc się w sędziego śledczego, nagrodą bywa jakieś drobne odkrycie.

Portret został podarowany Dantanowi młodszemu w roku 1833, jako rzadki obraz, przez słynnego marszanda rycin, Colnaghiego, w podzięce za popiersie Dantana ojca, które wykonał Dantan syn.

W tym samym czasie poprosiłem o zamieszczenie w piśmie “Notes and Queries” następujących pytań:

Kim jest angielski malarz Burbanck, znany jako autor dwóch ważnych studiów kotów, opublikowanych przez Marin-Lavigne’a u wydawcy Gihaut?
W jakim okresie żył Burbanck?
Czy angielskie słowniki biograficzne podają jakieś szczegóły dotyczące mistrza, który – jak się wydaje – uczynił z przedstawień kotów swoją specjalność?
Czy Burbanck zazwyczaj wykonywał swoje studia kotów techniką akwarelową?
Czy w angielskich muzeach i kolekcjach prywatnych znajdują się jakieś dzieła mistrza?
Choć zwyczajem Anglików jest odpowiadać na podobne pytania, ogłoszenie zamieszczone w “Notes and Queries” nie doczekało się żadnej odpowiedzi.

Na szczęście dyrektor pisma “Art-Journal”, pan Dafforne, poznał Burbancka, który około roku 1839 udzielał w Londynie prywatnych lekcji rysunku i wystawiał w Akademii Królewskiej studia zwierząt, ptaków, psów etc.

Na tym kończą się informacje. Ich ubóstwo aż nadto świadczy o tym, że ów Burbanck, zmuszony udzielać lekcji, był biedny, że Anglicy postrzegali go (zapewne tak jak on postrzegał sam siebie) jako rysownika okazów historii naturalnej (ale jakże wspaniałego rysownika!), że znawcy sztuki ani trochę nie interesowali się jego pracami i że z tego powodu żaden biograf nie zajął się życiem i twórczością tego skromnego, nieznanego i ledwo wiążącego koniec z końcem artysty.


Co mnie w tym tekście wzruszyło, to jego niezwykła empatia autora, nie tylko do kotów, choć to właśnie o kotach jest jego książka, lecz do tego wielkiego, niedocenionego, przymierającego głodem artysty w, jak wiemy skąd inąd, zimnym i bezwzględnym Londynie.
Jestem wnuczką malarza, który, mam nadzieję, w swych peregrynacjach nie przymierał głodem, ale jednak wiąkszość swego dorosłego życia spędził wędrując z jednego prowincjonalnego kościoła do innego, gdzie malował a może tylko poprawiał malowidła ścienne. Nigdy nie wiedziałam o nim zbyt wiele, a chyba wszystko, co wiedziałam, zapisałam na tym blogu w poście Dziadek. Ale to zapewne przez to rodzinne dziedzictwo z takim wzruszeniem przeczytałam kilka lat temu piękną książkę Stefana Hertmansa Wojna i terpentyna, której jednym z bohaterów jest przymierający głodem malarz, wędrujący przed I wojną światową po flamandzkich kościołach. Wydaje mi się, że dopiero dzięki Hertmansowi zrozumiałam, jak ciężkie to było życie. A teraz, też dzięki niemu, umiem wczuć się w życie zapoznanego akwarelisty, malującego psy, koty i ptaki.

Z Champfleury łączy mnie też dociekliwość, którą on porównuje do zadań sędziego śledczego. Co chwila jakaś myśl, słowo, obraz, terytorium prowadzi mnie na nowe tereny. Pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno, bo nawet kilkanaście lat temu, podczas inteligentnej rozmowy z inteligentnym rozmówcą gromadziliśmy wokół foteli sterty książek, w których szukaliśmy potwierdzenia naszych tez, odpowiedzi na pytania lub po prostu ilustracji tego, o czym mówimy. Jeśli tego, czego potrzebowaliśmy nie dało się znaleźć w książkach z domowej biblioteki, trzeba było w najbliższych dniach udać się do instytucji publicznej. Jeśli i tam nie było tego, czego szukaliśmy, składaliśmy w bibliotece wnioski o sprowadzenie z innej biblioteki, czasem z innego miasta lub kraju, albo wręcz zakup potrzebnego nam dzieła.

Zdobywanie wiadomości było żmudnym zajęciem i pyszną zabawą. Teraz oczywiście poszukiwania zaczyna się od internetu, często nawet jeśli wiemy (lub nie wiemy), że mamy w domu potrzebną książkę. Poszukiwania po półkach trwało bowiem dłużej, niż wpisanie w google’a na przykład nazwiska Burbanck. Mniej więcej dziesięć lat temu ludzie o umyśle takim jak Przekrój (tak mnie kiedyś określił jeden z moich wykładowców na Uniwersytecie) poczuli, że świat doszedł do etapu, na którym spełniają się wszystkie ich marzenia o raju poszukiwaczy. Niestety, choć wciąż jeszcze wdzięczna jestem cioci Wikipedii i wujkowi Guglowi za pomoc, jakiej nam udzielają, stwierdzam, że złote czasy poszukiwaczy wiadomości przeminęły. Świat wirtualny został zalany taką masą informacji na każdy temat, że uniemożliwiły i bezpośrednie poszukiwanie, i zacieśnianie tematyki poszukiwań przy pomocy używanych dawniej instrumentów. Aktualne wiadomości, reklamy, plotki, pudelki, memy i selfies zdominowały przestrzenie, które jeszcze niedawno były kopalnią wiedzy. Tego się nie da już zmienić. I nawet nie wiem, czy uda się nam wrócić do bibliotek publicznych i domowych, bo w międzyczasie wszyscy pozbyli się książek, nawet biblioteki!

Ostatnio kilka razy nie udało mi się znaleźć tego, czego szukałam.

Nie znalazłam książki o chłopcu, który w Tel Avivie znalazł słonia. Nie ma informacji o tym, dlaczego Nana de Berlin, mała rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się “berlińska” (odpowiedzi udzieliła mi dopiero instytucja roztaczająca pieczę nad spuścizną artystki, do której napisałam), nie ma wyjaśnienia co to jest refraktura, jeśli wiem, że jest to coś innego niż zmiana podmiotu otrzymującego fakturę, ale nie wiem – co? Tego wszystkiego poszukiwałam, żeby stworzyć wpis o dwóch rzeźbach na cmentarzu Montparnasse, który ukaże się za dwa dni.

Nie znalazłam ilustracji pokazującej jak błękitna planeta Ziemia w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat zmieni się w brązowy, przypalony skwarek i musiałam użyć grafiki, która pokazuje to samo (ale wcale nie aż tak dramatycznie!) za lat… tysiąc! A wiem, że taki obrazek przetoczył się przez Facebooka zaledwie kilka tygodni temu. Przetoczył się i zniknął. Niemożność znalezienia tego obrazka osłabiła wymowę wpisu, jaki zamieściłam TU.
I nie znalazłam tego Burbancka. Znalazłam innych, ale TEGO nie.
To spis niepowodzeń z kilku ostatnich dni.
Może muszę napisać do czasopisma Notes and Queries.

Reblog: Abkehr vom Kapitalismus

Erik Albrecht

Kehrtwende in Preston
Englische Stadt hat genug vom Kapitalismus

Reblog

Frisch renovierter Busbahnhof in Preston – eigentlich sollte hier eine Shopping Mall entstehen.

Großbritannien ist das Land der Privatisierung: Bahn, Gefängnis, Verwaltung, alles privat. Aber es läuft nicht gut. Deshalb versucht man es in der britischen Stadt Preston anders, erprobt sozialistische Ideen – und setzt auf lokale Wirtschaft.

Weiß strahlt der Beton des frisch renovierten Busbahnhofs in der Sonne. Die geschwungenen Parkdecks oberhalb der Wartehalle wirken ein wenig wie die Flügel eines übergroßen Raumschiffs. Dass der futuristische 60er-Jahre-Bau überhaupt noch steht, erzählt viel über Prestons enttäuschte Liebe zum Kapitalismus. Denn eigentlich sollte an seiner Stelle ein Einkaufszentrum entstehen. Neuer Schwung für die Wirtschaft der Stadt, die wie so viele im Norden Englands immer noch unter der Deindustrialisierung leidet.

Auf die große Pleite folgt ein Umdenken

Doch dann kam die Finanzkrise von 2008. Die auswärtigen Investoren zogen sich aus dem umgerechnet 800 Millionen Euro schweren Projekt zurück.

Matthew Brown, Stadtrat für Wirtschaftsförderung in Preston, hat genug vom Kapitalismus.

Preston stand mit leeren Händen da. Gleichzeitig kürzte die Regierung in London im Zuge ihrer Sparpolitik den Kommunen ihre Budgets.

„Stellen Sie sich vor, die Regierung kürzt der Kommune Gelder und überweist von heute auf morgen deutlich weniger. Und dann zieht sich auch noch die Wirtschaft zurück und will nichts mehr von Ihnen wissen. Was bleibt Ihnen da noch übrig? Sie können nur noch die Dinge selbst in die Hand nehmen.“

Matthew Brown sitzt in seinem Büro im historischen Rathaus von Preston. Neben dem schweren Eichenschrank hängt ein Poster der Sex Pistols. „Anarchy in the UK“ steht dort auf einer zerfledderten britischen Flagge. Brown gehört zum linken Flügel der Labour-Partei. Als Stadtrat für Wirtschaftsförderung musste er seit 2011 Preston einen Weg aus der Krise weisen.

„Wir haben immer versucht, große Investoren und multinationale Konzerne anzuwerben. Dann ist uns aufgefallen, dass wir hier auch ohne sie viel zu bieten haben. Wir haben großartige Firmen und wir haben all diese Organisationen, die niemals einfach weiterziehen werden, wie es viele Multis machen.“

Lokale Unternehmen statt große Konzerne

Nach der großen Pleite setzte Brown deshalb auf lokale Unternehmen statt auf große Konzerne. Mit Erfolg: Preston wurde vor kurzem in einer Studie zum Spitzenreiter unter den aufstrebenden Städten Großbritannien gewählt. Heute ist sein „Prestoner Modell“ Teil des Wahlprogramms der Labour-Partei unter Jeremy Corbyn. Und Brown erklärt regelmäßig Politikern aus anderen Landesteilen den Ansatz.

Apartments ab 115 Pfund pro Woche: Billig wohnen im neuen Studentenwohnheim

Großbritannien ist wirtschaftlich tief zwischen dem boomenden London und den alten Industriegebieten im Norden Englands gespalten. Prestons Aufschwung ist da Inspiration für viele abhängte Städte.

Vielen seiner Kollegen bringt Brown, stets mit Schiebermütze und im schwarzen Anzug unterwegs, in die Friargate, um ihnen seine Politik zu erklären.

„This is it. This is the new student accommodation.“

Brown zeigt auf einen modernen Neubau an der Straßenecke vor ihm. Im Erdgeschoss wirbt ein großes Plakat für schicke Apartments ab 115 Pfund pro Woche. Das Pub nebenan setzt klar auf hippe Studenten. Bis zu Universität von Central Lancashire sind es nur wenige hundert Meter. Vor kurzem habe hier sogar eine Gin-Bar eröffnet, erzählt der Stadtrat fast ein wenig ungläubig.

„Friargate war noch vor fünf Jahren eine sehr heruntergekommene Gegend. In diesem Block standen 80 Prozent der Ladenlokale leer. Aber jetzt haben wir hier diesen Neubau. Das ist toll.“

Preston gehört immer noch zu den 20 Prozent der ärmsten Gemeinden Englands. Entsprechend unbeschwert freut man sich hier über eine zaghafte Gentrifizierung.

Studentenheim als Anlage für die örtliche Pensionskasse

Bauherr des neuen Studentenwohnheims ist die Pensionskasse der Angestellten der Stadt. Etwa 20 Millionen Euro hat sie in das Projekt gesteckt. Insgesamt will der Fonds umgerechnet etwa 110 Millionen Euro vor Ort investieren – viel Geld für eine Stadt mit 140.000 Einwohnern.

„In der Regel legen öffentliche Pensionskassen ihr Vermögen ja nicht dort an, wo es herkommt – das Geld stammt ja aus den Beiträgen der Angestellten des öffentlichen Dienstes dieser Region. Aber das ist jetzt anders. Unser Fonds investiert einen Teil in die lokale Wirtschaft. Und damit schaffen wir eine Aufwärtsspirale.“

Es ist das Herz des „Prestoner Modells“: Öffentliche Einrichtungen vergeben Aufträge nicht an den günstigsten Anbieter, sondern danach, was der lokalen Wirtschaft am meisten nutzt. Möglich macht das eine Gesetzesänderung, die seit einigen Jahren „sozialen Mehrwert“ als Entscheidungskriterium bei Ausschreibungen erlaubt.

Brown brachte sieben solcher sogenannter Anker-Institutionen in Preston an einen Tisch. Neben dem Pensionsfonds die Verwaltungen von Stadt und Grafschaft, die Universität, die Polizei, das Krankenhaus sowie die größte Wohnungsgenossenschaft mit über 6000 Häusern in der Stadt. Gemeinsam verwalten sie ein Jahresbudget von umgerechnet etwa 850 Millionen Euro. Heute geben sie doppelt so viel davon in der Grafschaft Lancashire aus wie noch vor sechs Jahren – umgerechnet etwa 220 Millionen Euro.  Und das, obwohl etwa die Stadt Preston im Zuge der Sparpolitik der konservativen Regierung in London 30 Prozent ihrer Haushaltmittel eingebüßt hat.

Die Leitfrage: Was nutzt der lokalen Wirtschaft?

Doch gerade deshalb brauche die Wirtschaft das Mehr an Aufträgen, so Brown. Für ihn ist es auch der Einstieg in eine neue Wirtschaftsstruktur. Statt großer nationaler Servicedienstleister, die öffentliche Aufgaben im ganzen Land übernehmen, kommen kleinere lokale Unternehmen zum Zug.

Zugfahrt nach Manchester. Dumpf erfüllt das Wummern der Dieselmotoren den abgenutzten Waggon des Vorortzuges. Kaum irgendwo ist der Wunsch der Briten nach mehr Staat so ausgeprägt wie auf der Schiene. Bahnfahren auf der Insel ist teuer. Staatliche Aufsicht über die privaten Eisenbahngesellschaften lasch. Vielerorts fahren Dieselloks, da Oberleitungen fehlen. Die Mehrheit der Briten wünscht sich deshalb den Zugverkehr zurück in staatliche Hand – und nicht nur ihn.

Im Mutterland von Privatisierung und Neoliberalismus verdienen breit aufgestellte private Konzerne viel Geld, indem sie Gefängnisse führen, städtische Buslinien betreiben oder die Planungsabteilung von Stadtverwaltungen übernehmen. Doch in letzter Zeit sei dieses Modell zunehmend in die Kritik geraten, beobachtet Sarah Longlands vom Institute for Public Policy Research IPPR in Manchester.

„Ich denke, wir haben beim Outsourcing den Zenit überschritten. Es gibt eine immer größer werdende Diskussion darüber, dass wir diese Dienste zurückholen müssen, weil es wichtig ist, dass Staat und Kommunen diese selbst betreiben.“

Aushängeschild für den neuen wirtschaftlichen Erfolg: Auf die neue Markthalle sind die Prestoner stolz.

Denn 2018 war kein gutes Jahr für diese Art des Outsourcings. Gleich zu Beginn ging der Dienstleister Carillion pleite, der im ganzen Land Krankenhäuser baute oder Schulkantinen betrieb. Später musste die Regierung eine Bahnlinie sowie das Gefängnis von Birmingham zwangsweise rückverstaatlichen.

Auch deshalb wollen heute über drei Viertel der Briten Wasser, Strom und Gas sowie die Eisenbahn zurück in öffentlichem Besitz sehen. Doch das „Prestoner Modell“ treffe noch aus einem Grund weit über die Stadtgrenzen hinaus einen Nerv in Großbritannien.  Denn gerade jenseits von London und dem wohlhabenden Südosten des Landes hätten die Menschen vielerorts das Gefühl, der Globalisierung schutzlos ausgeliefert zu sein.

„In einer mittleren Stadt, die von der Deindustrialisierung betroffen ist, hat die Stadtverwaltung sehr wenig Verhandlungsspielraum, wenn es darum geht, Investoren anzuziehen. Wenn also Amazon auftaucht und 1000 schlecht bezahlte Jobs anbietet, kann man das nur sehr schwer ablehnen. Man ist diesen Firmen einfach ausgeliefert.“

Kommunen wollen Einfluss auf Entscheidungen

Longlands sieht hier auch einen zentralen Grund für den EU-Austritt des Landes. Schließlich hätten die Brexiteers mehr Kontrolle versprochen. Preston liefere dagegen ein konstruktives Modell dafür, wie Kommunen wieder mehr Einfluss auf ihre wirtschaftliche Entwicklung nehmen können.

„Preston versucht, die Wirtschaft von der anderen Seite her zu beeinflussen. Preston fragt: Was haben wir, worauf wir aufbauen können? Und wie können wir die Menschen dabei mitnehmen, unsere Stärken zu nutzen und etwas aufzubauen?“

„Wir treten jetzt von der Old Street her durch eine Doppeltür in die Markthalle. Wenn sie nach oben schauen, sehen sie eine wunderschöne denkmalgeschützte Dachkonstruktion.“

Zurück in Preston betritt John Bridge zügigen Schrittes den Glaskubus der Markthalle neben dem Rathaus.

Metzger und Fischhändler preisen ihre Waren an. Gemüsestände wechseln sich ab mit hippen Cafés und Street-Food-Imbissen. Doch Bridges Blick wandert zunächst zu dem schmiedeeisernen Unterbau, der das Dach hält.

„Das ist ein Wunder der Ingenieurskunst. Niemand versteht, wie es so stabil sein kann, ohne jede Art von Stützen in der Mitte.“

Eine Markthalle als Aushängeschild

Seit ihrer Eröffnung im Februar ist die Markthalle das Aushängeschild für den neuen wirtschaftlichen Erfolg der Stadt. Und für die neue Art, solche Großprojekte umzusetzen. Bridge hat den Glaskubus entworfen. Durch den Auftrag konnte sich der Architekt aus Preston selbstständig machen.

In der Regel hätte die Stadt das Projekt an eine der großen nationalen Baufirmen vergeben, etwa an Carillion – vor dessen Pleite im vergangenen Jahr. Stattdessen ging der Stadtkämmerer Andy Ridehalgh einen anderen Weg:

„Wir haben überlegt, wie wir den Auftrag aufteilen können und was für die Auftragnehmer dabei entscheidend ist.“

Denn vielen kleineren Betrieben fehlten schlicht die Kapazitäten, um ein drei Millionen Pfund teures Projekt vollständig abwickeln zu können, stellte Ridehalgh fest. Statt eines Gesamtauftrags, schrieb er deshalb die beiden Markthallen gesondert aus und ermunterte gezielt kleine Baufirmen aus Preston, ein Angebot zu machen.

„Im Ergebnis ist das historische Ensemble erhalten geblieben und kleine und mittlere Unternehmen hatten die Chance, mitzubieten.“

Kleine, in der Region verankerte Betriebe, statt großer multinationaler Konzerne. Wie auch die britische Labour-Partei will Andy Ridehalgh diese Art der Wirtschaftsstruktur in seiner Stadt fördern. Gerade in Großbritannien seien die Innenstädte überall von den immer gleichen Ketten dominiert. In Prestons neuer Markthalle sei das anders, sagt er fast ein wenig stolz.

„Die drei großen Café-Ketten sieht man auf unserem Markt nicht. Hier kann man stattdessen Kaffee an sechs verschiedenen Ständen kaufen.“

Im großen Versammlungssaal des Rathauses verteilt Alison Namensschilder und Programme. Einen Tag lang wollen hier Aktivisten aus ganz England über das „Prestoner Modell“ diskutieren. Eingeladen hat „The Larder“ – zu Deutsch: die Speisekammer – eine Genossenschaft, die in Preston für eine gerechtere Nahrungsmittelindustrie kämpft.

Eine andere Wirtschaftspolitik ist möglich

Diskutiert wird ein linker Gegenentwurf zu herkömmlichen Wirtschaft. Vielen geht es auch hier um eine andere Wirtschaftsstruktur. Statt großer nationaler Anbieter setzen sie auf dezentrale Angebote und auf die Rückbesinnung auf lokale Anbieter im Mittelpunkt, sagt Kay Johnson, Gründerin von „The Larder“:

„In Lancashire bauen wir tolles Gemüse an. Und ich will, dass das auch in Lancashire bleibt. 70 Prozent unserer Nahrungsmittel gehen in andere Regionen. Und dabei kreuzen sich die LKWs mit denen, die uns hier in Lancashire versorgen. Ich möchte gerne ein System schaffen, in dem wir uns zwar nicht selbst ernähren, das aber doch mehr in diese Richtung geht.“

Bereits vor ein paar Jahren hat die Verwaltung die Belieferung der Schulkantinen in der Grafschaft Lancashire neu organisiert. In Preston liefert nun ein Familienbetrieb das Gemüse, ein anderer das Fleisch, ein dritter den Joghurt. Wo bislang noch von außen hinzugekauft werden muss, sollen in Zukunft Genossenschaften wie „The Larder“ die Lücken in der Wirtschaft vor Ort schließen. Auch das ist Teil des Prestoner Modells, erklärt Brown auf der Konferenz.

Die Rückbesinnung aufs Lokale – vielen in Großbritannien erscheint das als eine Form von lokalem Protektionismus. Jedes Pfund, das zusätzlich in Preston ausgegeben werde, fehle anderswo. Matthew Brown sieht darin dagegen eher eine Möglichkeit, das Ungleichgewicht zwischen London und dem Rest des Landes ein wenig auszugleichen. Schließlich hätten die meisten der großen Outsourcing-Firmen ihren Sitz in der britischen Hauptstadt.

„Diese Firmen sind sehr gut darin, öffentliche Aufträge im Norden Englands zu gewinnen. Der Gewinn fließt dann nach London und oft auch ins Ausland. Dieses System stellen wir infrage.“

Die Auftragsvergabe an lokale Unternehmen ist für ihn da nur der erste Schritt. Derzeit arbeitet Preston an der Gründung einer Bank nach dem Vorbild deutscher Sparkassen, die Unternehmen der Region gezielt fördern soll, wo die großen Londoner Banken Kredite verweigern.

„Das neue Modell sucht nach neuen Formen öffentlichen Eigentums und Strategien, eine demokratischere Wirtschaft zu schaffen. Dafür müssen wir auf die Auftragsvergabe schauen, um lokale Firmen zu unterstützen, aber wir sollten auch neue Genossenschaften  gründen. Es kann auch um Unternehmen in Staatsbesitz gehen, aber so, dass die Bürger Einfluss darauf haben.“

Am Ende steht für Brown eine Alternative zum derzeitigen Finanzkapitalismus. Die britische Labour-Partei geht hier noch einen Schritt weiter. Auch große Konzerne sollen nach ihren Vorstellungen einen Teil der Aktien in die Hände der Belegschaft geben. Ob sich dafür in der britischen Gesellschaft eine Mehrheit findet, ist ungewiss. Doch 40 Jahre nach den marktorientierten Reformen von Premierministerin Margaret Thatcher diskutiert Großbritannien wieder über Wirtschaftspolitik.

Frauenblick: Unrast

Zu unserer Ansage schreibt jetzt

Monika Wrzosek-Müller

Eine rastlos theatralisch-musikalische Reise nach Motiven von Olga Tokarczuks >Unrast<

Für uns, aufgewachsen in der Tradition von Grotowski, Kantor oder später Szajna, ist das Experimental/Avantgarde-Theater eine Selbstverständlichkeit. Das Spiel mit dem Körper, weg von der Sprache, vom Text, nah an Bild, Musik, Bewegung, das alles habe ich als Gymnasiastin im Polen der 70er Jahre erlebt. Arbeit mit Schatten, mit Pantomime, Gesang, direkte Interaktion Schauspieler-Zuschauer während des Stücks war nichts Neues für mich. Ich kann mich an eine Aufführung von Jozef Szajna im Theater Studio in Warschau im Kulturpalast erinnern, in der die Schauspieler mit Schüsseln voll Wasser zu den Zuschauern gingen und sagten: „wascht eure Hände“, und jemand antwortete ganz laut und unvorhersehbar: „Wasch dir selbst die Hände, ich habe für den Theaterbesuch gebadet“…

Ende der 70er Jahre habe ich an einem Ausbildungsworkshops von Grotowski teilgenommen. Ich wog mich wie Ähren auf einem imaginären Kornfeld im Wind oder verrenkte mich wie eine Wolken am stürmischen Himmel. Schwieriger waren komplizierte Nachahmungen aller möglichen Kriechtiere, den Unterschied zwischen einer Eidechse und einer Schlange körperlich herauszuarbeiten… und zu lernen versuchen, wie man auf der Stelle verharrend mit viel Anstrengung Distanzen bewältigt, die in Metermaßen 0 betrugen, doch von Weitem als sehr effektvolles sich Vorwärtsbewegen aussahen. Wenn ich jetzt auf meine Biographie zurückschaue, war die Beschäftigung mit meinem Körper immer für mich wichtig, ich brauchte es, um weiterleben zu können. Deshalb meine Ausbildung zur Yogalehrerin und meine jahrelange Yogapraxis.

Umso mehr erstaunt mich, dass in Berlin meistens ganz traditionell im Sinne eines Sprechtheaters inszeniert wurde und die Spektakel von Bob Wilson sich so großer Popularität und so riesigen Interesses erfreuten, weil sie etwas Anderes, Neues waren. Zwar existierte seit 1984 in Berlin eine von Teresa Nawrot, einer Assistentin von Grotowski, gegründete Theaterschule, die nach ihm Schauspieler (mit Körper-, Stimmarbeit, Rhythmus und Text) ausbildet, doch bei den hiesigen Theaterinszenierungen traf man solche Choreographien und Inszenierungen sehr selten.

Warum ich soweit aushole: Es war für mich ein Vergnügen, die letzte Aufführung von „Unrast“ von Elzbieta Bednarska in der Spandauer Zitadelle zu sehen. Die Fülle der Bilder, die physische Präsenz der Schauspieler, der Ort der Aufführung, alles sprach mit der starken, emotionalen und deutlichen Sprache des polnischen Avantgardetheaters. So viel Kraft und Vision kann man kaum in einem normalen Zuschauerraum erzeugen, auch wenn das Thema Reisen, Flüchten, sich von Ort zu Ort Bewegen sehr aktuell in unserer so bewegten Zeit ist. Wir wurden auf die Reise mitgenommen und konnten Textpassagen, Bilder und Musik wirklich miterleben; auch wenn das Wetter den Schauspielern übel mitspielte (es stürmte und regnete stark), so waren die Bilder umso suggestiver und expressiver. Auch die Auswahl aus den Texten der heute in Deutschland vielleicht bekanntesten zeitgenössischen polnischen Schriftstellerin kam uns entgegen; in verschiedenen Sprachen, Kulturen, das sich Bewegen als Ziel, nie erreicht und immer vor neue Fragen oder auch Herausforderungen stellend. Das Ziel ist auch andere Menschen zu treffen, sie mitzunehmen, sich auszutauschen, aber auch sich zu verlieren, das Alte aufzugeben, zu flüchten oder letztendlich zu pilgern. Doch deutlich zeigte sich: So wichtig auf der einen Seite die Reise, das Sich-Bewegen, für den modernen Menschen ist, ihn fast formt, so deutlich kommt auf der anderen Seite die Suche nach Verwurzelung und nach Identität zum Vorschein.

Die Schriftstellerin selbst dazu: „Die Reise ist wohl die größtmögliche Annäherung an das, was unsere moderne Welt zu sein scheint: Bewegung und Instabilität. Jede Epoche sieht sich versucht, den Zustand des zeitgenössischen Menschen mit irgendeinem schlauen Wort zu beschreiben. Mir scheint, dass für unsere Zeit Unrast ein solches Wort sein könnte“.

Wunderbar waren auch die Musik von Chopin und die Geschichte der „Reise“ seines Herzens, das seine Schwester Ludowika, in französischen Cognac getaucht, nach Warschau transportierte und dort in der Heiligkreuzkirche beisetzen ließ. An der Tafel in der Kirche steht bis heute der biblischer Satz „Denn wo euer Schatz ist, da ist auch euer Herz“. Für Tokarczuk war eben Chopin einer der Reisenden, aber auch eine Identifikationsfigur, bessere kann man nicht finden, oder doch wie bei den Szenen, die an eine katholisch-orthodoxe Messe erinnern…

Auf jeden Fall sah ich in den Gesichtern der Zuschauer um mich herum tiefe Gefühle, reges Interesse; die Schauspieler, Musiker und die Regisseurin wurden mit Ovationen verabschiedet. Schade, dass es nur drei Vorstellungen dieses gelungenen Spektakels gab.

2222

To wpis numer 2222. Postanowiłam zacytować tu dziś to, co znajdę w książce na stronie z tym numerem. W grę wchodzi właściwie tylko Księga a nie książka czyli Biblia, i tylko jeśli Stary i Nowy Testament znajdują się w jednym foliale.

Codex Egberti, Trewir, 980-993, Skryptorium klasztoru w Reichenau

Uzdrowienie opętanego z Gerazy, Ewangelia wg św. Marka, 5, 1-20

Potem przybili do brzegu, do krainy Gerazeńczyków. Kiedy wychodził z łodzi, nagle wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on
w grobach i nikt nie mógł go już związać, nawet za pomocą łańcucha. Wiele razy wiązano go bowiem powrozami
i łańcuchami, ale rozrywał łańcuchy i zrzucał z siebie powrozy,
i nikt nie był w stanie go poskromić. Całymi nocami i dniami przebywał w grobach i na górach, krzyczał i uderzał w siebie kamieniami.
Widząc Jezusa z daleka, przybiegł i oddał Mu pokłon. Krzyczał donośnym głosem: „Co mam z Tobą wspólnego, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!” Mówił mu bowiem: „Duchu nieczysty, wyjdź z tego człowieka”. Zapytał go: „Jak ci na imię?”. Odpowiedział: „Na imię mi Legion, bo jest nas wielu”. I prosił Go usilnie, aby ich nie wypędzał z tej krainy. A pasła się tam na zboczu gór wielka trzoda świń. Błagały Go duchy nieczyste: „Poślij nas w te świnie, abyśmy mogli w nie wejść”.
I zgodził się. Wtedy duchy nieczyste opuściły człowieka i weszły w świnie. A trzoda licząca około dwóch tysięcy sztuk ruszyła po urwistym zboczu w dół do jeziora i utonęła w jeziorze.
Ci, którzy paśli świnie, uciekli i opowiedzieli o tym w mieście
i po wioskach. Ludzie przyszli więc zobaczyć, co się stało. Kiedy przybyli do Jezusa, zobaczyli, że opętany, który miał w sobie Legion, siedzi w ubraniu i jest przy zdrowych zmysłach.
I ogarnął ich lęk. Wtedy naoczni świadkowie opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Zaczęli Go więc błagać, aby odszedł z ich krainy. Gdy wsiadał do łodzi, ten, który był opętany, prosił Go, aby mógł przy Nim zostać. Lecz On się nie zgodził. Powiedział do niego: „Wracaj do domu, do swoich,
i opowiadaj im, co Pan ci uczynił i jak się nad tobą zmiłował”. Odszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu o tym, co Jezus dla niego uczynił, a wszyscy się dziwili.


Geraza to dzisiejszy Dżarasz (arab. جرش, także Jerash, Jerasz, Dżerasz) – miasto w Jordanii, ośrodek administracyjny muhafazy Dżarasz. Odległe ok. 50 km na północ od Ammanu. Na zdjęciu Cardo – czyli aleja kolumnowa.

Geraza jest jednym z najlepiej zachowanych starożytnych miast rzymskich na świecie.

Wikipedia podaje, że miasto zostało założone najprawdopodobniej w IV wieku p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego lub jego generała Perdikkasa. (…) Pod koniec II wieku p.n.e. wcielone przez Machabeuszów do Judy, w 63 p.n.e. zostało zajęte przez rzymskie wojska Pompejusza. Rozkwit miasta przypadł na okres panowania cesarza Trajana (II wiek). Pochodził stamtąd m.in. neopitagorejski filozof Nikomachos z Gerazy. W VI w. za panowania bizantyjskiego Justyniana w mieście wzniesiono co najmniej siedem kościołów. W 614 Gerazę zdobyli Sasanidzi, a w 636 Arabowie. W 749 miasto uległo zniszczeniu wskutek trzęsienia ziemi.


Ruiny Gerazy odkrył w roku 1806 Ulrich Jasper Seetzen, niemiecki podróżnik i odkrywca, palestynolog-arabista.

Jego życie byłoby dobrym scenariuszem pasjonującego filmu przygodowego.

W lecie 1802 wyruszył wraz z towarzyszem Jacobsenem Dunajem na wyprawę na Bliski Wschód. Zatrzymał się sześć miesięcy w Konstantynopolu. Następnie pojechał do Smyrny, skąd dotarł do Aleppo. Mieszkał tu przez dwa lata i nauczył się arabskiego. Pisał dziennik podróży po Palestynie, Synaju i Egipcie. Samotnie, w przebraniu żebraka, odbył podróż wokół Morza Martwego. Z Egiptu przez morze dostał się do Dżuddy, a następnie w październiku 1809 w przebraniu pielgrzyma dotarł do Mekki. Stąd powędrował do Lahak i  Mocha w Jemenie, skąd w listopadzie 1810 roku wysłał ostatni list do Europy. We wrześniu 1811 roku opuścił Mocha, chcąc dotrzeć do Maskatu w Omanie. Znaleziono go otrutego.

Trasy jego wypraw znane są z drukowanego dziennika i opublikowanych listów. Zachowana korespondencja i część manuskryptów przechowywana jest w muzeum w Gocie.


Dodam jeszcze na zakończenie, że uśmiercenia dwóch tysiący świń po to, by uzdrowić człowieka, budzi współcześnie zrozumiałe niezrozumienie. Również problem społeczny
(a i ekonomiczny) – pozbawienia pasterzy ich zwierząt, czy też zwierząt, za które byli odpowiedzialni – nie jest dziś łatwy do wytłumaczenia. Ponieważ jednak Holden Caulfield, bohater Buszującego w zbożu Salingera, lubi opętańca z Gerazy, pedagodzy zalecają opowiadanie uczniom o tym biedaku wraz z analizą tej jednej z najsłynniejszych powieści amerykańskich:

W końcu jednak rozebrałem się i położyłem. Kiedy już leżałem w łóżku, miałem ochotę pomodlić się czy coś w tym rodzaju, ale nie mogłem. Nie zawsze mogę się modlić, nawet jeśli mam ochotę. Po pierwsze jestem na swój sposób ateuszem. Chrystusa uznaję, ale nie bardzo mi się podobają różne historie w Biblii. Na przykład apostołowie. Jeśli mam być szczery, cholernie mnie irytują. Po śmierci Jezusa zachowywali się jak należy, w porządku, ale za jego życia tyle mu pomogli, co piąte koło u wozu. Niemal wszystkie inne osoby opisane w Biblii wolę od tych uczniów. Żeby powiedzieć całą prawdę, najbardziej lubię – po Chrystusie – tego opętańca, który mieszkał w grobowcach i kaleczył się o kamienie. Tego biedaka dziesięć razy bardziej lubię niż uczniów.