Wczoraj 56 lat temu

Znalezione u Danusi na Facebooku, a zaczerpnięte ze strony Metropolitan Museum of Art New York

Pięćdziesiąt sześć lat temu wczoraj – w poniedziałek, 4 lutego 1963 roku – w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku zaprezentowano publiczności wypożyczoną z Luwru Monę Lisę. Obraz Leonarda da Vinci można było oglądać w the Met przez następne trzy i pół tygodnia.

W 1963 r. Mona Lisa , na “osobiste zaproszenie” pierwszej damy Jackie Kennedy odbyła podróż do Stanów Zjednoczonych. W porcie, w którym zacumował transportujący ją statek, zgromadziły się tłumy, a obstawa Secret Service eskortowała Giocondę do National Museum w Waszyngtonie. Tam przywitała ją Para Prezydencka, członkowie gabinetu, wszyscy senatorowie i kongresmeni, dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego oraz liczni przedstawiciele administracji. Po kilku tygodniach pokazu w stolicy, została przewieziona do Nowego Jorku do Metropolitan Museum of Art, tam zobaczył ją ponad milion osób, w tym – zgodnie z decyzją miejscowych władz oświatowych – wszyscy uczniowie nowojorskich szkół.

Yvette Lewis, jedna z komentatorek pod wpisem na stronie muzeum napisała:  I was on that line. My grandmother took us. Hours. Up the step, up the step. Inside, up the step, up the step. And then slowly walking past the painting with a guard on either side. The painting, the experience, my grandmother with her Mary Poppins bag full of snacks are a strong memory.

Większość komentatorów dziwi się, czy też pamięta swoje zdziwienie, że obraz jest taki mały.

Rzeczywiście, Mona Lisa Leonarda da Vinci, najsłynniejszy obraz na świecie, namalowany farbami olejnymi na desce topolowej, ma wymiary 77 cm x 53 cm czyli jest mniejszy od standardowego arkusza A1.

W roku 2011 do Berlina przywieziono z Krakowa inny słynny portret Leonarda da Vinci – Damę z łasiczką. To, że do obejrzenia obrazu nie trzeba było stać w kolejce, zawdzięczamy internetowi – można było zarezerwować bilet w sieci. Ale gdy kilka lat wcześniej do Berlina przyjechała z Nowego Jorku wystawa MOMA – kolejki były na kilkanaście godzin.

Mona Lisa (La Gioconda), obraz Leonardo da Vinci, 1503–1506, farba olejna na desce topolowej, Musée du Louvre, Paryż

PS od Adminki po latach na temat tego, co od kilku lat się twierdzi – słynna Mona Lisa z Luwru to drugi portret Giocondy namalowany przez Leonarda da Vinci – istnieje jej portret jako młodej dziewczyny, tzw. Isleworth Mona Lisa. Obraz należy do Fundacji Mony Lisy i jest teraz, w roku 2024 pokazywany w różnych miejscach na świecie, ale nigdzie nie jest wystawiany na stałe.

Przedruk: Pierre Menard autor Don Kichota (Barataria 103)

Uwaga Adminki: z przykrością konstatuję, że Borges a z nim również Menard NIE zainteresowali się rozdziałem 46 części II czyli historią gubernatorstwa Sancho Pansy w  Baratarii! Ale oczywiście obaj są nieodrodnymi jej mieszkańcami.

Na ilustracji obok – okładka wydania online po niemiecku.

Jorge Luis Borges

(…) Do tego miejsca (…) przedstawiłem dzie­ło widzialne Menarda w porządku chronologicznym. Przechodzę teraz do tego drugiego, ukrytego, nieskończenie bohaterskiego, nie mającego równych sobie. Również — ograniczone są możliwości ludzkie! — nieukończonego. Dzieło to, być może najbardziej znamienne dla naszych czasów, składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału Don Kichota* oraz z fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. Wiem, że twierdzenie takie wydaje się absurdalne; uzasadnienie tego absurdu jest głównym zadaniem tej notatki.

Dwa teksty o niejednakowej wartości zainspirowały to przedsięwzięcie. Jednym z nich jest ów fragment filologiczny Novalisa — noszący w wydaniu drezdeńskim numer 2005 — który szkicuje temat całkowitej identyfikacji z określonym autorem. Drugim jest jedna z tych pasożytniczych książek, które umieszczają Chrystusa na bulwarze, Hamleta na Cannebiere czy też don Kichota na Wall Street. Jak każdy człowiek obdarzony dobrym gustem, Menard czuł odrazę do tych zbędnych maskarad — zdolnych jedynie do wywoływania w nas prymitywnej przyjemności anachronizmu czy też (co gorsze) czarowania trywialnym pomysłem, że wszystkie epoki są jednakowe lub że są różne. Bardziej interesujący, choć w realizacji pełen sprzeczności i powierzchowny, wydał mu się słynny zamiar Daudeta: połączenie w jednej postaci, którą jest Tartarin, Przemyślnego Hidalga i jego giermka… Ci, którzy sugerowali, że Menard poświęcił życie, aby napisać współ­czesnego Don Kichota, spotwarzają jego jasną Pamięć.

Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota — co byłoby łatwe — lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się — słowo w słowo i zdanie po zdaniu — ze stronicami Miguela de Cervantes.

„Mój zamiar jest wręcz zdumiewający — pisał do mnie 30 września 1934 z Bayonne. — Ostateczny rezultat jakiegoś teologicznego czy metafizycznego dowodzenia — świat zewnętrzny, Bóg, przypadkowość, powszechniki — nie jest bardziej uprzedni ani wiadomy niż moja rozpowszechniona powieść. Jedyna różnica polega na tym, że filozofowie publikują w przyjemnych tomach pośrednie etapy swej pracy, a ja postanowiłem je zniszczyć.” I rzeczywiście nie ocalał żaden brulion, który świadczyłby o tej wieloletniej pracy.

Metoda, którą początkowo przyjął, była względnie prosta: poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918. B y ć Miguelem de Cervantes. Pierre Menard przemyślał tę metodę (wiem, że doszedł do dość wiernego posługiwania się siedemnastowieczną hiszpańszczyzną), ale odrzucił ją jako zbyt łatwą. Raczej jako niemożliwą — powie czytelnik. Zgoda, ale zamiar był już z góry niewykonalny i ze wszystkich możliwych środków na zrealizowanie go ten był najmniej interesujący. Być w dwudziestym wieku popularnym powieściopisarzem z wieku siedemnastego wydało mu się obniżeniem własnej wartości. Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydało mu się mniej trudne — a więc mniej interesujące — niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenia Pierre Menarda.(Przekonanie to, powiedzmy mimochodem, sprawiło, że zrezygnował z autobiograficznego prologu do drugiej części Don Kichota. Włączenie tego prologu oznaczałoby stworzenie drugiej postaci — Cervantesa, ale oznaczałoby również przedstawienie Don Kichota jako funkcji tej postaci, a nie Menarda. Ten, oczywiście, zrezygnował z łatwizny.) „Zasadniczo przedsięwzię­cie moje nie jest trudne — czytam w innym miejscu listu. — Wystarczyłoby mi być nieśmiertelnym, aby doprowadzić je do kresu.” Wyznam, że wyobrażam sobie często, iż je ukończył i że czytam Don Kichota — całego Don Kichota — jakby stworzył go Menard. Kilka wieczorów temu, przeglądając rozdział dwudziesty szósty — nie próbowany nigdy przez naszego przyjaciela — rozpozna­łem jego styl i prawie jego głos w tym wyjątkowym zdaniu: „nimfy rzeczne, żałosne a wilgotne Echo”.  To skuteczne połączenie przymiotnika moralnego i fizycznego przywiodło mi na myśl pewien wiersz Szekspira, o któ­rym dyskutowaliśmy jednego wieczoru:

Where a malignant and turbaned Turk… *

Dlaczego właśnie Don Kichota? — powie nasz czytelnik. U Hiszpana preferencja ta nie byłaby niewytłumaczalna; ale jest bez wątpienia niewytłumaczalna u symbolisty z Nîmes, wielkiego wielbiciela Edgara Poe, który zrodził Baudelaire’a, który zrodził Mallarmégo, który zrodził Valéry’ego, który zrodził Edmonda Teste’a. Poprzednio wspomniany list tłumaczy ten punkt. „Don Kichote — wyjaśnia Menard — interesuje mnie bardzo, ale nie wydaje mi się… jakby to powiedzieć?… nieunikniony. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie wszechświata bez okrzyku Edgara Allana Poe:

Ah, bear in mind this garden was enchanted
! ***

lub bez Bateau ivre czy Ancient mariner, ale wiem, że jestem zdolny wyobrazić go sobie bez Don Kichota (mówię oczywiście o mojej zdolności osobistej, nie zaś o historycznym oddźwięku dzieł). Don Kichote jest książką przypadkową, Don Kichote jest niekonieczny. Mogę z góry przemyśleć napisanie go, mogę go napisać nie popadając w tautologię. Przeczytałem go w wieku dwunastu czy trzynastu lat, chyba w całości. Później przeczytałem ponownie z uwagą niektóre rozdziały, te, o które się chwilowo nie
pokuszę. Przeszedłem również przez Intermedia, Galatee, Nowele przykładne, Trudy niewątpliwie męczące Persilesa i Segismundy i Podróż na Parnas… Ogólne wspomnienie,
jakie pozostało mi z Don Kichota, zubożone przez zapomnienie i obojętność, może doskonale odpowiadać niedokładnemu obrazowi pierwotnemu nienapisanej książki. Skoro przyjmę ten obraz (którego nikt w dobrej wierze nie może mi odmówić), stanie się niewątpliwe, że problem mój jest znacznie trudniejszy niż ten, przed którym stanął Cervantes. Mój łaskawy poprzednik nie odrzucał współpracy przypadku: układał swe nieśmiertelne dzieło trochę à la diable, niesiony bezwładnością języka i inwencji. Ja podjąłem się tajemniczego zadania dosłownej rekonstrukcji jego spontanicznego dzieła. Moją samotną grą rządzą dwa przeciwstawne prawa. Pierwsze pozwala mi wypróbowywać warianty typu formalnego czy psychologicznego; drugie zmusza mnie do poświęcenia ich tekstowi «oryginalnemu» i do wytłumaczenia samemu sobie, w sposób niezbity, tego unicestwienia… Do tych sztucznych utrudnień trzeba dodać jeszcze jedno, wrodzone. Napisanie Don Kichota w początkach wieku siedemnastego było przedsięwzięciem rozsądnym, koniecznym, być może spowodowanym jakimś fatum; w początkach wieku dwudziestego jest ono prawie niemożliwe. Nie na próżno upłynęło trzysta lat, brzemiennych w nader złożone fakty. Wśród nich, aby wymienić jeden tylko: sam Don Kichote.”

Pomimo tych trzech przeszkód fragmentaryczny Don Kichote Menarda jest subtelniejszy niż Don Kichote Cervantesa. Ten ostatni, w jakiś prymitywny sposób, przeciwstawia rycerskim fikcjom ubogą prowincjonalną rzeczywistość swego kraju; Menard obiera jako „rzeczywistość” ziemię Carmen w stuleciu Lepantu i Lope de Vegi. Jakich-że hispanizmów nie podsunąłby podobny wybór Maurice Barrèsowi czy doktorowi Rodriguezowi Larreta! Menard, z całą naturalnością, unika ich. W dziele jego nie ma Cyganów ani konkwistadorów, ani mistyków, ani Filipa II, ani autodafé. Lekceważy lub celowo wyklucza koloryt lokalny. Pogarda ta wskazuje na nowe zrozumienie powieści historycznej. Pogarda ta potępia nieodwołalnie Salambo.
Niemniej interesujące jest branie pod uwagę poszczególnych rozdziałów z osobna. Przyjrzyjmy się na przykład rozdziałowi XXXVIII części pierwszej, który „mówi o ciekawym dyskursie Don Kichota o orężu i pismach”. Wiadomo, że Don Kichote (podobnie jak Quevedo w ustępie analogicznym, i późniejszym, utworu Godzina dla wszystkich) wypowiada się przeciwko literaturze, na korzyść broni. Cervantes był starym żołnierzem; jego sąd jest tu zrozumiały. Ale żeby Don Kichote Pierre Menarda — człowieka współczesnego z La trahison des clercs i z Bertrandem Russellem — popadał ponownie w owe mgliste sofizmaty! Madame Bachelier dostrzegła w nich zachwycające i typowe podporządkowanie się autora psychice bohatera; inni (bez najmniejszej wnikliwości) — transkrypcję Don Kichota; baronowa de Bacourt — wpływ Nietzschego. Nie wiem, czy do tej trzeciej interpretacji (którą uważam za nie do odparcia) ośmielę się dodać czwartą, która pasowałaby doskonale do boskiej niemal skromności Pierre Menarda: jest nią jego uległy czy ironiczny zwyczaj głoszenia idei ściśle sprzecznych z jego własnymi. (Przypomnijmy jeszcze raz jego diatrybę przeciwko Paulowi Valéry na efemerycznej, surrealistycznej stronicy u Jacques’a Reboula.) Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy. (Bardziej dwuznaczny, powiedzą jego potwarcy; ale dwuznaczność jest pewnym bogactwem.)

Porównanie stronic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichote, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”.
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejseości i nauka dla wieków przyszłych”.
Historia — matką prawdy; pomysł jest zadziwiający.
Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: „przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”, są bezwstydnie pragmatyczne.
Równie żywy jest kontrast stylów. Archaizujący styl Menarda — bądź co bądź cudzoziemca — odznacza się pewną afektacją. Nie odnosi się to do jego prekursora, który posługiwał się swobodnie codziennym językiem hiszpańskim swojej epoki.

Nie ma zajęcia umysłowego, które nie byłoby w rezultacie bezużyteczne. Jakaś doktryna filozoficzna jest początkowo prawdopodobnym opisem wszechświata; mijają lata i staje się po prostu rozdziałem — o ile nie ustępem czy nawet tylko nazwą — w historii filozofii. W literaturze ta późniejsza nieważność jest jeszcze bardziej widoczna. Don Kichote — mówił mi Menard — był przede wszystkim przyjemną książką; teraz stał się okazją do patriotycznych toastów, do gramatycznej dumy, do bezwstydnie luksusowych wydań. Chwała jest formą niezrozumienia, być może najgorszą. Te nihilistyczne stwierdzenia nie mają w sobie nic nowego; rzeczą godną uwagi jest decyzja, jaką dzięki nim powziął Pierre Menard. Postanowił wyprzedzić tę bezużyteczność, jaka oczekuje wszelkie trudy ludzkie; podjął się przedsięwzięcia niezwykle skomplikowanego i od początku bezsensownego. Poświęcił swe skrupuły i swe bezsenne noce na powtórzenie w obcym języku istniejącej już książ­ki. Mnożył bruliony, poprawiał zawzięcie i darł tysiące stronic rękopisu. **** Nie pozwolił, aby zostały one przez kogokolwiek przeczytane, i zatroszczył się o to, aby go nie przeżyły. Na próżno usiłowałem je odtworzyć.
Pomyślałem, że można dostrzec w „ostatecznym” Don Kichocie rodzaj palimpsestu, w którym powinny przeświecać ślady — znikome, ale czytelne — uprzedniego pisma
naszego przyjaciela. Niestety jedynie jakiś następny Pierre Menard, odwracając pracę poprzedniego, mógłby odgrzebać i wskrzesić owe Troje…
„Myślenie, analizowanie, tworzenie — pisał mi również — nie są czynami anormalnymi, są normalnym oddechem umysłu. Gloryfikacja sporadycznego wypełniania tej czynności, zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzającym zdumieniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa. Każdy człowiek powinien być zdolny do wszystkich myśli i sądzę, że tak będzie w przyszłości.”
Menard (być może nieświadomie) wzbogacił przy pomocy nowej techniki niezdecydowaną i prymitywną sztukę lektury: techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji. Ta technika, o nieskończonym zastosowaniu, skłania nas do czytania Odysei, jakby była ona póź­niejsza od Eneidy, i książki Le jardin du Centaure Madame Bachelier, jakby była to książka Madame Bachelier. Technika ta zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory. Czy przypisanie Louisowi Ferdinandowi Celine lub Jamesowi Joyce Naśladowania Chrystusa nie jest dostatecznym odnowieniem tych subtelnych rad duchowych?

Nimes 1939


Fikcyjna strona z Wikipedii (Przepraszam, głupi podpis, bo strona oczywiście nie jest fikcyjna, fikcyjna jest tylko zaprezentowana tu osoba)

* Cytaty z Don Kichota w tłumaczeniu Edwarda Boye, Książka i Wiedza, Warszawa 1952 (przyp. tłum.)

** „Gdzie rozwścieczony i noszący turban Turek… , Szekspir, Otello, akt V, scena 2

*** „Jak powiedziałem, ogród był zaklęty.” E. A. Poe, Do Heleny, tłum. Zenon Przesmycki

**** Pamiętam jego kratkowane zeszyty, jego czarne skreślenia, jego osobliwe znaki korektorskie i jego mrówcze pismo. Wieczorami lubił spacerować po przedmieściach Nimes; zazwyczaj miał ze sobą jeden z tych zeszytów i robił z niego wesołe
ognisko.

Nudne spotkanie

Rozmawiamy sobie ostatnio z moim nowym przyjacielem Arkiem o naszych ulubionych pisarzach. On jest bezwzględnym zwolennikiem Joyce’a, ja – Prousta i wiadomo, że jest to nieprzyjaźń jak między wężem i Panną – przez Boga położona, jak opisana u Prousta nieprzyjaźń pomiędzy zacofanym wielbicielami Chopina a nowoczesnymi wyznawcami Wagnera.

Podczas jednej z tych rozmów przypomniało mi się, że obaj pisarze spotkać się raz w życiu mieli – zaproszono ich na obiad i… nie mieli sobie nic do powiedzenia. Czyli jak w tytule – nudne spotkanie.

Postanowiłam więc poszukać w sieci czegoś na temat tego spotkania. I oczywiście znalazłam.

Jednym z najsłynniejszych spotkań dwóch znanych pisarzy było spotkanie Orsona Wellesa i H.G. Wellsa. Jeden z nich kojarzy się nam natychmiast z filmem Citizen Kane i, oczywiście, War of the Worlds, drugi z The Time Machine i, no tak,… War of the Words. Artyści spotkali się po raz pierwszy w roku 1940, mimo że znali się już od lat z audycji radiowej, która ich na wieki połączyła, i okazało się, że mają sobie masę do powiedzenia, mogą rozmawiać bez końca, a ich konwersacja iskrzy się od historii, anegdot i wzajemnego podziwu. Zachowały się też informacje o interesującym spotkaniu Dickensa i Dostojewskiego. Choć z kolei spotkanie Sartre’a i Simone de Beauvoire z Foucaultem nie zapisało się dla potomności jako szczególnie udane.

Tak też było ze spotkaniem Jamesa Joyce’a (autora Ulissesa) i Marcela Prousta (autora W poszukiwaniu straconego czasu), na przyjęciu wydanym przez Sydneya i Violet Schiffów 18 maja 1922 roku. Było to przyjęcie na cześć Igora Strawińskiego i Siergieja Diagileva w Majestic Hotel. Nie przyniosło nic wspaniałego i było, dokładnie tak, jak to zapamiętałam – po prostu nudne. Irlandzki krytyk, Arthur Power, zauważył: “i oto proszę, dwie wielkie postaci literatury współczesnej, a najważniejszym tematem ich potkania było pytanie, czy lubią trufle.”

Był maj 1922 roku, życie Prousta dobiegało końca, ale oczywiście nie można było tego wiedzieć. Jak pisze autor znalezionego przeze mnie wpisu: obaj pisarze w swych największych dziełach opuścili zainteresowanie sobą samym na rzecz ekstrapolacji ja pisarskiego w ogromne przestrzenie obejmująca całe miasta, narody i strefy społeczne. obaj byli niestrudzonymi czytelnikami i, tyle przynajmniej wiemy na temat Prousta, mieli znakomitą pamięć i zdolność zobaczenia w pojedynczym zdarzeniu kulturalnych mechanizmów współczesności. Można więc było oczekiwać…

Niestety było raczej śmiesznie.

Joyce przybył pijany i źle ubrany, Proust, jak zawsze zmarznięty, objawił się wspaniale owinięty w futra. Siedzieli naprzeciwko siebie i czekali, czy między nimi nie zaiskrzy. Nie zaiskrzyło, oddali się więc small talkom na temat pogody i sportu.  Joyce’a bolała głowa, Proustowi jak zwykle dokuczała niedyspozycja żołądka, o czym ponoć panowie nie omieszkali się nawzajem poinformować. Ale może to tylko złe języki sprowadzaję tę konwersację aż na tak beznadziejny poziom. Są bowiem inni świadkowie, którzy pamiętają, że Joyce zapytał Prousta, czy podobał mu się Ulisses. (Odpowiedź brzmiała: Nie!)

I podobno, ale czyż może to być?, Joyceowi było gorąco i otworzył okno (otworzenie okna w obecności Prousta to co najmniej bluźnierstwo), na co Proust kazał zawołać taksówkę i wyprawił Joyce’a po prostu do domu? Naprawdę?

A może to wszystko, i trufle, i sport, i pogoda, i niedyspozycje, i okno, i taksówka są konfabulacją, bo tak naprawdę obaj Wielcy nie mieli sobie nic do powiedzenia, a zatem nic też sobie nie powiedzieli, co można by było zapamiętać.

Spotkanie Joyce-Proust widziane oczyma Davida Lasky’ego.


Taka to historia, ale co my wiemy o spotkaniach Wielkich? Ba, co zostanie w pamięci innych o naszych spotkaniach? Co powiedzieli sobie Tokarczuk i Witkowski? Albo Twardoch i Tulli?  Może Dehnel by się obronił, bo on akurat jest i pisarzem, i eseistą i krytykiem literackim, zakładam więc, że jego rozmowa z Nikiem Hornby lub Danielem Kehlmannem (obaj też piszą o książkach) miałaby sens. Ale, czy nie jest tak, że zgodziliby się na temat książek innych pisarzy, swoje taktownie pozostawiając na uboczu?

Matka Boska z wilkami (reblog)

Gromnica na zdjęciu należy do Marii Gast-Ciechomskiej, która to zdjęcie zrobiła już wiele miesięcy temu, pewnego upalnego dnia lata 2018.

Przez dłuższą chwilę oglądałyśmy naklejony na gromnicy obrazek i wreszcie Maryla powiedziała, że to ani chybi chrześcijańska wersja Pani Zwierząt.

Jestem archeolożką, Pani Zwierząt towarzyszy mi w życiu “od zawsze”, bardzo ją lubię.

Przypomniał mi się taki zobaczony ze 30 lat temu napis na berlińskim murze (zwykłym murze, nie tym politycznym)

God is black
Yes, she is

No tak. Nie wdając się w sprawy kościołów ani też koloru, płci czy wyznania Tego czy też Tej Tam na Górze, choć z reguły myślę o nim “On”, to jednak, gdybym świadomie miała wybrać sobie Jego/ Jej wygląd, to byłaby to ona i wyglądałaby tak jak na fotografii poniżej – to ugarycka bogini karmiąca kozy z pyksydy czyli puszki z kości słoniowej, datowana na ok. 1250 przed naszą erą.

Ale oczywiście Matka Boska z wilkami ma swoje, też już zresztą bardzo stare, wyjaśnienie…

Reblog

Legenda o Matce Boskiej Gromnicznej


Piotr Stachiewicz, Na Gromniczną

2 lutego przypada jedno z najdawniejszych świąt chrześcijańskich – święto Ofiarowania Pańskiego, czyli Przedstawienia Jezusa w Świątyni. W Jerozolimie było obchodzone już w IV w., w Rzymie od V w.
Zgodnie z prawem mojżeszowym każde pierworodne dziecko płci męskiej należało w czterdziestym dniu po narodzeniu zanieść do świątyni i wykupić, jako należące do Boga, za symboliczną opłatą 5 syklów. Z obrzędem przedstawienia i wykupu pierworodnego syna łączył się też obrzęd oczyszczenia, któremu musiała poddać się każda matka w sześć tygodni po urodzeniu dziecka. Dlatego to ściśle umiejscowione w kalendarzu święto dawniej nazywało się też świętem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny i kończyło okres Bożego Narodzenia. Powszechnie jednak znane jest pod ludową nazwą święta Matki Boskiej Gromnicznej (rzadziej Gromnic), bowiem w tym dniu podczas nabożeństw święci się duże woskowe świece, zwane gromnicami. Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych obchodów, w czasie których urządzano uroczyste procesje z zapalonymi świecami na pamiątkę nazwania Jezusa Światłem na oświecenie pogan i na chwałę Izraela przez proroka Symeona, obecnego w świątyni podczas obrzędu przedstawienia (Łk 2,32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w V wieku. Od X wieku upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Światło na oświecenie pogan.

Do wyobraźni wiernych bardziej przemawiała jednak dawna polska legenda, według której Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce towarzyszy jej obłaskawiony wilk zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą.

A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.

Kazimiera Iłłakowiczówna,
Wilk Gromniczny

Współczesny poetce malarz Piotr Stachiewicz (1858-1938) w cyklu Legendy o Matce Bożej namalował obraz przedstawiający śnieżny krajobraz, idącą Maryję i lękliwie nastroszoną watahę wilków. Między opłotkami uśpionej wsi, w zimowej scenerii idzie, w zwiewnej szacie, Matka Boża ubrana swojsko, z narzuconą chustą na głowie i plecach, z gromnicą w ręce, którą odgania, sunące po śniegu w stronę ludzkich zagród, wilki. Powielony w tysiącznych oleodrukach i sprzedawany na odpustach stał się najbardziej znanym wizerunkiem Gromnicznej. W ikonografii ludowej Matka Boska Gromniczna przedstawiana jest także z wilkiem i koszyczkiem lub leżącym u jej stóp gniazdkiem ze skowronkami. Wierzono bowiem, że w tym dniu po raz pierwszy mimo mrozu powinien odezwać się skowronek; wierzono również, że w Gromnice, wyznaczające połowę zimy ukryty w ziemi robak odwraca się w drugą stronę, sposobiąc się w ten sposób do wyjścia z kryjówki.
Z płomienia gromnicy wróżono: Gdy z gromnicy w kościele ciecze, zima jeszcze się powlecze. Skwiercząca gromnica zwiastować miała burzowy rok. Długie sople lodu, zwisające z dachu, zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi. Szron pokrywający drzewa obiecywał obfity plon w sadach.
Największe znaczenie przywiązywano jednak do przystrojonych wiankiem i wstążkami płonących świec, które po poświęceniu uroczyście niesiono do domu. Jeśli w tym czasie trzy krople wosku spadły na rękę, wiedziano, że jest to wróżba pomyślna. Wierzono, że płomień gromnicy broni ludzi i ich stada przed wilkami i złymi duchami, odwraca czary i złe uroki, niweczy choroby, skraca męki konających i prowadzi ich w światłość wiekuistą. Dlatego po powrocie z kościoła poświeconą gromnicą kopcono znak krzyża na powale, a od jej płomienia zapalano wszystkie domowe ognie – w kuchni, w piecach i w lampce oliwnej przed świętym obrazem. W niektórych rejonach Polski gospodarze błogosławili gromnicą swój dobytek w stajni, a kawałek gromnicy obciętej od spodu dawano psu, by dobrze pilnował obejścia.
Podczas burzy z piorunami stawiano zapaloną gromnicę w oknie lub na stole, przy którym gromadzili się domownicy lub obchodzono z nią całe obejście. Warto wspomnieć przy tym, że nazwa tej świecy wywodzi się od rzadkiego w staropolszczyźnie przymiotnika gromny, huczny, grzmiący.
Gromnicę wkładano w ręce umierających, zapalano ją podczas obrzędu ostatniego namaszczenia. Na Podlasiu płomieniem świecy opalano dzieciom końce włosów, aby ustrzec je przed chorobami uszu. Do dziś w wielu domach przechowuje się gromnicę razem z palmą wielkanocną, by strzegły domostwo i jego mieszkańców przed wszelkim złem.
Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania w domach choinek i żłobków. Kończy się również okres wizyt duszpasterskich. Dawniej ostatni kolędnicy wyruszali tego dnia zwyczajowo z turoniem lub kozą odwiedzając domostwa i odgrywając wesołe scenki z życia wsi lub o tematyce religijnej, co dawało okazję do otrzymania datków pieniężnych lub poczęstunku.
2 lutego było też datą graniczną dla oświadczyn. W dawnych czasach pannom na wydaniu szyto bardzo dostatnią wyprawę, która wystarczała na długie lata, a przygotowania do wesela wymagały wiele czasu. Stąd zrodziło się przysłowie: W dzień Panny Gromnicznej, bywaj zdrów, mój śliczny! Oznaczało to, że jeśli kawaler nie oświadczył się pannie do dnia Matki Boskiej Gromnicznej i nie przygotował wesela, musiał długo czekać, gdyż niebawem zaczynał się czas przedpościa i Wielkiego Postu.
Od 1997 roku Kościół powszechny 2 lutego obchodzi, ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich.

Opr.: erg


A tu jeszcze cały wiersz Iłłakowiczówny:X

Szła Najświętsza przez bór Panienka,
miała płaszcz błękitny,
białą sukienkę.
I szło wilczysko chytre,
przyczajone, przemarznięte,
za Panną Świętą.
X
Wilka szukali z kłonicami,
jak go znajdą, kości mu połamią:
zeżarł zeszłej zimy cielę białe,
prześliczne,
w samą Gromniczną!
X
Spotykają chłopi świętą Podróżną,
Pozdejmowali czapki, patrzą
– na próżno.
„Wybacz nam, Pani wspaniała,
czyś wilka gdzie nie widziała?”
X
„Anim go szukała, ani go wydam,
patrzcie lepiej po sercach,
to się wam przyda,
bo tam to właśnie,
a nie śród leśnych ścieżyn,
wilk leży!”
X
Poszły rosłe chłopiska milcząc
do chałup.
ogląda się Panienka po śniegu białym,
ogląda się wszędzie,
aż spod płaszcza Jej milczkiem
wylazł łeb wilczy.
“A tuś mi, łowco jagniąt bezbronnych!
Katom cię wydać byłabym skłonna,
tylko że nad twą wilczą niedolą
serce mnie boli.
X
Skoroś sam znalazł moją opiekę,
zostań już przy mnie,
bo gdzie uciekniesz?
Będziesz mi za to roztropnie służył
zimą w podróży”.
X
Odtąd chodzi wilk
Z Matką Najświętszą wiernie
przez śniegi puste,
zawiane ściernie,
pełniąc wśród nocy mrocznych
i długich
różne posługi
X
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta
pośród zamieci,
tuż i Gromniczny Wilk
za swą Panią
jarzy ślepiami.

Poeta, rzeźbiarz i święta Rewolucja

A la santé de la Révolution, rzeźba Jean-Roberta Ipousteguy
upamiętniająca Wielką Rewolucję Francuską
Parc départemental Jean-Moulin les Guilands & Bagnolet, Paris

Tibor Jagielski

ostatnie
ubóstwienie
wielkiej rewolucji

nie armie
nie kondukty
marsze w te i we w te

tylko
staruszka
czuwająca u stóp
walczącej o niebo i gwiazdy
epoki

28.01.19


Jean-Robert Ipousteguy urodził się 6 stycznia 1920 roku, zmarł 8 lutego 2006; był poetą, rzeźbiarzem, akwarelistą, pisarzem – w każdej dziedzinie samoukiem. Mówił o sobie, że jest dzieckiem przedmieścia i że taka też były pobierane przez niego nauki. Park znajduje się na pograniczu Paryża i powiatu Montpellier; można dojechać metrem. Park składa się z dwóch części, połączonych 600-metrowym mostem. Poeta twierdzi, że rzeźba Ipousteguya stała przed dawnym Centrum Kongresowym w Berlinie, ale teraz, gdy centrum przestało funkcjonować, już nie stoi – być może tuła się gdzieś w kawałkach po magazynach, a może już jacyś przedsiębiorczy ludzie wywieźli ją na złom.

Przed rokiem w “Przekroju”

Przed rokiem ukazał się w Przekroju mój tekst o Polakach w Berlinie. Znalazłam go wczoraj przypadkiem, szukając czegoś innego, w wersji oryginalnej i pomyślałam, a co… ciekawy. Może nie czytaliście Przekroju, może zapomnieliście. Czytajcie:

Ewa Maria Slaska

Slogany polskiego Berlina

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. Już po wielkiej fali emigracji z Polski w okresie Solidarności. To oni, tak zwani potem „uciekinierzy solidarnościowi“, stworzyli pierwszą powojenną polską narrację o Polakach w Berlinie. Pojawiła się ona w sto lat po poprzedniej wielkiej fali emigracji, która trwała od roku 1870 do końca I wojny światowej. Nowi przybysze nieświadomie powtórzyli wzory zachowań swoich poprzedników, o których zapewne nigdy nie myśleli.

„Hitlerowcy“

Po II wojnie światowej w Berlinie byli wprawdzie Polacy, ale nie tworzyli żadnej zintegrowanej grupy mniejszościowej. Uważali się za Niemców i co najwyżej układali się z Komuną, żeby od czasu do czasu obejrzeć występy grup folklorystycznych.

Dla nas to byli „oni“.

Natomiast Polacy wyjeżdżający z Polski, by osiedlić się gdzieś na stałe, wielkim łukiem omijali Niemcy. Celem emigrantów była Anglia, może Francja, na pewno Stany Zjednoczone. Nikt nie chciał zamieszkać u „hitlerowców“. Do Niemiec przyjeżdzali tylko niemieccy przesiedleńcy, ze Śląska czy z Mazur, i natychmiast starannie zacierali ślady łączące je z krajem, który przed tygodniem opuścili. Ale w latach 80 do Niemiec, a przede wszystkim do Berlina Zachodniego, zaczęli przyjeżdżać Polacy. „My, Polacy“. W Polsce nastało radosne święto wolności i to ono było, używając terminu socjologicznego, elementem „push“ czy też nawet „push out“. Bo wprawdzie w sierpniu zatańczyliśmy na ulicy karamaniolę, mityczny taniec zwycięskiej rewolucji, ale zaraz potem zaczęliśmy bez przeszkód korzystać z najważniejszej oznaki wolności czyli paszportu. Im więcej upojonych wolnością Polaków wyjeżdżało na Zachód, tym bardziej nasze wymarzone kraje – raje emigracji już nas, Polaków, tak łatwo nie wpuszczały, a może nawet już nas w ogóle nie chciały. I wtedy odkryliśmy, że możemy wjechać bez wizy do Berlina Zachodniego. I to był socjologiczny czynnik „pull“ a może nawet „pull in“. A im było nas więcej, tym było nas więcej.

„Drodzy polscy goście!“

Przywitano nas z otwartymi ramionami. Na granicy czekały na nas ulotki po polsku. „Drodzy polscy goście!“, bo tak nas wtedy tytułowały władze Berlina, wjeżdżali do świata, gdzie magiczne słowo „azyl“ otwierało drzwi, na pewno nie wszystkie, ale te do schronisk dla uchodźców i urzędów pomocy społecznej. Polacy stawali się azylantami, osobami czekającymi na azyl polityczny. Nie było zresztą ważne, czy się go dostanie, bo wjazd do Berlina otwierał kilka innych możliwości. Można było natychmiast rozpocząć starania o wyjazd dalej, przy czym to „dalej“ oznaczało raczej Australię i Południową Afrykę lub Kanadę, a nie USA. Można było skorzystać z prawa do „Duldungu“ czyli pobytu tolerowanego. Można było wreszcie postarać się o dowody przynależności do narodu niemieckiego. Azylant, któremu uznano papiery niemieckie stawał się „Aussiedlerem“, przesiedleńcem. Każda z tych grup miała inne prawa i korzystała z innych świadczeń pomocy społecznej. Grupy rywalizowały ze sobą i ustanowiały zmieniający się wraz ze zmianą statusu porządek dziobania.

„Przeszłem na Aussiedlera“

Najlepiej było zostać „Aussiedlerem“. Gdy przyjechałam, złożyłam podanie o azyl, azyl uzyskałam i zaczęłam pracę w schronisku dla azylantów. Pewnego dnia tak właśnie zostałam przywitana przez jednego z podopiecznych. „Pani Ewo, przeszłem na Aussiedlera“. Przeszłem. „Aussiedlerzy“ byli Niemcami, którzy wprawdzie z reguły nie znali języka, ale ojczyzna natychmiast wysyłała ich do dobrej szkoły, tak by mogli się jak najszybciej zintegrować. Mieli wyższy zasiłek, lepsze warunki mieszkaniowe w schronisku, prawo do nauki języka i nieograniczone prawo do pracy, której zresztą było jeszcze dużo i zpełnie dobrze płatnej. „Aussiedler“ był w stadzie przybyszów zwierzęciem alfa. Gdy przeprowadzał się do własnego mieszkania, kupował garnki Amway, encyklopedię Britannica i regał z oszkloną witryną, nazywaną potocznie „ołtarzykiem Aussiedlera“.

Niemieckie papiery często były lipne i Niemcy też to powoli zaczęli odkrywać. Jeden z (paskudnych zresztą) polityków berlińskich powiedział, że wystarczy pokazać „zaświadczenie o posiadaniu owczarka niemieckiego, by dostać w Berlinie status Aussiedlera“.

„Wygrałam azyl“

Następni w kolejce byli tacy jak ja – tak zwani „uznani azylanci“. Tytuły przyznawały specjalne urzędy, które początkowo podzielały zachwyty władzy. Po wprowadzeniu stanu wojennego z „drogich polskich gości“ Polacy stali się wręcz „naszymi bohaterskimi Polakami“. Modelem Polaka-bohatera był człowiek, który „właśnie wczoraj“ przyjechał do Berlina na zakupy, a generał Jaruzelski odciął go na zawsze od ojczyzny. Stopniowo jednak i goście, i bohaterowie tracili swój nimb, po części z winy „gospodarzy“, ale po części z własnej winy. Coraz częściej zdarzało się, że sami azylanci dobrze wiedzieli, iż opowieść o prawie do „uznania“ nie musi mieć nic wspólnego z prawdą i opowiadali bajki. Gdy szłam na pierwsze przesłuchanie azylowe, ktoś mi poradził, bym zeznała, iż w więzieniu przypiekano mi pięty żelazkiem. Tak mniej więcej. Jednak w większości azylanci opowiadali, że roznosili lub rozrzucali ulotki. Czasem próbowaliśmy obliczyć, ile tych ulotek musiało być w Polce, by starczyło dla wszystkich i uznaliśmy, że były to niewątpliwie Himalaje. Azylanci wiedzieli, że opowiadają bujdy, stąd wzięło się sformułowanie „wygrałem azyl“. Podświadomie azylant przyznawał, że azyl mu się nie należy, ale zawsze można było wygrać los na loterii.

„Uznani“ mieli prawo do kursu języka niemieckiego w dobrej szkole, nie musieli mieszkać w schroniskach i mogli pracować. Po co najmniej siedmiu latach legalnej pracy uzyskiwali prawo do wystąpienia o obywatelstwo niemieckie.

„Praca na czarno“

Azylanci, którzy wciąż jeszcze czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli nadal mieszkać w schronisku. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera“ lub wyjechali do Południowej Afryki, ale często rodziny wciąż jeszcze wegetowały w jednym lub co najwyżej dwóch pokojach w tzw. „heimie“. Samotni mieszkali w pokojach wieloosobowych. Dużo pili. Gdy w schroniskach nie było kuchni, musieli korzystać ze zbiorowego żywienia. Często zmuszano ich do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony na żywność. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy. Niektórzy szli do szkoły tzw. ludowej, która była dostępna i tania, i uczyli się języka. Za naukę musieli płacić sami, ale nie były to wygórowane sumy.

Większość azylantów po kilku miesiącach znajdowała pracę nielegalną. Zgodnie z zasadą ekonomii etnicznej, że nowoprzybyli szukają pracy tam, gdzie już pracują ich rodacy, również Polacy w Berlinie opanowali dwie wielkie dziedziny gospodarcze. Mężczyźni pracowali na budowie, kobiety jako sprzątaczki. Pracowali dużo i dobrze. Gdy im się noga powinęła, spadali z poziomu pracy nielegalnej, zwanej „pracą na czarno“, na poziom kryminalny: mężczyźni kradli, kobiety się prostytuowały.

W domu, w którym wówczas mieszkałam, mieszkała piętro wyżej niemiecka prostytutka i skarżyła się, że „Polki zaniżają cenę i psują pracę“.
Niemcy chętnie jednak korzystali nie tylko z tańszej oferty pracownic seksualnych, ale i z usług złodziei aut, którym zlecało się kradzież własnego samochodu, po to, by wyłudzić premię z ubezpieczalni.

„Milcząca mniejszość“

Przed rokiem czy dwoma Peter Oliver Loew wydał książkę o Polakach w Niemczech i nazwał ją „Wir, Unsichtbaren – My, niewidzialni“. Miał na myśli to, że od 150 lat Polacy starają się ukrywać swoją polskość, wtapiać się w ogół, nie rzucać się w oczy. Tak miało być w XIX wieku i tak na pewno było w latach 1980-2011. Ale generalnie wszyscy wiemy, że my, Polacy, byliśmy nie tylko mniejszością niewidzialną, lecz – może nawet przede wszystkim – milczącą.

Kobiety pracowały w sferze prywatnej i nie musiały się specjalnie ukrywać z tym, co robią. Mężczyźni jednak musieli milczeć. Przechodziliśmy dzień w dzień koło wznoszących się berlińskich „szklanych domów“ i wiedzieliśmy, że budują je Polacy, bo nikt się nie odzywał.

Państwo się zjednoczyło, stolica przeniosła się do Berlina, zaczął się niewiarygodny boom budowlany. To Polacy traktowani jak niewolnicy zbudowali Potsdamer Platz i inne szklane krajobrazy Berlina.

Politycy bez zmrużenia powieki przyznawali, że miasto dzięki pracy nielegalnej udało się zbudować tanio, a zatem więcej pieniędzy będzie można wydać na luksusowe wnętrza.

„Szczurze nory“

Można jednak było zrezygnować z restrykcji życia azylanta w schronisku, przejść na tzw. „Duldung“ czyli pobyt tolerowany i nieco w stylu amerykańskim „stać się kowalem własnego losu“. „Duldung“ nie dawał żadnych praw i żadnego zabezpieczenia finansowego. „Tolerowani“ nie mieszkali w schroniskach tylko albo u przyjaciół lub, nazwijmy to umownie, narzeczonych, albo też w mieszkaniach wynajmowanych przez rodaków stojących wyżej na drabinie dziobania, nielegalnie użyczanych rodakom z samego dołu drabiny. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, że takie mieszkania istnieją i mniej więcej orientowaliśmy się, jak wyglądają. Strasznie. Jak „szczurze nory“, żeby użyć określenia z filmu Lubitscha „Być albo nie być“. Zetknęłam się ze zjawiskiem „szczurzej nory“ przez… dobre serce. Koleżanka uciekła od męża w dramatycznych okolicznościach. Przygarnęłam ją z dwójką małych dzieci, a sama przeniosłam się na kanapkę do innej koleżanki. Po jakimś czasie adwokat wywalczył dla niej prawo powrotu do wspólnego mieszkania, co oznaczało, że mąż musi je opuścić. Gdy zapytała mnie, czy mąż na najbliższy miesiąc mógłby u mnie zamieszkać, zanim znajdzie mieszkanie, zgodziłam się. Tymczasem ów mąż, oczywiście nie powiadamiając mnie o tym, wynajął moje mieszkanie ośmiu samotnym mężczyznom, którzy płacili mu w sumie czterokrotną wysokość czynszu, a „za to“ zdewastowali mi mieszkanie. Dowiedziałam się o tym, gdy zatelefonował do mnie sąsiad, skarżąc się na pijanych Polaków rzygających mu w nocy na okna… W ciągu 24 godziny wszystkich ich wyrzuciłam, koszty remontu mieszkania i długi za nieograniczone korzystanie z mojego telefonu spłacałam ponad pół roku.

„Niedźwiedź w paszporcie“

Ostatnią kategorią byli ludzie mieszkający w Berlinie całkowicie nielegalnie. Ich warunki życia były jeszcze gorsze niż tolerowanych. Tolerowani i nielegalni rozmnożyli się niezwykle po roku 1989. W Polsce zapanowała demokracja, Niemcy przestały przyjmować od Polaków podania o azyl polityczny, a „Aussiedlerzy“ musieli ubiegać się w Polsce o uznanie papierów niemieckich. Nowoprzybyli natychmiast wsiąkali w szarą strefę pracy na czarno i życia na pograniczu przestępstwa. Każdy zatrudniony nielegalnie popełnia oczywiście wykroczenie przeciw prawu, ale i wśród skryminalizowanych ustanowił się porządek dziobania – najgorzej mieli ci, których złapano, zresztą nieważne na czym, i ukarano odesłaniem do Polski z pieczątką w paszporcie. Oznaczało to zakaz wjazdu do Berlina przez sześć miesięcy. Tak zwany niedźwiedź albo miś, czyli herb Berlina, w paszporcie złamał niejedną dobrze się zapowiadającą karierę.

„W tramwaju milczę, w muzeum głośno rozmawiam“

Oczywiście to, co tu opisuję, sprawiło, że berlińczycy przestali nas lubić. Owszem korzystali z nielegalnych, a więc tańszych, usług polskich budowlańców, sprzątaczek, złodziei aut i prostytutek, ale traktowali nas z pogardą lub, w najlepszym wypadku, litością („bo Polska jest taka biedna“). A my…

A my w ciągu tych trzydziestu lat, pomiędzy rokiem 1980 a 2010, zacisnęliśmy zęby i o własnych siłach, z nieprawdopodobnym uporem, bez niczyjej pomocy i przez nikogo nie motywowani, wydźwignęliśmy się z tego skryminalizowanego bagna do roli cenionych i kreatywnych pracowników, inteligentnych przyjaciół i odpowiedzialnych obywateli. Wydostaliśmy się najpierw z czarnej strefy, potem z szarej, a potem krok po kroku wspięliśmy się po drabinie społecznej do poziomu klasy średniej. Założyliśmy szkółki i szkoły, stowarzyszenia i kluby, gazety i galerie, sklepy, warsztaty, firmy budowlane i restauracje. Jeden z „tolerowanych“ udzielił kiedyś wywiadu dziennikarce berlińskiej gazety „taz“ i powiedział zdanie, które do dziś uważam za symbol naszych ówczesnych wysiłków: „W metrze milczę, w muzeum głośno rozmawiam po polsku“.

Byliśmy dobrze wykształceni, wynieśliśmy też z Polski głęboki kult dla kultury. Emigracja wepchnęła nas w głęboki dół, ale wiedzieliśmy, że to dół i że trzeba się z niego wydostać. Wiedzieliśmy też, co nas czeka, gdy już przestaniemy być „kobietą i mężczyzną z wydm“.

Wysiłki przyniosły efekty. Dziś już nikt nie wypomina nam złodziejstwa i życia w „nielegalu“. Nie mieszkamy w „szczurzych norach“. Pracujemy, mieszkamy, żyjemy, jeździmy na wakacje na Karaiby. Stworzyliśmy mocną i ciekawą ofertę kulturalną nie tylko dla nas samych ale i dla naszych gospodarzy i innych współmieszkańców naszego miasta.

Dotarliśmy na miejsce i możemy być z tego dumni.

Dodajmy jednak, że my z tych „szczurzych nor” wyszliśmy, same nory jednak nie zniknęły, wciąż bowiem pojawiają się ich nowi mieszkańcy – niechciani polscy goście.

„Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego“

Od wstąpienia Polski do Unii do Berlina przybywają nowi Polacy. Studenci, stażyści, praktykanci, artyści, informatycy i młodzi przedsiębiorczy założyciele start-upów, obieżyświaty, ludzie alternatywni, geje i lesbijki, ci, których dusi Polska i zaściankowo-martyrologiczna polskość. Przybyli tu dumni z tego, że są Polakami. Nazwali się Kosmopolen. Połączyli się z dziećmi mojego pokolenia, które wprawdzie w pełni korzystają z przywileju mieszkania w stolicy najważniejszego państwa europejskiego, ale nigdy nam nie wybaczyły, że zabraliśmy je potajemnie z domów od babci, dziadka i przyjaciół i przywieźliśmy tutaj.

Są młodzi, świat należy do nich, nie ukrywają swej polskości, nie wstydzą się jej, cenią dwujęzyczność, pielęgnują obcy akcent i swoją odmienność. Czują się dobrze tu i teraz, chwalą się, że nie są, tak jak my, zakompleksieni i zawstydzeni polskością. Nie interesuje ich nasze doświadczenie i nasza droga do postawy obywatelskiej.

Czasem z nami współpracują, czasem pracują dla nas i to my im płacimy pensje lub honoraria, ale nawet wtedy potrafią publicznie powiedzieć, że „nie mają i nie chcą mieć z nami nic wspólnego“.

To właśnie usłyszałam wczoraj, 11 października 2017 roku.

Berlin, 12 października 2017

Cukierki

To jest wiersz, napisała mi w mailu Autorka, o człowieku, który odszedł, a zawsze częstował cukierkami.

Anna Dobrzyńska

A kiedy już dotrę do końca mej drogi,

I z murem się zetknę, co nieuniknione,

Odnajdę szczelinę, ciemną i wąską,

I przedrę się przez nią na drugą stronę.

X

Zobaczę ocean, wielki, falisty,

I łódź, co na brzegu mnie czeka drewnianą,

I wejdę do łodzi, mej łodzi, prywatnej,

A fale poniosą mnie w przestrzeń nieznaną.

X

Fale poniosą mą łódź w rękawiczkach,

Białych i czystych, skropionych krochmalem,

A ja nad głowami, falami popłynę,

Tam skąd przyszedłem, zanim się stałem.

X

A tym co jeszcze zostali za murem,

Cukierków garść sypnę, na pożegnanie,

Niech im się słodko zrobi w ich domach,

Gdy się już zajmą praniem, sprzątaniem.

Z poezją w sprawie godności

Teresa Rudolf

Sen

Jakoś tak sobie pogrywa ze mną…
Spuszcza tiulową firankę na oczy
głaszcze po nich, porywa,
kamienieje do rana,

lub pomachuje mi tym tiulem,
łaskocze, rozdrażnia, odpływa
by znów obudzić, złośliwie
daje znać, że nie odpuści,

podle pokazuje mi miejsce
w szeregu, że nie da się
bez niego, że będzie nękał
tak długo, aż nie zasnę…

I pokażę zmęczoną twarz
mówiąc, że zrobię wszystko,
i nie poddam się tej władzy,
zwanej bezsennoscią.

Człowiek powinien…

To co człowiek powinien,
to czekać się nauczyć,
by rozumieć, co nie jest do
zrozumienia.

Czuć, co nie do wyczucia,
kiedy powinno się czuć,
wybaczać, choć co tak
dokładnie, nie wiadomo…

Powinien być otwartym, gdy
zamknięte wszystkie drzwi,
być zamkniętym, żeby
nie musieć nikogo wyrzucać…

Powinien odchodzić, bo
tak lepiej, zostawać, bo
łatwiej, mieć wyczucie,
że tak przecież nie można…

Powinien, powinien,
powinien się

zamknąć,
kiedy mówi, otworzyć
kiedy ma milczeć…

Chyba, że wreszcie powie
sobie cicho “nie”, a potem
światu głośno, z uśmiechem
“NIE”!

Bo to właśnie powinien…

Godność człowieka na co dzień

Wewnętrzne wyprostowanie,
z wewnętrznie podniesioną głową,
wewnętrzne trzymanie się w karbach
by samemu ze sobą porozmawiać.

Porozmawiać o tym, jak powinno się
na zewnętrz pokazać nie pokazując
niczego, żadnego bólu, słabości,
nałogów, cierpienia, oczekiwań.

Nie obarczać nikogo sobą, nie pokazywać,
jak bardzo chciałoby się pokazać,
to, co niegodne pokazywania,
a co powinno pozostać w człowieku…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Barataria 102 – Znaczy kapitan

Mamert Stankiewicz. Znaliśmy go wszyscy, dzięki niezapomnianej książce Karola Olgierda Borchardta. Właśnie minęło 130 lat od jego urodzin a w listopadzie minie 80 lat od jego śmierci. Urodził się 22 stycznia 1889 w Mitawie (obecnie Jełgawa), zm. 26 listopada 1939 na morzu podczas pełnienia służby.
We wrześniu 1939 roku kapitan objął dowództwo na statku ORP „Piłsudski”.
25 listopada  okręt wyszedł w swój pierwszy wojenny rejs w konwoju do Nowej Zelandii. 26 listopada o 5:36 na transatlantyku doszło do dwóch wybuchów. Kapitan Stankiewicz pozostał na statku, aby sprawdzić, czy opuściła go cała załoga. Opuścił okręt z dwójką ostatnich marynarzy (jeden ukrył się na pokładzie w szalupie i przeżył w niej katastrofę). Po półtorej godzinie rozbitkowie zostali wyłowieni przez brytyjski niszczyciel HMS „Valorous”. Mamert Stankiewicz zmarł wskutek hipotermii i ataku serca na pokładzie tego okrętu.

Ze zdumieniem odkryłam, że Znaczy Kapitan napisał pamiętniki, które zatytułował Korsarz i Don Kichot, a które wydawnictwo wydało pod zmienionym wg własnego widzimisię tytułem.

Reblog

Kazimierz Robak

Korsarz i Don Kichot

Książka jest sensacją literacką, sukcesem edytorskim i… kompromitacją redaktorską.
Oto bowiem wydane zostały – pół wieku z górą po ich napisaniu – wspomnienia i przemyślenia człowieka-legendy, najsłynniejszego dowódcy polskiej marynarki handlowej, który zginął na morzu śmiercią marynarza i żołnierza, na okręcie zatopionym przez wroga. Ale wydane zostały bez należytej staranności, za to ze stemplem arogancji i samowoli edytorów.

Mamert Stankiewicz stał się sławny dzięki twórczości swego ucznia, a później podwładnego i zastępcy – Karola Olgierda Borchardta. Zbiór opowiadań zatytułowany Znaczy Kapitan wydany został w Polsce w milionach egzemplarzy i można bez przesady uznać, że nie ma w kraju osoby zainteresowanej morzem czy żeglarstwem, nie znającej opowieści o kapitanie, o którym opowiadano, że „nawet w depeszach używa słowa ‘znaczy’, za które urzędy pocztowe całego świata już nie pobierają opłat.”
Proza Borchardta wykracza poza ramy marynistyki: jest jednocześnie dokumentem epoki,
świadectwem świata, który bezpowrotnie odszedł i traktatem moralistycznym. Do tego jest to znakomita literatura: jasna i klarowna w stylu, a przy tym bogata i – co może najważniejsze – pełna humoru, ironii i autoironii.
Postać Znaczy Kapitana stała się dzięki niej alegorią odpowiedzialności i profesjonalizmu,  którego moralnym imperatywem jest, by obowiązki, bez względu na okoliczności – zawsze
były wykonane z najwyższą starannością „znaczy, porządnie”.
Borchardt zakończył swój zbiór komentarzem na temat pamiętników kpt. Mamerta Stankiewicza.
Z trzydziestu siedmiu opowiadań, wchodzących w skład książki „Znaczy Kapitan” kilkanaście było uprzednio drukowanych na łamach miesięcznika „Morze”. Po ukazaniu się
w roku 1959 ostatniego opowiadania pod tytułem „Meczet Omara” do redakcji „Morza” nadszedł list, którego nadawcą był Mamert Stankiewicz. List ten wywołał zrozumiałe poruszenie, ponieważ nikt z nas nie wiedział, że syn Kapitana nosi Jego imię.
W wyniku nawiązanej korespondencji dowiedziałem się o losach maszynopisu pamiętnika, o którym kapitan Mamert Stankiewicz opowiadał mi w listopadzie 1939 roku na zakotwiczonym na rzece Tyne „Piłsudskim”. Pamiętnik wraz z pewną ilością zdjęć– ocalał. Wyniosła go z płonącej Warszawy w 1944 roku żona Kapitana. Wydaje się nieodzowne podzielenie się z Czytelnikami – chociażby bardzo pobieżnie wrażeniami i spostrzeżeniami, które nasunęły  mi się po przeczytaniu pamiętnika Kapitana. […]
Kapitan w rozmowach ze mną nigdy – nawet wtedy, gdy zmienił stosunek do mnie
ze służbowego na przyjacielski – nie mówił o swych ideałach, dążeniach i osiągnięciach . Dowiedziałem się o tym wyłącznie z zachowanego maszynopisu. Ze zdziwieniem i przyjemnością odnajdywałem na kartach pamiętnika te cechy charakteru Kapitana, które zdołałem zaobserwować w ciągu kilkunastu lat współpracy z Nim.

Z powodów wiadomych, osobiste wspomnienia i refleksje człowieka, który zdobył wykształcenie i umiejętności fachowe w Imperium Rosyjskim, walczył w „białej
armii” Kołczaka, przeszedł przez więzienia i obozy bolszewickie, nie mogła się ukazać
drukiem w PRL, a przynajmniej nie w formie, na którą zgodziliby się spadkobiercy autora i depozytariusze tekstu.
Po raz pierwszy pamiętniki kpt. Mamerta Stankiewicza opublikowała w roku
1995 oficyna wydawnicza WSM w Gdyni, w serii Księgi Floty Ojczystej. Następnych
trzech wydań dokonał polski gigant wydawniczy, oficyna „Iskry”.
Lektura jest pasjonująca. Do czytelnika przemawia bezpośrednio ktoś doskonale znany, znajomy bez mała – bo przecież chyba wszyscy czytający zdążyli wcześnie zapoznać się z
z opowiadaniami Borchardta. Nie ma nawet co silić się na inny niż Borchardtowski opis wrażeń: Pamiętnik Kapitana odkrył przede mną postać chłopca, który poprzez miłość do morza potrafił przezwyciężyć wszystkie przeszkody, zagradzające Mu drogę do upragnionego celu. Zanim otrzymał tytuł kapitana, stał się „kapitanem własnej duszy”. Pierwszym Jego zwycięstwem było opanowanie uczucia strachu przed żywiołem
wody, który – podczas ćwiczeń na szalupach pod żaglami – wydawał Mu się przerażający i mogący Go pochłonąć. Nie nadaję się na marynarza – to była pierwsza myśl, która przyszła w ślad za przerażeniem. Miał możność skorzystania z propozycji matki i studiowania architektury na politechnice. Przełamał jednak siebie i wbrew intencjom matki poszedł na morze. […]
Po przeczytaniu pamiętnika zrozumiałem też, skąd u tego człowieka z werwą i młodzieńczą skłonnością do przekory wziął się pełen rezerwy i opanowania sposób bycia. […]
Stopień opanowania języków obcych – którym Kapitan zadziwiał – ma również
swe potwierdzenie na kartach maszynopisu. Kapitan wspomina, że jako młody oficer podczas długiego postoju zimowego w jednym z portów udzielał – dla podreperowania swego budżetu – korepetycji w języku niemieckim z matematyki młodemu Niemcowi
zamieszkałemu wraz z rodzicami w tym porcie. Swobodne posługiwanie się językiem angielskim umożliwiło Mu objęcie posady urzędnika konsulatu w Stanach Zjednoczonych. O dobrej znajomości języka francuskiego nawet nie wspomina, ponieważ należała ona w owym czasie do obowiązkowego wykształcenia.
Moje spostrzeżenia, że Kapitan łatwiej by się nauczył jeszcze jednego obcego języka niż
powiedział nieprawdę, znajduje liczne potwierdzenia w prostych i szczerych opisach życiowych niepowodzeń – poczynając od trudności podczas egzaminów, a kończąc na fatalnych skutkach osłabienia uwagi podczas służby”,
Nawet drobne nawyki Kapitana zaobserwowane na mostku podczas manewrów, jak na przykład współpraca ze sternikiem, znajdują uzasadnienie w pamiętniku […].
Opisane przeze mnie wprowadzenie „Polonii” na redę jachtową Obanu to już tylko słabe echo przeprowadzenia przez pola minowe cieśniny Muhu (Moonsund) największego pancernika „Sława”, o której to operacji sam powiedział, że nie chciałby jej powtórzyć.
Wprowadzenie „Polonii” podczas sztormu do Konstancy, wyprowadzenie „Piłsudskiego” w nocy z przystani nowojorskiej – ma swój odpowiednik w prowadzeniu przy ciężkiej pogodzie przez pola minowe krążownika „Riurik”, za co został dwukrotnie odznaczony
jako doskonały nawigator. Opisana przeze mnie umiejętność nawigacji wśród mgły, to jedynie powtórzenie akcji, którą przeprowadził podczas szalejącej śnieżycy w celu odszukania i ściągnięcia z mielizny statku załadowanego minami.
Te cechy Kapitana można by w skrócie określić dwoma wyrazami: donkiszoteria
i korsarstwo. Pojęcie donkiszoterii oznacza w tym wypadku romantyzm,
rzucanie się na przedsięwzięcia szlachetne, choć stokroć niewykonalne, szczery heroizm nie liczący się z warunkami życia. Wyrazicielem tych cech był w pojęciu współczesnych Kolumb, który – jak twierdzi wielu znawców literatury – posłużył Cervantesowi jako
wzór Don Kichota. Korsarstwo natomiast wiąże się z pojęciem odważnej żeglugi podróżników odkrywców, której kontynuatorami stali się korsarze. Osiągnięta przez nich wiedza i doświadczenie nawigacyjne dawało im przewagę nad silnie uzbrojonymi okrętami wojennymi, które zdobywali wraz z mianem najlepszych nawigatorów.
Wielu ludziom wydaje się, że obecnie wskutek olbrzymiego postępu technicznego przekreślone  zostało raz na zawsze znaczenie dawniejszego kapitana żaglowca, jak również żaglowca jako podstawowego ośrodka wychowawczego oficera marynarki. Po dziś dzień jednak są taki chwile na morzu, kiedy kapitan musi się oprzeć wyłącznie na zdobytych przez siebie wiadomościach i doświadczeniu oraz sam musi decydować. […]

Pamiętnik swój kapitan Mamert Stankiewicz zatytułował: KORSARZ I DON KICHOT.

* * *
Opowieść Znaczy Kapitana – a mam przed sobą trzecie wydanie „Iskier” – pod względem edytorskim jest niezwykle staranna: ładny i dobrej jakości papier, niebanalny, z lekka archaizujący skład stron, twarda okładka i elegancka obwoluta, oparta na grze rozbielonej sepii, czerni i czerwieni.
Jest jednak w tym wydawnictwie kilka poważnych niedociągnięć redakcyjnych. Zdaję
sobie sprawę, że dla większości czytelników mogą one pozostawać niezauważałne, ale nie w zauważaniu czy nie zauważniu jest problem. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Pominę  […] literówki, które łatwo mogły zostać wyeliminowane przy staranniejszej korekcie. Dużo bardziej istotne jest moim zdaniem to, że redaktor (redaktorzy?) przecenili
znacznie swoją rolę. Nie redagowali pracy debiutanta ani amatora. Mamert Stankiewicz miał spory dorobek publicystyczny (np. artykuły w Słowie Pomorskim i Żeglarzu Polskim), był również wybitną osobowością, człowiekiem świadomym nie tylko wagi czynów ale i słów. Do tego, co napisał, należało więc podchodzić z szacunkiem i – nieodzownym w takich przypadkach – profesjonalnym wyczuciem, gdzie kończy się prawo ingerowania w tekst.
Dlatego denerwujące są  przypisy, w których edytorzy piszą np. „U autora w tym i innych miejscach: Port Artur”, czy „u autora: Skagen” i wstawiają do głównego tekstu dziś używane nazwy Port Arthur czy Kattegat. Naturalnym prawem edytora jest uwspółcześnianie ortografii i interpunkcji, dzielenie utworu na rozdziały i części, ale też niewiele więcej. Stankiewicz oczywiście mógł się pomylić (choć znającjego perfekcjonizm mało to prawdopodobne), ale rolą edytorów jest wyrażanie wątpliwości i od tego mają przypisy. Edytorskie uprawnienia zostały więc przekroczone, choć tego typu nadużyć jest na szczęście tylko kilka.
Redaktorzy nie sprawdzili pisowni wszystkich nazwisk osób wspominanych przez autora. W ten sposób dowódca II Eskadry Pacyfiku w tekście i indeksie wymieniany jest – bez
żadnego komentarza – jako „Rożdiestwienski” zamiast „Rożestwienski” (Рожественский). Dziwne, że nie zlokalizowali też podpetersburskiego portu Transund, pozostawiając go w
tekście ze znakiem zapytania. Jednak na takich drobiazgach nie koniec.
W tekście głównym często się powtarza znak […], oznaczający opuszczenie. Tak pisze o tym w przedmowie Jan Kazimierz Sawicki, odpowiedzialny za opracowanie edytorskie: „Poza jedno- czy kilkuzdaniowymi opuszczeniami, wynikłymi z chęci uniknięcia powtórzeń, mówić można tylko o dwóch partiach tekstu, z których publikacji zrezygnowano. Chodzi tu o króciutki rozdział pt. „Wycieczki z Nowego Jorku i drzwi otwarte”, z maszynopisu stanowiącego podstawę […] pierwszego wydania po rozdziale „Awarie” i sprawiającego wrażenie niekompletnego. W rodziale „Pułaski i Polonia” zrezygnowano też z przytoczenia
kilkustronicowego opisu walk byków w Sewilli.”
Tu już sprawa jest poważniejsza. Argumenty Sawickiego nie trafiają mi do przekonania, z dwóch przynajmniej powodów: braku zaufania do jego opinii, że rozdział sprawia wrażenie „niekompletnego” (a od czego są przypisy i komentarze redakcyjne?) i niechęci do protekcjonalnego traktowania czytelników, którzy wszak powinni otrzymać tekst maksymalnie wierny oryginałowi, by móc sformułować własną o nim opinię. Edytorzy i tak mogliby mieć na nią poważny wpływ dzięki komentarzom w przypisach. Skróty,
moim zdaniem, usprawiedliwić mógł jedynie nieczytelny lub niekompletny rękopis, co należało w przypisach zaznaczyć.
Rozumiem motywację wydawców – dokument zawsze sprzedaje się znacznie gorzej niż
narracja zwarta. W tym jednak wypadku komercja winna ustąpić edytorskiej dokładności, zwłaszcza że na rzecz komercji działa nazwisko autora, będące dostatecznym magnesem, a nawet sensacją.

Redaktorom wydania zabrakło niestety energii na pracę edytorską wykonaną „porządnie”. Brakuje na przykład chronologicznego zestawienia wydarzeń i życiorysu kpt. Mamerta Stankiewicza. Brakuje także bibliografii, choćby prowizorycznej, tak podmiotowej – artykułów i tłumaczeń, autorstwa kpt. Stankiewicza, jak przedmiotowej, ta zaś musi być (nawet pomijając utwory Borchardta) niemała. Myślę, że Znaczy Kapitanowi się to należało.

Wreszcie sprawa – moim zdaniem – najpoważniejsza. Pisze Sawicki: „Czytelnicy książki Borchardta pamiętają zapewne, iż jej bohater miał swe wspomnienia zatytułować Korsarz i Don Kichot. Ze względu jednak na nikły związek tak sformułowanego tytułu z zawartością treściową pamiętnika, zdecydowano się nie respektować tego zamysłu autorskiego.”
W gruncie rzeczy, niewiele można dodać po tak szczerym zdaniu, będącym świadectwem redaktorskiej arogancji, chyba to, że edytorzy niewiele zrozumieli z cytowanej wcześniej
opinii Borchardta. Zmienili więc tytuł oryginalny na pretensjonalną frazę, która przez banalne nawiązanie do hymnu okrasza całość dydaktyczno-patriotycznym sosikiem i jest wobec treści i stylu Stankiewicza dysonansem. Niestety, mimo zastrzeżeń redakcyjnych, nie sposób nie powtórzyć za Borchardtem słów Znaczy Kapitana: „Znaczy, panowie nadużyli kompetencji; znaczy panowie nie są w porządku w stosunku do podjętych przez siebie obowiązków.
Borchardt wraca do tytułu pamiętników Mamerta Stankiewicza jeszcze w opowiadaniu „Druga strona Księżyca”, przeznaczonego do Kolebki nawigatorów, ale nieukończonego. Fragmenty cytuje Ewa Ostrowska: W rozmowach zawsze wspominał o swoim pamiętniku, jaki napisał i zostawił w Polsce. Mój podziw dla niego przeszedł w uwielbienie, gdy wyjaśnił
mi, że pamiętnik swój nazwał KORSARZ I DON KICHOT. Przeistoczenie korsarza w Don Kichota wygląda na świadome naśladowanie pana Andrzeja Kmicica. Gdy zdecydował się wrócić do pracy na morzu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, postanowił najpierw pojechać do Częstochowy. […] Mnie w zapale wyjaśnił, że padł przed obrazem jako korsarz i krzyżem leżał, by przebłagać Częstochowską, że w obcym mundurze walczył. – Gdy wstałem, byłem już Don Kichotem – ale polskim.”
***
Na temat redaktorów i redakcji pamiętników Mamerta Stankiewicza Borchardt miał zdanie negatywne jeszcze z innego powodu. Pisze Ostrowska:
“Pamiętnik ten przechodził przez tak wiele rąk, że dzisiaj trudno już udowodnić słowa kapitana Borchardta, który na teczce zawierającej kolejną przeredagowaną wersję
napisał: ‘Pamiętnik sfałszowano’. Natomiast w rozmowie ze mną kapitan Borchardt wyjaśnił, że z oryginalnego tekstu zniknęły fragmenty, które w niekorzystnym świetle ukazywały osoby z kręgów morskich, cieszące się współcześnie dużym autorytetem i uznaniem władz powojennej Polski.” Co i przez kogo zostało usunięte, nie dowiemy się
chyba już nigdy, a osoby znające prawdę nie żyją, ale nie ma też powodów, by nie wierzyć
kapitanowi Borchardtowi.
W przedmowie Sawickiego zdumienie budzi jeszcze jedno zdanie: „To ostatecznie przesądziło o tytule, którym po wszechstronnych konsultacjach z bracią
morską opatrzono dzieło.”
Po konsultacjach? A cóż tu było do konsultacji? Gdyby wszyscy redaktorzy zechcieli konsultować tytuły „z bracią”, mielibyśmy prawdopodobnie Niszczący najazd szwedzki zamiast Potopu i Nie będzie Teuton pluł nam w twarz zamiast Krzyżaków.

Swego czasu Tuwim bodajże kpił, że po interwencji nadgorliwych redaktorów
Popioły – zamiast „Ogary poszły w las” – otwierałoby zdanie „Sfora psów myśliwskich rasy ogar pobiegła do lasu”. Widząc tytuł na okładce wspomnień Mamerta Stankiewicza, mam wrażenie, że wydała je sfora takich właśnie nadgorliwców.

Pogrzeb cioci

W tym roku jakoś mało “hucznie” zorganizowałam na blogu okres Bożego Narodzenia, no to niech się jego koniec (zbliża się wszak Matka Boska Gromniczna) przynajmniej odznaczy wpisem szczególnym

Ela Kargol

Kilka dni temu byłam na pogrzebie siostry mojego taty, w Nysie. Pogrzeb i cała oprawa skromna, bo i skromne było życie nieboszczki. Cmentarz stary, na którym już nie chowają. Ale ciocia miała to „szczęście”, że był tam już grób jej męża, zmarłego jakieś 50 lat temu.

Msza pogrzebowa w neogotyckim kościele przy klasztorze Werbistów. Kościół, o tak!, robi wrażenie, zabudowania też. Nie było czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Ksiądz taki sobie, mylił się i nieskładnie mówił, oratorem nie był.

Kuzynka Marysia zarządziła, że nie dajemy na mszę, bo on (ksiądz) nie wyczyta z imienia i nazwiska, pomyli daty i miejsca, itp. i lepiej dać u siebie, w swojej parafii i przypilnować. Tak też zrobiłam, nie dałam.

W części budynku klasztornego mieści się szkoła, zresztą jest jakby kontynuacją dawnego gimnazjum misyjnego.

W kościele jest nas garstka, oglądam witraże, drzeworyty, staram się skupić, ale marznę i nici ze skupienia. Trochę się wstydzę za księdza i odliczam minuty, żeby wyjść, ogrzać się styczniowym słońcem, może jeszcze się rozejrzeć wokół.

Ale nic z tego, nie wypada, nie ma czasu. Organizujemy się, kto z kim, i jedziemy na cmentarz.

Przed kaplicą cmentarną, wymagającą natychmiastowego remontu, stoją panowie z firmy pogrzebowej, jeszcze „nieprzebrani”. Klną jak szewcy. Mróz siarczysty i słoneczny. Drewniany krzyż z tabliczką informującą o dacie urodzin i dacie śmierci (ot całe życie!) stoi niedbale oparty o mur kaplicy i czeka na to, żeby go postawić na grobie, zresztą zwyczajowo tylko na jakiś czas, bo potem zastąpi go tzw. pomnik. W kaplicy nie można wytrzymać z zimna. Na zewnątrz słońce, jakby na przekór mrozowi, podnosi rtęć w termometrze nieco do góry. Wujek Kazek rozpoczął modlitwę za zmarłych, ale niektórzy, w tym i ja wychodzą do słonka.

Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam, chociaż, może właściwie dobrze, że nic nie wiedząc rozglądam się i chłonę to, co uda mi się w ciągu tych kilku minut dostrzec. Widzę, że cmentarz stary, że na pewno poniemiecki, bo to przecież te tereny. Dostrzegam ślady dawnych alei, obsadzonych z jednej strony starymi drzewami. Podejrzewam, że z braku miejsca te aleje zwężono.

Dopiero później dowiaduję się, że to Cmentarz Jerozolimski (Jerusalemer Friedhof), cmentarz o bardzo długiej historii, siegającej XVII wieku, albo jeszcze dłuższej. Niestety po roku 1945 cmentarz zagospodarowano na nowo, zniszczono stare groby. Cudem ocalał grób i nagrobek Josepha von Eichendorffa (1788-1857). Podobno jest zaraz przy Kościele Jerozolimskim pod wezwaniem Świętego Krzyża, który widzę. Jakbym wiedziała, że to tak blisko, może bym podeszła choć na chwilkę. Ciekawostką jest, jak podaje Wikipedia, że przy budowie kościoła spełniono wymogi tzw. miary jerozolimskiej – odległość między nyskim ratuszem (symbolem władzy) a kościołem jest taka sama jak odległość między domem Piłata a miejscem Ukrzyżowania Chrystusa w Jerozolimie.

Sam cmentarz zachęcał bardzo do spaceru.

Ale to był pogrzeb cioci. Cioci, którą mało znałam, która żyła zgodnie i godnie, pracowicie i długo, bo aż 85 lat, pochowała wcześnie męża, wychowała sama troje dzieci, przeżyła śmierć syna.

Ksiądz rozpoczął w kaplicy ceremoniał pogrzebowy. Zaintonował pieśń „Anielski orszak”. Oprócz wujka i księdza nikt nie znał dokładnie słów, albo nie odważył się śpiewać. Panowie grabarze już przebrani (czarne marynarki i białe szaliki) wynieśli trumnę z kaplicy, uderzając trzy razy o próg i nieśli ją na barkach kilkadziesiąt metrów dalej do wykopanego grobu.

Minęliśmy mały murek na kórym zapalono kilka zniczy panu prezydentowi Adamowiczowi. Jego trumę też dwa dni temu nieśli – prezydenci innych miast.

Modlitwa nad grobem, potem trumnę na linach dość szybko zsunięto w dół.

Później kwiaty, bardzo dużo sztucznych, przy tych mrozach wytrzymają do wiosny, praktycznie. Jadąc na pogrzeb zamawiałam wiązanki. Pani z drugiej strony telefonu przekonywała mnie do sztucznych: „jest mróz, żywe zmarzną”. Może miała rację. Bo z jakiej racji ja mam mieć rację wybierając żywe, sztucznie pędzone?

Znicze się wypalą prędzej czy później. Zapomnimy prędzej czy później ciocię Genię, Eichendorffa może nie, pana prezydenta Adamowicza nie wiem.

Jest taki wiersz Eichendorffa, którego w szkołach niemieckich uczą się wszystkie dzieci na pamięć. Nie wiem, czy powstał w Nysie, ale mogę sobie to wyobrazić.

Weihnachten

Markt und Straße steh’n verlassen,
still erleuchtet jedes Haus;
sinnend geh ich durch die Gassen,
alles sieht so festlich aus.

An den Fenstern haben Frauen
buntes Spielzeug fromm geschmückt,
tausend Kindlein steh’n und schauen,
sind so wunderstill beglückt.

Und ich wandre aus den Mauern
bis hinaus ins freie Feld.
Hehres Glänzen, heil’ges Schauern,
wie so weit und still die Welt!

Sterne hoch die Kreise schlingen;
aus des Schnees Einsamkeit
steigt’s wie wunderbares Singen. –
O, du gnadenreiche Zeit!

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask!

Tłumaczył ks. Jerzy Szymik