Ewa Maria Slaska
Było to w listopadzie, gdy nagle poczułam, że z niczym nie daję rady i na nic nie mam siły ani czasu. Nagle musiałam zacząć pracę w biurze, nie było jej zbyt wiele, ale jednak więcej niż przez kilka ostatnich lat, musiałam napisać zaległe zamówione teksty i, chyba po raz pierwszy w życiu, nawaliłam i nie napisałam na żądany termin, ba, nie napisałam ich nawet miesiąc później. Nawalałam wszystkie terminy, nigdzie nie przychodziłam, albo wcale, albo na czas. Ludzie zaczęli się na mnie obrażać, lub mnie obrażać, co na jedno wychodziło. A kot zaczął mi nocą sikać do łóżka…
W skrajnej desperacji napisałam maila i rozesłałam do wszystkich Krewnych-i-Znajomych-Królika, opisałam, co się dzieje, poprosiłam, nawet nie o pomoc, bo nie wiedziałabym, kto by miał mi w czym pomóc, tylko o zrozumienie i wyrozumiałość.
Już samo opisanie sytuacji przyniosło pewną ulgę. Ludzie dzwonili lub pisali, pytali, jak mi pomóc, jedna z przyjaciółek zapaliła świeczki w katedrze w Atenach…

A potem, któregoś dnia, gdy wróciłam z pracy, znalazłam pod drzwiami kopertę, a w niej kartkę świąteczną z tekstem po polsku, że to życzenia od świętego Mikołaja, i stówką euro.

Obdzwoniłam lub spytałam smsem, na messengerze, mailu i whatsappie wszystkich Krewnych-i-Znajomych-Królika, którzy przedtem dostali ode mnie marudzącego maila, pytając, kto? Wszyscy się wyparli, a w końcu ktoś powiedział, że mam przestać im zawracać głowę. Przyszedł święty Mikołaj i już, taka była kiedyś natura świętego Mikołaja, że anonimowo dawał prezenty tym, którzy potrzebowali.
Przestałam więc. Przyjęłam z wdzięcznością stówkę i wydałam ją na honorarium dla behawiorystki, która przyszła pomóc uspokoić kota. Kot się uspokoił, a wokół mnie zaczęły się dziać cuda. Ludzie, którzy się poobrażali wrócili (no, prawie wszyscy – dwie osoby odeszły chyba na zawsze, ale trudno – może to były takie przedświąteczne porządki w ich życiu, albo w moim – kto wie; a może jeszcze wrócą). Dostałam pieniądze, zaległe i bieżące, spodziewane i niespodziewane, oraz obietnicę umowy o pracę. Ba, wynajemca zwrócił mi nadpłaty i… uwaga: obniżył czynsz, co się przecież nigdy nie zdarza! Nawet nowa kołdra się zjawiła, w miejsce tej, którą kot kilkanaście razy obsikał, a ja kilkanaście razy uprałam, co zamieniło ją w wytartą, na wpół przezroczytą szmatę.

Nagle, bez najmniejszych problemów, napisałam wszystkie zaległe teksty i zrobiłam wszystko, co powinnam była zrobić…
Chaos zamienił się w Kosmos czyli Ład.
Dziś, po miesiącu od wysłania tamtego maila, patrzę spokojnie na świat i przyszłość, i mogę życzyć Wam wszystkim najpiękniejszych radosnych świąt.
Niech się Wam darzy!
A na zakończenie dwa morały wynikające z tej opowiastki.
Morał pierwszy: Mów głośno, co ci przeszkadza. Mów to sobie, ale mów to i innym, żeby wiedzieli. Opis tego, co dzieje się źle, jest pierwszym krokiem do tego, by zaczęło się dziać lepiej.
Morał drugi: Wierz w świętego Mikołaja i moc świeczek, bo ta wiara czyni cuda!
Dziękuję, Mikołaju! Zapalę ci zaraz świeczkę!!!

Moje tegoroczne choinki. Rózgi zebrałam podczas spaceru w dniu św. Mikołaja
i pomalowałam, drugą Wnuk skomponował dla Kici.
Ach, jeszcze jeden PS: oczywiście puściłam w dalszy obieg stówkę od świętego, mnie już pomogła, niech pomaga innym.




Mijam kino Rialto, kino przedwojenne o różnych nazwach, począwszy od Adrii, poprzez Kammer Lichtspiele w czasie wojny, Jedność zaraz po wojnie i od 1946 roku aż do teraz – Rialto.




To skomplikowane zadanie, które w tytule sformułowałam tak śmiało, choćby z największym trudem rozwiązać by należało, bo jeśli dotarły do mnie z Polski dwa zdjęcia choinek zrobionych z ziemniaków, to zaczyna się być może jakiś trend…
Ale, gdy ja z kolei sprawdziłam w sjp (
baratarystyczne, mogliby wręcz pamiętać opowieść o Baratarii sprzed stu lat, gdzie przez jakiś czas rolę środka płatniczego pełniły ziemniaki. Pamiętacie? To dobrze, ale i tak opowiem Wam ją jeszcze raz.
