Podróże pełne smaku

Ela Kargol

Pan Jan

Mieszkam w Berlinie. Po śmierci taty, gdy w domu w Poznaniu została tylko mama, zaczęłam częściej podróżować na trasie Berlin – Poznań.
Szukałam różnych rozwiązań dla tych wojaży. Miało być tanio i przyjemnie. A ponieważ nie prowadzę i nie posiadam samochodu, musiały być to środki transportu publicznego.
Zaczęło się od polskiego busa, który bardzo szybko zmienił barwy, firmę i cenę. Próbowałam jeździć ze znajomymi do Zbąszynka, a potem wsiadałam w pociąg regio.
W końcu dość było mi tych trudów podróży, niewygody, ciasnoty i wróciłam do szybkiego i dość wygodnego połączenia kolejowego ICE, co nie znaczy, że jeżdżę pociągiem.
Podróżuję WARSEM.
I są to moje najbardziej wypoczynkowe trzy godziny, które spędzam przy kawiarniano-restauracyjnym stoliku, rano przy śniadaniu, w południe przy kotlecie, wieczorem przy sałatce lub smażonym camembercie. Do tego zawsze cappuccino lub piwo.
Spotykam różnych ludzi, dosiadających się do mojego stolika, lub odwrotnie, siedzących w pobliżu, interesujących lub mniej, ciekawskich, skrytych, rozgadanych i milczków, prawicowych, lewicowych, symetrystów, obojętnych, nieokreślonych, takich, których niewiele obchodzi, po której jestem stronie i jaką religię wyznaję i takich, którzy się oburzają, gdy czytam Wyborczą.

Wars to moje miejsce wytchnienia, wypoczynku, ograniczone czasem i przestrzenią, gdzie nie mogę wyjść, kiedy mi się chce, nie mogę się spieszyć, bo Wars dołączony do pociagu śpieszy się po swojemu. Bardzo lubię te trzy godziny na trasie Berlin – Poznań – Berlin, których nikt mi nie zakłóca, zabiera. Ten czas jest mój.

Pan Jan przysiadł się do mojego stolika, gdy wracałam z Poznania do Berlina. Chwiał się, gdy szedł i szukał wolnego miejsca. Wszyscy odwracali od niego wzrok. Mnie po prostu zaskoczył. Siedziałam zaczytana,delektując się piwem. Zabrałam plecak z krzesła naprzeciwko i wskazałam ręką wolne miejsce.
Dopiero później spojrzałam na twarz, na postać i trochę pożałowałam swojej decyzji.
No, ale stało się.

Pan Jan okazał się Janem z Polski B albo C, a może jednak z A, bo kto nam daje prawo do takiego podziału?
“Z Białegostoku jadę już od rana, swoje już wypiłem (mówił o dniu, w którym jechał i pił). 60 kilometrów od Łukaszenki mieszkam”. Na pytanie warsowicza z innego stolika o Puszczę Białowieską stwierdził, że Szyszko nie żyje, różni ludzie różnie mówią, a jego żona zawsze mówi, “spójrz na siebie, a potem innych krytykuj”.
Ale zaraz potem powiedział, że ten “kaczyniak” różne rzeczy wyczynia, eee pani. “Ja myślę, że Leppera powiesili, a papież to był gość, on z komuną walczył i nie miał czasu ani głowy, żeby walczyć z pedałami”.
Ktoś go poprawił, że z pedofilami. “No, no, z tymi profilami.”
“A pani to chyba studia skończyła?”
To było do mnie. “A dlaczego pan tak sądzi? No bo pani coś czyta, no ale widzę, że piwo pije, no to zagadam.”
I wtedy nastąpił cytat z, jak twierdził, Kochanowskiego: “Lipko, ojczyzna moja”. I chyba dopiero wtedy zwróciłam świadomie na niego uwagę. Może niepotrzebnie poprawiłam, że może o Mickiewicza mu chodzi i o Litwę. Nie, jemu chodziło o lipę Kochanowskiego. Lipę ma na podwórku, pod nią ławkę – huśtawkę, a więc wszystko się zgadza. Siada pod nią często, z żoną albo sam.
Żonę wziął sierotę, bufetową była, a on w straży pożarnej. Ksiądz w rodzinie to brat jego ojca. “Był cały czas u koryta, a teraz stary i żona musi się stryjem opiekować.” Dzieci ma troje, nie ksiądz tylko Jan. Jeden syn w Australii robi i jest “praco – alkoholikiem”, a synowej ciągle mało. Druga synowa dobra, do rany przyłóż i szczera do bólu. Nie lubi, gdy Jan za dużo wypije.
Jan zamówił schabowego i 200 gram. Kelnerka myślała, że kotlet ma ważyć 200 gram. I mu na to, że kotlety są normowane i są małe odstępstwa. Ani ona (ona taka mimoza), ani on nic nie rozumieją, niby po polsku, a jednak dwa różne języki. Wtrącam się i tłumaczę, że ten pan chce dwie setki, a mimoza na to, czyli 200 mililitrów wódki?
Tak.
Ja dostaję prawie zaraz camemberta i następne piwo, Jan dopiero po chwili dwusetkę. Na kotleta czeka. Wreszcie zagaduje mimozę, że on ma cztery prosiaki i dałby rady je zakatrupić, wypatroszyć oporządzić, a żona upiekłaby przez ten czas sto kotletów. Ale mimoza nie rozumie. W końcu kotlet pojawia się na stoliku. Stoliki w Warsie upiększone są takimi serwetkami, które sa śliskie i ciągle zjeżdżają z tych stolików. Utrapienie wszystkich klientów Warsu. Niektórzy ściągają je od razu, a inni poprawiają cały czas. Pan Jan poprawiał, wygładzał i próbował równo ułożyć.
Przez całą podróż.
Mamy duże opóźnienie. Jan jedzie do Kolonii. Biletu nie ma, kupuje u niemieckiej konduktorki. Pomagam mu, wspólnie szukamy jego BahnCard. Wysypuje wszystko z kieszeni. Pieniądze, dokumenty wypadają na stolik, na podłogę. Wszyscy zbieramy, ja próbuję odliczyć 55 Euro na bilet. Jan daje konduktorce 60 Euro, całuje szarmancko w rękę i mówi: “rest nicht brauchen”.
Jan w tym swoim “zamuleniu” (sam tak o sobie mówi) jest cały czas sobą, według mojej oceny dobrym, prawym i szczęśliwym człowiekiem.
Konduktorka wyjaśnia mi połączenie z Berlina do Kolonii i nawet sama prosi, że trzeba mu pomóc, bo ma tylko kilka minut czasu na przesiadkę. Inni warsowicze też oferują pomoc.
Pan Jan pracuje w podfirmie jakiejś chyba jeszcze podfirmy gdzieś pod Kolonią.
Szef Turek dobry chłop, poklepie po plecach, ale do roboty goni. Jan pracuje w rzeźni. Wózki z mięsem pcha (Tunel Magdy Parys mi się przypomniał). I jeden z takich wózków ostatnio na niego wjechał i go przygniótł. Rozpiął koszulę i pokazał obitą klatkę piersiową.
W następny dzień ma termin u lekarza, teraz jest na zwolnieniu.
Wysiadamy w Berlinie, jeszcze raz wszystko gubi. Zbieramy, wkładamy mu do kieszeni, zamykamy zamki.
Czekam z nim te kilka minut na pociąg do Köln.
Mam nadzieję, że dojechał.
“Szczęściu trzeba pomóc, jeśli los nie jest łaskawy.”
To jego słowa, może znowu go kiedyś spotkam w Warsie przy “setce i serwetce”.

“Podróże Warsem są pełne smaku”, jak zapewnia ich slogan, “smaku na życie, szczęście, chwilę zapomnienia, wytchnienia i radości.”

Incredible paintings… (reblog+)

Yes, I know, you’ve seen it already. All those murals. Last year they were everywhere on Facebook. But then they vanished, as everything on Facebook. And now Kairos (a very very proper moment) for looking again at that murals come. And please, do not forget “our” mural in Stettin-Skolwin 🙂 or “our” mural in Berlin-Kreuzberg (foto Anne Schmidt)

15 Incredible Before & After Street Art Transformations

Hmmm.. actually they are first after and then before, but I do not change the serie. Never mind, bored panda – you are superb!
Yours
EMS

For those individuals among us who possess a talent for art, opportunities to create something beautiful can be found all around us. Everywhere you look, there are empty walls that are just crying out to become something more beautiful, if only someone would take the time. Thankfully, there are plenty of incredibly talented street artists out there who are doing just that, turning drab public spaces into explosions of color and creativity.

1. “Knowledge Speaks – Wisdom Listens,” Athens, Greece

2. “Juliette Et Les Esprits,” Montpellier, France

3. 3D Mural in Poznań (Śródka), Poland

4. “Renaissance,” Le Puy en Velay, France

5. Giant Starling Mural in Berlin, Germany (Star Haus Neheimer Str. 2 – 6, Tegel)

6. “Au Fil De Loire,” Brives Charensac, France

7. Photorealistic Mural, Glasgow, Scotland

8. An entire town was painted over, Palmitas, Mexico

9. Full Moon Hostel, Bristol, UK

10. “Topart,” Budapest, Hungary

11. Tiled Steps, 16th Avenue, San Francisco, California

12. Diving Dog Mural, Mechelen, Belgium

13. “Porte Des Lavandières,” Aurec Sur Loire, France

14. Racoon Mural made of trash and found objects, Lisbon, Portugal

15. “Let’s Keep The Plants Alive,” Białystok, Poland (“Dziewczynka z konewką”, Aleja Piłsudskiego 11/4)

A tu dodatek spoza listy światowej, ale przecież równie dobry. Pokazała to właśnie na Facebooku Danuta Starzyńska-Rosiecka. Słoń prehistoryczny na Skierniewickiej w Warszawie (Wola), namalowany na pamiątkę… wykopalisk archeologicznych. Podczas budowy metra na ulicy Płockiej znaleziono szczątki słonia sprzed 130 tysiący lat.

And here, ach…

Notatnik niespiesznego cyklisty

Mal Content

czyli Z dziennika tetryka 14

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Święta minęły, za chwilę Nowy Rok, a śniegu jak nie ma, tak nie ma. Toteż nie przerywam swych rowerowych wypraw. Ale kończę prowadzenie notatnika.

Czemu? Nie dlatego, że koniec roku. To arbitralnie wybrany dzień, mógłby być każdy inny. Magia dat nie działa: życie wyprało mnie skutecznie ze słabości do symboliki.

Dlaczego więc? Może dlatego, że trzy tygodnie temu podczas jazdy doświadczyłem przeżycia niemal mistycznego, ale nie potrafiłem go opisać, mimo iż próbowałem? Po raz kolejny boleśnie uświadomiłem sobie (choć wiem to przecież świetnie od dawna), iż talentu „nie staje”. A że akurat tego dnia Olga Tokarczuk odbierała w Sztokholmie nagrodę? Tym dotkliwiej odczułem niedostatki swego warsztatu. To nie symbol, tylko koincydencja czasowa. Niech każdy robi, co potrafi. I chwała Pani Oldze!

Ale jeszcze bardziej dlatego, że chwilę temu zobaczyłem to, co zobaczyłem. Przypomnę, iż na początku Notatnika niespiesznego cyklisty stały konie. Teraz spotkałem je ponownie. To samo stado. Tak samo piękne. Ale ten entourage! No niech będzie, że to taki mały symbol.

Jak przeto pisać, gdy wszystko wokół tak przygnębia, że nawet wytrenowany i wytrawny Malkontent ma dość? A dodatkowo przyszłość rysuje się w naprawdę nieciekawych barwach? Nie sposób.

I mknę dalej polem-lasem ku zmierzchowi, machając Czytelnikom ręką na pożegnanie.

Aha, jeszcze jedno! Przecież obiecałem swego czasu. Jak to jest z mymi nadmiarowymi kilogramami? Pomogły przejażdżki? Odpowiem tak: jest nieźle, sporo zniknęło… za to obwisy skóry objawiły się w pełnej krasie! Produkcja żółci i goryczy nie jest więc zagrożona.

Pa pa! Może spotkamy się kiedyś na szlaku?

1269 (1)

Tak jak rok temu, tak i w tym roku, pierwszym autorem jest dzisiejszy solenizant, tyle że w tym roku dostaliśmy od niego długą wieloczęściową powieść historyczną (a zapewne, jak znamy autora, będzie to również historia fantasy), dziejącą się w roku 1269 w okolicach Sulęcina. Będę ją drukować co środę i zobaczymy, na ile śród autorowi starczy zapasów i czy przekonamy go, żeby pisał dalej…

Mieczysław Bonisławski

I.

Mimo ciemności grudniowej nocy, przyzwyczajone do nich oko, potrafiło rozróżnić nawet szczegóły. Rzadki, ale zakrzaczony las, podścielony skorupą kilkudniowego, zmrożonego śniegu, iluminował odbitym światłem tłustego, okrągłego księżyca w pełni. W górze, przeganiając po niebie ciemne chmury, wiał silny wiatr. Barwa i intensywność światła, wraz z falowaniem tej kłębiącej się zasłony, ulegały ciągłym zmianom. To, maszty najbliższych drzew majestatycznie stały w bladym blasku szeroko, po horyzont rozlanej poświaty; to wszystko spowijała przygnębiająca, zionąca majakami, głęboka czerń. Po chwili, gdy chmura przekołowała dalej, widnokrąg raptem rozszerzał się na powrót, ukazując cienie świerków na tle białej, pofałdowanej powierzchni.

Księżyc stał wprost nad wijącym się od skraju lasu, nieszerokim parowem. Nagie drzewa wyrastające z jego dna, nie sięgały ponad ściany, których równie porośnięte szczyty ginęły w ciemności. Półokrągłym spodem, tonącym w księżycowym świetle, niezdarnie posuwały się dwie, wyraźnie odcinające się od tła, postacie. Minęła dłuższa chwila, zdążyły się już posunąć z kilkadziesiąt metrów w głąb, nim dotarła do ich świadomości otaczające je cisza. Tu wiatr nie wciskał się zimnem do każdej szpary opończy, nie wywracał jak na otwartym polu; wirujące z jego siłą, porywane z ziemi i drzew płatki śniegu nie oblepiały głowy ni pochylonych pleców i ramion.

Postacie przystanęły. Była to chwila, gdy mogły wreszcie strzepać z siebie zlodowaciały śnieg, otupać nogi. Jedna z nich, niższa i bardziej wiotka, pośpieszywszy się, spróbowała w kilku miejscach rozgrzebać śnieg. Zaspy były tu mniejsze i płytsze, a pod warstwą firnu, gniły na wpół zmarznięte pokłady liści. Pomiędzy oblodzonymi krzakami znalazłoby się nawet miejsce na zaciszną i ciepłą jamę.

Wyższa z postaci jednak coś mruknęła, machnęła zawzięcie ręką i podpierając się kijem, ruszyła z mozołem dalej. Mniejsza, niezdarnie ślizgając się na rozruszanej mazi, pośpiesznie podążyła jej śladami.

Za jednym zakrętem był następny, za nim kolejny. Horyzont, na wyciągnięcie ręki, obcinały ośnieżone ściany, monotonnie, prawie równo, jak po sznurku, wznoszące się już wysoko ponad głową. Nogi mieszały mokry śnieg i nadgniłe liście, wyrywały w oczkach kawałki owijających łydki leszczyn i bzów. Aż nagle, z przodu, rozbłysły po bokach świetliki gwiazd.

Cienie na śniegu były szare i bure a krzewy rozstąpiły się: parów przepuszczał podążające w poprzek obniżenie. Musiała tędy prowadzić jakaś ścieżka. Wyglądała jak bród na rzece.

Tu też martwy, zimowy bezruch nocy, tak naturalny, został zupełnie niespodziewanie zmącony. Coś podłużnego mrowiło się nisko przy przeoranym śniegu. Widok przysłaniało coś czarnego, jedno i drugie, trochę dalej, uniesione w górę. Wtem, przez parów przeleciało krótkie warknięcie i wataha wilków rzuciła się do ucieczki ku gwiazdom.

Dwójka wędrowców wyszła zza zakrętu na ten właśnie moment. Wahanie prowadzącego trwało jedną chwilę, szybko zawrócił i usiłował nieporadnie, podbiegając, zniknąć tam skąd przybył. Drugi, biegł lżej, ale nie chcąc pozostawić powolniejszego towarzysza, zapadł w bok między gałęzie, wgryzając się rękoma w śnieg. Trwało to jednak odrobinę za długo. Zostali już dostrzeżeni przez zbrojnych, którzy wypłoszyli byli watahę. Jeden z nich przystanął i pohukując, wymachiwał ku wilkom zapalona pochodnią, ale dwaj pozostali, pochylonymi włóczniami wygarnęli uciekinierów i poprowadzili z powrotem ku przejściu przez parów.

Tu leżały w poprzek dwa trupy w czarnych zbrojach, okryte długimi, białymi płaszczami. Jeden został rozwleczony przez zgłodniałe wilki; tkanina płaszcza była rozciągnięta po zakrwawionym śniegu – na jego środku czerwienił się ośmiokątny krzyż. Odgryziona głowa, szczelnie okryta przylegającą do czaszki siateczką z metalowych kółek, poturlała się parę metrów obok. Sztywne ciała leżały tu już z kilkanaście godzin.

Trójka zbrojnych otoczyła uciekinierów, jeden przyświecił pochodnią. Chwilę się przyglądali.
– Wilków czy martwych zakonników takeś się przeraził dziadu, co? – spytał najważniejszy.
Mniejszy z wędrowców z trwogą, dziewczęcym głosem wykrzyknął:
– Dziadek ślepy, on ślepy, panie!
– Ejże! – zdziwił się rycerz i ucapił jeńca za barki. Zdarł mu z głowy kaptur i chwilę, jakby zaskoczony, chwytał rozpuszczone jasne włosy – Coś ty za dziewka?
– Szpieg lubo… czarownica! – pośpieszył z wyjaśnieniem nie pytany drugi ze zbrojnych.
– Cicho ciuro, poświeć no tu mi lepiej – rycerz bacznie lustrował oboje brańców. Siwy dziad rzeczywiście niewiele chyba widział, a dziewka, nie wiedzieć była li ładna, czy nie? Z jasnych loków zostały jeno zmierzwione kudły, twarz wykrzywiało zmęczenie.
– Ubić ich, ubić, bo to i wilcy się przecie ich zestrachali…
– Nie było by wilków, gdyby pogrzebać Teutonów jak ich tylko ubilim – skwitował rycerz. – A wy co za jedni, na przeszpiegi szliście?
Dziewczyna gwałtownie jęła przeczyć głową i rękoma, stary tymczasem przyklęknął przy trupie i coś mamrotał, jakby modląc się.
– Ty! – rycerz stracił nieco pewność siebie – Ty aby nie zamawiasz czego tam na nas?
– Odpowiadaj jak cię rycerz pyta! – jeden z pachołków szturchnął klęczącego włócznia. Dziad począł się gramolić w górę. Dziewczyna, nie zatrzymywana podbiegła pomóc mu stanąć na trzęsących się nogach. A on zwrócił swa twarz ku granatowemu niebu, skąd powoli zaczynał się już skradać świt. Chwilę trwali zapatrzeni, po czym ruszyli w milczeniu dalej przed siebie, dziad oparty o ramię dziewczyny, wyszukujący kijem właściwą drogę.
– Ejże! – zaprotestował rycerz i na jego znak, obaj pachołkowie zawrócili dziwna parę.
– Pójdziecie, ale do obozu. Trzeba sprawdzić coście za jedni – wyjaśniał, jakby bardziej sobie, niż im, dowódca i dał znak obu ciurom.

Opuścili parów, ruszając wydeptana ścieżką w bok. Za plecami pozostawili bardzo powoli jaśniejące niebo.

Niezwykle wąskie przejście wiło się straszliwie pomiędzy drzewami i leszczyną, szli więc gęsiego, rozciągnięci na kilkanaście kroków. Zbrojny przywódca w pewnej chwili zauważył, jak dziewczyna o coś zapytała dziada i ten jął cicho jej opowiadać. Przyśpieszył, dorównując im kroku, ale ci w ogóle na to nie reagowali.

– …Zmartwiał Gabriel, gdy Asmadeusz bestię sprowadził. Przyleciała z zachodu, ziejąc ogniem i dymem, smrodem bijąc co niewinne i trując co zdrowe. Wraży ogon zanurzyła w nurcie Odry, zadem siadła na rogatym tronie Kaina a pysk dziobaty i wstrętny wsadziła w międzyrzecze…
– I poszedł krzyż na krzyż i oba od krwi poczerwieniały, aż tam, gdzie jeden z Bolesławów ziemią frymarczył, drugi się zjawił, rękę mu wstrzymał i oczy oczyma na wschód zwrócił, chcąc ostrzec przed tym, co z tego wyniknie…
– Miasto za miasto, łup w łup, ogniem po ogniu, przy brzęku mieczy ścielił się trup i ginęła kraina, aż ostał się jeden już tylko zamek, jak zadra tkwiący w ciele, obcy plon bratobójczej kłótni. Świeżo pobudowany, z bali gliną oblepionych, dumnie wznosił swe baszty, drwiąc z głupoty, która go zrodziła…
– Po naszemu gada…? – zdziwił się jeden z ciurów.
– Cicho! – zgromił go dowódca – O czym on mówi? – zwrócił się do dziewczyny, od początku sprawiającej wrażenie bardziej przystępnej.
Ta teraz jednak spojrzała nań błędnym wzrokiem i poczęła majaczyć:
– Jak zgłodniali wilcy do rżącego konia, jak gęś do swego klucza, zbiegną się ze wszystkich stron Bolesławowi ludzie pod zamek Sabela. Na wyniosłości, nieopodal miasta stojący, jak krwawy ochłap żeru zew wokół rzucać będzie, żądne odwetu wici…
– Tfu, toż jak wiedźmy gada… Jezu, urok na obóz rzuca…! – przerażone ciury odskoczyły w krzaki zaciskając ręce na drzewcach włóczni.
– Ręka, którą wzniesie ramię, kość z Kości i krew z Krwi, uratowane przed niebytem od ludzi jeszcze przed wynijściem na tę ziemię, pierwsza przyłoży smolne polano do wydłubanej spod gliny ściany. Szatan, który zagnieździł się w ciele obrońcy krwawych krzyży na płaszczach, upiecze ich braci, a oni sami poproszą was o łaskę, judaszowe pieczęcie okazując Bolesławowi.
– Albo też Bebaal z Gabrielem tak losy poplączą, że ten, którego matka, co nigdy szczęścia macierzeństwa nie doznając, dzieciobójczynią stać się miała, księdzu swe życie zawdzięczając, za wiarę bałwanią krew czystą przeleje lub obaj dwa krzyże, jak szpony dwóch orłów na ciele brzemiennej samicy zajęczej, na wieki, po śmierć, jedyne rozwiązanie, skrzyżują… – jak będzie, ja nie wiem. Pozwólcie wielcy panowie iść swoją drogą – zaskakująco trzeźwo zakończył starzec, prośbą skierowaną do swych nieproszonych przewodników.
– Niewątpliwie wiara chrześcijańska nie jest ci, starcze, obca – odpowiedział spokojnie rycerz – ale zbyt dużo wiesz, jak przed chwilą słyszeliśmy. Więcej nawet niż dotąd się wydarzyło – trzeba to wyjaśnić. Brać ich! – krzyknął do dwóch pozostałych. Pachołkowie błyskawicznie nacelowali ostrza włóczni na nerki więźniów i pchnęli ich do marszu przed sobą.

Na skraju lasu już dniało.

II.

Nad zachodnim stokiem Gołębiej Góry i sąsiadującym z nią od południa skłonem, snuły się ścieląc nisko przy ziemi, smugi dymów. W głębokich oparzelinach ukryte, niczym w śnieżnych kagankach, pełzały po czarnych polanach, blade w świetle wschodzącego słońca, płomienie. Wytopione aż do pachnącej ziemi nisze okupowali skuleni ludzie. Każda jama została wyrąbana siekierami w zaspie a bloki lodu, ułożone na górze wieńczyły koroną okrąg ścian. Podobnie jak dna, wyłożone zostały one świeżą jedliną i tak przygotowane śnieżne jamy, okazały się niezastąpioną w tych warunkach polową kwaterą: zimny wiatr hulał wysoko ponad głowami ściśniętych ludzi, ognisko dawało ciepło i pozwalało przygotować gorącą strawę. Na rozłożony na obu wzgórzach obóz składało się kilkanaście takich kwater.

Oba stoki schodziły się w przodzie na dnie kotliny wzdłuż której biegły dwie ulice splecione w połowie w węzeł rynku – to był Sulęcin. Z drugiej strony, w połowie drogi do następnego grzbietu stał zamek. Zbudowany z nawiezionych tu i uprzednio przygotowanych bali drewnianych, do wysokości zwieńczenia ścian zamykających dziedziniec, pokryty z wierzchu warstwą gliny. Nie był otoczony fosą, podejście do niego utrudniało tylko ukształtowanie terenu. Od strony miasta, nad doliną Postomii górowała prostokątna wieża mieszkalna ze strzelnicami. Wzdłuż korony obwarowań zewnętrznych biegła od środka szeroka galeria osłonięta blankami; wydostawało się na nią z wieży bądź w trzech pozostałych rogach – po wychodzących na drewniany podest schodach. Wspinały się one jednobiegowo, przytulone od wewnątrz do idących wokół dziedzińca ścian, wykorzystując całą ich długość.

Margrabia brandenburski nie zdążył jeszcze wykończyć całego założenia obronnego ani budynków gospodarczych. Sabel, dowódca załogi zamku, z dużym niepokojem obserwował przebieg obecnej, zimowej kampanii 1269 roku. Margrabia Otto oddając mu zamek, nakazał go szybko dokończyć, a sam gwałtownym wypadem napadł i spalił pobliski Międzyrzecz księcia kaliskiego. Niestety Bolesław kaliski ruszył w pościg za uchodzącym najeźdźcą. Otto uciekł za Odrę a Wielkopolanie zaczęli pustoszyć pożarami i grabieżą całą jego ziemię leżącą na wschód od rzeki. Sabel jednak zamku Sulęcin nie oddawał, choć też i książę Bolesław długo nie rozpoczynał regularnego oblężenia ani szturmu. Dopiero po dojściu do Odry i splądrowaniu całej prawobrzeżnej części Ziemi Lubuskiej, zaczął zbierać wracające wojska pod Sulęcinem. Od kilku dni Sabel mógł nocami oglądać gorejące ogniska na przeciwległym wzgórzu. Polacy wcale nie kryli swego obozu, specjalnie go tak rozbili, by Sasi broniący zamku musieli widzieć co noc ten ogień, by wiedzieli jak po każdym dniu, ilość świecących punktów wzrasta! A to zwiastowało, że rano ostrzał będzie jeszcze intensywniejszy.

– Jutro świętej Łucji… – przypomniał sobie saski dowódca, marząc o ukochanej kobiecie, która obrała ją za swą patronkę. Kobieta była jednak daleko, w domu, chwila uniesienia trwała krótko. Podjudzona gorejącą wojną żądza rywalizacji, rycerska potrzeba jak najszybszego sprawdzenia się w namacalnie, na wyciągnięcie ręki przyczajonym niebezpieczeństwie, burzyła spokój, nurtowała natrętnym pytaniem – kiedyż ci Słowianie będą gotowi wreszcie uderzyć?

Tymczasem w obozie, książę kazał formować szyk swojej drużynie a poszczególni rycerze, zaczęli skrzykiwać pospolite ruszenie. Jednocześnie oddział wolnych mieszczan z Międzyrzecza na rozkaz przyniesiony przez oboźnego, zwinął swój biwak na bezimiennym wzgórzu i pośród pohukiwań wszedł pomiędzy budynki Sulęcina. Zaczęto wygarniać wszystkich pozostających tam jeszcze mieszkańców w kierunku Winnej Góry, gdzie koczowała już większość z Sulęcinanian. Pozostawioną żywność i cenniejsze przedmioty taborowi pachołkowie wkładali na wozy i odjeżdżali na Gołębią Górę a wszystko co się tylko mogło palić, zrzucano na stertę przed karczmą, w bezpośrednim pobliżu zamku.

W obozie na Gołębiej Górze panował większy spokój. Tu nie rozwlekano po śniegu ognisk, ale w każdej z nisz pozostawał dyżurny do pilnowania ognia; zwieńczenia umacniano, zmieniano też starą jedlinę na świeżą.

Chorąży międzyrzecki, Marcin z Bnina Opaliński odszukał swego syna.
– Pietrek, pomnisz ty jeszcze dobrze owegoż zbója? – przed młodzikiem, najwyraźniej sposobiącym się podczas tej wyprawy do stanu rycerskiego, stanął mężczyzna stateczny, godziwej postury, w zbroi upysznionej paradną tkaniną. Hełm trzymał nie nałożony jeszcze w ręku; długie, choć już nieco przerzedzone, jasne loki wiatr rozwiewał na wszystkie strony.
– Jakżeż bym mógł…! – nieprzystojnie oburzył się Piotr i zaraz żarliwie, z synowskim szacunkiem poprawił się – Póki żyw będę, panie ojcze, idąc na Niemca, nic ino tę zbrodnię przed oczami mieć będę; w każdym Teutonie upatrywać będę zbrodniarza, szyję pod mój miecz noszącego. I pozwól Panie Boże, by jeno śmierć tamtego szczura, mordercy niewinnych kobiet, a nic innego, uwolniła mnie od tego obrazu…
Chorąży Marcin położył rękę na ramieniu rozpalonego młodzieńca.
– Pofolguj synku, pofolguj. Jeśli graf Sunnenwald schronił się w sulęcińskim zamku, musisz go dostać i pomścić nasz ból, nie bacząc nawet na swój honor. Jeśli go tu nie będzie – razem poszukamy zadośćuczynienia krzywdzie na teutońskim brzegu, ale dojść jej możemy tylko na winnym zbrodni, pamiętaj. Nic nam po przewagach nad wszystkimi innymi Niemcami – to nie oni ubili naszą żonę i matkę.
– Nie ja jeden będę go tu szukał, panie ojcze…! – w słowach Piotra kryła się mściwa satysfakcja – Nie ujdzie stąd zdrowy ni jeden jego członek, wystawią mi go jak ogary dziką świnię…
– Dobrze synku, nie zapomnij jeno ani na chwilę, że krew tę przelejesz z miłości do matki i z pamięci o męczeńskiej śmierci jej zadanej. – spojrzał gdzieś ponad głową chłopca – Wybacz mi Unisławo, a Ty Panie na moje sumienie zrzuć ów grzech, do którego popycham własnego syna – zdjął ręce z jego ramion – Uchrońcie go oboje od jadu nienawiści… Pomódlmy się Piotrze…
Chwilę trwali w kontemplacji, którą, przeżegnawszy się na powrót, starszy z nich, wstając z przyklęku, przerwał prosząc:
– Chcę teraz porozmawiać z tym giermkiem, który będzie ci towarzyszył, zawołaj no go Pietrek do mnie.

Chwilę później Piotr przyprowadził młodszego od siebie, wysokiego blondynka. Marcin wsparty na własnym kolanie popatrzył na niego zdziwiony.
– Nie jesteś ty zaawansowany w leciech chłopcze?!
– Na szesnasty mi już idzie, panie – usłyszał chorąży pewną siebie odpowiedź. Młodzieniec choć mało niewątpliwie jeszcze widział w swym życiu, sprawiał wrażenie roztropnego i optymistycznie patrzącego w swą przyszłość.
– To ty masz iść z mym synem na zamek margrabiego Ottona?
– Ja, panie.
– Będziesz zdobywał rycerskie ostrogi?
– To zależy od naszego pana, księcia kaliskiego – mój ojciec musiał uchodzić do Wielkopolski z Marchii…
– Ach tak? Opowiedz mi o tym.
– Wiem niewiele, panie. Tyle tylko, że ojciec był wolnym gościem komesa Mroczka w Sulęcinie i za zdradę stanu musiał uciekać ze Śląska. Ukrywał się w Puszczy Noteckiej, aż go złapał pod Santokiem wielmożny kasztelan międzyrzecki. Chciał go oddać do Sulęcina, ale miasto przejęli już wówczas templariusze, więc pan kasztelan kazał mego ojca jeno obwiesić. Matkę uratowało to, że była brzemienna. Jego wysokość kasztelan przyjął ją do służby na zamku międzyrzeckim, gdzie niedługo potem się urodziłem. Miałem jeszcze trzech starszych braci i siostrę, ale nie wiem, co się z nimi stało?
– Jak wołają na matkę?
– Racława, ale ona panie nie żyje. Spalił ją Niemiec, jeszczem pacholęciem był. U siostry się chowałem, ale i ona nie żyje. Jej spalone szczątki rozwlókł po śniegu rycerz Sunnenwald.
Marcin zacisnął pięści. Szybko jednak popatrzył, czy młodzi zauważyli jego słabość i popędził ich do przewidzianych regulaminem obozu czynności.
– Starajcie się godnie nosić imię gniazda swych ojców a Bóg pozwoli księciu zauważyć wasze zasługi – rzucił jeszcze na odchodne i poczekawszy aż znikną w tłumie, sam podążył ku niszy, w której spodziewał się zastać książęcy poczet i gdzie czekały go własne obowiązki.

Ciąg dalszy za tydzień

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.

Klątwa, czyli…

Marek Włodarczak

Jak doszło do autodestrukcji wymiaru sprawiedliwości w Baratarii

Dopóki sprawiedliwość w Baratarii była rozumiana jako zgodność z przepisami prawa, a jedynymi narzędziami dochodzenia sprawiedliwości, były kodeksy i organa wymiaru sprawiedliwości, wszystko jakoś było, kulawo bo kulawo, ale szło. Wyroki często skandalicznie mijały się ze zdrowym rozsądkiem, ale statystycznie było to do przyjęcia.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że sprawiedliwy wyrok to taki, z którym zgadzają się obie strony konfliktu, a jako narzędzi można używać wszystkiego, byle zgodnie z prawem. Najważniejsza jest sprawiedliwość. Początkowo wszyscy byli zachwyceni, do dziś krążą opowieści o tym, jak Salomon wydał sprawiedliwy wyrok przy użyciu miecza, o tym jak rozstrzygał spory Sancho Pansa w Baratarii, czy o słynnym Kredowym Kole opisanym przez Bertolda Brechta.

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pozwolę sobie oddać głos rozmówcy, który prosił o anonimowość. Opowieść prezesa.

Byłem prezesem T F-K, gdy wszczęto wobec mnie śledztwo w sprawie fałszerstwa, jakiego się dopuściłem przy zwalnianiu dyscyplinarnym sekretarki TF-K. Fałszerstwo miało polegać na tym, że wypisałem zwolnienie niebieskim długopisem, a datę wpisałem czarnym cienkopisem. Zostałem przesłuchany przez policję, urząd pracy wstrzymał mi dotację, a ZUS za pośrednictwem komornika zabrał pieniądze przeznaczone na budowę kajaka. Po wnikliwym śledztwie prokuratura Baratarii umorzyła śledztwo ze względu na brak znamion przestępstwa. Zarówno ja jak i sekretarka uważaliśmy to za sprawiedliwe, tylko kajak szlag trafił. Poszedłem do prokuratury z pytaniem, czemu zajmują się takimi sprawami? Odpowiedzieli, że muszą wszczynać postępowanie przy każdym zgłoszeniu.

Indiańskie przysłowie mówi, usiądź na brzegu rzeki, a trup twojego wroga sam do ciebie przypłynie. Chyba dwa lata później znów prowadzono wobec mnie śledztwo, w związku którym dostałem pismo z prokuratury. Pismo to wypisane było niebieskim długopisem, a data została wpisana czarnym cienkopisem. Jako prawy obywatel złożyłem do prokuratury Baratarii zawiadomienie o popełnionym wykroczeniu. Na podstawie art. 305 & 1 kpk, art. 325 a kpk prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia w tej sprawie z powodu niezaistnienia przestępstwa. Na zasadzie art. 325 e & 1 kpk odstąpiono od sporządzenia uzasadnienia. Mimo że decyzję uważałem za słuszną, złożyłem na nią zażalenie, a w uzasadnieniu napisałem: „Aby sprawiedliwości stało się zadość proponuję, by prokuratura Baratarii dobrowolnie poddała się karze grzywny w trybie z art. 335.  Z przeznaczeniem na budowę kajaka. „Bardzo krzyczeli, jak to pismo składałem w prokuraturze. Oczywiście pieniędzy nie dostałem, za to dostałem osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata w sprawie, która powinna skończyć się grzywną. Wtedy zwróciłem się o pomoc do moich znajomych, a oni wystosowali pismo do Sądu Najwyższego Baratarii. „My dziwki, złodzieje i pijacy oświadczamy, że wyrok w sprawie (tu sygnatura sprawy) obraża nasze poczucie sprawiedliwości”. Sąd Najwyższy podzielił opinie moich znajomych i po podkreśleniu na czerwono „My dziwki złodzieje i pijacy” odesłał pismo do mnie. Początkowo myślałem, że to jakiś żart, dziś przyglądając się temu, co się dzieje z organami wymiaru sprawiedliwości Baratarii, uważam, że to była klątwa. Klątwa, którą Sąd Najwyższy Baratarii w imię sprawiedliwości rzucił na pozostałe organa, a niewykluczone, że i na siebie. Narastający chaos pogłębiają jeszcze reformy. Nikt nie wie, co z tym zrobić, obawiam się, że skończy się to całkowitą autodestrukcją wymiaru sprawiedliwości Baratarii.

I pomyśleć, że poszło o głupi kajak.


PS po tygodniu:

Mam wrażenie, że od czasu opublikowania „Klątwy” jej działanie się wzmogło. Mało tego, w związku z angażowaniem się UE w konflikt w wymiarze sprawiedliwości, pojawia się groźba zainfekowania wirusem „Barataria” całej Europy.

Rok temu umarł Edgar Hilsenrath

Jutro rocznica

Ewa Maria Slaska

Bardzo się zdziwiłam, ale Edgar Hilsenrath, którego uważam za jednego z najlepszych pisarzy niemieckich starszego pokolenia, nie ma wpisu w Wikipedii po polsku, choć w Polsce ukazała się jego najsłynniejsza książka, Nazista i fryzjer. Myślę więc, że podobnie jak to było z André Kaminskim, gdy ten wpis się ukaże, umieszczę go też w Wikipedii – bo, przypominam, jeśli czegoś nie ma w tej największej encyklopedii na świecie, to każdy z nas może to dopisać.
Umarł rok temu i myślę, że za mało mu poświęcaliśmy uwagi. Tak nas zajmowały Wielkie Spory Literackie Wielkich Starych Gwiazd Literatury Niemieckiej – Grassa i Walzera, że niewiele zostało miejsca dla innych pisarzy, urodzonych jeszcze przed wojną. Johannes Bobrowski i Wolfgang Koeppen, tak, owszem, ale może głównie z uwagi na nostalgiczną tęsknotę za utraconymi Kresami Wschodnimi (skąd my to znamy?)
Lenz, no tak, Lenz na pewno. Ale potem już od razy byli ci młodsi, ci swobodniejsi, mniej obciążeni ciężarem niemieckiej winy i zobowiązani do tego, by się z nią rozliczyć i uporać.

Nie chcę wartościować. Nie wiem, który z nich był lepszy, który z nich odegrał ważniejszą rolę w zmienianiu niemieckiej wizji świata, ale Hilsenrath miał w tym procesie ogromny udział. Jak wielki, niech świadczy fakt, że książka Nazi i fryzjer ukazała się najpierw po angielsku w USA, a dopiero potem w Niemczech. Bo w Niemczech bardzo bolała. Jak napisał ponieżej w komentarzach Tibor Jagielski, nie dlatego że Hilsenrath był Żydem, tylko z uwagi na problemy, które poruszała. A przede wszystkim to, jak je poruszała.

Poznałam go w roku 1993 przy okazji prezentacji książki, w której znalazły się jego tekst i mój. Starszy, przystojny pan w stylu Brasensa – beret, fajka, czapka z daszkiem i ten niemal niezauważalny uśmiech, serdeczny, ale zdystansowany. Nasza wydawczyni  przedstawiła mu mnie, ale gdy usłyszał, że jestem Polką, poinformował mnie takim tonem, jakby się opędzał od natrętnej muchy, że jeśli chodzi mi o wydanie Nazisty… w Polsce, to on ma już tłumacza, po czym obrócił się do kogoś innego, bo po co mu była jakaś Polka, jeżeli w ogóle, to tylko po to, żeby wydać książkę, a tak, to sio mucho, nie zawracaj głowy.
No i rzeczywiście – w rok później powieść Nazista i fryzjer ukazała się po polsku.
Czytaliście?
Jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie. To naprawdę genialna, przewrotna powieść, wartka, ironiczna, sarkastyczna i kostyczna, zabawna i odrażająca. Ach, jak się tę powieść dobrze czyta! Ach, jaka szkoda, że się spóźniłam i to nie ja ją przetłumaczyłam na polski tylko Ryszard Wojnakowski.
Potem nie widziałam go bardzo długo. Kiedyś nasza wspólna wydawczyni poinformowała nas, że Edgar przeżył wylew i jest ciężko chory. A potem pojawił się znowu, ale nie było już francuskiego bonvivanta z fajką – na scenę dotruchtał do fotela maleńkimi kroczkami maleńki, siwiuteńki, zgarbiony staruszek. Poczułam się strasznie, jakbym to ja była winna tej przemianie. To było niesprawiedliwe… Podniósł się z tego starczego niedołęstwa. Na kilka lat przed śmiercią ożenił się po raz drugi. Wyglądał znowu jak francuski intelektualista z lat 60, tylko starszy.
Rok temu umarł.

Nazi i fryzjer to jego najsłynniejsza powieść. W Polsce ukazała się dwa razy, a potem jeszcze Baśń o myśli ostatniej (2005) – opowieść o pierwszym ludobójstwie XX wieku – tureckiej masakrze Ormian podczas I wojny światowej.


Był niemieckim Żydem. Urodził się 2 kwietnia 1926 roku w Lipsku, zmarł na zapalenie płuc 30 grudnia 2018 roku w Wittlich, w Nadrenii-Palatynacie. Wyrastał w Halle w rodzinie zamożnego kupca. Edgar i jego brat zdołali wraz z matką opuścić Niemcy w listopadzie 1938 roku – jeszcze przed nocą kryształową. Zamieszkali u dziadków w Serecie, jednym z najstarszych miast na Bukowinie rumuńskiej. Ojciec nie zdołał dołączyć do rodziny, ale udało mu się uciec z Niemiec – wojnę przeżył we Francji. W roku 1941 cała rodzina przebywająca w Serecie została przymusowo przesiedlona do getta w Mohylowie Podolskim na granicy z Mołdawią. Getto zostało wiosną 1944 roku wyzwolone przez Armię Czerwoną, a Edgar zamieszkał najpierw w Serecie, a potem w Czernowcach. Dzięki organizacji Ben Gurion otrzymał sfałszowane papiery i wyjechał do Palestyny, gdzie jednak nie powodziło mu się najlepiej. Wkrótce, bo już w roku 1947, wyjechał do Lyonu, bo tam w międzyczasie zamieszkała cała jego rodzina. Na życzenie ojca podjął naukę zawodu kuśnierza. W latach 50 wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie, podobnie jak w Palestynie, imał się różnych przypadkowych zajęć.
Później powie, że za długo mieszkał w Nowym Jorku i to mu nie wyszło na dobre, ale jednak to tu postanowił, że zostanie pisarzem i napisał pierwszą powieść – Noc – o życiu w getcie żydowskim na Ukrainie. Noc ukazała się w roku 1954 w USA, w Niemczech – dopiero 10 lat później i w  mikroskopijnym nakładzie. Jak już pisałam – podobny los spotkał następną powieść Hilsenratha, Nazista i fryzjer. W roku 1975 Hilsenrath powrócił do Niemiec i zamieszkał w Berlinie. Mimo iż powieść w tłumaczeniu na angielski, włoski i francuski sprzedała się w świecie w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy, w Niemczech odrzuciło ją kilkadziesiąt wydawnictw po kolei (dużych i znanych). Wreszcie w sierpniu 1977 wydało ją małe wydawnictwo z Kolonii Literarischer Verlag Helmut Braun w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy, nie przeczuwając, że wkrótce sprzeda ich ćwierć miliona. Żadna z następnych książek Hilsenratha nie przyniosła mu takiej sławy jak Nazista… Zresztą nie napisał ich zbyt wiele.

Został pochowany w Berlinie na cmentarzu Dorotheenstädtischen Friedhof, tam gdzie leżą również Georg Friedrich Hegel, Berthold Brecht i Christa Wolf, a na sąsiednim cmentarzu francuskim – polski rysownik z Gdańska, czynny w Berlinie w XVIII wieku – Daniel Chodowiecki.

Dwa dni temu pojechałam na cmentarz, zapalić świeczkę na grobie Hilsenratha i… zrobiło mi się smutno. Grób jest opuszczony. O tym, że to grób Hilsenratha informuje cmentarna urzędowa tabliczka. To właśnie dlatego nie chcę mieć grobu i proszę, by mnie pochowano anonimowo. Hilsenrath zostawił żonę, zostawił pełnomocnika odpowiedzialnego za rozprowadzanie jego książek, zostawił czytelników. Więc jeżeli ważny pisarz niemiecki, który przecież nie umarł samotnie, leży w rok po śmierci w grobie, który tak wygląda, to lepiej wcale nie mieć grobu. (Uwaga – grób Hilsenratha to ta pusta przestrzeń po prawej stronie, zdobna zwiędłym wrzosem; czerwony znicz stoi na sąsiednim grobie).

R.i.P.

Wbrew temu, czego się nauczyliśmy 50 lat temu o zadaniach dziennikarza – dziennikarz pokazuje świat, nie poprawia go – rano następnego dnia wstałam z poczuciem, że muszę coś zrobić z tym opuszczonym grobem. Może na żydowskim cmentarzu ten grób by nie raził, nie wiem – cmentarze żydowskie są z reguły gęsto zarośnięte bluszczem – ale na berlińskim cmentarzu to opuszczenie jest dojmujące. Wstałam więc, wypiłam kawę, zabrałam kolejną świeczkę i pojechałam. Po drodze kupiłam gałęzie sosny i różową prymulkę.

Hilsenrath był Żydem, nie kładzie się kwiatów na żydowskich grobach, ale kamyk niczego by tu nie załatwił. Nie był jednak Żydem wierzącym, więc może mu wszystko jedno.

Mam nadzieję.

PS. Po kilku dniach, 2 stycznia jeszcze raz poszłam z przyjaciółmi na ten grób, mimo moich gałązek taki biedny i smutny. Nikt inny tu nie przyszedł, ani na Chanukę, ani na święta, ani na rocznicę śmierci, ani na Nowy Rok.

Wiosną pójdę i obsadzę grób rozchodnikiem.

Znalezione na FB: Polański

Jacek Dehnel

Sprawa Polańskiego ze względu na kwestie ugody, osobistych ambicji sędziego i prokuratora, samej ucieczki itd. jest powikłana, ale nie można pisać, że odsiedział już swój wyrok, skoro uciekł przed jego ogłoszeniem. Można pisać, że “swoje odpokutował”, w sensie wielu lat dobrowolnej banicji, ale była to jednak banicja w warunkach luksusowych, to jest międzynarodowej kariery i wygodnego, dostatniego życia na świeczniku. Nie mówiąc o tym, że częścią pokuty jest wyznanie win, o czym dalej.

Dla mnie Polański jest wybitnym artystą, którego ogromnie lubię i cenię za jego osiągnięcia, więc tym bardziej rozumiem, że dla ludzi, którzy oprócz tego znają go osobiście, sprawa gwałtu jest szczególnie przykra. Nie chce się słuchać takich rzeczy o kolegach. Podobnie jak oskarżenia wobec Billa Cosby’ego były przykre dla tych wszystkich, którzy wychowali się na jego programach, a zwłaszcza dla tych, dla których był on symbolem emancypacji czarnych z klasy średniej. Ważne jest też decorum: każdy z nas ma jakieś życie seksualne i, nawet jeśli w przypadku większości z nas nie łączy się ono z żadnym przestępstwem, to wystawianie go na widok publiczny byłoby przykre nie tylko dla nas, ale i dla naszych bliskich (wiąże się to właśnie z poczuciem prywatności, tabu, itd.). Do tego Polański ma za sobą bardzo – po ludzku – ciężką biografię, która może stanowić pewne usprawiedliwienie i okoliczność łagodzącą (acz nie uniewinniającą) dla rozmaitych czynów, w tym przestępstw.

To, co jest problemem, to brak skruchy. Permanentny, oparty na poparciu establiszmentu brak skruchy, właściwy ludziom takim, jak Polański, Weinstein, Bill Cosby, czy kardynałowie i biskupi. Więcej, wyzwanie – to Paetz idący na mszę mimo zakazu, Jankowski pytający „Co, fiuta chcesz pokazać?” i otaczający się ostentacyjnie nadobnymi ministrantami. Cały film o Dreyfusie jest przecież takim wyzwaniem – strojenie się w piórka niewinnie oskarżanego, choć przecież różnica między Dreyfusem a Polańskim jest zasadnicza: Dreyfus nie szpiegował, Polański zgwałcił. Dreyfusa establiszment zwalczał, Polańskiego – chronił. To właśnie ta symboliczna bezczelność sprawiła, że ujawniła się najnowsza z oskarżających go o gwałt kobiet.

Myślę, że jego biografia obfituje w procesy, które innym przydarzają się raz w życiu, jeśli w ogóle – ileś razy był częścią czegoś większego: dzieckiem Holokaustu, imigrantem zza żelaznej kurtyny, wreszcie ofiarą (trafioną rykoszetem tragedii) bandy Mansona. I, bez względu na to, jakie straszliwe rany i blizny zostawiło to w Polańskim, było również po części – obok niekwestionowanego wybitnego talentu – tworzywem jego sukcesu, falą wypychającą go do góry. Tu jest odwrotnie: to on był krzywdzącym, a fala spycha go na dół. Spycha go, bo przyszło #metoo, bo kobiety się wyemancypowały, bo stosunki w kinie z alfa-maczo-ruchaczem na szczycie i wszystkimi poniżej się skończyły (a przynajmniej się kruszą). Spycha go, bo coś się zmieniło w urządzeniu społeczeństwa, biskupi są odwoływani, księża a nawet purpuraci trafiają do więzień, Cosby podobnie, Weinstein stoi przed sądem, inni potracili swoje kariery i miliony w ugodach. Ale właśnie dlatego, że wielu z nas chce widzieć w więzieniu biskupów, winnych chronienia pedofilów i ułatwiania im zdobywania kolejnych ofiar, Polański musi zatonąć z tym okrętem. Godzi się na wywiad – ale jest to wywiad z dwoma facetami, samcami alfa, z Michnikiem i Kurskim, naczelnym i zastępcą naczelnego, kolegami z establiszmentu. Załatwią to w swoim gronie, bez kobiet, będą tylko mówili o kobietach. W wywiadzie zapewnia: „wiele razy za to przepraszałem” (może, ja pamiętam tylko raz), ale głównie przedstawia się jako niewinnie ściganego i oskarżanego bez pokrycia. Po ucieczce ze stanów mówił w wywiadzie Amisowi: „Gdybym, rozumiesz, kogoś zabił, prasa by się tym tak nie interesowała. Ale ruchanie, rozumiesz, i to młodych dziewczyn. Sędziowie chcą ruchać młode dziewczyny. Jurorzy chcą ruchać młode dziewczyny. Wszyscy chcą ruchać młode dziewczyny”. Otóż: nie. Nie wszyscy dorośli chcą ruchać trzynastolatki (czy trzynastolatków). Serio.

Żyjemy w społeczeństwie i poza samym prawem są społeczne obrzędy – w tym obrzęd publicznego przyznania się do winy. Polański odmawia dokonania tego rytuału, stawiając się ponad innymi. Robi z siebie ofiarę, użala się nad sobą, zasłania się dziećmi, żoną, nawet śmiercią Sharon Tate. Ta odmowa ukorzenia to jest hybris i w tej kwestii od czasów antycznej Grecji niewiele się zmieniło: to za hybris, nie nawet za sam gwałt (też przecież z hybris po części wynikający), spotyka go teraz upadek. Jako reżyser powinien wiedzieć, że z sądem może wygrać, ale z eumenidami – nie.

Don Kichot, Skolwin, Stocznia, Warski.

Skolwin

Po raz pierwszy pisała o Skolwinie Ela: TU. Teraz tylko dodaję kolejne zdjęcia i informacje, bo oto pan Don Kichot rozpanoszył się w Domu Kultury Klub Skolwin, zszedł ze ściany i jest już wszędzie, stając się znakiem rozpoznawczym instytucji.

Don Kichot na koniu na czerwonym tle zdobi wszystkie drzwi w Klubie Skolwin i w Domu Seniora, zapisanym tak tą połamaną “czcionką skolwińską”, że ten napis też można odczytać jako Don Senor, a twórcami tego konceptu są ci dwaj panowie – dos don señores  – Adam Komorowski, dyrektor i Marek Maj, poeta. On-ci tak podobnyż jest do prawdziwego Don Kichota, że aż dziw bierze, że żyje tu i teraz, a nie tam i przed 400 laty.
Trzy Don Kichotki sfotografowane pod muralem to dwie blogowe autorki – Krysia i Ela, i ja. Ela jest też autorką zdjęć, które oglądamy w holu Domu Kultury Klub Skolwin, wystawy Wsi spokojna, wsi wesoła…

Stocznia

Byłyśmy w Szczecinie (i w Skolwinie) 13 grudnia czyli w rocznicę. Marek Maj pojechał z nami pod bramę Stoczni Szczecińskiej, w roku 1981 – imienia Adolfa Warskiego. Pamiętnego 13 grudnia też tam był – był wówczas studentem, bardzo zaangażowanym w ruch Solidarności. Powspominaliśmy więc z Markiem nasze wizyty w stoczniach – gdańskiej i szczecińskiej – przed i za murem, przypominając też sobie (i innym), że Stocznia w Szczecinie podpisała niezależne porozumienie z władzami PRL i zrobiła to o dzień wcześniej niż gdańska, bo już 30 sierpnia 1980 roku. Sprawdzając dane w Wikipedi przeczytałam też, że: odbył się tu pierwszy po II wojnie światowej strajk robotniczy (1958). Odbyły się też wielkie strajki w grudniu 1970 roku i w sierpniu 1980 roku. Wikipedia potwierdza więc nasze wspomnienia, pisząc, że strajk w stoczni szczecińskiej zakończył się podpisaniem pierwszego z porozumień sierpniowych, których było w sumie cztery: w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu Zdroju i Hucie Katowice (Dąbrowa Górnicza).

Warski

Przy okazji upewniam się jeszcze, że dobrze pamiętam, iż Warski był bardzo porządnym patronem. I rzeczywiście: Adolf Warski, właściwie Adolf Jerzy Warszawski, ps. Jan z Czerniakowskiej, Michałkowski, Jelski (ur. 20 kwietnia 1868 w Warszawie, zm. 21 sierpnia 1937 w Moskwie) – działacz robotniczy, socjalistyczny i komunistyczny pochodzenia żydowskiego, dziennikarz i publicysta, poseł na Sejm I kadencji w II RP.

Teraz gdy kopiuję jego skrócony życiorys, zastanawiam się, jak to było możliwe, że Sowieci pozwolili uczcić pamięć komunisty, który został ukatrupiony w Moskwie, jak to się w latach 30 nagminnie zdarzało. Czytam więc dalej:

Podczas „wielkiej czystki”, 12 lipca 1937, został aresztowany przez NKWD. 21 sierpnia 1937 Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR skazało go na karę śmierci za przynależność do organizacji szpiegowsko-terrorystycznej POW. Rozstrzelany tego samego dnia i pochowany anonimowo.

Zrehabilitowany został 29 kwietnia 1955 postanowieniem Kolegium Wojskowego SN ZSRR.

W latach 1959–1990 był patronem Stoczni Szczecińskiej.

No tak, a w roku 1990 Stocznia odrzuciła Warskiego jako patrona, bo bardziej się zapewne liczyło na minus to, że był komunistą, niż na plus fakt, że był ofiarą czystek stalinowskich. Przez chwilę pocieszałam się, że Warski przestał być patronem stoczni, gdy została zlikwidowana, ale nie. Stocznia Szczecińska była wprawdzie pierwszą polską stocznią, która odrzuciła gorset struktur peerelowskich (co jej zresztą, jak się potem okazało, wcale nie wyszło na dobre, ale to już inna historia), tym niemniej została przekształcona w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa dopiero we wrześniu 1991 roku, a Warski został wysiudany już w roku 1990. W czerwcu 1992 roku stocznia rozpoczęła sądowe postępowanie układowe z wierzycielami. Układ uprawomocnił się w listopadzie 1992 roku.

Sic transit gloria mundi. Tak, owszem, ale również sic transit memoria mundi. Warski przestał być patronem Stoczni, gdy ta jeszcze istniała. W prasie lokalnej dziwnie cicho na ten temat. W każdym razie do internetu nic się nie przedostało. Był patronem, przestał być patronem. Również dla IPN-u bez znaczenia jest śmierć Warskiego z rąk NKWD, jego nazwisko znajduję na liście “nazw do zmiany” (chodzi o zmianę nazw ulic, ale mimo to – żeby o człowieku pisać per “nazwa”!)

Foto: Ela, Krystyna, Marek

Kropla

Opowieść o kropli dzieje się w upalny letni dzień. Zdjęcia autor zrobił w mokry i szary dzień grudniowy. 

Mieczysław Węglewicz

Wstawał kolejny słoneczny dzień.
Kropla rosy wisiała niepewnie na krawędzi liścia.
Na swojej lśniącej powierzchni odbijała zakrąglony lekko drżący obraz świata. Początkowo wzbierała i pęczniała, gotowa do lotu w dół.
Tymczasem pracowite słońce zaczęło już swoją codzienną wędrówkę i jego ciepło dotarło do kropli, która stawała się mniejsza i mniejsza.
Przed południem wyschła bez śladu.