1269 (4)

Mieczysław Bonisławski

VI.

Zgodnie z tradycją sięgającą jeszcze walk z Kazimierzem, księciem kujawskim w wojnie o kasztelanię lędzką, Bolesław noc po bitwie wieńczącej wyprawę, spędzał pośród swoich wojsk. Niejednemu z Bolesławowego rycerstwa noce takie wydawały się później najważniejszymi w życiu, gdyż książę zwykł wówczas osobiście pasować tych, co znamienitszymi czynami się wsławili, na rycerzy, panów obdarowywać nowymi nadaniami, a na końcu dzielić miedzy wszystkich wojenne łupy.

Trwające przy ogniskach do rana bachanalia zwycięzców, rozładowywały narosłe waśnie, łagodziły ból ran, a często, jako że Bolesław sam rzadko napadał na sąsiadów, i żal po stratach z początku kampanii. Książęce podarki ułatwiały również pohamowanie powstałej u rycerzy i pospólstwa żądzy odwetu na pobitych i bezbronnych brańcach, których pobożny Bolesław, w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, często odstawiał pod strażą do granic ziem przeciwnika.

Tym razem było jednak inaczej…
– Sam książę mówił, co zbrodniarzy głową będziem karać…! – nie wytrzymywał powątpiewającego tonu towarzyszy Gniewomir.
– Tak, ale to o nas chodziło, że barbarzyństwo wobec tego tam… – rycerz Szczerzyk pokazał ręką w stronę dopalających się zgliszcz zamku i splunął przed siebie w ogień – wilczego pomiotu…
Siedzieli w czterech ze swoją służbą wokół ogniska: Gniewomir, który niedawno został zaszczycony przypasaniem rycerskiego miecza, po kądzieli spokrewniony z Nałęczami; Tomisław z Szamotuł i Sędziwój, obaj Nałęczowie w pierwszej linii; i bohater dopiero co zakończonego szturmu, Szczerzyk, wsławiony własnoręcznym pojmaniem Sabela.
– Braciszkowie wybronią Sasów, obaczycie panowie… – judził wychyliwszy puchar z miodem Tomisław. – A to tobie, panie – zwrócił się do Szczerzyka – ten psi syn, Sabel, się należy. Jeno twoje to prawo wolnością go obdarować…

Przy ogniskach strugami lał się miód i piwo. Rozochoceni panowie śpiewali, sulęcińskie dziewki i inne, przybyłe jak to zwykle za wojskiem, bachantki piszczały obściskiwane po ich niewieścich wypukłościach. Znaleźli się nawet przywleczeni siłą z miasta na Gołębią Górę grajkowie. Zachęcani rubasznymi kułakami pijanych ciurów, nie kryli przerażenia, ale spełniali swoje posłannictwo, ku zadowoleniu rozbawionej gawiedzi.
– Nieźli to nawet są rycerze, a i pochwalić się ich godzi, że za margrabią, przeciw naszemu księciu nie obstawali – bronił templariuszy Sędziwój. – Ale co prawda, to prawda – za brańcami nie powinni się wstawiać, nie ich to rzecz.
– Może o swoich ludzi się jeno dopominają? – powątpiewał Szczerzyk.
Tomisław już pijany, zatoczył się wstając i krzyknął:
– A ja wam mówię kamraci, co morderców bronią! Niewinnych niewiast i dziatek międzyrzeckich pomścić nam nie dają!
– Idźże panie Szczerzyku do namiotu księcia – namawiał Gniewomir – Idźże o Sabela się dopomnij. Prawo masz do niego!
– Tak, tak! – rozochocił się właściciel Szamotuł. – Hej ciuro, a wartko miodu nalewaj panu Szczerzykowi… No, napijmy się przed tą wyprawą – przypił do kamrata, tamten jednak miał dalej wątpliwości:
– Jakże mi tak do namiotu księcia? Wam Nałęczom, to co innego, blisko żeście przy Bolesławie…
– A tak! – nie krył ukontentowania Tomisław – Tam przecie i dziś, Szymon Nałęcz, co to kasztel międzyrzecką w dożywocie trzyma, o brańcach z innymi radzi. Idźże, idźże mości Szczerzyku i na nas, Tomisława z Szamotuł i pana Sędziwoja się powołuj. Ty smyku za małoś jeszcze znaczny – machnął pojednawczo ręką w kierunku Gniewomira i wychylił kolejny puchar miodu.
– Co racja, to racja. Furda!, wszystkim należy nam iść – zawyrokował Sędziwój i wstając, ponaglił pozostałych – A ni chwili tu nie mitrężmy…!

Przedłużająca się niepewność co do wyników negocjacji księcia z templariuszami przywiodła pod jedyny w całym obozowisku na Gołębiej Górze namiot nie tylko zawsze skorych do buntów Nałęczów. Mnóstwo rycerstwa otoczyło obszytą baranimi futrami konstrukcję. To że w środku są zakonnicy i chcą zebranych na zewnątrz pozbawić przynależnego im słusznego prawa do zadośćuczynienia sprawiedliwości – tego byli pewni wszyscy; o czym konkretnie rozmawiał książę – tego znakomita większość jednak nawet się nie domyślała.

– Rycerstwo przed wejściem się zbiera. Gniewni srodze – poinformował zebranych wokół stołu kasztelan Szymon wycofawszy się spod wejścia do namiotu.
– Popili się jeno – próbował bagatelizować sprawę brat Egon – do rana wywietrzeje im wszystko z rozgrzanych łbów.
– Daj im tylko bracie jeszcze tyle miodu, by nie zdążyli przed zaśnięciem roznieść was na mieczach po uwolnieniu Sasów… – dobrodusznie doradził wojewoda Przedpełek i zupełnie innym tonem zwrócił się do Bolesława – Sprawa wydaje się poważna książę, nie należy głosu rycerstwa teraz lekceważyć.
– Chyba nie ośmielą się żadnego rokoszu tu podnosić? – zaniepokoił się prepozyt Pakosław.
– Żołnierz to dobry, bitny. Szkoda by jakimś nierozważnym czynem, którykolwiek z nich, honor swój pokalał. I to przez kogo? – przez pobitego już wroga… – Bolesław skinął na dziekana gnieźnieńskiego – Księże Falenty, waszej rozwadze oddaję zaprowadzenie tam spokoju.
– Potrafimy zginąć jak rycerze – rzekł hardo brat Gwidon mierząc wzrokiem wojewodę. – Nie po to jednak tu nas posłano, a i rycerstwo, jako i my, chrześcijańskie nas otacza. Sługi boże mogą się zatem tu chyba czuć bezpiecznie…?

Nastała chwila milczenia. Wojewoda zagryzł wargi, rękę oparł na pochwie miecza, nie chciał jednak jakąś gwałtowną reakcją powodować niesnasek, jako że książę z zainteresowaniem odniósł się, jak na razie, do posłów.
Bolesław spojrzał spode łba na de Molaya, uważając, że to on powinien pohamować swych ludzi. Burgundczyk, który chciał coś w pierwszej chwili powiedzieć, zamilkł jednak również, z jego twarzy zniknęła maska sympatii, ustępując miejsca determinacji.
Na szczęście poły namiotu rozchyliły się i do środka wszedł rycerz Nasław z Rudy.
– Jestem panie – rzekł i nie strzepując nawet z kaptura śniegu począł meldować – Jak żescie kazali panie, udałem się do miasta. Przy pogorzelisku karczmy nie było nikogo i dopiero z pomocą miejskich drabów odnalazłem Żyda Szymona na południowym przedmieściu – oto i on!

Przed siedzących wyszedł zza Nasława przygarbiony człowieczek. Był to mężczyzna około sześćdziesięcioletni, ubrany w długi i gruby płaszcz skracający jeszcze bardziej jego sylwetkę. Po bokach twarzy zwisały mu siwe pejsy, wydłużoną czaszkę przykrywała płytka mycka. W nikłym świetle pochodni, rysowała się czarną, skupioną w sobie plamą na tle jasnych skór poszycia namiotu.
– Podejdźże tutaj człowieku i opowiadaj, co wiesz! – przynaglił go wojewoda Przedpełek.
– Wybaczcie wielcy panowie mizernemu Żydowi to, co przez jego nic nie warte usta, przeszło w nic nie znaczącym gniewie. Co ja mówię, gniewie? Czy ja powiedziałem: nic nie znaczącym? To ja powiedziałem mało – to nie był gniew, moje usta się w ogóle nie rozwarły. Ot – psyt! – i nikt nic nie słyszał, i wielcy panowie już nie muszą się o nic gniewać na najmarniejszego z marnych Żyda. A najlepiej, jeśli oni zapomną że taki Szymon, karczmarz z miasta Sulęcina istnieje, ba, że w ogóle, kiedykolwiek istniał…!
– O czym on gada, co? – książę nie przerywając potoku słów Szymona spojrzał zaskoczony na wojewodę. Karczmarz w lot skomentował tę uwagę:
– To panów nie interesuje? No tak, bo i kogóż miałoby interesować, że jakiś tam karczmarz kupił za wszystkie swoje pieniądze, i swojej rodziny pieniądze, lichą gospodę i dom, i że to wszystko szybko szlag trafił! Wielka polityka, choć robiona dla ludzi, jest wysoko ponad małym człowiekiem. Cyt! – a może niech już lepiej, książę to czy margrabia, nie zauważa robaka Żyda, gdy pali ten swój świat? Ale i niech nie słyszy, gdy już spali temu Żydowi dom i zabije całą jego rodzinę, jak ten robak na niego klnie. Niech ten Żyd chodzi dalej po tej ziemi, skoro Bóg tak go doświadczył, czyli miał ku temu powód; niech cierpi żyjąc, bo to jest większe cierpienie, niżby miał zginąć z ręki kata za obrazę majestatu…
– Zamilcz Żydzie! – ryknął Przedpełek i nie dając staremu ochłonąć, rozkazywał dalej – Gadaj co wiesz o rycerzu Sunnenwaldzie. Popił on ponoć ostro w twej karczmie przed księcia i naszym nadejściem – gdzież on teraz?!
– Posłuchaj Szymonie – niespodziewanie odezwał się łagodnie Bolesław – rozumiem, żeś wszystko dziś stracił? Rodziny, którą Bóg powołał do siebie, ci nie zwrócę, ale gdy to, co powiesz, będzie dla nas przydatne, sowicie cię wynagrodzę. Postawisz sobie nową karczmę i kamienicę w rynku, co…?
– Rycerz Sunnenwald? – zastanowił się karczmarz, skubnął nerwowo pejsa i powtórzył – Panowie mówią rycerz Sunnenwald…? – głos jego nagle zmiękł, Żyd zachwiał się – Niech będzie przeklęty dzień, w którym ja usłyszałem o mieście Sulęcin, jeśli to wtedy ktoś tam na górze postanowił, iż na koniec spotkam tego właśnie rycerza…
Prepozyt Piotr zwinnie doskoczył do słaniającego się Szymona i podtrzymał go, ratując przed upadkiem. Pociągnął go do stołu i usadowił na wolnym miejscu.
– Niby to Żyd, ale posiada widać jakieś chrześcijańskie uczcucia – zwierzył się szeptem Pakosławowi międzyrzeckiemu.
Szymon gestem podziękował za ten ludzki gest i okazaną ze strony majestatu łaskę i nieco uspokojony jął opowiadać:
– Moi przodkowie stanowią stateczny i zacny żydowski ród konstantynopolski. Rabbi Abram przybył tam jeszcze przed 650 rokiem. Ja wywodzę się z gałęzi od zawsze zajmującej się kupiectwem. Na moje nieszczęście nie poszedłem śladem mych braci i chciałem handlować z Arabami. Zostałem oszukany i oskarżony o przemyt broni musiałem uciekać z miasta. Miałem na szczęście przyjaciela, kupca, zacnego al-Sahina, Araba, na stałe osiadłego w strefie chrześcijańskiej. Często podróżował on po całej Europie i miał zaufanie zarówno krzyżowców jak i swoich. On to pomógł mi opuścić Konstantynopol, zmylić mych prześladowców i zamieszkać w wybranym przez niego miejscu, w Montcroix we Francji.

Usłyszawszy w ustach Szymona nazwę templariuszowskiego zamku, de Molay zaczął zwracać większą uwagę na jego słowa.

– Był rok 1233, gdy zacny al-Sahin przekazał mi przez zaprzyjaźnionego brata Huberta z zamku Die, pewną wiadomość. Śląski książę, zaprzyjaźniony z mym przyjacielem, zakładał nowe miasto i ściągał do niego kupców. To mógł być dobry interes!
Gdy przybyłem na miejsce, ktoś mi podszepnął, bym kupił karczmę, ale miejscowy karczmarz nie zamierzał jej sprzedawać. Niestety Bóg sprawił, że przygniotło go drzewo w lesie. Zapłaciłem więc wdowie korzystną cenę i zacząłem robić interesy. Że też ja wtedy nie pomyślałem, że z tym drzewem, to był niedobry znak…!

Bernard de Molay podekscytowany nie mógł spokojnie usiedzieć. Myślał tylko o tym, jak wyciągnąć z namiotu karczmarza, aby porozumieć się z nim na osobności. Na razie jednak musiał uważać, by nie zdradzić przed Polakami zainteresowaniem Żydem. Pochylił się więc nad ławą i bawiąc się złotym medalionem, który miał zawieszony na piersiach, udawał w ogóle nie zainteresowanego długim i nie na temat opowiadaniem starego.
Żyd tymczasem szybko przeskoczył najbardziej ciekawy dla Burgundczyka okres:

– Wreszcie Bóg pozwolił mi i mojej rodzinie zaznać trochę spokoju. Nowe miasto rozwijało się, przybywało ludzi, to i interes szedł coraz lepiej. Gdy 20 kwietnia 1249 roku arcybiskup Magdeburga sam sobie spłacił Ziemią Lubuską dług księcia śląskiego, miasto było już własnością zakonu. Mógł sobie Bolesław Srogi bić się z kim chciał, mogli książęta poznańscy walczyć z margrabiami – po Sulęcin nikt prócz Pana nie miał prawa ręki wyciągnąć, a On nie był do tego skory, zresztą czemu miałby to robić? Przecież nie po to, by psuć interes jakiemuś tam Żydowi, oskarżonemu o przemyt broni?!

Do namiotu wrócił wzburzony dziekan Falenty. Spojrzał pytająco na księcia, gdyż nie chciał przerywać mówiącemu, lecz książę dał mu znak, by powiedział co ma do powiedzenia.
– Rycerstwo srodze niekontente, mości książę…
Bolesław zniecierpliwił się:
– Nie po to cię posyłałem księże dziekanie…! Zawodzisz mnie w takiej chwili? Któż zatem sobie poradzi, gdy ty nie możesz, co? – zwrócił się do otaczających mężczyzn.
Falenty szybko sprostował:
– Twoi ludzie wierzą ci panie, każdą twą decyzję uznają za słuszną, jeno…
– Jeno co? – mruknął niezadowolony Piastowicz.
– Chcą byś panie przy nich, publicznie sądził dzisiejszej nocy dowódcę zamku.
– I morderców z Międzyrzecza zapewne, co? – wtrącił twardo wojewoda poznański.
– To zrozumiałe – odparł swobodnie dziekan.
– A z tym, to będzie gorzej – ciągnął ze smutkiem Bolesław – Ale Sabela osądzimy. Niechaj rycerstwo widzi, że nie mamy w tym względzie tajemnic – nie zrażało go rozczarowanie malujące się na twarzach templariuszy, wręcz pod ich adresem dalej wyjaśniał – A prawo osądu przy tym, kto wroga pojmał – Sabelowy zamek rycerstwo zdobyło, niechaj cieszy się swą przewagą… Nasław! Wypoczętyś już, idźże przyprowadź tu nam Sabela. Bacz jeno, by cały tu przybył… Co jeszcze? – dorzucił w stronę wyczekującego dziekana.
– Delegacja Rady, chcę podziękować za ocalenie miasta.
– Później! – machnął ręką Bolesław – A ty – zwrócił się do Szymona – mów o co cię pytają, czasu szkoda.

– Był Sunnenwald w karczmie przed zajęciem przez nasze wojska miasta, czy tez nie był? – przejął przesłuchanie w swoje ręce wojewoda Przedpełek.
– Czemu miał nie być? Wino u mnie dobre i pod dostatkiem go, a rycerz Sunnenwald miał po wizycie w Międzyrzeczu o czym zapominać…
– Mówił on co?
– A o czym on by rozmawiał z Żydem? Gdy zaś już był mocno pijany, pewnie te niewinne dusze mu się zwidywały, bo niczym szaleniec po karczmie się miotał.
– Ale wnuczki waszej to nie przeraziło, co? – bezlitośnie dręczył karczmarza Przedpełek. O, Panie, wybacz małej Racheli, to za mój grzech, sprowadziła ona na siebie i na całą rodzinę zgubę…
– Gadasz wreszcie do rzeczy, czy mam kazać cię wychłostać?! – wrzasnął poirytowany Przedpełek.
– O, wielcy panowie, nie potępiajcie zbyt srogo młodej dziewczyny, skoro i ja już jej wybaczyłem…
– Mów prędzej – ponaglił Bolesław.
– Rycerz Sunnenwald niedawno duże łupy przywiózł ze sobą, jako że wrócił po wielu zwycięskich bitwach wreszcie do domu. Ma on tu swa posiadłość, Lubniewicami ją zwą.
Ostatnio jednak coraz częściej ogarniał go dziwny obłęd, a ukojenie znajdował jeno u mnie, w karczmie. Ach, i czemuż ty nieszczęsny Żydzie od razu nie odgadł, że to nie o wino chodziło, ale o Rachelę…?
Młody arabski kupiec, jadący z Poznania do Niemiec, jednego razu opowiedział w mojej karczmie o pięknym amulecie, należącym do sławnego rabina, a który, po uprzednim zabiciu tegoż rabina, brat pani chorążyny międzyrzeckiej, przywiózł jej w prezencie z wyprawy krzyżowej.
Głupia Rachela, pomyślała, że mogłaby mieć ten żydowski skarb. I już nie podobał jej się żaden podarek rycerza Sunnenwalda, ani z Pomorza, ani z Prus, ani znikąd. Wielkie łupy stały się niczym w niewieścim sercu.
Myślał rycerz jak zdobyć amulet, ale on był po drugiej stronie granicy. I na moje nieszczęście, margrabia Otto zaczął zamek w Sulęcinie budować. Dlaczego tutaj?, na zakonnej ziemi? Wiadomo, że jak zamek, to i wojna, rycerz Sunnenwald już wiedział, jak zdobędzie wyśniony przez kochankę amulet…
Niemądra Rachela, gdybyż dobry Pan ją na czas oświecił. Ale to nie na rozum niewiasty, i ona czekała na powrót rycerza z Międzyrzecza z kolejnym podarkiem. Któraż jednak kobieta odda dobrowolnie jaki świecący przedmiot? Ręka, która zerwała pani chorążynie z szyi amulet, zerwała go już z szyi trupa…
A potem rycerz przyszedł i powiedział, że nadciąga Bolesław, że zamek mało obronny, i że Polacy zabijają miejscowych Żydów. Dlaczego Żydów? – ja się pytam – A może tylko morderców? Ale Rachela popatrzyła na swój skarb i po raz pierwszy w swym życiu coś zrozumiała. Ona dobrze wszystko zrozumiała. Ona zrozumiała aż za dobrze. Załadował Sunnenwald na wóz swe łupy, a wśród nich Rachelę i moją rodzinę, i sobie odjechał.
Czyż oni myśleli, że ujdą swemu przeznaczeniu? Czyż sądzili w swej głupocie, w swej bezgranicznej głupiej głupocie, że tam, dokąd jadą, czekają na biednych Żydów z otwartymi rękami?
A dziś wrócili do swych domów ludzie, którzy też uciekali nad Odrę. I oni widzieli trupa Racheli i trupy pozostałych moich dzieci i wnucząt, i rozbity wóz z łupami rycerza Sunnenwalda. Te łupy dzielili między siebie lędzcy kmiecie z kmieciami szamotulskimi…
– A sam Sunnenwald, co z nim? – wyrwał się kasztelan międzyrzecki.
Karczmarz opanowując z trudem szloch pokręcił przecząco głową.
– Ale gdzie to chociaż było?
– Niedaleko Górzycy Pan raczył powołać do siebie moje dzieci i wnuki, całą moją nadzieję. Bo i dla kogóż ja mam teraz pracować?, kogo oglądać w marzeniach, jak przejmuje mój interes?
Bolesław gestem nakazał wyprowadzić starego. Pochylił przy tym głowę ku kasztelanowi Jankowi i szeptem polecił:
– A wypłaćże mu tam jak obiecałem…

Podniósł się i de Molay, zmierzając ku wyjściu.
– Hej bracie – powstrzymał go Bolesław – Wychodzisz? A tu już chyba nam sprowadzono Sabela? Jakże to, nie ciekawyś?
Burgundczyk zatrzymał się niezadowolony. Nie siadał jednak, tylko poważnym głosem, stojąc, poprosił księcia:
– Panie, noc już, a myśmy nic jeszcze nie uradzili. Nie potrzeba nam Sabela, byś mógł ocenić naszą propozycję. Raczysz nas zatem teraz wysłuchać?
Książę skinął twierdząco.
– Dobrze – i gestem odsyłając wartownika dodał – Sabel może zaczekać.

W międzyczasie de Molay nachylił się do ucha brata Egona.
– Idź i znajdź mi karczmarza. Pilnuj go aż będę mógł przyjść – prawie bezgłośnie wyszeptał.
Egon wstał i przepuszczony przez Bernarda opuścił namiot. Burgundczyk dopiero teraz usiadł. Nie kazał długo czekać zebranym.

– Sprowadziła mnie tutaj misja niezwykłej wagi dla chrześcijaństwa i Europy. Długo nasz wielki mistrz szukał tego, do którego mógłby się w tej sprawie zwrócić, aż wybór padł na ciebie mości książę. To co powiem musi zostać jednak w tajemnicy a i nikt, kto nie musi, niechaj nie słucha, wszak każdego z nas Bóg obdarzył jakąś ludzką słabością, nie wspomagajmy więc czyhających pokus…
Towarzyszący księciu Polacy wstali. Bolesław ruchem ręki zatrzymał ich.
– Panie wojewodo poznański i panie kasztelanie kaliski, ostańcie, proszę, z nami. A i wy, księże dziekanie… też…
Reszta, pokłoniwszy się księciu i de Molayowi, wyszła. Piastowicz odczekał chwilę i zachęcił zakonnika:
– No mów panie de Molay.
– Zwracam się do ciebie panie, jako do syna księcia Władysława Odonica, wielkiego dobroczyńcy kościoła na terenie Wielkopolski. Wszyscy również wysoko sobie cenimy, to że wraz ze swym bratem Przemysławem, nie bacząc na zły przykład płynący z innych dzielnic, a i na niechęć własnego rycerstwa, potwierdziłeś wszystkie nadane ku chwale Pańskiej przez ojca twego przywileje, nawet nowe dodając. Mniemam zatem, że to co powiem nie winno być ci niemiłe.
Wiedz panie, że zdradzam ci teraz najskrytsze tajemnice zakonu i to niech będzie oznaką, jakim wielkim darzymy cię szacunkiem, ale zarazem, proszę cię książę, abyś nie zapominał o cnocie dochowania powierzonej tajemnicy.
Jak wiecie panowie po utracie Jerozolimy lud chrześcijański z bólem musiał oddać Saracenom prawie całą ziemię świętą, a zakony rycerskie, pozostając na tak okrojonym obszarze, utraciły możliwość pełnienia swej służby całą siłą. Wielki to sprowadziło smutek na naszego mistrza, ale jeszcze raz okazało się, że dobry Bóg nie opuszcza swych sług. Dotarły do nas wieści o ludzie pogańskim, strasznie dręczącym wyznawców prawdziwej wiary. Książę mazowiecki Konrad, korzysta już z pomocy rycerzy-zakonników, ale i my chcielibyśmy przyczynić się do nawrócenia cierpiących w bałwochwalstwie Prusów. Gotowi jesteśmy w każdej chwili porzucić nasze zamki we Francji i przybyć w te dzikie bory i trzęsawiska, skoro tylko Pan tego od nas zażąda.
Chcemy tu przybyć jednak nie symbolicznie tak, jak nasi poprzednicy, ale pełną siłą, aby czym prędzej ład zaprowadzić i ludowi przez szatana mamionemu dopomóc. Nie pójdzie to jednak tak prędko jak byśmy chcieli, poganie wspomagani siłą nieczystą już blisko dziesięć lat niszczą zamki zakonu Najświętszej Marii Panny… Prawie całą Pomezanię, Sambię i Dolne Prusy na powrót Bogu odebrali… Dlatego wielki mistrz powziął zamiar przeniesienia naszej stolicy bliżej terenu nowej misji.
Posłuchaj teraz uważnie książę, abyś mnie dobrze zrozumiał. Jak sam panie wiesz, od wielu już lat ziemia na której teraz jesteśmy, Ziemia Lubuska, pije przelewaną zgoła niepotrzebnie chrześcijańską krew. Jest przyczyna poczynań, które wręcz nie przystoją chrześcijańskim władcom! Ciągłe wojny czynią z tej krainy teren wymarły, co raz niszczony, nie dający nikomu korzyści. I to w czasie, gdy tuż tuż wznosi zbrojną dłoń szatan grożący zalewem pogaństwa! Czyż nie godzi się posłać tych wojsk raczej na Prusów?!
Stąd też płynie nasz projekt. Jako że zakon ma tu już sporo nadań, chcemy prosić o oddanie nam całej Ziemi Lubuskiej, abyśmy mogli tu założyć nową stolicę i zaprowadzić pokój w tej nieszczęsnej krainie. Nie uszczupli to niczyich dochodów, gdyż teraz ani książęta wielkopolscy, ani śląscy, ani panowie marchijscy nie mogą korzystać w pełni z bogactw tego rejonu, a tak zyska na tym chwała Pańska, a czyn taki, w imię Boga przedsięwzięty może, jak Opatrzność pozwoli, i zgodę między zwaśnione strony przyniesie?
– Rozmawiałeś już o tym z margrabią? – spytał Przedpełek.
– Margrabia nie będzie przeciwny, gdy książę polski się zgodzi, też pragnie pokoju na swym pograniczu… – na twarzach Wielkopolan pojawił się pobłażliwy uśmieszek – A my chcemy ponadto pomóc przywrócić rozdartym dzielnicom koronę, jako, że tylko silne państwo polskie stworzy skuteczną zaporę przed napływem pogan. Wszakże tu nie tylko o Prusów, ale i o Mongołów, przeciw którym nasi rycerze, jako jedyni, wsparli nieszczęsnego księcia polskiego pod Legnicą, chodzi…
Mądry i sprawiedliwy książę kaliski tę koronę może i, co jako rycerze i słudzy Boży, chętnie przed papieżem poświadczymy, winien, otrzymać.

Pakosław i Piotr ze Skórzewa wraz z kasztelanem Szymonem po wyjściu z książęcego namiotu postanowili porozmawiać z Sabelem. Inni rozsiedli się blisko namiotu, czekając na wezwanie księcia, a Nasław miał w razie potrzeby powiadomić o tym od razu trójkę przebywającą w więzieniu z Sabelem.
Odsyłając żądne świeżych informacji rycerstwo do tych, co pozostawali, obaj prepozyci i kasztelan zniknęli w mroku. Więzienie było blisko, niemal na środku obozu. Była to taka sama jama, jak wszystkie pozostałe, pilnowana jednak przez kilku wartowników. Kilkunastu uratowanych z pożaru jeńców dowódca straży kazał nawet na noc rozwiązać, by leżąc czy siedząc bez ruchu, nie zamarzli. Wśród nich był też i Sabel.
Szymon zameldował przełożonemu warty przybycie dostojników i poprosił o sprowadzenie do sąsiedniej kwatery, okupowanej przez odpoczywająca zmianę strażników, saskiego dowódcy. Prośba została spełniona.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.