Captions, please

Ewa Maria Slaska

Oglądaliście na Netflixie Anne with E? Jeśli tak, to chciałam zapytać, czy rozpoznaliście, co w pierwszym odcinku (39 minuta) Ania opowiada Maryli o swoim pochodzeniu?

… lebte vor nicht allzulange Zeit ein Gentelman, einer mit einer Lanze und einem alten Schutzschild auf einem Regal. Er hält sich einen dünnen Gaul und einen Windhund. / W pewnym kraju daleko, daleko stąd, którego nazwy nie chce mi się nawet pamiętać, żył nie tak znowu dawno temu pewien szlachcic, z tych, co to posiadają lancę i tarczę w szafie, a trzymają chudą szkapę i takiegoż ogara.

No tak, może nie rozpoznajecie, bo to przekład z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na niemiecki, z niemieckiego (w moim wykonaniu) na polski, a na każdym etapie coś się przecież gubi – lost in translation, wiemy… przypomnę nam więc:

W pewnej miejscowości (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta.

Tak to jest w tłumaczeniu Anny i Ludwika Czernych, na stronie 35. W następnym zdaniu pojawi się jeszcze garnek bigosu czyli dawnej potrawy z resztek, zwanej po hiszpańsku olla porida, tego jednak Maryla już od Ani nie usłyszała, bo oburzona kazała jej przerwać.

W tłumaczeniu Woroszylskiego to zdanie nie pojawi się wcale, w przekładzie Charchalisa brzmi zaś tak:

W pewnej wiosce (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.

Olla porida zostanie u Charchalisa zastąpiona gotowanym mięsem…

Jest to jedno z najsłynniejszych zdań na świecie.

Nie wiem, czy Maryla je rozpoznaje, czy tylko wie, że Ania znowu coś wymyśla. Znają się wprawdzie dopiero od poprzedniego wieczoru, ale dziewczynka dała się już poznać jako egzaltowana gaduła. Nieważne jednak, czy filmowa Maryla wie, że panna cytuje Cervantesa, ważne, że autorka scenariusza uznała, iż  spokojnie może użyć tego cytatu. Tym, co wiedzą, ten szczegół pozwoli się uśmiechnąć porozumiewawczo do innych, którzy też to zdanie rozpoznali, tym zaś, którzy go nie znali lub nie chciało im się pamiętać, nie utrudni ono odbioru. I tak każdy widz wie już (a być może od dawien dawna), że rudowłosy podlotek opowiada, co mu tylko ślina na język przyniesie.

To jest właśnie taka sytuacja, o jakiej pisałam niedawno we wpisie o Przyłbicy Mambrina. Tylko tam jeszcze zakładałam pewną wspólnotę wiedzy autora, tłumacza, wydawcy i czytelnika, tu zaś przeciwnie – sądzę, że mało kto rozpozna tę kwestię zwłaszcza zniekształconą wielokrotnym tłumaczeniem, zakładam wręcz, że należy ona do gatunku zabaw, jakie filmowcy chętnie serwują widzom – nie oglądając się na to, czy widz rozpoznaje to, co dostał, czy nie – zabawa w cytaty bez podania źródła. Wiesz, człowieku, twój zysk, nie wiesz, twoja strata, ale skoro nie wiesz, że nie wiesz, to nie wiesz też, że coś straciłeś. W zabawie w cytaty filmowe mistrzem jest oczywiście Tarantino, ale takie zabawy znają i muzycy, i pisarze, i dziennikarze. Cytat bez podania tzw. caption, czyli źródła, uważany jest za jedną z cech postmodernizmu, ale reguły znane były wcale nie od dziś, czego dowodem jest chociażby przyłbica Mambrina w Scenach z życia cyganerii. Najsłynniejszym polskim fragmentem literackim tego rodzaju jest scena, gdy Winicjusz widzi po raz pierwszy Ligię i mówi do niej słowami, które Odyseusz skierował do Nauzykaai. Wzrusza go, że dziewczyna mu odpowiada słowami feackiej księżniczki. Winicjusz, Petroniusz, któremu Winicjusz to opowiada, Ligia i jej wychowawcy, ale też Sienkiewicz i jego czytelnicy – wszyscy wiedzą, że chodzi o cytat z księgi VI Odysei, której autorem był Homer. Wszyscy wiedzą to tak dalece, że obciachem by było mówienie o tym. Tak jak obciachem by było powiedzenie teraz, że Ligia i Winicjusz to bohaterowie Quo vadis, a autorem Quo vadis jest Henryk Sienkiewicz. Wszystko zależy zresztą od tego, jak znane jest w danym momencie cytowane dzieło. Bo to się oczywiście zmienia. Za moich młodych lat cytowało się w rozmowie nie tylko często gęsto Balladynę, Pana Tadeusza, Trylogię i Chłopów, ale też na przykład Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa, i nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem takich zdań jak szła pąć czy Puchała, stary chrzan. Teraz by to już było niemożliwe.

U nas “w cytaty” bawiła się cała rodzina i to przez kilka pokoleń, dopiero teraz ta rodzinna zabawa przestała bawić. Dodam zresztą dla porządku, że mojej siostry na bawiła nigdy :-), co szkoda, bo nie mam się z kim bawić.

To fantastyczne zdjęcie zostało zatytułowane: Captions, please.

Do niedawna uważało się, że na tym właśnie polega różnica między naukowcem, a wolnym duchem artystycznym – naukowiec musiał podawać źródła, na których się opierał, duch zaś mógł sobie swobodnie polatywać nad wodami, pisać, co chce, cytować, co chce i jak chce, i nic mu nie można było zrobić, oczywiście pod warunkiem, że każdy wiedział, iż to jednak są cytaty, nawet jeśli nie odróżniały się cudzysłowem lub kursywą, i że autor nie udawał, iż to tekst własny. No bo wtedy to był plagiat, a to już całkiem inna historia.

Ostatnio jednak zmienił się stosunek i do cytatu, i do plagiatu. Walter Kempowski kilkanaście lat temu atakowany o kradzież tekstów, gęsto się musiał tłumaczyć, różnym naukowcom odebrano tytuły naukowe, bo apka do wykrywania plagiatów udowodniła, że kradli czyjeś i nie przyznawali się, że kradli. Bo w nauce jest tak, że jak napiszesz, że to cytat, to korzystasz ze źródeł, a jak nie napiszesz – toś złodziej. Naukowiec musi korzystać z czyichś tekstów, bez obcych tekstów nie ma nauki. Prawdziwa praca naukowa, jak twierdzono za moich młodych lat, to 95% cytatów i 5% myśli własnej.

Tymczasem, gdy dziesięć lat temu zarzucono Helene Hegemann, autorce “skandalicznej” książki Axolotl Roadkill, że pełnymi garściami korzystała z cudzych wpisów na Facebooku, młoda kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że żyjemy w epoce copy & paste i nie warto tym sobie głowy zawracać. To zresztą jest zjawisko w kulturze bardzo dobrze znane. Cyrulik sewilski i Wesele Figara to tylko dwa przykłady z niezliczonych, świadczących o tym, że przez stulecia prawo do opowieści należało do tego, kto opowiadał i nikt nie zaprzątał sobie głowy problemami autorstwa. Można być może powiedzieć (ale nie wiem, nie znam się na tym), że nauka była pierwszą przestrzenią ludzkiej działalności, gdzie autorstwo okazało się ważne, a autor miał prawo domagać się, by o nim “na zawsze” pamiętano, bo czymże jest owa słynna caption, jak nie obowiązkiem pamiętania. Cervantes mógł sobie pisać, że nie ma ochoty pamiętać, jak nazywa się owa wioska w Manchy, z której wywodził się Don Kichot. Naukowiec tak nie może, a nauka jest być może ostatnim bastionem, gdzie trzeba się tego obowiązku trzymać.

Ale może już nie. Nieżyjący już niestety autor świetnych, publikowanych tu niekiedy, ironicznych wierszyków, a kuzyn mój, Jan Kozłowski, doktor nauk historycznych, napisał był kiedyś esej o drogach i bezdrożach, którymi podążają naukowcy i błędni rycerze nauki, i użył w tych rozważaniach przepięknego zdania, że (niestety) nauka “przykuła się jak Prometeusz” do skały udowodnionego faktu/ zacytowanego źródła i że mogło się to było rozwinąć inaczej.

Zasadniczo opowiadam sią za postmodernistyczną swobodą w traktowaniu cytatu – znalazłam ostatnio na FB taki tekst, który zaczynał się mądrym zdaniem, a autor napisał w nawiasie: (chyba Konwicki). Jednak tu i teraz, dla przyjemności cytowania z podaniem źródła, zacytuję dwa przykłady tego, jak radzi sobie z brakującym źródłem cytatów duch piękny i wolny:

Mitte des 17. Jahrhunderts soll im englischen Parlament ernsthaft diskutiert worden sein, die Archive des Tower of London zu verbrennen, “um jedes Gedächtnis an die Vergangenheit auszulöschen und die Lebensführung ganz von Neuem zu beginnen”, wie Jorge Louis Borges eine Stelle bei Samuel Johnson zitiert, die es mir nicht wiederzufinden gelingt.

W połowie XVII wieku miała się podobno odbyć w parlamencie angielskim całkiem serio potraktowana debata, czy by nie należało spalić wszystkich archiwów z Tower of London, “aby usunąć wszelką pamięć o przeszłości i zacząć życie całkowicie od nowa”, tak przynajmniej twierdzi Jorge Louis Borges, cytując Samuela Johnsona, czego jednak nigdy nie udało mi się odnaleźć (tłum. EMS).

Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, Suhrkamp, wyd. I. Berlin 2018, s. 18-19.

La jeunesse, c’est béte; ce n‘est fait que pour être regrettè, powiedział nie pamiętam kto, nie pamiętam gdzie i nie pamiętam czy dokładnie tak samo. (Młodość jest głupia, nic tylko jej pożałować – tłum. Google Translator)

Tadeusz Boy-Żeleński, Przedmowa w: Henryk Murger, Sceny z życia cyganerii, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948, s. 10

🙂

Spiskowe wizje świata

Ewa Maria Slaska

Wszyscy ich znamy, wyznawców teorii spiskowych, których zawsze i wszędzie jest pełno, ale właściwie zazwyczaj obracają się w kręgach odległych od naszego świata i o tym, w co oni tak naprawdę wierzą, dowiadujemy się z plotek, mediów społecznościowych lub z prasy. Tylko znienacka zaskoczy nas coś nowego, na przykład teoria o wyziewach samlotowych, które mają nas zatruwać, a robią to bogaci. Ależ oczywiście, odpowiadamy, wyziewy kerozyny są trujące, a latają jednak przede wszystkim bogaci, to bogaci więc nas zatruwają. Ale pełen politowania wzrok rozmówcy od razu poinformuje cię, że twój poziom myślenia odpowiada rozwojowi intelektualnemu hydry vulgaris. Bo bogaci, tu się chętnie wymienia jednym tchem Trumpa i Madonnę, dodają do zwykłej kerozyny jakieś coś nie wiadomo co, od czego pomrzemy.
– A oni?, pytam.
Okazuje się, że “oni” nie, bo “oni” mają podziemne miasta i będą tam żyli długo i szczęśliwie, podczas, gdy my na powierzchni zginiemy w męczarniach, co oczywiście niestety nie jest wykluczone.
Coś mi gdzieś migocze, coś pamiętam, jakiś absurd i nagle wiem – Borat i Minionki! No dobrze, każdy widział, zresztą Borat i Minionki są tylko jakąś komiczną wersją klasycznych thrillerów S-F, gdzie zawsze jest jakiś “bogaty”, który chce zawładnąć światem.
I w to ktoś wierzy na serio? Wstaję rano, myję zęby, i wierzę w jakiegoś starca z gór? Idę do sklepu, kupuję jarzyny, siekam włoszczyznę na rosół i wierzę w złą Gru? No, come on, baby.

Ilość spiskolubców wzrasta w chwilach szczególnych, na przykład po 11 września 2001 roku, albo teraz, w czasach pandemii. Spiskolubcy mnożą się tak licznie, że pojawili się nawet w kręgu najbliższych znajomych. Opowiadają wszyscy to samo. Pandemii nie ma, na coronę nikt nie umarł, to zwykła grypa, nosisz maskę, czyli się boisz, haha, ja się nie boję, bo to wszystko wymysł bogatych, którzy zarazili cały świat, żebyśmy pomarli, i będą nas wszystkich szczepić, wszczepią nam chipy i będą nas śledzić przy pomocy G5, a sami zamieszkają w podziemnych miastach (znowu!), gdzie będą się zaprawiali narkotykiem, który produkują z adrenaliny wydzielanej przez mózgi torturowanych dzieci… Z tymi dziećmi to już w ogóle tragedia, porywają je na seks, na adrenalinę, na organy (Rockefeller w chwili śmierci miał siedem serc! – Jak to siedem serc? pytam – No, po kolei, siedem przeszczepów. -Aha.) Oczywiście poszczególne części tej teorii przeczą sobie nawzajem, bo albo pandemii nie ma, albo wszyscy wymrzemy, albo jednak nie pomrzemy i będą nas szczepić, albo nie ma wirusa albo to maszty G5 go rozsiewają… Przedtem nie znałam nikogo, kto wierzył w takie bzdury, teraz nagle jest ich wokół mnie co najmniej czworo. Dorośli ludzie, wykształceni. Ale jak już myślę, że to rodzaj pandemicznej paranoi, bo to przecież niemożliwe, to moi bliscy znajomi, ba, może nawet przyjaciele, nagle wylewa mi się pod nogi wiadro pomyj. Cała czwórka nie poszła na wybory, bo Duda to komuch finansowany przez Amerykę, a Trzaskowski to komuch finansowany przez Chińczyków…

Mam was wszystkich dość, wy wszyscy, spiskolubcy, antyszczepionkowcy, płaskoziemcy, rodzimowiercy i reptilianowiercy, antypandemiści i antymasztowcy, ale ponieważ z kolei jako pisarka wiem, że ludzie potrzebują opowieści, a jako archeolożka, wiem również, że nigdy nie wiadomo, co jeszcze skrywa ziemia, opowiem wam teraz historię tisulskiej księżniczki. Może spodoba wam się bardziej niż historie, które w kółko powtarzacie.

Proszę bardzo, oto ona. Jest piękna, młoda, ma co najwyżej 25 lat, śliczne ciemnoblond włosy, które wciąż rosną, i równo obcięte paznokcie, które jednak nie rosną. Ma otwarte oczy, ale śpi snem hibernetycznym. Jest mumią, ale jest żywa. Ma 800 milionów lat. Jest kosmitką, ale ma genotyp w 100% ziemski. Ma na sobie śliczną białą koronkową sukienkę haftowaną w kwiaty, której po dziś dzień nikt na Ziemi nie potrafi(łby) wyprodukować. Spoczywa w ogromnym marmurowym sarkofagu wypełnionym różowobłękitnym płynem, który przypomina składem wyciąg z…. czosnku i cebuli. Została znaleziona pół wieku temu na Syberii w pokładach kopalni węgla i po kilku dniach zarekwirowana przez sowieckie służby bezpieczeństwa. Reszty dowiecie się z poniższego filmiku, ale zanim zaczniecie oglądać, powiem jeszcze, że ze wszystkich szczegółów tej opowieści najbardziej wzruszyły mnie czosnek i cebula. Taki swojski element najbardziej spiskowej ze spiskowych opowieści.

Dmuchawiec

Tibor Jagielski

nam nie jest
ten następny świat
łaskawy
ani święty piotr pobrzękuje kluczami
ani hurysy depilują łydki egipskim woskiem
jak dobrze wypadnie
– moim zdaniem –
będziesz w skrzydle chrząszcza
albo
tak jak ja
nasieniem dmuchawca
nic
po piramidach
dobre 10 lat temu, pewien znajomy r. wysłał mi pdf z moim wierszem “korespondencja” (pisanym w sw 1981- 83) i twierdził, że ja mu ten wiersz zadedykowałem
odpowiadam, przepraszam, że dopiero dzisiaj:
nie moglem panu tego wiersza zadedykowac, bo poznaliśmy się dopiero po odwołaniu stanu wojennego w prl na terenie  berlina zachodniego;
natomiast wiersz “korespndencja” wisiał na drzwiach studia montażu już w drugiej połowie grudnia 1981 telewizji polskiej w szczecinie (w okresie militaryzacji zakładu) a powiesila ten wiersz moja znajoma m. dla której ten wiersz napisałem;
także to, że jeden z moich wierszy panu r. zadedykowałem jest prawdą
ale dotyczyło to innego utworu p.t. “kasandra” wiersz powstały dopiero na terenie sektora francuskiego
w berlinie zachodnim w roku 1986
myślę że jesli pan r. poszuka (a potrafi) to może on ten wiersz gdzieś odnajdzie i mi prześle
o co serdecznie prosi
tibor jagielski

Wiersze z lekką nutą miodu

Teresa Rudolf

“Jadą wozy kolorowe…”

Dzisiaj Wielki Jarmark
wszystkich uli świata,
zjazd brzęczący!
X
Rozłożone miodów
plastry, obrusy wielkie,
ręcznie haftowane.
X
Aromatem swym nęcąc,
kradnie usta i nos
miód z tysiąca kwiatów.
X
“Miód akacjowy, malinowy,
spadziowy, leśny, lipowy”!
– głośno wybrzęczane. –
X
Pszczoły krajowe, dumne
jedna przez drugą brzęczą,
w nadziei wygranej.
X
Goście z innych krajów,
żółto-brązowi, jak to pszczoły,
zachwalają też swój towar.
X
Pszczoły, afrykańskie, arabskie
afgańskie, indyjsko-wschodnie
i algierskie brzęczą wspólnie.
X
A królowe w złocie miodowym,
czekają na werdykt, która to ta
“kraina  miodem płynąca”?…
X
I gdzieś daleko od stołów
niepozorne, wolne od trosk
trutnie tańczą na zielonej łące.

Te wiersze

Jakże często wiersze
to motyle jednodniowe,
niepostrzeżone umierają,
dotańczając swe życie
wieczorem późnawym.
X
Jak Copperfield cicho,
przenikając przeze mnie
przelatują do nikąd,
fruwając z szelestem
nad tobą, odchodzą.
X
Kokietując słowem
łaskoczą wyobraźnię,
by malować obraz
smutkiem cieniowany,
lub przebarwny kolorem.
X
Wiersze motylki-motyle,
koloru przekiczowatych
papug, lub szarutkie
jak ćmy nocą prujące
poprzez czerń do ciebie.
X
Wiersze, jednodniowe
Kopciuszki bez bucika,
znikając o północy,
zostawiają bal innym,
w solidnym obuwiu.
X

Prowincjonalne Theatrum Mundi 7

Stefan Andrzejewski

No cóż, urlop

Jest lipiec 2020 roku. Piszący te słowa uda się za kilka dni na krótki urlop do Polski, by spotkać swoich starych, schorowanych Rodziców, Brata z rodziną oraz przyjaciół i znajomych.

Będzie to jego pierwsza od roku wizyta w rodzinnym kraju! Kwarantanna spowodowana pandemią, trwająca w Belgii trzy miesiące, pokrzyżowała autorowi wiele planów, w tym coroczny, wielkanocny wyjazd do ojczyzny.

Jaka będzie ta Polska po dwunastu miesiącach rozłąki? Czy to wciąż kraj przyjazny, otwarty, pełen uśmiechniętych, życzliwych ludzi?

Czy autor znajdzie wśrod rodaków zrozumienie dla swojej mentalności, swej wizji kraju, społeczeństwa, polityki? Wszak kilkanaście lat pobytu na Zachodzie dało mu zupełnie inną perpektywę niż ta, którą miał przed wyjazdem za granicę.

12 lipca bieżącego roku, wbrew swojemu sumieniu «Polaka i katolika», wbrew nieformalnej «dyscyplinie poselskiej», nakazującej księżom polskim głosować na ugrupowania prawicowe, bliskie wszakże ideałom Kościoła, piszący te słowa postawił krzyżyk przy nazwisku kandydata opozycji.

Uczynił tak mimo faktu, iż od wielu miesięcy roztaczano przed nim mroczną wizję prezydenta Rafała, biegającego po przedszkolach, by uczyć masturbacji czteroletnie dzieci lub chodzącego po szpitalach, by biednym starcom aplikować zastrzyk z fenolu w ramach przymusowej eutanazji.

Ponieważ piszący te słowa od zawsze dostrzegał fałsz w każdej zacietrzewionej, ideologicznie zaprawionej propagandzie, dlatego również i tym razem nie uwierzył w owe piekielne wizje.

Wiele już lat marzy autor o polskim Kościele, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie, w którym jest pole do dyskusji na wszystkie tematy. O Kościele, który jest «za», a nie «przeciw», który nie jest oblężoną twierdzą, ale bezpieczną przystanią.

Dlatego, jeszcze przed swoim wyjazdem za granicę, kiedy jego współbracia  sięgali po «Nasz Dziennik», on – ostentacyjnie i ku zgorszeniu kolegów po fachu – czytał namiętnie «Tygodnik Powszechny».

Przed kilkunastu laty, rozczarowany tym, jak bardzo ten Kościół odbiega od jego aspiracji, wyjechał, by w bardziej demokratycznych i po prostu ludzkich strukturach Kościoła na Zachodzie Europy, realizować swoje powołanie.

To ostatnia nadzieja, której sie kurczowo trzyma: Kościół jest nie tylko polski, ale również francuski, belgijski czy nowozelandzki. Jest «katolicki», czyli «powszechny»: tak samo dobrze przyjął się kiedyś w plemieniu Dakotów, jak i wśród mieszkańców obydwu Korei. Z definicji jest wiec multi-kulti, choć to kolejne przeklęte slowo, którym próbowano straszyć wyborców, jeśliby wybrali kandydata opozycji.

Na poczatku cyklu o Prowincjonalnym Thatrum Mundi administratorka bloga zakwalifikowała autora i jego «twórczość» do kategorii «Barataria». Miała wiele racji: nadzieja, że jego Kosciół kiedyś się zmieni, nosi w sobie rys nieuleczalnej donkiszoterii.

Reakcje jego kolegów po fachu z Polski w wieczór wyborczy 12 lipca pokazały mu dobitnie, że ta nadzieja jest matką głupich: mesjanizm narodowy w pełnym rozkwicie, wybrany na drugą kadencję prezydent to «dar Boga dla Polaków»… tak przynajmniej przeczytał w jednym z postów współbrata kapłana z kraju nad Wisłą.

Czytelników Prowincjonalnego Theatrum Mundi autor cyklu serdecznie przeprasza za to, co czytają dzisiaj. Ma pomysły na kolejne odcinki: pisanie poprzednich sześciu otwarło w jego pamięci kolejne zakamarki z zakurzonymi wspomnieniami. Teraz jednak siedzi już na walizkach, by wyjechać na dawno oczekiwany urlop. Liczy na to, że powitają go – te same co zawsze – dziewicze krajobrazy ukochanych Bieszczadów. Że będzie mógł chłonąć – to samo co zawsze – rześkie poranne powietrze ciągnące od beskidzkich wzgórz.

Ma też nadzieję, że ujrzy – te same co zawsze – życzliwe twarze. Jednak liczy też na to, że podczas owych spotkań uda się narzucić i zachować ścisłe embargo na tematy polityczne oraz te związane z kondycją polskiego Kościoła. Urlop to urlop! Przede wszystkim od czczych dyskusji na tematy, na które i tak nie ma się żadnego wpływu.

Z wolnej stopy 4

Zbigniew Milewicz

Na sachsy

Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób… Tymi słowami rozpoczyna się Anna Karenina, dzieło Lwa Tołstoja. Z pojedynczymi ludźmi jest podobnie, każdy dźwiga swój krzyż. Szczęśliwi nie decydują się świadomie odciąć od swoich korzeni; jeżeli wyjeżdżają na obczyznę, to po to aby swoje pozytywa jeszcze bardziej pomnożyć i zwykle tylko na określony czas; niektórzy później zostają na zawsze i niekoniecznie dalej są szczęśliwi. Wielu chciałoby zmienić swoje miejsce na ziemi, ale się boi nieznanego, takimi łatwo manipulować, jednak generalnie najczęściej emigranci spodziewają się, że gdzieś będzie im lepiej – materialnie, światopoglądowo, osobiście, jak bądź – i bywa, że tak się właśnie dzieje, tylko trzeba zapłacić frycowe. Zawsze na emigracji zyskują natomiast pośrednicy.

Patrząc na to z dzisiejszego, polskiego podwórka – różne lajfirmy, z którymi wyjeżdżający, tzw. leasingowiec, zawiera umowę o pracę za granicą, kasują często nawet połowę jego wynagrodzenia. Zarabiają przewoźnicy, tłumacze, ubezpieczyciele, kantory. Alek dotarł do Monachium własnym samochodem, jest synem Asi z Orzesza, z którą znamy się już ładnych kilka lat, a jedzie do pracy w odległym o sto kilometrów Memmingen. Mam mu pomóc w założeniu konta w niemieckim banku i jakiegoś dobrego, telefonicznego łącza, żeby dzwoniąc do Polski, nie musiał korzystać z roamingu. Posiadał własne przedsiębiorstwo, które zajmowało się przebudową podziemnych chodników w kopalniach, nie może narzekać – dochodowe, ale jeszcze przed pandemią branża górnicza, na której Śląsk stoi, zaczęła podupadać. Przyszedł covid-19, rząd wziął się za zamykanie kopalń i Alek stracił zlecenia. Póki mógł, płacił załodze postojowe, ale pewnego dnia, po zapłaceniu wszystkich podatków, stwierdził, że własne fundusze się skończyły i musiał zwolnić tych czterdziestu ludzi, których zatrudniał. Żadnego odszkodowania od państwa nie dostał do tej pory, o subwencjach, które ekipa dobrej zmiany hojną ręką niezwłocznie wypłaca poszkodowanym przez koronawirusa słyszy tylko w pro-PIS-owskich mediach, tylko że z propagandy nie wyżyje, ani on, ani jego rodzina. Dlatego zdecydował się na zarobek za granicą.

Pracodawca, z którym Alek podpisał umowę o pracę, nazywa się Sachse, czyli nomen omen – Alek wyjechał na sachsy. Firma jest polsko-austriacka, gwarantuje mu znalezienie w Niemczech zatrudnienia w zawodzie ślusarza-mechanika, którego się jako młody chłopak kiedyś wyuczył, mieszkanie, zarobek w wysokości 14 euro za godzinę plus 25 euro diety dziennie, wszystkie ubezpieczenia i taryfowy urlop, brzmi nieźle. Kupujemy kartę telefoniczną popularnej Lebary, jest trochę zawiłości w rejestracji przez internet, ale dajemy radę. Konto bankowe online w holenderskim ING mój gość zakłada już samodzielnie, nie kryjąc satysfakcji z tego powodu.

Nakarmiony, przenocowany i odświeżony rusza nazajutrz rano do swojego celu – Memmingen. Jest niedziela. Cztery dni później zjawia się u mnie nieoczekiwanie z powrotem, rozczarowany. Na kwaterunek musiał czekać w samochodzie aż do wieczora. Na drugi dzień okazało się, że przyjechał do firmy budowlanej, która stawia biurowiec. Szefowstwo miłe, fajni koledzy, jest paru Polaków, tylko że dają mu robotę na rusztowaniach, na piątym piętrze, a on ma lęk wysokości. Czyli wysokościowy montaż, a nie ślusarka na stałym podłożu, jak było w umowie, do tego zero zabezpieczeń, nawet liny z karabinkiem, ani kasku na głowie. Nikt nie zapytał go nawet, czy ma wymagane uprawnienia do pracy na wysokości, cały czas bał się, że spadnie i czwartego dnia już nie poszedł na rusztowania. Wcześniej dowiedział się, że musi opuścić kwaterę, że pośrednik poszuka mu czegoś innego. Mieszkał wspólnie z paroma innymi Polakami z budowy, w warunkach trzeba powiedzieć bardzo luksusowych,pewnie więc Sachse dużo za to płacił i chciał zejść z kosztów. Gdzie jego koledzy znaleźli dach nad głową, tego Alek nie wie, może znowu poszli do jakiejś wilgotnej suteryny, jak wcześniej, albo w swoich samochodach nocują… Póki co sam stara się wymóc na pośredniku, przy pomocy maili i rozmów telefonicznych, żeby znalazł mu miejsce pracy w Niemczech, zgodne z warunkami zawartej umowy.

Najlepiej w Bawarii, bo tu najlepiej płacą. Pośrednik nie pozbawia go tej nadziei, swoją prowizję skasował, uspokaja więc, że wszystko będzie dobrze, to nic nie kosztuje. Póki co Alek musi więc sobie radzić sam i na własną rękę szuka u mnie przez internet pracy i mieszkania, jako że nadzieja umiera ostatnia. Beznadziejna jest natomiast propaganda obozu dobrej zmiany, która utrzymuje, że za jego rządów ludzie przestają wyjeżdżać za chlebem za granicę, bo w kraju jest tak dobrze.

Poezja – Poetry – Poesie – Poésie – Поэзия: Marsylianka

I naprzód…

Ewa Maria Slaska

W 231 lat później

Od razu uprzedzam wszystkie pytania: nie wiem, dlaczego Marsylianka. Choć akurat dziś można by pomyśleć, że wiem i to jak! Ale nie. Pojawiła się pewnego wiosennego dnia, czyli już jakiś czas temu i od tej chwili nie odstępuje mnie nawet o krok. Przypomniało mi się wtedy, że coś o niej wiem, bo przeczytałam to w jakiejś powieści, jednej z tych, jakie się czyta w niemieckim szpitalu, zanim ktoś z przyjaciół cię nie odwiedzi i nie przyniesie czegoś sensownego. Są to z reguły potwornie stare powieścidła, wysortowane ze zbiorów bibliotecznych. Według tejże powieści, a nie pamiętam ani jej autora, ani tytułu, pieśń została ułożona dla ochotników z Marsylii wyruszających na pomoc Rewolucji, która 14 lipca 1789 roku wybuchła w Paryżu, a która potem nazwana została Francuską.

Ale polska Wikipedia natychmiast przywołała mnie do porządku:

Słowa i muzykę tej pieśni stworzył 25 kwietnia 1792 w Strassburgu Claude Joseph Rouget de Lisle na widok wymarszu rewolucyjnej Armii Renu. Stąd jej oryginalna nazwa to: Chant de marche de l’Armée du Rhin lub Chant de guerre pour l’armée du Rhin (Marsz wojenny Armii Renu lub Pieśń wojenna Armii Renu). Jej pierwsze wykonanie miało miejsce 26 kwietnia tegoż roku. Zdobyła wielką popularność w okresie rewolucji francuskiej. Wówczas jako pierwsi zaśpiewali ją żołnierze z Marsylii, biorący udział w walkach o pałac Tuileries w Paryżu. Tak powstała jej nowa nazwa, najpierw Marche de Marseille, a później ostatecznie La Marseillaise, czyli Marsylianka.

Francja właśnie wzpowiedziała wojnę Austrii! A zatem Armia Renu wcale nie była niemiecka, jak by się nam, małym ludzikom mogło wydawać (bo Ojczulek Ren i straż na Renie), tylko francuska, i wcale nie była armią rewolucyjną, tylko królewską, została sformowana na mocy dekretu króla Ludwika XVI z 14 grudnia 1791 roku. Król w rok później utracił władzę. 6 października 1789 został zmuszony do opuszczenia Wersalu i zamieszkał wraz z rodziną w Tuileriach. Przebywał tam do chwili obalenia monarchii 10 sierpnia 1792. W szturmie pałacu, informuje Wikipedia, rozwścieczony motłoch paryski wymordował wszystkich żołnierzy królewskich z Gwardii Szwajcarskiej i obrabował pałac biorąc wszystko, co dało się wynieść. No cóż historia nie zawsze jest taka piękna, jak byśmy chcieli.

I co?

To podczas tego szturmu zasłużyły się oddziały marsylskich ochotników? Byli częścią plądrującego motłochu? I jeszcze na dodatek śpiewali pieśń ułożoną na cześć armii królewskiej?

Na wczesnym druku z tekstem Marsylianki dokładnie widać, że to marsz militarny.

Wikipedia niemiecka opowiada w tym miejscu nieco inną historię i nieco elegantszą:

Das Lied erhielt den Namen Marseillaise, weil es von Soldaten aus Marseille am 30. Juli 1792 beim Einzug in Paris, kurz vor dem Tuileriensturm, gesungen wurde. Am 14. Juli 1795 wurde die Marseillaise zur französischen Nationalhymne erklärt.

A więc pieśń śpiewali żołnierze z Marsylii wkraczając do Paryża przed szturmem na pałac Tuilerie.

Francuzi preferują jednak jeszcze troszkę inną wersję:

Chant de guerre des armées aux frontières. De fait, ce sont les troupes des fédérés marseillais qui, l’ayant adopté comme chant de marche, l’entonnent lors de leur entrée triomphale, aux Tuileries, à Paris, le . Immédiatement, la foule parisienne, sans se préoccuper de ses différents noms, baptise ce chant: La Marseillaise. Ce titre, outre sa simplicité, a l’avantage de marquer de Strasbourg à Marseille, de l’Est au Midi, l’unité de la Nation.

A zatem jednak zdobycie pałacu Tuilerie, ale nie dokonuje tego motłoch, lecz żonierze i lud.
A Marsylianka jest tytułem prostym i to skłoniło “lud” do zmiany tytułu.

Na szczęście są jeszcze Anglicy, a ich Wikipedia przychyla się do mojej powieściowej wersji:

The melody soon became the rallying call to the French Revolution and was adopted as “La Marseillaise” after the melody was first sung on the streets by volunteers (fédérés in French) from Marseille by the end of May. These fédérés were making their entrance into the city of Paris on 30 July 1792 after a young volunteer from Montpellier called François Mireur had sung it at a patriotic gathering in Marseille, and the troops adopted it as the marching song of the National Guard of Marseille. (…) Mireur was headed to Marseilles to organize and lead volunteers from nearby towns. The song thus became known as “La Marseillaise”, which was adopted as the French national anthem in 1795. 

W Wikipedii jest jeszcze ze sto innych wersji językowych, ale postanawiam, że nie sprawdzam dalej. Niechta będzie po powieściowemu: wyruszli ochotnicy z Marsylii i śpiewali tę pieśń, nawołującą  dzieci ojczyzny do walki:

La Marseillaise

Allons enfants de la Patrie,
Le jour de gloire est arrivé!
Contre nous de la tyrannie
L’étendard sanglant est levé,
L’étendard sanglant est levé,
Entendez-vous dans les campagnes
Mugir ces féroces soldats?
Ils viennent jusque dans vos bras
Égorger vos fils, vos compagnes!

X
Aux armes, citoyens,
Formez vos bataillons,
Marchons, marchons!
Qu’un sang impur
Abreuve nos sillons!

Que veut cette horde d’esclaves,
De traîtres, de rois conjurés?
Pour qui ces ignobles entraves,
Ces fers dès longtemps préparés?
Ces fers dès longtemps préparés?
Français, pour nous, ah! quel outrage
Quels transports il doit exciter!
C’est nous qu’on ose méditer
De rendre à l’antique esclavage!

Aux armes, citoyens…

Quoi! des cohortes étrangères
Feraient la loi dans nos foyers!
Quoi! Ces phalanges mercenaires
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Grand Dieu! Par des mains enchaînées
Nos fronts sous le joug se ploieraient
De vils despotes deviendraient
Les maîtres de nos destinées!

Aux armes, citoyens…

Tremblez, tyrans et vous perfides
L’opprobre de tous les partis,
Tremblez! vos projets parricides
Vont enfin recevoir leurs prix!
Vont enfin recevoir leurs prix!
Tout est soldat pour vous combattre,
S’ils tombent, nos jeunes héros,
La terre en produit de nouveaux,
Contre vous tout prêts à se battre!

Aux armes, citoyens…

Français, en guerriers magnanimes,
Portez ou retenez vos coups!
Épargnez ces tristes victimes,
À regret s’armant contre nous.
À regret s’armant contre nous.
Mais ces despotes sanguinaires,
Mais ces complices de Bouillé,
Tous ces tigres qui, sans pitié,
Déchirent le sein de leur mère!

Aux armes, citoyens…

Amour sacré de la Patrie,
Conduis, soutiens nos bras vengeurs
Liberté, Liberté chérie,
Combats avec tes défenseurs!
Combats avec tes défenseurs!
Sous nos drapeaux que la victoire
Accoure à tes mâles accents,
Que tes ennemis expirants
Voient ton triomphe et notre gloire!

Aux armes, citoyens…

La Marseillaise

Arise, children of the Fatherland,
The day of glory has arrived!
Against us, tyranny’s
Bloody standard is raised,
Bloody standard is raised,
Do you hear, in the countryside,
The roar of those ferocious soldiers?
They’re coming right into your arms
To cut the throats of your sons, your women!

To arms, citizens,
Form your battalions,
Let’s march, let’s march!
Let an impure blood
Water our furrows!

What does this horde of slaves,
Of traitors and conspiring kings want?
For whom have these vile chains,
These irons, been long prepared?
These irons, been long prepared?
Frenchmen, for us, ah! What outrage
What furious action it must arouse!
It is to us they dare plan
A return to the old slavery!

To arms, citizens…

What! Foreign cohorts
Would make the law in our homes!
What! These mercenary phalanxes
Would strike down our proud warriors!
Would strike down our proud warriors!
Great God! By chained hands
Our brows would yield under the yoke!
Vile despots would themselves become
The masters of our destinies!

To arms, citizens…

Tremble, tyrants and you traitors
The shame of all parties,
Tremble! Your parricidal schemes
Will finally receive their prize!
Will finally receive their prize!
Everyone is a soldier to combat you,
If they fall, our young heroes,
Will be produced anew from the ground,
Ready to fight against you!

To arms, citizens…

Frenchmen, as magnanimous warriors,
Bear or hold back your blows!
Spare those sorry victims,
For regretfully arming against us.
For regretfully arming against us.
But these bloodthirsty despots,
These accomplices of Bouillé,
All these tigers who mercilessly
Tear apart their mother’s breast!

To arms, citizens…

Sacred love of the Fatherland,
Lead, support our avenging arms
Liberty, cherished Liberty,
Fight with thy defenders!
Fight with thy defenders!
Under our flags may victory
Hurry to thy manly accents,
So that thy expiring enemies
See thy triumph and our glory!

To arms, citizens…

Marsylianka

I naprzód marsz, Ojczyzny dzieci,
Bo nadszedł chwały naszej dzień.
To tyran przeciw nam zawiesił
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Słyszycie z bitew pól niesiony.
Żołnierzy przeokrutnych ryk?
Już idą, wam zaciągnąć stryk,
By zarżnąć wasze syny, żony

Do broni, bracia dziś!
Zewrzyjcie szyki wraz!
I marsz, i marsz!
By ziemię krwią
napoić, przyszedł czas!

Cóż chce służalczy tłum i zmowy
Ludzi, co zdradę wszędzie ślą,
I łańcuch hańby już gotowy,
Czyjże kark skrępować chcą?
Czyjże kark skrępować chcą?
Wstyd nasz, Francuzi, czy czujecie?
Czy wasza krew nie burzy się,
Że tyran wolnych wtłoczyć chce
Pod jarzmo, co niewolnych gniecie?

Do broni…

Co? Stopa obcych najezdników
Świeży kwiat naszych wojowników
Ma skalać siedzib naszych próg?
Lec ma od miecza podłych sług?
Lec ma od miecza podłych sług?
Przebóg! Żołdacka dłoń skalana
Ma karki nasze w jarzmo wbić
A jeśli nam pozwolą żyć,
Masz to być łaską sług tyrana?

Do broni…

Biada despotom, zdrajcom biada!
Zadrżyj, o hańbo naszych dni!
Przez was Ojczyzna kona blada,
A ojcobójstwo woła krwi!
A ojcobójstwo woła krwi!
Wojaków dość, by was wyparli,
A jeśli zginie młodsza brać,
To Francja każe zmarłym wstać
I z mieczem na was spadną zmarli.

Do broni…

Francuzy, wielkoduszni wojownicy
Niosą lub wstrzymują cios!
Szczędzą te żałosne ofiary
Co się na nich boją unieść broń!
Co się na nich boją unieść broń!
Lecz nie tych krwawych despotów,
Lecz nie tych sprzedawczyków Bouillé
Te wszystkie bezlitosne tygrysy
Co matki łono rozerwały!

Do broni…

O miłości Ojczyzny święta!
Dziś w zemście prowadź, wspieraj nas.
O Wolności w sercach zaklęta!
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Zwycięstwo z Tobą dziś wspaniałe,
Gdy z nami mężnych głosów duch.
Niech zobaczy śmierci bliski wróg
I tryumf twój, i naszą chwałę.

Do broni…

Die Marseillaise

Auf, Kinder des Vaterlandes,
Der Tag des Ruhmes ist gekommen!
Gegen uns ist der Tyrannei
Blutiges Banner erhoben.
Blutiges Banner erhoben.
Hört ihr auf den Feldern
Diese wilden Soldaten brüllen?
Sie kommen bis in eure Arme,
Um euren Söhnen, euren Gefährtinnen
die Kehlen durchzuschneiden.

Zu den Waffen, Bürger,
Formiert eure Truppen,
Marschieren wir, marschieren wir!
Unreines Blut
Tränke unsere Furchen!

Was will diese Horde von Sklaven,
Von Verrätern, von verschwörerischen Königen?
Für wen diese gemeinen Fesseln,
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Franzosen, für uns, ach! welche Schmach,
Welchen Zorn muss dies hervorrufen!
Man wagt es, daran zu denken,
Uns in die alte Knechtschaft zu führen!

Zu den Waffen…

Was! Ausländische Kohorten
Würden über unsere Heime gebieten!
Was! Diese Söldnerscharen würden
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Großer Gott! Mit Ketten an den Händen
Würden sich unsere Häupter dem Joch beugen.
Niederträchtige Despoten würden
Über unser Schicksal bestimmen!

Zu den Waffen…

Zittert, Tyrannen und ihr Niederträchtigen,
Schande aller Parteien,
Zittert! Eure verruchten Pläne
Werden euch endlich heimgezahlt!
Werden euch endlich heimgezahlt!
Jeder ist Soldat, um euch zu bekämpfen,
Wenn sie fallen, unsere jungen Helden,
Zeugt die Erde neue,
Die bereit sind, gegen euch zu kämpfen.

Zu den Waffen…

Franzosen, ihr edlen Krieger,
Versetzt eure Schläge oder haltet sie zurück!
Verschont diese traurigen Opfer,
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Aber diese blutrünstigen Despoten,
Aber diese Komplizen von Bouillé,
Alle diese Tiger, die erbarmungslos
Die Brust ihrer Mutter zerfleischen!

Zu den Waffen…

Heilige Liebe zum Vaterland,
Führe, stütze unsere rächenden Arme.
Freiheit, geliebte Freiheit,
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Unter unseren Flaggen, damit der Sieg
Den Klängen der kräftigen Männer zu Hilfe eilt,
Damit deine sterbenden Feinde
Deinen Sieg und unseren Ruhm sehen!

Zu den Waffen…

In Russia, La Marseillaise was used as a republican revolutionary anthem by those who knew French starting in the 18th century, almost simultaneously with its adoption in France. In 1875 Peter Lavrov, a narodist revolutionary and theorist, wrote a Russian-language text (not a translation of the French one) to the same melody. Рабо́чая Марселье́за became one of the most popular revolutionary songs in Russia and was used in the Revolution of 1905. After the February Revolution of 1917, it was used as the semi-official national anthem of the new Russian republic. Even after the October Revolution, it remained in use for a while alongside The Internationale.

Отречёмся от старого мира,
Отряхнём его прах с наших ног!
Нам враждебны златые кумиры,
Ненавистен нам царский чертог.
Мы пойдём к нашим страждущим братьям,
Мы к голодному люду пойдём,
С ним пошлём мы злодеям проклятья —
На борьбу мы его поведём.
Припев:
Вставай, поднимайся, рабочий народ!
Вставай на врага, люд голодный!
Раздайся, клич мести народной!
Вперёд, вперёд, вперёд, вперёд, вперёд!

Богачи-кулаки жадной сворой
Расхищают тяжёлый твой труд.
Твоим потом жиреют обжоры,
Твой последний кусок они рвут.
Голодай, чтоб они пировали,
Голодай, чтоб в игре биржевой
Они совесть и честь продавали,
Чтоб глумились они над тобой.
Припев.

Тебе отдых — одна лишь могила.
Весь свой век недоимку готовь.
Царь-вампир из тебя тянет жилы,
Царь-вампир пьёт народную кровь.
Ему нужны для войска солдаты –
Подавай ты ему сыновей.
Ему нужны пиры и палаты —
Подавай ему крови своей.
Припев.

Не довольно ли вечного горя?
Встанем, братья, повсюду зараз —
От Днепра и до Белого моря,
И Поволжье, и Дальний Кавказ.
На врагов, на собак — на богатых,
И на злого вампира — царя
Бей, губи их, злодеев проклятых,
Засветись, новой жизни заря.
Припев.

И взойдёт за кровавой зарёю
Солнце правды и братской любви,
Хоть купили мы страшной ценою —
Кровью нашею — счастье земли.
И настанет година свободы:
Сгинет ложь, сгинет зло навсегда,
И сольются в одно все народы
В вольном царстве святого труда.
Припев.

Spotkania z Księciem Ciemności 25

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Kropka, jakkolwiek niewielka i krótkonoga, uwielbia długie spacery. Kondycję ma wyborną i mogłaby się godzinami bujać po polach-lasach, byle bez smyczy. Toteż przynajmniej raz na kilka dni wyruszamy na półtoragodzinną przechadzkę, gdzieś daleko od szos i samochodów. Zazwyczaj wieczorem, około dziewiętnastej. Kropka biega szczęśliwa i swobodna, sika co sto metrów, obwąchuje każdą trawkę i krzaczek oraz – co lubi chyba najbardziej – obszczekuje rowerzystów, którzy odważyli się zapuścić się na ten sam leśny dukt, po którym my akurat wędrujemy.

Kropka robi swoje, a ja swoje: zakładam słuchawki i, z pomocą smartfonu, wyszukuję audycję drugiego programu polskiego radia. To ostatni kanał mediów publicznych, którego słucham. I to bez wyrzutów sumienia! Tutaj miłościwie nam panujący się nie „wtranżalają”: raz, że za małe grono słuchaczy, więc nie warto. A dwa – nie warto tym bardziej, iż nikt spośród tych słuchaczy nie łyknie tępej propagandy.

Około dziewiętnastej, rzekłem. Nie bez przyczyny – wszak wtedy nadawana jest audycja Książka do słuchania – najlepsi aktorzy interpretują najlepszą literaturę. Akurat od kilku dni Szymon Kuśmider czyta fragmenty Kalendarza i klepsydry. Jeśli o tym wspominam, to dlatego, że jeden z odcinków niemal w całości poświęcony był najsłynniejszemu kotu polskiej literatury, czyli Iwanowi, synowi Bazylego.

Cykl opowieści o Księciu Ciemności po trosze narodził się dzięki prozie mistrza Konwickiego: chciałem stworzyć coś – choćby w przybliżeniu – podobnego. Dzięki Konwickiemu się narodził i dzięki Konwickiemu umrze: już wiem, że nie sprostałem swemu własnemu marzeniu.

Jeszcze nie dziś. Ani nie za tydzień. Ale już niedługo. Cykl zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Nie umiem znieść napięcia między ideałem a realizacją,

Żeby to chodziło tylko o warsztat! Ten zawsze jakoś da się wypracować. Lecz braku zmysłu spostrzegawczości nic nie zastąpi: nie ma takiej protezy.

Ot, choćby ostatnio: nie ja to zauważyłem, niestety, tylko moja Żona. Co mianowicie? Ano to, że Książę przeszedł przemianę. Kiedyś w jego oczach można było dostrzec tylko piękno głębokiej zieleni, przenikliwość oraz spryt. Od pewnego czasu pojawiło się w nich coś innego. Nowego. Zaskakującego. W ślepiach Księcia zagościła mądrość. Sierściuch… myśli. Nie tylko, jak dotąd, kombinuje, cwaniaczkuje czy manipuluje. On naprawdę zaczął myśleć. Nie ja to zauważyłem – cała zasługa i chwała należy się mojej Żonie. Ja to tylko zaafirmowałem… i zarejestrowałem.

A że Moja Lepsza Połowa nie kwapi się do przejęcia dzieła, do którego ja się zniechęciłem, przeto już wkrótce, Czytelniku, pożegnasz się z Księciem. Ale chyba warto było go poznać?

Reblog: Niedziela Aborygenów

Reblog sprzed tygodnia, kiedy rzeczywiście była Niedziela Aborygenów, 5 lipca 2020 roku

Lech Milewski

Dzisiaj Aborygeńska Niedziela

Jako wprowadzenie proponuję wizytę na mszy odprawionej w katolickim kościele – KLIK.
Byłoby dobrze, gdybyście obejrzeli przynajmniej 3,5 minuty.
Przepraszam za usterki techniczne oraz istotne ograniczenie technologii – niemożność przekazania aromatu aborygeńskiego, eukalipsowego, kadzidła.

Podczas mszy w moim parafialnym kościele wysłuchaliśmy kazania wygłoszonego przez księdza rezydujacego w aborygeńskiej społeczności w Darwin, najbardziej północnym mieście Australii.
Zwróciłem uwagę na często powtarzany zwrot – Wielki południowy ląd Ducha Świętego…

Wyznam, że ten termin brzmi dla mnie jak balsam dla agnostyka.
Trudno mi wyobrazić sobie osobowego boga, ale wierzę w duchową siłę jednoczącą ze sobą niepoliczone elementy materialne i niematerialne.

Według Aborygenów nasza przeszłość, teraźniejszość, przyszłość jest snem.

Żyjemy we śnie – dreamtime – który zaczął się, gdy zaczął się czas.
Mówią, że jesteśmy tu 40,000 lat, ale to jest dużo dłużej. Jesteśmy na ziemi od pierwszego dnia, gdyż jesteśmy jednym z Ziemią i z całym kosmosem…
Jak się do tego ma biblijny Mojżesz, Jakub, Abraham… Adam i Ewa?
Może jak historie konstruowane zgodnie z potrzebą chwili?

Wspominałem kiedyś o 250-leciu wizyty kapitana Cooka (TU). Nie ma śladów jego pobytu na australijskim lądzie. Zachowała się historia, że przed opuszczeniem tych okolic zacumował w pobliżu niewielkiej bezludnej wyspy, zgodnie z potrzebą chwili nazwał wyspę Possesion Island, kazał wywiesić brytyjską flagę, strzelić z armaty i ogłosił, że w imieniu króla Jerzego bierze ten ląd w posiadanie.
Wziąć ląd w posiadanie?
Toż to oczywiste dla każdego – tytuł własności – to przecież początek każdej działalności.
Nie dla każdego, według Aborygenów człowiek nie może posiadać ziemi, to ziemia posiada człowieka, daje mu początek i miejsce odpoczynku na koniec.
Trzeba było czekać do 1974 roku, żeby Aborygen, zatrudniony jako ogrodnik na uniwersytecie w tropikalnym Cairns, dowiedział się w cywilizowany sposób, że jego społeczność nie ma żadnych praw do lądu, na którym od zawsze zamieszkuje i postanowił podważyć to twierdzenie – KLIK.
W cywilizowany sposób – uniwersytet stwarzał do tego warunki. Do tego czasu argumentem w tego rodzaju dyskusjach był karabin.

Religia…
Dotarła do Australii dopiero po załatwieniu tytułów własności ziemi.
Bóg osobowy był dla Aborygenów bytem tak niezrozumiałym, że nawet nie wzbudzał protestu.
Podobnie opowieści biblijne, na przykład ta o kuszeniu Adama.
Reakcja Aborygenów: coż za dziwactwo! Normalny człowiek wyrzuciłby jabłko, a węża by zjadł. I żyliby dalej w raju w zgodzie z bogiem i naturą.

Dalsza lektura:
Aborygeńska duchowość – KLIK.
8 aspektów Aborygeńskiej duchowości – KLIK.
Dreamtime – KLIK.

Peter Handke o utracie obrazów

Ewa Maria Slaska

O tym, jak się pojawiają w nas obrazy i o tym, jak zostały one opisane w Straconych obrazach Petera Handke

Suhrkamp, 2003

Wszyscy wiemy, że jeśli jakiś temat wydaje się nam ważny, nagle przestrzeń wokół nas zaczyna się zagęszczać i wypełniać tym ważnym dla nas tematem jak woda w płytkim stawie żabim skrzekiem. Te żabie jajka są przezroczyste, a przecież widać je wyraźnie, ba, czasem nawet gołym okiem widać maleńką kijankę w każdej grudce żabiej żelatyny. Tak na pewno ostatnio było w moim przypadku z problemem samoistnie pojawiających się obrazów. Nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. Po prostu się pojawiały. Zawsze na krótko, na mgnienie oka, na tyle, by zobaczyć wyraźnie to, co pokazywały. Nie wywoływałam ich i nie wiem, dlaczego pojawiały się właśnie te. Dość często bywały to obrazy dokładnie sprzed roku, co by znaczyło, że przywoływały je zjawiska zewnętrzne, majowy deszcz, jasne czerwcowe noce, lipcowe żagle na tle chmur, sierpniowe rydze w lesie na stoku góry. Z reguły były też miłe i niemal zawsze bezludne. Często się powtarzały, na przykład pewna pomarańczowa ściana naprzeciwko okna hotelowego w Rzymie, albo pomalowany jak letnie niebo sufit w pewnej restauracji we Florencji. Często były prawdziwe, ale równie często były moim wyobrażeniem tego, o czym czytałam, jak np gąszcz zieleni, na który w W poszukiwaniu straconego czasu spoglądał Marcel jako młody chłopiec przez okno toalety w Combray. Te na pewno były niezmienne, nawet jeśli ponowna lektura, autentyczne zdjęcie lub, przeciwnie, wymyślony film powinny były wnieść istotne poprawki do pierwotnego obrazu. Kiedyś na przykład zrozumiałam, że widoczny na zielonych liściach ślad ślimaka był naprawdę aluzją do chłopięcej masturbacji, ale obraz jaki mi się pojawiał, nadal pokazywał mi krzak bzu i pnącze winorośli, po którym pełznie winniczek.

Właściwie pojawiały się zawsze, ale nigdy mi nie przeszkadzały. Niekiedy tylko wywoływały dojmujące uczucie niespełnienia lub niemożliwości powrotu do tego, co było, szybko jednak, nie wiadomo skąd, nadpływała myśl, iż wspaniale było zobaczyć to naprawdę.

Ostatnio jednak pojawiły się trzy powody, żeby zająć się napływającymi nie wiadomo skąd obrazami. Moja przyjaciółka Esther, opowiadając mi o swoim dzieciństwie, powiedziała, iż pierwsze 35 lat jej życia naznaczył strach. Esther urodziła się podczas wojny, a to co przeżyła, było tak straszne, że nie dane jej było doznać błogosławionej niepamięci dzieciństwa. Najstraszniejsze sceny, jakie widziała w pierwszych latach życia, usamodzielniły się i bez końca wypływały z pamięci na podobieństwo upiorów. Dopiero lata psychoanalizy i własne studia psychoanalityczne pomogły jej pozbyć się tych niechcianych obrazów.

W tym samym czasie, ale, jak mi się wydaje, niezależnie od tej opowieści, ja sama odczułam przeraźliwe zmęczenie ilością napływających do mnie obrazów. Nadal były ładne i miłe, nie groziły i nie przerażały, ale były, coraz częściej i coraz więcej. Po raz pierwszy pomyślałam, że może powinnam poczytać coś na ten temat, zapytać innych ludzi, czy też mają głowy pełne takich migawek. Może ktoś mi powie, jak zmniejszyć ich ilość i intensywność, może potrafię ograniczyć się do jednego obrazu na godzinę, bo ostatnio wydaje mi się, że widzę ich pięć albo dziesięć na sekundę. Oczywiście wiem, że po części ilość obrazów w głowie każdego z nas wzrasta wraz z upływem czasu. Może dlatego, gdy już nie można wytrzymać z ich natłokiem, popadamy w demencję? Ale z drugiej strony, co my wiemy, jakie obrazy naprawdę widzą ci, którzy żyją w demencji?

I wtedy Ela Kargol sprawiła (patrz przedwczorajszy wpis), że zaczęłam czytać Petera Handke i jest to książka o takich właśnie obrazach. Główna bohaterka powieści, finansistka, która zrobiła niebywałą karierę zawodową, dorobiła się ogromnego majątku dzięki temu, że gdy podczas trudnych negocjacji finansowych obrazy takie pojawiały się jej, jak zawsze, ni stąd ni z owąd, obrazy dodajmy, których nie można było w żaden sposób wywołać, jej osoba wypełniała się swoistym promieniowaniem, które ogarniało partnerów rozmowy, skłaniając ich do podejmowania wraz z nią ryzykownych, ale obiecujących wielkie zyski rozwiązań. I to były takie właśnie obrazy, zupełnie bez związku z tematem rozmów, ściana domu, krzak na polu, pies na podwórku. To one przyniosły jej bogactwo.

Odkładam książkę. Tak to sobie sprytnie Handke wymyślił, komentuję w duchu, dopisał taką interpretację do tego, co jest zwykłym wietrzeniem śmiecia w głowie. Ale oczywiście, dodaje moje myślące ja, szkoda, że moje obrazy nie przyniosły mi dużych pieniędzy. Po prawdzie – nie przyniosły mi żadnych pieniędzy. Nie ma się jednak co nad tym rozwodzić – nic w moim życiu nie przyniosło mi pieniędzy i już dawno przestało mi to przeszkadzać. W mojej rodzinie zawsze tak było – pieniądze, jeśli były, wnosił zapobiegliwy lub od pokoleń dobrze sytuowany współmałżonek – my natomiast nic i nigdy.

Powieść Handkego nie wprawiła mnie w zachwyt, wręcz przeciwnie – niepomiernie mnie nudziła, ale brnęłam w nią, bo skoro raz zaczęłam coś czytać, to czytam, aż skończę. Dopiero w połowie powieści (ciekawa rzecz – równo w połowie) pojawił się opis nadzwyczajnej piękności, tak piękny, że z nawiązką wynagrodził trzystakilkadziesiąt stron przedzierania się przez nudną i wydumaną prozę Handkego. To opis ostatniej wieczerzy w hotelu-namiocie (ale i samego namiotu) w nieistniejącym mieście Pedrada, w samym sercu Sierra de Gredos. Po kilkudziesięciu stronach opis się kończy, Handke wraca do swojej dziwnej prozy, w której wymądrzanie się zastępuje logikę, jaka mogłaby kierować rozwojem fabuły. U Handkego nie ma logiki, jest tylko twórczy zamysł. Autor pojawia się w swoim dziele ciągle i znienacka, jak bóg z teatralnej machiny, który jednym ruchem ręki kończy jedne wątki i zaczyna inne. Cała akcja posuwa się do przodu tylko dzięki takim niespodziewanym odgórnym interwencjom, a ich skutkiem jest najczęściej mechaniczny ruch do przodu, powodujący zmianę miejsca akcji – jazda samochodem, lot samolotem, nocna podróż autobusem, a wreszcie wędrówka. Nużąca i nudna wędrówka. Potrzebuję jeszcze następnych stu stron, żeby nagle w momencie olśnienia zrozumieć, co czytam. To, co wydaje się brakiem logiki, nieskoordynowaną bajką lub ciągnącym się w nieskończoność snem, jest opowieścią o śmierci, o tym, co dzieje się z nami, gdy już umrzemy, a nasz duch (jeszcze? a może nigdy?) się tego nie dowiedział. Przypominam sobie kilka znaczących lektur, które tego dotyczyły: Bardo Thodol, tybetańska Księga Śmierci, Totenhorn Truchanowskiego, Miasto za rzeką Hermanna Kasacka, Das Haus der Kindheit Marii Louise Kaschnitz. Teraz, gdy już rozpoznałam i logikę, i krajobraz takiej pośmiertnej wędrówki, również i powieść Handkego zaczyna mnie fascynować.
Ta wędrówka trwa z reguły 40 dni, choć na przykład Jezus był w zaświatach zaledwie trzy dni. Ale zarówno 40 jak 3 to liczby symboliczne, możliwe że czas po śmierci, podobnie jak czas snu, to ułamki sekund, które jednak mogą objąć historie powstania i upadku imperiów lub pół nocy trwające przewracanie się na drugi bok Marcela, bohatera
W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Czy więc – nie skończyłam jeszcze książki, jest to zatem zaledwie przypuszczenie – tytuł powieści Handkego – Utrata obrazów – jest odpowiedzią na moje pytanie: jak się pozbyć tych obrazów, które zaśmiecają nam głowę, a odpowiedź brzmi prosto: umrzeć?