Z wolnej stopy (8)

Zbigniew Milewicz

Romeo i Julia

Kiedy Albert z dochodzeniówki (wspominałem o nim TU) opowiedział mi o tamtej sprawie, postanowiłem pojechać do Będzina i spotkać się z jej bohaterami. Niestety nie mieli ochoty na zwierzenia, dowiedziałem się tylko, że według świętego Pawła miłość jest łaskawa i jedno do drugiego nie żywi o nic pretensji. Starszy pan pozwolił mi zrobić zdjęcie ich domu, jego piękniejsza połowa poczęstowała mnie soczystą gruszką z ogrodu, ale na teren posesji nie wpuścili. Fotografia standardowego, jednopiętrowego domu z czerwonej cegły, wybudowanego w latach 30,  uzyskała mierną ocenę w sekretariacie redakcji Dziennika Zachodniego, więc przedstawiam tylko tekst, który napisałem jesienią 1973 roku, pod tytułem zapożyczonym od pewnego znamienitego Anglika.

Jesień życia wcale nie musi być szara, łzawa i smutna. Ludzie w podeszłym wieku, mimo iż nęka ich reumatyzm, niepamięć, zadyszka, tudzież inne paskudne dolegliwości, nie tak łatwo i chętnie, jakby się na pozór wydawało, rezygnują z uroków tego świata. I mają rację. Nie wierzcie w to, że staruszka uszczęśliwia całkowicie ławeczka, na które w słoneczne dni może wygrzać kości, zbieranie kasztanów dla wnuka, pykanie z fajeczki, czy wspominki z czasów C.K. Być może większości z nich to wystarcza – bo musi – ale niektórym nadal w głowie figle i psoty wieku młodzieńczego a czasem niezwykłe przygody.

On miał 82 lata, jego narzeczona – 79. Żyli sobie razem już parę dobrych lat, mieszkając w schludnym domku jednorodzinnym, w jednej z peryferyjnych dzielnic Będzina. Są zupełnie jak Romeo i Julia, zauważyła kiedyś z przekąsem sąsiadka. Powiedzenie to w mig obiegło okolicę, ludzie je „kupili“ i tak już zostało: Romeo i Julia, choć niewiele w nich było z pary szekspirowskich kochanków. Romeo, żwawy jeszcze mężczyzna, cierpiał na podagrę i niedowidział. Julię trapiła daleko posunięta skleroza. On chodził codziennie rano do piekarni po bułeczki, po śniadaniu słuchał radia, lub wypominań Julii, że nie dba o nią, później krzątał się trochę po domu, jadł obiad, ucinał sobie drzemkę, po niej pogawędkę ze swym rówieśnikiem, mieszkającym naprzeciw, a wieczorem wyrzucał śmieci do kubła. Ona cerowała jego skarpetki, gotowała, sprzątała, szeptała pacierze, wyglądała z okna na ulicę. I tak im płynął dzień za dniem, jeden podobny do drugiego, bezbarwny, monotonny.

Aż nadeszła pamiętna, styczniowa niedziela 1973 roku. Dochodziła akurat godzina 18, na dworze paliły się już lampy, hulał mroźny wicher, a więc, jak łatwo odgadnąć, obydwoje grzali się w domowych pieleszach. Julia opatulona ciepłym swetrem drzemała w plecionym foteliku przy kuchennym piecu, kiedy znienacka poderwał ją na nogi jakiś rumor i przeraźliwy krzyk Romea. Dobiegał z jego pokoju i sądząc z tonu zwiastował jakąś straszliwą tragedię. Co tchu w płucach pobiegła więc tam.

Kiedy  przestąpiła  próg  gabinetu (tak nazywali to pomieszczenie), oniemiała ze zgrozy. Stół i biurko wywrócone były do góry nogami, na podłodze leżały w nieładzie części garderoby i bielizny, wywleczone z szafy, w drugim końcu pokoju dwa połamane krzesła, w rozbitym oknie powiewała firanka. On stał pod ścianą blady, trzęsący się i rwąc resztki włosów z głowy, lamentował:

– Bandyci, złodzieje! Ukradli mi wszystkie oszczędności, na żebry teraz pójdę… Gdzie jest milicja, łapać tych szubrawców!
– Co się stało? – spytała przerażona i już pochlipująca Julia.

Romeo długo nie mógł się uspokoić, w kółko powtarzał te same słowa, aż wreszcie zdobył się na nieskładną relację dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się przed chwilą. Z opowieści biedaka wynikało, że siedział sobie przy stole i popijając ziółka słuchał radia, nadawali akurat „czastuszki“, bardzo je lubił. Wtem usłyszał skrzypienie drzwi wejściowych w korytarzu, później stukot licznych butów i nawet nie zdążył wstać z krzesła, kiedy do pokoju wpadło trzech nieznajomych mężczyzn, którzy grożąc mu odebraniem życia zażądali pieniędzy. Powiedział, że nie ma żadnych. Wtedy oni, a wyglądali bardzo groźnie, w rękach trzymali jakieś metalowe sztaby i mieli twarze prawdziwych zbójów, zaczęli się z nim szarpać, poprzewracali meble, a znalazłszy te 30 tysięcy złotych, które miał w biurku, wybili szybę w oknie i wyskoczyli na zewnątrz.

– Na pewno ich widziałaś, kiedy uciekali – przekonywał Romeo Julię. -Tacy wielcy, jeden miał brodę. Musiałaś też słyszeć, jak meble przewracali, przecież dobry masz słuch.

– Myślałam, że mi się to śni – odrzekła Julia po dłuższym namyśle, kiedy Romeo dorzucił jeszcze garść szczegółów na temat owego wydarzenia.

Tego samego wieczoru w ich domu złożyli wizytę, wezwani przez Romea, miejscowi stróże prawa. Dokonali oględzin miejsca napadu, wysłuchali wypowiedzi obydwojga staruszków i spisali protokół. Rozpoczęto dochodzenia, które rychło utknęły jednak na martwym punkcie, gdyż rabusie nie pozostawili po sobie, krom bałaganu w gabinecie, żadnych śladów. Do rysopisu oprychów, podanego przez Romea, pasowało wiele osób, które jednakowoż potrafiły wykazać się alibi, zaś sąsiedzi ofiar napadu nie mogli nic istotnego dorzucić do sprawy. I pozostałaby ona może niewyjaśniona do końca, gdyby pewnego dnia Romeo nie zachorował. Przewieźli go do szpitala i kiedy wydawało się, że jego koniec jest już bliski, poprosił pielęgniarkę, by zadzwoniła po oficera, który prowadził śledztwo w sprawie tamtego napadu. Przyszedł, siadł przy szpitalnym łóżku, zapytał staruszka o  zdrowie i cel, w jakim został wezwany. Na to Romeo, że nie wie, ile mu jeszcze godzin życia zostało, więc chciałby się wyspowiadać. Ksiądz już był, chodzi o inną spowiedź, w sprawie tych 30 tysięcy, które mu mieli zrabować.

– Wymyśliłem to wszystko – rzekł. – Sumienie mi nie dawało spokoju, więc poprosiłem by pan przyszedł, bo chciałem wszystko wyjaśnić.

Długo się zwierzał. Opowiadał najpierw, jak to w młodości, przed wojną, ciężko pracował, po to aby postawić kiedyś własny dom, najpierw jeden, później drugi. Jak przeszedł na emeryturę, sprzedał ten pierwszy, by odłożyć sobie pieniądze na czarną godzinę. Był oszczędny, jego konkubina wręcz odwrotnie. Nazywała go starym sknerą, mówiła, że ją głodzi. Być może miała rację… Namawiała, by dał jej część tych pieniędzy, ale on nie chciał się na to zgodzić. Molestowała go jednak, nalegała. Wpadł więc na pomysł, że spłata jej figla i coś takiego wykombinuje, by odczepiła się wreszcie od jego oszczędności. Wymyślił napad. Tamtej niedzieli, kiedy to zdecydował się zrealizować swój plan, poczekał najpierw aż ona się zdrzemnie, później poszedł do gabinetu, poprzestawiał meble, co było bardzo trudne i na koniec zaczął krzyczeć. Wtedy przybiegła i wszystko jej wmówił.

– No dobrze, a gdzie schował pan te pieniądze? – spytał oficer.
– Mam je tutaj przy sobie, w materacu – odparł staruszek uśmiechając się chytrze. – Jest ich zresztą znacznie więcej, niż podawałem.

W kilka dni po owej „spowiedzi“ stan zdrowia Romea, jak to często bywa w podobnych przypadkach, najwyraźniej się polepszył. Wypisano go ze szpitala i wrócił do domu, do swojej Julii. Ze względu na jego podeszły wiek prawo nie wyciągnęło żadnych konsekwencji z fałszywego donosu. Jak plotka niesie, resocjalizacją Romea zajęła się jednak energicznie Julia i nie ma przy niej teraz nieszczęśnik zbyt łatwego życia. Widać dosięgła go zza grobu zemsta mistrza Williama, że tak zbrukał swym skąpstwem imię wiecznego kochanka.

Tyle stary tekst. Latka lecą, dzisiaj, kiedy sam do osiemdziesiątki mam rzut beretem, chyba lepiej rozumiem Romea.

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.