Lucy Wielka Mistrzyni 4

Tibor Jagielski

Lucy i motyl    

– Raz śniło mi się – powiedziała Lucy, piorąc wraz z  gromadką uczennic dywan w strumieniu – że jestem motylem, fruwam sobie z kwiatu na kwiat, zapominam kim byłam poprzednio i w kompletnej szczęśliwości bycia motylem zasypiam.
– I budzę się w mojej sypialni przy palenisku.
– Teraz nie wiem – kontynuowała Lucy. – Czy jestem człowiekiem, któremu się śniło, że jest motylem, czy też motylem, któremu się śni, iż jest człowiekiem.

Lucy i żółw  

Pewnego pięknego, wiosennego dnia, kiedy Lucy stała nad strumieniem i łowiła pstrągi, przybyli nagle dwaj wysłannicy krajowej rady ministrów i oświadczyli, że książę życzy sobie, aby wielka mistrzyni została wielkim kanclerzem księstwa.
Lucy nie przerwała zajęcia i nie odwracając się, powiedziała:
– Słyszałam, że w stolicy zmarł liczący trzy tysiące lat stary święty żółw, a książę pochował go w  świątyni przodków.
– Jak myślicie –rzuciła pytanie Lucy – czy ten żółw chciałby być wielbiony w skrzyni, czy też machać ogonem w błocie?
– Bezsprzecznie wolałby być żywy – odpowiedzieli posłańcy księcia –  i machać w błocie ogonem.
– Widzicie! – zawołała Lucy, łapiąc dorodnego pstrąga – ja też wolę machać ogonem!

Lucy i spokój

Lucy zapytana pewnego zimowego, mroźnego poranka, czy poznania i oświecenia należy szukać w spokoju, odpowiedziała:
– Niewątpliwie, ale weźcie pod uwagę, że zebrane podczas spokoju doświadczenia nie należą często do najprzyjemniejszych –  i wskazała ręką na kaczki baraszkujące na zamarzniętym stawie. – Gdyby moje ptaki zdecydowały się na spokój, zamiast biegać po lodzie, to stwierdziłyby, że przymarzają  do niego stopami.

Wśród nocnej ciszy

English please read HERE

Tekst Anny Alboth z Guardiana (patrz link powyżej) został przetłumaczony na polski przez Jacka Pałasińskiego i opublikowany na Drugim Obiegu, jego codziennych facebookowych doniesieniach na temat polityki polskiej i światowej. Doniesienia te są wspaniałym dziełem; reblogowałam tu już kilka z nich i zachęcam wszystkich do podjęcia próby zaprzyjaźnienia się z panem Jackiem na Facebooku, po to, żeby móc prawie codziennie czytać rzetelną “prasówkę”, pełną faktów nieznanych szerszemu ogółowi i wspaniałych, ciętych, a zarazem pełnych najgłębszej empatii komentarzy.

Piszę, “spróbujcie się zaprzyjaźnić”, bo możliwe, że się to nie uda. Jacek Pałasiński ma 4999 przyjaciół na Facebooku i wygląda mi to na liczbę nieprzekraczalną.

Wesołych świąt, moi mili, nie zapomnijmy postawić na stole pustego talerza dla bezdomnego, chorego i głodnego uciekiniera, bo może uda mu się do nas dotrzeć. Pan Jacek też o to prosi, choć brzmi w tej prośbie inny ton niż w tym, co ja tu napisałam, choć słowa są te same. Zresztą sami zobaczcie.


Anna Alboth with refugees in Narewka, Poland, near the Belarus border. ‘We cannot take people with us or drive them to a safe place. That would be a criminal act.’ Photograph: Jana Cavojska/SOPA/Rex/Shutterstock

Jacek Pałasiński, Drugi Obieg, Facebook, czwartek, 16 grudnia 2021

„Guardian” publikuje dramatyczny artykuł Anny Alboth, wolontariuszki z Grupy Praw Mniejszości. Przeczytajcie!

Anna Alboth

W mojej głowie ciągle trwa myśl: „Mam w domu dzieci, nie mogę iść do więzienia, nie mogę iść do więzienia”. Polityka jest poza moim zasięgiem i poza zasięgiem ofiar na granicy polsko-białoruskiej. To ironia losu, że na tej granicy zgromadziło się ponad 50 ekip medialnych, ale Polska jest jedynym miejscem w UE, gdzie dziennikarze nie mogą swobodnie relacjonować.
Tymczasem zbliża się sroga północnoeuropejska zima, a moje palce marzną w ciemne, śnieżne noce.
Sytuacja graniczna pokazuje przepaść między tym, co legalne, a tym, co moralne. Przebija wysiłki tych, którzy działają na rzecz ratowania życia. Jedyne, co możemy zrobić my, aktywiści w lasach na granicy polsko-białoruskiej, to zanieść wodę, żywność i ubrania zdesperowanym ludziom. Jednak wykonanie tego podstawowego aktu humanitarnego wymaga ukrycia. Musimy się ukrywać i przekradać przez lasy. Zwrócenie uwagi straży granicznej, policji czy wojska wymusiłoby kolejne przegnanie.
Wśród drzew spotkałam różne grupy: rodziny, matki z dziećmi, ojców z niepełnosprawnymi dziećmi, osoby starsze i osoby z najsłabszych mniejszości świata – etnicznych, religijnych i LGBTQ+. Szukali wolności, ale od sierpnia są wypychani na Białoruś 5, 10, a nawet 15 razy.
Na nocne spacery mam na sobie duży plecak pełen termosów z ciepłą zupą, skarpetek, butów, kurtek, rękawiczek, szalików, czapek, plastrów, lekarstw i powerbanków. Chodzę w ciemności i chowam się za drzewami, gdy słyszę helikoptery lub widzę reflektory policji. Słyszę plusk zupy w pojemnikach na plecach, słyszę mój oddech – nikt nie nauczył mnie skradania się i niewidzialności, jak zawodowego żołnierza. Od lat zajmuję się prawami człowieka, odwiedziłam większość granic UE i obozy dla uchodźców, ale nigdy nie bałam się, że podczas poruszania się trzeszczą gałązki pod moimi stopami ani tym, że szeleszczą drzewa nad moją głową.
Z osobistych historii i dowodów zebranych przez Minority Rights Group International wraz z kolegami z Grupy Granica, sojuszu 14 polskich organizacji społeczeństwa obywatelskiego reagującego na kryzys, wiemy, że co najmniej 5000 osób było w lasach i że obecnie jest tam co najmniej 1000. Jesteśmy w kontakcie ze wszystkimi: zdesperowanymi ofiarami obrzydliwej gry o władzę między państwami.
Za każdym razem, gdy odpowiadamy na telefon od kogoś w potrzebie, jego matki wciąż w Iraku lub Afganistanie, albo kuzyna z Berlina, zabieramy plecaki na ramiona i ruszamy. Dzień i noc – długo po tym, jak świat stracił zainteresowanie. Czasami szukamy ludzi godzinami. Czasem, ze względów bezpieczeństwa, wielokrotnie zmieniają miejsce pobytu. Czasem starsze babcie lub małe dzieci, które nie mają już sił na chodzenie, utknęły na polskich bagnach. Teraz, gdy lasy pokrywa śnieg, a ludzie nie mogą do nas dzwonić, bo ich telefony zostały zniszczone przez polską armię, używamy kamer termowizyjnych.
Spotykamy przerażone oczy, wycieńczone twarze, ciała zniszczone zimnem, rozpaczliwie pozbawione odporności po tygodniach spędzonych w lodowatym, wilgotnym lesie. Zamarznięci, spragnieni, głodni ludzie. Nie miałam pojęcia, co oznacza głód. Dawałam kawałek czekolady moim dzieciom, kiedy narzekały przed obiadem. Czytałam statystyki ubóstwa i podręczniki do historii. Nic nie wiedziałem o głodzie.
Ludzie na granicy polsko-białoruskiej nie jedli od tygodni. Co kilka dni, po gwałtownym odepchnięciu ich od zasieków z drutu kolczastego, mogą dostać starego ziemniaka od białoruskiego żołnierza, jeśli mają pieniądze. Podzielą się tym z dziećmi. Od wielu dni nie mają nic do picia. Albo piją wodę bagienną lub deszczową, która powoduje skurcze żołądka i ogłuszający ból głowy, jeszcze bardziej ich osłabiając. Pozostawienie im wystarczającej ilości jedzenia i wody na kilka dni jest niemożliwe: nikt nie ma siły, by tyle dźwigać. Nie możemy zabrać ze sobą ludzi ani odwieźć ich w bezpieczne miejsce. To byłby czyn przestępczy. Ale pozostawienie tych ludzi na pastwę powolnej śmierci nie jest przestępstwem.
Gdzie jest Czerwony Krzyż, Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Migracji i agencja ONZ ds. uchodźców? Te organizacje, które działają nawet w strefach wojennych? Czyż zabiera się żywność i wodę najbardziej niebezpiecznym przestępcom? Czy 5-letnia Elina jest bardziej niebezpieczna, kiedy jest mniej godna? Ma epilepsję, ale nie ma lekarstwa. Spotkałam ją w lesie z dziewięcioma innymi Kurdami, wszyscy bez butów. Przetrwali wojny i naloty w ojczyźnie, ale mogą zamarznąć na śmierć w polskim lesie. Podczas każdego odepchnięcia polscy i białoruscy oficerowie zabierają im wszystko: pieniądze, ubrania i obuwie.
Jesteśmy w kontakcie. Jeśli uda im się ukryć swoje telefony, możemy się komunikować. Dzielą się zdjęciami i filmami białoruskich psów. Pokazują mi kąsane rany, jeśli spotkamy się po polskiej stronie. Płaczą. Proszą o radę. Nie chcą opowiadać swoim rodzinom o swojej trudnej sytuacji, ale potrzebują kogoś, z kim mogą porozmawiać.
„Piąty push-back. Przy szóstym się zabiję”.
„Straciłem syna, ma astmę. [Ostatni raz, kiedy dzwonił to [było] trzy dni temu. Wiesz gdzie on jest?”
“Kiedy przyjdziesz? Czy masz wodę? Nawet kroplę?”
Poddani kampanii dezinformacyjnej uchodźcy otrzymują sprzeczne doniesienia służb białoruskich, które rozpowszechniają formularze o osiedleniu się w Polsce lub Niemczech. Budzi to nadzieje na bezpieczną podróż. Ale prawdziwym celem jest rozbicie ich na polskiej granicy, aby wywierać presję na UE. Niektóre niepokojące doniesienia sugerują, że migranci są zmuszani do udziału w przemocy w ramach białoruskich prób prowokowania polskich funkcjonariuszy.
Ryzykując eskalację przemocy, my, aktywiści w lasach, pragniemy przypomnieć światu, że uchodźcy nie są agresorami. Są zakładnikami reżimu Łukaszenki, który wykorzystuje ich do swoich celów.
Polacy przysyłają mi wiadomości: „Gdzie mam wysłać ciepłe i ciemne ubrania?” „Jaka jest sytuacja na granicy? Media pokazują nam tylko filmy autorstwa polskiego ministerstwa lub władz białoruskich”. „Płaczę, kiedy kładę dzieci do snu. Proszę, napisz coś, co może pomóc”.
Dunja Mijatović, komisarz Rady Europy ds. praw człowieka, spędziła cztery dni w Polsce i przyjechała z nami w teren. Powiedziała: „Największą siłą ruchu pomocy uchodźcom i uchodźcom z pogranicza polsko-białoruskiego są mieszkańcy okolicznych miejscowości – w strefie zagrożenia i przy niej. To ich współczucie i empatia przedłuża życie ludzi w lesie. Ich odwaga i bezinteresowność. Ich dobro ratuje życie”.
Oczywiście inni widzą to inaczej: ludzie pomagający na granicy to „wrogowie narodu”, „agenci Łukaszenki”, „winni niszczenia wartości europejskich”, „ci, którzy zapraszają tu terrorystów”.
Jesteśmy winni, że spragnionym zostawiamy w lesie bukłaki z wodą. Jesteśmy winni dzielenia się zupą. Wkładania butów na zmarznięte stopy, które nie mogły się już ruszyć. Jeśli pomaganie jest nielegalne, czy w ogóle rozumiemy, czym jest przestępstwo”?

***
Cóż może dodać autor Drugiego Obiegu, piszący o sobie D.O.?

Wesołych świąt Bożego Narodzenia, klerze!
Wesołych świąt, katolicy!
Spokojnych i radosnych świąt, bardzo religijne sfery partyjno-państwowe!
Pogodnych, rodzinnych świąt Polacy!
Nie zapomnijcie o dodatkowym talerzu na wigilijnym stole!

***

Przypominam:

Tu można wpłacać pieniądze, które naprawdę dotrą do tych, niosących pomoc tam na granicy: Grupa Granica.

Wpłacajcie! Do zakończenia aktualnej zbiórki zostało jeszcze 7 dni! To dzięki naszym wpłatom osoby w terenie, ale też prawnicy, psycholodzy i cała armia dobrych ludzi może robić to, co robi. Dziękuję: https://zrzutka.pl/8br4cy

Zimowe odloty

Teresa Rudolf

Zimowa bajeczka 

Drzewko, ostatnio tak nagie,
dziś nagle w przepięknej
sukni panny młodej.

Śnieżutko-białe, niewinne, 
w białej kuszącej pościeli, 
puszyście wyzywającej. 

Drżenie oczekiwania,
gdzież, ach gdzież,
drży też i wybraniec?

Dzień przedziwnie piękny,
złota lampa na niebie,
fajerki słoneczne…

Ale Pan Młody ciągle nie tu,
jeszcze nie tu, 
a nadzieja topnieje.

Topnieje, topnieje…
i stopniała… czekać
nie warto, już nie.

Znów stoi nagie drzewko,
“a…może na wiosnę?”
…ale już nie na biało…
bo tak, chcę tylko raz”…

Odloty i odpływy

W ciszy tej wieczornej,
widzę znów odbicie dnia,
rwącego jak rzeka.

Odpłynął już zawirowany, 
topiąc słońce zimowe
w milion-karatowym złocie.

Odleciał kolorowy ptak, 
trzepocząc chwilkami,
ten czasu złodziej, 

Jakaś sroka skrzecząca. 

Więc…
w ciszy tej wieczornej
widzę znów odbicie dnia,
gdy wieczór zamienia 

sztabki złota, 

…na wiszącą nad głową
srebrzystą firanę w gwiazdy
i księżyce…

Nihil novi sub Jovi

Gefunden von Brigitte von Ungern-Sternberg:

Flüchtlinge im 18. Jh.

Liebe Ela, liebe Ewa, liebe LeserInnen, eine Freundin schickte mir einen Artikel zu der Flüchtlingssituation in Kreuzberg im 18. Jahrhundert, in voller Länge unten.
Flüchtlinge damals waren Hugenotten und Böhmische Brüder.
Daraus ein kleiner Abschnitt:

Rixdorf Erinnerungstafel (Wikipedia)

Trotz Androhung schwerer Strafen flüchteten zwischen 1710 und 1760 tausende Böhmen in die sächsische Oberlausitz, nach Groß-Hennersdorf und Herrnhut, sowie nach Gerlachsheim (heute Grabiszyce) in Schlesien. Das Städtchen Herrnhut hatte Nikolaus Ludwig Graf von Zinzendorf und Pottendorf eigens für die “Exulanten”, wie sich die böhmischen Glaubensflüchtlinge selbst nannten, gegründet. Die Gegend war aber zu arm, um ihnen dauerhaft Asyl zu gewähren. So machen sich Anfang Oktober 1732 etwa 500 Böhmen unter der Führung ihres Predigers Jan Liberda zu Fuß auf den Weg nach Berlin. Ihre Ankunft am Halleschen Tor wurde jedoch vom König, von den Behörden und den Berlinern vollkommen ignoriert. Die Böhmen nagten am Hungertuch, hatten weder Bleibe noch Dolmetscher und kampierten unter freiem Himmel. Er brauche nur nützliche Menschen und keine Bettler, ließ Friedrich-Wilhelm verkünden – dabei waren unter den Böhmen durchaus Fachkräfte vor allem aus der Textilverarbeitung.

Nach über zwei Jahren besann sich der allergnädigste König eines Besseren und  fing an diese Glaubensflüchtlinge zu unterstützen, siedelte sie in Rixdorf (Neukölln) an.  
Die damaligen Berliner Einheimischen sahen die Neuankömmlinge mit Misstrauen – anderer Glauben, andere Sprache, Konkurrenten…  –  ein typischer Reflex, wenn Flüchtlinge hereinströmen. 

Der ganze Artikel, geschrieben vom ehemaligen Direktor des Kreuzbergs Museums, Martin Düspohl, HIER:

Palermo 2021

Johanna Rubinroth

Ale ci bogowie tu nie mają fajnie, strasznie muszą się męczyć. / Aber diese Götter hier, die haben es nicht gut, sie leiden schrecklich. / But these gods here don’t have it nice, they are in terrible pain.

Szczęśliwym się człowiek staje wtedy, jak się nogę złamie. / Man wird glücklich, wenn man sich das Bein bricht. /One becomes happy when one’s leg is broken.

A poza tym to w Palermo jest tak: / Außerdem sieht es in Palermo so aus: / But never mind, Palermo is OK:

Drzewa w Palermo. / Bäume in Palermo. / Trees in Palermo.

I… / Und…/ And…

Łucja, żaden autorytet 14

Łucja Fice

Apel do rozsądku

Nie jeden raz pisałam, że żyjemy w czasach ZŁA. Mówiłam i pisałam już od roku 2015, kiedy zaczęła się mega emigracja. Pisałam o moich przeczuciach i wizjach przyszłości w ostatniej powieści Druga strona grzechu.
Jesteśmy teraz w kulminacyjnej fazie walki DOBRA ze ZŁEM. Może komuś otworzę oczy? Uważam, że TERAZ powoli zaczynamy stąpać na gruzach walącego się systemu, do którego dopuścił obecny system. To system obłędu i strachu, do którego doprowadziło ZŁO. Propaganda przekupionych polityków, którzy w przekazach medialnych głównego nurtu doprowadzają ten świat w kierunku obłędu i umysłowego zniewolenia.
Osobiście zachowuję dozę zdrowego rozsądku i wiary w siebie, jako wolnego człowieka, nie poddałam się terrorowi kłamstw. Czy Państwo wiecie co zrobili Japończycy ze swoim przemysłem po II Wojnie Światowej? (temat do zgłębienia.) Całe życie zadawałam pytania i teraz zadaję o przyszłość POLSKI i EUROPY. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wielu z nas brakuje poczucia rzeczywistości w najbardziej podstawowych sprawach, wszystkiego co nas otacza i tego co nas dotyczy. Wielu z nas wydaje się, że są realistami, materialistami, ale w rzeczy samej są najbardziej abstrakcyjnymi teoretykami, jakich możemy sobie wyobrazić. Są całkowicie wypchani czystymi teoriami, śnią o teoriach, nie będąc świadomi, że to tylko sen. Kiedy już ktoś przypadkowo przebudzi się, przecierając oczy przytomnie zreflektuje się, że dał się strasznie oszukać.
Wychowana jestem na słowie DEMOKRACJA. Uczono mnie, że DEMOKRACJA ma przeniknąć świat i tylko ona jest lekiem na całe ZŁO. Co ludzie DZIŚ wiedzą o tym, czym jest DEMOKRACJA? Żonglują tym słowem, biorąc je za PRAWDĘ. Pewne elity (finansjera) usypiają całą rasę ludzką iluzją tego pięknego słowa. Jeśli będziemy nadal żyć tą iluzją, to otrzymamy pojęcie demokracji nie takiej o jakiej marzymy, bo za sznurki pociągają nieliczni, usypiając ludzkość abstrakcyjnymi pojęciami. Tak! Obecna DEMOKRACJA, ta teatralna sztuka, za kurtynę której obecnie zaglądam, nie jest wcale taka, jak myślimy, że jest. Wmawia się nam, że żyjemy w demokracji, to w nią wierzymy i nie zauważamy, jak jesteśmy manipulowani przez grupy ZŁA. Usypia się nas abstrakcyjnymi pojęciami, na podstawie wcześniej przeprowadzonych eksperymentów, które dowodzić mają, że psychika ludzka jest słaba i poddaje się wszelkiej manipulacji. Dlatego można całkiem dobrze nas uśpić, tak byśmy uwierzyli w oszukaną rzeczywistość i brali ją za PRAWDĘ. Elicie elit (największy kapitał) udało się rasę ludzką omamić, zaczarować tym pięknym słowem, jakim jest DEMOKRACJA i jednocześnie wykorzystać to słowo, jako narzędzie zbrodni, czyli wyzysku ludzkiej wspólnoty. To finansiści są wrogami demokracji i stoją za jej parawanem w tym TEATRZE. SZTUKA jest dobrze skrojona na miarę XXI wieku i jej technologii. Możnowładcy tego świata ukrywają swoje metody wyzysku pod pięknymi aksjologicznymi cytatami na przykład: DOBRO CZŁOWIEKA, EKOLOGIA, LGBT i setki innych. Przywódcy w swoich finansowych instytucjach traktują je jako środek obronny przeciw ewentualnemu buntowi ludzi. Mają już technologiczne narzędzia, by nas zniewolić i nie dopuścić do buntu, na przykład za pomocą broni elektromagnetycznej. Marzyło się to im od wieków ale nie mieli narzędzi. Co z tego, że wielu z nas już pojmuje istotę zagrożenia, że wielu zaczyna rozumieć prawdziwe znaczenie słowa DEMOKRACJA, które dziś zagrożeniem dla świata.
Moja konkluzja: Prawdziwa DEMOKRACJA nie zagrozi narodom, które ze sobą współpracują. Prawdziwa DEMOKRACJA, to nie antagonizmy i przeciwieństwa pomiędzy narodami. DEMOKRACJA, to nie izolacja i sanitarny terroryzm. To nie to samo, co dzisiejsza DEMOKRACJA zza kurtyny, która ma służyć uśpieniu mas ludzkich. Wywołuje dziś wydarzenia, które dotyczą losów całej ludzkiej rasy.
Finansiści opanowali świat i go wyzyskują. Osobiście przebywam w tej jak najbardziej realnej rzeczywistości i nie dam się zakłamać. Są we mnie naturalne impulsy, które nie pozwalają mną manipulować. Jestem w stanie stanąć stanąć z nim oko w oko, zmierzyć się z tym kłamstwem. Wiem, jak wielu rodaków piastując wysokie stanowiska, zaprzedało się mamonie. Otworzyłam już dawno oczy i zmysły dla realnych faktów i zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy, które ludzie uważają za dobre, już niedługo przestanie funkcjonować. Można to jeszcze zmienić, bo NADZIEJA umiera ostatnia.
W miejsce FAŁSZYWYCH słów trzeba wprowadzić PRAWDZIWE. Ludzkość musi zrozumieć, jak jest oszukiwana i manipulowana tym pięknie brzmiącym słowem, musi zrozumieć, jak ZŁO kontroluje i cenzuruje nasz świat.

Ostatecznie widzę nasz kraj odbudowany, nowy, inny, sprawiedliwy. Jakim kosztem?! Co stanie się po drodze. Ja wiem. W moich snach powtarza się liczba cztery i śpiew tysięcy ludzi, śpiew o wolności.

Don Quijote macht Striptease

Ela Kargol (Fotos) & Ewa Maria Slaska (Text)

Beginnen wir damit: Es ist ein fantastischer Don Quijote, der Mitte Dezember für ein paar Tage aus Potsdam kam. Heute noch kann man ihn um 18 Uhr in Berlin sehen, im Theaterforum Kreuzberg, sonst in Potsdam, wo er auch zum Jahresende aufgeführt wird, am 29., 30. und 31. Dezember.
Gastspiel Neues Globe Theater.

Es ist eine moderne Version von Don Quijote, für das Deutsche Theater Berlin nach Cervantes von Jakob Nolte verfasst. Kurz, bündig, an moderne Zeiten angepasst.

Also, was ist Barataria? Der Schauspieler wußte es nicht, woher sofort klar wurde, dass man im Stück von der Insel erzählen wird (dies lässt sich nicht vermeiden), der treue Knappe bekommt sie aber nicht.

Im Theaterflugblatt schrieb man von Don Quijote: Er unterliegt einem letzten Kampf gegen sein eigenes Spiegelbield und sich selbst in Unsinnigkeit seiner Handlungen eingestehen muss.

Es kling düster, tragisch, traurig. Man denkt, na ja, klar, armer Don Quijote, er war doch der Ritter von Traurigen Gestallt, erzwungenermasse wird also ein Stück, das von ihm handelt, unendlich düster. Und dann kommt man ins Theater, entsprechend in trauriger Gedanken versunken und trifft an fulminante Komödie, mit zwei fantastischer Schauspieler und einem unglaublichen Gitarristen un Komponisten, Rüdiger Krause, der mit eigenen und eigens dafür komponierten Werke bravourös das Geschehen auf der Bühne begleitet und ergänzt. Anachronistisch, ironisch, zielsicher und vortrefflich treffend treffen wir auf der Bühne zwei, die uns und unsere Zeiten durchs Kakao ziehen: Laurenz Wiegand als Don Quijote und Andreas Erfurth als Sancho Panza.

Gitarrist, Sancho Panza und Don Quijote. Nicht der Ritter, sondern der Knappe, so wird im Stück gemunkelt, wäre der geheime Hauptheld diese Geschichte. Der wahre Held. Hinter Don Quijote sieht man seine Ritterschuhe, ausgefertigt aus karierten Hauslatschen und getragen auf zwei verschieden farbenen Socken.

Passend zu Don Quijotes karierten Hausschuhen fungiert ebenfalls karierter Geschirrtuch in den Händen von Sancho Pansa. Man hätte nie vermutet, was so ein Geschirrtuch, weiß-rot kariert und gar etwas schmutzig, was solch ein Tuch also alles machen kann. Er ist Wappe und Waffe, Hut und Matratze (Luftmatratze!), Schild und Wand, manchmal Waschlappen und manchmal Handtuch.

So behaupten sich die beiden, eigentlich ohne Requisiten und ohne Szenenbild. Es kommen keine Prinzessinnen und keine Zauberer, keine Schafe und keine Dulcinea, und trotzdem sehen wir all das gespielt und erzählt von den beiden Protagonisten und musikalisch untermalt und betont von der Gitarre. Nur kampfen tun sie ganz sichtbar.
Die Liebe müssen wir uns vorstellen und die Freiheit. Den Ritt auf der mageren Stutte und die Windmühlen. Es gibt nicht, nur das Wort, Bewegung und Musik.

Und mittendurch – ein Striptease. Das sehr wohl bis zur nackten Gipfel zu bewundern ist.

Liebe Leser:innen, fährt nach Potsdam! Undbedingt!

Równoległy świat

Ewa Maria Slaska

Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.

W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?

Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.

Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.

W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.

Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).

Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!

Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.

A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.

Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?

Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.

Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017

Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?

Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.

Tylko…

Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.

Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?

Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?

PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.
I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.

A tu rzeczona pieśń

Z kim idę, za kim idę?

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam właśnie w (prawie) codziennym doniesieniu Jacka Pałasińskiego nt. polityki polskiej i zagranicznej na Facebooku, że podobno przeciętny człowiek z tzw. przeciętnej strefy białego człowieka posiada przeciętnie 330 tysięcy przedmiotów.

330 000 przedmiotów.

Ach, fuj, aż się myśleć nie chce.

Kusi, żeby policzyć, ile ja mam – tylko jak się to liczy? czy dwie skarpetki to dwie skarpetki, czy jedna para? Czy każdą bombkę choinkową osobno, czy pudło ozdób? Ryż? Kasza? Jabłka?

Nieważne. Na pewno mamy za dużo i jeszcze wciąż wszyscy oczekują, że się wymieni stare na nowe, zasłoni rury i wyrzuci rozchwierutane krzesło, spostponuje umywalkę z pajęczynką cienkich popękań i dzikie astry, które się same zasiały na balkonie. “Nie wymieniasz”, powiedział mi ktoś niedawno. Z przyganą? Ze zdumieniem? Nie sądziłam, że to widać. Myliłam się. Widać. Stare wyrzucamy. Wszystko musi być nowe i nowoczesne. A ja, jak w (dawnym) życiu – nie wymieniam. Przypomniałam sobie fragment książki Schmidt czyta Prousta. Berliński pisarz Jochen Schmidt opisuje pojemnik z enerdowską trutką na owady, który w latach dwutysięcznych (czyli, jak to się dziś mówi, zerowych) wciąż jeszcze stoi na taborecie w jego wiejskim domu w Brandenburgii. Pisałam o tym i dużo o tym od tego czasu rozmyślałam.

Niedziela, 20.8.2006, Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem. Spray na muchy produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt od ponad trzydziestu lat stoi niezmiennie nieużywany w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo ci co ten dom budowali, dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, ograniczyłbym się do jak najmniejszych poprawek, do prowizorki, która latami by wypełniała swoje zadania, stosowałbym tylko jakieś znalezione materiały.

***

Na facebooku znalazłam nowe grafiki Czesława Tumielewicza z cyklu Don Kichot.

Są zdecydowanie inne niż te poprzednie, bardziej wyraziste, mniej oniryczne i mniej barwne. Być Don Kichotem to nie jest miękki, kolorowy sen, to twarda rzeczywistość, która rani przy każdym podmuchu wiatru.

Dawniej Don Kichot był taki – i jakby kto go chciał kupić, np. pod choinkę, to niech znajdzie artystę na Facebooku. Drzeworyt kolorowany akwarelą, 350 złotych.

Przepraszam Czytelnika każdej płci i niepłci, że dodam tu dłuższy wywód o mnie samej. Bo oto pisząc to, co piszę (a napisałam to w tworzonej właśnie powieści o pokoleniu Solidarności), zrozumiałam ni stąd ni zowąd, w proustowskim wręcz olśnieniu, że od lat zajmowali mnie starzy biali mężczyźni, którzy całe życie idą. Idą i nic nie mają, a jeśli mieli, to zrezygnowali, stracili lub im odebrano.

Dariusz Bogucki, mój ojciec, żeglarz polarny

To archetyp mojego ojca, stary biały mężczyzna, który całe życie szedł. Jak byłam dzieckiem, ojciec był jeszcze młody, ale już wtedy był siwy, a poza tym dla dzieci wszyscy ludzie, którzy nie są dziećmi, są starzy.

Najpierw więc czytałam Odyseję.
Potem przez lata zbierałam informacje o Ahaswerusie, Żydzie Wiecznym Tułaczu. Legenda głosi, że był szewcem w Jerozolimie. Miał dom, który mu służył za warsztat, przy drodze prowadzącej na miejskie miejsce kaźni – Golgotę. Podobno Jezus idąc na Golgotę poprosił go o łyk wody. Odmówił. Idź swoją drogą, człowiecze, miał mu powiedzieć, a Jezus odparł, tak pójdę, ale i ty pójdziesz i nigdy nie ustaniesz. Zgodnie z legendą Żyd Wieczny Tułacz poszedł wtedy przed siebie i tak idzie dziś i po wsze czasy.
Markiz Bonifacy d’Oria był renesansowym bogaczem. Posiadał ogromne majątki na południu Włoch, a kiedy przystał do reformacji, zrezygnował z majątku, zabrał worek złota i cztery beczki książek i przez kilkadziesiąt lat wędrował po Europie, aż stary i ślepy dotarł do Gdańska, gdzie oddał swoje księgi Radzie Miasta Gdańska w zamian za rentę w wysokości jednego guldena miesięcznie. Zbiory markiza przetrwały do dziś w bibliotece Polskiej Akademii Nauk, tej, która ściana w ścianę sąsiaduje z liceum numer jeden w Gdańsku, czyli liceum, do którego chodziłam. Pisałam o nim przez wiele lat.
Alonso Quijano to Don Kichot, bohater, który wędruje po Hiszpanii, próbując pokonać Zło i zaprowadzić Królestwo Dobra. Trzeci zastępczy ojciec, zajmuje mnie od wielu lat. Na tym blogu jest o nim kilkaset wpisów.

Wszyscy wierzyli w Utopię, czyli miejsce bez miejsca. Ja też.


Wielu starych białych mężczyzn i nie mówcie mi, że Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz, był Żydem i wcale nie był biały, bo oczywiście w europejskim odczuciu, tak jak Jezus był białym człowiekiem, tak i inni osobnicy pojawiający się w Biblii, są umownie biali. Każdemu z tych mężczyzn oddałam wiele lat mojego intelektualnego życia, znacznie więcej niż kiedykolwiek poświęciłam jakiejkolwiek kobiecie, na przykład Nauzykai, która pojawia się tu nie bez przyczyny, ponieważ jest kobietą z Odysei, a przeczytałam o niej po raz pierwszy, gdy miałam siedem lat. Umiałam już czytać, leżałam chora w łóżku i kwękałam, że chcę coś do czytania, bo nic już nie mam. I rzeczywiście, przeczytałam już dawno wszystko, co było w naszej dziecinnej biblioteczce i wizja spędzenia w łóżku całego dnia bez książki była przerażająca. Ojciec wychodził do pracy, nie miał czasu na moje marudzenie, wszedł do swojego pokoju i wyjął z półki swoją ulubioną książkę, czyli Odyseję w przekładzie Jana Parandowskiego. I gdy teraz myślę o tym (a myślę o tym, uwierzcie mi, proszę, po raz pierwszy, teraz właśnie, pisząc do Was to, co piszę), to myślę, że wzorem tych wędrujących po świecie białych mężczyzn, którzy tak mnie przez całe moje życie zajmowali i o których mnóstwo napisałam, byli po równi Homer i mój ojciec. Zawsze myślałam, że zawdzięczam ojcu to, że sama wciąż i bez przerwy dokądś idę, jakby to było moje główne zadanie życiowe – iść. Dopiero teraz widzę, że zawdzięczam mu znacznie więcej, bo obsesję mojego życia, że idzie się po to, żeby znaleźć utopię, w Cervantesowskiej Baratarii, na Homerowej Scherii, wyspie Feaków, w Gdańsku albo na polarnej Wyspie Jan Mayen, do której ojciec dopłynął jako pierwszy polski żeglarz i bodaj czy nie drugi w ogóle. Przy okazji wyjaśniłam też sobie, niemal od niechcenia, dlaczego nieustannie czytam Prousta, dlaczego zajmował mnie Platon i skąd się wzięła moja wiara w magię wysp.

Idę i nic nie mam, aż dziwne, że nie jestem starym białym mężczyzną.

Fota Brigitte von Ungern-Sternberg

Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.