Einsteigen bitte

Ewa Maria Slaska; pomysł opowiadania we wpisie – Konrad

Bardzo lubię znajdować na ulicy kartki książek i z kilku stron, albo zdań odgadywać, co to jest za publikacja. Najchętniej korzystając z własnych domysłów, ale, jak się nie da inaczej, wpisując jakieś słowa do wyszukiwarki.

Wielokrotnie bawiłam się tak sama ze sobą i z czytelnikami, wielokrotnie w konsekwencji takiej zabawy wypożyczałam zidentyfikowaną książkę z biblioteki lub ją kupowałam.

Zainteresowani mogą poszukać sobie na blogu takich moich zabaw. Jedna z nich jest TU. Tym razem jednak nie udało mi się odtworzyć, kto jest autorem tych kilku stroniczek. Znalazłam je na stacji metra. W przeciwieństwie do kartek znajdowanych na ulicy, te były czyściutkie, wręcz wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie czytał, a tylko położył tu kilka kartek z książki. Podrzucił. A może nie podrzucił, lecz zrobił wizualizację bądź inscenizację. Może miała w ten sposób powstać fotografia na okładkę książki, która dopiero zostanie wydana. To by tłumaczyło, dlaczego nie ma jej jeszcze w sieci.

Albert Einstein na berlińskiej stacji metra – ilustracja wykonana przez sztuczną inteligencję, zachęconą do podjęcia takiego tematu przez Konrada


To krótkie opowiadanie, dzieje się w Berlinie w roku 2022. Nie wiadomo zatem, ani kim jest autor, ani kim jest narrator i dlaczego może zrobić to, co może.


Wylądowałem na szczycie Kolumny Zwycięstwa. Zostałem uprzedzony, że tak właśnie będzie, bo moi poprzednicy też tu zaczynali. Stałem na górze i patrzyłem na szary park, rozciągający się wokół skrzyżowania. Gdyby była pogoda, mógłbym zobaczyć wielbłądy i małpy w berlińskim Zoo, ale było mgliście i niewiele było widać.

Na szczęście nie marznę. W ogóle nie jestem typem pogodowca. Nie przeszkadza mi upał, ani mróz. Jednak czasem mam na sobie ciężki zimowy płaszcza, a czasem lekką marynarkę płócienną. Nie dlatego, żeby płaszcz był mi do czegokolwiek potrzebny, ale nie mam się rzucać w oczy. Poza tym moi poprzednicy też mieli na sobie takie płaszcze. Oczywiście wiecie, o co chodzi, o ten film Wima Wendersa, zatytułowany Niebo nad Berlinem. Kiedyś kultowy obraz, ale teraz to określenie się raczej zdewaluowało.


W zeszłym roku do ONZ nadszedł list, w którym zapowiedziano moje przybycie na ziemię. W zwięzłych słowach Ziemianie zostali poinformowani, że postanowiono przywrócić do życia jedną osobę, taką, co do której cała ludzkość nie będzie miała wątpliwości, że tak, to właśnie jego albo ją należy ożywić. W liście podano tryb składania propozycji oraz sposób ich weryfikacji.

Propozycje musiały być złożone do 31 grudnia 2021 roku.

Ogłoszenie werdyktu nastąpi 22.02.2022.

Okazało się, że wybór daty nie był szczególnie fortunny, bo ludzie widząc ten ciekawy palindrom, stawali się nieufni i zaczynali węszyć oszustwo. Ale nikogo to nie obchodziło. Nieufni nie musieli składać propozycji, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Była tylko wyraźna prośba, żeby nie proponować osób prywatnych, ukochanej babci albo słynnego pradziadka. Oczywiście liczyliśmy się z tym, że mnóstwo ludzi tego nie posłucha. Był to nieunikniony koszt.

Propozycje lokalne wrzucało się do lokalnych skrzynek na listy lub oddawało bezpośrednio listonoszowi czy w urzędzie pocztowym. Listy musiały mieć wyraźny napis na kopercie: 1 osoba, 1 person, 1 Mensch, 1人, 1 човек, 1 člověk, 1 persoon, 1 inimene, 1 henkilö, 1 personne, 1 άτομο, 1 személy, 1名, 1 asmuo, 1 pessoa, 1 persoană, 1 человек i tak dalej.

Administracje lokalne wyznaczały miejsce gromadzenia tych listów i kierowały pracowników do ich sortowania. To na nich spoczywał ciężar usunięcia listów żartobliwych, anonimów, listów z pogróżkami i wymysłami, próśb o dofinansowanie, oraz propozycji prywatnych. Prace przy sortowaniu były najtrudniejszą częścią projektu, ale tak, jak się spodziewaliśmy, okazało się, że w każdym kraju znalazły się setki i tysiące wolontariuszy, którzy z przyjemnością poświęcili czas na to zadanie.

W punktach zbiorczych szybko okazywało się, jakie są lokalne, a potem na kolejnych szczeblach regionalne i krajowe preferencje. Niekiedy z góry wiedzieliśmy, że w takiej na przykład Polsce obywatele będą masowo wybierali Jana Pawła II, a we Francji Charlesa de Gaulle’a. Ale niekiedy spotykało nas zaskoczenie. Otóż Szwedzi typowali wprawdzie Olofa Palme, ale większość opowiedziała się za… Gretą Garbo i Królową Krystyną. Oczywiście chodziło o jedną i tą samą osobę, wiedzieliśmy zatem, że gdy dojdzie do podejmowania ostatecznych decyzji, to statystyki zadecydują, która z tych kobiet miałaby zdaniem Szwedów zostać tą jedną przywróconą do życia osobą.

Ponieważ sortowanie listów przypominało procedury głosowania listownego, w krajach, które umożliwiały taką formę wyborów, znacznie szybciej doszło do wytypowania jednego kandydata krajowego.

Następny krok był jednak znacznie trudniejszy, bo przestały nas interesować liczby osób głosujących. Każdy kraj musiał w jakiś specjalny sposób zaznaczyć, jak ważne jest, by wybór światowy padł na lokalnego kandydata. Nigdzie nie wolno też było podać nazwiska ani sposobu reklamy swojego kandydata. Ja jako Wielki Juror musiałem się domyślić, o kogo chodzi i jak się go reklamuje.

W USA, gdzie wybrano Michela Jacksona, w drugiej turze wyborów wszędzie od świtu do nocy puszczano piosenkę I am bad.

W Polsce na każdym domu wisiały portrety papieża i biało-żółte flagi.

W Szwecji wyświetlano Królową Krystynę na wystawach sklepowych, nad Rosją unosiły się flotylle latawców, jak komety ciągnące za sobą napisy Ленин все еще жив.

Włosi wybrali w końcu Zofię Loren i we wszystkich restauracjach podawano fettucine, zeppole, frittata i inne smakołyki z jej słynnej książki kucharskiej, W kuchni z miłością.

W Hiszpanii gołębie na miejskich placach przypominać miały Krzysztofa Kolumba, w Chinach – bardzo nowocześnie – wyhodowano nowy rodzaj herbaty, niebieskiej, którą nazwano herbatą Mao Tse Tunga i którą rozdawano za darmo w całym kraju, zwłaszcza tam, dokąd przybywali turyści, zakładając, że ja też przybędę tą drogą.

I tu właśnie kryła się tajemnica tego, jak dokonany zostanie ostateczny wybór. Nikt nie wiedział, kto jest osobą oceniającą i decydującą, nikt nie wiedział skąd przybędzie główny Juror i na czym oprze swój werdykt.

Sposób zachęcania do wyboru musiał mu się spodobać, musiał być oryginalny i musiał udowadniać, że nawet zwykłych ludzi interesuje to, by ich kandydat został wybrany. W ten sposób 5000 mieszkańców wyspy Kiribati miało takie same szanse na wytypowanie “tej jednej osoby”, co miliard Chińczyków i miliard dwieście tysięcy Hindusów, którzy wybrali oczywiście Buddę.

Bardzo mi się podobała myśl, żeby rzeczywiście wybrać propozycję mieszkańców wyspy Kiribati. Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku – jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej. Jest to też największy atol i największa wyspa koralowa na świecie. Na wyspie nie ma żadnych miast, są tylko cztery wsie, główna z nich nazywa się Poland, ku czci Polaka, inżyniera Stanisława Pełczyńskiego, który okazał się zbawicielem wyspiarzy. Rozwiązał bowiem problem nawodnienia plantacji drzew palmowych w czasie suszy i ugruntował tym samym dostatek całego kraju. Karibatyjczycy wybrali go jako “tego jednego człowieka”, co zaświadczyli przyczepiając do każdego drzewa palmowego na wyspie historię o tym, jak Pełczyński uratował ich od głodu i nędzy. Była właśnie pora sucha, palmy nawodniano metodą Pełczyńskiego, a wieczorami przy ogniskach tańczyli Karibatyjczycy, śpiewając piosenkę o santapeczynskim.

I być może rzeczywiście zdecydowałbym się na Pełczyńskiego, gdyby nie Berlin, a właściwie jedno dziecko, pewna mała podobna do elfa dziewczynka w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku.

Gdy zszedłem na dół z Kolumny Zwycięstwa, poszedłem na piechotę przed siebie. Nigdzie nie widziałem żadnej reklamy. Po kilku godzinach wciąż jeszcze nie wiedziałem, na kogo Niemcy się w końcu zdecydowali. Wiedziałem tylko, że rozważali kandydaturę Marcina Lutra, Alberta Einsteina i Angeli Merkel, choć ta wciąż jeszcze żyła; ale rozumieliśmy intencje tych, którzy ją typowali. Gdyby umarła, to mielibyśmy ją ożywić. Po długim spacerze wsiadłem wreszcie do metra i usłyszałem z głośnika na stacji cichy głos, który mówił “Einstein, bitte”. Uznałem, że to bardzo ciekawa metoda zachwalania kandydata. Rzeczywiście, ilekroć wsiadało się do metra, zawsze i wszędzie jakiś głos mówił “Einstein, bitte”.

Bardzo przekonujące. Jeździłem metrem przez wiele godzin, przesiadałem się z jednej linii na drugą i wszędzie słyszałem ten głos, zachęcający mnie: “Einstein, bitte”. Było to ciekawe, ale wciąż jeszcze sercem byłem w Karibati. Pod wieczór, niemal już zatem zdecydowany, by jednak wybrać Pełczyńskiego, zobaczyłem nagle tę dziewczynkę w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku. Wsiadła z rodzicami i biegała pomiędzy nimi, wołając z przejęciem: “Einstein, bitte, Einstein, bitte, bitte, bitte” – proszę, proszę, wybierzcie Einsteina.

I tak to, proszę Państwa, dzięki tej małej tak przejętej dziewczynce, 22.02.2022 roku przywrócimy do życia Alberta Einsteina, autora Teorii Względności.

Mucha Kierkegaarda 2

Poprawianie przeszłości

Ewa Maria Slaska

W zeszłym tygodniu zapytałam siebie i nas, czy Wielki Filozof, a miałam na myśli Sørena Kierkegaarda, o to, czy mucha…?

Więc co z tą muchą? Kierkegaard napisał o chłopcu, który dręczy muchę. Możliwe, że w innych pismach (szukałam, nie znalazłam) filozof odwoła to zdanie, w tym jednak, co zacytowałam, chłopiec dręczy muchę, bo nudzi się na lekcji, a autor nie uznaje tego za naganne.

Przez tę nieszczęsną muchę Kierkegaard będzie teraz czas jakiś patronował tej luźnej serii rozważań o etyce i współczesności.

Tak, o współczesności. Bo oto zacytowałam to zdanie Kierkegaarda z wyraźną intencją – nie podoba mi się, że filozof bezkrytycznie pozwala dręczyć muchę i chciałabym…

Po tym “i chciałabym…” pojawiają się różne możliwości.

Można by ten tekst sprzed prawie dwustu lat skomentować: w dzisiejszych czasach dręczenie muchy jest naganne.
Jest to reakcja autorytarna, zakłada, że dziś wiemy lepiej. Poza tym nuda i moralizowanie.

Można ten tekst usprawiedliwić. Takie były czasy.

Można też przeinterpretować: nie chciał tego powiedzieć, nie to miał na myśli, ba, on właściwie nawet nie krytykując, krytykuje.

Można ten tekst poprawić. Nie chce mi się nawet myśleć, jak, ale na pewno jakoś można ten tekst poprawić. Choć może ten akurat rzeczywiście nie da się poprawić, ale inne teksty, czy obrazy, miliony tekstów o przeszłości, które mówią o nas w przeszłości niedobre rzeczy, można zmienić.

Można wreszcie napisać wszystko od nowa. Pal diabli Kierkegaarda. Niech żyje minister Czarnek. Nie używamy słowa rodzice, piszemy ojciec i matka. To tylko jedna z wielu mądrości ministerialnych. W świecie poza Polską ten proces obywa się bez ministra Czarnka i został nazwany netfliksyzacją.

Gdy spojrzymy na rzeczywistość roku 2022, zobaczymy, że mucha Kierkegaarda jest okrutnym symbolem wszystkich naszych wysiłków etycznych. Cokolwiek robimy, głosimy, uznajemy za słuszne, jest po gombrowiczowsku podszyte ową muchą. Wciąż się z nią borykamy, wciąż się borykamy z przeszłością, wciąż przypinamy jej nowe gęby. Wciąż i bez przerwy.

Wszystko co mówimy my (my, a nie nasi przeciwnicy) jest na zawsze słuszne! Tak słuszne, że nie wolno Wam z tym dyskutować. A jeśli dyskutujecie, zaprzeczacie słuszności naszych przekonań, a zatem opowiadacie się po stronie przemocy, gwałtu, rasizmu, opresji i niesprawiedliwości.

Czy nie jest tak?

Pozwólcie, że nie ustalając żadnej hierarchii, wymienię tu kilkanaście najważniejszych trendów nt. etyki z ostatnich kilku lat, tych które sięgają w przeszłość. W ciągu tych lat normy na szczęście się zmieniły. Ideałem, miarą i wzorcem przestał być stary biały dziad. Teraz tę funkcję może pełnić dziecko, młody człowiek, istota odrzucająca płeć, niehetoronormatywny. To bardzo dobrze, ale ja nie o tym. Poniższa chaotyczna lista pokazuje, że to, co aktualnie przyjęliśmy za normę, automatycznie przenosimy w świat sprzed 50, 100 czy dwustu lat. Jest oczywiste, że jesteśmy przeciwni niewolnictwu, czy paleniu czarownic. Już wiemy, że nie tylko Indianie, ale nawet kobiety i dzieci mają duszę i właśnie walczymy o uznanie, że zwierzęta też mają duszę, a już dążąc w przyszłość spieramy się o to, czy może być, iż duszę (świadomość) ma wszystko, a więc również Ziemia i ziemia, woda, kamień, roślina.

Ale uznając słuszność tego, co napisałam powyżej, musimy jednak pamiętać, że świat, który minął opierał się na innych przekonaniach, innych prawach i innych normach. Dziwimy się może, że ludzie się na nie zgadzali, możemy ocenić, że byli ignorując prawa innych, okrutni i bezwzględni, ale nie możemy oczekiwać, że tego nie było!

Bo było!

Przy okazji, prawie że mimochodem, opowiadamy się za dosłownym traktowaniem tego, co dotarło do nas z tamtego świata. Nie interesuje nas, co “było”, ani co “autor miał na myśli”. Metafora, ironia, satyra, symbolizm, groteska, przejaskrawienie – co nas obchodzi, że to chwyty artystyczne? Przekazują niesłuszne treści. Biada! Precz.

Tu więc moja chaotyczna lista spraw, w której okazujemy anachroniczne wymagania, żeby nie było tego, co było.

I uwierzcie mi, nie jestem przeciwna tym tezom, ale wścieka mnie zaprzeczanie faktom, że to, co zwalczamy BYŁO i mieściło się w normach społecznych i prawnych, a etyka, która, jak się okazuje, jest córką czasu, przyzwalała na to, żeby się działo, jak się działo. Czyli że można było dręczyć muchę!!!!!

# metoo (mężczyźni nie mają prawa wykorzystywać swojego stanowiska; właśnie zaczynamy im to wybijać z głowy, biada, jeśli, zanim zaczęłyśmy naszą krucjatę, robili to, bo myśleli, że tak jest ok. Biada, jeśli nie wiedzieli, że nie jest ok.)
# czarna kobieta jako James Bond (kolor skóry nie ma znaczenia, płeć nie ma znaczenia)
# zakaz wystawiania trzeciej części powieści Astrid Lindgren o Pippi w Kraju Taka Tuka (nie traktujemy egzotycznego świata patriarchalnie, nie patronujemy mu, przyznajemy mu prawa odrębności)
# krytyka pierwszej sceny Blaszanego bębenka Güntera Grassa (babka Anna Brońska, udziela młodemu uciekinierowi schronienia pod swoim spódnicami, a on ją wykorzystuje seksualnie; krytyka feministyczna nie zauważa, że jest to metafora i symbolizm)
# dyskusja o LGBT+ (dawniej nie rozróżnialiśmy tych liter? tym gorzej dla dawniej)
# biada jeśli nie umiesz rozróżnić tych liter i użyjesz nieodpowiednich zaimków, biada jeśli mówisz o kobietach a nie o osobach z macicą
# Humboldt Forum w Berlinie jest symbolem kolonizacji, bo mieści się w nim Muzeum Etnograficzne, a etnografia była instrumentem kolonizacji (czy nie mieszamy tu płaszczyzn rzeczywistości? co ma budynek to przeszłości kolonialnej?)
# Oczywiście należy tu też lista antysemickich patronów ulic, sporządzona przez pewnego berlińskiego profesora na zamówienie władz Berlina. Pisałam już o tym, tu więc tylko przypomnę, że antysemitą jest na tej liście również Byron.
# Ania z Zielonego Wzgórza w wersji dla Netflixa przyjaźni się z Indianką, a Gilbert Blythe oddaje swoje gospodarstwo czarnoskóremu Afroamerykaninowi (że takie rzeczy nie zdarzały się w XIX wieku? tym gorzej dla XIX wieku)
# Po poprawieniu produkcji muzycznych i filmowych netflixyzacja objęła właśnie gry wideo
# Brytyjskie uniwersytety ostrzegają studentów, że klasycy literatury mogli pisać rzeczy, które nie są kompatybilne z dzisiejszą (oficjalną!) wizją świata, a zatem głosić seksizm, rasizm, antysemityzm, antycyganizm, klasizm, lookizm, nietolerancję, pochwalać używanie narkotyków i alkoholu. I tak dalej.

Zastanawiam się nad tymi przykładami. Sztuka pokazywała do jakich podłości zdolny może być człowiek. Uczulała odbiorcę na Zło otaczającego go świata. Uczyła jak je rozpoznać i jak się chronić. Pokazywała, ilu podziałom podlegaliśmy i co nas ograniczało. Piętnowała intersekcjonalizm i mikroagresje. Zachęcała do samodzielnej oceny i osobistego przeciwstawienia się temu, co nas uciska i ogranicza. Prowadziła.

Teraz zamiast artystów będą nas prowadzili pracownicy “urzędu do spraw uczynienia świata na zawsze różowym”, a główną formą poznawania świata stanie się mem lub filmik na youtubie.

A teraz mnie zlinczujcie.

Reblog for an archeologist

greekreporter.com

Greek Necropolis Outside Naples to Open to Visitors for First Time Ever

By Patricia Claus


Medusa Greek Necropolis
A Medusa stares out from the wall, scaring away all those who might mean harm to the spirits of the people buried in the Greek necropolis near Naples. The sculpture has only been seen by a handful of people in the centuries between its abandonment in Roman times until now. Credit: Alessandra Calise Martuscelli /CC BY-SA 4.0

A spectacular Greek necropolis complex at Sanita, just outside Naples, will open to the public later this year, when the world will finally be able to see the stunning tombs that were carved into the volcanic tufa rock by the ancient Greeks who colonized the area.

Just outside the walls of Naples — originally named Nea polis, or New City, by the Greeks — the tombs were first discovered by accident in the 1700s. Since that time they have variously been forgotten, partially uncovered and then opened to a very small number of people who were friends of the aristocratic family who owned the palace that was built atop them.

Now, however, they are being systematically excavated and restored, thanks to a woman who married into the family, who petitioned for the site to be overseen by Italy’s Central Institute for Conservation (ICR).

Necropolis
A bed carved out of solid rock is part of a necropolis outside Naples, Italy that will open to the public this Summer. Credit: Screenshot/Youtube video/Discovery Campania

According to a report in Smithsonian Magazine, workers most likely discovered the tombs way back in the 1700s, when a hole they made in the Palace’s garden above destroyed the dividing wall between two of the necropolis’ chambers.

Lying forgotten again for another century, they were rediscovered in 1889, when Baron Giovanni di Donato, the ancestor of the current owner of the Palace, excavated his property to try to tap into a water source for his garden.

The necropolis had been used by the Romans after the time of the Greeks, but the area was subject to flooding and it was eventually buried in feet of sediment. The sarcophagi the Baron found in the 1800s lie 40 feet below street level now.

The spectacular necropolis contains dozens of rooms that are cut as one piece into the volcanic tufa — the same stone which the Roman catacombs were carved out of.

Two years ago, Luigi La Rocca took the reins at the Soprintendenza, a government department which oversees Naples’ archaeological and cultural heritage. The Greek necropolis was one of the first places he visited. From that time onward, he has made it his mission to open up the spectacular Greek necropolis to the public.

“The tombs are almost perfectly conserved, and it’s a direct, living testament to activities in the Greek era,” La Rocca adeclares, adding “It was one of the most important and most interesting sites that I thought the Soprintendenza needed to let people know about.”

Just as they did elsewhere, the Romans revered Greek culture to the point that they allowed the Greeks whose ancestors had settled the area to continue their lives and practice their culture in every way.

These Greeks built stunningly ornate family tombs, placing multiple bodies in each tomb, presumably all the individuals belonging to one family.

Archaeologists at the Soprintendenza believe that the necropolis was in use from the late fourth century BC to the early first century AD. With its discovery and restoration, La Rocca says that it is now “one of the most important” archaeological sites in Naples.

Another Greek funerary complex, at the nearby Greek colony of Posidonia — later called Paestum by the Romans — also features spectacular artwork, including the only known representational fresco to survive from the time of Ancient Greece, showing the deceased as a young man diving into the sea.

Of course, the area is also not far from the sites of Pompeii and Herculaneum, which were covered by feet of ash in the eruption of Mt. Vesuvius in 79 AD.

Medusa
The Gorgon Medusa is the only free-standing sculpture in the Greek necropolis in Sanita, outside Naples – everything else was sculpted out of the bedrock. Credit: Alessandra Calise Martuscelli –CC BY-SA 4.0

The Via dei Cristallini, the Neapolitan street on which the aristocratic di Donato family’s 19th-century palace was built, gives its name to the necropolis, which is referred to as the “Ipogeo dei Cristallini.”

Each tomb has an upper chamber, where funerary urns were placed in niches above benches that were carved into the rock for mourners. The bodies of the dead were placed in the lower burial chamber. But both chambers were richly decorated, with statues — which archaeologists believe may have been of ancestors — as well as sculpted eggs and pomegranates, which are both symbols of new life and resurrection.

Astonishingly, the names of the dead themselves may also be preserved on the walls of the tombs, with the ancient Greek writing still clearly visible.

“The incredible thing about this site is that it was all ‘scavato’ — excavated,” says Melina Pagano, one of the restorers of the necropolis. “They didn’t take the (stone) beds and put them there — they carved (the room and its contents) from the hillside.”

Perhaps most incredibly of all, the beds that the bodies once lay on had integral carved stone pillows that look completely lifelike, as if they are made of down.

Unlike the Roman catacombs, which were carved out of the tufa by ordinary people in an effort to make a suitable burial place for the early Christians, the tombs of the necropolis at Ipogeo dei Cristallini were expertly carved by skilled professionals and boast a wealth of colorful frescoed garlands, and even trompe l’oeil paintings.

One jaw-dropping view greets visitors to the necropolis when they enter one room, which is presided over by the Gorgon Medusa, whose job it is to scare off all the evil spirits who might disturb the souls of the deceased.

The survival of the necropolis complex is for the most part due to the care of the di Donato family, whose scion first had the necropolis excavated in the 1800s — at which time many of the objects found were removed and taken to the Museum National Archaeological Museum of Naples (MANN) and the Soprintendenza.

Numbering approximately 700, they have been displayed at the Museum ever since that time. Some other objects from the necropolis are also in the collection of the family as well.

It was the Baron who had the staircase built that takes visitors down into the necropolis; at the time, he invited local historians to survey the site and record descriptions of the tombs’ frescoes, which have tragically deteriorated since they were discovered.

This was also when the skeletons of the dead were removed from the necropolis — although there are pieces of bones there even today in some areas; these will undergo study before the remains are respectfully interred elsewhere.

After the flurry of activity in the 1800s, the ancient Greek necropolis once more became lost to the world outside of the sphere of the di Donato family; for 120 years they lay untouched behind a locked door in the Palace’s courtyard. No one from the general public ever knew about or was allowed to enter the area.

But that all changed, courtesy of Alessandra Calise Martuscelli, who married into the family.

“Twenty years ago,” she tells interviewers from the Smithsonian, “we went to the MANN to see ‘our’ room (where the Cristallini finds are exhibited), and I was overcome with emotion. It was clear that it was important to open it.”

Calise, who is a hotelier, and her husband Giampiero Martuscelli, an engineer, successfully applied for regional governmental funding and oversight for the necropolis in 2018. Federica Giacomini who supervised the ICR’s investigation into the site, is effusive regarding the priceless frescoes in the necropolis, stating “Ancient Greek painting is almost completely lost — even in Greece, there’s almost nothing left.

“Today we have architecture and sculpture as testimony of Greek art, but we know from sources that painting was equally important. Even though this is decorative, not figurative painting, it’s very refined. So it’s a very unusual context, a rarity, and very precious.”

Paolo Giulierini, the director of the MANN, who is also responsible for the priceless treasures at Pompeii, is keenly appreciative of the immeasurably important Greek cultural heritage of Neapolis as a whole. Despite the historical riches of Pompeii and Herculaneum he believes that Neapolis was “much more important” than they ever were, as a center of Hellenic culture that “stayed Greek until the second century CE.”

Moreover, the museum director believes that the Ipogeo dei Cristallini tomb complex compares only to the painted tombs that were found in Macedonia, the home of Philip II and Alexander the Great; he states that he believes they were “directly commissioned, probably from Macedonian masters, for the Neapolitan elite.

“The hypogeum teaches us that Naples was a top-ranking cultural city in the (ancient) Mediterranean,” Giulierini adds.

Tomb C is the most spectacular of all the four chambers which will open to the public this year. With fluted columns flanking its entrance, the steps leading down to its entrance are still painted red. Six sarcophagi, carved out of the bedrock in the shape of beds, feature “pillows” that still have their painted stripes, in hues of yellow, violet and turquoise; incredibly, the painter even added red “stitches” in the “seams” of the pillows.

The pigments used in these elegant sarcophagi are remarkable in themselves, says restoration expert Melina Pagano, pointing out the Egyptian blue and ocher used on the pillows, as well as the red and white painted floors and legs of the sarcophagi.

Pagano and her team at the ROMA Consorzio used a laser to clean small sections of the stone pillows.

While the only object not carved out of solid rock in the chambers is the life-sized head of Medusa, made from a dark rock, possibly limestone, and hung on a wall opposite the door, it is perhaps the most stunning individual object of them all in the necropolis, looking out on us today with a fearsome gaze across the millennia.

Unser Mauerbuch / Nasza książka o Murze Berlińskim

Ela Kargol / Krystyna Koziewicz / Ewa Maria Slaska

W piątek 21 stycznia o godzinie 18.30 w VHS Mitte na Antonstraße 37 (sala 207) zaprezentujemy nasze książki / Am Fr 21. Januar um 18.30 Uhr in der VHS Mitte Antonstraße 37 (Saal 207) werden wir unsere Bücher präsentieren.

Czyli dziś. / Dh. heute.

Czekają nas normalne aktualnie rygory pandemiczne – trzeba mieć dwa szczepienia plus test, albo być ozdrowieńcem plus test. Potrzebne są też oczywiście maski.

Es gelten übliche Anti-Covid-Bedingungen – man muss zwei Impfungen vorweisen oder genesen sein, dazu noch Test (also 2G+). Selbstverständlich muss man auch Masken haben.

Zastanawiałam się, co mam tu opublikować, żeby Was zachęcić do przyjścia na nasze dzisiejsze spotkanie i po dłuższym namyśle wybrałam wiersz o kościele wysadzonym w powietrze z powodu budowy Muru Berlińskiego. To piękny wiersz. Pisała o nim Ela Kargol – TU:

Milly Hilgenstock (1961)

Die Kirche steht leer und verlassen
Milly Hilgenstock /tłum. Ewa Maria Slaska (2019)

Cichy jest kościół, opuszczony
Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.
Ulica Bernauer w Berlinie,
Linia co środkiem miasta bieży,
Cichy tu kościół, opuszczony
Mur, wieża i dzwony na wieży.
Te dzwony od tylu brzmiały lat
na cześć i chwałę pojednania
Obiecywały szczęśliwy świat,
I koiły wojenne rany.
Teraz przebrzmiały dzwonów tony,
Zamurowany kościół i drzwi.
A gdzie pieśnią dźwięczały dzwony
Milczy nawa i niemy jest chór.
Zatrzymał się zegar na wieży,
zanim północ wybiła w mroku.
Pokąd Panie trzeba nam wierzyć?
I czekania czas kiedy minie?
Co mówią wskazówki zegara,
Zatrzymane tuż przed północą?
Mur nam się spotkać nie zezwala
Mur nas wypędził na krawędź dnia.
Nasi bracia, siostry czekają,
martwy nas od nich mur oddzielił.
Wiemy, kiedyś się znów spotkamy,
Pan pozna swoich, nie traćmy nadziei.
Cichy jest kościół, opuszczony,
Nie ma blasku świec i organów.
Na ulicy wiodącej do Bernau
Płaczą kamienie i kraczą wrony.
Lecz przyjdzie czas, że krzyż urośnie,
Doczekamy, strwożeni, słabi.
Bóg pojedna nas z sobą radośnie
I niech moc znowu będzie z nami.

Aus unseren Bücher suchte ich für Euch ein Gedicht, geschrieben als die Berliner Mauer errichtet wurde – 1961. Die polnische Übersetzung fertigte ich, als Ela Kargol mit Joanna Trümner auf diesem Blog über die Mauer schrieben; der Beitrag über Versohnungskapelle, in dem auch dieses Gedicht seinen Platz fand, wurde veröffentlicht am 13. August 2019 zum Jahrestag der Errichtung der Mauer.

VHS-Antonstr-Mauerbuch – pdf zum Öffnen

Czekając na wiosnę (kicz)

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej

Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.


Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?

A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?

Wikipedia tak określa kicz:

Jako pierwsi słowem „kicz” zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.

To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:

Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.

Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.

Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.

Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.

Polkopedia (pomożecie?)

Właściwie to jest na blogu stała strona na temat Polkopedii, taka, na którą można wejść z każdego miejsca i wpisu na blogu, ale niestety nic się z nią nie dzieje, a przecież liczę na Was, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, liczę na to, że będziecie mieli pomysły, sugestie i ochotę, żeby przygotować do Polkopedii kolejne wpisy o Polkach…

A zatem postanowiłam zaprezentować tu mój / nasz nowy pomysł.

Polkopedia (Encyklopedia Polek Za Granicą)

Drodzy Czytelnicy i drogie Czytelniczki tego bloga,
od dłuższego czasu mnie i moje przyjaciółki i przyjaciół zajmuje problem pamięci społecznej o kobietach, Polkach, które od XVII wieku działały w Berlinie i które znikają w zapomnieniu. Nie tylko te, które żyły dawno, ale również te, które były naszymi koleżankami i odeszły kilka lat, a nawet kilka miesięcy temu.

Konrad Kozaczek przygotował platformę, którą poświęciliśmy upamiętnieniu Polek w Berlinie, a która docelowo będzie mogła rozszerzać swój zasięg terytorialny – liczymy na to, że kiedyś powstanie platforma nt. Polek za granicą; będziemy się zajmować kobietami, które już nie żyją, tymi, które miały osiągnięcia, zasługują na pamięć, ale nie są powszechnie znane.

Logo: Konrad Kozaczek

Nazwaliśmy tę platformę – Polkopedią. Ma, zresztą nie tylko nazwą, przypominać Wikipedię, ma też jej strukturę, ale na pewno w założeniu jest znacznie bardziej osobista. We wpisach na temat kolejnych naszych bohaterek znalazły się nie tylko udowodnione fakty, ale również wspomnienia, historie z życia, nasze odczucia.

A tu nasze pierwsze linki do Polkopedii.

Polkopedia

https://polkopedia.org/wiki/Irena_Bobowska
https://polkopedia.org/wiki/Helena_Bohle-Szacka
https://polkopedia.org/wiki/Maria_Kurecka
https://polkopedia.org/wiki/Ewa_Bielska
https://polkopedia.org/wiki/Maria_Ciechomska
https://polkopedia.org/wiki/Halina_Romecki
https://polkopedia.org/wiki/Posłanki_z_Berlina
https://polkopedia.org/wiki/Joanna_Trümner

A to napisaliśmy na pierwszej stronie Polkopedii:

Witaj na Polkopedii!

Chcemy tu stworzyć Encyklopedię Polek. Dodajmy od razu dwa ograniczenia – interesują nas Polki, które żyły i działały poza Polską, i – to widać już w gramatycznej formie tego zdania – te, które były i odeszły. Oczywiście nie oznacza to, że nie doceniamy Polek w Polsce ani na całym świecie tych, które szczęśliwie wciąż jeszcze żyją. Ale gdybyśmy nie wprowadzili takich ograniczeń, projekt okazałby się niemożliwy do zrealizowania. Przyznajmy się zresztą – być może i tak nas przerasta. Lecz cóż, Wieszcz miał rację, mierzmy siły na zamiary, a nie zamiar podług sił.

Zaplanowaliśmy Polkopedię jako stronę, która ma zbierać wiadomości o Polkach aktywnych za granicą, które jednak już odeszły na Łagodne Łąki. Zaczynamy od Berlina, ale mamy w planach rozszerzenie naszej encyklopedii na wszystkie miejsca, gdzie Polki zapisały się w pamięci powszechnej lub swoich lokalnych społeczności. Dlatego nie możemy prowadzić tej strony sami i musimy liczyć na współpracę z Wami. Zasadniczo chcemy zapisywać / zatrzymywać pamięć o kobietach mniej znanych, czyli przypominać będziemy raczej Ewę Bielską, tłumaczkę z Berlina, niż Polę Negri (Apolonię Chałupiec), aktorkę z Hollywood, ale ponieważ liczymy na to, że w przyszłości to Wy będziecie wspólnie z nami współtworzyli / ły tę encyklopedię, nie możemy dziś przewidzieć, jak się ta nasza współpraca rozwinie i w którym kierunku poprowadzą nas Wasze poszukiwania i Wasze wpisy.

Projekt jest naszą prywatną inicjatywą, nie mamy instytucjonalnego wsparcia i nikt nam nie płaci za to, co robimy, nie mamy też reklam ani zasobów finansowych. Nie zarabiamy pieniędzy i w związku z tym nie możemy też nikomu płacić.

To chyba wszystko, co na początku chcielibyśmy Wam powiedzieć i bardzo się ucieszymy jeśli się do nas zgłosicie – jako autorki i autorzy, ale też jako osoby, które chciałyby razem z nami redagować i ulepszać Polkopedię.

Zapraszamy

Ewa Maria Slaska, redaktorka i Konrad Kozaczek, administrator

Zaczynamy

TU przejdziesz na stronę, na której znajdziesz “nasze Polki”, czyli pierwsze hasła w Polkopedii (jeśli nie widać linka, podpowiemy – kliknij w słowo TU)

A tu jeszcze kilka informacji

Jeśli masz ochotę budować razem z nami Polkopedię, prosimy o przestrzeganie kilku prostych zasad

  1. Przysyłajcie nam mniej lub bardziej gotowy wpis, który potem można uzupełniać
  2. Pozwólcie, że w celu ujednolicenia Polkopedii będziemy dokonywali zmian gramatycznych, stylistycznych i in.; jeżeli będą on dotykały spraw istotnych – skonsultujemy się z Wami
  3. Nie wydawajcie nam poleceń, tylko zróbcie samodzielnie wszystko, co możecie – interesują nas wpisy oryginalne
  4. Nie przysyłajcie tekstów reklamowych ani kopii wpisów w Wikipedii lub innych źródeł – pamiętajcie, że w dzisiejszych czasach łatwo jest wyśledzić plagiat, a oskarżenie o plagiat może zniweczyć cały projekt
  5. Zaopatrzcie wpis w przypisy, linki i zdjęcia
  6. Ale nie zapominajcie też o osobistych odczuciach – w przeciwieństwie do Wikipedii – jesteśmy bardzo zainteresowani wspomnieniami i osobistą refleksją

Jeśli masz ochotę finansowo wesprzeć Polkopedię, też prosimy byś zechciał(a) zaakceptować nasze zasady

  1. Nie piszemy na zamówienie
  2. Jeśli ktoś ofiaruje Polkopedii wsparcie finansowe, nie może to decydować o treści wpisów
  3. Prosimy o wsparcie dla pomysłu, a nie dla reklamy konkretnej osoby, nawet najbardziej zasłużonej
  4. Nie reklamujemy sponsora, ale na życzenie umieścimy w odpowiedniej rubryce podziękowanie dla osoby lub instytucji
  5. Nawet 1 euro nas wesprze

Nasz świat

Teresa Rudolf

Rok 2090


…A było tu kiedyś,
dużo dinozaurów,
i mamutów, oj dawno…

A było tu kiedyś,
pełno zielonych,
soczystych lasów…

A było też kiedyś
tu pełno różnych,
miodowych pszczółek…

A było tu kiedyś
dużo, dużo śmiechu, 
śpiewu i radości.

I były też kiedyś
całkiem inne bajki
mój wnuczku…

A co to znaczy
las, pszczoła,
śmiech Babciu…
…i co to jest bajka?


Idąc miastem

Miasto idzie przez miasto,
tupie ciężkimi butami,
jakieś dzisiaj wściekłe. 

Miasto trzepocze flagami,
wniebogłosami krzycząc,
miota petardami ognistymi.

Miasto w każdym mieście
idzie twardym krokiem,
będąc głośno “za i przeciw”. 

Miasta całego świata, 
wrzeszczą, oj wrzeszczą, 
Babilon okrutnych przekleństw.

A tu i ówdzie ktoś umiera
cichutko, z głodu, od bomby,  
z czyjejś miłości – nienawiści,

od starości, od chorób,
może był “za i przeciw”,
a dziś już sam nie wie,

…gdzie była ta racja, 
bo słyszał tylko swój wrzask,
we wrzasku miast…

Chodzenie po mieście: Futurium

Ela Kargol

Futurium, budynek po wschodniej stronie miasta, tuż za murem, zbudowany został między murem przednim i tylnim, na pasie granicznym, między Berlinem Zachodnim a Wschodnim.

Gdy zaczęto budowę w 2015 roku, Berlin był już od 25 lat na powrót jednym miastem, a o prawie 30-letnim podziale stolicy Niemiec powoli zapominano. Pierwotną nazwę budynku Dom Przyszłości zmieniono jeszcze przed otwarciem na bardziej światową i uniwersalną Futurium – łacińskie nazewnictwo też nawiązuje do przeszłości.

Ni to muzeum, ni plac zabaw, miejsce pomysłów i przeszkolonych ścian, z widokiem na prawdziwe życie. W środku dużo łapaczy spojrzeń i nierealnych wizji na przyszłość. Byłam tu pierwszy raz z wnukami i córką, by po kilku dniach wrócić z przyjaciółkami w moim wieku, a my z racji naszego wieku inaczej patrzymy na przyszłość. Często wizje przyszłości były już faktem w naszej przeszłości.

Jest na co patrzeć, na czym wzrok zatrzymać, choć czasem trudno poznać, zdefiniować przedmiot. My i tak wiemy swoje, my rocznik krótkopowojenny.


Ptaki z papieru, białe piękne, prawie wylatujące z budynku, zwróciły moją uwagę, bo kilka minut przedtem oglądałam inne, te prawdziwe. Moja córka podziwiała cierpliwość tego, kto je z papieru zginał, wykonał, składał. A potem pytająco stwierdziła, ile kurzu się tam zbierze i kto ten kurz zdejmie z tych papierowych ptaków. Córka ma odkurzacz, który sam odkurza, gdy ona wyjdzie z domu, thermomiks, który potnie, posieka, wymiesza, zmieli, ubije, ugotuje, podsmaży, podgrzeje, włączy się i wyłączy. Nie ma jeszcze robota, który do stołu poda. Pralka wypierze, zmywarka umyje. Jedynie trzeba powiesić pranie, naczynia poukładać do szafy, no i od czasu do czasu przyjdzie pani Lucyna pouskramniać resztę. Jest jeszcze Alexa, której można zadać wiele pytań. Choć jeszcze nie na wszystkie odpowie.
Chyba to właśnie córka pierwsza w naszej rodzinie zwróciła nam uwagę na segregowane śmieci. Nie, żebyśmy tego wcześniej nie robili. Makulaturę i butelki oddawaliśmy do skupu. Mleko było w butelce i tylko na wymianę. Z torbą, najczęściej samemu uszytą, zawsze szliśmy do sklepu, prawie wszystko było na wagę, do torby, lub pakowane w kawałek gazety, rzadziej w papier.
A potem pojawił się plastik, a przedtem jeszcze wielka industrializacja.

Mój ojciec, dziecko z galicyjskiej biedy, a później tej powojennej, pokochał plastik, ja kochałam ojca, a więc miłość do plastiku też przejęłam. W Futurium jest dużo plastiku. Te papierowe ptaki, przyjrzałam się im z bliska, są z plastikowego papieru, a lastriko na podłodze nie jest tym, czym lastriko było kiedyś. Jest ładne, przyszłościowe, praktyczne w utrzymaniu czystości.
Gdy córka pozbywała się swoich plastikowych talerzyków, wszystkie przyjęłam pod swój dach. Córka kupiła inne, z innego plastiku, takiego bio, czyli organicznego, podobno się lepiej rozkłada. Plastiku się nie pozbędziemy, nigdy, nie wyobrażam sobie tego. Stworzymy lepszy plastik i to ten lepszy będzie pływał w wodach i oceanach.


Czym jest Futurium? Budynkiem, nowoczesnym, zbudowanym na planie nieregularnego pięcioboku, zaprojektowanym przez biuro architektów Richter / Musikowski. Przy Janie Musikowskim, urodzonym w Magdeburgu musiałam sprawdzić czy pan Musikowski ma polskie korzenie, nic nie znalazłam, ale kto wie?

Futurium – „Dom Przyszłości” to forum nauki, biznesu i polityki w stolicy. Budynek znajduje się w dzielnicy rządowej i pokazuje wkład nauki, badań i technologii w kształtowanie przyszłości. Inicjatorem projektu jest Federalne Ministerstwo Edukacji i Badań Naukowych. Instytut Maxa Plancka, Stowarzyszenie Helmholtza i Towarzystwo Fraunhofera, czytamy na stronie

berlin de (https://www.berlin.de/museum/4920901-2926344-futurium.html)

Futurium jest domem przyszłości. Tutaj wszystko kręci się wokół pytania: Jak chcemy żyć? Zwiedzający mogą odkryć na wystawie wiele możliwych przyszłości, przedyskutować je wspólnie na forum i wypróbować własne pomysły w Futurium Lab. (https://futurium.de/de?page=1)


Stwory udające roboty są śmieszne i jak stwierdził mój wnuk trochę nudne. Robot jest tylko lalką mówiącą, chodzącą, czasem rzeczywiście potrafi coś więcej. Ale najważniejszy jest człowiek myślący tu i teraz, i przyszłościowo. Nie zawsze, to co wymyśli będzie przyszłości służyć. To, co wymyślamy tu i teraz, może tę przyszłość zniszczyć, niekoniecznie zbawić lub naprawić. Czasami myślę, że jedynym ratunkiem dla ziemi jest spowolnienie, spowolnienie wszystkiego, industrializacji, rozwoju technologii, globalizacji, Spowolnienie i świadoma rezygnacja z pewnych wygodnych dóbr. Ale ja nie oddam pralki, zmywarki, komputera i komórki. Oddam może kilka plastikowych talerzyków. Mieszkam w bogatym państwie bogatej Europy, w mieście pełnym nowoczesnej architektury z zielonymi dachami, panelami słonecznymi i inną odnawialną energią, z parkami, ogrodami, zielenią, dzięki której to miasto oddycha, ale i całym wielkomiejskim zgiełkiem i dostępem… nie tylko do Futurium.

Zachęcam, zachęcamy wszystkich do odwiedzenia Futurium. Jeśli będziesz czuć się zagubiona/ny w pomieszczeniach na pierwszym piętrze, spójrz na miasto przez wielkie szyby od strony północnej, potem południowej, albo odwrotnie. To tam stała się przeszłość i staje się przyszłość miasta. Pociągi przejeżdżają dość blisko panoramicznych okien. Szpital Charité na wyciągnięcie ręki, inne budynki i miejsca dalej i bliżej, te co zapamiętałam Park nad Szprewą i Szprewa, Port Humboldta, Urząd Kanclerski, Reichstag, dawny Dworzec Hamburski, dziś muzeum sztuki nowoczesnej, daleko można dostrzec budynki przy Potsdamer Platz. Jeśli przypadkowo albo planowo o godzinie dwunastej spojrzysz przez południowe okna, to kinetyczna rzeźba „Moment obrotowy” ustawiona na słupie zacznie się obracać.


Pod pojęciem laboratorium rozumie się zazwyczaj pomieszczenie, w którym przeprowadza się badania techniczne. Laboratorium Futurium definiuje się jako pole doświadczalne, na którym można wypróbować pomysły na kształtowanie przyszłości. Pomieszczenia podzielone są na trzy strefy: architektura, biodesign i sztuczna kreatywność. Za całość wystawienniczą w Futurium Lab odpowiada 13 artystów, pisze Ronald Klein w Berliner Morgenpost (https://themenwelten.morgenpost.de/berliner-futurium-lab-zukunftslabor-kuenstliche-kreativitaet-architektur-biodesign-referentin-stefanie-holzheu-75054?fbclid=IwAR2BhTl8AFqL9bXi4IGsmiw-TpRDrX0-j8DcWB2vrjniZcOIeE_CwsGK8Vo)

Futurium Lab znajduje się w podziemiach budynku. Pod płytą fundamentową wykonano uszczelnienie podłoża, dzięki czemu poziomy piwnic znajdują się w nieprzepuszczającej wody konstrukcji żelbetowej, tzw. białej wannie.

Przedni plac zabaw dla dorosłych i dzieci, lepszy niż na pierwszym piętrze. Można stworzyć swój Krzyk Muncha lub inny obraz w stylu van Gogha, Picassa lub innego wielkiego artysty, z klocków lego zbudować miasto z domami, ulicami, przemysłem i zielenią. Interaktywną instalację Noosphere (czyli sfera ludzkiego rozumu) kanadyjskiego architekta Philipa Beesley’a skojarzyłam najpierw z otwartą muszlą i perłą w środku, ale potem przypomniałam sobie „światy” sklejane z opłatków przez moją babcię i podwieszane u powały w jej starej drewnianej chacie. Te babcine światy też reagowały na impulsy ludzi, którzy się do niej zbliżały. Drgały, szemrały, czasem z hukiem spadły.

Czym jest sztuczna inteligencja? Zabawką przyszłości? Czy sztuczna inteligencja jest naprawdę sztuczna, czy raczej kreatywna, oparta na obserwacjach świata realnego, Rośliny nie znają pana Fibonacciego, a liście ich układają się pod tzw. „złotym kątem”, łapiąc światło potrzebne do fotosyntezy. Sztuczną inteligencję tworzy człowiek i jego myśl.

Czy pandemia zmieni nasze myślenie i wizje przyszłości? Czy taki mały wirus lub bakteria, która zniszczyła diapozytyw pewnego zdjęcia podniesionego do rangi sztuki i wystawionego w Futurium, zniszczy nasz świat? Czy tak jak moja wnuczka przybrała schyloną pozę osoby ze zdjęcia, powinniśmy się pochylić nad przyszłością, bo na pewno pochyleni i zawstydzeni uciekamy z raju teraźniejszości, a może sama natura nas już z niego wygania.

Mucha Kierkegaarda 1

Ewa Maria Slaska

Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem.
Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.

To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).

Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.

Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.

Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.

Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.

Nic w długości nie zrówna kulawego biegu,
Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu,
Nuda…

Ch B, Kwiaty Zła

Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.

Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!

Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.

Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.

Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.

No, ale może zostanie naukowcem.

I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.

Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?

No, bo jeśli zostanie naukowcem.

Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu?
Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?

Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?

Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.

Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla.
Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.

Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą

Ach, te muchy…

Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU

Reblog (rbb): Wie ich mich auf Omikron einstelle

Aktuelle Studienlage – Wie ich mich auf Omikron einstelle

Eine biologisch-technische Assistentin bereitet PCR-Tests auf das Corona-Virus von Patienten im PCR-Labor vom Niedersächsischen Landesgesundheitsamt (NLGA) für die Analyse vor. (Quelle: dpa/Julian Stratenschulte)
Bild: dpa/Julian Stratenschulte

Milder als vorherige Varianten – aber auch so ansteckend, dass womöglich alle sich anstecken werden. Haluka Maier-Borst hat die neuesten Erkenntnisse zur Omikron-Variante gesammelt und versucht, für seinen Alltag Schlüsse daraus zu ziehen.

A: “Was machen wir eigentlich, wenn einer von uns Omikron kriegt?”
H: “Dann haben wir es wohl sowieso alle. Was sollen wir dann zu dritt in Quarantäne machen?”
J: “Makrame-Schaukeln für unsere Pflanzen?”

Nach fast zwei Jahren Pandemie hat sich in meiner WG die Erschöpfung und der Fatalismus breit gemacht. Wieder ein Winter, in dem die Zahlen steigen. Wieder ein Winter, in dem Clubs zu sind und Konzerte ausfallen. Dazu die Aussicht, dass es noch schwieriger wird, das Virus aus den eigenen vier Wänden zu halten. So geht es uns, aber auch vielen anderen.

Vielleicht reicht es darum nicht, nur den Stand der Forschung zusammenzufassen. Vielleicht ist es wichtig, mögliche Schlüsse für den eigenen Alltag zu skizzieren. Weil aber Überschriften wie “Was Sie jetzt beachten sollten” manchen schnell zu lehrerhaft vorkommen und teilweise regelrecht triggern, funktioniert dieser Text anders. Es sind schlicht meine Schlüsse für die nächsten Wochen, basierend auf den aktuellen Studien. Sie sind sicher nicht perfekt. Sie sind nur eine erste Idee.

Es ist klar: Die Chance, dass ich Omikron bekomme, ist hoch

Die nahezu senkrecht steigenden Kurven für Großbritannien, Dänemark, Australien, die USA, Kongo, Angola… all das zeigt, dass die Omikron-Variante viel mehr Menschen ansteckt als zuvor. Das zeigt eindrücklich diese Sammlung an Grafiken des britischen Datenjournalisten John Burn-Murdoch [twitter.com].

Nichts deutet darauf hin, dass uns in Deutschland das erspart bleiben könnte. Im Gegenteil. Inzwischen zeichnet sich dieser Trend auch in Berlin ab, nachdem sich die Meldelücke der Feiertage langsam geschlossen hat. Und das wird sich wahrscheinlich weiter verschärfen.

In England war in der ersten Jahreswoche schätzungsweise eine von 15 Personen positiv [ons.gov.uk]. In London war es gar eine von zehn. Wir als WG stellen uns inzwischen auch darauf ein, dass es uns erwischen könnte. Heißt: Der Kühlschrank ist voll und fiebersenkende Medikamente sind zur Hand.

Aber die Chance auf einen schweren Verlauf ist geringer als vor einem Jahr

In meinem konkreten Fall (31 Jahre alt, keine bekannten Vorerkrankungen) sprach aber schon am Anfang der Pandemie eher wenig für einen schweren Verlauf, ganz unabhängig vom Impfstatus. Und bei Omikron scheint es so zu sein, dass grundsätzlich die Infektion weniger schwer die Lunge angreift [spektrum.de]. Auch das Risiko auf einen schweren Verlauf selbst bei Ungeimpften ist wohl um etwa ein Viertel geringer als bei Delta [imperial.ac.uk]. Allerdings muss man dabei mehrere Dinge beachten.

– Auch ein leichter Verlauf könnte immer noch bedeuten, dass ich ins Krankenhaus muss, nur eben ohne Beatmung.
– Auch nach leichtem Verlauf kann man mitunter noch lange oder gar dauerhaft unter Atemnot und dergleichen leiden.
– Nach wie vor ist bei Geimpften das Risiko auf einen Krankenhausaufenthalt nochmal deutlich mehr verringert als bei den Ungeimpften.

Wenn ich aber ins Krankenhaus muss, könnte meine Versorgung schlechter sein als vor einem Jahr

Das wirkt auf den ersten Blick verwirrend. Trotz Rekord-Inzidenzen sterben deutlich weniger Menschen an Covid als vor einem Jahr. Die neue Variante scheint zudem milder zu verlaufen.
Wieso sollte ich also in der Klinik eine schlechtere Situation vorfinden? Der Grund dafür ist, dass durch die höhere Übertragbarkeit mehr Menschen gleichzeitig das Virus haben werden, wenn es so weiter geht. Die Belastung für das System als Ganzes ist damit höher.

Nimmt man mal für ein simples Rechenbeispiel an, dass bei 1.000 Infektionen mit Delta 100 davon ins Krankenhaus müssen und es bei Omikron 75 sind, Omikron sich aber doppelt so schnell verbreitet wie Delta. Dann wären es bei einer im Fall von Delta unter Kontrolle stehenden Entwicklung so, dass auch in der nächsten Woche sich wieder 1.000 Menschen neu infizieren und davon 100 schwer. Bei Omikron dagegen sind es in der folgenden Woche schon 2.000 und 150. In der dritten Woche sind es dann schon bei 4.000 Neuinfektionen 300 neue schwere Fälle. Sprich das Gesundheitssystem würde selbst bei derselben Kapazität schneller an seine Grenze stoßen. Erkrankte würden potenziell schlechter versorgt.

Hinzukommt aber noch, dass – ausgebrannt durch die früheren Wellen – weniger Personal in den Kliniken zur Verfügung steht und von diesem Personal sich auch einige anstecken und in Quarantäne gehen müssen. Kurzum: Wer in den nächsten Wochen auf die Intensivstation muss, könnte noch mehr in Konkurrenz zu anderen Fällen stehen. Entsprechend hat es Sinn, das eigene und das Risiko anderer vor einem schweren Verlauf möglichst gering zu halten. Und das geht mit bekannten Mitteln.

Was hilft: Boostern – oder, wenn noch nicht geschehen, erste Impfung abholen.

Die Studienlage zu den Booster-Impfungen hat sich in den vergangenen Wochen deutlich gefestigt. Relativ klar ist, dass ein Booster mit den mRNA-Impfstoffen wirkt und auch Infektionen mit Omikron verhindern kann. Konkret liegt die Wirksamkeit gegen symptomatische Infektionen wohl laut britischen Daten irgendwo zwischen 65 und 75 Prozent [gov.uk]. Eine andere frühere Studie hatte ähnliche Werte gefunden [khub.net.]. Das ist nicht so gut wie gegen den Wildtyp oder auch Delta, wo kurz nach der Impfung der Wert bei rund 90 Prozent lag. Aber es ist auch deutlich besser als die Mindestmarke von 50 Prozent, die für eine Zulassung für Impfstoffe angesetzt wurde.

Überhaupt hat es mir geholfen, gewisse Sachen noch mal in verschiedene Verhältnisse zu setzen und auch durchzurechnen. So zeigte zum Beispiel diese dänische Studie, dass Geboosterte sich bei Omikron drei Mal häufiger anstecken als bei Delta [medrxiv.org]. Auf den ersten Blick könnte man denken, dass also gegen Omikron-Infektionen die Impfstoffe gar keinen Schutz bieten. Das stimmt aber nicht.

Nehmen wir mal die Zahlen zur Wirksamkeit aus Großbritannien. So bedeutet die Wirksamkeit von 65 Prozent Folgendes: Von 100 Menschen, die sich ganz ohne Impfung mit Omikron angesteckt hätten, stecken sich trotz drei Impfungen dann 35 immer noch an. Bei Delta waren es dagegen von den besagten 100 nur etwa 10. 35 durch 10, das ergibt 3,5 und ist in etwa der Wert der dänischen Studie. Es heißt aber eben auch, dass etwa zwei Drittel derer, die ohne Impfung sich angesteckt hätten, geschützt sind. Dieser Wert sieht gewissermaßen nur so schlecht aus, weil gegen Delta die Booster-Impfung hervorragend gewirkt hat.

Außerdem ist inzwischen auch klar, wie gut die Wirksamkeit gegen Krankenhausaufenthalte ist. Hier reden wir sogar vor einer Wirksamkeit von ungefähr 90 Prozent. Selbst die Spätentschlossenen mit momentan nur einer Impfung oder mit zwei Impfungen, die aber mehr als sechs Monate zurück liegen, haben schon einen gewissen Schutz. Das Risiko auf einen schweren Verlauf mit Klinikbehandlung ist bei ihnen halb so groß wie ohne Impfung. Selbst wenn man sich also geimpft anstecken kann, sind die Folgen vollkommen andere.

Insgesamt muss ich darum sagen: Wenn mir kurz nach der ersten Welle jemand einen Impfstoff mit einer Wirksamkeit von 65 Prozent versprochen hätte, wäre ich heilfroh gewesen. Klar, ein an Omikron angepasster Impfstoff wäre noch besser, aber das eigene Risiko minimiert sich dramatisch mit der Impfung.

Auch imperfekte Tests können das Risiko minimieren

Immer wieder wird berichtet, dass die Schnelltests nicht anschlagen. Wir haben unter Kollegen und Kolleginnen oft auch darüber gesprochen. Gleichzeitig haben immer wieder Forscherinnen und Forscher berichtet, dass in Labortests sehr wohl die Antigen-Tests auf Omikron anschlagen. Was ist also das Problem?

Omikron ist ansteckender, auch weil wohl weniger Virusmenge nötig ist, um eine Person zu infizieren. Die meisten Schnelltests schlagen aber erst bei einer großen Virusmenge positiv aus. Das heißt: Eine Person kann mit Omikron infiziert und womöglich ansteckend sein, ohne dass der Schnelltest ausschlägt. Das Problem bestand schon bei der Delta-Variante des Coronavirus, hat sich durch Omikron aber verschärft.

PCR-Tests müssen wohl ebenfalls ein wenig mit Vorsicht interpretiert werden. Auch sie schlagen womöglich am ersten Tag einer Omikron-Infektion nicht sofort an, weil noch nicht genügend Viren und damit genügend Virus-Erbgut da ist, damit der Test anschlägt, wenngleich PCR-Tests um ein Vielfaches sensibler sind als Schnelltests.

Der Epidemiologe Michael Mina aus Boston fasst die Sachlage darum mit folgendem Fazit zusammen [twitter.com]: “Wenn Sie Symptome haben, gehen Sie erstmal davon aus, dass Sie positiv sind – egal was der Test sagt. Aber seien Sie sich auch sicher: Die Tests können Omikron finden – nur nicht unbedingt an Tag 1.” Entsprechend haben wir ein paar Tests zu Hause, lassen uns regelmäßig bei der örtlichen Apotheke in der Nase bohren und wissen auch, wo die öffentliche PCR-Teststelle in der Gegend ist.

Für alles Weitere gilt: Abwägen

Ja, es gibt die Einzelberichte von Menschen [cnn.com], die sich in der Quarantäne womöglich über einen Hotelflur hinweg mit Omikron angesteckt haben. Und es wird sicher auch Menschen geben, die sich selbst umgeben von Erkrankten in einem gut besetzten Auto nicht angesteckt haben. Am Ende ist alles Biologie. Es gibt nichts, was es nicht gibt. Aber eben mit unterschiedlichen Wahrscheinlichkeiten.

Der Wissenschaftsjournalist Lars Fischer hat das schon vor einer Weile ganz gut zusammengefasst, nämlich mit einem Vergleich der Infektion zum Würfeln einer bestimmten Zahl. Das eine ist das Risiko der einzelnen Situation, in der man anderen Menschen begegnet. Das ist gewissermaßen die Anzahl an Seiten, die der Würfel hat. Je weniger Seiten der Würfel hat, desto eher würfelt man eine Eins und infiziert sich. Das andere ist die Frage, wie oft man sich trifft beziehungsweise würfelt. Je häufiger man würfelt, desto eher erwischt man eine Eins. Und dann ist da noch der Effekt der Impfung, die Fischer gewissermaßen mit einem Extrawurf vergleicht. Sprich nur wenn man bei einem Wurf eine Eins gewürfelt hat und dann auch beim Extrawurf der Impfung eine Eins hat, ist man angesteckt.

Doch klar ist auch: Das Leben ist nicht nur ein Infektionsrisiko. Wir brauchen andere Menschen, wir brauchen Gemeinschaft. Entsprechend verstehe ich die, die sich mit ihren Freunden treffen wollen, und noch mehr die Eltern, die ihre Kinder nicht wieder im Distanzunterricht sehen wollen. Aber beim einen ist vor allem die Frage, wie oft man würfelt (muss ich drei Mal die Woche in die Kneipe mit den Kumpels?). Und beim anderen, wie man das Risiko der einzelnen Situation mindert (Könnte man mit Tests, Lüfter, Masken im Unterricht, kürzeren Unterrichtsstunden entgegenwirken?). Kompromisse zu schließen, kann das Infektionsrisiko senken und gleichzeitig dafür sorgen, dass man in diesem zweiten Corona-Winter nicht vor Einsamkeit eingeht.

Und vor allem wichtig: nicht an einfache Gewissheiten klammern

Eine letzte Sache ist vielleicht aber am wichtigsten in der Pandemie – und die hat wenig mit Impfstoffen, Tests und Masken zu tun. Es ist die Art zu denken.

Da ist zum einen das Akzeptieren der Tatsache, dass es keine einfachen Gewissheiten und Lösungen gibt. Ja, es stimmt: Mehr Kinder, mehr Erwachsene waren 2021 von Depressionen betroffen als in Vorjahren. Das ist eine Tragödie. Aber die Alternative ist eben nicht ein normaler Berufs- und Schulalltag ohne Maßnahmen, wie wir ihn vor Corona kannten.

Zu glauben, dass zum Beispiel Kinder glücklich sind, während eine Pandemie durchs Land schwappt, solange sie nur in die Schule können, ist für mich eine absurde Idee. Die Frage ist eher, wie man angesichts dieser Umstände am besten so etwas wie Normalität etabliert. Wie man testet, schützt und Menschen in Krisen psychisch unterstützt. Wie man körperliche und geistige Gesundheit von allen in der Gesellschaft so gut es geht austariert.

Gleiches gilt auch für den Umgang mit Prognosen, Modellen, Szenarien. Nur weil sie nicht eins zu eins eintreten, heißt das nicht, dass da lauter Ahnungslose am Werk sind, so wie es gerne ein paar meinungsstarke Lautsprecher erklären. Es zeigt vielmehr, dass es verdammt schwierig ist, das Verhalten eines neuen Erregers bei Millionen von Menschen mit unterschiedlichem Impfstatus, verschiedenem Verhalten und unterschiedlichen Einflussfaktoren abzuschätzen. Und trotzdem kann die grobe Abschätzung, was als nächstes kommt, dabei helfen, richtig zu reagieren.

Der andere Teil dieses “pandemischen Denkens” ist aber der Wille, sich zu korrigieren und zu lernen. Als die ersten Fälle in Bayern auftauchten, waren einige von der Akribie der Ärzte vor Ort beeindruckt. Man hatte nachvollzogen, dass Patient Null den anderen einen Salzstreuer gegeben hatte und vermutete, das er darüber diese angesteckt hatte [reuters.com].

Zwei Jahre später wirkt das natürlich geradezu absurd, Man weiß inzwischen, dass sich der Erreger über die Luft überträgt. Wer welchen Salzstreuer in der Hand hielt, ist vollkommen egal. Nur das heißt eben nicht, dass die Leute vor zwei Jahren dumm waren. Sie wussten es nicht besser – und das ist ein feiner Unterschied.

Ich habe vor ein paar Wochen geschrieben, dass man eher auf Dänemark als auf Großbritannien schauen sollte, wenn es um die Pandemiebekämpfung geht. Rückblickend war das zu einfach formuliert. Denn ja, die Informationspolitik der Dänen war sicher besser als hierzulande. Aber das Fallenlassen von allen Maßnahmen war zu früh. Eine Pandemie endet nicht von einen auf den anderen Tag. Man erreicht nicht die Herdenimmunität und dann endet der Spuk schlagartig.

Selbst die besten Forscherinnen und Forscher, die besten Politiker und Politikerinnen haben sich geirrt und werden sich irren, selbst wenn sie sich so gut es geht informieren und ihre Arbeit so gut es geht tun. Das größere Misstrauen sollte man nach zwei Jahren Corona-Achterbahn gegenüber denen haben, die sich kein einziges Mal korrigiert haben.