A mogłoby być tak pięknie

Teresa Rudolf

Wojna, strach, zdziwienie 

Świat okrętem
na groźnym 
oceanie,
Titanic 
naszego
wieku.

Dokąd
płyniemy,
...po co 
 właśnie tam, 
a dokąd...
i tak nie wiemy.

Świat zagubiony,
zastraszony, 
zdziwiony,
czekający,
na pomoc,
a od kogo?

Skoro 
znęca
się sam
nad sobą,
nasz ludzki Świat
Sado-Masochista!

...a mogłoby być
tak pięknie...

bo świat, 
to nie 
tylko
my,
tacy
lub
tacy...

Spójrz sobie w oczy

A mnie się marzy
dużo więcej ciszy,
delikatności 
wokół..

Spójrz sobie w oczy, 
co widzisz?
Posłuchaj siebie,
co słyszysz?

A mnie się marzą
słowa jasne, trafne,
dźwięczące 
dobrocią.

Spójrz w myśli swoje,
co widzisz?
Posłuchaj serca,
co czujesz?

A mnie się marzy,
by tam w środku
w każdym,
we mnie,
w tobie,
było po 
prostu 
OK.

Wojenne rekreacje Mikołajka 3


Tibor Jagielski

Jak to było z karmieniem.

Zebraliśmy się koło trzepaka, bo już nas pupy bolały od tego zjeżdżania po śniegu na dyktach. Tak się złożyło, że na naszym podwórku nikt nie miał sanek. Nawet Maksencjusz, który ma bogatego tatę, a który powiada, że w ostateczności nie liczą się pieniądze, tylko znajomości, kiedy mu w szklarni nowalijki wymarzną, bo nie uda mu się skombinować węgla.

Staliśmy więc koło trzepaka i zastanawialiśmy się, co by tu wesołego zrobić. Augustyn zaproponował, żebyśmy znowu zaczeli malować na drzwiach kamienicy znaki kredą, tak jak przed kilkoma dniami, kiedy to Roztropkowa mało nie zemdlała widząc krzyż na futrynie, bo myślała, że to „Solidarność“, która zaraz przyjdzie do niej i zrobi z nią różne brzydkie rzeczy.

Ale nagle odezwał się Zenobiusz, że oglądał wczoraj w dzienniku telewizyjnym staruszka, który częstował cukierkami żołnierzy (tych, którzy stoją na skrzyżowaniach), a oni pozwolili mu za to wejść do czołgu.

Strasznieśmy się do tego pomysłu zapalili, a ja powiedziałem, że to cholerna frajda, bo jak ostatnio byliśmy na wycieczce w zoologu, to wszędzie było napisane „NIE KARMIĆ ZWIERZĄT!!!“ (nie wspominając o wchodzeniu do klatek) i bardzo nam to było nie w smak, a teraz będziemy mogli karmić czterech pancernych z naszego skrzyżowania ile wlezie. Tylko czym? zapytał Alcest, zjadając szybko swoje ostatnie ciasteczko.

No, bombonierką mojej babci, odpowiedział Zenobiusz i dodał, że to takie wielkie pudło i zawsze jak wracaja w niedzielę z kościoła, to babcia daje mu po czekoladce i że jeszcze jest ich tam sporo. Wobec tego powiedziałem, żeby szedł szybko po te czekoladki, zanim jego babcia wróci z warty przy krzyżu z kwiatów, który ludzie codziennie układają na placu.

No i Zenobiusz przyniósł zaraz to pudełko, na którym stało napisane wielkimi literami ZPC im. 22 LIPCA (i małymi e. wedel) i tacy byliśmy tym ucieszeni, że ruszając w drogę, pozwoliliśmy nieść bombonierkę Alcestowi i zaniśmy się opamiętali to zeżarł już prawie połowę zawartości.

Gdy doszliśmy do skrzyżowania to, powiedzcie, czy nie mamy szcześcia? byli tam nie tylko żołnierze z czołgiem, ale i telewizja! Kamery, reflektory i mikrofony na statywach – wszystko tam było! A jeden pan biegał z megafonem, wspinał się na zaspę i krzyczał, lufa wyżej! Albo, brać kapitana! Ale chyba nikt go sobie nie chciał wziąć, tylko kamery trajkotały i trajkotały na okrągło.

Podeszliśmy bliżej i wtedy ten pan z megafonem zaczął wrzeszczeć, aby te smarkacze natychmiast mu wyszły z planu i czego my tutaj właściwie szukamy? Powiedzieliśmy wtedy, że przynieśliśmy czekoladki dla żołnierzy, na co ten pan z megafonem zrobił wielkie oczy, zeskoczył z zaspy i powiedział, że ten milicjant, którego wysłał, aby mu znalazł przynajmniej parę kobiet z kwiatami, to nie taki głupi, na jakiego wyglądał i że to genialny pomysł z tymi dzieciakami i bombonierką.

Zaczął więc nas wszystkich ustawiać i wołał – więcej światła! A śmiał się przy tym, jakby powiedział jakiś dobry kawał. No i wtedy zdarzyło się nieszczęście, bo wrócił pan milicjant z paniami, które były bardzo umalowane i przyniosły okropnie dużo kwiatów, a gdy pan z megafonem zawołał, że ich teraz nie potrzebuje, to podniosły wielki krzyk, że tyle pieniedzy wydały na te goździki i w związku z tym muszą być koniecznie w telewizji. No i zaczęła się chryja. Jedna z pań zaczęła walić wiązanką kwiatów pana milicjanta po głowie, a inna usiadła na wieżyczce czołgu i wołała, że raczej umrze niż się stąd ruszy.

Zrozumieliśmy, że trzeba brać nogi za pas. I tak też zrobiliśmy.

Pokolenie Solidarności 18

Eli

Ewa Maria Slaska

Obywatele (1980)

W sierpniu 1980 roku Polacy poczuli się wolni. Powstał wielki ruch społeczny i polityczny, ale przede wszystkim zaczęło się rodzić społeczeństwo obywatelskie.

W połowie września powołano do życia ogólnopolską organizację, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność.

Pokolenie, które było dorosłe i świadome w latach osiemdziesiątych, nawet jeśli nader młode, było naocznym świadkiem narodzin Solidarności. Prawdę powiedziawszy, każdy dorosły Polak ma w życiorysie jakąś „cegiełkę”, którą dołożył w budowanie legendarnego Sierpnia 80.

Nie da sie zapomnieć dramaturgii strajku w stoczni Gdańskiej, determinacji Wałęsy, Walentynowicz, Gwiazdy, Kuronia, Michnika. Stawiane żądania, 21 postulatów, brzmiały na owe czasy rewolucyjnie. Mało kto wierzył w powodzenie, komuniści jednak podpisali ze strajkującymi porozumienie i to był szok dla nas wszystkich, i jednocześnie wielkie zwyciestwo. W społeczeństwie powiało nadzieją. Obrazy z tamtych dni nie zniknęły z pamięci, wręcz odwrotnie. Co jakiś czas powracają wspomnienia, może mniej o przywódcach z tamtych lat, oni, przynajmniej niektórzy, zrobili karierę polityczną. A ja mam na myśli tych „maluczkich”, co gdzieś tam, na jakimś małym albo ważnym stanowisku pracy, w latach 80 wspierali powstający ruch solidarnościowy. Historia nie byłaby prawdziwa, gdyby nie obejmowała rzetelnej wiedzy o stanie świadomości historycznej tamtego czasu.

Rok 1980, Solidarność przyniosły nam Polakom przełom historyczny, który na zawsze wejdzie do podręczników. Przed rokiem 80 stan psychiczny społeczeństwa był straszliwy, władzy udało się wprawić nas w poczucie totalnej beznadziejności, toteż najważniejszym odczuciem, jakie przywiał nam z Gdańska Rok 1980 to najpierw Nadzieja przez duże N, a potem poczucie, że na naszych oczach i może nawet przy naszym współudziale zmienia się oblicze wspólnego domu, Polski i dzieje się Historia.

Poczucie sprawczości.

Pamiętam dokładnie, pisze Krystyna, polska dziennikarka, która do Berlina przyjechała z Opola, jak chłonęliśmy wieści z Gdańska i Szczecina – brzmiały tak odważnie. Chodziło o nasz codzienny byt. Po raz pierwszy upomniano się o godne życie, o tym słyszeliśmy w radiu, telewizji. Były to głosy nie, jak zwykle, partyjniaków, ale tych, którzy wzięli nasz los w swoje ręce, tych, o których słyszeliśmy w Radiu Wolna Europa. Dzielni Opozycjoniści stawiali rządzącej władzy postulaty o charakterze politycznym. To, o czym mówiono głośno, sprawiało, że niejeden Polak oczy przecierał ze zdziwienia. Podziwialiśmy odwagę tych, którzy tam byli, w Gdańsku, w Szczecinie!

W naszych umysłach i sercach rodziła się solidarność z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Jaka to była mobilizacja do działania! W całym kraju zaczęło powstawać ogromne zaplecze społeczne, wzmacniające naszych przywódców, dodające im skrzydeł do działania. O tym rzadko się wspomina. Cóż wart byłby przywódca bez zaplecza społecznego? Tylko wtedy może liczyć na powodzenie tego, czego się podjął – zmian. Toteż niesprawiedliwe byłoby, gdyby dawni przywódcy Solidarności, którym słuszne przypisuje się ogromne zasługi, zapomnieli o tych na dole, o zwykłych obywatelach.

A zapomnieli!

Gdy upadał autorytet partyjniaków, społeczeństwo przestało bać się władzy. Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie z własnego podwórka. Pracowałam w opolskiej oświacie i wiem, pamiętam, że coraz głośniej brzmiał głos solidaryzujący się z komitetem strajkowym w Gdańsku. Pierwszym przejawem poparcia było wywieszenie flagi na budynku zakładu lub instytucji. Ze strony dyrekcji czy kierownictwa dawało się odczuć ciche przyzwolenie. Nasi ówcześni dyrektorzy przyjmowali postawę dyplomatyczną – udawali, że nic nie widzą i chwała im za to!

Niektóre zakłady reagowały szybciej, inne potrzebowały czasu. Najszybciej zareagowali studenci wyższych uczelni. Duże zakłady (FSD Nysa, Elektrownia Opole, Zakłady Koksownicze w Zdzieszowicach) w poczuciu moralnej solidarności zorganizowały strajki ostrzegawcze. W miarę upływu czasu staliśmy się przecież jedną wielką rodziną solidarnościową.

Zresztą… nie było nic do stracenia, przecież w tym czasie „statek Polska” po prostu tonął. Braki w zaopatrzeniu w żywność, w sklepach spożywczych puste półki, w przemysłowych – towar, który znikał w ciągu pół godziny.

Determinacja Lecha Wałęsy utwierdziła w nas poczucie, że droga, jaką wówczas obraliśmy, była słuszna. W kraju rosła pozycja Solidarności, w zakładach powstawały związki zawodowe, których przedstawiciele wchodzili do rad miejskich. W osiem lat później dopuszczono listę niezależnych kandydatów na posłów.

Jako społeczeństwo w tym przełomowym okresie zdaliśmy egzamin celująco i trzeba o tym przypominać wciąż i wciąż! Nie byłoby nic bez nas, zwykłych obywateli, działaczy małych organizacji solidarnościowych!

Dlatego uparcie upominam się o pamięć i przypominanie o roli, jaką odegrało całe polskie społeczeństwo w okresie transformacji ustrojowej! Bez poparcia na dole nasi przywódcy byliby mało znaczącym epizodem w historii. Nie byłoby Solidarności i dzisiejszej nowoczesnej Polski, gdyby nie nasza siła, składająca się z pojedynczych obywateli, grup społecznościowych, inteligencji, robotników, dziennikarzy.

To masowy oddolny ruch społeczny, jakim był związek zawodowy Solidarność, przyczynił się do pokojowych przemian ustrojowych w Polsce i Europie Wschodniej. Impuls wywołany przez Solidarność zapoczątkował nieodwracalny proces zmian, które w ostateczności pogrzebały komunizm, lądujący na śmietniku historii 4 czerwca 1989 roku.

***

Krysia nie spotkała nigdy ani Basi, ani Stefana, przyjechała zresztą do Berlina dopiero wtedy, gdy oboje już dawno byli w USA, ale jej przemyślenia oddają wiele z tego, co w owym czasie oboje myśleli. To mali ludzie tworzą wielką Historię, mnóstwo małych ludzi. Dwanaście milionów ludzi, którzy mówili “solidarność”, a myśleli “wolność”. Sierpień 1980 roku był najlepszym okresem w ich życiu, przede wszystkim dlatego że był to czas, kiedy Basia i Stefan robili to samo i myśleli to samo, a słowa których używali wciąż jeszcze znaczyły to samo.

Nota bene późniejsza, potransformacyjna nomenklatura określiła okres Solidarności, czyli czas od 1 września 1980 roku do 12 grudnia 1981 roku, mianem “karnawału Solidarności”. Nie wiem kto i po co wymyślił taki głupi termin, ponieważ ten okres niespełna 16 miesięcy żadnym karnawałem nie był. Owszem był to czas pewnych swobód obywatelskich i ograniczenia cenzury, ale Polska żyła w cieniu propagandowego zastraszania, a na każdym szczeblu, od zakładów pracy zatrudniających dziesięć osób po system państwa komunistycznego, był to czas ustawicznego użerania się z władzą.

Tym niemniej było to niezwykłe doświadczenie wolności, które w tym okresie stało się udziałem pokoleń „urodzonych w niewoli”, wpływając jednocześnie mocno na stan świadomości starszych. Okazało się ono decydującym elementem, kształtującym dalszy bieg historii i wpłynęło ostatecznie w 1989 roku na destrukcję i upadek systemu komunistycznego w Polsce i na świecie.

A że efekty tego okazały się po kilku dekadach katastrofalne, że spowodowany polską rewolucją “upadek Komuny” zwolnił kapitalizm z udawania, że akumulacja zysku zapewnia podniesienie poziomu życia zwykłego obywatela, że rok 1989 doprowadził do globalizacji, przesunięcia rynków do biednych krajów, upadek gospodarki europejskiej, a zatem państw opieki społecznej i że wolność bogacenia się bez poczucia odpowiedzialności zniszczy stosunki społeczne, miejsca pracy, dobrobyt, demokrację, zaufanie do polityki, a przede wszystkim środowisko, że kilkadziesiąt lat kapitalistycznej wolności zrujnuje doszczętnie to, na czym wyrosła, czyli solidarność…

Nasza polska wygrana okazała się naszą ludzką klęską. Nasza wolność zmieniła się w nasz pręgierz. Umieliśmy stać wyprostowani, gdy trzeba było walczyć z przemocą, gdy insygnia władzy dzierżył nieludzki prawodawca, ale zaczęliśmy się czołgać i deptać innych, gdy przejął je wszechmocny pracodawca. Skąd jednak mogliśmy to wiedzieć? Jak mogliśmy to przewidzieć? Przecież nigdy przedtem nie było takiej sytuacji.


Tak naprawdę to nie ja jestem autorką pierwszej (i najważniejszej) części tego rozdziału, tylko Krystyna Koziewicz. Może nawet nie dlatego że wiedziała, widziała i opisała to, czego ja bym nie wiedziała i widziała, ale dlatego że opisała to inaczej, niż ja bym to kiedykolwiek zrobiła. Dziękuję, Krysiu.

Stadt Land Fluss

Masha Pryven

Liebe alle,

ich lade euch zu unserer Fotoausstellung Stadt Land Fluss.

Das gemeinsame Thema der Ausstellung ist das Land, das Territorium und der Raum, wo sich das Politische, Soziale und Private abspielt. In meiner Arbeit Sehe Was Ich Sehe zeige ich die Fotos der Ukrainer:innen, die mir ihre Handybilder seit dem Anfang des Krieges anfingen zu schicken und die ich bis heute sammle. Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits – die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Ukraine, Mai, 2022 / (c) Sergij Grychenyuk_Masha Pryven

I am kindly inviting you to our exhibition Stadt Land Fluss (old children’s game: Categories). The theme of land and territory is what the four photo series have in common. 

In my work See What I See  I am showing photos of Ukrainians who at the beginning of the war started sending me their photos taken with phones and which I later started collecting. I am treating these photos as a contemporary photo archive and as a form of war photography without objectification.

Eröffnung: 27. Oktober, ab 17 Uhr
Wo: GlogauAir Gallery,  Glogauer Str. 16, Kreuzberg

Herzlich, Masha

***

Hier noch persönlicher Text von Masha Pryven zur Ausstellung Stadt Land Fluss

SEHE WAS ICH SEHE

Am 24. Februar 2022 wurde die Ukraine erneut angegriffen. Sofort bildeten wir ein sporadisches, diffuses, globales Netzwerk aus Ukrainer:innen, um humanitäre und militärische Hilfe zu leisten. Im Zuge dessen fingen die Menschen auf der Flucht an, mir ihre Handybilder zu schicken, die ich mit der Zeit begann, gezielt zu sammeln.

Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits — die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Die Telegram-Nachrichten, die diese Fotos begleiten, sind die schriftlichen Zeugenberichte dieses Krieges.
***
Fotobücher machen
Sonja Deppisch im Gespräch mit den Fotografinnen Karin Kutter und Masha Pryven sowie der Verlegerin Regelindis Westphal.
Bei Kaffee und Kuchen

Mysia utopia

Reblog (Wikipedia)

Eksperyment Calhouna zwany mysią utopią – doświadczenie naukowe prowadzone od lipca 1968 do 1972 roku przez amerykańskiego etologa Johna B. Calhouna i kilkakrotnie powtarzane.

Założenia

Doświadczenie polegało na stworzeniu populacji myszy, składającej się najpierw z ośmiu osobników (4 pary), idealnego środowiska do życia. Myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, z ich środowiska usunięto wszystkie drapieżniki, a także zapewniono im opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników.

Przebieg

Eksperyment trwał 1588 dni. Jego przebieg podzielono na cztery fazy:

  • Okres przystosowywania się – trwał do 104 dnia, kiedy to urodziły się pierwsze myszy nowego pokolenia. Jest to najkrótsza faza eksperymentu. W tym okresie myszy dokonały podziału terytorium i zaczęły budować pierwsze gniazda.
  • Okres gwałtownego rozwoju – trwał od dnia 105 do dnia 314. Liczebność myszy dubluje się co 55 dni. Osobniki dominujące, których pozycja społeczna jest wyższa, posiadają liczniejsze potomstwo niż słabsze osobniki. Zauważyć można, że myszy chętniej niż w pierwszej fazie przebywają w towarzystwie innych, obcych myszy.
  • Okres stagnacji – trwał od dnia 315 do dnia 559. Na początku tej fazy żyło 620 osobników. Populacja dubluje swoją liczebność co 145 dni. U samców następuje stopniowy zanik umiejętności obrony własnego terytorium, natomiast u samic powszechniejsze stają się zachowania agresywne i następuje zanik instynktu macierzyńskiego – potomstwo jest odrzucane przez matki. W fazie tej populacja myszy osiągnęła szczytową liczebność wynoszącą 2200 osobników. Stale zamieszkanych była tylko jedna piąta boksów przeznaczonych dla myszy.
  • Okres wymierania – trwał od dnia 560, w którym wskaźnik przyrostu naturalnego stał się ujemny, do dnia 1588, w którym zdechła ostatnia mysz, kończąc tym samym eksperyment. Samice coraz rzadziej zachodziły w ciążę, a w końcowej fazie eksperymentu populacja całkowicie utraciła zdolność reprodukcji. Dnia 600 nastąpiło ostatnie żywe urodzenie. W dniu 920 doszło do ostatniej kopulacji. Była to najdłuższa faza eksperymentu. Wśród myszy nastąpił całkowity zanik zachowań społecznych takich jak obrona własnego terytorium i potomstwa. Ich czynności sprowadzały się do zaspokajania potrzeb naturalnych i czyszczenia futra.

Wnioski

Badacz wskazuje, że redukcja naturalnej umieralności w warunkach ograniczonej przestrzeni doprowadziła do nadmiernego zagęszczenia populacji. Młode osobniki dojrzewając nie znajdowały miejsca dla siebie w organizacji społecznej, w której wszystkie role były już obsadzone. W warunkach naturalnych wyjściem z takiej sytuacji jest emigracja, ale w eksperymencie była ona niemożliwa. Walczyły więc o te role tak zaciekle, że efektem ubocznym stał się upadek normalnej organizacji społecznej. Ponadto nadmierna liczba spotkań z innymi osobnikami doprowadziła do unikania kontaktów społecznych. Kolejne młode urodzone w takich warunkach były przedwcześnie porzucane przez matki oraz grupy rodzinne i, wychowując się w zaburzonych warunkach, nabywały cech autystycznych. W szczególności stawały się same niezdolne do podjęcia prokreacji i wychowania młodych[1].

Calhoun podsumowywał te obserwacje pisząc, że śmierć śmierci cielesnej („śmierć do kwadratu” z tytułu jego pracy) prowadzi do śmierci organizacji społecznej i w konsekwencji do śmierci duchowej jednostek i formułował hipotezy, że w analogicznych warunkach społeczność ludzi także podlegałaby podobnym procesom.

Z drugiej strony zwracano uwagę, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych. Wpływa to na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

***

Cały czas myślę, że coś mi to przypomina.

Z wolnej stopy 68


Zbigniew Milewicz

Stare i nowe prace Beaty


Ten wernisaż miał się odbyć najpierw gdzie indziej, w galerii sztuki, w której pracuje Beata. Szef jej to obiecał, ale w nieskończoność przesuwał terminy, więc miejsce znalazła sobie sobie sama. Okolice Romanplaz w Monachium mają swój klimat, piwnica też, więc jest zadowolona. Dla jej pryncypała nie byłby to żaden interes, w końcu chce sprzedawać swoje obrazy, a nie jej. Obiecał, że wystawa odbędzie się 22 października, więc jest, tylko na Wotanstrasse.


Przychodzą tylko zaproszeni goście, mnie zawiadomiła przez swój WhatsApp, więc sprawdzam, kogo znam. Paru gości z widzenia, ale Basię Grabowską i Ryszarda, jej męża, osobiście. Gdybym był złośliwy, ale przecież nie jestem, to bym napisał, że jak zły szeląg. W końcu była moją konkurentką, kiedy przed laty organizowałem imprezy taneczne dla monachijskiej Polonii. Oj działo się wtedy, działo. Dzisiaj nie skaczemy sobie jednak do gardziołek, tylko sączymy w nie różne nektary, którymi częstuje Beata, troskliwie pytamy o zdrowie, wnuków.
Pełna kultura.


Niektóre obrazy znam, artystka prezentowała je już na swojej pierwszej wystawie, o której pisałem tu bodaj pięć lat temu, ale są też nowe. Może więcej w nich metafizyki, na przykład w Mężu i żonie, czy Kielichu miłości. Przyciąga uwagę Ziarno, wymownie chrześcijańskie, jest trochę świeżych abstrakcji,
zainspirowanych brutalnością wojny na Ukrainie. Szkoda jednak, że to tylko jednodniowa wystawa, ale miłośnicy sztuki mogą nawiązać kontakt z artystką przez internet. Beata Modzelewska ma w sieci swój profil, BMKunst.

Schweine

Ich fand dies im FB meiner ehemaligen Schülerin. Die Zeiten sind gar nicht lustig, daher…

Tanja Lakatos is feeling amused.

WICHTIGE INFO 😂😂😂

Der Orgasmus eines Schweins dauert 30 Minuten. (Oh. Mein. Gott !!!)

Eine Küchenschabe lebt ohne Kopf noch neun Tage bevor sie verhungert.
(Gruselig. Ich habe das mit dem Schwein noch nicht ganz verarbeitet.)

Eine männliche Gottesanbeterin kann sich nicht paaren, während sein Kopf noch mit seinem Körper verbunden ist.
Das Weibchen leitet den Sex ein, indem Sie den Kopf des Männchens abreist.
(Liebl……ing, ich bin zu hause. Was soll …..?)

Ein Floh kann das 350-fache seiner Körperlänge springen.
Das ist so als ob ein Mensch die Länge eines Fußballfeldes springen kann.

(30 Minuten. Glückliches Schwein! Kannst du dir das vorstellen?)

Der Wels hat über 27.000 Geschmacksknospen. (Was könnte auf dem Grund eines Weihers so wohlschmeckend sein?)

Manche Löwen paaren sich mehr als 50 Mal am Tag. (Ich kann das mit dem Schwein immer noch nicht glauben …. Qualität über Quantität)

Schmetterlinge schmecken mit Ihren Füßen.
(Etwas was ich schon immer wissen wollte.)

Elefanten sind die einzigen Tiere, die nicht springen können. (Okay, das ist auch gut so)

Der Urin einer Katze leuchtet unter Schwarzlicht. (Ich frage mich wie viel die Regierung ausgegeben hat um das heraus zu kriegen)

Das Auge eines Vogel Strauß ist größer als sein Hirn (Ich kenne einige solche Leute).

Seesterne haben kein Hirn (solche Leute kenne ich auch)

Eisbären sind Linkshänder.

Menschen und Delfine sind die einzigen Gattungen die Sex zum Vergnügen haben.
(Was ist mit dem Schwein? Wissen die Delfine von dem Schwein?)

Jetzt da du mindestens ein Mal gelächelt hast, ist es an dir diese verrückten Tatsachen in Umlauf zu bringen. (und denk an das Schwein 🐷 )

🤣

Wiera


Montag 24. Oktober ACUD Theater 20.00 Uhr
Acud Theater, Veteranenstraße 21, 10119 Berlin


Event by Celina MuzaACUD Theater and Verein Kultur-Schmuggel

Tickets: www.acud-theater.de/programm/5259-wiera.html

Regie: Krzysztof Stasierowski
Text: Cezary Rossa
Arrangements: Paweł Stankiewicz
Übersetzung: Andreas Visser

Agnieszka Babicz – Schauspielerin, Sängerin und Produzentin. Sie studierte an der Schauspielschule am Musiktheater Gdynia, die sie mit Auszeichnung absolvierte. Dort spielte sie u.a. Fantine in „Les Misérables“, Fiona in „Shrek“ und Lorraine in „Dracula”. Viel Anerkennung brachte ihr die Darstellung der Anita in „West Side Story“ an der Stettiner Oper und die Arbeit am Stadttheater Gdynia ein, wo sie 2008 den Publikumspreis für die Rolle der Witwe in „Zorba“ erhielt. Ein breites Publikum kennt Agnieszka Babicz dank ihrer Auftritte in populären TV-Serien: „Na wspólnej“ und „Na dobre i na złe“. In den Filmen von Andrzej Kostenko „Lokatorzy“ und Janusz Kondratiuk „Faceci do wzięcia“ bewies sie ihr Talent.
Am 24. Oktober zeigt die Künstlerin ein neues Solostück „Wiera“
Ein musikalisches Monodrama der Schauspielerin Agnieszka Babicz aus der Dreistadt. Es basiert auf der Biografie und den Liedern aus dem Repertoire von Wiera Gran. Die große, bereits vergessene Künstlerin, polnische Sängerin jüdischer Herkunft, Kabarettistin und Filmschauspielerin, die während des Krieges im Warschauer Ghetto sang und nach dem Krieg durch den Vorwurf der Kollaboration mit den Deutschen verfolgt wurde und Opfer einer damaligen Hetzkampagne wurde.
Sie war das einzige Mitglied ihrer Familie, das die Besatzungszeit überlebte. Für den Rest ihres Lebens wehrte sie sich gegen Anschuldigungen, sie habe mit der Gestapo kollaboriert, um das Ghetto verlassen zu können. Trotz ihrer Erklärungen und gewonnener Prozesse wurde sie von Menschen, die den Anschuldigungen Glauben schenkten, ausgegrenzt. Sie wollte sich sehr von diesen Verleumdungen befreien – einer der Gründe, warum sie das Buch „Staffellauf der Verleumder – Autobiographie einer Sängerin“ schrieb (1980), auf dem der Text des Monodramas basiert.

Vorstellung in polnischer Sprache mit deutschen Untertiteln.

Karten: 15,00 / 10,00 EUR, https://www.acud-theater.de/
oder Anmeldungen an: info@kultur-schmuggel.org

Schauspielschulstudenten: Eintritt frei!

Fotos © Adam Krajewski

Die Inszenierung wird gezeigt im Rahmen des Projektes: HERBSTschläge – neue deutsch-polnische Solostücke in Berlin. Gefördert von der Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa.

Prawda – wiersze i rysunki (1)

Tibor Jagielski



Pytało babci pewne dziecię:
„Czemuż zła tyle na tym świecie?
Czemu cukierków ciągle mało,
A na podwórku w mordę walą,
I czy to prawda ustalona,
Że świat to sprawka Pana Boga?”

Odpowie babcia rezolutna:
„Ach dziecię, prawda jest okrutna,
Więc za bezczelność twą, potworze,
Na grochu będziesz klęczeć worze.”


Bożenka tak bawiła kotka,
Aż dała ducha ta istotka.

Dostała od tatusia w pupę,
Bo kotek wart był forsy kupę.
Raz przypomniała sobie piękna pani Hanka,
Że przed miesiącem skryła w szafie swej kochanka.

Więc zbladła szepcząc: „A to pech,
Na śmietnik pewnie teraz futra me.”

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło