Uwaga z roku 2021. Teraz użyłoby się słowa przegryw, ale za czasów Stefana jeszcze nie istniało. Podobnie jak wiele innych, nawet maczo. „Luzer” był spolszczeniem angielskiego terminu, podobnie jak killer czy cooler. Być może nawet należałoby napisać to słowo jeszcze w jego angielskiej wersji, czyli looser, ale od czasu dżazu, lejdis, skajlajtu, skajlajnu i menedżera mam wrażenie, że każdy wyraz angielski da się napisać po polsku, a potem stworzyć mu derywaty, tak by powstały „beściaki” i „bodziaki”, a zwłaszcza moje ulubione „kołcze”.
Uwaga z roku 2023. Podczas gdy pisałam tę powieść, obrazy Johannesa Vermeera van Delft były znane nielicznym miłośnikom, w tym wielu czytelnikom Marcela Prousta, bo jeden z głównych bohaterów powieści W poszukiwaniu straconego czasu, Charles (Karol) Swann zajmował się twórczością tego malarza, a inny jej bohater, Bergotte, którego pierwowzorem był Anatol France, opisywał jego obrazy, a umarł wpatrując się w niezwykły Widok Delft i widoczny po drugiej stronie rzeki fragment żółtej ściany. W tej powieści wciąż ktoś rozmawia o tych obrazach. Jednak na ogół mało kto wiedział coś bliższego o tym malarzu, który namalował trzydzieści kilka obrazów. Vermeer żył w latach 1632 – 1675 i wprawdzie namalował dwa płótna o tematyce historycznej i dwa krajobrazy, właśnie ów Widok Delft i Uliczkę, ale jego specjalnością były niewielkie scenki rodzajowe lub portrety samotnych kobiet. Artysta został na dwieście lat całkowicie zapomniany, ale jeszcze w drugiej połowie XX wieku jego nazwisko poza specjalistami nic nikomu nie mówiło. Gdy w roku 1977 Claude Goretta nakręcił film Koronczarka z Isabelle Huppert w roli głównej nikt nawet nie wspominał, że tytuł powieści Pascala Lainé i nakręconego wg niej filmu został zaczernięty z twórczości Vermeera. Dopiero powieść Tracy Chapman i nakręcony według niej film Dziewczyna z perłą Petera Webbera z 2003 roku z Colinem Firthem i Scarlett Johansson w rolach głównych, wyniosły Vermeera na pozycję jednego z najchętniej oglądanych malarzy. W roku 2023 Rijksmuseum w Amsterdamie zorganizowało zbiorową wystawę dzieł Vermeera i wylansowało go do roli super gwiazdy. Piszę to wszystko, żeby podkreślić, że gdy Stefan w latach 80 poszedł w Nowym Jorku do Frick Collection oglądać obraz Vermeera, nie było to wcale oczywistością i nie rozumiało się samo przez się. Zapewne było tam niewielu Polaków, mieszkających w tym czasie w Nowym Jorku. A może nawet żaden.
Das Gefühl, dass ich von den Tod umgeben bin. Ich bekam es im Alter von 8 Jahren. Es war Anfang des neuen Schuljahres; ein richtiger indian summer; damals wurde ein Kind regelrecht und systematisch von seinen Vater zu Tode geprügelt und die Kinder auf dem, von den Linden und Pappeln umsäumten,Hof waren die stummen Zeugen dieser Ungeheuerlichkeit. Das Gefühl einer Hilflosigkeit und vollkommenen Ausgeliefertseins; nie empfand ich die Stille, die nach den letzten Schlägen und Gestöhne eines gemärterten Gleichaltrigen, als eine Dunstwolke die sich ausbreitete und auch die Nebengassen erreichte und sogar die Straßenbahnen und Autos auf der nah gelegener Hauptstraße schienen wie verschwunden – Stille, Leere, nichts bewegte sich. Die Zeit blieb stehen und ich fiel in Ohnmacht, die ich bis heute spüre.
W Niemczech obchodzi się dzień matki w drugą niedzielę maja i uważa się go za jedno ze świąt wprowadzonych przez Hitlera. Nie jest to prawdą, bo Międzynarodowy Dzień Matki od drugiej połowy XIX wieku usiłowały wprowadzić w życie Amerykanki, co im się w końcu udało zalegalizować w roku 1914. W Niemczech jest to oficjalne święto od roku 1923, a jego inicjatorem był Niemiecki Związek Kwiaciarzy a nie Hitler. Miało to zresztą miejsce na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Ale w Niemczech istnieje wyraźna tendencja, by negować każde święto pod jakimkolwiek pozorem – co najwyraźniej daje się odczuć przed Halloweenem i dniem świętego Walentego, ale i Boże Narodzenie nie jest wolne od antyświątecznych reakcji. W Polsce święto to obchodzi się od roku 1914 i w tym dniu dzieci rysują laurki dla mam. Na świecie są zresztą różne daty obchodzenia Dnia Matki – Polska jest jedynym krajem, w którym przypada ono na 26 maja.
Krystyna Koziewicz
O matce i dorosłych dzieciach “Miłość matczyna się nie starzeje” (niemieckie)
Jednym z najpiękniejszych dni w roku jest 26 maja – DZIEŃ MATKI. MATKA, Mama, Mamuśka, Mamcia, Matula, Mateńka… Wszystkie te słowa, którymi ją nazywamy, zawierają w sobie potężny ładunek uczuć i emocji. Kojarzą się z domem rodzinnym, którego była OPOKĄ. I choć zmieniają się ludzkie dzieje – ONA zawsze ta sama: DOBROĆ i PRZEBACZENIE, WIELKODUSZNOŚĆ i – jak mówi o ksiądz Twardowski w jednym ze swoich wierszy – “bardzo ludzka MIŁOŚĆ”… Jej ofiarność i dobroć serca na zawsze pozostaje w pamięci tych, którzy ją mieli… Ale oczywiście nie każdy ją miał. Bywa, że jej brakuje, a przyczyny tego są przeróżne. Jednym LOS przedwcześnie ją zabiera, innym daje, ale ona sama nie potrafi udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki spoczywa na jej barkach, zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wychowywać dziecko czy dzieci samotnie. A wtedy, no cóż… Jedne Matki podejmują ten trud, inne, niczym kukułki, “podrzucają pisklę” do obcego gniazda, a jeszcze inne całkowicie się go wyrzekają, albo – co najgorsze – zabijają… To skrajne przypadki, ale się zdarzają. I każdy z nich ma swoją przyczynę, dlatego tak trudno jest osądzać matkę, która nie umiała być matką…
Jakkolwiek jednak by nie było, każde dziecko, i to z pełnej rodziny. i to z niepełnej, powinno darzyć matkę szacunkiem, choćby z racji tej, że dała mu życie… Powinno otoczyć ją opieką i miłością, bo może tego najbardziej brakowało jej w życiu?! Powinno… Dla wielu matek pobożne życzenie. Z odwzajemnieniem miłości bywa różnie, niejednokrotnie zastanawiamy się, skąd u dorosłych dzieci taki brak uczuć, zrozumienia dla sytuacji matki i problemów związanych ze starzeniem się, często samotnością.
Istnieje wiele sposobów, by odpędzić myśli o dzieciach, dla których jesteśmy ciężarem. Szukamy dla siebie aktywności, ale i ona nie zawsze cieszy dorosłe dzieci. Niekiedy nawet drażni. Jak więc? Czy mamy się tłumaczyć, że po prostu odrabiamy zaległości z okresu, kiedy świat był mniej kolorowy? Życie w socjalizmie nie przypominało raju, choć nasza młodość niosła prawdziwą radość i emocje, nie mieliśmy życia wirtualnego. Dzisiaj młodzi patrzą na nas, jak na istoty z epoki dinozaurów, a może jednak ze skrywaną zazdrością, ale, o dziwo, wcale nie radością, że życie matki ma sens.
Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć matki, które się żalą, że są psychicznie gnębione przez własne dzieci. Tak, tak – żadna ściema. Zdarza się, ale najbardziej szokuje, że psychiczny terror pojawia się ze strony dobrze wykształconych córek, synów. Rozumiem – dzieci nie chcą naszych rad, złoszczą się, kiedy ich zdaniem ingerujemy w ich życie, co tak naprawdę oznacza po prostu, że wypowiadamy nasze zdanie czy poglądy. Nie chcą i nie lubią rozmawiać o problemach, potrafią pouczyć matkę, że najlepiej by było, jakby się wcale nie odzywała? I co wtedy, gdy to usłyszymy? Zamilczeć i puścić koło uszu? Trudno, ale może i dałoby się zrobić, ale najczęściej to oni sami, ci co to mówią, zaczynają dyskusję trudne tematy. To straszne, że nie można przekazać naszych doświadczeń, bo one są ważne. Dlatego dajemy dzieciom wolną rękę, niech same uczą się na własnych błędach, po co mamy z matczynej miłości i ostrzegać? Nie wrogości, jak to często bywamy odbierane. Z miłości i życzliwości!
Nie ulega wątpliwości, że nasze dzieci nas kochają, ale to głęboko, pod spodem. A na powierzchni… Owszem, czasem zadzwonią, zapytają, co słychać. Być może w pewnym sensie uspokajają własne sumienie, albo tylko tyle serca mogą okazać. Dwa słowa: „wszystko w porządku?” lub – jeszcze gorzej – „co u ciebie, wszystko dobrze?” i koniec rozmowy. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć, że nie, nie wszystko jest dobrze i że powodem tego są one same?
Teoretycznie więc dzieci nas kochają, ale teoretyczna wiedza nie wystarczy! Chciałoby się to poczuć. To posłuchajcie, kochane dzieci. Nadchodzi lato, czas pikników, na pewno nie raz i nie dwa w gronie rówieśników wybierzecie się nad jezioro, do Tiergarten czy na Lotnisko Tempelhof, a tam zobaczycie piknikujące tureckie rodziny. I zobaczycie, jaki jest stosunek dzieci do rodziców. Szacunek przez duże S. Nie ukrywam, że z zazdrością przyglądam się matkom, wokół których „świat się kręci”. Nie będę w tym miejscu szczegółowo opisywać i moralizować, bo nie o to chodzi. Choć właściwie, nieprawda, bo to właśnie o to chodzi. O miłość dziecka do rodziców, taką nie przesadną, nie jakoś specjalnie wylewną, ale jednak choć trochę odczuwalną…
Przykładów lepszego lub gorszego traktowanych rodziców można by mnożyć, nie chcę pokazywać skrajności, spiszę tu tylko te typowe.
Znajomy na prośbę syna przez pół dnia pomagał w przygotowaniu ogrodowego party dla kolegów. Po wielogodzinnym wysiłku na końcu usłyszał: „Dziękuję, teraz możesz już sobie iść”. Nie załapał się nawet na jedną kiełbaskę z grilla. Syn, zapytany delikatnie przez matkę, czy mogłaby zabrać się razem, samochodem na wycieczkę do Zakopanego (było wolne miejsce w aucie), usłyszała: „Chyba sobie żartujesz, chcesz by koledzy mnie wyśmiali?” Córka znajomej ciągle instruuje matkę, jak ma się ubrać i zachować, gdy przyjdą koleżanki, żeby tylko jej wstydu nie narobiła. Najlepiej, gdyby wyszła z domu. Jeśli matka mieszka daleko od dzieci, słyszy zapytanie, kiedy przyjedzie, a pytający nie zwracają uwagi na wiek, zdrowie czy koszty. Wygodniej zaprosić mamę, by się samemu nie wysilać.
Ale mimo to powinnyśmy pomagać. A jakże. Kochane dzieci potrzebują nas, matek, gdy są w potrzebie. Czasem pilnej, czasem wcale nie pilnej, ale ułatwiającej życie. A my jak te głupie owce, mimo że potrafimy doskonale rozpoznać prawdziwe i wynikające z wygodnictwa potrzeby naszych dzieci, i tak zawsze chętnie pędzimy „ku pomocy”. Pędzimy, pomagamy, często dopłacamy, a potem, na pożegnanie i tak usłyszymy, że ułożyłyśmy życie bez sensu, że dzieci były chowane przez babcie, że tata odszedł, że nie zrobiły majątku, że nie jesteśmy obywatelami świata… tylko Polska, Polonia, Polska, Polonia! Znam sporo osób pozytywnych przypadków, pięknych postaw, kiedy dzieci regularnie odwiedzają Matkę, zapraszają, fundują, obdarzają… Ale i tak do końca nie wiem, czy i tam, w tych pokazowych rodzinach, pod spodem nie czają się te same zdania – jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…
Przyjrzyjcie się tym zdaniom: jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się… Rozpoznajecie siebie w tym lustrze? Słyszycie, jak to mówicie? Słyszycie to wieczne poczucie, że macie rację, gdy nam to mówicie?
A przecież to my, dzielne, zaangażowane, inteligentne kobiety. Nie jesteśmy kołtunami i babsztylami z Ciemnogrodu. Jesteśmy nowoczesne, samodzielne i zaradne. Nie żądamy i nie wymagamy. DAJEMY. Zrobiłyśmy w życiu sporo, nadal sporo robimy, a mimo to mamy czas dla Was i dla Waszych dzieci.
Kochane dzieci, nam nie potrzeba wiele, by się wspólnie cieszyć, ważne by choć przez chwilę pobyć razem i NIE słyszeć wiecznych uwag! Nawet jeśli nie zawsze spełniamy Wasze oczekiwania, to może uznacie, że jednak nic złego się Wam nie przytrafiło, a zatem jakoś nam się udało Was ochronić. Naprawdę próbowałyśmy dać Wam MIŁOŚĆ i POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA. Na MIŁOŚĆ nigdy nie jest za późno, a MAMĘ ma się tylko jedną, więc parafrazując słowa księdza Twardowskiego powiem: spieszmy się cieszyć że mamy matkę, zanim odejdzie…
„HOMMAGE À JAN BUCK” – PROJEKT NAUKOWO-BADAWCZY Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego
Jan Buk/Jan Buck (1922-2019) uchodzi za najwybitniejszego artystę serbołużyckiego, gdyż wytyczył serbołużyckim sztukom pięknym, dotąd ograniczonym do sfery przeeksponowanego folkloryzmu i prowincjonalizmu, całkiem nowe założenia, apelując o duchowe przełożenie sztuki serbołużyckiej na europejski modernizm. Szczególnie inspirującą fazą w twórczości Jana Bucka był czas jego edukacji we Wrocławiu. Przez całe życie utrzymywał on kontakt z polską sceną artystyczną. To sprawiło, iż Instytut Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego zainicjował projekt towarzyszący jego wystawie jubileuszowej, by uhonorować go jako nestora sztuki serbołużyckiej – z serią wystaw polskich artystów współczesnych oraz międzynarodowych sympozjów badawczych. W ramach I cyklu wydarzeń projektowych odbyły się m.in. wystawa ISW UZ „Hommage à Jan Buck (I): ŻYLIŚMY JUTRO” w muzeum – Energiefabrik Knappenrode oraz wystawa retrospektywna twórczości Jana Bucka i międzynarodowe sympozjum naukowe „Jan Buck: Droga do sztuki” w Muzeum Serbołużyckim w Budziszynie/Bautzen.
Kierownictwo naukowe projektu: dr Lidia Głuchowska
Za Górami Prania i za Lasami Wybujałych Pajęczyn był sobie inny świat, pełen zapachu ziół i ksiąg o pięknie historii Człowieka Szczęśliwego. Człowiek ów żył w Ogrodzie Zgody Ze Sobą, miłowany był przez tych, których kochał bezgranicznie, tak jak bezgraniczne było jego oddanie niesieniu światła szczęścia i poczucia bezpieczeństwa.
Noch ein Text über meine Reise nach Kappadokien, in die Türkei.
Natürlich haben wir der Zeremonie der Tanzenden Derwische in einer unterirdischen Höhle beigewohnt. Auch wenn sich das sehr touristisch anfühlt, und auch ist, zwingt die Veranstaltung selbst zum Nachdenken. Denn jeder sucht seinen Weg, einen Sinn im Leben, etwas, was darüber hinausweist, was in schwierigen Momenten an etwas Höheres glauben lässt. Schon lange liefern unsere Religionen nicht genug Nahrung oder sie sind zu rigide, zu hermetisch, ihre Institutionen zu schwerfällig, als dass man sich ihnen anvertrauen möchte. Unsere Ewa macht sich mit dem Don Quijote auf die Reise und sucht auf dem alten, ewigen Weg nach konkreten Lösungen oder nach Konzepten für ein Weiterkommen.
Die Autorin hat sich auf den Yoga-Weg begeben, ohne sich dabei auf die sektenähnlichen Verstrickungen einzulassen, ohne auf ihre andere, „normale“ Lebensroutine zu verzichten. Ein bequemer Yoga-Weg, der manches besser zu verstehen, zu meistern erlaubt, der Körper und Geist einen Ausweg bietet und die Seele auch nicht vergisst.
Georges Perec, einer der wichtigsten Schriftsteller der Französischer Literatur-Gruppe OuLiPo, und vielleicht auch einer der wichtigsten Schriftsteller der Weltliteratur nach dem 2. WK und Holocaust, ist vor allem für seine Sprachexperimente bekannt. Diesmal hat er aber einen Gehexperiment gewagt. Versuch, einen Platz in Paris zu erfassen, ist eine Probe, eine Antwort zu finden auf die ganz ungewöhnliche Frage:
W roku 2021 mój siostrzeniec Adam znalazł w sieci taką reklamę:
Odkurzacz bezprzewodowy Dyson V8 Absolute jest ostatecznym rozwiązaniem kwestii odkurzania. To kompaktowe urządzenie pozwoli Ci pozbyć się brudu z wszystkich rodzajów podłóg oraz tapicerek, mebli i zakamarków. Wytrzymałość, wysoka moc ssania, poręczna i lekka budowa oraz bogaty zestaw akcesoriów sprawią, że Dyson V8 stanie się Twoim ulubionym odkurzaczem. Siła 15 cyklonów Firma Dyson nieprzerwanie ulepsza technikę cyklonową w swoich odkurzaczach od czasu jej wynalezienia ponad 20 lat temu. 15 cyklonów systemu 2 Tier Radial ułożonych w dwóch obręczach pracuje równolegle, aby powiększyć przepływ powietrza i wychwytywać minimalny kurz. Cyklon firmy Dyson wychwytuje więcej brudu i kurzu mikroskopijnej wielkości niżeli jakikolwiek inny. Bez worków. Bez utraty siły ssania…
To jest ważne, nie zapomnij zapisać, jak się czujesz, lepiej to niż golenie, albo gotowanie fasoli z czosnkiem. Ta odrobina, którą możemy zdziałać, trochę odwagi, aby zrozumieć samego siebie, no i strach i szaleństwo tej wiedzy, że jesteś częścią zegara, który kiedyś stanie i nikt go więcej nie nakręci.
Teraz jednak bije coś pod twoją koszulą a ty mieszasz fasolę łyżką… jedna kochanka umarła, druga odeszła, trzecia… Ach! Tyle kochanek jak fasolek tak, chwileczkę, policz je wszystkie – smutne, smutne gdy twoje uczucia rozgotowują się na piecyku. Zapisz to.
Sarah Kirsch (1935 – 2013)
Sama (Alleine)
Stare kobiety przed czerwonymi domami Czerwonymi hortensjami kalekimi drzewami przyniosły mi herbatę. Pełne powagi Odniosły tace i zajęły posterunki obserwacyjne i podsłuchowe Za upstrzonymi w esyfloresy firankami.
Józef Czechowicz (1903 – 1939)
Na wsi
Siano pachnie snem siano pachniało w dawnych snach popołudnia wiejskie grzeją żytem słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach życie – pola – złotolite
Wieczorem przez niebo pomost wieczór i nieszpór mleczno krowy wracają do domostw przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu.
Nocami spod krzyżów na rozdrogach sypie się gwiazd błękitne próchno chmurki siedzą przed progiem w murawie to kule białego puchu dmuchawiec
Księżyc idzie srebrne chusty prać świerszczyki świergocą w stogach czegóż się bać
Przecież siano pachnie snem a ukryta w nim melodia kantyczki tuli do mnie dziecięce policzki chroni przed złem
Krystian Cichowski, zdjęcie z albumu Polonia w obiektywie Stefana Dybowskiego, tom 2, 2009 – 2011.
Dwa biołe psy…
Rzadko rozmawialiśmy ze sobą po śląsku. U Krystiana w domu, podobnie jak w moim, mówiło się na co dzień czystą polszczyzną, co nie znaczy, że tej gwary nie znaliśmy. Żeby nadać czemuś specjalne znaczenie, coś szczególnie zaakcentować, sięgało się do śląskiej godki, zamiast przedpokoju był antryj, zamiast garbu pukiel, zamiast młodzieńca karlus itd, itd. Lubiliśmy też sobie po naszymu pośpiewać. Na ostatniej berlińskiej wycieczce na Ukrainę, zorganizowanej parę miesięcy przed pandemią covida, hitem w autobusie były dwa biołe psy, które śpiewali wszyscy, nie tylko hanysy. Z Krystianem Cichowskim już tego kawałka razem nie zaśpiewamy, bo niestety odszedł na zawsze.