Krowa Yvonne

Teresa Rudolf

Przed laty, w roku 2011, pojawiła się w mediach, w gazetach austriackich, niemieckich i innych światowych, też i w TV, istota rodzaju żeńskiego, skupiająca na sobie uwagę przez około trzy miesiące prawie codziennie. Kiedy przeczytałam pierwsze informacje o niej, zakochałam się bezpowrotnie, śledząc jej przygody, robiąc zdjęcia z prasy i dzieląc się nimi i mymi komentarzami do nich z  przyjaciółmi w Polsce.
Wrzucałam zdjęcia i sprawozdania na komórkę typu Nokia, informując świat o losach  mojej wybranki  serca, totalnej emancypantki, idącej za głosem rozumu i ufającej swemu instynktowi samozachowawczemu, która to, zdając się tylko na siebie, wyrolowała najtęższe głowy Austrii i niemieckiej Bawarii, poruszając się z lekkoscią piórka, po obu stronach przygranicznych lasów i  pól. Polowała też niezmiernie chętnie na multiwitaminową, czystą bez pestycydów zieleń  codziennego pożywienia.
A na imię miała ta dziewczyna Yvonne i była najgenialszą krową, o jakiej kiedykolwiek słyszałam, krową, która wyzwoliła się z roli wyznaczonej jej przez krowi los, a była tzw. krową mleczną i niewolnicą austriackiego posiadacza ziemskiego. Pózniej, jak to z takimi niewolnicami bywało, została sprzedana do Bawarii, docelowo po to, by utuczona odpowiednio, ukończyła swój krowi żywot w rzeźni.
Yvonne intuicyjnie wyczuwając nagłe zagrożenie życia, oddaliła się od zagrody swego właściciela… i to na zawsze.

I tu się zaczyna  wspaniała historia tej wysoce charakternej bohaterki, której perypetie śledziło wtedy (i pamięta do dziś) mnóstwo ludzi, drżąc o jej los.
Zarówno odpowiednie przygraniczne siły austriackie, jak i niemieckie, zostały postawione do pionu, by znaleźć uciekinierkę, która to, bez dokumentów i bez prośby o azyl, buszowała sobie na wolnosci.
Yvonne, jak przystało na tak wyzwoloną istotę, jaką się stała, podzieliła bardzo opinię społeczną:
jedni chcieli, by znalazła się w jakimś dobrym miejscu, gwarantującym jej dożywocie, (w najbardziej pozytywnym sensie), a inni dopatrywali się w niej groźniej, agresywnej przestępczyni, która z każdego kąta austriacko-niemieckiego może wyjść i napaść na autostradzie przejeżdżające samochody, czy też z kolei rzucać się na policję, próbujacą ją bezskutecznie zwabić w różne pułapki.
Gdy prawie że spowodowała kolizję z samochodem policyjnym, wydano zarządzenie pozwalające na odstrzał Yvonne. Wyznaczono też nagrodę w wysokości 10 000 euro za schwytanie tej odważnej krowiej kobiety.
I temu sprzeciwili się Miłośnicy Zwierząt, decydując się na odkupienie jej,  gdy będzie to już możliwe, od właściciela, mającego wciąż do niej prawa.
Yvonne przez całe trzy miesiące unikała psychologicznie wszystkich zasadzek, znając dobrze wredną naturę ludzką, i walczyła zaparcie o swoje i to bez rozlewu krwi.

Była wówczas najbardziej fotografowaną krową świata, niestety tylko z  bardzo daleka, nie było bowiem żadnych szans na bliższe z nią spotkanie. Jej niebywała, krowia intuicja podpowiadała jej zawsze, że kątem oka “należy mieć wszystko na oku”, a cała inteligencja ma się skupiać w  momentach zagrożenia na ukierunkowaniu szybkich kopyt.
Psychologowie zwierzęcy proponowali przeróżne strategie, na przykład, by pójść na emocje związane z więzami rodzinnymi Yvonne, lub na jej hormonalną, kobiecą stronę. Przeszkolono w tym celu krowie wabiki, raz była to siostra Yvonne, Waltraud, a raz z kolei najpiękniejszy byk Ernst, prawdziwy George Clooney wśród najwspanialszych byczków w kraju i za granicą. Obie te istoty pokazywały się pod ścisłą  kontrolą, w okolicach znanych już z pobytu uciekinierki. Ale Yvonne nie poleciała na nic, ani emocjonalnie, ani hormonalnie. Nie dała się zmanipulować, zwabić, molestować, nie próbowała się również zakochać, bedąc sobie i swej wolności wierna do samego końca. Nie miała pojęcia, co działo się na zewnątrz jej świata, gdzie stała się przedmiotem sportowych zakładów, istotą skupiającą tysiące ludzi przed telewizorami obu krajów, prawie jak bohaterka jakiegoś znanego w Polsce serialu, na przykład Zniewolona.
Yvonne zażywając świeżego powietrza, zdrowej żywności, sielanki wolności, zaufała któregoś dnia znów swej intuicji i odpuściła sobie kontrolę sytuacji, zakładając, że co by się już nie stało, musi być dobrze.
Będą stworzeniem socjalnym, dołączyła do innych pasących się krów na łąkach bawarskich, gdzie jako medialna gwiazda, została szybko zidentifikowana przez właściciela stada, który poinformował od razu odpowiednie czynniki administracyjne.
Yvonne nie  zauważyła nawet, kiedy padł strzał, powalający ją do snu i decydujący o jej dalszym, bajkowym losie.
Obudziła się w innym świecie, wśród różnych, nieznanych jej dotąd zwierząt, żyjących obok siebie w spokoju i bezpieczenstwie, mających podobny jak ona los – one również zostały uratowane od eutanazji…
Raj? Tak, raj czyli schronisko dla “ułaskawionych” od wyroku śmierci zwierząt, w pobliżu miejscowości Deggendorf w Bawarii. I w takiej oto sielance Yvonne przeżyła jeszcze całe osiem lat, do sierpnia 2019 roku, kiedy to niestety nieszczęśliwy wypadek skrócił jej życie.

Bardzo smutna była to dla mnie wiadomość, kiedy się dowiedziałam, ale jestem też świadoma faktu, że wszystkie szczęśliwe lata wygrała dzięki swej odważnej krowiej osobowości, pokazującej, że o własne prawa trzeba zawalczyć, nawet za wszelką cenę.

W ostatnich latach zaskoczyły nas w mediach, informacje o brutalnych atakach krów na ludzi, zdarzało się, że bywały one dla turystów nawet śmiertelne w skutkach. Najczęściej zdarzało się to w podgórskich okolicach. Wycieczkowicze przechodząc przez łąki, pastwiska, niekiedy ze szczekającami, agresywnymi psami, zachowywali się na ogół bez żadnego respektu dla poruszających się tam zwierząt, jak gdyby byli u siebie, na własnym podwórku…
Nagle okazało sie  że nawet krowy bronią się przed nieproszonymi gośćmi, wkraczającymi bezkompomisowo na ich teren. Pastwiska są więc od jakiegoś czasu przepisowo ogradzane, tak by ludzie nie wydeptywali sobie na skróty ścieżek, kosztem spokoju pasących się tam krów i zagrażajac też własnemu bezpieczeństwu.

Jak widać, zwierzęta, jak i ludzie, zaczynają coraz częściej mówić bezprawiu: NIE!

Wiersze z uśmiechem

Teresa Rudolf

Niewinny śmiech

Oczy twoje
tak błyszczą,
dziewczynka
śmieje się
do swego małego
psa bielusieńkiego.

Twoje oczy
śmieją się ciągle
tak prześlicznie,
wciąż cichutko
szepcze, szepcze
pieska uszkom.

Twoje uszka
tak przepięknie
mnie słuchają,
głęboko patrzy
w czujne, figlarne,
oczy psie wierne.

Coś ci powiem,
a ty nikomu, tak?
Tajemnica wielka
nie powiesz…
wiesz, wszyscy ludzie…
…Covida mają, szaaaa…

Pies zachłystując się
ze śmiechu, macha
ogonem bielutkim,
nie wiedząc jak i ona
co to ten Covid,
i czy to… do śmiechu…

Sen srebrzysty

A gdyby tak gdzieś
daleko stąd, w sam
środek, świeżutko
upieczonej bajki?

A gdyby tak gdzieś,
daleko stąd, na jakąś
białą, uśmiechniętą
chmurkę z nieba?

A gdyby tak gdzieś,
daleko stąd, na sam
księżyc, odwiedzić
księżycowe panny

Sen, srebrny księżyc
huśtał się nad nim,
śpiewając mu w ucho,
o całkiem innym jutrze.

Maski

Teresa Rudolf

Dziwny karnawał

Zabrakło nam fantazji,
dziwny to teraz karnawał,
maski, a gdzie taniec?

Gdzie jego kolory, śmiech
oczu, ust, głosów śpiew?
Karnawał dla wszystkich,

starzy, młodzi, kobiety,
mężczyźni, wściekli,
smutni i wesołki.

Kim jesteś Ty,
potrącający staruszkę,
choć masz być daleko?

Kim jesteś Ty,
w supermarkecie coś
do siebie przeklinając?

Ciemny, zly, czyjś wzrok
przestraszył małe dziecko,
płacze całym sobą,

jeszcze bez maski,
jeszcze nie na balu,
już bojące się masek.

To masz…

Liście dziś pod stopami,
ich szelest, ich kolory,
szum wiatru rdzawego.

Domy na wzgórkach,
wmalowane w jesień,
uśmiechającą się złoto.

Ptaki w swych piruetach,
świergolące w swym jezyku,
nie rozliczając z niczego.

Dobroć Natury, tak naturalnie
całym ciepłem kochającej,
brylującej radością i śmiechem.

…to wciąż masz,
przestań niszczyć…

Odchodzenie

Teresa Rudolf

Coraz więcej zdjęć

Coraz więcej zdjęć
we mnie, twarze, twarze,
coraz wiecej dźwięków,,
głosy, głosy  głosy.

Tylu ludzi odeszło,
porozbiegani teraz
po zaświatach szarych,
lub kolorowych…

Dziś ich święto,
spotykają się jedni,
omijają się inni,
jak kiedyś w życiu???

A ja,

czekam, czekam
na niektórych dzisiaj,
przy przebogatym
stole mej pamięci.

Zaduszki

Zapach świeczek,
kwiatów cmentarnych,
gdzieś się unosisz,
tuż nade mną?

Patrz, tak kolorowo
dzisiaj, to chryzantemy,
białe, a te łososiowe,
to dla Ciebie…

Siądę na troszkę,
posłuchaj moich myśli,
ich muzyki uroczystej
na dzisiejszy dzień.

Słyszysz? Słyszysz?
Liście szeleszczą…
chłód już zimowy…
znów odchodzisz…

Takie życie…

Teresa Rudolf

Słuchaj…

W oku mgnienia
upadł czerwony liść,
kwiat nagle opadł z sił,
zmarł komuś człowiek,
a komuś innemu pies.

W tym momencie
padło śmiertelne słowo,
urosła w sercu nadzieja,
urodził się człowiek,
mały kot otworzył oczy.

W tej sekundzie
komuś świat stał się piekny,
a innemu się znów zawalił,
tu powodzie zalewają światy,
tam susza zabiera życie.

Więc nikomu nie mów:
że życie jest piekne,
że życie jest wstrętne,
że lepiej wszystko wiesz,
że powinno się, lub nie warto.

Słuchaj,
nie każ wciąż porównywać
kamieni ze święconą wodą…

Esperanto oczu

Tyle oczu nagle,
mówią, krzyczą,
płaczą, szepczą.

Ciągle większa
perfekcja czytania
tego esperanta.

Oczy staruszki,
kamienują mnie
nieoczekiwanie.

Oczy pełne
poczucia wyższości,
pogardy dla świata…

….w brudnej masce.

Babie lato ze słońcem

Teresa Rudolf

Babie lato…

Babie lato jakichś snów,
oplątało me serce,
gdzie już jesienne
liście odpoczywają.

Jeszcze czuję podmuch
leciutkiego zwątpienia
w porządek rzeczy,
wielce nieporządnych.

Tęsknota za przestrzenią
zagraconą dziś lękiem,
kiedyś pełną oczekiwań
na  błyskotki życia.

Czuję już srebrzysty chłód,
przedsmak niewiadomej,
tuż za białymi drzwiami
zimy, w błękitnej masce.

Kobieta i słońce…

Kiedyś czereśnie
inaczej smakowały,
pachniały, wyglądały
mówiła elegancka kobieta.

Kiedyś pomidory,
bardziej aromatyczne
były, delikatniejsze,
prawdziwe delikatesy.

Kiedyś przepiękne
jabłka wisiały zdobiąc
drzewa jak choinki
świąteczne, mówiła.

Kiedyś moje słońce,
było mniej złośliwe,
kiedy parzyło, szukałam
cienia, dziś spala wszystko!

Ot tak…
Bez ostrzeżenia,
Piroman!
Spaliło moje KIEDYŚ.

Tęsknoty młodości

Teresa Rudolf

Marzenie dziewczyny…

Tak marzy mi się tango,
mówiła do siebie,
przecież to żałosne,
skąd mam to?

Tango bez maski,
bez dystansu,
a ręce?…

A ręce mnie obejmują,
przytulają, przyciskają,
nienachalnie tańcząc
ze mną tango.

Tango zabronione
świata Coroną,
bez sensu.

Tango, właśnie z tobą,
tym facetem z pociągu,
w masce, oczy ciekawskie,
mówiłeś, że tańczysz.

Tango wymarzone,
nie tańczyłam,
nie umiem.

Tango, takie z filmów,
takie jakieś nagle moje,
dla mnie, jak nic innego,
… jestem młoda!

Proszę, proszę proszę,
póki jestem jeszcze
taka młoda…

Odczep się…

Napadasz na mnie tymi pomysłami!
Napadasz na mnie tymi
marzeniami…

Odczep się!

Napadasz ma mnie tymi
ideami!
Napadasz na mnie tymi
snami…

Odczep się!

Napadasz na mnie tymi
kaprysami!
Napadasz na mnie tymi
wyrzutami…

Odczep się!

Zostaw mnie w spokoju,
jestem młody,
chcę wreszcie żyć
przestać tylko marzyć…

… o normalności!
Więc się odczep!
Mrzonko o przyszłości!
Proszę…

Wiersze o miłości inaczej…

Teresa Rudolf

Tyle chcę ci powiedzieć… 

Tyle chcę ci wciąż jeszcze
powiedzieć, wytłumaczyć,
wymilczeć, wyśpiewać.

Patrz, to jest ptak,
lata, śpiewa swe pieśni
o odlocie, odejdzie daleko.

Patrz, to twoje uszka
a to twoje pazurki,
na razie takie niewinne.

Patrz, to twoje oczy,
w nocy będą bystre
w ciemności wszelkiej.

Patrz, to jest nora,
zawsze możesz wskoczyć
do niej, szybko uciekając.

Patrz, to jest twoje
rude futerko, uważaj,
bo ktoś może ci je zabrać.

Patrz i teraz uciekaj,
to czlowiek, on chce się
w ciebie lub we mnie ubrać.

Mama szeptała coś szybko
małemu dziecku liskowi,
i wtedy padł strzał…

Już czuł,  i już wiedział,
mamę zabrał czlowiek,
najgorszy wróg zwierząt…

To człowiek, a ja lisek…
cichutko po lisiemu płakał,
z żalu i ze strachu.

 

Patrz i ucz się…

Patrz i ucz się mówiła
matka swemu dziecku,
tak się sznuruje buciki.

Patrz i ucz się, to jezdnia
auta są zawsze mocniejsze
od ludzi, przechodź uważnie.

Patrz, w zimie szalik
okręć, przeziębisz się,
ostatni raz mówię.

Patrz, dzieci się uczą,
masz wyrosnąć na kogoś,
obijasz się, ja się staram.

Patrz, masz znów
szlaban na wszystko,
po co ci to mówiłam.

Inne mamy są inne,
i ona kiedyś też była…
zamknął się w szafie.

I już wiedział, tam jest
życie, szkoła, a tu mama,
płakał z żalu i ze strachu…

Wiersze jesienne

Teresa Rudolf

Już jesień…

Pachnie jesienią w ludziach,
opadają już w nich liście,
żegnają się pikantne tajemnice,
odlatują letnie już w nich ptaki.

Urywa się nagle, “jak z choinki”
w płaczu czarne niebo, plując
wyrzutami gorzkimi za ziemię,
za tę chorą, z żalu bezbronną.

Nie wiadomo, co znów dalej
mówią jedni, lęk bzdurami
nazywając, chichoczą gorzko
clowny ostro malowane.

Pełno oczu nad maskami,
wiecej niż język mówiących,
komplementy, obelgi, wyznania,
karnawał iście wenecjański.

Mgła nad świata pewnością,
jak i przed maskami dawniej,
przed odległością bliskości,
a ręka też myła rękę, choć…

nie swoją.

Tango

Tango lata z jesienią,
zdrowia z chorobą
bólu z uśmierzeniem,

życia ze śmiercią…

Tango kłamstwa z prawdą,
ciszy z hałasem,
szacunku z pogardą,

deptanie sobie po piętach…

Tango czystości z brudem,
chamstwa z kulturą,
młodości ze starością,

mylenie ciągle kroków…

Tango wiary z nadzieją,
religii “lepszej” z tą inną,
brzydoty z elegancją,

zdziwienie tańczących…

Tango ślepych z głuchymi,
tango sytych z głodnymi,
tango głupich z mądrymi.

Tango miłości z nienawiścią,

– Czy mogę prosić do tanga?
– Proszę bardzo, oczywiście…
muzyka zagłusza intuicję…

“bo… do tanga trzeba dwojga”.

Wróżby i koty

Teresa Rudolf

Takie wróżby…

Otwórz  rękę,
ależ pokiereszowana
losem, zamknij…

Otwórz rękę,
ależ bardzo pracowita
zawsze, zamknij…

Otwórz rękę,
gwiazda tam znów
świeci, zamknij…

Otwórz rękę, znów
księżyc tam w pełni,
dzisiaj??? zamknij…

Otwórz rękę,
serce czyjeś z piernika
ci wpadło, zamknij…

Znudziło się?
Nie otworzysz?
Biegniesz do wróżki?

Otwórz rękę, ten
jeden, ostatni, jedyny
znów raz…

Jestem  tylko Cyganką,
to wiesz, ohooo… wróżka,
zmarła, zamknij.

Kotka Lili

Piękny,
elegancki chód,
cichej pantery…

Oczy
szmaragdy,
z ironią wyższości.

Błysk
czarnego aksamitu
odbijał księżyc,

w dzien
lśnił w słońcu
wielokaratowo…

Położyła się
na mym sercu
jak w łóżku…

I nie pozwala
mi go na długo,
teraz zaścielić.

Samotność kota

Moritz, mój kot, nastroszona sierść,
nos przy parkiece
i na balkonu betonie.

Moritz mały tygrys,
zagrzebuje łapą swą
“podłość”, błaga wciąż
o kocie wybaczenie.

Moritz, koci macho,
nie chce niczego,
a jedynie, by wyszła,
by weszła, przeszła,

by spadła znów
z nieba, ta sama,
z tej samej mamy,
czarna kotka Lili.

A ona? A Lili?
Na tęczowym moście
wciąż, zanim przejdzie,
najpierw chce wybaczyć.

I calkiem niewinna,
szybsza jak człowiek,
jak zawzięty człowiek,
da mu sygnał: OK.

Dzisiaj,
bo dziś
niedziela…