Reblog: Światowe Dni Młodzieży / 21. Weltjugendtag

Ist ja auch für meine deutsche Leser:
Papst Franziskus – In Polen geliebt und gehasst

Agnieszka Hreczuk

Papież Franciszek w Polsce – kochany i znienawidzony

Dziś zaczynają się w Krakowie Światowe Dni Młodzieży: przyjadą setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć papieża Franciszka. Ale nie wszyscy w Polsce są do papieża przyjaźnie nastawieni. Dla niektórych jest on zbyt liberalny – przede wszystkim w stosunku do uchodźców i homoseksualistów.

W Krakowie wszystko jest już prawie zapięte na ostatni guzik. Na Rynku stoi Zegar Dni Młodzieży i odlicza godziny do rozpoczęcia uroczystości. Na polu, na którym papież Franciszek będzie odprawiał mszę, prowadzone są jeszcze intensywne prace, żeby wszystko było gotowe punktualnie. Mieszkańcy Krakowa, ludzie z całej Polski i ze świata pomagają, prawie każdy jest w jakimś stopniu zaangażowany.

“Cieszę się, że przyjeżdża. Lubię go i wysoko cenię to on robi. Jest taki otwrty i taki nezwykły. Całkiem inny niż jego poprzednicy. Jest skromny i kieruje się w życiu własnymi regułami.”

„Jasne, że jestem na Światowych Dniach Młodzieży, cieszę się na papieża. On jest po prostu fantastyczny! Ja jeszcze nigdy w życiu tak pozytywnie myślącego człowieka nie widziałem“, mówi Piotr, trzydziestoletni pracownik naukowy i praktykujący katolik. Ale on wie, że nie wszyscy Polacy mają takie samo zdanie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jest bardzo sceptycznych. Jedni uważają, że Franciszek rozwadnia katolickie doktryny, inni twierdzą, że dopuszcza do zniszczenia Europy przez islam. To tylko niektóre z zarzutów.

Na krakowskich ulicach wiszą flagi i małe portrety papieża. Ale na tych portretach widoczny jest Jan Paweł II. Mówi się, że to dlatego, że on był pierwszym organizatorem tych uroczystości, tak jakby założycielem. Ale może nie tylko dlatego.

Miłosierdzie idące za daleko

Ponad połowa Polaków uważa, że seks przedmałżeński jest w porządku, polscy katolicy akceptują też jego wyroumiałość dla osób rozwiedzionych. Ale nie mogą zaakceptować papieskiego miłosierdzia wobec uchodźców, ani jego tolerancji dla lesbijek i gejów.

Kwestionowanie słów papieża jest dla Polski czymś nowym, mówi ksiądz Tomasz Jaklewicz, zastępca redaktora naczelnego gazety „Gość Niedzielny“, który dodaje:

„W redakcji także sprzeczamy się na temat Franciszka. To papież, który wzbudza duże emocje. Jedni mówią, że on jest tym, na którego już długo czekali, inni się od niego dystansują. W Polsce wielu wierzących i księży jest zdezorientowanych. Oni nie wiedzą, w jakim kierunku papież kościół prowadzi“.

Oficjalnie papież ma pełne poparcie. Episkopat nawet wydał niedawno oficjalne oświadczenie, że katolicy w Polsce kochają papieża i są mu posłuszni. „Jeżeli musi być wydawane takie oświadczenie, to znaczy, że coś nie gra” – mówi Adam Szostkiewicz, publicysta, który już od trzydziestu lat obserwuje działania Kościoła katolickiego. „Stosunek Polaków do Franciszka jest schizofreniczny“, uważa Szostkiewicz.

Zbyt postępowy

Jego spontaniczność, otwartość i serdeczność, za które wielu Polaków go kocha, jest dla innych podstawą ataków, przede wszystkim w internecie. „Zdrajca“, „fałszywy prorok“, „lewak“ – takich określeń używają jego przeciwnicy.

Zdaniem księdza Jaklewicza, dla sporej grupy nie istnieje nic, co by papież dobrze robił. Najbardziej krytykowana jest postawa Franciszka wobec uchodźców, ale także jego postępowość. Może uda się te nieporozumienia i napięcia ułagodzić podczas spotkania w Krakowie. To będzie zależało do tego, jak otwarci będą Polacy i od tego, co on powie – mówi zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego“.

Inaczej widzi to Piotr: „Polscy katolicy powinni się wreszcie otworzyć dla przyszłości i pojąć, że polski Kościół nie jest pępkiem katolickiego świata. To było wspaniałe, że mieliśmy papieża Polaka, ale to minęło. Teraz mamy Franciszka i jeżeli jesteśmy katolikami, to powinniśmy iść za nim”.

Streszczenie: Marzanna Dyjak-Diederich dla strony DOK – Democracy is OK – jak napisał redaktor strony Bartek Hlebowicz, streszczenie zostało zrobione “po godzinach”: w metrze, w trolejbusie, w kolejce do sklepu, w deszczu, w przerwie na lunch i w ogóle.

Najserdeczniejsze podziękowania!!!!

Dodane 28 lipca. Wczoraj Papież przybył do Polski.

papiezwPolsce

Cygan, Jagiełło i Slaska patrzą na sztukę

Ewa Maria Slaska

Byłyśmy w muzeum. Umówiłyśmy się z Dorotą, weszłyśmy więc pod sam koniec muzealnego dnia pracy – bo z Dorotą tak się właśnie wszędzie chodzi – jeszcze nie jest całkiem za późno, ale zawsze na ostatnią chwilę, choć w tym wypadku ta chwila to była jednak prawie cała porządna godzina. Ostatnia godzina urzędowania, co potem jeden ze strażników dał nam porządnie odczuć. Miał wypisane nie tylko na niezadowolonej buźce, ale też na krzepkich ramionach i rozzłoszczonych plecach, że nie wiadomo na jaką cholerę baby w ogóle chodzą do muzeum, a na dodatek wtedy, gdy porządny człowiek chce iść do domu, one muszą jeszcze do toalety! No zgroza wielka!

20160713_173725_resized

To my trzy wyobrażając sobie herbatę w cudownych płaskich i przezroczystych filiżankach w Bröhan Museum na wystawie Francja przeciw Niemcom! Sprawdzam w sieci – nie jednak Niemcy przeciw Francji!

Art Deco kontra Jugendstil. Spór artystyczny rozpoczęty na przełomie wieków (tamtych, rzecz jasna) i ciągnący się aż do lat 30, kiedy to Le Corbusier, Francuz zresztą, połączył zwaśnionych i zawistnych o sławę konkurenta projektantów, wprowadzając na kilka dziesięcioleci unifikujący wszystko modernizm.

Ale oczywiście Niemcy przeciwko Francji to też nader aktualne nawiązanie do piłki nożnej. Odważne, bo wystawę otworzono w kwietniu, a więc na długo przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy, kiedy wcale jeszcze nie było pewne, że Francja i Niemcy w ogóle ze sobą zagrają, a już na pewno nie, że bój to będzie ostatni, o prawo do złota… No cóż, w końcu i tak obie strony go nie dostały…

Interesujące, powiedziała Dorota, jak zamysł badawczy pozwala tych niewiele rzeczy, które się posiada, tak poprzestawiać, żeby zrobić nową wystawę, nową reklamę i nowy marketing, jednym słowem Art Nouveau.

Tym niemniej i muzeum nie najgorzej nas zaskoczyło.

20160713_171818_resized

Przed chwilą spadło i przykleili gaferem, mówi Dorota, jutro przykleją porządnie. Nie, odpowiada Elżbieta, patrzcie… No, zaiste.

20160713_171102_resized_1

Biegamy od sali do sali, wszędzie kartki z cytatami z epoki przylepione niebieskim gaferem. Gaffer Tape. Blau. Ciekawe jak to się nazywa po polsku?

Dlaczego? Dlaczego? Jesteśmy we trzy, należy nam się potrójne zdumienie. Dlaczego?
Może, mówi Dorota, twórcy wystawy chcieli nam pokazać, że ten spór estetyczny trwa do dziś. Ale niemożliwe, oponuję, przecież chyba nie ma związku czasowego ani technologicznego między secesją a srebrną taśmą klejącą (to oficjalna polska nazwa). Choć czy ja wiem… może jakiś jest, bo jak potem sprawdzę to wprawdzie srebrną taśmę wymyślono podczas II wojny światowej, ale tę przezroczystą, biurową już w latach 30.  W Ameryce ta srebrna nazywała się duct tape.

W sieci znajduję stronkę, co można zrobić przy użyciu duckt tape. Na przykład… zdjęcie rentgenowskie. Znajduję też niezły cytat, który wprawdzie wcale nie pasuje do naszej wizyty w muzeum, ale co tam…

Duct tape – srebrna mocna taśma. W Polsce średnio znana, zaś w USA jest obiektem kultu. Jak powiedział Walt Kowalski (Clint Eastwood) w filmie “Gran Torino” do młodego chłopaka: “Weź te trzy rzeczy – trochę WD-40 (spray olejowy), kombinerki i rolkę srebrnej taśmy. Każdy porządny mężczyzna da radę tym naprawić większość usterek.”

Srebrna taśma klejąca skleiła kiedyś błotnik w pojeździe księżycowym, ale można też  zrobić sobie srebrne spodnie (a zatem i niebieskie, skoro istnieje niebieski duct tape):

Koniec zwiedzania. Wychodzimy w poczuciu totalnego nie-rozumienia świata. I przegranej własnych możliwości intelektualnych. Kto, po co i dlaczego na pięknej wystawie pełnej pięknych rzeczy poprzyklejał kartki niebieską duct tape?

Szukam w sieci. Owszem często pojawia się informacja, że kartki z cytatami  uzupełniają eksponaty i dopełniają narrację. Ale ani słowa o niebieskim gafferze.

000EineFrau

Eine Frau von Geschmack könnte sich schwerlich in dieser bedrückenden Atmosphäre aufhalten.

Kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem odnajdzie się w tej przygnębiającej atmosferze.

Słowa te napisał jeden z najbardziej znanych krytyków sztuki, Louis Vauxcelles, (Francuz rzecz jasna) o pracach z tzw. warsztatu monachijskiego wystawianych w paryskim Salonie Jesiennym w roku 1910. Ten cytat rzeczywiście oddaje sedno konfliktu estetycznego między Francją (piękno, indywidualny dobry smak, dekoratywność) a Niemcami (użytkowość, oszczędność, masowa produkcja przemysłowa).

No dobrze, nadzwyczaj ciekawe. Ale ta cholerna taśma. W końcu nie wytrzymuję i dzwonię do muzeum. Pan Kurator jest setnie ubawiony: i to panią w tej wystawie najbardziej zainteresowało? o tym zamierza pani pisać?

No tak, odpowiadam, jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć i rozumieć. Akceptuję swoją niemożność zrozumienia sensu operacji finansowych, ale w dziedzinach humanistycznych zazwyczaj jednak rozumiem, o co chodzi. A tu nie.

Może pani zauważyła, odpowiada poważnie Pan Kurator, że nie ustawialiśmy na wystawie mini wnętrz, nie chcieliśmy byście państwo zachwycali się estetyką przestrzeni. Widz powinien całą swą uwagę skierować na wystawiane obiekty. I ocenić je obiektywnie.

Obiektywne obiekty. OK.

Ach tak… Dziękuję. Informuję, że osiągnęliście państwo efekt odwrotny do zamierzonego. Obiekty przestały się liczyć. Jako kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem zrozumiałam, po co wam była ta cholerna taśma? Chyba jednak wylaliście dziecko razem z kąpielą…

Reblog: Martha Walter

We already had here some reblogs from that wonderful blog by f.e. HERE. This time my sister Kasia, seeing pictures of our picknic “ladies for ladies” in Berlin send me that link writing:

Po prostu zobaczyłam te obrazy i pomyślałam: i nic się nie zmieniło. Są ludzie złej woli i w odpowiedzi na to pojawiają sią ludzie dobrej woli, a między nimi “oni” – uchodźcy, emigranci, tułacze. I to wszystko w nawiązaniu do Waszego piknikowego działania. Jakby nic się nie zmieniło: dzieci i rowerki, kobiety w chustach zatroskane o ciepło, chleb i dach nad głową.

IMG_6759

Our picnic on 1oth of July in Berlin with about hundred women living permamently in Berlin (mostly Poles) and about two hundreds of refugees women and their children. The soul of that event was Anna Alboth from Family without border.
Foto Jagoda Woźniak.

It’s About Time

Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights.

Tuesday, July 12, 2016

Immigration as seen by American Martha Walter 1875-1976

Landing Room at Ellis Island

America is a country of immigrants.  During the 20s, American Impressionist Martha Walter, known for her carefree beach scenes, painted powerful views of immigrants entering the United States. In 1922, Walter spent months painting what became her most celebrated images, a series of 36 works depicting the thousands of immigrants kept in detention on Ellis Island, awaiting entry into the United States. In contrast to her happy beach scenes, the Ellis Island paintings portray the harsh realities of immigrant family life, especially the trials of mothers and babies. The dreadful, crowded conditions inspired a group of 22 paintings that were exhibited that year in the Galerie Georges Petit in Paris.  The French government selected one for the permanent collection of the Musée de Luxembourg. The series subsequently appeared in 1923 at the Art Institute of Chicago.

 Just Off the Ship Ellis Island

Babies’ Health Station No 4

Babies’ Health Station No 14

Babies’ Health Station No 5

Babies’ Health Station

Babies’ Health Station


Czech Immigrants


Italian Section, Detention Room, Ellis Island

Italian, Jewish, and Yugoslav Mothers and Children Waiting

Italians in Detention Room

Jewish Mothers and Babies

Jews and Slavs Waiting

Just Off the Ship

Waiting Room

Crowded Detention Room

Juhuuu! Ich! Ich und mein Blog! Ich!

Ewa Maria Slaska

Die Sache ist vielleicht nicht ernst, aber die Zusammenarbeit, die hier gelobt ist, entstand durch diesen Blog und ich bin stolz drauf!

Der Anfang aller Freuden war ein kleiner schöner SF Text von Anna Rosner aus Warschau über die Sprottauer Kleinbahn, den ich vor fast genau einem Jahr veröffentlichte, und der hier zu lesen ist… Bez biletu wysiadasz (Ohne Fahrkarte aussteigen)
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/06/17/nowa-polska-proza/

szprotka3

Ich fand den Text so lustig, und schön, und lesewert, dass ich den obigen link hierher schickte mit der kleinen Frage, ob es für die Adressaten vielleicht interessant wäre… usw. Das “hierher” bedeutete in diesem Fall die Internetseite über die Kleinbahn in Schlesien und Lebuserland:

Die prompte und sehr freundliche Antwort kam von dem Koordinator der Seite Mieczysław Bonisławski samt den Text Wiadukt – ebenso ein SF Text über die Sprottauer Kleinbahn. Und ebenso lustig, schön, lesewert…

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/07/04/zima-mgla-pociagi/

Als Redakteurin fand ich es merkwürdig, dass diese kleine, nicht mehr existierende Bahnlinie zugleich zwei schöne Texte inspiriert hat, beide  aus der Gattung Science Fiction (aber nicht diese SF mit den Drachen und Magie, sondern – beide – in dieser angenehmer Form, wo alles fast real ist und nur die kleine Zeit- und Raumverschiebungen stattfinden).  Noch mehr: In den beiden ist auch die Wetterlage gleich – es ist kalt, dunkel und neblig…

szprotka2

Beide Autoren – Anna Rosner und Mieczysław Bonisławski – publizierten noch hier weitere Texte (und ich hoffe, dass sie mir jetzt auch weitere zusenden:-).

Mieczysław Bonisławski stellte mir aber zugleich mehrere Fragen betreffend die Geschichte “seiner Kleinbahn” und Archivalien, die man eventuell gerade in Berlin aufbewahrt. Die Fragen konnte ich selber nicht beantworten, wusste aber sofort, dass ich dazu  Dr. Andreas Jüttemann brauche, den ich aus unserer gemeinsamen Zeit im Verein Städtepartner Stettin kannte, dessen Vorsitzende ich (jetzt) bin (damals war ich aber noch keine ebenso wie er noch kein Doktor war) und der sich schon immer für Verkehrswesen interessierte… Wir haben uns aus den Augen verloren, aber doch jeder ist heutzutage zu finden, was eigentlich erschreckend ist, nun andersum – jeder ist früher oder später zu finden. Auch Andreas. Ich schrieb ihn an.

Er meldete sich umgehend, wir traffen uns zum Kaffee, schmieden mehrere Pläne miteinander…

Ja, wie man sieht, bei uns hat er dann im Oktober einen Vortrag gehalten, der unglaublich spannend war (glaubt mir – man hätte nie gedacht, dass das Verkehrswesen so spannend sein kann) und mit Mieczysław Bonisławski machten sie gemeinsam eben Folgendes:

Der Architekten- und Ingenieurs-Verein zu Berlin lobt bis heute alljährlich einen Wettbewerb unter Architekturstudenten aus, um besondere architektonische und stadtplanerische Herausforderungen zu bearbeiten. Im Jahre 1925 war das Ziel des sog. “Schinkelwettbewerbs”, Bauideen für die Sprottauer Kleinbahn, eine unter chronischem Fahrgastmangel leidende Nebenbahn zwischen der schlesischen Kreisstadt Grünberg (Zielona Góra) und dem Ort Sprottau (Szprotawa) an der Bahnstrecke Berlin-Breslau, einzureichen.

Der junge Student der heutigen TU Berlin, Gerhard Weiler, gebürtig aus Rauscha () stammend, nahm daran teil und gewann. Später sollte er als Architekt bei der Reichsbahn anfangen.

Weilers filigran ausgearbeitete Pläne verschwanden in den Schubladen, da der Personenverkehr auf der Kleinbahn immer weiter zurückging und nach dem Zweiten Weltkrieg dann sukzessive eingestellt wurde. Vor einigen Jahren entdeckten polnische Eisenbahnenthusiasten die Geschichte der Strecke (die heute übrigens als Radweg dient) wieder und gründeten ein kleinen Eisenbahnmuseum in Grünberg.

Faksimiles der Pläne aus dem Architekturmuseum der TU Berlin werden zunächst vom 11.7-4.8.  in den Räumen des Architekten- und Ingenieursverein zu Berlin (AIV), der 1925 den Schinkelwettbewerb auslobte, gezeigt und gehen danach in den Bestand des Eisenbahnmuseums Grünberg über. Die Ausstellung, die in Kooperation mit dem Fachbereich Arbeitslehre, Technik und Partizipation an der TU Berlin erstellt wurde, ist mit Mitteln der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit gefördert worden.

Mit einer kleinen Präsentation am Montag 11.7 um 18 Uhr (mit Wein und Snacks) wird die Schau eröffnet und ist danach jeden Dienstag und Donnerstag zwischen 10-15 Uhr (und nach Vereinbarung) in den Räumen des AIV, Bleibtreustraße 33 (am Ku’damm), zu sehen. Der Eintritt ist frei.

—

Dr. Andreas Jüttemann

szprotka1

So also hat mein Blog es bewirkt, dass diese Ausstellung zustande gekommen ist… 🙂
Und fast ein Jahr später findet man Bericht darüber hier: 2017_10_16_Annales 2016 Arial Narrow 9.5 v7

Rettet das Luch, auch wenn Ihr nicht wisst, was Luch ist…

Ewa Maria Slaska und Christine Ziegler

Luch…

Um über Luch zu schreiben, muss man weit ausholen… Wie aber die Engländer richtig sagen first things first, das heißt: Rettet das Luch… Na dann nix wie hin, zur Petition! Der Aufruf zu unterschreiben kommt von meiner Freundinnen aus der Regenbogenfabrik, was für mich nur eins bedeutet: Da brauchst du nichts nachzuprüfen, es ist sicher richtig. Wie war es gestern in dem Film The Intern (Man lernt nie aus)? Es ist nie falsch, etwas richtiges zu tun. Na bitte… Ich unterschreibe die Petition und erst dann beginne ich meine Nachforschungen zum Thema Luch. Für mich und für Euch. Ich gehe auf die Internetseite, finde übliche Schleife mit den Fotos und dann…

luch

Na sowas…! I Even Met Happy Gypsies or something like that, isn’t it? Muss man aber früh aufstehen, um so ein Foto zu schiessen…

Die Leute aus der Wandergruppe um Christine herum stehen gern früh auf. Seit ein paar Jahren wandern sie unermüdlich um Berlin herum. Es began mit einem (gar nicht) unmöglichen Geburtstagswunsch von Christine. Sie schrieb damals an ihre Freunde:

Für mein neues Jahr, dass nun schon übermorgen beginnt, habe ich mir einen guten Vorsatz entwickelt: ich möchte einmal im Monat eine Wanderung machen. Das hält fit, erfreut das Herz und weitet den Horizont, hab ich mir gedacht. Doch jedeR weiß ja, was aus guten Vorsätzen so wird, wenn das Jahr sich hinzieht und deshalb habe ich mir weiter überlegt: Mit deiner und eurer Hilfe wird aus dem guten Vorsatz eine richtig tolle Wanderung – monatlich.

was aus fitnessgründen begann, wurde ganz allmählich ein vertieftes kennenlernen der brandenburgischen landschaft und ein neues verstehen von ökologischen zusammenhängen, ganz besonders, wenn es darum ging, die großen vögel, sei es großtrappen oder kraniche, zu beobachten. sei es, die neuen einwanderer, die wölfe, in den offengelassenen truppenübungsplätzen kennenzulernen. jeder waldlehrpfad half uns neu auf die sprünge, wie wichtig biotope sind und wie großartig das gleichgewicht der habitate ist. und wie sehr der mensch, selber der natur zugehörig, sich mit der immer schnelleren entwicklung von technik und industrie, davon entfremdet. und wir dabei in die gefahr kommen, unsere ureigenen lebensgrundlagen zu verlieren.

Die Mail von Christine kam ganz im Blau, daher ist es auch hier Blau. Auch die Schreibweise ist von ihr. Die Worte wecken mich… Großtrappen, Kraniche, Wölfe… Ich war mit der Gruppe auch ein paar Mal wandern. Einmal zu Großtrappen, einmal zu Mahlsdorf. Irgendwann dann bei der Wanderung habe ich auch das Wort Luch gehört. Etwas kaltes, nebliges, nasses… Schönes…

liebe ewa,

das malchower luch erstreckt sich zwischen der stadtrandsiedlung malchow im westen und dem fließgraben (in dem einige seltene Pflanzenarten, z.B. der Röhricht, leben) im osten auf einer Länge von ca. 2 bis 3 km.

also von uns aus gesehen ist das total osten, zwischen pankow und wartenberg.

Also Leute, bitte, rettet das Luch!

Für diejenige, die es unbedingt genau wissen müssen: Luch in Wikipedia:

Der Begriff Luch bezeichnet ursprünglich eine ausgedehnte, vermoorte Niederung in Nordostdeutschland, speziell in Brandenburg. Man findet Luche vor allem in den Jungmoränengebieten; sie kommen aber auch in der Altmoränenlandschaft vor.
Lôch, f., lateinisch ‚labina, palus‘ ein Wort für ‚Sumpfwiese, Feuchtgebiet‘.

Und für die Polen, die es wissen wollen – słowo jest typowo brandenburskie, ale coś w rodzaju mokradeł będzie tu chyba dobrze pasowało. Tłumacz z googla nie znalazł odpowiednika ani dla niemieckiego Luch, ani dla łacińskiego labina, ale palus to bagno. A jak wpisuję mokradło i każę przetłumaczyć na łacinę, to też wychodzi palus!

No! Bardzo lubię. Całe dzieciństwo prowadzano mnie na spacery albo po plażach, albo po morenach, albo po mokradłach.

Viva Polonia!

Ewa Maria Slaska

Relacje moich koleżanek

Relacja 1.

W mieście, które w tym roku jest stolicą kulturalną Europy, w pięknym starym hotelu ze starymi niemieckimi tradycjami (był to na przełomie tamtych wieków i do końca wojny słynny etablissement Vier Jahreszeiten), a więc w Hotelu Polonia, na ulicy Piłsudskiego, znajduje się w foyer secesyjnie wystylizowana tablica informacyjna.

hotel-polonia-pilsudzki

Jedna z naszych autorek, osoba często “bywała” we Wrocławiu, już kilkakrotnie zwracała obsłudze hotelowej uwagę, że na tablicy po niemiecku zostało umieszczone błędnie napisane nazwisko marszałka, które na tablicach polskiej i angielskiej zostało zapisane prawidłowo. Tym razem przypomniała pani w recepcji, że już dwukrotnie sugerowała, żeby to zmienić, bo to jednak wstyd. Na to tym razem pani recepcjonistka, podkreślając, że oczywiście hotel dołożył wszelkich starań, powiedziała, że nic tu nie trzeba zmieniać, bo tak się właśnie to nazwisko pisze po niemiecku…

No cóż: tu, proszę, Marszałek Józef Piłsudski w niemieckiej Wikipedii.

Relacja 2.

W mieście, które szczyci się tym, że bardziej kocha pisarza Güntera Grassa niż jego niemiecka ojczyzna, w dzielnicy, którą autor opiewał – Langfuhr Wrzeszcz – postawiono kiedyś tzw. ławeczkę Grassa. Ten mały po lewej, to oczywiście Oskar Mazerath, bohater Blaszanego bębenka.

G.Grass+Oskar

Autorka zdjęcia wysłała je do kilku lokalnych instytucji pytając, czy nie wypadałoby jednak “umyć nóg” pisarzowi, bo to trochę wstyd. Nikt nie odpowiedział i nie zareagował.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego pisarzowi tak zzieleniały nogi, bo w końcu on akurat siedzi na tej ławeczce dopiero od października ubiegłego roku, przedtem przez 15 lat leżał w magazynach. Samą ławeczkę bowiem, z figurą małego bębnisty, postawiono już, jako się rzekło, w roku 2002. Wkrótce na pobliskiej fontannie ustawiono drugą osobistość znaną czytelnikom Trylogii Gdańskiej czyli Tullę Pokriefke. Ich autorem jest prof. Sławoj Ostrowski, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pomnik samego Grassa miał być odsłonięty równocześnie z pomnikiem Oskara. Jednak w ostatniej chwili pisarz rozmyślił się i wycofał zgodę na ustawienie mu pomnika za życia. Władze Gdańska postanowiły uszanować wolę noblisty, a gotowa rzeźba trafiła do jednego z miejskich magazynów. Rzeźbę ustawiono więc dopiero teraz, już po śmierci gdańskiego noblisty, w 88 rocznicę urodzin Güntera Grassa.

Grass zmarł 13 kwietnia 2015 roku.

Figury są odlane z brązu, a brąz, stop miedzi i cyny w proporcjach 90-10, ma to do siebie, że jest odporny na korozje. Nie to, żeby nigdy nie korodował, oczywiście zielenieje, ale trwa to latami… A tu tymczasem zielone nogi pisarza i to po kilku zaledwie miesiącach wysiadywania na świeżym powietrzu, mogłyby sugerować, że coś było nie tak z odlewem i że wilgoć wżera się stanowczo za szybko. Hmmm…

Piłsudzki na zielonych nogach…

Przenikania w kawiarni Opery Berlińskiej w letni wieczór

Tomaszowi Fetzkiemu z zaproszeniem na pojutrze do Berlina

Ewa Maria Slaska

Afrodyta z kablem elektrycznym

Trochę ponad rok temu opublikowałam tu wpis, zatytułowany Przenikania w Barze Zakątek. Muszę go tu przypomnieć, bo kilka dni temu coś podobnego przydarzyło mi się w Berlinie. Popijałam wino z wodą (nie można ciągle nie pić wina, to obraza rzucona w twarz radości życia w Berlinie) i czekałam w kawiarni letniej Opery Berlińskiej na Dorotę Cygan, z którą iść miałyśmy (i poszłyśmy) na Uprowadzenie z seraju Mozarta. To pierwsza opera języka niemieckiego, co jest jasnym powodem, dla którego germanista koniecznie powinien obejrzeć tę sztukę.  Podobno interesujące wykonanie, a to już powód dla którego również blogerka powinna…

Jest jednak lato, można by pójść nad jezioro, do parku na lody, a my tymczasem do opery…

Mam na sobie sukieneczkę, którą niemcy nazywają Fummel, a my – szmatka, pantofelki na obcasie, rajstopki, nie mogę więc nosić ze sobą dużej torby, a książka, którą aktualnie czytam liczy ponad 500 stron… O żydowskim chłopaku z Wrocławia, który stał się motorem życia literackiego w Boliwii! Nazywał się Guttentag (i jest to też tytuł książki) i jego rodzina pochodziła z miasteczka, które się dziś nazywa Dobrodzień…

Przed wyjściem szukam więc książczyny, która by pasowała do torebeczki, pasującej do szmatki…

Arnold Słucki, Eklogi i psalmodie, Czytelnik 1966. “Mój” Arnold Słucki, już kilka razy o nim pisałam (TU i TU), opowiadałam o nim podczas różnych prelekcji… Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko.

W dzisiejszych czasach Słucki jest zapewne równie odsądzony od czci i wiary jak inni lewicowi artyści, pisarze, naukowcy… Zacytuję tu sama siebie:

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić „ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory („serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: „(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

To ciasto, które innym rosło na pośmiertne podziwy, jemu chyba urosło na zapomnienie. Gdy szuka się go w internecie pojawiają się tylko książki antykwaryczne, najstarsza chyba – Ziemia jaśnieje – z roku 1950, Słońce nasz towarzysz, 1951, Spotkania z roku 1952, Poranek z roku 1953,  Eklogi i psalmodie, 1966, Targ w Dziworaju, rok 1967,  cały czas lata 50 i 60, prawie co roku mu coś wydawano, potem się naraził i uciekł, i przypomnieć go można było dopiero wtedy, gdy upadający PRL odpuścił autorom zakazanym, i pojawiły się w księgarniach książki Gombrowicza, Hłaski i Słuckiego… Biografia Anioła z roku 1982.

To o tym pośmiertnym i wyciągającym poetę z niepamięci zbiorze napisał nieznany autor informacji na portalu Lubimy czytać:

Niniejsza księga wierszy jest spłatą długu pamięci, jaką winniśmy Arnoldowi Słuckiemu, poecie, który żył i tworzył wśród nas w ciągu dwudziestu kilku lat powojennych, a potem – tęskniąc za Polską – umarł na obczyźnie.

Dodajmy, umarł w skrajnej nędzy.

Wydaje mi się, że nikt już nigdy więcej go nie wydał. Odszedł w zapomnienie, a ja zupełnie bez powodu zabieram go ze sobą w torebce do opery. Niech zobaczy trochę świata.  Jest 28 czerwca 2016 roku. Stoję przy stoliku i popijam wino, bo ja przyszłam, jak zwykle, za wcześnie, a Dorota przyjdzie, jak zwykle, na ostatnią chwilę…

Strona 16, Ekloga współczesna…

Sprawdzam w sieci: sjp ekloga. 1. «pogodny utwór poetycki opiewający uroki życia wiejskiego».

W biały dzień
tkliwe jaskółki
             nad brzegiem Mozeli
wiły w nas gniazda,
zapewniam was,
             to właśnie, jeżeli
porzucała nas wyobraźnia
                               niby zbiegów w todze z przytułku,
to była w tym ręka historii,
a stała tam rzymska łaźnia
z czerwonym sztandarem wetkniętym
                                              w omszały dach,
a dach był jak gwiazda.
M e m e n t o   m o r i,
rzekłem,
stara kobieta szła, żuła chleb
                                 i pracując żuchwami
wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna

I w tym momencie podniosłam głowę znad książki, a pomiędzy stolikami szła w niebieskim kitlu sprzątaczka, trzymała w garści szufelkę i zmiotkę na długich trzonkach i… naprawdę … wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna, a mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo jeszcze nigdy nie spotkałam Ariadny sprzątaczki, zamiatającej kawiarnię na świeżym powietrzu, podczas, gdy goście wciąż jeszcze stoją wokół wysokich stolików, gawędząc w mowie Gotów i popijając wino znad Mozeli, a gdy za dziesięć minut dzwonek wezwie nas wszystkich do środka, będzie dość czasu i okazji, aby nikomu nie przeszkadzając, posprzątać podwórko operowej kawiarni. Więc wiedziałam, że ona nie jest sprzątaczką z firmy Gegenbauer tylko zjawą, która wyszła z wiersza Słuckiego i sprząta świat wokół mnie, tak jak Ariadna co poniedziałek sprzątała labirynt odkurzaczem.

śmierć tu była, mimo wszystko, paradna,
promenada rozbrzmiewała gwarem
i trzeba się było wsłuchać, jak elektroluks rozmawia z Cezarem,
a szum krzewów na Pangejskich wzgórzach,
to w tracką zieleń Ismaru,
Szofer błękitny od smaru
chwalił dziewczęta okolicy:
                    Czemu nie sprawisz
o, Wenus…
                Eils! Skapia matia ia
                                         drinkan! –
klął mową Gotów duch z koszar
i śmiała się śmiechem białym jak śmierć
jeszcze żywa
Prześliczna Rzymska Rudowłosa.
I jakże trudno już było dostojną tu układać poezję,
zmierzch był Brutusa wieczerzą po klęsce,
i pani, co włada Knidos i Pafos,
werwę nam odjęła i patos.
Słowa będące mostami nad wieczystą rozłąką rzeczy
straciły swoją sprężystoćć
i nie było w nich żywych poruszeń,
jakby cały pejzaż im jawnie zaprzeczył
i Eneasz znowu był parweniuszem.
Śmierdział na jardy tanim alkoholem
made in Roma,
bardziej podobny do starca z Korycji,
gdy go sklął po łacinie Czas – sierżant policji.
I on się im tylko odgrażał:
– Na zdrowie, dawajcie jeść!
                                        Dawjcie pić!
i była to niby chrypliwa ekloga,
nad którą zastanawiają się
                            uczeni wieków,
co niby drzazga siedzi w człowieku;
który nie chce być ni aniołem, ni szpakiem,
i rzuca się z tasakiem
na Boga.

On nawet natrząsa się z szczęśliwca Glaukosa
i z cudownego władzy kpi ziela,
odurza go aut cierpka jońska rosa
i patrzcie, oto ciągnąc szlauch przez promenadę,
już mnie oskarża o zdradę
spraw potocznych.

A ja mu wciąż, że z Mozeli
widziałem wszystko,
świadek naoczny,
maszyna do trawienia szczelnych snów
i jaw ułomnych,
jeżeli ———

Dzwonek wezwał nas do wnętrza, ciągnąc szlauch przez promenadę, przeszła obok mnie raz jeszcze Ariadna w niebieskim kitlu, z niebieską szufelką i szczotką, Dorota wyszła mi naprzeciw z wnętrza budynku i poszłyśmy na operę, która jest najlepszą operą, jaką w życiu widziałam!

orgiaomilosci

Więc też koniecznie idźcie. Opera jest po niemiecku, ale artyści ciągle przeskakują z niemieckiego na angielski, a u góry nad głowami lecą teksty arii i po niemiecku, i po angielsku, a poza tym, to i tak bez znaczenia, bo wszystko można zrozumieć, gdy śpiewając o miłości i wierności nawaleni kokainą aktorzy i statyści, goli całkiem lub tylko na pół, uprawiają na naszych oczach orgiastyczną promiskuityczną miłość, gdzie nic, ale to nic jednak nie naruszy dobrego smaku pań z Dolnej Saksonii, a wspaniała śpiewaczka koloraturowa grająca Konstancję, trenując rozpaczliwe wrzaski do mikrofonu, przechodzi przed nami ciągnąc kabel przez scenę jak Ariadna sznur elektroluksu przez labirynty Knossos nad Mozelą.


Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)

Niemiecka gra muzyczna w trzech aktach KV 384
Tekst wg Christopha Friedricha Bretznera – Gottlieb Stephanie d. J.
Prapremiera 16 lipca 1782 – Hoftheater Wien
Premiera w Deutsche Oper Berlin 17 czerwca 2016

Zalecany od 16 lat

Po niemiecku, z nadtytułami po angielsku i niemiecku

Został jeszcze tylko jeden występ w tym sezonie, pojutrze, środa 6 lipca
Bilety w cenie od 50 do 130 euro

Ich liebe mein Leben

Ewa Maria Slaska

Kocham (moje) życie

Piszę ostatnio samo ciężkie i poważne teksty, pomyślałam więc, że opowiem tu pewną optymistyczną historię, taką w sam raz na lato…

Niestety okazało się, że historia jest nieprawdziwa. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, słyszałam ją przecież, dokładnie pamiętam, w marcu tego roku. Siedzieliśmy z Moritzem przy barze w kinie Regenbogenfabrik. Mieliśmy za sobą pełen emocji wieczór. Był 8 marca, pokazaliśmy właśnie film Marty Dzido: Solidarność według kobiet, potem była dyskusja i pyszny bufet, goście rozeszli się już do domów, zbliżała się północ. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku raczyliśmy się winem i wodą (tę wodę to ja oczywiście piłam, od dawna piję głównie wodę, z czego zresztą wciąż się muszę tłumaczyć, bo jak można nie pić wina).

ichliebe meinenleben2

Na bufecie ktoś przykleił naklejkę Ich liebe mein Leben. Nic nowego, cały Berlin jest pełen tych naklejek, wylądowały nawet na letnich sukienkach Klary i Bery, moich dwóch ukochanych przyszywanych wnuczek.

 

ichliebe meinenleben

Wiesz, zapytał Moritz, jak to jest z tą naklejką? Mój kolega ze szkoły był w Syrii z ramienia organizacji Grünhelme (Green Helmets). To taka niemiecka organizacja, założona w roku 2003 przez Ruperta Neudecka. Budowali szpital w Harem. On, jego kolega i taki starszy pan, arabski tłumacz, zostali złapani przez dżihadystów. Trzymano ich jako zakładników i wyobraź sobie, że udało im się uciec. Nie razem, najpierw mój kumpel z kolegą, a potem ten Arab. Dotarli na piechotę do Turcji, a stamtąd samolotem do Niemiec. Pojechałem po kumpla, przylecieliśmy razem do Berlina, mieszkał tu z nami w Regenbogenfabrik. Nie wyobrażasz sobie, jaki był chudy. A przedtem był wielki jak szafa. Ale szczęśliwy. Powtarzał ich liebe mein Leben, ich liebe mein Leben, kocham życie, kocham moje życie… Zamówiliśmy więc dla niego takie naklejki… A teraz wszyscy je przyklejają…

Oczywiście opowieść o tej trójce, nazywają się Bernd Blechschmidt, Simon Sauer i Ziad Nouri, była straszna, ale kończy się optymistycznie i jest taką radosną pochwałą życia. Chciałam się więc z Wami nią podzielić.

A tu tymczasem, proszę ja Was, objawił się problem… Dzwonię do Moritza, żeby zapytać o jakieś szczegóły tej historii, a on mi mówi, że tak, że kumpel, że zakładnik islamistów, że uciekł, że mieszkał, że był…

… i że nic mu nie wiadomo o żadnych naklejkach…

?????
!

Umówmy się więc, że opowiedziałam Wam dwie historie z niezwykłego miasta, jakim jest Berlin, gdzie wszystko może się zdarzyć – o dzielnym chłopaku z Zielonych Hełmów i o naklejkach, które są wszędzie, nawet na sukienkach Klary i Bery.

Nowych narracji ciąg dalszy

Ewa Maria Slaska

Na przykład Siemens lub na przykład Cegielski (wpomnienie o Poznaniu 1956)

Narracje, opisujące na nowo naszą historię, nie są tylko dziełem “dobrej zmiany”,  to jak słusznie zauważa komentator pod dzisiejszym wpisem – sprawa stara jak świat.  Nową narrację tworzą państwa, politycy, ale też instytucje, konsorcja i korporacje. I nie tylko w Polsce. Ja pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tym w Niemczech. Oczywiście w PRL wszystko było własną nową interpretacją, ale przecież PRL nikt nie traktował poważnie. No i nie był nam wzorem!

W roku 1987 Berlin obchodził 750-lecie istnienia. Miasto prezentowało się wówczas publicznie za pomocą hasła “Berlin 750 lat tolerancji”. Zapytałam jednego z ważnych urzędników (w Berlinie Zachodnim rzecz jasna), jak ten slogan ma się do okresu nazizmu? To było tylko 12 lat, odpowiedział ów pan.

Wiele lat temu młody historyk niemiecki opowiadał mi, że pracuje w archiwum Szpitala w Hadamarze. Zaciekawiło mnie, jak radzi sobie z okresem II wojny światowej, bo wtedy było to miejsce, gdzie dokonywano przymusowej eutanazji chorych fizycznie i psychicznie. Powiedział, że wcale, bo ten okres kazano mu pominąć. A jak kazano, to pominął.

***

Kiedyś jednak takie akcje i reakcje zniknęły, nowocześnie było umieć spojrzeć krytycznie na własną historię.

***
Kilka lat temu przekonałam się jednak, że zmiana paradygmatu objęła tylko okres II wojny, a reszta pozostaje po staremu. Szukałam wtedy informacji o obecności Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej i nic mi się nie udało znaleźć. Zaczęłam od archiwów cmentarnych, gdzie udało mi się stwierdzić, że dla biurokraty Polak z zaboru pruskiego wcielony do armii był Niemcem i jeśli poległ na polu bitwy, był Niemcem, który oddał życie w obronie niemieckiej ojczyzny, nieważne czy Schmidt i Schulz, czy  Kaczmarek, Słotwiński i Pietruszewski. Dzwoniłam i pisałam do archiwum wojskowego, krajowego i państwowego w Berlinie, gdzie nikt nawet nie raczył ze mną rozmawiać (nie jestem historykiem i nie pracuję na etacie!), aż wreszcie dokołatałam się do archiwów firmy Siemens, gdzie potraktowano mnie bardzo przyjemnie. Mogła to być rzecz jasna jakakolwiek inna wielka firma, która powstała w okresie industrializacji Berlina czyli od połowy XIX wieku do roku 1914. Wtedy bowiem to spokojne, niewielkie miasto-rezydencja książąt brandenburskich, a potem królów pruskich, przekształciło się w ogromną stolicę wielkiego imperium, a przemysł był jednym z filarów rodzącej się metropolii.

Tak wyglądały tereny przemysłowe wokół dzisiejszej Friedrichstrasse, od wielkich pieców przemysłowych nazywane Ziemią Ognistą.

W tym samym roku powstał w berlińskiej dzielnicy Friedrichstadt Telegraphen Bau-Anstalt von Siemens & Halske, nazywany potem po prostu Siemens.

Gdy rozpoczęła się I wojna światowa robotnicy, technicy i inżynierowie z berlińskich fabryk zostali wcieleni do armii i wysłani na front, gdzie wielu z nich padło i pozostało na zawsze z dala od ojczyzny, rzadko bowiem rodziny miały dość pieniędzy (a i szczęścia), by odnaleźć ciało zmarłego syna, ojca czy męża i na własny koszt sprowadzić je do domu.  Nie było grobów i dlatego wiele instytucji budowało w Berlinie miejsca pamięci poległych, miejsca, gdzie można pójść i złożyć kwiaty. Tzw. Pole Chwały (Feld der Ehre) wzniesione przez firmę Siemens jest jednym z najbardziej okazałych pomników przypominających ofiary I wojny.

siemensgedenkstätte1-kl

I jest tam mnóstwo polskich nazwisk. Na konferencję historyków w Kuala Lumpur postanowiłam napisać referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Niemieckiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny.

krzykowski-kurowski

pierdzwiol-kl pieczynski-piotrowicz-kl

Niestety, okazało się, że nic. Pogawędziliśmy o tym z kierownikiem Archiwów Siemensa w Monachium. Gdy zasugerowałam, że można by sprawdzić akta robotników przyjmowanych do pracy, a potem podczas wojny zmustrowanych, bo gdyby tam były metryki urodzenia czy karty poboru, to już by można było coś wnioskować i o narodowości, i o kolejności powoływania do armii Polaków z zaboru pruskiego… Chciałabym sprawdzić, powiedziałam, czy to byli Polacy, czy podawali może, że są Polakami… Bo wie Pan, intuicja mówi mi dwie rzeczy, że byli Polakami, i że szli na front jako pierwsi – najpierw Kuklinowscy a dopiero potem Puppensteinerowie.

No, ale dowiedziałam się, że archiwa zostały zniszczone.

Zostały zniszczone… Takie neutralne określenie…

A to, co tu napisałam, to taka mała narracja o małym problemiku.

***

Wiosną miałam znowu napisać referat na konferencję, tym razem na temat roku 1956, w Polsce i na Węgrzech. Z podziału zadań przypadło mi napisanie o Czerwcu 56 w Poznaniu. Oprócz mnie wszyscy wykładowcy byli historykami. Pomyślałam, że nie mogę konkurować z naukowcami i że jako pisarkę bardziej niż fakty interesują mnie zmiany narracji. Zaczęłam więc szukać różnych informacji na temat recepcji i reakcji społecznej na Wypadki Czerwcowe, od roku 1956 do dziś.

Uderzyło mnie kilka spraw. Po pierwsze, że nikt nigdy nie ukarał żadnej osoby odpowiedzialnej za krwawe stłumienie rozruchów robotniczych. Nikt nigdy nikogo. Nawet symbolicznie nie.

Po drugie, że niemal przez cały czas pamięć o Czerwcu 56, jeśli w ogóle była, funkcjonowała rocznicowo, w odstępach co pięć lub dziesięć lat. I to nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Na przykład pierwsza publikacja książkowa o Czerwcu ukazała się w Paryskiej Kulturze w roku 1976. O pamięci rocznicowej mówił Adam Michnik podczas tegorocznej wizyty w Berlinie, a pisał o tym już dwa lata temu Krzysztof Ruchniewicz. Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie pojęcie – pamięć rocznicowa, myślałam, że to ja je odkryłam :-(.

I natychmiast uświadomiłam sobie, że w razie potrzeby, nie ma żadnej pamięci, nie tylko rocznicowej, po prostu żadnej.

Zajścia czerwcowe w Poznaniu rozpoczęły się w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. Pisałam już o Siemensie i Borsigu, twórcach nowoczesnego przemysłu europejskiego. Cegielski był jednym z nich, nawet stworzył swoje zakłady (Handel żelaza) w tym samym roku 1847, w którym oni powoływali do życia swoje fabryczki i warsztaciki. Przedtem jednak studiował w Berlinie, napisał pracę doktorską z filozofii: De negatione. Pracował w Poznaniu jako nauczyciel greki i łaciny. Podczas niepokojów w 1846 odmówił władzom szkoły przeprowadzania kontroli mieszkań swoich uczniów, co zakończyło jego karierę nauczyciela. To sprawiło, że założył ów sklepik…

Sklepik przekształcił się w warsztat, warsztat w odlewnię, odlewnia w fabrykę maszyn… Fabryka się rozrasta, staje się zespołem fabryk i spółką akcyjną. W roku 1939 zakłady zostaną przejęte przez Deutsche Waffen und Munitionfabriken. W 1945 roku fabryka przechodzi na własność państwa polskiego, w roku 1956 przeżywa zryw robotniczy, pierwszy w burzliwej historii peerelowskich rozruchów i zamieszek, w roku 1995 staje się znowu spółką a potem zespołem spółek. Dotarliśmy do współczesności.

I wtedy jakiś nowy narrator pisze nową narrację Zakładów imienia Hipolita Cegielskiego i publikuje ją na stronie internetowej. Obejrzałam ją wiele miesięcy temu, pisząc ów referat, ale dla potrzeb dzisiejszego wpisu weszłam tam kilka godzin temu i krótko przed północą zrobiłam ten oto zrzut ekranu:

 historia cegielski

Tak nie myli Was wzrok, w miejscu gdzie jest czerwona strzałka nie ma mowy o Czerwcu 1956 roku! Proszę bardzo, oto powiększenie:

historia cegielski-detal

 No comments…

Po 25 latach…

Ewa Maria Slaska i Dorota Cygan

W piątek 17 czerwca minęło 25 lat od momentu, gdy premier Polski Krzysztof Bielecki i kanclerz RFN Helmuth Kohl podpisali Traktat o dobrym sąsiedztwie (nazwa oficjalna: Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17.06.1991 r., niem. Vertrag zwischen der Bundesrepublik Deutschland und der Republik Polen über gute Nachbarschaft und freundschaftliche Zusammenarbeit).

AAAwystawabundestag2016 (9)

Zdjęcie zrobiła Dorota Cygan na wystawie o stosunkach polsko niemieckich, o której pisałam wczoraj.

Taka piękna rocznica sprzyja masowemu organizowaniu imprez okolicznościowych. My też nie byliśmy lepsi. Jak to powiedziała Christine Ziegler z Regenbogenfabrik, obchodzenie rocznicy podpisania Traktatu to w końcu nasz wspólny obywatelski obowiązek.

20160617_hintergrundbild2

Pokazaliśmy znakomity film Krzysztofa Czajki i zorganizowaliśmy dyskusję.

Dorota Cygan napisała o filmie:

“chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa”

napisał kiedyś Zbigniew Herbert, a Krzysztof Czajka pokazał w filmie odwagę cywilna normalnych ludzi wyrwanych na chwile z rutyny codziennych obowiązków, i zrobił to nie tworząc wysokich odniesień i pompatycznych porównań, nawet przepytywanych w filmie polityków pokazując bez przydawanego im zwykle sztafażu. To, co pozostaje w pamięci po projekcji, to np. bilet wypisany uciekinierowi z NRD przez polskiego konduktora bez żądania opłaty; to np. słowa jednego z bohaterów, który opisuje, jak na dwa żelazka prasowali mokre ubrania rodziny uciekinierów (taki rodzaj domowego “koncertu na cztery ręce”); to także np. metalowa tabliczka ze skrótem nazwy kraju umieszczana na samochodach – tu zatknięta prowizorycznie przez uciekającą rodzinę wierzącą, że przynależność do NRD to już tylko stan przejściowy; to wreszcie widok płytkiego nurtu rzeki – z dzisiejszej perspektywy zupełnie niegroźnej, znanej każdemu, kto kiedyś brodził po kolana w wodzie na wakacjach, ale ewokujący paraliżujące wspomnienia u tych, którzy kiedyś taką wycieczkę na druga stronę mogli przypłacić karą więzienia. I tak dalej. I choć polska i niemiecka publiczność na te same elementy oczywiście patrzy z odwrotnej perspektywy, połączyło ją tego wieczoru jednakowe poczucie, że normalny człowiek z nie spaczonym poczuciem przyzwoitości, sprawiedliwości i wolności, nie jest odporny na takie obrazy, i zwyczajnie wilgotnieją mu oczy. Nawet 25 lat później.