Zawał w Bundestagu

Ewa Maria Slaska

czyli o wystawie na temat stosunków polsko-niemieckich

Wiem, jak wyglądały stosunki polsko-niemieckie w jubileuszowym ćwierćwieczu 1991-2016, i to poniekąd wiem z pierwszej ręki. Byłam przy tym, jak się z mozołem wyzwalały z retoryki powojennej, gdy z opisów naszych wspólnych działań odpadały po kolei takie słowa jak “zbrodnie” i “nie zapomnimy”, jak pojawiało się słabsze jednak w wymowie “pamiętamy”, zastąpione w latach 80 “budowaniem zaufania” i “likwidacją uprzedzeń”, by około roku zerowego przejść do słów-kluczy “partnerstwo, przyjaźń, dobre sąsiedztwo”. Dziś, nie, no nie dziś, kilka dni temu, 18 czerwca 2016 roku lokalny berliński KOD wraz z partnerami powiedział, “a co tam przyjaźń, przyjaźń to było wczoraj, my głosimy miłość!”

Myślę, że nie będzie to zbytnim zarozumialstwem, jeśli powiem, że w jakimś minimalnym stopniu i ja współtworzyłam te stosunki polsko-niemieckie. I mogę/możemy być dumni, bo do niedawna były wspaniałe. Dlatego nie wybierałam się na wystawę w Bundestagu. Co jakaś wystawa “stamtąd” może powiedzieć praktykowi tu?

Wystawę „Polacy i Niemcy. Historie dialogu” – przygotowało Muzeum Historii Polski w ramach uroczystości 25-lecia podpisania polsko-niemieckiego „Traktu o dobrym sąsiedztwie”. Oglądać ją można było w jednym z budynków niemieckiego parlamentu. 3 czerwca otworzyli ją wspólnie przewodniczący parlamentów Polski i Niemiec: Marek Kuchciński (PiS) oraz Norbert Lammert (CDU).Kurator wystawy: dr hab. Waldemar Czachur, prof. UW
Organizator wystawy: Muzeum Historii Polski w Warszawie
Sfinansowano ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Sejmu RP
Współpraca: Ambasada RP w Berlinie

AAAwystawabundestag2016 (1)Wielokrotnie powtarzałam, jak ja osobiście to widzę: najpierw my, zwykli ludzie coś robimy, jest nas niewielu i patrzy się na nas jak na rarogi, ale w pewnym momencie jest nas już tylu, że nie ma wyjścia i polityka musi nas zauważyć. Polityka zauważa więc,  uznaje, że jest to dobry pomysł i go nam zabiera. Bielecki i Kohl podpisują polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. A potem co jakiś czas spotykają się kanclerz i premier, albo prezydent z prezydentem, ktoś komuś wręcza nagrody i odznaczenia, ważni znajomi prezydentów robią za ważne pieniądze ważne projekty, a my dalej robimy swoje, wypełniając zwykłą praktyczną pracą wielkie słowa i zadania polityczne.

Ale to nie o tym ta wystawa. O tym to jest chyba wystawa we Wrocławiu, która właśnie została udostępniona w sieci dla szkół i instytucji.

AAA2wystawabundestag2016 (4)Nie wybierałam się więc, ale zaczęły do mnie docierać coraz gorsze opinie o tej wystawie w Bundestagu. Krystyna Koziewicz napisała

…obecna władza i jej sympatycy przefiltrowali fakty i zdarzenia, obalając dotychczasowy dorobek, nie tylko historyków, ale po prostu Polaków.
Widziałam reakcje zaskoczenia nie tylko wśród Polaków, także niemieccy opozycjoniści, politycy poczuli się mocno dotknięci.  Jak wytłumaczyć Niemcom, że w części wystawy o Solidarności pominięty został Lech Wałęsa? Wszyscy w Niemczech i na świecie dobrze wiedzą, że  to właśnie Wałęsa dźwigał ciężar przemian ustrojowych.
Prawda jest teraz inna. I co jest najgorsze… zafałszowaną narrację historyczną przenosi się na grunt europejski.
Trzeba mieć dużo odwagi i arogancji,
by fałszowanie historii pokazywać
w niemieckim parlamencie.

AAA1wystawabundestag2016 (40)Krzysztof Ruchniewicz zatytułował swój blogowy wpis o wystawie Dialog głuchych, dodając znak zapytania.

Czy to uczucie irytacji i bezsensu jest potrzebne? W tym roku Polska i Niemcy obchodzą 25 rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. Przewidziano z tej okazji liczne imprezy. Powstała strona internetowa, która miała stać się platformą wymiany opinii i informacji. Z wielkich planów niewiele zostało. Zmiana rządu w Polsce unieważniła je niemal automatycznie tak jakby nagle okazało się, że nie ma czego uczcić, a nawet o czym rozmawiać. Można teraz odnieść wrażenie, że obie strony, i polska, i niemiecka, działają w tej kwestii nie razem, a obok siebie. (…)  Jak ów dialog wygląda w tym ujęciu?
Czy już mamy o czynienia z „nową narracją“?

AAAZwystawabundestag2016 (76)Nie jest to jednak pytanie retoryczne, oczywiście, że mamy już do czynienia z “nową narracją”. W jej centrum znalazło się wykreślanie Solidarności i mniejszości niemieckiej, ale ja bym do tego dodała brak I wojny światowej, brak niepodległości Polski, brak okresu międzywojennego, brak Żydów podczas II wojny światowej, brak Holokaustu i powstania w Getcie Warszawskim, tak że nawet nie wiadomo, dlaczego, po co i gdzie klęka Willy Brandt, który jednak na tej wystawie klęka, brak nie tylko Wałęsy ale całego okresu Solidarności, brak Jesieni Narodów i wyzwolenia Europy… Brak Wałęsy to zresztą nie tylko dziura w narracji o naszej historii, bo jest to dziura w niemieckiej narracji o ich niemieckiej historii. Niemcy nie mają wątpliwości, że bez strajków, stoczni, Wałęsy i Okrągłego Stołu nie byłoby zjednoczonych Niemiec.


Puste miejsce w historii ukazało się na wystawie zgoła praktycznie. Jak zauważyła Dorota Cygan, która jest autorką tych zdjęć, wystawa zajmuje tylko połowę przeszklonego foyer nowoczesnego budynku Bundestagu. Druga połowa pozostaje pusta, a byłoby tu dużo miejsca, by pokazać to, czego się jednak nie chciało pokazać.

W nowej narracji historia zaczyna się od II wojny światowej i koncentruje się na walkach Polaków, martyrologii Polaków, bohaterskiej walce Polaków ze Związkiem Sowieckim (tu się plasują nieszczęśni “żołnierze wyklęci”)… Ta narracja po roku 1945 sprowadza się do tego, że całą naszą powojenną historię zrobiły środowiska katolickie. Nie ma lewicy, nie ma prób odnowy podejmowanych w partii, nie ma Okrągłego Stołu, nie ma społeczeństwa pluralistycznego ani obywatelskiego… Najpierw była martyrologia, potem polscy katolicy walczyli o wolną i suwerenną Polskę, a skoro prezentuje się tę wystawę tu i teraz, to okazuje się, że tylko polskie środowiska katolickie dążyły do pojednania z Niemcami.

A my, Polacy w Niemczech?

Na zakończenie tej opowieści premier Szydło spotkała się w Berlinie z Angelą Merkel, żeby… nie do wiary: rozmawiać o kryzysie migracyjnym.

Przypomina mi się pytanie z żydowskiego dowcipu: co to jest hucpa? Hucpa jest wtedy, gdy ktoś zabił ojca i matkę a w sądzie prosi o łagodny wymiar kary, bo jest sierotą…

AAAtwarze

PS 1. Narracja narracją, ale ten język! Podpisy i opisy wystawy układał najwyraźniej współczesny tekściarz, który używa języka pełnego nieporadności stylistycznych i aktualnej nowomowy. Najśmieszniejsza jest informacja, że … twarzami zbierania darów w Niemczech po wprowadzeniu stanu wojennego byli Mazowiecki i Bartoszewski. Biedny niedouczek nie wiedział, co w jego własnej nowomowie znaczy “być twarzą”, i miał na myśli, że na jednej z ulotek o tym, żeby pomagać Polakom, umieszczono zdjęcia obu panów jako ważnych przedstawicieli “Solidarności”…

PS 2. Wyjaśnienie: otóż tytuł wpisu nie jest jedynie metaforyczny, zawału wprawdzie nie dostałam, ale naprawdę byłam blisko. Nigdy nie myślałam, że mogę się tak potwornie przejąć byle jaką wystawą. Serce zaczęło mnie boleć w momencie, gdy stanęłam przed tablicą przedstawiającą II wojnę światową bez Żydów, trzęsłam się jak osika i z każdą tablicą czułam się gorzej, najgorzej, gdy się okazało, że w wyliczaniu ważnych lat na osi czasu zabrakło roku 1980! Jeszcze nigdy na żadnej wystawie nie odczułam fizycznie takiego poczucia krzywdy.

osczasu-wystawa

Kilka dni temu pisałyśmy tu z siostrą o naszych książkach, zawłaszczonych przez prawicę. Ale dziś piszę o czymś jeszcze gorszym, o tym, że zabrano nam nasze działania, nasze dokonania i nasze życie. TO JEST NASZA HISTORIA, A ONI JĄ NAM ZABRALI i przerobili na swoją.

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

– to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

4 czerwca / 4. Juni / 4th of June

W Polsce i w Berlinie

Z Warszawy…

Zdjęcia z sobotniej manifestacji, było pięknie, myślę, że było około 50 tysięcy osób.

5.06.2016

Andrzej Rejman

32 2 3 7 8 11 12 13 18 25 27 30 31

Z Berlina (reblog)…

04 czerwca w Berlinie, pikieta demokratyczna pod budynkiem byłej Ambasady RP na ulicy Unter den Linden

Pikieta w odbyła się w pięknej, ciepłej i serdecznej atmosferze. Mamy w Berlinie przyjaciół demokracji i ludzi rozumiejących o co toczy się gra.
Przyszliśmy świętować pierwsze wolne, bądź jak niektórzy chcą częściowo wolne, wybory z 1989 roku. Wybory, które zmieniły Polskę, Europę i w konsekwencji świat. Ten czas w Polsce, ta energia i ci ludzie dokonali czegoś wielkiego. Wywalczyli nam bez rozlewu krwi prawdziwą wolność.

Dla mnie czymś niesamowitym jest fakt, że mogłam stać z mikrofonem w ręce, parę metrów od Bramy Brandenburskiej i głośno po polsku mówić o tym czym jest wolność i demokracja. Fakt, że mogliśmy się właśnie w tym miejscu spotkać, gdzie 27 lat temu byłoby to absolutnie niemożliwe! Nie ma już Niemieckiej Republiki Demokratycznej i nie ma wrogich Zachodnich Niemiec. Nie ma granic.
Po pikiecie pożegnaliśmy się z przesympatyczną ekipą policyjną, która ochraniała nasze spotkanie i spokojnie przeszliśmy przez Bramę i zjedliśmy bagietkę w Tiergarten. Ta zwykła scena z życia mówi więcej czym jest sukces projektu Europa niż tysiące haseł.

Zawaliliśmy przez lata sprawę tworzenia naszego, polskiego mitu wolności, mitu zwycięstwa. Jesteśmy niesamowitym narodem, który nie wie, bądź nie dowierza, jak wielki jest. Nie wierzymy, że i od nas zależy powodzenie tego, czym jest wspólna Europa. Zachowujemy się jakbyśmy nie wiedzieli, że wygraliśmy w roku 1989 mistrzostwa świata i ciągle oczekujemy, że inni nas dowartościują. Czas z tym skończyć. Osiągnęliśmy sukces, którego nikt nam nie odbierze.
Podkreślaliśmy, że jesteśmy częścią wspólnej Europy. Podkreślaliśmy dumę z osiągnięć Polski wypracowanych przez ostatnie 27 lat. Pokazaliśmy, że jesteśmy. My, Polacy, obywatele Europy.

Dziękujemy każdemu, kto się do nas w to upalne popołudnie dołączył! Dziękujemy za mocne wsparcie i obecność grupy KOD z Kolonii. Rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, pisaliśmy „Jakiej Polski chcemy”. Byliśmy razem.

Na koniec wspomnieliśmy też i tych, którym się nie udało w 89 roku i chwilę później spotkaliśmy, stojącego dosłownie sto metrów od nas, samotnego chłopaka z Chin z plakatem o masakrze na placu Tienanmen w 89 roku. Dziękował nam Polakom za słowa wsparcia, powiedział, że przez cały dzień podchodzą do niego Polacy i z nim o tym rozmawiają. Bardzo, ale to bardzo poruszyło mnie to spotkanie.
Wolność jest jak powietrze.

Ula Ptak
Berlin, 5.06.16

W Gdańsku… Piknik w parku Reagana

Pięknie i wesoło. Mnóstwo znajomych. Kto chce – może się zapisywać do KOD! Podobno formularze są już na stronie KOD, ale tak naprawdę to jeszcze nie ma…

piknik

piknikkolage

5.06.2016 Ewa Maria Slaska

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Eine kleine Seite auf der Strasse…

Ewa Maria Slaska

Auf der Strasse gefunden…

Meine Leser wissen es schon, ich finde Sachen. Ich erfinde sie auch, klar, dafür bin ich eine Schriftstellerin, aber ich bin auch eine Archäologin und dies, weil ich eben Sachen finde. Egal welche… Ganz einfach: Sachen. Diesmal war es wieder eine Buchseite. Es war schon Mal hier, im Laufe der Zeit wird es immer öfter Sachen geben, die schon Mal hier waren.  Sehr oft Bücher, ab und zu aber auch Buchseiten. Eine mit einem Bild. Einem guten Bild. Ich bin Tochter einer Graphikerin und auch wenn sie im Dreck und Schlamm liegt, bin ich imstande eine gute Graphik zu erkennen. Eine sehr gute…

kasack1

Schon vom Weitem dachte ich, es wären die 40er. Und so war es. Es ist eine Seite aus dem Buch von einem Kasack. Das weiß ich: Hermann Kasack. Ein deutscher Schriftsteller. Die Stadt… Dies weiß ich schon selber nicht, aber mein Iphon sagt es mir sofort. Die Stadt hinter dem Strom, herausgegeben beim Suhrkamp in Berlin 1947.

kasack4

Wikipedia ist sofort hilfsbereit zur Stelle, um mir weitere Informationen zu liefern:

Das existentialistische Werk gehört zu den bedeutenden Romanen der deutschen Nachkriegsliteratur. Hans Vogt komponierte nach dem Werk eine Oper in 3 Akten, welche am 3. Mai 1955 in Wiesbaden uraufgeführt wurde.

kasack2

Hauptfigur des Romans ist der Orientalist Dr. Robert Lindhoff, der durch einen unklaren Auftrag mit dem Zug in eine fremde Stadt reist. Diese stellt sich für ihn rätselhaft und undurchschaubar dar, er begegnet Menschen, die in seiner Erinnerung eigentlich bereits verstorben sind, unter anderem seinem Vater und seiner ehemaligen Geliebten Anna.

Lindhoff wird als offizieller Chronist der Stadt eingestellt, um die Gebräuche und Geschichte der Stadt festzuhalten. Diese erschließen sich ihm jedoch nicht, die Personen denen er auf seinen Streifzügen begegnet, verrichten sinnlose Tätigkeiten, ohne erkennbaren Nutzen. Schließlich erkennt der Protagonist, dass er sich in einem Reich der Toten befindet. Es ist für ihn unmöglich, seinen Auftrag, eine Chronik zu verfassen, auszuführen, doch diese schreibt sich auf übernatürliche Art selbst.

Der Roman schließt sich kreisförmig, wenn Robert Lindhoff am Ende des Romans wieder in einem Zug sitzt und, diesmal als Toter, in die Stadt hinter dem Strom reist.

Also Totenhorn. Über das polnische Buch in genau diesselber Weise konstruiert, habe ich vor kurzem auf Polnisch geschrieben. Es ergibt sich die Frage, ob der Pole Wyganowski den Kasack kannte und ob er seine Vision von dem deutschen Schriftsteller hat, oder ob beide an die Jenseitsfahrten und -visionen der griechischen Antike (wie die Geschichte von Orpheus oder Ulysses) oder an Dantes Göttliche Kommödie anspielen. Es kann aber auch Kafka sein, der den Paten für beide Autoren stand. Kasacks Figur, Dr. Robert Lindhoff, ist ein Alt-Orientalist, ein Keilschriftforscher.  Solche Reisende wiederholen sich in der Literatur. Raimund („Mundus“) Gregorius aus dem Paul Merciers Roman Nachtzug nach Lissabon, ist ein Altphilologe, genauso wie Hermann Mussert im mysteriösen Roman Cees Notebooms Die folgende Geschichte, der ebenfalls so eine Reise zwischen dem Leben und dem Tod schildert.  Sind die Altphilologen besonder anfällig?

Der Roman entstand in zwei Teilen, zunächst während des Zweiten Weltkrieges 1942-44, sowie in den Nachkriegsjahren 1946/47.

Der zeitgenössiche Kritiker schrieb im Spiegel 1948:

Zweimal hat Hermann Kasack angesetzt, um sein Buch zu schreiben. 1942 fing er in Potsdam an. Es gab in seiner Umwelt noch kein vergleichbares Abbild der Ruinenstadt, wie sie ihm visionär vor Augen stand. 1945, nach mehr als einjähriger Pause, holte er das halbfertige Manuskript wieder hervor und brachte es dann zu Ende. Da war die Vision “vorweggenommene Wirklichkeit” geworden.

1942 hatte Kasack geglaubt, mit zwei bis drei Schreibmaschinenseiten auszukommen, um die ihn bedrängenden Gesichte zu bannen. Es wurden genau 600 Druckseiten daraus.

In Wikipedia liest man weiter:

Der Roman wird als eines der wichtigsten Werke der inneren Emigration bezeichnet, da sich Kasack, anders als viele seiner Kollegen, nicht zur Emigration aus dem nationalsozialistischen Deutschland entschlossen hatte.

Nach seinem Erscheinen wurde der Roman begeistert aufgenommen und in den Folgejahren in mehrere Sprachen übersetzt. Man interpretierte die geisterhafte Stimmung der Stadt, an der Schwelle zwischen Welt und Unterwelt, als ein Gleichnis für die Stimmung in Deutschland in den letzten Kriegsjahren. Wie andere Nachkriegsschriftsteller beschäftigt sich Kasack mit der Hilflosigkeit des Individuums in Konfrontation mit Grenzsituationen. Damit verbunden wird die Frage nach dem Wesen der eigenen Existenz.

Kasack ist 1896 geboren i starb 1966. Siebzig ist er geworden (fast siebzig – ein paar Monate fehlten). Es hat natürlich keine Bedeutung, aber 2016 jährt sich sowohl sein Geburts- als auch sein Todestag.

Das Buch habe ich also sofort identifiziert, seine Bedeutung auch fast sofort erkannt. Ich weiß auch schon, dass es seit Jahren nicht mehr heraussgegeben wird. (Rechts: die Originalausgabe aus dem Jahre 1947)

Jetzt muss ich aber noch eine Information finden und zwar: Wie heisst der Autor der Grafiken in Kasackss Buch? Dies wird schwieriger, Graphiker und Übersetzer sind gern vergessen, übersehen oder weggeräumt. Und so ist es. Im Internet gibt es keinerlei Information… Eigentlich Schade, vielleicht auch Schande. So ein guter Graphiker, total ignoriert!

In allen Internetangeboten sieht man nur nichts sagendes meistens voller Flecken Leinenumschlag des Buches in seiner Ausgabe vom 1947. Ich finde es in der Universitäts Bibliothek, wo es aber in einem geschlossenem Raum liegt, man wird es mir erst nach dem Wochenend zukommen lassen. Nun nach dem Wochenend bin ich für eine Woche weg. Erst übermorgen schreibe ich Euch hier, wie der Graphiker heißt…

***
Ich habe sie gefunden. Eine Sie, eine Künstlerin, die Beate Dietrich hieß. Mit 17 Holzschnitten illustrierte sie die DDR-Reclam-Ausgabe des Buches im Jahre 1989 in Leipzig. Sie machte auch Zeichnungen zu Kiepenheuer Ausgabe von Tess d’Uberville von Thomas Hardy (1989). Ebenfalls 1989 lieferte sie ein Werk für ein Leipziger Graphic Portfolio ‘liberté – egalité – fraternité‘. Merkwürdig. Als ob sie nur in Leipzig und nur 1989 tätig wäre.

***

Am Ende zitiere ich den letzten Absatz des Buches, weil er erklärt, wie die Buchseiten aus dem Buch entfernt, irgendwohin gelangen…

kasackdiestadt-oklAls sich der Zug einer großen Flußbrücke näherte, trat er an das Fenster. Während sein Wagen langsam über den Strom fuhr, warf er einen Stoß von Blättern, die er aus einem Buch gerissen hatte, in die Tiefe, so dass er zuletzt nur noch die blaue Hülle des Einbandes in Händen hielt. Die Papiere flatterten rasch durch die Luft und trieben in dem modrigen Wasser, wo sie allmählich zerfielen.

Der Reisende war unterdessen schon an der Endstation ausgestiegen. Er ging, einer von vielen, im Zwielicht der frühen Morgendämmerung einer Stadt entgegen, die ihm sonderlich vertraut war, obwohl er sich nicht
erinnern konnte, sie schon früher
einmal betreten zu haben.

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?

Stadtlegenden

Es hat noch Zeit, eigentlich sehr viel Zeit, aber die Organisatorin wollte, dass ich es unbedingt schon jetzt veröffentliche. Na ja, es handelt sich um Piwnica pod Baranami, eine der Stadtlegenden Krakaus und Polens, dafür kann ich ja auch zweimal werben, einmal heute und einmal im Spetember… Meinetwegen 🙂

ulotka-piwnica-przod(1)

25. SEPTEMBER 2016, 18:00 Uhr

BABYLON, Rosa-Luxemburg-Str. 30, Berlin

http://www.ewadmoch.eu

DIE UNERTRÄGLICHE LEICHTHEIT DES SEINS

Es soll ein künstlerisches Ereignis werden, der Abend mit Beteiligung von Künstlern des Kabaretts Piwnica pod Baranami, das eine ganz besondere „Insel“ ist –auf keinen Fall aber eine ruhige und utopische Insel.
In dieser Extraklasse des Kabaretts wird es Auftritte u.a. von Tadeusz Kwinta, Mieczyslaw Święcicki, Miki Obłoński, Czesław Wojtała, Ewa Wnuk-Krzyżanowska, Oli Maurer, Tamara Kalinowska, Leszek Wójtowicz, Rafał Jędrzejczyk, Piotr Kuba Kubowicz, Agata Ślazyk, Dorota Ślęzak, Beata Czernecka, Maciek Półtorak, Rafał Jędrzejczyk, Kamila Klimczak, Andrzej und Aneta Talkowski und anderer geben.

Es ist eine starke eingespielte Künstler-Boheme,
die für das gemeinsame Spiel alles hinwirft.

Eine einmalige Atmosphäre
– surrealistischer Humor, Lyrik, herrliche Lieder.

Gastgeber des Abends: Leszek Wójtowicz
Musikalische Leitung; Michał Półtorak
Drehbuch und Regie: Bogdan Micek

ulotka-piwnica-tyl(1)

Während des Konzerts kann das Buch „Kabaret w Polsce 1950 – 2000“ (Kabarett in Polen von 1950 – 2000“) käuflich erworben werden und es gibt ein Zusammentreffen mit den Autoren des Buches

Informationen und Tickets:
Ewa Dmoch, http://www.ewadmoch.eu

Samobójca z Cmentarza Tatarskiego

Ewa Maria Slaska

Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…

Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie

Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.

Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867  powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.

Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.

Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.

Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.

Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.

Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.

alikijadwinia

Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.

Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.

Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.

Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.

Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/09/serce-zaklete-w-kamieniu-historia-pewnej-smierci-i-pewnego-grobowca/#ixzz48EvIQgmI

http://kumukia.ru/article-82

 

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…