Czas ogórków małosolnych zaczyna się w Biedronce już na początku maja. Na półkach obok humusu i guacamoli pojawiają się małe plastikowe wiaderka z małosolną ogórkową zawartością. Każde wiaderko jest na swój sposób nieszczelne i podczas transportu zaznacza wszędzie swoją obecność. Pochłaniam te biedronkowe małosolniaki aż do sierpnia. W międzyczasie sama coś ukiszę, ale życie małosolnych jest ulotne, trwa za krótko, potem są tylko kiszone i to one zostają mi w kamiennym garnku z koprem, czosnkiem, chrzanem i wspomnieniem po małosolnych, z propozycją na zupę ogórkową.
Zaopatrzona w małosolne wyruszam na tylnym siedzeniu toyoty do krainy jeży i rukonków, pszczół i komarów, starych domów i jeszcze starszych dębów, nieistniejących już pałaców i dworów, rodów szlacheckich i tych bez przedrostka von, do krainy której już nie ma na mapie, ale ciągle gdzieś tam jeszcze jest, we wspomnieniach i wyobraźni, w pamięci drugich, trzecich pokoleń, w pamięci internetu i ludzi z tych stron, przybyłych po roku 1945 i tych, którzy po 1945 stąd wyjechali.
Dzisiaj kolejny szpital w moich wędrówkach po zdrowie,DRK Kliniken Berlin Westend w Charlottenburgu na Westendzie, dzielnicy, która swoją nazwę zawdzięcza londyńskiemu Westendowi i ma wiele wspólnego z Westendem szczecińskim. To Heinrich Quistorp, brat szczecińskiego Johannesa był jednym z założycieli berlińskiego Westendu.
Dziękuję Eli Kargol za znalezienie tej piosenki, która jest polską interpretacją słynnego zakończenia musicalu The Man of Mancha (The impossible Dream). Słowa polskie Andrzej Saciuk, muzyka (musical) Mitch Leigh, opracowanie muzyczne (piosenka po polsku) Henryk Debich, śpiewa po polsku Jerzy Połomski.
Don Kichot umiera. Jest przy nim tylko zapłakany, nieutulony w żalu Sancho Pansa. Jego pan go pociesza.
wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd
Chcę gnać, chociaż pada już koń,
do gwiazd chcę wyciągać mą dłoń
i łez nie wylewać nad sobą,
ach być jeszcze prędszym niż wiatr.
I drwić z niespokojnych tych lat,
jak dom przebudować ten świat
i kpić sobie z tych, co się modlą,
i nieść tę nadzieję jak kwiat.
Oto mój krzyk i oto mój cel
kto wie, jak daleko,
czy dojdę, czy nie,
zacznę dawać,
gdy już nie zostanie mi nic.
Pragnę walczyć na śmierć,
aby honor mój dalej mógł żyć.
Wiem już dziś, że niełatwy to szlak
i że nie chciałbym tak,
by mój sen był silniejszy niż ja,
był silniejszy niż ja.
Wezwij mnie, gdy wypiję do dna,
wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd,
o, daj, bym do śmierci aż marzył,
by sen był silniejszy niż ja.
The Impossible Dream (The Quest) piosenka napisana przez Mitcha Leigha do musicalu Człowiek z Manchy, którego autorem był Dale Wasserman. Najpierw Wasserman na podstawie powieści Cervantesa napisał w roku 1959 sztukę teatralną, która opowiadała i o Don Kichocie, i o Cervantesie, stającym przed sądem inkwizycji. W roku 1965 Wasserman przerobił swą sztukę na musical, grany na Broadwayu. Partię Don Kichota śpiewał m.in. Elvis Presley, a piosenka The Impossible Dream stała się dzięki niemu znana na całym świecie. Od momentu premiery, czyli od prawie 60 lat śpiewały ją dziesiątki piosenkarzy, m.in. Sarah Connor, która umieściła cover Snu na płycie Soulicious. W roku 2019 Andy Williams zaśpiewał jej cover w filmie John Wick: Kapitel 3 Lista interpretatorów Snu znajduje się TU. Lista nie jest pełna. Połomskiego na niej nie ma. Poniżej pierwszy Człowiek z Manczy, tak jak pojawił się na Broadwayu, Richard Kiley:
Chciałam zrobić admince przyjemność, sobie zresztą też, bo odkąd poznałam Ewę, niepoprawną Donkiszotkę, sama się nią po trochu stałam i ciągle szukam, jak nie Don Kichota, to Baratarii. Pod koniec marca pojechaliśmy do Amsterdamu, rodzinnie. Plan zwiedzania był dość napięty, choć nie uwzględniał hitu sezonu czyli wystawy Vermeera.
Skoro już nie obejrzałam Vermeera, nie pojechałam do Delftu, miasta narodzin i śmierci artysty (to akurat było w planie, a odnośnie deklinacji, to podobno ma tak być – do Delftu – choć ja napisałabym do Delft), pomyślałam, że do widoku amsterdamskich wiatraków przydałby się Don Kichot lub jego brak.
Dziś zapraszamy na krótkie spotkanie na stacji Grunewald z okazji 80 rocznicy wybuchu powstania w Getcie Warszawskim. O godzinie 11 przejdziemy na peron 17 (Gleis 17) i pod pomnik koło stacji, aby chwilą milczenia uczcić żywych i umarłych oraz położyć im żonkile.
Ten wprowadzony przez Marka Edelmanna zwyczaj coraz bardziej się rozpowszechnia. W Polsce już wszędzie znaleźć można kwitnące lub papierowe żonkile. Z inicjatywy Autorki tego wpisu powoli upowszechniamy go również w Berlinie.
Ela Kargol
KGA. Reblog z Facebooka z 12 kwietnia 2019 roku.
Umówiłam się z koleżanką na kawę w KGA. Kto zna Berlin i tam był, wie co ten skrót oznacza. Königliche Gartenakademie (Królewska Akademia Ogrodnicza) oddalona jest od miejsca, w którym mieszkam, o kilka rzutów kamieniem. Aż wstyd się przyznać, że jeszcze nigdy tam nie byłam. Przejeżdżałam obok dziesiątki razy, jadąc rowerem do pracy wzdłuż ogrodu botanicznego i kilka razy nawet spojrzałam w tym kierunku, myśląc, że to jakieś kolejne centrum ogrodnicze.
Koleżanka spotkanie odwołała, ale ja zaciekawiona jej opowieściami o KGA, wyruszyłam w nieznane. Tomek chciał kupić krzew derenia jadalnego, krzew trochę zapomniany, podobny do wiśni, o którym dziadek mówił, że to kornelówka (po niemiecku Kornelkirsche) i którego kwiaty zwabiają roje pszczół i innych owadów,
Kawiarnia w KGA usytuowana jest w zabytkowych szklarniach pełnych roślinności. Ruch był duży. Niedzielny brunch przyciągnął tłumy. Również kupujących rośliny i inne ogrodowe akcesoria nie brakowało. Wszystko utrzymane jest w angielskim stylu i w stylu wysokich cen. Kupiliśmy bratki na cmentarz, kornelówka okazała się zbyt droga, ale sprzedawca, bardzo kompetentny i życzliwy, długo i ze znawstwem opowiadał o tym miododajnym krzewie.
Kawy nie wypiłam, gwar mi nieco przeszkadzał, a Tomkowi jeszcze bardziej.
Ruszyliśmy w stronę rowerów, gdy nagle naszą uwagę przyciągnęła altana, w zasadzie altanka, do której można było wejść i drugą stroną wyjść, do… tajemniczego ogrodu.
Przejście było niezwykłe; z gwaru, zgiełku, śniadaniowego zapachu do ciszy, spokoju, szumu wiatru, skrzypienia starych drzew, świergotu ptactwa i spoglądających na nas zza żywopłotu popiersi wybitnych architektów krajobrazu.
Ogród, do którego weszliśmy, solidnie już okrojony, należał do dawnej uczelni ogrodniczej, której początki sięgają roku 1824. Königliche Gärtner Lehranstalt założona została przez prekursora sztuki ogrodniczej, Petera Josepha Lenné, w Poczdamie. Na początku XX wieku przeniesiona została do Dahlem w Berlinie. Na 6,5 hektarach założono ogrody warzywne, sady, szklarnie, ogrody różane i bylinowe. W roku 1903 powstały budynki, w dużej części zachowane do dzisiaj. W głównym budynku mieści się wydział technologii żywienia i chemii spożywczej Uniwersytetu Technicznego (Technische Universität).
Szkoła pod kierownictwem Theodora Echtemeyera szczyciła się sławą międzynarodową. Z wybitnych absolwentów wymieńmy Karla Förstera, Hertę Hammerbacher, Roberto Burle Marxa, było jednak wielu innych.
Dopiero w 1995 roku całość wpisano do rejestru zabytków. W roku 2006 przeprowadzono rekonstrukcję ogrodu, opierając się na starych planach.
Kto posiada wyobraźnię, lubi spokój, ciszę, melancholię bluszczu, zeszłoroczne liście na buczynowym żywopłocie i przycięte róże bez róż, ten powinien przyjść właśnie teraz, gdy nagie dzikie wino okalające pergole nie wypuściło jeszcze pierwszych liści, róże w rosarium czekają na wyższe słońce, a wiosenne kwiaty zapowiadają wielkie letnie kwitnienie.
Postanowiłam, że Don Kichot pojawiać się będzie nadal, ale tylko ten znaleziony, przeze mnie lub moich przyjaciół, niezależnie od tego czy na ławce, jak poprzednio, czy tak jak dziś, na zdjęciach Eli Kargol wykonanych w Poznaniu. Rzeźba Don Kichota koło biblioteki na osiedlu Pod Lipami, w dzielnicy Winogrady. Ela odkryła ją tego samego dnia, gdy ja się tu na blogu żegnałam z Rycerzem Smętnego Oblicza. Uparty jest, nie chce się dać wyrzucić. No więc jednak nie wyślę go na całkowitą banicję. Jeśli przyjdzie, to pozwolę mu być.
Autor: ………………….. | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: ………….. | Zdjęcia: Ela Kargol
Przeszukałyśmy obie sieć i nie znalazłyśmy informacji, kto jest autorem tej rzeźby. Napisałam też do Stowarzyszenia Rzeźbiarzy Poznańskich, ale póki co z odpowiedzi wynika, że nie wiedzą. Nawet chyba nie wiedzieli, że rzeźba istnieje, bo poprosili o zdjęcie. Oczywiście wysłałam, a teraz czekamy.
Ela już kilka lat temu pisała o innym poznańskim Don Kichocie, tamten jednak jest betonowy i stoi na Cytadeli.
Autor: Tadeusz Dobosz | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: 1970 | Zdjęcia: Ela Kargol
Tadeusz Dobosz (ur. 1937 r.) – rzeźbiarz, specjalizujący się w rzeźbie pomnikowej, małych formach rzeźbiarskich i medalierstwie. W latach 1957–1963 studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie otrzymał dyplom w 1963 roku w pracowni prof. Jerzego Bandury.
Brał udział w licznych wystawach w Zielonej Górze, Orońsku, Poznaniu i Wrocławiu. Jest autorem wielu znanych pomników i rzeźb, m.in. pomnika Władysława Jagiełły w Skwierzynie (1970), rzeźb Baby i Rodzina oraz pomnika Janusza Korczaka w Zielonej Górze (1976); obelisku w postaci płonącej świecy na terenie obozu jenieckiego w Goerlitz (1976).
***
Tu też jest, słuchajcie uważnie. Piosenkę podsunęła mi Kinga. Piosenka jest (wątpliwą) pochwałą nauki 😉
W zaplombowanych wagonach jadą krajem imiona, a dokąd tak jechać będą, a czy kiedy wysiędą, nie pytajcie, nie powiem, nie wiem…
(Wisława Szymborska „Jeszcze“)
Wprawka, Żydzi stettińscy, ślady i pamięć
12 lutego 1940 był poniedziałek, w Szczecinie bardzo mroźny. Do żydowskich mieszkańców miasta w nocy (według relacji dr. Ericha Mosbacha, którego cytuje Eryk Krasucki w Historia kręci drejdlem) zapukali przyjaźni niczym dżentelmeni gestapowcy. Uprzejmym tonem oznajmili, że domownicy muszą opuścić niezwłocznie swoje miejsce zamieszkania, wygasić ogień, spakować najpotrzebniejsze rzeczy, resztę zabezpieczyć, oddać klucze i wyruszyć w podróż w nieznane. W nocy przywieziono całe rodziny, kobiety, dzieci i starców na dworzec towarowy w Szczecinie. Przeszło 1000 Żydów ze Szczecina i z okolic wyruszyło pociągiem osobowym, w nieogrzewanych wagonach 4 klasy do Lublina. Podróż trwała trzy dni. Część z nich zmarła po drodze, część krótko po przybyciu, część doczekała się śmierci w obozach w Belżcu, Sobiborze, czy Treblince.
Tylko kilkunastu szczecińskim Żydom udało się przeżyć Zagładę.
Społeczność żydowska w Szczecinie i w pruskiej prowincji Pomorze nie była liczna. W 1933 roku mieszkało w niej 6317, a w samym Szczecinie 2365 osób wyznania mojżeszowego, pisze w swojej książce Eryk Krasucki, powołując się na Obraz demograficzny ludności żydowskiej na Pomorzu Zachodnim w latach 1871–1939 Dariusza Szudry.
Po roku 1933 część z nich wyjechała, po stopniowym pozbawianiu Żydów praw, pozbawianiu własności, po nocy kryształowej i podpaleniu Nowej Synagogi wyjechali następni, wyprzedając swój majątek za bezcen.
W roku 1939 w prowincji pomorskiej mieszkało już tylko 3329 Żydów, a w samym tylko okręgu szczecińskim żyło 1718 Żydów (E. Krasucki, Historia kręci drejdlem)
Przyjechałam do Szczecina 11 lutego 2023 roku. Pierwszy raz wybrałam hotel niedaleko dworca z widokiem na synagogę, której nie ma już w krajobrazie miasta od ponad 80 lat. Podpalona w nocy z 9 na 10 listopada 1938 nie doczekała się nigdy odbudowy. Doczekała się jednak w roku 2022 wspaniałego muralu autorstwa Piotra Pauka, zwanego Lumpem na bocznej ścianie Książnicy Pomorskiej.
Cmentarz Żydowski w Szczecinie, choć też zdewastowany w noc kryształową, przetrwał wojnę, zamknięty został w 1962 roku. Nagrobki zlikwidowano, cokolwiek miałoby to znaczyć. W roku 1988 na skraju cmentarza, obecnie parku postawiono pomnik, zaprojektowany przez Zbigniewa Abrahamowicza, upamiętniający to miejsce. Do budowy pomnika wykorzystano kilka starych macew. Przed pomnikiem ledwo dostrzegalny napis w języku polskim i hebrajskim „Tu znajdował się cmentarz żydowski od 1821 do 1962 r.”
Wprawka według słownika języka polskiego PWN znaczy tyle co ćwiczenie wykonywane dla osiągnięcia biegłości w jakiejś umiejętności.
„Wprawka“ to tytuł wystawy dwóch artystek Natalii Szostak i Weroniki Fibich, którą można obejrzeć w Szczecinie, w Willi Lentza do 20 marca 2023 roku.
W nocy z 12 na 13 lutego 1940 r. aresztowano i deportowano 1120 Żydów pomorskich z rejencji szczecińskiej, w tym 846 osób ze Szczecina. 16 lutego dotarli do tymczasowego obozu w Lublinie, skąd przesiedlani byli do miast: Piaski, Bełżyce i Głusk. Tam trafili do mieszkań żydowskich rodzin, a później do utworzonych gett. Była to w państwie rządzonym przez nazistów pierwsza zorganizowana deportacja z obszaru tzw. Starej Rzeszy, w której Żydów, obywateli państwa niemieckiego, wywieziono poza jej obszar, na tereny podbite. Według Hanny Arendt, stanowiła ona swoiste ćwiczenie, w celu osiągnięcia biegłości w przeprowadzaniu następnych deportacji odbywających się w kolejnych latach niemal w całej Europie.
Gdy w Berlinie nad Wannsee ustalano reguły ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, deportacje Żydów już trwały. Wprawiano się od lat w ludobójstwo, nie tylko Żydów.
„Deportacja szczecińska” była pierwszym tego typu działaniem przeciwko obywatelom żydowskim w III Rzeszy.
Słowo w tytule wystawy WPRAWKA jest bardzo wyraziste, dosadne, mocne, obrazowe nie tylko w kontekście wystawy, w kontekście lutowej szczecińskiej nocy, wydarzeń późniejszych i jeszcze późniejszych, tych które miały doprowadzić do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.
Obie artystki Natalia Szostak i Weronika Fibich wyruszyły po 81 latach (dokładnie 12 lutego 2021) w podróż ze Szczecina – w ogrzewanych wagonach z zapasem jedzenia i wody, najpierw do Lublina, a potem do miejsc, do których dotarli szczecińscy Żydzi, do Głusk, Piask i Bełżyc.
Znam to uczucie, dotykania miejsc, roślinności, ziemi, po których stąpał ktoś kiedyś, dawno temu. Dotykał może tych samych drzew, które pamiętają i rodzą co roku nowe owoce. Drzewa przetrwały. Ziemia ta sama i nie ta sama, pokryta kurzem, pamięcią, śniegiem i nieobecnością.
Na wystawie listy, niewidzialne portrety, linie papilarne, zdjęcia, ślady, ziema, gałązki i kora drzew z Głusk, Bełżyc, z Piasków.
Biorę czystą kartkę papieru, przepisuję treść listu po niemiecku, listu Käte Meyer. Jej portret i jej męża blakną i czernieją, stają się niewidzialne. Tylko odciski linii papilarnych opowiadają ich nieopowiedziany los. Nie wiadomo, gdzie spotkała ich śmierć.
Herzlichen Dank für den Brief und die Einlagen, ein kleiner Lichtblick in der Finsternis! So sehr warte ich auf ein Päckchen mit Erfrischungen, bisher ist nichts gekommen. Ihr habt nicht die leiseste Ahnung von unserem „Leben“ hier, wir hatten früher auch nicht solche Träume. (…) Es gibt in diesem Dorf überhaupt nichts zu kaufen, da alle jüdischen Bewohner blutarm sind. (…) Ich bitte so sehr um ein angefangenes Stückchen Seife, mein einziges Stück hat Martin ins Krankenhaus bekommen, ebenso das Handtuch. Hast Du einen alten Hut übrig, ich besitze keinen.(…)
Woher uns Hilfe kommen soll, ist uns allen schleierhaft. Amerika schläft, und es ist doch nur von dort möglich. Wir sind jetzt in der 6. Woche hier, das liest sich anders, als wenn man es erlebt! Dabei immer noch Schnee und Eis, wir haben alle erfrorene Füße, da ungeheizt. Wenn die Organisationen nur schneller arbeiten möchten, wir rufen SOS.
(Käte Meyer, 20.03.1940, Glusk)
Serdecznie dziękuję za list i dodatek, promyczek nadziei w ciemnościach! Tak długo czekam na paczuszkę z pokrzepieniami, jeszcze nic nie doszło. Nie macie najmniejszego pojęcia jakie mamy tu „życie”, nam się to wcześniej również nie śniło. (…)
W tej wsi nie można absolutnie nic kupić, ponieważ wszyscy żydowscy mieszkańcy są bardzo ubodzy. (…) Tak bardzo proszę o napoczęty kawałeczek mydła, jedyne jakie mieliśmy dostał Martin do szpitala, podobnie ręcznik. Czy masz zbędny stary kapelusz, ja żadnego nie posiadam. (…) Nie mamy pojęcia skąd mogłaby przyjść dla nas pomoc. Ameryka śpi, a przecież tylko stamtąd byłoby to możliwe.
Jesteśmy tu już 6 tygodni, czyta się to inaczej, niż jak się musi tego doświadczyć! Wciąż śnieg i lód, wszyscy mamy zmarznięte stopy, bo nie ma ogrzewania. Gdyby tylko organizacje mogły szybciej pracować, wołamy SOS.
(Käte Meyer, 20.03.1940, Głusk)
W książce adresowej Szczecina z roku 1940 znajduję adres: Martin Israel Meyer, Dr., Rentner, Lindenstraße 29 II (Tel. 20090). W roku 1941 nie ma już doktora Meyera w Szczecinie, nie ma też jego żony Käte. Są już tam i może do końca wierzą, że świat o nich usłyszy, że świat się upomni, że świat pomoże. Świat nie pomógł.
Szczecińscy Żydzi, obywatele niemieccy zetknęli się z zupełnie innym poziomem życia w Generalnej Guberni na Lubelszczyźnie, ze światem biednym, zacofanym, nie tkniętym rozwojem technicznym i cywilizacyjnym, tak innym od tego, z którego przyjechali.
Umierali przed umieszczeniem ich w gettach, umierali przed wywozem do obozów zagłady, umierali przed śmiercią w komorach gazowych. Umierali z głodu, wycieńczenia, mrozu.
Pojechałam w miejsce dawnego dworca towarowego w Szczecinie. Do dziś stoją budynki, które pamiętają tamtą noc, tamtych ludzi, kobiety, mężczyzn, dzieci, starców. Błoto dzisiejsze wymieszane jest z przeszłością, szyny prowadzą donikąd, jest rampa, na której być może stali w mrozie, trzymając w rękach walizki ze spakowanym w środku życiem. Ale te walizki nie dojechały. Walizkom odebrano życie dużo wcześniej.
Z Erykiem Krasuckim, autorem wspomnianej książki Historia kręci drejdlem chodzimy po śladach miejsc w Szczecinie, śladach wyznaczonych przez cztery nazwiska mieszkańców Falkenwalderstraße (dzisiejszej Wojska Polskiego), Friedę Hirschlaff, Elsę Fonfé, Wilhelma Stransky’ego i Martina Wolgemutha. Niektóre kamienice stoją do dzisiaj, w mieszkaniach inni ludzie, inne sprzęty, meble, ubrania, sztućce, talerze, wazony i lustra. W lustrach inne twarze, przy stole inne rozmowy. Tylko mury, jeśli przetrwały bombardowania wojenne, mogą coś pamiętać, może drzewo na podwórku też.
Mieszkam na południu Berlina. Nie tak dawno na nowo wybudowanym osiedlu powstały nowe ulice. Jedną z nich jest ulica Heleny Jacobs (Helene-Jacobs-Straße).
Helene Jacobs urodziła się w Pile, wtedy Schneidemühl w roku 1906.
W 1913 rodzina przenosi się do Berlina. Już w latach 30. ubiegłego wieku Jacobs angażuje się w działalność Kościoła Wyznającego w parafii na południu Berlina, w Dahlem. Pomaga Żydom i innym osobom prześladowanym na tle rasowym, organizuje kryjówki, a także udostępnia własne mieszkanie ukrywającym się nie tylko Żydom.
Na stronie Yad Vashem przeczytałam: „Po wybuchu wojny zaczęła wysyłać paczki z żywnością i ubraniami dla Żydów deportowanych ze Szczecina.” Zaczęłam szukać dalej. W książce Katrin Rudoph Hilfe beim Sprung ins Nichts Franz Kaufmann und die Rettung von Juden und „nichtarischen“ Christen znajduję więcej wiadomości. Helene Jacobs była jedną z wielu osób należących lub współpracujących z Kościołem Wyznającym (Bekennende Kirche ) przy parafii w Berlinie Dahlem, była jedną z osób obok Neugebauerów, Hildegard Schaeder i wielu innych, którzy wiedzieli od samego początku o deportacji szczecińskich Żydów na Lubelszczyznę.
Od kiedy w lutym 1940 r. Żydzi ze Szczecina zostali deportowani do getta w Lublinie, gmina Dahlem utrzymywała kontakt z przesiedlonymi Żydami i wysyłała im paczki z ubraniami, kocami itp. W wysyłanie paczek bardzo zaangażowana była między innymi rodzina Neugebauer, która należała do głównego grona gminy. To, co zebrało się u nich na stole, było pakowane w mniejsze paczki i wysyłane do „rezerwatu żydowskiego” („Judenreservat“) z różnymi nadawcami. Helene Jacobs również podała swoje nazwisko jako nadawcy i później relacjonowała, że otrzymała z tego powodu pierwsze wezwanie na gestapo. W akcji uczestniczyła również Hildegard Schaeder (Katrin Rudoph, Hilfe beim Sprung ins Nichts…).
Do Szczecina po wojnie wróciło kilkunastu Żydów, z 1120, których zmuszono do wyjazdu w lutym 1940 roku. Erich Mosbach i jego rodzina przeżyli deportację i Zagładę, getto w Bełżycach, Gross Rosen, Buchenwald, Auschwitz i Ravensbrück. W lipcu 1945 znaleźli się wszyscy w Szczecinie. Nie było to już ich miasto. W grudniu tego samego roku wyjechali do Berlina, a później do Stanów.
Erich Mosbach wspominając getto bełżyckie pisał: Nawet Dante nie byłby w stanie opisać wszystkiego, o czym możemy zaświadczyć. Żadna wyobraźnia nie może sprostać temu, co wydarzło się naprawdę (E. Krasucki, Historia kręci drejdlem)
Co wydarzyło się naprawdę? Nawet milionowe liczby zamordowanych nie tylko Żydów nie są w stanie sprostać uruchomieniu naszej wyobraźni.
Zostaje pamięć.
…Chmura z ludźmi nad krajem szła, z dużej chmury mały deszcz, jedna łza, mały deszcz, jedna łza, suchy czas. Tory wiodą czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan. Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań. Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
(Wisława Szymborska „Jeszcze“)
Do poniedziałku, 20 marca 2023 roku w Willi Lentza w Szczecinie można jeszcze obejrzeć wystawę Natalii Szostak i Weroniki Fibich pt. WPRAWKA.