Upojny aromat róż

Tomasz Fetzki

Kilka lat temu pojechałem na wycieczkę do Berlina. Wycieczkę grupową. Rzadko mi
się to zdarza, bom zmizantropiał ostatnio okrutnie. Ale to był wyjazd z koleżankami i
kolegami
z pracy, więc ostatecznie – czemu nie?
Po mieście oprowadzał nas profesjonalny Przewodnik. Zawodowiec nie tylko w tym
znaczeniu, że brał za to pieniądze. Przede wszystkim dlatego, iż był świetnie przygotowany:
miał dużą wiedzę i umiał ją atrakcyjnie przekazać. Słuchałem z przyjemnością. Sam
dorywczo param się tym rzemiosłem, wielokrotnie mówiono mi, że jestem niezły
– bez
ukrytego interesu mówiono
, więc zakładam, że szczerze. Słowem: trochę się na tym znam i z przyjemnością (gdyż, nieco paradoksalnie, moja mizantropia nie jest zaprawiona zawiścią) stwierdzam, iż facet był dobry.
Dla mnie to nie była pierwsza wizyta w Niedźwiedzim Grodzie, ale dla większości
uczestników wyprawy tak. Przeto i program standardowy: Reichstag, Brama
Brandenburska, Alexanderplatz i takie tam oczywistości. Gdy przechodziliśmy obok
Fernsehturm, zagadnąłem dyskretnie Przewodnika, czy zabierze nas o tam, w ten
zaułek
. Z najszczerszym zdziwieniem spytał: A po co?
Zaraz potem była krótka przerwa na „aktywności osobiste”. Po niej nasz Cicerone znów
błysnął profesjonalizmem: w tak zwanym międzyczasie przygotował się (co, nota bene, nie
jest trudne, gdy się ma komórkę z internetem, no ale przecież nie musiał!), zaprowadził nas tam, w ten zaułek i fachowo zaprezentował jego historię.
Po co ten przydługi wstęp?
Skoro świetny Przewodnik, erudyta i człek o szerokich horyzontach (nie kpię –
z jakim
znawstwem i pasją opowiadał o tutejszych modernistycznych osiedlach!; inna rzecz, że akurat wtedy słuchałem go chyba „tylko głównie” ja), nie wiedział niczego o Rosenstraße, cóż powiedzieć o słabszych? A przecież to miejsce powinno być punktem OBOWIĄZKOWYM dla wszystkich wycieczek, dla każdego odkrywcy Berlina. Adminka nasza najdroższa twierdzi, że mam na tym punkcie lekkiego hyzia. Niewykluczone. Ale dobrze mi z nim i nie może być inaczej. Uliczka znajduje się w najściślejszym centrum, lecz jest ukryta i trafić na nią trudno. Wydarzenia, które się tam rozegrały równo 75 lat temu, też są centralnym, jednym z najważniejszych epizodów ostatniej wojny, ale przy tym mają dość skryty, nieefektowny charakter i również mało kto trafia na ich ślad. Wielki błąd!
Do początku 1943 roku niemieccy Żydzi, pozostający w małżeństwach (zwanych
Mischehen) z Niemcami, jakkolwiek objęci nadzorem, choć wiodący życie pełne upokorzeń i strachu, byli względnie bezpieczni: traktowano ich jak trzeci czy czwarty sort, poniżano,
wykorzystywano w roli niemal darmowej siły roboczej dla fabryk zbrojeniowych, ale żyli!
I
żyło tak około 30 tysięcy osób. O ile aryjskastrona, powodowana wyrachowaniem,
małostkowością lub wygodą, czasem też strachem, nie wystąpiła o rozwód. Wtedy
perspektywa dla Żyda (lub Żydówki) stawała się oczywista i tragiczna. Niestety, przyszedł
czas i na mieszane” związki. Pod koniec lutego 1943 roku rozpoczęły się aresztowania i wywózki do obozów koncentracyjnych. Na prowincji przebiegały sprawnie. W Berlinie stało się inaczej.
Pod dawną siedzibą gminy żydowskiej,
przy Rosenstraße, gdzie uwięziono berlińskich mężczyzn z Mischehen, zaczęły się spontanicznie gromadzić ich żony i dzieci.
Pierwszy raz spotkały się 27 lute
go. Przychodziły codziennie, by pod lufami wycelowanych
w nie karabinów maszynowych skandować:
Oddajcie nam naszych mężów! Przychodziło ich ponad tysiąc. I, w co trudno uwierzyć, po tygodniu wydarzył się cud. Mężczyzn
wypuszczono, a nawet zawrócono z trasy kilkudziesięciu, którzy podążali już
transportem do Auschwitz. Prawie wszyscy dożyli końca wojny.
Rozpisywać się szczegółowo na temat
Protestu na Rosenstraße (bo taką nazwę z
czasem otrzymało to wydarzenie
) nie warto, skoro ktoś już to zrobił wcześniej i bardziej
fachowo. Można sobie poczytać
ciocię Wikipedię, trzeba koniecznie poznać znakomity
artykuł Agnieszki Hreczuk, dobrze także obejrzeć film nakręcony na kanwie Protestu. Lepiej zrozumiemy uwarunkowania i specyfikę wydarzeń, łacniej pojmiemy, jak dokonywał się wybór: pozostać człowiekiem, czy stać się szmatą.
A ja sobie pozwolę już tylko na garść refleksji.
Klękam z szacunkiem (i nie ma w tym stwierdzeniu cienia
patosu) przed kobietami z
Rosenstraße, prze
d wielkością ich człowieczeństwa i siłą ich miłości. Bo zważmy: porwały się właściwie z motyką na słońce. Wbrew wszelkiej nadziei. Cóż z tego, że minęły raptem
trzy tygodnie od klęski
pod Stalingradem? Wehrmacht trzymał straż od wybrzeży Atlantyku po stepy nadwołżańskie i od kręgu polarnego po Saharę. Znikąd odsieczy. A wszędzie panoszy się Gestapo, siejąc terror w zgwałconym społeczeństwie. Ba, jeszcze w ostatnich tygodniach wojny Volksgerichtshof szczodrze szafował wyrokami śmierci! Zaś kobiety z Rosenstraße już od dawna, od września 1935 roku – momentu ogłoszenia Nürnberger Rassengesetze dokładnie wiedziały, na co stać chłopców Himmlera i Müllera. Hańbą i strachem do syta napoione, nie miały złudzeń. Ale nie dały się złamać, nie porzuciły swych mężów ani przez te wszystkie lata, ani 27 lutego. Skąd się bierze taką siłę?
Właściwie dziwię się Niemcom, że za symbol Widerstandu czyli oporu uznali Zamach 20 lipca. Naprawdę się dziwię, bo wielu spośród spiskowców (nawet sam Graf von Stauffenberg) moralnie było co najmniej niejednoznacznych, nad czym zresztą już się kiedyś zastanawiałem, bo temat nie daje mi spokoju.
Róże, które zakwitły na mrozie 27 lutego, są znakiem jednoznacznym, czystym i
wielkim. One i ten bukiecik białych różyczek, skoszony w Monachium zaledwie pięć dni
wcześniej! Przypadkowa zbieżność? Sophie Sholl i jej brat Hans, Christoph Probst, profesor Kurt Huber, Hans Leipelt… Zaprawdę, obrodziła różami ta zima. Ich zapach przetrwał do dziś i nim chcę się upajać. To najlepsza cząstka Niemiec tamtego czasu.
Nie tylko Niemiec. I nie tylko tamtego czasu. Długo się wahałem, czy nawiązać do
aktualiów. Aby nie trywializować ofiary Zimowych Róż. Gdyż nie da się porównać tamtego
ryzyka do tego, na co patrzymy i z czym się musimy mierzyć dziś. Proporsją muszą być gard
e, nie popadajmy w śmieszność i żenadę. Nam grozi nieporównanie mniej, waga naszej odwagi (cóż za fraza, swoją drogą), bo przecież jeszcze nie bohaterstwa, jest z tamtą
niezestawialna, by tak rzec.
Jednak, po namyśle, zdecydowałem się na wycieczkę we współczesność, bo sprawa
jednak jest poważna i staje się, na naszych oczach, coraz poważniejsza. Żarty się kończą. C
o prawda skala zagrożnia nie ta, ale mechanizmy podobne. Tamte róże niszczono, nasze
skromne białe różyczki, póki co, zostały nazwane symbolem nienawiści. Otóż to: póki co.
Mechanizm szmacenia się jest ten sam. Aromatem róż pijany roję sobie, iż warto teraz być
przyzwoitym i odważnym, by nie trzeba było stawać się za jakiś czas bohaterem. Mam gdzieś bohaterstwo. Wolę
, banalny i zwyczajny, dumać w różanym ogródku.

Rzeźba Ingeborg Hunzinger ustawiona na Rosenstrasse w roku 1995; zdjęcia Autor

8 thoughts on “Upojny aromat róż”

  1. Będę w maju w Berlinie i na pewno odwiedzę to miejsce. Dzięki nie miałam o tym pojęcia. Wzruszająca historia

  2. Komentarz od Agnieszki Hreczuk na Facebooku:

    Ojej… To było parę lat temu… Bardzo mi miło, że ktoś zapamiętał! Muszę przyznać, że kiedy usłyszałam tę historię po raz pierwszy, zaskoczyło mnie (a może nie), że prawie wszystkie małżeństwa mieszane, wspomniane przy okazji protestu, to były związki: żona Niemka – mąż Żyd. Tak się złożyło, że kobiety były znacznie bardzie odporne na naciski nazistów, by rozejść się z żydowskim współmałżonkiem, niż mężczyźni. Mówimy o silnym ostracyzmie społecznym, zwalnianiu z pracy, przesiedlaniu z całą rodziną. W wypadku rozwodu niemiecki partner stawał się “czysty”, żydowski – niczym już niechroniony. Pamiętam historię znanego lekarza,który rozszedł się z żoną,bo nie mógł robić kariery. Żona i córka trafiły do obozu, tylko córka przeżyła. I inna historia, naukowca żydowskiego, którego małżeństwo się rozpadało. I jego żona stwierdziła, że się jednak nie rozwiedzie, bo chce, żeby mąż miał więcej szans. Takie drobne, indywidualne przypadki bohaterstwa.

    1. Pewnie, szczegóły przyczyn i przebiegu protestu warto doprecyzować, z uwagą przeczytałem Pana tekst. Co, jak mniemam, niczego nie zmienia w istocie sprawy, czyli w podziwie i szacunku dla postawy kobiet z Rosenstarsse. W tym z pewnością jesteśmy zgodni, Pozdrawiam.

  3. Coby tak podsumować dyskusję, która toczy się dzionek boży cały tutaj i na facebooku Ewy Marii:
    Mój tekst miał charakter literacki (grafomański być może – nie zaprzeczę) nie naukowy. Amator ze mnie, zapewne: przygotowując się do jego napisania przeczytałem kilka tekstów na ten temat, pewne dane się powtarzały, wziąłem je za dobrą monetę. Jasne, że dbałość o fakty jest ważna i dyskutantom naprawdę gorąco za nią dziękuję. Tyle, że poczułbym się jeszcze bardziej usatysfakcjonowany, gdyby głównym tematem dyskusji była postawa kobiet z Rosenstrasse – niezwykła i godna pamięci. Ostatecznie tylko ona jest ważna. No bo (powtarzam: przy całym szacunku dla ścisłości faktograficznej) to czy kobiet było 200 czy 1000, ma znaczenie drugorzędne – napiszmy “kilkaset” i będzie OK. To, jaką procedurę stosowano przy wywózce też nie jest najistotniejsze. A nawet (wiem – jadę co nieco po bandzie) to, ilu mężczyzn z Rosenstrasse przeżyło wojnę, nawet to w tym wypadku nie jest najważniejsze. Ważna jest tylko miłość kobiet, ich determinacja i wielkość ich człowieczeństwa. Ją i tylko ją chcę dzisiaj uczcić.
    W sumie dobrze się stało, że tą dyskusją nagłośniliśmy sprawę. Kilka nowych osób trafi w zaułek różany. Stanie przed pomnikiem. Pomyśli. O to chodziło. Jeszcze raz dziękuję.

  4. A w międzyczasie jeszcze dwa komentarze w tej sprawie na FB:

    Agnieszka Hreczuk
    Ta wywozka,o czym pisze Krzysztof Ruchniewicz, dotyczyla innych Zydow,nie z mieszanych malzenstw. Ci z Rosenstr. zostali wypuszczeni (poza 25, ktorych wywieziono, ale pozniej przywieziono z powrotem). Panu Ruchniewiczowi chodzi o to, ze akurat Zydzi z Rosenstr.(z malzenstw mieszanych) i tak nie mieli zostac przeznaczeni do deportacji, wiec to nie na skutek protestu zostali wypuszczeni.

    Agnieszka Hreczuk:
    Dzisiejsza informacja telewizji o uroczystosciach na miejscu,z udzialem ostatnich swiadkow historii: protest zakonczono wypuszczeniem mezczyzn.

  5. To ja jeszcze dodam tu, bez posrednictwa. W pelni Pana rozumiem. Te kobiety walczyly o zycie bliskich. Przez wiele lat uwazano, ze ich protest doprowadzil do uwolnienia mezczyzn.Teraz,jakzwrocil uwage profesor Ruchniewicz,ktorey zna sie na tym najlepiej, wiadomo, ze byl rozkaz, aby akurat Zydow z Rosenstr. (z mieszanych malzenstw),nie wywozono. Ale nie wiedzialy tego rodziny, nie wiedzieli oni sami, nie wiedzielismy tez my. Faktem jest tez,ze 25 tych Zydowwyslano do obozu (prawdopodobnie na skutek nadgorliwosci miejscowego gestapo, bopotem wrocili). Na wczorajszych uroczystosciach w Berlinie, powtorzono wersje o udanym protescie. Chyba tez jak przekaz, ze warto protestowac. Fakt, ze w sprawie innych Zydow nie protestowano… I nie wiadomo o zadnym protescie mezow. Tym bardziej nalezy przypominac o tych kobietach.I bardzo mi milo, ze Pan tez tak mysli.

    1. Właśnie tak myślę. Obojętne, czy protest był czy nie był skuteczny (co niech historycy precyzyjnie ustalą, na razie, jak widać, sprawa jest kontrowersyjna) – jego znaczenie kryje się gdzie indziej. Istotne, że w ogóle był. Dziękuję za komentarz.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.