Przy okazji takie drobne pytanie; czy wiemy, dlaczego imieniny obchodzi się akurat tego dnia a nie jakiegoś innego? Poproszę o odpowiedzi w komentarzach? Autor(ka) pierwszej prawidłowej odpowiedzi otrzyma nagrodę. Ponieważ jednak, jak wiemy, na każdym kontynencie jest inny czas, odpowiedzi z Ameryki, Azji, Afryki i Australii będą premiowane odrębnie 😉
Zapowiedź numer 2, bo pierwsza już była TU. Dziś podpisywanie książki (prezentacja we wrześniu)!
Oczywiście w Sprachcafé Polnisch a właściwie, skoro książka po polsku – w Polskiej Kafejce Językowej. Schulzestr. 1 Stacja S-Bahn Wollankstraße a potem tuż za rogiem.
Spotkanie odbędzie się w języku polskim, ale oczywiście w razie potrzeby porozmawiamy również po niemiecku. Das Treffen findet auf Polnisch statt, aber wenn man deutschsprachig ist, werden wir mit ihm natürlich Deutsch reden.
Z książki:
Moja rodzina dzieliła losy wypędzonych zza Buga w 1945 roku, przyjętych łaskawie przez wiejską społeczność Milanowa, wygnańców na Syberię, ofiar Katynia, pracy przymusowej w Niemczech, aresztowań, zabójstw i śmierci. (…) Podobne, powojenne losy i utraty majątków stały się udziałem setek rodzin i rodów zamieszkujących tereny Europy środkowo-wschodniej, które od roku 1939 zmagały się z wojną, a po roku 1944 ze zmianą ustroju politycznego, przesunięciem granic państwowych, czy wysiedleniem, również z terenów dzisiejszej Polski wschodniej. Ile takich posiadłości zostało osieroconych, ograbionych, zniszczonych? Te zniszczenia i ich skutki w niektórych przypadkach widoczne są jeszcze do dziś. Niewielka ich ilość została szczęśliwie odratowana i stanowi dziś w większości własność prywatną. Powstały w nich centra agroturystyczne, luksusowe hotele z salami konferencyjnymi czy też ośrodki odnowy biologicznej. Na obszarze Polski znajduje się obecnie około 2.800 pałaców, z czego 2.000 nadal pozostaje w ruinie. Wypędzeni lub zbiegli przed represjami właściciele majątków i ich potomkowie żyją dziś rozproszeni po całym świecie.
Jednak wbrew pozorom nie jest to książka (tylko) o ciosach od losu – jest to przede wszystkim niezwykła opowieść o raju!
Od przyszłego tygodnia w środy publikować tu będę w odcinkach długi esej historyczno-osobisty Romana Brodowskiego o Ukrainie. Esej powstał po wykładzie, jaki 17 maja 2024 roku na Uniwersytecie Trzech Pokoleń w Berlinie wygłosił Prof. Andrij Portnow z Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Tytuł wykładu brzmiał: “Polska i Ukraina: wspólna historia, asymetryczna pamięć”. Nasz autor nie zgadzał się z wykładowcą i zamierzał z nim podyskutować – w końcu jest człowiekiem, który od lat angażuje się w sprawy Kresów Wschodnich – niestety organizatorzy nie dopuścili go do głosu. Nie było mnie przy tym, nie wiem więc, jak to wyglądało, ale na pewno uważam, że w społeczeństwie demokratycznym każdy ma prawo głosu, bo tak właśnie powinna funkcjonować demokracja. Również nasi przeciwnicy, a co dopiero ci, którzy się z nami po prostu nie zgadzają.
Na skraju wielkiego lasu mieszkała pewna młoda osoba o imieniu Czerwony Kapturek. Któregoś dnia matka poprosiła ją , by zaniosła babci koszyk świeżych owoców i zdrowych przekąsek oraz butelkę wody mineralnej. Naturalnie babcia wcale nie była chora, przeciwnie cieszyła się pełnią zdrowia psychicznego i fizycznego. Niektórzy ludzie, ulegając freudowskim wyobrażeniom, myśleli, że las jest niebezpiecznym miejscem, Czerwony Kapturek. jednak była wystarczająco pewna siebie i swej prawidłowo rozwijającej się seksualności, by nie dać się zastraszyć. Gdy w lesie Czerwonego Kapturka zaczepił wilk, pytając, co ma w koszyku, dziewczyna odpowiedziała, że niesie zdrowe przekąski dla babci, która jako osoba dojrzała oczywiście w pełni potrafi zatroszczyć się o siebie. A kiedy wilk zauważył, że samotny spacer po lesie nie jest bezpieczny dla tak małej dziewczynki, Czerwony Kapturek odrzekła: “Czuję się do głębi urażona twoją seksistowską uwagą, lecz zignoruję ją, gdyż stereotyp wyrzutka społeczeństwa musiał zniekształcić twój sposób postrzegania świata.” I poszła dalej.
Znaleziony przez Elę irys Don Kichot wydaje się najnormalniejszy w świecie, jasnofioletowy, z zółtym runem na płatkach, gdzie mu tam do starry night czy chociażby królowej śniegu.
A jednak to jest właśnie TEN irys. Takie wysokie jasnofioletowe irysy rosły, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, w ogrodzie za domem. Ogród założyła i dbała o niego ciotka mojej mamy, moja ukochana cioteczna babka Karolina Lubliner-Mianowska, przez wszystkich, a więc i przeze mnie, nazywana Karusią. I to od TEGO właśnie irysa zaczęła się moja miłość do tych kwiatów.
Wysoki, chudy, blady, brodaty (tak botanicy nazywają to, co ja nazwałam runem na płatkach) – zaiste zasłużył sobie na swoje imię. Po tych cechach przecież każdy z nas nieomylnie odróżnia Don Kichota od wszystkich innych istot na świecie.
***
Po kilku miesiącach dotarł do mnie zamówiony w marcu katalog “donkichotów” z Ostrowa Mazowieckiego. To było jedno ze świetniejszych znalezisk Eli – małżeństwo państwa Wosiów i ich niezrównana kolekcja “donkichotowskich” grafik i ekslibrisów. Pisałam o nich TU i TU, i jeszcze TU.
Nie kopiuję tu katalogu, nie ma sensu, pokazuję kilka zdjęć. Właściwie przez przypadek na stole, na którym leżał katalog, leżała też książka Andrzeja Banacha o Hasiorze, otwarta na na stronach 82 i 83. Rycina po lewej stronie to “Wizerunek obrazu Pana Jezusa Konającego w Cerkwi Parochialnej Zarwanickiej na Podolu Cudami słynącego. od W. Atanazego Szeptyckiego, Metropolity Całej Rusi roku 1742 approbowanego”, a po prawej rzeźba Hasiora, Krzyż III.
Jakoś i ten Hasior, i ten Jezus, i ten jego krzyż pasują mi bardzo do Don Kichota, więc wstawiam tu te zdjęcia tak, jak je zrobiłam.
Wydawało by się, że najgorszym zagrożeniem są dla każdego człowieka w mieście, samochody, autobusy i tramwaje. Ale nieprawda – to inni ludzie. I nie chodzi mi tu o jakieś metaforyczne wojny wszystkich przeciw wszystkim, jak nie przymierzając u Hobbesa, albo tyrmandowską wizję Warszawy, gdzie za każdym rogiem czai się zły facet z cegłówką. W ogóle nie chodzi mi o atak. To czym zagrażają ludzie to fakt, że… są. Są sami dla siebie i nie obchodzi ich świat naokoło. Nie patrzą, nie uważają i nic ich nie rusza. Są tak, jak im jest wygodnie.
Od dwóch dni to główny temat w australijskich mediach.
Julian Assange – podaję link do anglojęzycznego wpisu Wikipedii – KLIK, gdyż wpis polski jest bardzo ubogi – KLIK. W anglojęzycznym wpisie pojawia się powiadomienie – artykuł jest aktualnie przedmiotem zmian…. Rzeczywiście, w chwili gdy zacząłem ten wpis internet podpowiadał: – godzinę temu (czyli około 2 rano w Polsce) Julian Assange pleaded guilty – przyznał się do winy. – 22 minuty temu – sąd zaakceptował przyznanie się do winy.
Byłam w Warszawie. To miasto, jak wiadomo, ludzi spoza Warszawy z reguły nie zachwyca. Tymczasem jednak zachwyciło. Samą mnie to zdziwiło, ale cóż, to jest fakt. Podobała mi się pogoda (nie za zimno i nie za gorąco, choć nie jest to oczywiście zasługa Warszawy), podobali mi się ludzie (nie mam na myśli przyjaciół, to oczywiste, że są mili; jak to twierdził Heinrich Böll: mili ludzie zawsze się przyjaźnią z miłymi ludźmi – mam nadzieję, że to prawo działa w obu kierunkach), ale podobali mi się ludzie na ulicy, w metrze, w autobusie (tylko raz w ciągu dziesięciu dni usłyszałam, jak przechodnie klną; rzecz w Berlinie nie do pomyślenia – spotykani w mieście Polacy rzucają mięsem bez opamiętania) i podobało mi się samo miasto, jego eklektyczne budynki, jego szarość, a często i bieda przemieszane z blichtrem hipsterskich wieżowców. To świetny melanż. Na każdym rogu można by kręcić film.
Z tym dorastaniem w latach 90. było tak, że człowiek już bardzo chciał liznąć tego zachodniego blichtru, który wydawał się na wyciągnięcie ręki, ale jednak do końca nie mógł. W czerwonych kioskach kupowało się podróby kaset Michaela Jacksona i miało się wrażenie, że już nic lepszego człowieka w życiu nie spotka. Słuchało się ich na cudem zdobytym Walkmanie, modląc się, by taśma przypadkiem się nie wciągnęła. Można było ją potem próbować ratować ołówkiem żmudnie nakręcając ją z powrotem na szpulę – ale pewności, że będzie grała jak przedtem nie miał nikt. To były emocje większe niż na finale Mistrzostw Świata.
Ktoś wspomniał ostatnio w rozmowie Jana Pawła II i to, że coś zdarzyło się właśnie wtedy, gdy w Polsce zaczął się chwiać jednolity dotychczas monument papieski. Zaczęło się okazywać, najpierw, że wiedział, a potem, że krył pedofilów. My, ludzie z lewicowej bańki, wymawiamy to zazwyczaj jednym tchem, “papieżkryłpedofilów” i nie przywiązujemy do tego większej wagi. Ta homerycka przydawka, coś w rodzaju Zeusa Gromowładnego albo Eos Różanopalcej, skłania nas do zastanowienia tylko wtedy, gdy rozpatrujemy sprawy takie jak w Klerze Smarzowskiego albo Nie mów nikomu Siekielskich. Ale ja akurat tym razem nie miałam w głowie żadnej takiej sprawy i sformułowanie “papież wiedział” uderzyło mnie swym całkiem odmiennym sensem. Można by go określić zaimkiem “kiedy?”, koniecznie ze znakiem zapytania.