O źródłach historycznych

Ewa Maria Slaska

Punktem wyjścia tego posta były preliminaria do prolegomeny oraz  prolegomena do wstępu do pewnego referatu, jaki wygłosiłam na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 2008. Referat dotyczył historii rodzin, jakie przybyły do Berlina w drugiej połowie XIX wieku. Udowadniałam w nim, że cokolwiek napiszę o tych rodzinach i tak będę pisała o sobie.

Bo…

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt badawczy, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego średniowiecznego Colas Breugnon, który, dzięki temu zleceniu, kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście, a z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć. Pisarz ma tu znacznie większą swobodę, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Historycy wiedzą zapewne znacznie lepiej niż ja, że okres pomiędzy datą napisania dzieła literackiego a  uznaniem go za źródło naukowe znacznie się skurczył w ostatnich latach. O ile bowiem nauka nigdy nie kwestionowała faktu, że „Iliada” i „Odyseja” są jedynymi źródłami pisanymi jakimi dysponujemy na temat wojny trojańskiej, a rejowska „Rozmowa między trzema osobami, panem, wójtem i plebanem” jest również dokumentem historycznym, o tyle historyk XIX-wieczny nie sięgnąłby po „Latarnika” czy „Pana Balcera w Brazylii”, żeby dokonać opisu współczesnego sobie życia Polaków na obczyźnie, co zrobi już historyk XX-wieczny. „Bo ile czasu trzeba, aż się temat świeży, jak figa ucukruje, jak tytoń uleży?” Sądzę, że jeszcze do niedawna dystans czasowy powinien był wynosić co najmniej 100 lat, a im był większy – tym lepiej i że dopiero w latach 70. ta głębia czasowa uległa znacznemu spłaszczeniu, co między innymi wiąże się zapewne z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie osobiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story” na podstawie literatury pięknej, pamiętników i oral history.

Literackie źródła historyczne nie są wysoko cenione przez metodologię i praktykę historyczną, uważa się, że literatura piękna nie jest wiarygodnym źródłem historycznym, gdyż autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, może to wprawdzie nie wiadomo jak przeinaczyć, ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Czyli w trójpodziale na fikcję, fakty rzeczywiste i tzw. klasę faktów historycznych, fikcją będzie „zwierzoczłekoupiór”, ale jego elementy składowe są faktami historycznymi, takimi samymi jak tarcza Achillesa i wachlarz Izabeli Łęckiej. Jerzy Topolski zakłada, że autor dzieła literackiego to szczególnego rodzaju kronikarz, modelujący rzeczywistość w sposób idealizacyjny, czyli zwracający uwagę na jej istotne cechy. Rzeczywistość przedstawiona dzieła literackiego może być zatem źródłem dla historyka, bowiem może informować go (w płaszczyźnie prawdy esencjalnej) o istotnych strukturach świata realnego.

Oczywiście najbardziej podoba mi się tu podejście Bronisława Geremka, który uważa literaturę za najlepsze zwierciadło zainteresowań, trosk i radości określonej epoki lub społecznej zbiorowości, a historia mentalności znajduje w literaturze swoją podstawową dokumentację dla badania zbiorowych postaw i zachowań, wrażliwości i sposobu myślenia.

Zachwyca mnie też teza Wojciecha Wrzoska, że historiografia, wywodząc się z literatury, obrała w czasach nowożytnych brzemienny w skutki kurs identyfikowania się z nauką, usuwając w cień to co w tej tożsamości było z tą tendencją niezgodne lub sprzeczne.

To wszystko po to, żeby powiedzieć, że cokolwiek napisałam lub zamierzam napisać, w gruncie rzeczy jest pisaniem o mnie samej, ale i tak nie należy tego deprecjonować, bo nawet wtedy mogę się ewentualnie stać źródłem historycznym.

Literatura to niewygodny świadek wszystkiego, czego dopuszcza się świat.
Tadeusz Konwicki

Noga słoniowa

Ewa Maria Slaska

Oto ona:

nogasloniowa
Trzeba przyznać, że nazwa potoczna jest o wiele trafniejsza niż oficjalna…

noga słoniowa oficjalnie

… która brzmi “Schwerbelastungskörper” – dosłownie “obiekt dużego obciążenia”, a jeszcze dosłowniej trzeba by było powiedzieć, że nie “obiekt”, a “ciało”. Ciekawe, że “ciało dużego obciążenia” ustawione w berlińskiej dzielnicy Tempelhof stoi na ulicy pruskiego generała Pape, którą wierny lud pruski przechrzcił natychmiast na ulicę Pappkartonu czyli Tektury.

A tak naprawdę to noga słoniowa na ulicy Tekturowej to zaczątek wielkiego, na szczęście nigdy nie zrealizowanego projektu, Germania.

Miała być stolicą świata (Welthaupstadt) – tak ją nazwał Hitler – a jej twórcą był Albert Speer, „pierwszy architekt Trzeciej Rzeszy”. Speer zaplanował całe nowe miasto, nałożone jak plaster na ranę, na stary Berlin, czy raczej na to, co miało z niego pozostać po niezbędnym wyburzaniu całych dzielnic. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było sprawdzić, czy podłoże miasta, czyli błoto i piach, wytrzyma szalony monumentalizm.

Stąd właśnie pomysł zbudowania owej “nogi słoniowej”.

Klemperer

Ten wpis był częścią wpisu wczorajszego, dlatego kilka zdań się w nim powtórzy. Z tekstu o języku wyjęłam część poświęconą Klempererowi, bo wydało mi się, że zasługuje na osobnego posta, zwłaszcza, że wpominała też o nim Dorota w uzupełnieniu do wpisu o “Gleis 17”.

Ewa Maria Slaska

Przed 50 laty, tuż po wojnie, wydano w NRD książkę niemieckiego romanisty z żydowskiej rodziny – Victora Klemperera. To autor, który w 40 lat po śmierci (zmarł w roku 1960) nagle stał się sławny, a jego sława sięgnęła i Polski, bo Gorzów Wielkopolski przypomniał sobie – czy na fali popularności w Niemczech? – że Klemperer, jak Christa Wolf,  urodził się w roku 1881 w Landsbergu an der Warthe. Christa Wolf w swej powieści „Wzorce dzieciństwa“ używa tylko pierwszych liter, pisze o L. i o G. Wspominam L., ale jadę do G.

Litery.

Pierwsza książka, którą Klemperer przed laty wszedł na trwałe do współczesnej kultury niemieckiej została wydana w NRD i nazywała się „LTI“, co oznaczało Lingua Tertii Imperii – Język Trzeciej Rzeszy. Była to niezwykła książka. Napisana przez człowieka, któremu fachowe wykształcenie lingwisty pozwalało oceniać obiektywnie procesy zachodzące w języku używanym w Niemczech w latach 1933-1945, ale jednocześnie książka bardzo osobista, na którą składają się własne doświadczenia, przeżycia i przemyślenia autora.

Klemperer jest jednym z niewielu niemieckich Żydów, którzy – mimo iż się nie ukrywali – uniknęli wywiezienia do obozu i śmierci, co jednak nie znaczy, że uniknął prześladowań i zagrożeń. Status Żyda na specjalnych prawach zawdzięczał Klemperer swojej aryjskiej żonie. Nota bene, wszyscy współmałżonkowie żydowskich kobiet i mężczyzn mieli prawo chronić swych bliskich, swoich mężów, żony i dzieci. Niestety wielu z nich nie wytrzymało nacisku. Nie trzeba było nawet rozwodu czy zrzeczenia się praw ojcowskich. Wystarczyło zgłosić władzom, że człowiek nie poczuwa się do odpowiedzialności za męża, żonę czy dzieci. Zdarzało się to często, choć nie nagminnie. Trwanie przy żydowskiej rodzinie wiązało się z szykanami ze strony władz i otoczenia, oznaczało też życie w nędzy – żydowscy członkowie rodzin otrzymywali zmniejszone racje wyżywienia lub nie otrzymywali ich wcale. Tym niemniej niemal do końca wojny można było chronić swego współmałżonka i dopiero w roku 1944 zaczęto takie osoby aresztować i wywozić lub skazywać na śmierć. Klempererowie przeżyli również i ten czas, bo korzystając z chaosu, w jakim znajdowały się już wówczas Niemcy, sfałszowali nazwisko w dokumentach – z niearyjskiego Klemperera przez dodanie kropki i kreseczki uzyskali „czysto niemieckiego“ Kleinpetera – i uciekli z Saksonii do Bawarii. Większość przepisów antyżydowskich wprowadzanych systematycznie od roku 1933 rozciągała się automatycznie na całą taką „mieszaną“ rodzinę, również na jej aryjskich członków. Pozbawienie majątku, zakaz pracy naukowej, zakaz kupowania, posiadania i czytania książek, zakaz korzystania z instytucji publicznych, takich jak kino, biblioteka, plac zabaw dla dzieci, a nawet park, w którym nie wolno było spacerować czy siadać na ławkach. Oczywiście twórców obejmował też zakaz publikacji, a niekiedy – jak w przypadku Klemperera – również pisania. Było to kontrolowane często i surowo. Zapisywanie notatek, które potem złożyły się na „LTI“ było zagrożone więzieniem. Wszystkich też obowiązywał przymus pracy, ciężkiej fizycznej pracy. Klemperer, starszy pan, naukowiec, przed wojną ceniony profesor uniwersytecki, pracował jako tragarz i robotnik fizyczny. Często pojawia się w jego książce uwaga – sprawdzić po wojnie, wymagana kwerenda biblioteczna itp.

„LTI“ to fascynująca książka. Najdrobniejsze fragmenty słowa pisanego i mówionego, z którymi mógł mieć jeszcze kontakt wyzuty z praw człowiek, pisma urzędowe, zdania wypowiadane przez robotników w fabryce, strzępy gazet, w które zapakowano śledzie, dobiegające przez otwarte okno urywki przemówień radiowych, wszystko staje się materiałem, który analityczny umysł językoznawcy zamienia w cenny surowiec pracy naukowej. „LTI“ to nie tylko, jakby się można było spodziewać, zapis aktualnego stanu języka, to zarazem analiza uwarunkowań, tradycji, również literackich, zachodzących przemian, a jednocześnie opis stanu ducha społeczeństwa, poddania terrorowi, bezmyślności i słabości, reaktywnych zachowań, mimikry, a przecież i systemów obronnych.

I jakże często pojawia się błaha z pozoru obserwacja: oto osoba ze wszech miar godna zaufania, uczciwa i niby świadoma zachodzących zdarzeń zaczyna automatycznie używać słów, sformułowań i argumentów władzy. Nie musi, ba, nawet nie chce, a przecież ten nowy język jest silniejszy od niej. Jest jak rak lub zaraza. Rządzi, rości sobie – jak filozofia – prawo do objęcia swym zasięgiem wszelkich zjawisk rzeczywistości, a wreszcie tę rzeczywistość pożera. Można by rzec, że ten kto podlega stałemu naciskowi rzeczywistości, nie może się od niej uwolnić i że nieuchronnie skazani jesteśmy na to, by atakował nas rak języka totalitarnej władzy. A przecież Klemperer wie i podkreśla, że może być inaczej. Może czyli naprawdę musi. Po prostu trzeba uważać.

Język

Ewa Maria Slaska

Tekst ten napisałam 10 lat temu, w lutym 2002 roku. Nie mam pojęcia po co, pewnie po nic. Ale jak go wczoraj przeczytałam, szukając kolejnego pomysłu na wpis do blogu, to pomyślałam, że mam jednak bardzo stałe poglądy. Niezmiennie uważam, że psujemy język (nie rozwijamy! psujemy), nic nie wiemy i bezkarnie się do tego możemy przyznać.

Zdziwiłam się natomiast, że sformułowałam tu prognozy polityczne i gospodarcze, które okazały się trafne. Jakim cudem udało mi się napisać takie zdania: „Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje.”

Ewa Maria Slaska

O bezsensie wszelkich dobrych poczynań ludzkich

Zaczęło się niewinnie. Ba. Zaczęło się dobrze i w dobrych intencjach. A niestety nie ma nic gorszego, niż „chcieć dobrze“.
Była kiedyś taka teza, że wszystko, co zrobi „komuna“, nawet jeżeli ma na celu naprawdę tylko i wyłącznie dobro obywatela, obróci się prędzej czy później przeciw temuż obywatelowi. Teza ta, wspierana poczuciem, że gdzie indziej, czyli na Zachodzie, jest jednak inaczej, niosła nam pociechę w ciężkich chwilach. Teraz, gdy od wielu lat żyję w Niemczech, wiem, że gdzie indziej jest wprawdzie inaczej, ale wcale nie znaczy to, że różne wady i bezsensy ludzkiej egzystencji są symptomatycznie przywiązane tylko do „komuny“. Bezsens podejmowania jakichkolwiek działań w dobrej intencji jest nieodłączną cechą ludzką. Starożytność znała pewne znamienne przekleństwo, które było zarazem ostrzeżeniem: nie ma nic gorszego niż spełnienie się marzeń. A Tao głosi: biada, jeśli chciałeś uczynić dobro, bo zawsze okaże się, że sprawiłeś zło.

Od dłuższego czasu zastanawia mnie, co dzieje się z językiem rządzącym naszym Teraz. Do Gdańska przyjeżdża cyrk i rozbija namioty na ulicy Jana Pawła II. W drobnych ogłoszeniach warszawskich anons, że na ulicy Poezji odbędzie się aukcja rur i złączek. Na odległej greckiej wyspie Santorini, w klasztorze dominikanek, polski plakat „missio”: Papieskie Dzieła Misyjne, Skwer Kardynała Wyszyńskiego 9, Warszawa. Tyle świętości na raz, papież, kardynał i chlubne dzieło misyjnych zadań Kościoła katolickiego wydały wspólnie takiego oto potworka językowego: Duch Święty czyni misyjnym cały kościół. Układam to zdanie z lewa na prawo, przestawiam mu szyk, tłumaczę z powrotem na angielski, niemiecki i włoski. Nic nie wychodzi, zawsze coś nie pasuje. Skąd ten szyk, ta obca polszczyźnie strona bierna, to nieadekwatne użycie przymiotnika i jeszcze kościół z małej litery? Więc co ten Duch zrobił – umisyjnił na siłę jakiś budynek? Papieskie Dzieła Misyjne. Nie mogę się oderwać od ducha tej nazwy – ma w niej być wzniosłe powołanie, a objawił się tępy gryzipiórek, kościelny tekściarz reklamowy, jak neo-menadżer wykrzykujący odlotową nowomowę w komórkę komórki. Jak chcesz wypić twoją herbatę…? Moje pieniądze na mój samochód… Ten szampon wybieram dla moich włosów… Ja myślę o mojej przyszłości… Cudowny smak jogurtu czyni misyjnym cały kościół…
Zbawmy się, abyśmy nie zostali zbawieni.

W języku reklamy od lat wyraz oszczędzać oznacza, że masz wejść do sklepu i kupić. W audycji kulturalnej krytyk literacki mówi o książkach wypełniających luki na rynku i ocenia strategie pisarskie autora. Ludzie karmiący ptaki w rezerwacie wypełniają zadania i realizują projekt karmienia ptaków. Nowootwarty kościół Świętego Krzyża w Monachium zostaje przez władze kościelne określony jako „ferrari wśród kościołów“.

Język dopasowuje się do swego czasu, ulega globalizacji, którą trzeba pewnie określić jako prymitywną i unifikującą komercjalizację. Oczywiście, nowe sytuacje wymagają nowych instrumentów, dzięki którym wchodzą jednak w użycie nie tylko nowe myśli, ale i nowe słowa, nowa budowa zdań. Tym niemniej kultura nie jest sytuacją nową, a pisarz gdy pisze, niezależnie od tego czy używa piór łabędzich czy komputera, wciąż tak samo przekazuje myśli, doznania i uczucia. Stąd zapewne mówiąc o rynku książki należy używać określeń nowej ery, ale jednak pisząc o pisarzu, zmagającym się z tematem, pozostawać przy terminach dotyczących nauki o literaturze, psychologii czy stylistyki. Czyli ogólnie kultury. I wartości.

Słucham radia, czytam gazety i widzę, jak ludzie odpowiedzialni za myśli społeczeństwa o kulturze przestają zważać na to, co się dzieje z ich językiem, a zatem i z ich myślami. Wciąż jeszcze są to zapewne osoby o tzw. dobrych intencjach, a przecież zostały zarażone i wcale o tym nie wiedzą. Komercja ich kupiła i to za darmo. Bez przymusu i terroru,  tak łatwo zmienia się świat, a wraz z nim nasz język. A może jest nawet odwrotnie – przez fakt, że nie uważamy i nie pilnujemy, że pozwalamy na językowe potwory, dopuszczamy też zmiany świata. Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje. Tak naprawdę poddaje się wtedy, gdy po raz pierwszy swobodnie i bez przymusu sięga po stylistykę, terminologię i argumentację systemu.

To już daleko idące rozważania. To o czym opowiem teraz jest znacznie prostsze. Proste, a nawet być może śmieszne. Chcę bowiem zająć się jednym tylko aspektem zmian językowych, które dokonują się na naszych oczach, i do których my sami, tłumacze pracujący na styku kultur przyłożyliśmy ręki. W jak najlepszej intencji zresztą. Przypominam: nie daj Bóg chcieć zrobić coś dobrego, na pewno wyniknie z tego samo paskudztwo.

Zaczęło się niewinnie, a dobrze. Od tęsknoty kulturalnego czytelnika za słowem oryginału. Powoli, zaczynając bodaj od języka rosyjskiego i francuskiego, wydawnictwa „pe-er-elowskie“ zaczęły wydawać książki dwujęzyczne. Do dziś pamiętam zachwyt, gdy wzięłam do ręki Villona po polsku i po francusku. Potem był na pewno „Hamlet“ i zaraz potem „enerdowskie“ wydanie „Fausta“. Już na Zachodzie, ale jeszcze za czasów „komuny“ dostałam w prezencie dwujęzyczne wydanie wierszy Osipa Mandelsztama. Do przyjemności czytania w dwóch językach dołączyło zbożne zdziwienie i rodzaj ponadkomunistycznej, ogólnopatriotycznej dumy, że Polska może sobie pozwolić na dwujęzyczne wydanie Mandelsztama, że w ogóle może sobie pozwolić na wydanie Mandelsztama w czasie, gdy w Rosji mowy o tym być nie może.

Wydanie dwujęzyczne dawało nie tylko przyjemność obcowania z językiem oryginału i wgląd w metody pracy tłumacza, nie tylko było spotkaniem czytelnika z dwoma (lub więcej) osobowościami twórczo zmagającymi się z językiem, było czymś znacznie więcej – powiewem wolności, swobody intelektualnej i swoistym luksusem.

Po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który teoretycznie jest rajem dla tłumaczy. Każdy, kto kupuje i sprzedaje, ze świata w Polsce i z Polski na świat, potrzebuje innego języka, a więc tłumacza. Ludzie jeżdżą po świecie, służbowo i prywatnie, uczą się, załatwiają stypendia. Wraz z otwieraniem się polityki i gospodarki na świat w ogóle wzrosło zapotrzebowanie na wszelkie publikacje przybliżające obce języki i inne kultury. Na tym podłożu nastąpił gwałtowny wzrost ilości wydań dwujęzycznych. I to też wiązało się z ogólną sytuacją rynkową – swobodą publikowania książek w dowolnym języku, w dowolnym nakładzie. Pragmatycznie wzrastał też popyt na dwujęzyczne książki literackie, traktowane w biznesie jako znakomity prezent dla cudzoziemskiego partnera, a w kraju jako interesujący sposób pogłębiania znajomości obcego języka.

Ale po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który jest piekłem dla tłumaczy z powołania i pasji. Wolny rynek, opierając się na kilku prostych zasadach, efektywności, ekonomiczności, szybkości, tworząc raj dla tłumaczy, zrezygnował z tłumaczy na rzecz ludzi jako tako znających oba języki (albo co gorsza oddał je w ręce maszyn i robotów – przyp. styczeń 2013). W przyspieszonym tempie produkują oni najprostsze i najdziwaczniejsze przekłady, bez dbałości o jakiekolwiek zasady kultury językowej. Każdy krok na ulicy jest dla tłumacza z krwi i kości prawdziwą udręką. Każda tablica reklamowa rani oko, każdy slogan radiowy – ucho.

Producenci potworków językowych, położywszy łapska na rynku reklamy w sposób automatyczny opanowali kolejne dziedziny słowa tłumaczonego – książki i prasę dla tłumu, wszelkie harlekiny, brawa, dziewczęta, girls, style, dla ciebie, dla mnie, dla niego, życie kobiety, prawdziwe historie, skandale… Poradniki jak jeść, jak spać, jak trwać, teorie gotowania, prasowania, nurkowania, rozważania o diecie, Tybecie i kobiecie… A potem wzięli się za literaturę.

Po części wydawanie literackich bełkotów dwujęzycznych jest podyktowane przepisami różnorakich fundacji zachodnich, w tym głównie niemieckich, przyznających pieniądze na rozmaite projekty, w tym wydanie dwujęzycznych książek literackich. Moje doświadczenia, którymi w tym miejscu chcę się podzielić, dotyczą tej właśnie działalności na rynku kontaktów polsko-niemieckich. Od sześciu lat wydaję dwujęzyczny almanach literacki „WIR“. W ciągu tych sześciu lat spotkałam dziesiątki tłumaczy i tych, którzy myślą, że są tłumaczami i przeczytałam setki, a może tysiące różnorakich tłumaczeń. I…

Ale może zacznijmy od kilku przykładów. We wszystkich pominę autorów tłumaczeń, bo nie chodzi mi o piętnowanie osób, lecz o skalę zjawiska. Przykłady pozwolę sobie podzielić na grupy.

Nieznajomość języka własnego

Łoś chodzący po lesie zmienia się po niemiecku w łososia (Lachs zamiast Elch) i tłumacz nie zastanawia się nad tym, że łososie nie chodzą po lesie, silne i wyprostowane
„Rotdorn vor der Kirche“, krzak czerwonego głogu przed kościołem staje się „czerwonym rożkiem na kościele“, a właściciel galerii – „galernikiem“ (w roku 2018 – to oczywiście przypis – takie słowa są już na porządku dziennym; i tak narciarz uprawiający jazdę kombinowaną to… kombinator!)

Nieznajomość języka nabytego

„Putti auf der Gartenmauer“ to w tłumaczeniu „indyki chodzące po murze ogrodowym“, choć putti to putta, małe aniołki, wyraz znany i po polsku
„Lache“ przetłumaczone jako śmiech, choć „Lache“ to kałuża, a „lachen“ – śmiać się
„Tonne“ przetłumaczone jako tona, a powinno być beczka
Gdy poeta pisze „Pozorna wolność toczy się wyzwaniem“ tłumacz pozwala sobie na zamianę wyzwania („Herausforderung“) na zapowiedź! – „Durchsage“
I wreszcie mój ukochany przykład „Jade“- jadeit,  przetłumaczony jako jad

Nieznajomość kontekstu kulturalnego

„Ich bin so subjektiv. Familie Schall, Familie Rauch gehen mir nicht aus dem Sinn“ pisze poeta, odwołując się do słynnego cytatu z „Fausta“: Was ist der Name, nur Schall und Rauch. Czyli imię jest bez znaczenia. A co robi tłumacz? Pisze: „Państwo Schall i państwo Rauch“, a w przypisie dodaje, że słowa te znaczą dźwięk i dym.

Dosłowność tłumaczeń, zwłaszcza niemieckich wyrazów złożonych z kilku elementów

„Ferngespräch“ czyli rozmowa przez telefon to w tłumaczeniu „mowa daleka“
„Jungfernhaut“ – błona dziewicza to „daleka skóra mojej młodości“
Szczyt zaś to śniadanie – „Frühstück“, przetłumaczone jako „wczesna sztuczka“

Nadużywanie obcych polszczyźnie form gramatycznych, w tym przede wszystkim charakterystycznej dla języków germańskich strony biernej

„Ja byłem postrzegany“, choć ewidentnie po polsku sformułowanie to powinno brzmieć – postrzegano mnie, a jeszcze poprawniej: moje otoczenie postrzegało mnie
„Biuro nie było wynajmowane“

Przesuwanie znaczeń wyrazów

Niemiecki wyraz „Farbe“, który oznacza i kolor, i farbę, jest już nagminnie używany w tłumaczeniach na polski na określenie koloru. „Jaką farbę lubisz?“ pyta tłumacz i choć chodzi o kolor, naprawdę mam ochotę odpowiedzieć „olejną“

Przejmowanie błędnych znaczeń

Tak jak Polacy z uporem maniaka twierdzą, że hetera to złośliwy babsztyl, choć jest to jako żywo ladacznica, tak i Niemcy stosują w języku potocznym różne słowa w błędnym znaczeniu – klasyczny przykład to „Säulenheiliger“ czyli święty słupnik, na przykład Szymon, wyraz używany obecnie w znaczeniu „symbolicznej wielkości”, a zatem świętego za zasługi wyniesionego na piedestał

Dosłowne tłumaczenie idiomów

„Auf Eis legen“ czyli zrezygnować zostaje przetłumaczone jako „położyć coś na lodzie“
„W kuchni panuje bezustannie gęste powietrze“ pisze tłumacz, czyli, jakby kto nie wiedział, „napięta atmosfera“

Nadużywanie zaimków osobowych, niezbędnych w zdaniach niemieckich

„Wyspecjalizowali się oni w“… choć w zupełności wystarczyłoby: wyspecjalizowali się
„pokazują mi oni gołe, białe ściany“
„ja schodzę z góry, na której ty siedzisz“

Terror zaimków własnościowych
„Chory król. Jego głowa nosi koronę…“
„Rodzice ciągną za sobą swoje potomstwo i śnią o tym, że do ich latorośli zbliża się kariera…“
czyli jak w dawnych żartach o Polonii amerykańskiej – „moje ręce w mojej kieszeni“ i „czy mogę teraz dostać moją herbatkę“

Nieprawidłowe ustawianie przymiotnika w stosunku do rzeczownika
„Niemiecko-polska antologia“ zamiast ewidentnie wymaganej antologii polsko-niemieckiej
„Polsko-sakońska antologia poetycka“ – tu jeszcze dodatkowo przymiotnik został użyty w złej formie, bo powinno być „antologia polsko-saska“

I wreszcie ogólne niechlujstwo językowe
„Ten fascynujący opis przyciąga wystarczająco chętnych obejrzenia, że owi galernicy mogą przynajmniej opłacić czynsz. Ponadto nie będzie już o tym nic więcej, przynajmniej dają mi przy sposobności swoje graty z drugiej ręki, co też daje do myślenia. Najpierw muszę przyszykować ten opis otoczenia mojej dzisiejszej pracy, aby uwyraźnić, jak złożone mogą być kaprysy lokatorów.“

W tłumaczeniach wierszy dołączy jeszcze kolejny grzech – tłumaczenie wierszy rymowanych bez rymu – o rytmie w ogóle nie warto wspominać, bo tego już niemal nikt nie przestrzega.

Przykładów mogłabym mnożyć. Nie czynię tego, bo nie warto.

Tłumaczenie, mam tu na myśli tłumaczenie tekstów polskich na niemiecki i niemieckich na polski, bo tylko na tym się jako tako znam, stało się zatem w ostatnim czasie i tak dość marnym produktem, ale nie sposób sobie wyobrazić ile dodatkowych krzywd wyrządził sztuce tłumaczenia panoszący się zwyczaj publikowania tekstów dwujęzycznych! I to zawsze i wszędzie. Wydaje się wszystko, nie tylko te teksty, co do których spragniony czytelnik po prostu marzy o tym, by zaczerpnąć z przejrzystych wód, ze źródeł oryginału, nie, tłumaczenia dwujęzyczne to w ostatnim czasie przede wszystkim dwujęzyczna marnota i bełkot, wiersze, które już w języku oryginału nic nie wnoszą do kultury kraju i odbiorcy, a które wydaje się tylko dzięki systemowi dotacji, pozostającego w gestii urzędników a nie poetów. Prawdziwych…

Zgrozą dwujęzycznych wydań poezji jest wszechobecny, a wynikający z konieczności estetycznego ułożenia stron w książce, terror równej ilości linijek, ba, wręcz równej ich długości, co jest zresztą prawie niemożliwe, jako że niemiecki jest z reguły o dobrą jedną trzecią dłuższy niż tekst polski. Prowadzi to oczywiście do dalszych konsekwencji – do tłumaczenia linijka w linijkę, słowo w słowo, znaczenie w znaczenie. Przekład wiersza zostaje sprowadzony do interlinearnego tłumaczenia słów, do tzw. „rybki“, surowca, z którego dopiero powinien powstać nowy wiersz, i to surowca, wcale nie cenionego w prawdziwej ars translatoria.

„Rybka“ jest być może dobra na poziomie tłumaczeń w samouczkach, ale nigdy w poezji i literaturze, i gdy popatrzymy na beznadziejne teksty reklam, na nieudolne tłumaczenia książek, na niechlujstwo prasy brukowej, przejętej z niemieckiej ręki, to musimy obiektywnie stwierdzić, że już i na tym poziomie tłumaczenie słowo w słowo powinno być prawnie zakazane. Ale nie możemy zgłaszać pretensji do nieudolnych gryzipiórków i cwanych pisarczyków z różnych agencji reklamowych, skoro zaraza rozlazła się z samych szczytów – z poezji.

Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, udowadniający chyba wszystko, co chciałam tu powiedzieć – piękny wiersz Krzysztofa Paczuskiego, „Nad ranem. Kołysanka“:

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

I jego przesłanie niemieckie:

„Gegen morgen. Schlaflied“

Fürchte dich nicht, Liebe, der Tod kommt gewiß,
um mit seinem fürsorglichen Arm alle linken Gedanken
das Lachen, das Weinen, die Müdigkeit
die unheilvollen Morgen und die eiserne Finsternis zu umschließen.

Fürchte dich nicht. Langsam vergehen die Tage, sagst du
und die Zeit hat sich betrunken mit Zeitlosigkeit. Sie döst.
Von den Bäumen hat der nasse Kamm des Winds
schon ausgekämmt die Blätter. Der Tod kommt gewiß.

Schlaf, Liebe. Im Schlaf fallen die Regime
Und die Freiheit erstrahlt als Tau auf den Wiesen.
Aus der Verbannung kehren vergessene Reime zurück,
um den Verrat mit der Lüge in die Ecke zu stelln.

Schlaf also ein. Der Tod kommt. Im Winter.
Sieh: weiß kommt er aus dem Korridor.

C.b.d.u. Co było do udowodnienia. Bo tak oto udało mi się wykazać prawdziwość tezy wyjściowej – wszystko co pomyślimy jako dobre okaże się w realizacji nie-dobre. A im „chcieliśmy lepiej, tym okaże się gorzej“.

Ferngespräch czyli – skoro już tłumaczymy super-hiper-naddokładnie – daleka rozmowa. I tak właśnie jest. Im bliżej i dokładniej tłumaczymy słowa, wersy, linijki tym dalsza jest rozmowa, jaką toczyć będzie czytelnik tłumaczenia z autorem.

Dziękuję.

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Jak powstają legendy?

Dedykuję ten wpis dzisiejszemu Solenizantowi, który miał to szczęście, że urodził się w dzień Trzech Króli, a mieszkał w pokoju na poddaszu, z którego był widok na Trzy Korony. Według kalendarza celtyckiego jego znakiem zodiakalnym był Biały Jeleń, nie mydło, tylko Królewskie Zwierzę. Takie znaki zobowiązują, życzę mu więc, żeby też kiedyś udało mu się stworzyć legendę. Jego powinna być królewska, tak jak moja stała się feministyczna.

Ewa Maria Slaska

Od wielu lat koleżanka moja, SW, znana polska feministka, podaje mój adres mailowy różnym kobietom, zapewne młodym, które piszą do mnie maile. Z reguły już w linijce tytułowej od razu znajdzie się zdanie wyjaśniające, o co im chodzi. „Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę”. Gdy widzę tę linijkę, wiem już dokładnie, co będzie dalej. Ostatni taki mail dotarł do mnie przedwczoraj i tu go zacytuję:

„Dzień dobry,

nazywam się … i piszę do Pani, ponieważ pracuję nad filmem dokumentalnym / artykułem / pracą magisterską / pracą licencjacką o roli kobiet w „Solidarności”. Od dłuższego czasu poszukuję informacji o napisie, który podczas strajków został namalowany na murze Stoczni Gdańskiej: ‘Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę’. Od  pani SW, z którą kontaktowałam się w tej sprawie, dostałam informację, że zdjęcie przedstawiające ten napis pod koniec lat 80-tych zamieściła Pani w piśmie berlińskich emigrantów z Polski.
Czy może mi Pani pomóc w dotarciu do tej fotografii?

Z pozdrowieniami“

A ja, czasem ze smutkiem, czasem ze złością odpowiadam:

„Droga Pani…,

przepraszam / przykro mi, ale od ponad 20 lat próbuję wytłumaczyć pani SW, że NIE MAM zdjęcia przedstawiającego ten napis, a tylko WIDZIAŁAM taki napis i to nie na murze stoczni, tylko namalowany szminką na lustrze w windzie w bloku, w którym mieszkała moja teściowa.

Pozdrawiam

Ewa Maria Slaska“

Z reguły korespondencja na tym się kończy. Tym razem przyszła jednak jeszcze odpowiedź, mam wrażenie, że nieco nieufna i podirytowana. Jakbym miała to zdjęcie, tylko nie chciała go dać. A w ogóle kłamała. Albo wtedy albo teraz.

„Dziękuję za odpowiedź,
muszę przyznać, że zaskoczyła mnie Pani; w wielu artykułach na temat Sierpnia 80 cytowany jest ten napis, transparent z nim stał się już legendarny… niektóre z moich rozmówczyń podzieliły sie ze mną różnymi teoriami w jaki sposób ten transparent się znalazł na Stoczni (n.p.robotnicy zostali sprowokowani przez kobiety z Ligii Kobiet Polskich…) Przejrzałam setki zdjęć z tamtego okresu i na żadnym nie ma takiego napisu…
Ten ‘legendarny napis’ był jedną z przyczyn, które sprowokowały mnie, żeby zabrać się za realizację filmu…
🙂
dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam.”

Rozmyślam o tym, co widziałam trzydzieści kilka lat temu. Pisałam o tym? Skoro kolejna młoda panna, która próbuje dotrzeć do tego napisu, twierdzi, że napisałam, to może i napisałam.

A jak napisałam, to czy to, co napisałam, stało się źródłem legendy? Jak mam to sprawdzić?

Czytelnicy tego bloga już się na pewno zorientowali, że nie mam pojęcia, co się z moimi tekstami dzieje. Piszę, daję do druku. Już. Czasem dostaję egzemplarz autorski, częściej – nie. Czasem ktoś mi płaci jakieś honorarium. Niekiedy ktoś mi mówi, że czytał mój artykuł w piśmie kościelnym z Okocimia albo lewicowym z Wanne-Eickel. Czasem jest to nawet jeden i ten sam tekst. Ciekawe, czy taka jestem „poręczna”, czy odwrotnie, każdy przeciwnik znajdzie w moim pisaniu coś, o co będzie mógł kły naostrzyć i zaczepić pazury?

Informację o napisie opublikowałam „w piśmie berlińskich emigrantów z Polski” – tak napisała owa panna. Wydaje mi się, że raczej tego nie czytała, bo wtedy napisała by, że w „Poglądzie” albo „Archipelagu”. Ale czy ja w tych pismach w ogóle coś wspominałam? Wydaje mi się, że zajmowałam się raczej zakazaną kulturą lub bieżącym komentarzem politycznym. Pamiętam je? Mam je jeszcze? Część mam, na pewno, ale równie na pewno wiem, że nie wszystkie.

Ale może napisałam o tym w biuletynie stoczniowym jeszcze w czasie strajków? A może potem? Pisałam dla „biuletynu z lewkami” do wyjazdu z Polski czyli do stycznia 1985 roku. Kilka lat temu, gdy musiałam udowodnić, że byłam działaczką podziemia, poszłam do archiwum Solidarności i skopiowałam sobie te wszystkie artykuły, podpisywane „Z boku” albo „ZB”. Ale czy je przeczytałam? Mam je jeszcze?

Był taki artykuł, wiem na pewno, który napisałam jeszcze przed wyjazdem z Polski, a który ukazał się, jak już byłam w Berlinie. Pisałam w nim, to nawet, o dziwo, dobrze pamiętam, że dobrze by było, gdybyśmy walcząc zawzięcie o „swoje” czyli wolność, niepodległość i suwerenność, pamiętali, że na świecie istnieją inne projekty i realizacje świata i społeczeństwa. Na przykład bezrobocie jest rzeczywistym problemem, a nie czymś, co sobie wydumali lewacy spod znaku Che Guevary. A też i sam Che Guevara to niekoniecznie pies łańcuchowy Moskwy. Że aborcja nie musi być traktowana jak ludobójstwo, bo można na nią spojrzeć jak na prawo kobiety, że feministki to nie idiotki, które palą staniki, tylko naprawdę im o coś chodzi i że to coś jest ważne. I tak dalej…

Jest jeszcze trzecia możliwość, że napisałam o tym w jednym czy drugim artykule, jakie opublikowałam w biuletynach i pismach feministycznych, ukazujących się w Polsce. Te oczywiście powinna posiadać owa SW, upowszechniająca tezę, że widziałam ten napis i mam zdjęcie. Ale jakby tak było, to te panny wszystkie machałyby mi przed nosem cytatem i adresem bibliograficznym.

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się jednak, że napisałam kiedyś taki artykuł, który ukazał się w „Archipelagu” (ale czy aby na pewno?), w którym twierdziłam, że nie mogę się poczuć integralną częścią wielkiego zrywu, który przyniósł „Solidarność”, a w konsekwencji powstanie wolnej i demokratycznej Polski, upadek Muru, Jesień Narodów i likwidację światowego komunizmu, polityki bloków oraz zimnej wojny. A nie mogę dlatego, że w ogólnym pojęciu „Solidarność” zrobili trzydziestoletni mężczyźni z brodami, podczas ja byłam kobietą i miałam wrażenie, że „Solidarność” zrobili post-hippisi.

Może jak będę miała czas, pójdę do biblioteki i poczytam „Archipelagi”.

Tak czy owak pozostaje pytanie, jak powstała ta legenda? Czy to z moich opowieści (bo na pewno kilkakrotnie opowiadałam o tym napisie na lustrze) wyrósł w przeszłość konflikt kobiety-mężczyźni i przybrał postać wielkiego transparentu? Czy może jednak był naprawdę taki napis na Murze Stoczni, albo transparent, i to nie to, co napisałam, stało się źródłem legendy, tylko to, co napisał jakiś zezłoszczony facet, którego żona przychodziła pod Bramę Stoczni, przynosiła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła.

A może było takich napisów na lustrach więcej i pisała je ubecja, żeby zaognić konflikt i skłócić tych, co dotychczas nie wpadli jeszcze na pomysł, że sobie nawzajem przeszkadzają, a i cele mają różne?

Czy ktoś wie, jak było, skoro ja tam byłam i widziałam, a nie wiem?

Pan dał siłę swojemu ludowi
Pan dał swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju
Psalm mądrości – napis na murze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, wybrany przez Czesława Miłosza

Chicken Kiev

Es ist ein Post von meinem Freund, Autor, Fotograf und engagierten Mensch aus Berlin, Karsten Hein.
Er hat auch den Blog “Bilder für die Blinde” konzipiert und verwaltet ihn.

Den Post “Chicken Kiev” schrieb Karsten für meinen Blog “QRA”.
Daher geht es in ihm auch ums Essen und einen Kochrezept gibt.
Der zugesandte Text landete jedoch im Spam-Ordner (och, dieser gmx!) und da ich dorthin lange nicht geschaut hatte – ging verloren. Erst jetzt, bei dem Austausch der Neujahrswünschen, kamen wir beide darauf, dass es Mal einen Text gab…

… den ich jetzt präsentiere.

Karsten Hein

Chicken Kiev

Lately I’ve been to Donetsk again. Donetsk is a not-so-pretty city in eastern Ukraine, you might heard of since it was one of the stages of the UEFA Euro 2012 (Trademark). In the world of football, at least in that of Ukrainian football, Donetsk is notorious for being the one Ukrainian city-where-the-Ukrainian-side-always-looses. Its also notorious for suffering from a combined Aids-Tuberculosis-Drug-Addiction epidemic. Thats why I’ve been there, I attended a conference on Aids, tuberculosis and drug addiction. All three of them are problems of the impoverished 99% of Ukrainian society (and in Ukraine you may take the “99%” literally) and consequences of the underlying problem of mass poverty. Conferences on theses subjects always take place in quite expensive hotels (“international standard”), such as the hotel Praga (Prague) in Donetsk:

Foto Karsten Hein

Alas I’m quite frequently attending such conferences. Big problem – many conferences. Many Aids conferences – many expensive hotels, many hotel restaurants, many conference lunches, many opportunities to enjoy “chicken kiev”. Every conference lunch in every damned hotel in Ukraine serves chicken kiev. But why? Chicken kiev means chicken breast filled with butter, fried in oil. Close to tasteless. Do they regard it as the acme of Ukrainian cuisine? But Ukrainian cuisine is manyfold and can be really excellent. Or do they? As far as I can tell, its not their national dish. Or is it? I’ll have to ask them next. Maybe they think that foreigners think it is and thus feel obliged…  Anyway, the recipe:

4 chicken breasts
250 g butter
lemon juice
garlic
salt & pepper

flour, an egg & breadcrumbs for the coating

oil for frying

Mix the butter and the seasoning. Cut a pocket in the chicken breast, stuff in the butter. Bread the filled chicken breasts. Preheat the oven (200°). Fry the chicken breasts in a pan until lightly browned, then bake them in the oven for 20 minutes until they look like croquettes.

(I’m sorry I forgot to take a life picture of my last chicken kiev, so I have to borrow this one from Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Chicken_Kiev_Flickr.jpg
And I must say I hardly could have done it better. It’s so realistic.)

PS of Ewa Maria Slaska: Karsten, thanks for writing about that wonderful eating. It seems I forget it and it was so important! Chicken Kiev it is Polish “dewolaj” – in communistic Poland it was a “must have” dish in any elegant restaurant or hotel. Actually a common symbol of luxury.

Tarot

Ewa Maria Slaska

Początek roku to dobry moment na wróżbę

Byli raz sobie Król i Królowa Monet, i był sobie Paź, też z rodziny Monet. Wszyscy twardo stali na ziemi, dobrze potrafili radzić sobie z rzeczywistością, byli uczciwi, dobrzy i mili, pracowici i odpowiedzialni, i jeszcze na dodatek czuli.

Aż zjawił się Rycerz z siedmioma Mieczami, a razem z nim oszustwo, krętactwo i cwaniactwo.

Królowej zagroziła nędza (5 Monet), choć być może pojawi się i jakaś korzystna oferta  (kiedy? kiedy?) czyli 9 Monet.

Nic się nie da zrobić, trzeba zachować spokój, neutralność, a może nawet złożyć obietnice, których się nie zdoła spełnić – czy może to nie Królowa to robi, lecz ten dziwny nieznajomy w brazowym płaszczu, z dwoma kijami w ręku.

I potem nagle, na zakończenie Wóz, wreszcie Wielkie Arkana. Wóz we wróżbie zwanej Droga musi mieć dobre znaczenie. No i proszę. Przesłanie Wozu brzmi: Nie zwlekaj! Działaj natychmiast!

Ale ponieważ pytanie brzmiało: co mam robić? odpowiedź jest może i autorytatywna, ale nic nie mówi. Bo chociaż tarot świetnie ocenił sytuację Hiobicy, to co ja mam teraz robić? Dobrze, natychmiast. Dobrze, już nie będę zwlekać… Mogę choćby zaraz, ale co?

Co zaś się tyczy ogromnej bibliografii, jaką obrosła kartomancja i symboliczna interpretacja tarota, to wprawdzie posiadłem przyzwoitą znajomość przedmiotu, ale nie sądzę, aby miała ona duży wpływ na moją pracę.
Italo Calvino, Zamek krzyżujących się losów, Warszawa 2000

Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w “Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu “Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Jonasz Kofta

Nic

Ten tekst nie ukazał się nigdy nigdzie i nawet nie wiem, dlaczego go napisałam. Ale może nie muszę wiedzieć, jeśli nie chodzi w nim o nic. Publikuję go w Nowy Rok. Tego dnia podobo powinien przyjść z wizytą mężczyzna i przynieść coś, źle jest natomiast jeśli jest to kobieta i nie przyniesie nic. Ale tekst, nawet o nic, to jednak coś.

Ewa Maria Slaska

Była taka galeria. Stała się legendarna. Została założona i prowadził ją Uwe-Karsten Günther w Lipsku. W r. 2003  w ramach postępującego wywłaszczania obiektów pustych przez inswestycje pełne sposobów na robienie pieniędzy, galerię  wyrzucono z dotychczasowej siedziby. Przeniosła się najpierw do wykonanego w skali 1:1 drewnianego modelu siebie samej, a potem do byłej hali fabrycznej, gdzie zaistniała, jako 12 replik siebie samej w skali 1:10, przy czym każda replika stanowiła  oddzielną przestrzeń wystawienniczą.

Niewątpliwie NIC jest wielką kategorią wystawienniczą. Wielkie muzea dekonstruktywistyczne jak muzeum  żydowskie Daniela Liebeskinda w Berlinie czy muzeum sztuki nowoczesnej w Santiago de Compostela Alvaro Siza Vieira są ważniejsze niż eksponaty, jakie się w nich wystawia, a ich ocena zależy od tego, jaką przestrzeń wystawienniczą stworzyły. I im więcej w niej pustki, tym większe wrażenie robi takie muzeum. Muzea te zwiedzało się już zanim pojawił się w nich pierwszy eksponat.

1986 Ulli Fischer założył pierwszy w Niemczech „laden für nichts” na berlińskim Kreuzbergu. Był to niekomercyjny projekt artystyczny, polegający na tym, że właściciel galerii i artysta wspólnie realizowali wystawy stworzone dla potrzeb przestrzeni jaką był „sklep dla niczego”. Galeria działała 6 lat (20 artystów, 25 wystaw). W roku 1990 grupa wydała katalog niczego.

Pamiętam jak ta galeria powstała. Przez wiele miesięcy przechodziłam obok, zawsze była zamknięta, więc tylko zaglądałam i widziałam, że nadal nic nie ma. Pusta biała przestrzeń. Słowo „laden” oznacza po niemiecku sklep – sklep z niczym. Przyjechałam właśnie z Polski, kraju kartek i kolejek, pojęcie „sklep z niczym” rozumiałam raczej społecznie albo, co gorsza, życiowo i praktycznie, a nie jako projekt artystyczny. Ale już wtedy myślałam, że to fajnie zrobić taki sklep, gdzie nic nie ma. Nic się nie sprzedaje, nic nie kupuje. Nikt nie stoi w kolejce.

Prawdziwym ideałem nie był jednak sklep z niczym, tylko mieszkanie z niczym. Wielokrotnie w życiu się przeprowadzałam, wielokrotnie próbowałam poprzez przeprowadzkę osiągnąć stan nie posiadania niczego. Nic, żadnych mebli, żadnych kufrów. Omne meum mecum porto. Jak ślimak. I jak grana przez Jandę bohaterka filmu „Człowiek z marmuru” Wajdy.

Ale to fikcja. Tak się nie da. Jeden ze współpracowników miał kiedyś powiedzieć Ghandiemu, że dziesiątki ludzi pracują nad tym, żeby on sam mógł nie posiadać nic.

Najbliższe ideału okazały się niektóre mieszkania berlińskie z dawnych czasów, kiedy wszyscy mieszkaliśmy w starych domach i mieliśmy wielkie, tanie mieszkania ze stiukami, piecami i parkietem. Niektórym z nas udawało się mieć puste pokoje. Pokoje, w których nie było nic. Albo malowniczo – tylko fotel. Albo tylko stojak na nuty. Pamiętam dokładnie w czyim mieszkaniu był pokój z fotelem, ale nie pamiętam, kto i w jakim mieszkaniu grał, korzystając ze stojaka na nuty. Może jakaś skrzypaczka.

„Trudno nie wierzyć w nic” zespołu „raz dwa trzy”, płyta, która była początkiem największego oszustwa uczuciowego, jakie mnie w życiu spotkało. Pięknego oszustwa. Trzeba było wiedzieć, że jak coś zaczyna się od NIC to będzie z tego nic.

I jeszcze jakieś coś – Wygraj NIC – takie hasło najnowszej promocji konsumenckiej firmy Unimil. Nie wiem, co to jest „firma konsumencka” (obrony moich praw jako konsumenta?)

Nic może się odnosić do dwoistej natury obrazu fotograficznego, który z jednej strony jest tylko śladem światła na materiale światłoczułym, a z drugiej dowodem istnienia zarejestrowanego momentu. Na przykład tylko wirtualnie i w ogóle obywając się bez papieru. Czy sztuka wideo i instalacje multimedialne w przestrzeni w ogóle istnieją. A jak nie istnieją, to czy oglądamy nic?

Notatka z lektury – Margaret Atwood, „Ślepy zabójca”. Co to jest: biedni to mają, bogaci nie mają, jak zjesz to umrzesz?

Wreszcie oprócz małpek, z których jedna nic nie mówi, duga nie słyszy, a trzecia nie widzi, pojawia się coś, co jest pytaniem o życie.

Zawsze jednak jakieś coś, skoro jest życie to musi być coś, choć istnieje przecież. Ale to tylko projekt studencki: „Cykl debat w ramach niezależnego projektu studenckiego Generacja Nic zamknie rozpoczynająca się dziś o godz. 19.00 w CK Rotunda dyskusja na temat zjawiska trendomanii, yappies, clubbingu. Poruszone zostaną dylematy: studia i kariera czy wyjazdy do Indii i wolontariat? Ślub i rodzina czy młodzi, piękni i samotni? Będzie również mowa o wyznawanych wartościach, celach i planach na życie.”

Ale to nie filozofia, to debata o dwóch odmiennych systemach wartości.

No i jest zupa NIC.

Nic to pojemne pojęcie. W Polsce na pierwszy rzut googlem w temat – indywidualne, w Niemczech – zbiorowe.

Wg niemieckiej Wikipedii w wielu kulturach czarny kojarzy się z NIC. Z kolei jednak czarny kwadrat Malewicza stał się ikoną XX wieku, ale nie jest ikoną niczego.

Tym niemniej Niemcy zajmują się pojęciem NIC, a odsyłacz do tekstu polskiego używa sformułowań Niebyt i Nicość. A to nie to samo.

Natomiast tekst o NIC jest częścią Nonsensopedii, jest głupi i okrutny, a kończy się zdaniem: Alternatywnym sposobem zobaczenia nic jest wydłubanie oczu. Człowiek bez oczu po prostu widzi NIC.

Sama jestem półślepa, a współpracuję z blogiem, który opisuje zdjęcia ludziom, którzy nie widzą NIC:
http://bildbeschreibungen.wordpress.com/hier-konnen-sie-uns-ihre-bildbeschreibung-schicken/

Mam poczucie, że jakiś Polak (na pewno mężczyzna) dla zabawy naigrywa się z tych, którzy widzą nic. Albo tak jak ja – pół nic, a pół coś. Pół nic, a pół coś to w jakimś sensie jednak po prostu coś, ale w końcu ja rzeczywiście widzę tylko pół tego świata, który widzicie wy. Oczywiście mogę zobaczyć i te drugie pół, muszę tylko obrócić głowę. Ale jednak pół świata i pół świata być może nie składa się na cały Wasz świat, tylko na jakiś inny świat. Tak jak sklejenie lewej połowy twarzy z jej lustrzanym odbiciem nie da w sumie naszej twarzy. Albo jak na tych grafikach, na których albo widzimy wazon albo dwa profile, ale NIGDY obu tych obrazów na raz.

Zaczyna się Nowy Rok. To oczywiście nie znaczy NIC. Mimo to bądźcie i bądźmy szczęśliwi. Bo nawet jeśli szczęście to tylko stan ducha i tak naprawdę nie istnieje, to nic. To NIC.

Ach, na ja: “Ich weiß, dass ich nichts weiß.”
No trudno, nie ma rady: “Wiem, że nic nie wiem.”
Sokrates