O czym tu pisać?

Ewa Maria Slaska

Nagromadziło mi się ostatnio trochę luźnych przemyśleń, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo do niczego nie pasują, a co gorsza niezbyt są ważne, ale jednak mają pewną wartość i trochę ich szkoda na całkowity przepadek. Zaczynam więc ten wpis, nie wiedząc, dokąd mnie, a zatem – nas, te przypadkowe rozmyślania zaprowadzą? Przyznaję, że sama jestem ciekawa.

Matka Polka

Zdecydowanie zmieniło się znaczenie tego pojęcia. W szkole pojawiło się ono podczas omawiania literatury XIX-wiecznej i oznaczało zapamiętałą patriotkę, która nie bacząc na przegrane i klęski kolejnych zrywów przeciw zaborcom, rodzi i wychowuje synów na zagorzałych patriotów, gotowych walczyć i polec dla odzyskania wolności Ojczyzny. To do niej i o niej pisał Mickiewicz, to jej bronił Konstanty Gaszyński.

Taką ma też wymowę wzniesiony w roku 1973 Pomnik Matki Polki w Raciborzu, przypominający bohaterstwo śląskich matkek, wychowujących dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Autor wpisu w Wikipedii używa do opisu bohaterskiej matki słów wzniosłych i pełnych godności. Pomnik przedstawia śmiało patrzącą i kroczącą przed siebie, wyprostowaną kobietę z dzieckiem na ręku.

Pomnik Matki Polki nieopodal placu Mostowego w Raciborzu,
zaprojektowany przez Jana Borowczaka

Chlubny to i wspaniały patriotyzm, niestety dziś już nader anachroniczny, a przecież nadal może nie tyle praktykowany, bo i na szczęście – nie ma go gdzie praktykować, ale z wielkim krzykiem głoszony. I w tym krzyku wciąż się pojawia zdanie o tym, że tak “nas” wychowano. Trudno jednak powiedzieć, kto “nas” (tych młodych “nas”) tak wychował, bo pojęcie Matka Polka zniknęło z wokabularza patriotycznego.

Gdy rozmawiam o tym z przyjaciółką, zgadzamy się oczywiście, co do tego, że wzór XIX-wieczny byłby aktualnie nie do zniesienia i nie do przyjęcia, a zarazem bez sensu. Ba, wydawałoby się, że od-militaryzowanie i od-mitologizowanie Matki Polki Bohaterki jest ze wszech miar wskazane. Zastanawiające jest jednak, że ta jej wersja zniknęła właściwie bez śladu. I tak jak zwykły człowiek w Polsce bez problemu używa określenia hetera zamiast megiera i ubiera buty zamiast je wkładać, i już nic tego niestety nie zmieni, tak i Matka Polka Bohaterka całkowicie zniknęła z pamięci publicznej i tego też już nikt nie zmieni. Piszę to z żalem, nie dlatego, bym chciała, by nadal takie były nasze zadania, ale dlatego że zmiana konotacji tego pojęcia odsunęła w niepamięć pokolenia kobiet, które rodziły synów, wiedząc, że ledwo dorosną, przyjdzie im wysłać ich na śmierć w walce.

Gdy jednak przyglądam się bliżej współczesnej Matce Polce, to widzę oczywiście, że zwolnienie jej z obowiązków patriotycznych, wcale w aktualnym rozumieniu nie zmieniło jej w istotę wolną, lecz zamiast bohaterstwa pod pojęcie to podłożone zostało posłuszeństwo i bodaj czy nie oznacza ono dziś jeszcze cięższego brzemienia niż był nim ongiś bezwzględny patriotyzm. Usunięta z leksykonu patriotycznego i pozbawiona tym samym godności i prawa do uznania, Matka Polka przeniosła się w sferę społeczną. Dziś jest to nie tyle matka, co przede wszystkim żona, posłuszna kościołowi, mężowi, prymasowi, prezydentowi i prezesowi, istota, która dała życie dzieciom narodzonym i da je tym jeszcze nie narodzonych, nosicielka świętej zygoty. Ubrana w sukienkę do kolan, cieliste rajstopy i niebotyczne szpilki o spiczastym nosku, tak sama jak pięć milionów innych, nieszczęsna istota, wzgardzona po równi przez partię rządzącą i opozycję. To ona! To o niej i dla niej kobiety emancypowane sformułowały projekt “ratujmy kobiety”. Po dwóch latach ośmielam się wreszcie powiedzieć to na głos – ta nazwa jest arogancka i traktuje nas jak jakieś bezwolne i bezmózgie istotki, nad którymi pochylił się ktoś Wielki i Dobry, kto w dobroci swej wielkiej postanowił nas uratować.

Tym niemniej szkoda, że mu się nie udało. Bo teraz nic nas już nie uratuje, choć byśmy nie wiem ile razy wychodziły na ulicę i protestowały…


W PS przypomnę jeszcze owe dwa wiersze, które zbudowały ongiś retoryczną figurę Matki Polki

Adam Mickiewicz
Do matki Polki
O matko Polko! gdy u syna twego
W źrenicach błyszczy genijuszu świetność,
Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetność;
Jeśli rzuciwszy rówienników grono
Do starca bieży, co mu dumy pieje,
Jeżeli słucha z głową pochyloną,
Kiedy mu przodków powiadają dzieje:
O matko Polko! źle się twój syn bawi!
Klęknij przed Matki Boleśnej obrazem
I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!
Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały,
Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania,
Syn twój wyzwany do boju bez chwały
I do męczeństwa… bez zmartwychpowstania.
Każże mu wcześnie w jaskinią samotną
Iść na dumanie… zalegać rohoże,
Oddychać parą zgniłą i wilgotną
I z jadowitym gadem dzielić łoże.
Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem
I być jak otchłań w myśli niedościgły;
Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,
Postać mieć skromną jako wąż wystygły.
Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,
Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił.
O matko Polko! ja bym twoje dziecię
Przyszłymi jego zabawkami bawił.
Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza,
By przed katowskim nie zbladnął obuchem
Ani się spłonił na widok powroza;
Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,
Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie,
Albo jak świata nowego żołnierze
Na wolność orać… krwią polewać ziemię.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy,
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny.
Zwyciężonemu za pomnik grobowy
Zostaną suche drewna szubienicy,
Za całą sławę krótki płacz kobiecy
I długie nocne rodaków rozmowy.
1830
tajny druk, Ossolineum we Lwowie 1833
XX
Konstanty Gaszyński
Do matki Polki
O! matko Polko! jeśli syn twój z młodu
W płochych rozrywkach marnie trawi lata,
I zapomniawszy krzywd swojego rodu
Schlebia tyranom, z wrogami się brata;
Jeśli zwyczaje i strój narodowy
Obraca w pośmiech lub znosi ze wśtrętem;
Jeśli się wstydzi pięknej ojców mowy
I rad szczebiocze paryzkim akcentem —
O! matko Polko! źle syn twój się chowa;
Opowiedz-że mu wszystkie Polki męki,
Wskaż mu na Pragę – na pola Grochowa —
Na niepomszczone błonia Ostrołęki!
Niechaj się dowie, ile krwi wyciekło
Z serca narodu — i jaka łez rzeka,
Płynąc od strony, gdzie Sybiru piekło
Przez wszystkie ziemie wygnania przecieka!
W Korsyki górach — gdy morderców kule
Zabiją starca — obowiązkiem syna
Jest nosić ojca skrwawioną koszulę,
Która mu wiecznie zemstę przypomina;
I póty nie zdjąć tej smutnej puścizny,
Aż krew krwią spłaci — — O! Polko! twe dziecię
Nosić powinno kir z grobu ojczyzny —
I w każdej chwili myśleć o odwecie!
Niech więc do dzieła sposobi się z cicha,
Skrytemi łzami żal serca podsyca,
Żart ma na ustach a śmiercią oddycha,
Jak Hamlet, kiedy mścił się za rodzica!
Tej jednej myśli niech wszystko poświęci
Jak Alf, co zrzekł się szczęścia i Aldony,
By pomścić Litwę — i niech ma w pamięci,
Że i on rośnie dla kraju obrony!
Każże mu wcześnie wprawiać się do konia,
Do strzału, szabli, do harców i znoju —
Umieć wypatrzeć obronne ustronia
Do czat, zasadzek, lub wstępnego boju;
Pod domem swoim skryte kopać lochy
I tam śród nocy, gdy śpią wrogi nasze,
Odlewać kule, nagromadzać prochy,
Strzelby, kulbaki, lance i pałasze!
Po tylu próbach, chwilę jeszcze jedną
Czekać i czuwać — bo czas niedaleki,
W którym ojczyznę, matkę naszą biedną
Z grobu wyniesiem — by żyła na wieki!
Wtenczas i syn twój, biegnąc w hufiec bratni,
By z dziecka, może stać się bohaterem,
Wyjdzie wraz z nami na ten bój ostatni,
Co wiecznym ludów zakończy się mirem!
Aix, 1843

Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.

Merry Ewa and Silly Billy in Berlin

Ewa Maria Slaska

Again

Again, because it is so nice to write about Silly Billy in the time when everything is not very nice… Do not forget it is November, it is cold and it is raining in Berlin, and Lars Gustavsson says us already years ago, there is entrance to the Hades somewhere in Berlin on a rainy November night…

But one knows his own tristesse and proper remedy as well… I go to IKEA an buy a black umbrella for the black protest.

And make these photo.

a-to-billy2

I did my shopping and stood in a long line in front of cash register as I saw the nice arranging of items, a glas, a Neapolitan flip coffee pot and a Bonsai. I liked it, so I asked a young Spanish looking man with a hair like Angelo Branduardi, whether I could make foto? You have something for drinking water or wine, I said, something to make coffee and on the top of it a plant. It looks like happy and marry life.
Yes, answered Branduardi, and in the box here I have book shelves, so the idea of happy life could be complete. O, I asked, which book shelves? Billy?

Sure, Billy…

So very nice and merry…

Then I go to visit Mo&Mi in their new flat.
O, Billy, I said.
O no, said Mo, it looks like but it is not, it is slimmer and higher than true Billy. We just bought it.

u-moniki-3billy-extra

But as some are buying new Billy, the other one are throwing it away… I was in a district town hall last Friday. I saw men in overalls carrying a lot of Billys away.

Hi, I said, what happens to that good looking Billy?
Billy? asked one of workers…
Ah, I said. Never mind. What will you do with these bookshelves?
We will transport them to a public waste depony. Why you ask?
It’s pity… There are for sure people in Berlin who will like to have it. Refugees maybe…
So, do write an application to an administration office… We can’t do anything.
O yes, thank you…

billyrathausweg

I am just going back to the lift as that man stopped me again.
Listen, why did you think my name is Billy?
Me, no, oh, I see, yes, no, never mind, I just thought…

On my way home I look in the web if there are any Billys in Berlin. I got a huge gallery of mostly young men. Noblesse oblige, I will say. All those men are especially let say… billy. Sometimes even purposely done for looking like. If there is any woman in a gallery she is not silly at all. Well, do you know why? Me not…

a-to-billy

Going through “billy berlin” I found IKEA Billy on the 6th page. Small one and very modest.

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…

Slaska na niedzielę

Ewa Maria Slaska

Trampki miód malina

Nie jestem jakąś specjalną maniaczką trampek i tenisówek, nie byłam nią też w młodości, ale tak wtedy jak i dziś nie da się funkcjonować bez trampek. Wtedy, gdy chodziłam na rajdy harcerskie, trampki i tenisówki były tanie. Dziś już tanie nie są.

To moje trampki All Stars czyli conversy. Kupiłam je kilka lat temu i zapłaciłam majątek, bo są wysokie do pół łydki i mają różową podszewkę. Znacznie później dowiedziałam się, że wyprodukowano je w Chinach czyli za grosze. To znaczy Chińczykom zapłacono grosze, a ja kupiłam markę i zapłaciłam majątek w euro.

Nie lubię chińskich produktów od czasu, gdy ktoś mi opowiedział, że Chińczycy wyprodukowali jakąś chemiczną papkę, która nie jest miodem, ale pachnie, smakuje i wygląda jak miód. Czyli można zbić majątek, sprzedając durnym Europejczykom miody z taśmy fabrycznej a nie z ula. Drogie miody, a to dlatego, że tanich się nie opłaca fałszować. Właściwie dobra informacja dla tych, którzy nie kupują w drogich sklepach.

Wczoraj przy kolacji dowiedziałam się z kolei, że Chińczycy przysyłają europejskim zielarzom niby to szalenie cenne i drogie zioła, powiedzmy mandragorę, które jednak mandragorą nie są i nie mają żadnych leczących właściwości. Myk polega na tym, że sprzedaje się je w postaci jakiejś brei, a autentyczność takich  papek sprawdza się przy pomocy elektrycznego urządzenia, zwanego spektografem. Papka musi dać wykres podobny do wyniku EKG z pikiem (czyli najwyższym  punktem) w jakimś konkretnym miejscu i konkretnej wysokości. Mandragora tu, liście maliny ówdzie. Kontrolę jakości ziół można też przeprowadzać za pomocą chromatora, który analizuje skład chemiczny i pokazuje wynik jako barwę. Chromatora nie da się oszukać. Ale… No tak, spektograf jest wprawdzie drogi, kosztuje plus minus tyle, co samochód, ale i tak jest mniej więcej sto razy tańczy od chromatografu. Więc wszyscy używają spektografu. A Chińczycy to wiedzą.

Czy to jest jasne? Na pewno nie, mnie trzeba to było trzy razy tłumaczyć. I nadal nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, co ci Chińczycy zrobili albo jak do tego doszli, ale pojęłam, że odkryli, iż np. liście malin zmieszane ze sproszkowanymi igłami sosny dają pik dokładnie w tym samym miejscu, w jakim pojawia się pik mandragory. Albo co lepsze – w ogóle nie trzeba ani malin ani sosny, tylko jakaś chemia daje ten pik. Na wykresie poniżej pik liści malin, mandragory w sieci nie znalazłam. Pewnie dlatego, żeby nikt nie ukradł pika.

malinyniemandragora

Mandragora rośnie w Chinach, jest rzadka, trzeba ją sprowadzać i kosztuje majątek, a liście malin można zerwać z krzaka podczas pierwszego lepszego naszego środkowoeuropejskiego spaceru, dlatego sprzedaż malin zamiast mandragory to naprawdę sam miód.

Papka zamiast miodu, liście malin zamiast mandragory, drogie trampki zamiast tanich trampek. Daliśmy się wpakować w pułapkę taniego badziewia i zrobiliśmy to dobrowolnie. Pszczoły umierają, ale hurra! jest przecież papka udająca miód.

I tak dalej, że zacytuję Vonneguta.  To piękny chwyt literacki pozwalający opuścić wywody, które wszyscy znamy i wrócić do sedna rzeczy. Kusi mnie, żeby uznać, iż sednem jest biblijna mandragora, ale będę twarda, po raz kolejny zacytuję mistrza i powiem tylko, że mandragora wygląda jak ludzik, jest męska i żeńska, krzyczy, gdy się ją wyrywa z ziemi, od zawsze była magicznym lekiem i tak dalej…

I tak dalej, proszę państwa, wracamy do trampek. Noszę je nadzwyczaj rzadko i dlatego zdziwiłam się, gdy któregoś dnia obudziłam się rano myśląc o trampkach.

Podczas porannej kawy na balkonie ustaliłam ze swoimi myślami, że rozmyślamy o książce Słoneczne wino / Dandelion wine Raya Bradbury’ego, w której jest piękny rozdział o trampkach. Douglas Spaulding, 12-letni chłopiec budzi się w domu dziadków. Jest pierwszy dzień wakacji w roku 1928, w małym miasteczku na środkowym zachodzie Stanów. Gdy ma się 12 lat, wakacje to cała wieczność pełna niezwykłych niespodzianek. Douglas wie jednak, że nie ma idealnych wakacji bez trampek. Nowych pięknych trampek, które jak magiczny dywan przeniosą go przez wszystkie cudowne dni rozpoczynającego się właśnie lata. Nie ma jednak mowy o tym, żeby ktoś mu te trampki kupił. Idzie więc do sklepu z obuwiem i wygłasza najpiękniejszą przemowę o byciu chłopcem, jaką w życiu można wygłosić tylko wtedy, gdy ma sią 12 lat i czegoś się tak naprawdę, naprawdę chce.  Opowiada jak będzie biegł prędzej niż wiatr, wypełniając wszystkie nałożone mu zadania, aż uzbiera się suma wystarczająca, by kupić trampki…

Dopijam kawę i otwieram komputer. Do roboty, Ewa. W mailach list od Tereski, która pracuje w schronisku dla uciekinierów: Azuz pilnie potrzebuje trampek!

Azuz ma 12 lat. Dzwonię do Tereski i mówię, że kupię mu trampki.

Czterdzieści

Ostatnio cały czas nachodzą mnie myśli o Mongolii, która wzywa mnie z przemożną siłą. A raczej nie Mongolia tylko mongolska część mojego dziedzictwa krwi – Tatarzy, dzicy i nieludzcy, przeraźliwi… Oczywiście od stuleci w rodzinie nie było już takich Tatarów, od XVII wieku byli spolszczeni, spolonizowani, uszlachceni. A przecież jak mój Ojciec spojrzał spode łba, albo inne chłopaki w rodzinie…

Na razie nie wiem, co bym miała napisać. Tylko tak sobie czytam i zbieram myśli, które chodzą jak same chcą, od jednego skojarzenia do drugiego. Ale już teraz wiem, że nawet jeśli uda mi się zebrać razem myśli i materiały, tak by stworzyły książkę, niektóre z tych rozważań na nic się nie przydadzą. Tu jedno z nich… 

Ewa Maria Slaska

23 marca 2016

Jak zaczynasz się interesować, to wszędzie są ślady i smugi pozostawione przez innych, których już dawniej to samo interesowało, a którzy na pewno więcej wiedzieli niż ty.

Kazimierz Truchanowski, pisarz od Boga i ludzi zapomniany, autor niezwykłej książki Totenhorn. Kiedyś mi się wydawało, że to książka o dziwnym mieście, ale byłam widocznie za młoda (powieść ukazała się w roku 1979) i nie zrozumiałam, że to o śmierci i piekle. Po kartkach tego traktatu o znikomości wszelkich dobrych poczynań ludzkich, snują się diabły i szatany, kusicielki i upiory.
Pewnego dnia ulicami Totenhornu przechodzi pochód umarłych. Gdy Matka tuląca do piersi niemowlę (było martwe), zniknęła, ukazała się jeszcze większa rzesza ludzka niż było to na początku. Ludzie sunęli teraz całą gromadą, z zachowaniem hierarchii pokoleń i epok. Gdyby nie istniały te przedziały, byłaby to wielka Wieża Babel Ludów, poczynając od pokoleń najwcześniejszych po dzień dzisiejszy. Szli więc w porządku i kolejności – przedstawiciele Hetytów, Persów, Medów, Greków, Fenicjan, Etrusków, Rzymian, ludów łacińskich, ludów słowiańskich, a tuż obok ciągnęli Chazarowie, Tatarzy, Żydzi, przedstawiciele ludów śródziemnomorskich i zachodnioeuropejskich, szli Skandynawowie, szło mnóstwo innych. Była to wielka wędrówka ludów, wielkie pomieszanie ras i szczepów.

Szukam autora w Wikipedii. Urodził się w roku 1904, zmarł w wieku 90 lat. Prozaik, tłumacz literatury niemieckiej i rosyjskiej. Hmmm, prawie nikt nic o nim nie wie, nawet ja, choć ja przynajmniej już przed prawie 40 laty przeczytałam jego książką, a tu czytam, że był członkiem Rady Krajowej PRON w 1983 roku. To taka paskudna peerelowska fasadowa organizacja pseudowolnościowa i pseudodemokratyczna. Szkoda… Panasa zresztą też było szkoda, bo każdy z nich napisał taką jedną naprawdę dobrą książkę. Truchanowski Totenhorn, a Panas Ewangelię wg Judasza. Truchanowskiego ewidentnie zajmowały sprawy boskie i sprawy szatańskie. W tytułach jego książek, których nie czytałam, powtarza się piekło, niebo i noc…

25 marca 2016

Oczywiście bohater powieści Truchanowskiego już umarł, tylko, jak to często bywa, przynajmniej w wierzeniach ludowych na całym świecie, nie umie się jeszcze oderwać od ziemi, zresztą chyba po prostu jeszcze nie wie, że umarł. Jego pobyt w Totenhornie trwa, trwał, będzie trwał, około 40 dniu, bo na całym świecie się wierzy, że tyle czasu potrzebują zmarli, żeby się pogodzić ze swoją śmiercią i odejść całkowicie lub – tam gdzie się w to wierzy – wcielić się w nową istotę. Upiory zaś to ci, których coś przytrzymało na ziemi dłużej niż 40 dni.

Pośmiertni tułacze potrzebują światła, dlatego umierającemu wkłada się w ręce zapaloną gromnicę. Jeśli wyznawca religii prawosławnej umarł bez świecy, rodzina będzie przez 40 dni chodziła do cerkwi i zapalać mu świecę.

Te 40 dni to sześć tygodni.

Ciekawe co jest czym czego? Skąd się w magicznej rachubie czasu wzięło sześć tygodni? Oczywiście Chrześcijanie powiedzą, że „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”, bo to Pan Jezus pościł przez 40 dni, przygotowując się do Wielkiego Dzieła – śmierci i zmartwychwstania. Ale antropolog kultury zapyta, dlaczego jednak poszedł na pustynię akurat na 40 dni? W 1880 doktor Tanner, Niemiec, postanowił pod opieką lekarzy sprawdzić, czy da się głodować 40 dni i udowodnił, że się da i że przynosi to nawet korzyści.

Norbert Frejek SJ pisze w sieci, że 40 ma wielkie znaczenie w Biblii: 40 dni – popiół i kamienie w sercu:

Rozpoczynamy okres liturgiczny nazywany Wielkim Postem. Ten czas trwa 40 dni. Liczba „40” odgrywa bardzo ważna rolę w Biblii. 40 dni lało, aż stał się potop i 40 dni trzeba było czekać, aż wody opadną. 40 lat wędrował Naród Wybrany przez pustynię, 40 dni przebywał Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat oblegał obozy izraelskie, 40 dni Eliasz wędrował o chlebie i wodzie do Bożej Góry Horeb, 40 dni pozostało mieszkańcom Niniwy na nawrócenie — jak zapowiedział im Jonasz. 40 lat cierpieli Hebrajczycy pod władzą Filistynów i 40 lat panowali najważniejsi królowie Starego Testamentu – Dawid i Salomon. Druga Księga Mojżeszowa ma 40 rozdziałów. 40 dni trwał w kulturze izraelitów połóg po urodzeniu chłopca i 80 – po urodzeniu dziewczynki. Dopiero wtedy kobieta powinna się udać do świątyni i złożyć ofiarę z gołębi lub baranka. W 40 dni po narodzinach Jezusa Maria poszła z dzieckiem do świątyni, gdzie Symeon i Hanna rozpoznali w Jezusie Zbawiciela. To święto matki Boskiej Gromnicznej. Koniec okresu Bożego Narodzenia. Rozbieramy choinki…

Podobnie zresztą chrześcijański połóg trwa sześć tygodni czyli 42 dni, tyle czasu potrzeba kobiecie, żeby oczyścić się lub, jak uważają feministki, po prostu odpocząć po połogu.

Do czasu wywodu położnica ograniczała kontakty ze światem zewnętrznym. Nie wolno jej było chodzić na mszę, przez 7 dni po porodzie doić krów, piec chleba, wychodzić w pole, czerpać wody ze studni, dotykać święconej wody, składać wizyt, przechodzić przez miedzę i wszelkiego typu granice. Za każdym razem kiedy wychodziła z domu, musiała wtykać w ubranie szpilki czy igły lub wkładać na szyję różaniec, bo złe mogłoby jej zaszkodzić.

Wywód był to rodzaj ceremonii kościelnej – „rytualnego oczyszczenia”, wprowadzający ponownie kobietę w zwykły tryb życia. Miał miejsce 40 dni po porodzie, kiedy to powracały podstawowe kobiece funkcje biologiczne, przede wszystkim menstruacja. Kobieta „nieczysta” wchodziła do kościoła bocznym wejściem, przez zakrystię, tak jak katechumeni przed przyjęciem do społeczności wiernych. W ręku trzymała zapaloną gromnicę, a ksiądz, po pokropieniu święconą wodą, dawał jej do pocałowania stułę. Potem przechodziła do głównej części kościoła i przed ołtarzem odmawiała z kapłanem oczyszczające ją modlitwy. Całowała podany krzyż i już sama obchodziła z tyłu ołtarz. Składała do skarbonki ofiarę i pojawiała się z drugiej strony ołtarza.

40 dni pościł Jezus na pustyni i 40 dni upłynęło pomiędzy Zmartwychwstaniem Jezusa a jego Wniebowstąpieniem

Ale też 40 dni oblężenia Jasnej Góry w 1655 roku. 40 dni – tyle maksymalnie powinien trwać tzw cykl miesiączkowy. Jeśli trwa dłużej, jest to już problem ginekologiczny. Ciąża z kolei trwa 40 tygodni.

Nie tego szukam. Ale wreszcie pojawia się w sieci jakiś inny motyw. Zimą w okolicy Murmańska i Workuty słońce znika na 40 dni i 40 nocy. Ale też, jak piszą Christopher Duncan i Susan Scott w Czarnej śmierci, po epidemii dżumy, jeśli przez 40 dni i nocy nikt nie umarł, to znaczy że minęła. I tyle powinna trwać kwarantanna i to właśnie oznacza: quarante, po francusku 40. Istnieje nawet związek pomiędzy oboma tymi faktami. W 1665-1670 roku dżuma spustoszyła Europę od południowych Włoch po Północny Krąg Polarny, gdzie się zatrzymała. Przez trzy lata przemierzyła 3500 kilometrów z południa na północ i zniknęła, podobno nie wiadomo dlaczego.

40 występuje w Biblii tak często, że wydaje się, że Bóg używał tej liczby nie tylko w znaczeniu dosłownym, ale też jako przenośni, tak jak dzieci mówią, że „mój tata czyta tysiąc gazet”. Czterdzieści to być może 4 pomnożone przez magiczny „tysiąc gazet” czyli 10. Dziesięć palców. Dziesięć to cyfrowa pełnia, to 1+2+3+4…

A zatem także 44!

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

A więc cztery. Cztery kwadry Księżyca. I wszystko co się z tej księżycowej czwórki da wywieść. W Zodiaku są cztery znaki kardynalne i cztery żywioły – woda, ogień, ziemia, powietrze. Czterech ewangelistów. Cztery strony świata. Cztery tygodnie w miesiącu.

Niemcy widzą to trochę inaczej i nareszcie dostarczają mi informacji, której szukałam.

Rytm 40-dniowy pojawił się w Babilonie – na 40 dni z firmamentu znikał gwiazdozbiór Plejad, a jednocześnie zaczynał się okres szarug i słot. Potem zauważono, że w tym okresie jest też więcej katastrof, co, jak sądzę, można chyba wytłumaczyć tym, że ciemno i zimno oznacza przeziębienia i depresje, co w obu wypadkach oznaczać może zmniejszoną koncentrację, a to jak wiadomo prostą drogą prowadzi do wypadków. Gdy Plejady powracały odbywał się obrzęd palenia pęczków sitowia złożonych z 40 źdźbeł. Hezjod w Pracach i dniach napisał, że należy zacząć żniwa, gdy Plejady stoją na szczycie nieba, a orkę, gdy odchodzą, by 40 dni spędzić tylko ze sobą. Również egipski kalendarz prac rolnych opierał się na cyklu 40 dni. Czas zniknięcia Plejad utożsamiano z (pozorną) śmiercią Ozyrysa i wędrówką zbolałej Izydy, szukającej syna i kochanka. Był to czas postu.

Stąd (?) liczne świątynie starożytne miały po 40 kolumn. W Persji, w Syrii, w Izraelu, ale też u Celtów. Zadaję sobie pytanie, czy również Stonehenge należy do tej kategorii – pierwsze kręgi kamienne tam wzniesione składały się z dwóch półokręgów zbudowanych z 80 kamieni, zwanych kamieniami niebieskimi (bluestones).

Mezopotamski potop trwał podobnie jak jego biblijny potomek 40 dni. No tak skoro Plejady odeszły i padał deszcz…

W Polsce widać je od października (Plejady to gwiazdozbiór już październikowy pisał Iwaszkiewicz) do grudnia. Najlepiej widoczne są w grudniu koło godziny 23, na przedłużeniu linii łączącej pas Oriona z Aldebaranem. Świecą w znaku Byka.

W islamie liczba 40 oznacza przemianę i śmierć. 40 dni trwa muzułmańska żałoba. Mahomet miał 40 lat, gdy dostąpił pierwszego Objawienia.

Prezydent Republiki Federalnej Niemiec musi mieć co najmniej 40 lat!

No i jeszcze Ali Baba i 40 dni Musy Dagha – to powieść Franza Werfela o genocydzie tureckim na Ormianach. A także (informacja zaczerpnięta z Utraconego serca Azji Colina Thurbon) okrutny i rozpustny, odrażający, jak pisze autor, Chudajar, chan Kokandu w XIX wieku, miał 40 błaznów, którym kiedyś kazał się rozśmieszyć. Gdyby im się nie udało, wszystkich 40 na rozkaz chana by ścięto. Jak to w takich opowieściach – udało się ostatniemu, który wrzasnął: ty matkojebco, czego żeś się do tej pory nie roześmiał? Coś z tobą nie tak? A chan zarechotał na całe gardło…

Ach no i przecież Czterdziestolatek! Jak mogłam zapomnieć. Łuk Karwowskiego i niezapomniania Kobieta Pracująca.

Przepraszam Czytelnika. Z tych rozważań nie wynikają żadne wnioski, nawet więc zgrabną puentę znaleźć trudno. Ale Czytelniku drogi, zwróć uwagę, bo a nuż wiesz coś jeszcze o liczbie 40 i możesz się tym z nami podzielić.

Nic

Dorota Cygan

Małe impresje z małej ojczyzny po wyborach

Miałam napisać analityczny tekst o Polsce po wyborach. Ale pisali o tym mądrzejsi ode mnie, merytorycznie i analitycznie sprawniejsi , na dodatek zapewne przekonani, że do ludzi trafia argument i słowo. A ja nie wiem. Dlatego wybieram obraz. Dwudniowy wypad do Wrocławia zaopatrzył mnie w pięć migawek, i to wystarczy, nie mam ambicji wielkiej syntezy.

Oto dzieło wizualne na bunkrze przerobionym na bardzo udane centrum kultury. Proste przesłanie tej  klepsydry wbiło mnie w ziemię. Myśl o przemijaniu, nic nowego, czuję ją codziennie. Ale tu jest też inna prawda: jakże małe, niewidoczne, niedoceniane bywa w życiu owo nikłe JEST, wbite między rozpamiętywanie przeszłości a wielkie Zukunftsentwürfe , czyli przyszłościowe wizje. Lekceważone JEST, miażdżone siłą wspomnień i zdmuchiwane porywami czasu przyszłego. Dotyczy to, a jakże, i mnie przecież. Nie miałam pojęcia, co dziś JEST w bunkrze, ale za to zawsze przejeżdżając tamtędy pamiętam co BYŁO – obrazek z 1997 roku: wokół powódź, a zaparkowane poprzedniego dnia ciężarówki stały zanurzone po dach w wodzie. Ale zaledwie bunkier upomniał się w mej pamięci o swoje JEST i TERAZ, a już natychmiast plakat przypomina mi, że wchodzimy w okres wielkich obietnic, co BĘDZIE… No i proszę, chcąc nie chcąc zrobiło się politycznie…

maleimpresje1Nieco później wstąpiłam na godzinę na obrzeża tzw. Trójkąta Bermudzkiego. I tu obrazek jak wyjęty z dzieciństwa: leniwe niedzielne przedpołudnie, bezruch, bezczynność i bezmiar czasu oraz starsza pani wysypująca gołębiom okruchy chleba wprost pod mój samochód. Pamiętam, jakie mi się te ptaszyska wydawały w dzieciństwie duże. I pamiętam, jak strasznie dużo czasu było na JEST i TERAZ, nie mówiąc o tym, że przyszłość to w ogóle był ocean. A tymczasem na twarzy nieznajomej pani słoje kolejnych dziesięcioleci, warstwy czasu, co nie mija, ale narasta. Jak tu JEST? Przyjedź, odbądź małą podróż w czasie. Zatrzymaj się. Zobaczysz jak BYŁO.

maleimpresje2A potem, nieco dalej, naprzeciw eleganckiego hotelu w pobliżu dworca, wymowne spotkanie JEST z BYŁO. Jaka zgrabna podpórka , podtrzymująca naszą iluzję, że życie nie jest grą albo loterią, zwłaszcza dla tych wychodzących na balkon nad salonem gier. Naszym znajomym Niemcom bardzo się jednak podoba coś innego – dla nich ten napis znaczy “Salon Chciwość”. Też przesłanie, chociaż inne. Kompletnie trudno przyporządkować je do BYŁO, JEST lub BĘDZIE.

maleimpresje3A potem przyspieszamy – i wypad poza miasto. Tu mamy BĘDZIE, czyli przyszłość jak na dłoni: tak będą wyglądać za 20 lat wszystkie pasy wokół wielkich miast, nasza dostatnia europejska przyszłość, jaką imaginuje sobie moja wyobraźnia jednostkowa. To już JEST, nie zamykajmy na to oczu, nawet jeśli to nie nasz własny taras.

maleimpresje4“Ponad Śląskiem tylko niebo” – i tu znowu, przy innej trasie wylotowej, BYŁO i JEST. I to widoczne. Grupy zwyczajowo marginalizowane na okoliczność wyborów oczywiście sprawnie zagospodarowały partie o ambicjach sprawowania rządu dusz. Podniosły ich wartość realną i symboliczną. Bardzo mnie podbudował ten napis. A mówi się, że kibole klasyki filozoficznej nie czytają. Mnie to niebo, to gwiaździste, mocno zauroczyło. Kanta jednak w pogardzie nie mają, za to podobno bardzo tych, co “kantem żyją i niczem” (jak mawiał przed laty mój katecheta). No, oby się ich udało uchronić od wykluczenia i ukierunkować taką energię…

maleimpresje5No więc jaka BĘDZIE ta przyszłość… czekamy, kontemplujemy zieleń. Czy będzie na jesień podwójny tron z tego samego drewna czy nie? Dla jednych “na szczęście tak”, dla innych “na szczęście nie”. Powiem na pocieszenie: tak czy inaczej – pamiętajmy, że stołki (zwłaszcza drewniane) nie są wieczne. A BĘDZIE kiedyś i tak przejdzie w BYŁO.

maleimpresje6Jaka więc BĘDZIE ta przyszłość? Taka, jaką sobie wyśnimy. Patrz obrazek poniżej. Bo Śląsk też leży nad morzem. Nie widzisz? Zmruż oczy i zobacz. Tak po prostu, ignorując całe olbrzymie pole skojarzeń literackich. A po co komu takie nierealne skojarzenia? To jest różnie. Pewien Austriak, student literatury i taksówkarz, na pytanie Amerykanina, dlaczego mieszka w Pradze, odpowiedział: bo morskie powietrze mi służy. Po czym zdumionemu pasażerowi wcisnął wiersz Ingeborg Bachmann Böhmen liegt am Meer. Przypomniała mi się ta anegdota, którą przytacza Hans Magnus Enzensberger w zbiorze esejów Ach, Europa, bo jednak przyjeżdżając do kraju na wypad weekendowy my bohaterowie “bez kotwicy” chyba trochę bardziej musimy dookreślić nasze miejsce na świecie niż krajanie obecni na miejscu, których wyobraźnię (codziennie i bez litości) bombardują realia. My sobie lubimy zapożyczać coś skojarzeniowego, czyli trwalszego – nawet jeśli wiemy, że to tylko piękny, odrealniony i utopijny topos typu Bohemia leży nad morzem. Użyczam Wam go, krajanie w kraju, popatrzcie naszymi oczami na te małe ojczyzny – i przestańcie się na chwilę martwić. Pośród wszelkich możliwych wariantów jeden jest najbardziej prawdopodobny – pozwólcie, że znów uparcie nawiążę tutaj do pierwszego zdjęcia – otóż to, co widzicie na tym zdjęciu, całkiem realnie BĘDZIE zawsze: Ślężą nad morzem nie zachwieje w żadnym wypadku żaden wynik żadnych wyborów.

Uff, jak to dobrze, że udało mi się napisać jedno zdanie, co do którego nie mam żadnych wątpliwości…

maleimpresje7

Usuwalnia bagażu

torby
Zdjęcie zrobione przez Dorotę Cygan na Dworcu Głównym w Szczecinie

Dorota Cygan

Zaraz, ta fotka coś mi przypomina… no, nie wiem, nieufna wyobraźnia podsuwa mi, że może praktyki bankowe (w Polsce się kiedyś mawiało „masz jak w ruskim banku”) – niestety, akurat aktualne: ty dajesz w dobrej wierze coś na przechowanie, a twoje dobra, zamienione w akcje, bank wystawia na sprzedaż, więc ich dalszy los nie zależy już od ciebie ani od banku… no, nie, niezupełnie to skojarzenie jest logiczne, ale właściwie to całkiem typowe dla skołowanego klienta wszelkich usług, które w trakcie realizacji obracają się w przeciwieństwo tego, czym miały być.

Więc właściwie ta dworcowa przechowalnia bagażu to całkiem inteligentny pomysł na mały biznes, od czegoś trzeba zacząć. Udziałem niejednego podróżnego zresztą było już z pewnością nie raz doświadczenie, że – abstrahując od sposobu – zredukowanie bagaży podnosi standard podróżowania. Ot co. Pomyślmy zresztą, jaki wymiar metaforyczny ma torba – i od razu poczujemy ulgę, że ktoś nas uwolnił od bagażu doświadczenia, balastu przeszłości itp.

Zatem – jako żeśmy urodzeni pod znakiem Analityka – przyjrzyjmy się tej inteligentnej idei biznesowej nieco dokładniej. Torba, w której dotąd coś nosiliśmy, zostaje wyceniona i wystawiona na sprzedaż. Obiektywnie, bez udziału naszych sentymentalnych skamleń, że przecież była z nami na Majorce i w Stanach, i wszędzie się sprawdziła, nawet jako przemyślny schowek przy przemycie papierosów (co akurat w pociągach relacji Szczecin – Berlin nie jest bez znaczenia). No, mówię przecież, że wyceniają obiektywnie.

Jasne, rozumiem ten szmer protestu, ja też uważam, że moja torba, niesprawiedliwie wyceniona na trochę mniej niż stówę, zawiera całkiem cenną zawartość.  Zwyczajowo pakuję bowiem do niej: …, …, …, (to jest ćwiczenie na biernik liczby pojedynczej, standardowo stosowane jako przerywnik w zajęciach językowych dla grup na poziomie A1), ale pakując z uczniami wspólną lekcyjną torbę zawsze mam ochotę powiedzieć „pakuję NIC” (po niemiecku tak można), bo takie jest moje największe marzenie, żeby wybrać się w podróż bez niczego. Jakaż to zresztą gramatycznie subtelna i ważna różnica w stosunku do odjechania z niczym! Niestety i tak nieprzydatna, bo „NIC“ jest po niemiecku nieodmienne, na lekcji o bierniku więc zupełnie nieprzydatne. Zaś w samej lekcji o życiu – to każdy niech sobie zdefiniuje, jak tam woli.

A więc jeśli torbę wyceniają obiektywnie, to jakie właściwie kryteria są dla usuwalni bagażu istotne? Czym się ona przy wycenie kieruje? Pojemnością? Rodzajem skóry? Powierzchownością czy wnętrzem mojej torby? Może jej treścią metaforyczną? Jeśli są w niej przedmioty naładowane znaczeniowo, to co? Jest tym samym automatycznie cięższa i droższa? Na co mogę liczyć? A gdyby był w niej na przykład świstek papieru, notatka z pojęciami network, sukces, samorealizacja, rodzina – to czy ma to już  ciężar gatunkowy poradnika czy jedynie hasłowej listy przebojów, aktualizowanej co tydzień nowymi derywatami tychże haseł po głównym wydaniu dziennika? A takie np. jedno zdanie z Konwickiego, mocno już pożółkłe, ale świeże jak nie wiem co, jakby napisane dzisiaj: „Każdy zaczyna od pisania wierszy a kończy na spekulacjach giełdowych” – no więc gdyby tam było na kartce papieru to jedno zdanie, wynotowane z tekstu na resztę mojej człowieczej podróży, to co? Miałoby ono wartość sentencji, wizji, przepowiedni, smutnego proroctwa  (pomyślmy, napisane w 1984 roku!)? I ile by zaważyło przy wycenie mojej torby życiowej? A może przelicznik jest inny: liczy się długość zdania, ilość liter lub głosek (by nie faworyzować grubych rz, dz i cz kosztem chudych) – no to wówczas tekst dobrego, zwięzłego  aforysty nie przysporzyłby nam niestety korzyści, wodolejstwo i redundancja oczywiście by wygrały. A może, jeszcze banalniej, decyduje sama skóra torby? Gruba czy cienka – czy ja wiem, co dzisiaj właściwie jest w modzie i społecznie akceptowane? No, a  jak to jest w przypadku ludzi? Kogo by wycenili na więcej? Może „cienkoskórnego”, co?  Hehe. Każda skóra ma swoją cenę? Precz cyniku, tu chodzi jednak o pryncypia. Inna sprawa, że niby skóra torby nie równa się skórze twarzy, ale bywa, że torba jest naszą twarzą, bezbłędnie poznasz, kto jest kto i skąd przybył, prędzej jeszcze niż po rysach. Więc co będzie wisieć na mojej torbie? Jaka cena? Dociągnę do stówki? To mniej więcej tak samo łatwo zgadnąć jak to, czy dociągnę do sześćdziesiątki. Jak widać, zdjęcie pokazuje pewien problem egzystencjalny, gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości.

Przypomina mi się tu jeden nieśmieszny epizod mojej życiowej podróży, sprzed jakichś siedmiu lat. Gdy wracałam z fundowanego pobytu bibliotecznego, złodziej-idiota, włamawszy się do mojego samochodu, „wyswobodził” mnie z dwóch toreb pełnych… odręcznych notatek z archiwaliów, lekko licząc 10 kilo razem, pisanych ołówkiem, drobnym maczkiem przez trzy miesiące po ileś godzin dziennie, wbrew zmęczeniu i na przekor innym ciągotom. Nie mam złudzeń, ciężar gatunkowy tych notatek  mniej go może poraził niż fakt, ze targał głupiec te torby z wysiłkiem, by na koniec (niechybnie tak było, bo zapadły się pod ziemię mimo moich upartych poszukiwań przez kilka dni w całym mieście) wyrzucić je ze złości do Odry. Jedynie ten obrazek jest mnie dziś w stanie skłonić do uśmiechu na myśl o ciężarze gatunkowym mojej ówczesnej torby, – a i wadze tego doświadczenia, że wiedzę jednak lepiej przechowywać w głowie niż w notatkach. A ile jest warte takie rozpoznanie? I na ile zależy od zawartości torby? Dla mnie subiektywnie może więcej niż stówkę.

A moje Życiowe Torby Zebrane? Gdyby je tak przyjęto do usuwalni bagażu? Wraz z innymi, i bagaże wszystkich podróżnych przechowano by  w ten sam sposób – i gdyby się okazało, że wszystkie wycenione torby natychmiast znalazły nabywcę, poszły w mig, tylko moja jakoś nie – to co? Jakby tak została i nie byłoby chętnych? Co by to znaczyło? Że mój bagaż życiowy nic niewart? Albo mniej niż doświadczenia innych? W dodatku dla wszystkich jest to jasne i oczywiste – oprócz mnie jednej? I nikt mi tego przez delikatność nie mówi, żeby mnie nie zranić? I tak, na przykład, każdy wita się ze mną jakby nigdy nic, wiedząc dobrze już po sekundzie, że niczego z tego życia by nie chciał kupić? To  co by to właściwie znaczyło? Że za mało w nim głębszych treści? Za mało atrakcyjnych gadżetów? Produkt nieoryginalny, zapożyczony, czy wręcz ordynarna podróbka cudzego życia? Zawartość niesprzedawalna, bo nieurozmaicona? Tak, najprędzej chyba to ostatnie.

Bo trzeba patrzeć, co się wkłada do torby. No proszę, gdyby nie Dworzec Główny w Szczecinie, jutro bym pewnie starym zwyczajem znów wyjałowiła dzień z wszelkich przyjemności, wypełniając swą dzienną torbę łańcuszkiem obowiązków. Na ramię i w drogę, jak od lat. Może tymczasem jednak, dzięki napotkanej usuwalni bagażu, w porę pomyślę o spakowaniu do torby jednego lekkiego słowa: „nie”. Waży niewiele, a jakiż ma ciężar gatunkowy! I siłę rażenia także. Biorę. O ileż lżej mi będzie z tym słówkiem w bagażu. No to jedziemy. Za późno nie jest.

Nic

Ten tekst nie ukazał się nigdy nigdzie i nawet nie wiem, dlaczego go napisałam. Ale może nie muszę wiedzieć, jeśli nie chodzi w nim o nic. Publikuję go w Nowy Rok. Tego dnia podobo powinien przyjść z wizytą mężczyzna i przynieść coś, źle jest natomiast jeśli jest to kobieta i nie przyniesie nic. Ale tekst, nawet o nic, to jednak coś.

Ewa Maria Slaska

Była taka galeria. Stała się legendarna. Została założona i prowadził ją Uwe-Karsten Günther w Lipsku. W r. 2003  w ramach postępującego wywłaszczania obiektów pustych przez inswestycje pełne sposobów na robienie pieniędzy, galerię  wyrzucono z dotychczasowej siedziby. Przeniosła się najpierw do wykonanego w skali 1:1 drewnianego modelu siebie samej, a potem do byłej hali fabrycznej, gdzie zaistniała, jako 12 replik siebie samej w skali 1:10, przy czym każda replika stanowiła  oddzielną przestrzeń wystawienniczą.

Niewątpliwie NIC jest wielką kategorią wystawienniczą. Wielkie muzea dekonstruktywistyczne jak muzeum  żydowskie Daniela Liebeskinda w Berlinie czy muzeum sztuki nowoczesnej w Santiago de Compostela Alvaro Siza Vieira są ważniejsze niż eksponaty, jakie się w nich wystawia, a ich ocena zależy od tego, jaką przestrzeń wystawienniczą stworzyły. I im więcej w niej pustki, tym większe wrażenie robi takie muzeum. Muzea te zwiedzało się już zanim pojawił się w nich pierwszy eksponat.

1986 Ulli Fischer założył pierwszy w Niemczech „laden für nichts” na berlińskim Kreuzbergu. Był to niekomercyjny projekt artystyczny, polegający na tym, że właściciel galerii i artysta wspólnie realizowali wystawy stworzone dla potrzeb przestrzeni jaką był „sklep dla niczego”. Galeria działała 6 lat (20 artystów, 25 wystaw). W roku 1990 grupa wydała katalog niczego.

Pamiętam jak ta galeria powstała. Przez wiele miesięcy przechodziłam obok, zawsze była zamknięta, więc tylko zaglądałam i widziałam, że nadal nic nie ma. Pusta biała przestrzeń. Słowo „laden” oznacza po niemiecku sklep – sklep z niczym. Przyjechałam właśnie z Polski, kraju kartek i kolejek, pojęcie „sklep z niczym” rozumiałam raczej społecznie albo, co gorsza, życiowo i praktycznie, a nie jako projekt artystyczny. Ale już wtedy myślałam, że to fajnie zrobić taki sklep, gdzie nic nie ma. Nic się nie sprzedaje, nic nie kupuje. Nikt nie stoi w kolejce.

Prawdziwym ideałem nie był jednak sklep z niczym, tylko mieszkanie z niczym. Wielokrotnie w życiu się przeprowadzałam, wielokrotnie próbowałam poprzez przeprowadzkę osiągnąć stan nie posiadania niczego. Nic, żadnych mebli, żadnych kufrów. Omne meum mecum porto. Jak ślimak. I jak grana przez Jandę bohaterka filmu „Człowiek z marmuru” Wajdy.

Ale to fikcja. Tak się nie da. Jeden ze współpracowników miał kiedyś powiedzieć Ghandiemu, że dziesiątki ludzi pracują nad tym, żeby on sam mógł nie posiadać nic.

Najbliższe ideału okazały się niektóre mieszkania berlińskie z dawnych czasów, kiedy wszyscy mieszkaliśmy w starych domach i mieliśmy wielkie, tanie mieszkania ze stiukami, piecami i parkietem. Niektórym z nas udawało się mieć puste pokoje. Pokoje, w których nie było nic. Albo malowniczo – tylko fotel. Albo tylko stojak na nuty. Pamiętam dokładnie w czyim mieszkaniu był pokój z fotelem, ale nie pamiętam, kto i w jakim mieszkaniu grał, korzystając ze stojaka na nuty. Może jakaś skrzypaczka.

„Trudno nie wierzyć w nic” zespołu „raz dwa trzy”, płyta, która była początkiem największego oszustwa uczuciowego, jakie mnie w życiu spotkało. Pięknego oszustwa. Trzeba było wiedzieć, że jak coś zaczyna się od NIC to będzie z tego nic.

I jeszcze jakieś coś – Wygraj NIC – takie hasło najnowszej promocji konsumenckiej firmy Unimil. Nie wiem, co to jest „firma konsumencka” (obrony moich praw jako konsumenta?)

Nic może się odnosić do dwoistej natury obrazu fotograficznego, który z jednej strony jest tylko śladem światła na materiale światłoczułym, a z drugiej dowodem istnienia zarejestrowanego momentu. Na przykład tylko wirtualnie i w ogóle obywając się bez papieru. Czy sztuka wideo i instalacje multimedialne w przestrzeni w ogóle istnieją. A jak nie istnieją, to czy oglądamy nic?

Notatka z lektury – Margaret Atwood, „Ślepy zabójca”. Co to jest: biedni to mają, bogaci nie mają, jak zjesz to umrzesz?

Wreszcie oprócz małpek, z których jedna nic nie mówi, duga nie słyszy, a trzecia nie widzi, pojawia się coś, co jest pytaniem o życie.

Zawsze jednak jakieś coś, skoro jest życie to musi być coś, choć istnieje przecież. Ale to tylko projekt studencki: „Cykl debat w ramach niezależnego projektu studenckiego Generacja Nic zamknie rozpoczynająca się dziś o godz. 19.00 w CK Rotunda dyskusja na temat zjawiska trendomanii, yappies, clubbingu. Poruszone zostaną dylematy: studia i kariera czy wyjazdy do Indii i wolontariat? Ślub i rodzina czy młodzi, piękni i samotni? Będzie również mowa o wyznawanych wartościach, celach i planach na życie.”

Ale to nie filozofia, to debata o dwóch odmiennych systemach wartości.

No i jest zupa NIC.

Nic to pojemne pojęcie. W Polsce na pierwszy rzut googlem w temat – indywidualne, w Niemczech – zbiorowe.

Wg niemieckiej Wikipedii w wielu kulturach czarny kojarzy się z NIC. Z kolei jednak czarny kwadrat Malewicza stał się ikoną XX wieku, ale nie jest ikoną niczego.

Tym niemniej Niemcy zajmują się pojęciem NIC, a odsyłacz do tekstu polskiego używa sformułowań Niebyt i Nicość. A to nie to samo.

Natomiast tekst o NIC jest częścią Nonsensopedii, jest głupi i okrutny, a kończy się zdaniem: Alternatywnym sposobem zobaczenia nic jest wydłubanie oczu. Człowiek bez oczu po prostu widzi NIC.

Sama jestem półślepa, a współpracuję z blogiem, który opisuje zdjęcia ludziom, którzy nie widzą NIC:
http://bildbeschreibungen.wordpress.com/hier-konnen-sie-uns-ihre-bildbeschreibung-schicken/

Mam poczucie, że jakiś Polak (na pewno mężczyzna) dla zabawy naigrywa się z tych, którzy widzą nic. Albo tak jak ja – pół nic, a pół coś. Pół nic, a pół coś to w jakimś sensie jednak po prostu coś, ale w końcu ja rzeczywiście widzę tylko pół tego świata, który widzicie wy. Oczywiście mogę zobaczyć i te drugie pół, muszę tylko obrócić głowę. Ale jednak pół świata i pół świata być może nie składa się na cały Wasz świat, tylko na jakiś inny świat. Tak jak sklejenie lewej połowy twarzy z jej lustrzanym odbiciem nie da w sumie naszej twarzy. Albo jak na tych grafikach, na których albo widzimy wazon albo dwa profile, ale NIGDY obu tych obrazów na raz.

Zaczyna się Nowy Rok. To oczywiście nie znaczy NIC. Mimo to bądźcie i bądźmy szczęśliwi. Bo nawet jeśli szczęście to tylko stan ducha i tak naprawdę nie istnieje, to nic. To NIC.

Ach, na ja: “Ich weiß, dass ich nichts weiß.”
No trudno, nie ma rady: “Wiem, że nic nie wiem.”
Sokrates