Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.

Zeszyty i teczki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Tym razem będą to niewątpliwie stare papiery, tak jak tytułowałam tu pierwsze wpisy o Mamie – nie były one zresztą naprawdę pierwsze, ale jednak przedtem były one dorywcze, pisząc o Mamie kierowałam się różnymi spontanicznymi skojarzeniami, natomiast od wielu tygodni wszyscy już wiedzą, że w sobotę pojawi się wpis o Mamie, oparty na tym, co znalazłam w kilku kartonach, w których ktoś kiedyś zgromadził to, co było w szafach i biurku, ale też w moich własnych szafach i szufladach. Na pewno już za życia Mamy dostałam od niej dwa zeszyty nazwane przez nią “Varia” – mam wrażenie, że w sumie było ich cztery, możliwe więc, że dwa pozostałe znajdują się u Kasi.

Varia-podwojne“Varia” to zwykłe zeszyty w kratkę, szczelnie przez Mamę wypełnione wklejonymi opowiadaniami wyciętymi z różnych gazet. Są grube, napęczniałe od kleju, ale też od powtykanych w nie luźnych kartek i dodatkowych wycinków. Na pewno są tu opowiadania wycięte z “Przekroju”, ale wydaje mi się, że rozpoznaję również wspaniały wielkoformatowy “Świat”. Być może była też gazeta “Twój świat”, ale nie jestem tego pewna. Za to na pewno był “Poznaj świat”, a potem również “Kontynenty”. Z tych dwóch czasopism Mama też wycinała strony, artykuły i zdjęcia, ale były to zasoby gromadzone przez nią w jakichś innych zeszytach. Na razie ich jeszcze nie znalazłam, ale dobrze je pamiętam. W tych geograficznych wycinkach ważne było wszystko, co dotyczyło Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, a poza tym miejsca dalekie i tajemnicze oraz po prostu pełne urody zdjęcia, zwłaszcza głowy pięknych egzotycznych kobiet, góry i świątynie.
Zeszyty “Varia” czytałam w młodości wielokrotnie, były wspaniałą antologią literatury współczesnej, nie nielegalnej, ale też nie do końca legalnej, bo czasopismo jako druk przemijający mogło sobie pozwolić na odrobinę więcej wolności, niż wydawnictwo wydające książki, tak więc to, co znalazło się w “Variach” mogło się nigdy nie pojawić inaczej.

Varia-III-strona1-f-sagan-mala “Varia” to była – i nadal jest, skoro je mam – literatura. Proza polska i tyle prozy światowej, ile się jej dało w skąpych socjalistycznych czasach wyszukać. Włoska, hiszpańska, francuska (na stronie powyżej jest na przykład ukochana Mamy Saganka), tej było chyba za komuny więcej niż prozy ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Niemiec chyba nie było wcale, w każdym razie w “Variach” ich nie ma, ale pojawiał się nawet Związek Radziecki, zwłaszcza ukochany pisarz Mamy – Konstanty (Konstantin) Paustowski, autor “Kolchidy”, którą, jeśli jej nie czytaliście, przeczytajcie koniecznie.

Varia-I-strona1-maleVaria-I-strona3tycjan-male“Varia” miały też lekki posmak erotyczny, czego w normalnej literaturze, wydawanej w wydawnictwie, drukowanej w drukarni i przynoszonej w postaci książki z księgarni, na pewno nie było. Była taka sztuka Swinarskiego, “Achilles i panny”, oj, jeszcze dziś, gdy to piszę, palą mnie policzki. Była opowieść Flukowskiego o pięknej rudowłosej żonie Tycjana, prawdziwej Wenus, do której zalecali się królowie Francji, Hiszpanii i Polski, zamawiający u mistrza-męża poważne portrety typu “władca na koniu”. Tymczasem znudzona pani domu, no, mówię wam, a jeszcze służąca, fertyczna, na pewno, i umizgujący się do niej giermkowie panów-władców, zawsze o imieniu Jan. Jan, Juan, Jean…

Wspaniałe wycinki z gazet!

Varia-I-strona2-maleTe wycinki zresztą, to wcale nie była prosta sprawa. Gazet, podobnie jak wszystkich innych dóbr, w czasach PRL nigdy nie było dość dla wszystkich. Nawet nie wiem czy istniało coś takiego jak abonament, wiem natomiast, że Mama nie wierzyła w abonamenty, podobnie jak nie wierzyła w biblioteki. Książkę trzeba było mieć, gazetę kupić w kiosku. A to, to była już wyższa szkoła jazdy. Mama zawierała tak zwane “dozgonne przyjaźnie” z tak zwanymi kioskarkami (tak się mówiło na “panie z kiosku”), które w tak zwanej “teczce” odkładały dla niej wszystkie gazety, a więc “Przekrój”, “Politykę”, “Tygodnik Powszechny”, ów wspomniany już, wspaniały “Świat”, owe “Poznaj światy” i “Kontynenty”, “Morze” dla Ojca, “Filipinkę”, a potem “Radar” dla nas (Radar pojawi się jeszcze we wpisie o Mamie za tydzień). Aby kioskarka “coś z tego miała”, kupowało się u niej wszystko co się dało, książki, pocztówki, znaczki, proszki od bólu głowy, zapałki, kredki, a poza tym u każdej takiej pani Mama konsekwentnie zamawiała “Kraj Rad”, co kioskarce pomagało wyrobić plan, a Mamie przynosiło dodatek nadzwyczajny w postaci… o tak! “Ameryki”!

Mama nie przepadała za wychodzeniem z domu, po okresie naszego dzieciństwa  lekceważyła wszelkie spacery, po zwykłe zakupy chodziliśmy raczej my – Ojciec, ja, potem również Kasia, ale do księgarni i do kiosku Mama wychodziła nadzwyczaj ochoczo. I to jest jak najbardziej odpowiedni wyraz, bo ochota to jest nie tylko chęć, to również rosyjskie polowanie. Mama nie chodziła na spacery, chodziła na łowy. O wyprawach do księgarni mawiała, że idzie tam jak pijak do knajpy, ale mogło się zdarzyć, że z wyprawy do knajpy, to znaczy księgarni nie przyniosło się żadnych zdobyczy, natomiast wyjście raz na tydzień do kiosku dawało pewność przytargania do domu obfitych łupów.

teczka-akwarele-maleByły więc zeszyty, były teczki w kiosku, ale teczki były poza tym w tak zwanym “w ogóle”. Były w ogóle i wszędzie. Czasem paskudne, peerelowskie szarobure, czasem zrobione z kolorowych stron gazet lub obklejone wycinkami czy pocztówkami. Teczki, podobnie jak pudełka po czekoladkach, pozwalały w sposób łatwy i przyjemny porządkować świat. Tu rachunki, tu listy, tu Lorka, tu szkice i notatki. Czasem się zawartość mieszała, czasem porządnie założona teczka przekształcała się w zbiorowisko wszystkiego, co wpadło w rękę i co trzeba było usunąć, z oczu, z oczu dzieci, z oczu gości.

W moich zbiorach znajduje się wiele takich teczek, jedna nadzwyczaj wzruszająca. Mama opisała ją słowem AKWARELE. I pod spodem: chyba moje.

akwarele-chyba-moje1-poziom2-male

akwarele-chyba-moje1-poziom1-maleZa tydzień – audycja o tym, jak grafik staje się tłumaczem; pojawi się gazeta “Radar”

Bestiarium mojej siostry

Po wpisie o kotach Kasia przysłała mi co dzień inną ilustrację, zawsze jednak opatrzoną linijką – “towarzystwo dla kotów”. W pewnym momencie obrazki te, zebrane razem, stworzyły już wpis. Dodałam do niego, jakżeżby inaczej, koty, w prezencie dla Kasi, która ma dziś urodziny. Najlepszego Siostro, Tobie i Twoim zwierzakom.

1 Sunday - Rabbits lighting the altar candles (BL, Add 49622, 14th c.)
Niedziela, króliki zapalają świece na ołtarzu (British Library, XIV wiek)

a Bestiary, England 13th century (British Library, Royal 12 F XIII, fol. 45r) hibernating hedgehogs
Jeże, Anglia (British Library, XIII wiek)

a Rats rowing (Ste-Geneviève, MS 143, 14th c.)

Wiosłujące szczury, S-te Genevive, XIII wiek

koty

Malujące koty, Bodhead Library, Oxford, Anglia XIII wiek

Luttrell Psalter, England ca. 1325-1340 (British Library, Add 42130, fol. 150r)

Luttrell Psalter, Anglia, 1325-1340 (British Library)

Squirrel4

Wiewiórki w: Thomas of Cantimpré, De natura rerum, Flandria, ok. roku 1350
Koninklijke Bibliotheek, The Hague

myszy

Mysz, Museum Meermanno

Wikipedia:

Bestiariusz (średniow.-łac. bestiarium) – średniowieczny gatunek literacki, należący do tzw. literatury dydaktycznej, pisany wierszem lub prozą. Egzemplarze tekstu bestiaruszy były prawie zawsze iluminowane. Pierwowzorem gatunku był pochodzący z V w. łaciński przekład greckiego dzieła nieznanego aleksandryjskiego poety z II w. – Physiologus. Zasadniczą częścią bestiariuszy był opis zwierząt – realnych i baśniowych – do których komentarz objaśniał podstawowe dogmaty wiary i zasady etyki chrześcijańskiej.
Twórcy bestiariuszy mieli ambicje naukowe, opisywali zarówno zwierzęta faktycznie istniejące, jak i takie, których realne istnienie przyjmowano za pewnik, np. na podstawie literatury antycznej. Jako egzotyczne lub rzadkie, ale jak najbardziej realne zwierzęta powszechnie uważano w średniowiecznej Europie wiwerny, smoki, gryfy, bazyliszki czy jednorożce. Wiele rzeczywistych zwierząt obdarzono fantastycznymi cechami, lub niezwykłym wyglądem. Np. pantera przestawiana była z końską głową, rogami i ziejąca ogniem.

Kaczysław Mrrbrrkrrski

Ewa Maria Slaska o wolności słowa

Felietony_i_humoreski,126808,800,600,0,0,0Napisała o nim Stefania Grodzieńska. Tekst został zapewne opublikowany najpierw w jakiejś gazecie, ale jeśli możemy go znaleźć, to tylko w książce “Felietony i humoreski” z roku 1955. Powstał, bo, nie wątpię w to, pisarka naprawdę miała dość tego, że wszyscy naokoło czepiają się tego, co pisze. I nie chodziło jej, podobnie jak i mi nie chodzi, o konstruktywną krytykę, a nawet krytykę krytyczną czyli złą ocenę. Pisarz pisze, czytelnik ocenia. I tak jest dobrze. Nawet jak ocenia źle. Ale pisarz nie może oddzielić tego, co myśli od tego, że niektóre z tych myśli dotyczą ludzi, których zna. I że ludzie ci, dla nikogo prócz siebie nierozpoznawalni, krytykują go za to, szczypią po łydkach lub z pogardą opluwają.

Ale tak jest. Nie mamy innej materii, z której wytwarzamy swoje teksty, niż my i nasze życie. Nasze myśli, wrażenia, sny, refleksje, doświadczenia, przemyślenia i oceny. To jest cała nasza wiedza, reszta to encyklopedia i fotografia. Nie można od nas oczekiwać albo żądać, że podzielimy to co wiemy, myślimy i czujemy, co nam się marzy i śni, co nas boli i czego się boimy, na to, co nam wolno a czego nie wolno. A jeśli to z oportunizmu lub lęku czynimy, to historia literatury jeszcze nas kiedyś za to rozliczy.

Czasem autor przekłada swą wiedzę w relacji jeden do jednego. To jest człowiek, którego znam i tak go tu opisuję. Poczytajmy na przykład “Alfabet wspomnień” Antoniego Słonimskiego. W haśle Belweder znalazł się taki oto cytat: “Poprzedniego wieczoru byłem na przyjęciu u Nałkowskiej. Belle femme i precieuse wszystkich regime’ów, finezyjna Nałka wydała, nie pamiętam już z jakiej okazji, wielkie przyjęcie. W trzech mieszczańskich pokoikach zebrała się elita rządu i literatury.” Tu akurat chodziło o czasy Piłsudskiego, ale mogły by być inne, opis też by pasował.

Czasem pisarz zmienia swoim postaciom imiona, nazwiska, kolor oczu czy zawód – nie ma adwokata, jest notariusz. Gdy Thomas Mann napisał Buddenbrocków (Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny) po Lubece krążyły zapiski, ba całe listy nazwisk z deszyfracją, pozwalające czytelnikowi zidentyfikować te z lekka tylko zakamuflowane osoby. Z czasem powstały z nich całe książki i/lub strony internetowe. Podobnie dzieje się z osobami opisanymi w najsłynniejszym dziele XX wieku – “Poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Z odsłanianiem tajemnic Prousta ma do czynienia nie tylko ten, kogo interesuje literatura francuska, ale również ci, którzy wysoko cenią portugalskie Fado. Misia, po zmarłej Amalii Rodrigues dzierżąca tytuł “Królowej Fado”, piosenkarka, której zawdzięczamy kobiecą odnowę tej muzyki, nazywa się naprawdę Susana Maria Alfonso de Aguiar, a jako pseudonim sceniczny wybrała imię swej ulubionej postaci z paryskiej bohemy przełomu wieków (poprzedniego, rzecz jasna) – Misi Godebskiej-Natanson-Edwards-Sert. Z kolei tu czytelnik natychmiast się dowie, że Misia, portretowana przez najsłynniejszych malarzy swego czasu, stała się wzorem nie jednej lecz nawet kilku kobiet w powieści Prousta, przede wszystkim Madame Verdurin. Nie darmo powieści takie nazywają się roman à clef.

misiasertZazwyczaj jednak dzieje się tak, że na jedną postać składają się dwie lub trzy osoby, a autor dodaje im jeszcze cechy a to cioci, a to kioskarza, a to Hitlera. Ale nie da się inaczej, piszemy o ludziach i żeby byli oni żywi, muszą się wzorować na żywych prawdziwych istotach.

Historia literatury zna setki przykładów, że ktoś opisany w książce wytacza autorowi proces. Biegli sądowie zastanawiają się z kolei, czy utwór literacki można w ogóle oceniać w kategorii prawda-fałsz i czy pisarz może kogokolwiek obrazić, nawet jeśli jego tworzywem są jakieś osoby z realnego życia.

Wróćmy jeszcze raz do Słonimskiego. Hasło ASKENAZY SZYMON. “Zwany Askemasonem, Szymonazym oraz Rebe. Na jakimś bankiecie siedziałem między nim a Boyem. „Przyjmijcie mnie do masonów — powiedział Boy przymilnie. — Przysięgam, że was nie opiszę.” Rebe skrzywił się. Nie lubił żartów na ten temat.”

A więc pisarz może spróbować obiecać, że nie będzie pisał. Zazwyczaj zresztą nie dotrzyma słowa. A bywa, nierzadko, że sama osoba opisana przez pisarza lub jej potomkowie będą, niekiedy od razu, niekiedy dopiero po czasie, wcale dumni z faktu, że tata lub dziadek pojawią się u Prusa czy Konwickiego. 214px-Stanisław_słonimski_(1853-1916)Nieoceniony Słonimski, z którego tu dziś czerpię pełnymi garściami, napisał w haśle BALIŃSKI IGNACY. “Ojciec Stanisława Balińskiego, znakomitego poety, b. prezes rady miejskiej Warszawy, we wspomnieniach ogłoszonych w Anglii pisze o moim ojcu: ‘Gdy ukazała się Lalka Prusa, w postaci doktora Szumana rozpoznano słynnego z dowcipu doktora Słonimskiego.’ Parę razy już o tym pisałem i mówiłem w radio. Jest to oczywisty dowód snobizmu. Przepraszam.”

Tata Słonimski to ten pan na zdjęciu powyżej.

Ale oczywiście bywa, że ludzie nie chcą być opisani. Nie chcą, by pisać o jakichś zdarzeniach, które ich dotyczą. O niemodnym płaszczu, który mieli na sobie pięć lat temu. O tym, że samochód był brudny, a mama miała oberwany obrąbek spódnicy.

Nie ma miejsca dla symbolu, nie ma miejsca dla metafory. Samochód był czysty, płaszcz szykowny, obrąbek starannie podszyty, a zdarzenie nie miało miejsca. Nie, bohater nie może się nazywać Zieliński, bo to zbyt przypomina moje nazwisko – Siankowski, albo, co gorsza, Ziółkowski. Nie może być kobietą, bo ja jestem kobietą. Nie może mieć piegów na nosie, bo ma je na czole moja córka. Nie może być gruby, ani chudy, młody ani stary, nie tyje, ale za to się myje, bo jeżeli nie myje się Gabriela Pigwa, to ktoś to skojarzy ze mną i pomyśli, że to ja, Rafał Kabaczek, się nie myję.

W humoresce Grodzieńskiej wskutek takich przepychanek z czytelnikami i, co gorsza, znajomymi, bohater jej kolejnej opowiastki nazywa się Kaczysław Mrrbrrkrrski i ma długi, cienki zielony nos.

Na reakcję czytelników nie trzeba długo czekać. Krytykują kompletny brak realizmu a właściwie wręcz głupotę pisarki.

PS. W okresie, gdy wszyscy wreszcie możemy się ze sobą komunikować prosto i przyjemnie, stężenie nieufności czytelnika do znajomego pisarza mogłoby lekko wyluzować. Barak Obama wie o nas wszystko, NSA, bezpieka, bank, sklep, lekarz i administrator naszych maili. A koleżanka pisarka napisała tylko trzy zdania ogólnej refleksji, nie napisała ani o kogo chodzi, ani kiedy to coś, co zostało opisane, się zdarzyło, ani gdzie. Ale cóż, może nie zauważylibyśmy nożyc, jednak, jak to mają w zwyczaju, odezwały się.

Z archiwum Exodusu 1

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

urodziny
Zbigniew Milewicz

Urodziny

Gospodarzem imprezy jest „Indyk”. Ma wśród mieszkańców obozu taki pseudonim, bo po pierwsze lubi się chwalić. Po drugie, kiedy wypije, robi się czerwony, jak indor i kiedy

„Inżynier” przestrzega go, że szlag trafia tylko raz, zwykle śmieje się i odpowiada, że zna lepsze szlagiery. Na przykład ,,w gorącym słońcu Casablanki…” Jedno mamy miejsce, tu jest twój ciasny, ale własny kąt… Ą zawodzi ochrypłym barytonem i zaraz dodaje, że to jego miejsce jest i będzie w Bundes, bo jego dziadek wprawdzie służył w legionach Piłsudskiego i dochrapał się tam stanowiska starszego rotmistrza, ale pochodził z Mysłowic, więc był poddanym pruskim. Toteż on „Indyk” śmiało może startować na pochodzenie i ma gdzieś wątpliwości ,,Inżyniera”. Na miejscu kumpla zastanowiłby się raczej nad tym, czy jego matka, z którą „Inżynier”nie widział się od chwili wyjazdu z kraju, a więc od ośmiu lat, jeszcze żyje. Wtedy miała 68 lat i od tamtej chwili nie wysłał jej nawet pocztówki. Pewnie starsza pani zamartwiła się na amen brakiem wiadomości od synusia. „Inżynier” obrusza się: bzdura, raz wysłał, zaraz na samym początku, ale później dali mu kopa z pensjonu, w którym mieszkał i musiał sobie szukać innego kąta. Na pewno więc mama odpisała mu na stary adres, a obecnego nie zna, bo skąd. Fakt, że wypadałoby odezwać się, ale jak wytłumaczy jej tyle lat milczenia? Co napisze o sobie? Ona ma intuicję, nie uwierzy w jakiś jego wyimaginowany sukces. Kiedy zaś przyzna się, że praktycznie niczego dobrego – poza sławą dobrego pijaka i złodzieja w ciągu tych ośmiu lat życia na Zachodzie nie osiągnął, to ją załamie. Starsza pani ma chore serce i beznadziejnie wierzy w uczciwość swoich dzieci. Kiedy jeszcze mieszkał w Poznaniu, mało się nie przejechała na numerze, który wykręcił jego młodszy brat. Jednego dnia do domu wpadła milicja i bez słowa zgarnęli synusia. Jak się później okazało, za włamania do Pewexów. Starszy syn miał matce zrekompensować ten cios. Ukończył Politechnikę i jako dobrze zapowiadający się absolwent wydziału budownictwa lądowego znalazł się w biurze, gdzie za trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie kazali mu segregować jakieś bezsensowne papierki. Marzył mu się raczej zagraniczny kontrakt gdzieś w Iraku albo w Egipcie i twardowalutowe apanaże, za które mógłby sobie zafundować upragnione BMW i dalsze podróże po świecie. Na łapówkę kontraktową niestety nie miał środków, matka z nauczycielskiej renty też nie mogła dołożyć, ale słyszał, że na Zachodzie Polacy na własną rękę i to w szybkim tempie dorabiają się fortuny, postanowił więc sam spróbować dorobić jeszcze jedną, własną. Do Niemiec było najbliżej, poza tym miał w Bremie stryja, który czasami przysyłał listy – pisał, że tęskni za rodziną. W Niemczech też mieli najlepiej płacić za prace budowlane… Wizę dostał na miesiąc. Przez ten czas spodziewał się „odkuć”, przynajmniej na używane, jakieś pięcioletnie BMW. Stryj owszem, ugościł bratanka, ale po trzech dniach grzecznie wyprosił go z mieszkania pod pretekstem wyjazdu z rodziną na wczasy do Hiszpanii. Nie poczytał mu tego za złe, po trzech dniach i tak brakowało im tematów do rozmowy, a stryj roboty żadnej też nie potrafił załatwić. Za to dał stówkę na drobne wydatki, a od stryjenki wałówkę na drogę.

„Indyk” rozlewa’ następną kolejkę i każe kumplowi po raz nie wiadomo który relacjonować, jak dziewczyny we Frankfurcie obrobiły go z forsy. „Inżynier” nie ma ochoty odgrzewać tego wspomnienia, ale ponieważ jestem nowy w towarzystwie, to mi powie. Dwie Niemki zdjęły go ze stopu na rogatkach Bremy i zawiozły autem do Frankfurtu. I tak nie wiedział, dokąd ma jechać. Na miejscu okazało się, że panienki pracują w wesołym interesie i w jakimś barze, do którego go zaciągnęły i gdzie urwał mu się film. Musieli mu w tym barze czegoś dodać do sekta, bo przecież miał wtedy jeszcze mocny łeb. Świadomość odzyskał dopiero nocą, na jakimś skwerze, torba turystyczna leżała obok, ale z czterystu marek, które stanowiły jego cały majątek, nie znalazł ani feniga. Policjantom z patrolu, którzy chwilę później zainteresowali się jego osobą, próbował łamaną angielszczyzną wytłumaczyć, co się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy baru, ani miejsca, gdzie się znajdował.

Tak się zaczęła jego zachodnia przygoda, która trwa do dziś. O melinach z bezdomnymi, w których mieszkał i o zwyczajach panujących w lagrach dla azylantów i przesiedleńców i tych co jadą dalej na emigrację, zarówno tych we Frankfurcie, jak i monachijskich, mógłby „Inżynier” napisać książkę. Ale kto by ją czytał? Takim starym emigrantom, jak on niepotrzebna, bo to wszystko przeżyli na własnej skórze, a w kraju i tak większość ludzi patrzy na Zachód, jak na raj. Dlatego tym nowym, co przyjeżdżają nikt nie wytłumaczy, że mają na nosie różowe okulary.
– Pożyjesz tutaj „Indyk” trochę, to je zdejmiesz – mówi ,,Inżynier”.
Ma za sobą dwa wyroki za kradzieże. Zaczął od wynoszenia wódki z Aldiego, póżniej wyspecjalizował się w skórach z eleganckich domów handlowych. Za pół ceny bez problemu znajdowały zbyt w obozach. Wpadł na głupim tytoniu na skręty, a następnym razem – na flaszce whisky, ale przecież i tak prawie wszystko z tego, co miał z kradzieży, to przepuszczał na alkohol. Po odwykówce, na którą namówiła go ostatnia narzeczona, Czeszka, nie pił prawie rok. Kiedy dziewczyna wyjechała do Kanady, znowu zaczął, ale już nie tak, jak kiedyś.
– Pracowałeś? – pytam.
– Jasne. Najpierw na „czarno”, na różnych budowach, za siedem, albo osiem marek na godzinę. Później na „biało”, za dwanaście, trzynaście. Za każdym razem były to podrzędne funkcje pomocnika budowlanego, po których wysiadły „Inżynierowi” dyski i musiał pójść do zmywania naczyń w knajpach. Innej pracy jako auslender, nie potrafił sobie załatwić i to mimo iż nie miał żadnych trudności językowych. Już po dwóch latach nieźle mówił po niemiecku. Mógł jeszcze załapać się na dworcowego sprzątacza, ale te cholerne dyski mu nie pozwalały. Kiedy więc stwierdził, że żadnej kariery zawodowej tutaj nie zrobi, wrócił pod pretekstem złego stanu zdrowia na socjal – trzysta parę marek miesięcznie to też w końcu pieniądz – a na kielicha zaczął… naciągać „Hertiego” albo ,,Kaufhof”. Ale teraz i z tym przystopował. Nie uśmiecha mu się przymusowy wyjazd do Polski. Powiedzieli mu na policji: jeszcze jedna kradzież i musi opuścić Bundes. I tak są nad podziw tolerancyjni. Dostał dwie odsiadki po pół roku i do zapłacenia w sumie kilkaset marek grzywny, w ratach, ale mógł pozostać w Niemczech, dalej na tym samym pobycie tolerowanym.

Czy chciał kiedyś sam wrócić do kraju? Owszem, zaraz na początku, ale wprowadzono stan wojenny i został. Jakoś tych osiem lat zleciało, a teraz…? Wróciłby, ale z czym, jak dziad z czarno-białym telewizorem z wystawki i ciuchami z Caritasu?

,,Indyk” jest przeciwieństwem ,,Inżyniera”. Postawnej postury i niezłomnej wiary, że podbije Niemcy, jako wykwalifikowany stroiciel organów i fortepianów. O jego zatrudnienie ubiegała się już telewizja bawarska oraz filharmonia, ale nie mógł przyjąć żadnej oferty, bo jeszcze nie ma niemieckich papierów. Siedzący przy stole wybuchają spontanicznym zdrowym śmiechem. Skrzydła boksu, w którym mieszka „Indyk”, wykonane tak jak wszystkie – z prześcieradeł, uchylają się. Wzrok Wernera, który dzisiaj ma nocny dyżur w biurze, omiata zastawiony flaszkami stół i dwa łóżka, na których siedzi towarzystwo.
– Mąż ma dzisiaj urodziny – wyjaśnia żona „Indyka”, też zaczerwieniona na twarzy, ale z tego powodu, że kłamie.
– Ach tak, to wszystkiego najlepszego – uśmiecha się sztucznie Werner. – Ale o dziesiątej proszę zgasić światło, inni chcą spać.
W obozie, zwyczajowo można tylko wtedy się napić, kiedy ktoś ma urodziny. Szczęśliwie na sali mieszka około 70 osób – Polaków, Jugosłowian, Węgrów i innych, więc prawie co dzień można zrobić imprezę. Pojutrze zdaje się moja kolej.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Poezja / Krzysztof Kamil Baczyński

Musiałam przygotowując wpis na dziś wybierać między Niemenem a Demarczyk. Niemen za tydzień, a dziś…

Ewa Demarczyk

Kilka dni temu obchodziła urodziny. Urodziła się 16 stycznia 1941 roku w Krakowie.

Na moście w Avignon
Koncert w Poznaniu – maj 1980 rok /nagranie wideo – TVP S.A.
Muzyka: Andrzej Zarycki

Autor: Krzysztof Kamil Baczyński

Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie
jak fotografia wszystkich wiosen.
Kantyczki deszczu wam przyniosę —
wyblakłe nutki w nieba dzwon
jak wody wiatrem oddychanie.
Tańczą panowie niewidzialni
na moście w Avinion.
Zielone, staroświeckie granie
jak anemiczne pączki ciszy.
Odetchnij drzewem, to usłyszysz
jak promień — naprężony ton,
jak na najcieńszej wiatru gamie
tańczą liściaste suknie panien
na moście w Avinion.
W drzewach, w zielonych okien ramie
przez widma miast — srebrzysty gotyk.
Wirują ptaki płowozłote
jak lutnie, co uciekły z rąk.
W lasach zielonych — białe łanie
uchodzą w coraz cichszy taniec.
Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avinion.

Oczywiście wszyscy wiemy, że to nie jest prawdziwa piosenka o tym moście. Ale oczywiście nie wiemy tyle, co Wikipedia:

Sur le pont d’Avignon – francuska piosenka, której treść odnosi się do mostu w Awinionie (pont Saint-Bénézet). Most, dziś częściowo zburzony, wybudowany został w latach 1171-1185 na rzece Rodan. Według legendy budowniczym mostu był św. Bénézet.

lavendaavignon
Treść piosenki opowiada o ludziach tańczących na moście, choć w rzeczywistości prawdopodobnie tańczyli oni pod mostem (sous le pont), gdzie znajduje się wyspa będąca popularnym terenem rekreacyjnym.

W Polsce tytuł ten kojarzy się z wierszem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, do którego muzykę napisał Andrzej Zarycki, a wykonywali Ewa Demarczyk, Budka Suflera, Janusz Radek oraz grupa Czerwony Tulipan.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les beaux messieurs font comme ça,
Et puis encore comme ça.Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les belles dames font comme ça,
Et puis encore comme ça.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les cordonniers font comme ça,
Et puis encore comme ça.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

***
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Damen machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Herren machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Gärtner machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

***

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The handsome gentlemen do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The beautiful ladies do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The soldiers do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The musicians do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

***
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Prześliczne panie tańczą
w przepięknych sukniach tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękni poeci  tańczą
piękni muzycy tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękne pisarki  tańczą
piękne malarki tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękne kawiarki tańczą
smutne hafciarki tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Ewa Demarczyk tańczy
Slaska z trudem tłumaczy…

Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avignon

Foto: Krzysztof Pukański, tłumaczenie piosenki francuskiej na polski z braku lepszych ofert w sieci – Ewa Maria Slaska

Zielony zeszyt i Mama

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zrezygnowałam z tytułu sobotnich wpisów “Stare papiery” – to są nadal stare papiery, ale jednak pojawiają się wspomnienia i bez papierów. Jak na przykład wspomnienia Kasi sprzed kilku dni, do których asumpt dały wcale nie stare papiery, lecz nowe rajstopy.

Wprowadzając regularny cykl wspomnień o Mamie wprowadziłam nie tylko mój świat i świat rodzinny w zawirowanie, ale spowodowałam zawirowania w świecie. Nagle wokół dawnych historii rodzinnych bardzo się dużo dzieje. Tak jakbym przywołując Mamę, poruszyła jakieś głębokie warstwy, z których wyłaniają się rodzinne elfy  ale i rodzinne strachy. Oczywiście, wywoływanie wspomnień to sprawa niebezpieczna. Moja facebookowa przyjaciółka, Maryna Over, napisała kilka dni temu:

Pal listy i fotografie. Drzyj notatki i zacieraj ślady. Inaczej pewnego poranka dopadną cię i wszystko zacznie się od początku. Nie ma rozdziałów, do których nie dałoby się czegoś dopisać. Nie ma zdjęć, które milczą i numerów telefonów, które zmieniają układ cyfr. Uczucia są jak podziemne źródła, a rany nie zabliźniają się. Uruchomisz efekt domina i mole przeszłości zjedzą ci kaszmirowy szal, w którym kryłaś się przed chłodem. Czas nie goi ran, to tylko wygodna iluzja. Dla rozdartych i samotnych.

Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady / Wzbije się dym trujący dla twego oddechu. // (…) // Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona / Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś” (głos “Dziecięcia Europy” Czesława Miłosza).

Dziś z dawna obiecany zielony zeszyt. Pełen nieznanych mi już dziś tematów.

zielonyzeszytZielony zeszyt z notatkami.

Szukając Mamy, od czasu do czasu opuszczam karton po świeżych jajach i przeglądam półki z papierami. Zielony zeszyt z notatkami jest mój. Pisałam w nim w roku 2010, gdy z powodu trzech ciężkich operacji niemal bez przerwy przebywałam w szpitalach a potem w sanatorium. Nie pamiętałam wcale, że w tym zeszycie Mama jest wciąż obecna. Pojawia się w różnych miejscach i naprawdę muszę teraz wszystko przeczytać, żeby zobaczyć, że nagle, w ostatnim zdaniu jakiegoś tekstu znajdzie się i ona, choć cały tekst dotyczy czegoś zupełnie innego.

W notatkach jest właściwie wszędzie.

Zaczyna się od pojedynczych zdań, wszystkie zapisane w szpitalu. Te notatki są jak “Skarbczyk” Mamy – zapisy tego, o czym chciałabym napisać. Niektóre linijki są dziś dla mnie całkowitą tajemnicą.

krowa i tygrys
prosiłam i przyszło
Cez Noteboom

zielonyzeszyt-stronaNoteboom pojawi się też na następnej stronie. Marquez, Cortazar, Philip Roth. Przerwa. Grass, Kundera, Murakami, Noteboom.

Tu mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie chciałam przygotować cykl opowiadań (tego się nauczyłam od Mamy – trzeba pracować cyklami, dzięki temu nawet małe rzeczy znajdą swoje miejsce w narracji), których nadrzędnym hasłem byłoby nazwisko pisarza. Stworzyłam taką opowieść o Murakamim, a pewnie chciałam mieć ich siedem, może osiem albo dziewięć.

Ale nie wiem, jak do tych pisarzy (dlaczego to są sami mężczyźni?!) pasują te dwie kobiety?

Druga żona ojca pani z pokoju (to na pewno notatka szpitalna) – pani Arab wcale nie była Arabką, lecz Iranką, jej ojciec wziął sobie jako drugą żonę – drugą synchronicznie a nie chronologicznie – szkolną koleżankę córki. Dziś już nie tylko ojciec jest bardzo stary, ale i obie dziewczyny posunęły się znacznie w latach, bardzo się ze sobą przyjaźnią i opiekują sobą nawzajem.

Fauzia i gaje migdałowe. Opowieść o Fauzii jest konsekwencją słuchania historii pani Arab. Fauzia, Afganka, uciekinierka, była wiele lat temu moją koleżanką w pracy. Czasem, jak akurat nie miałyśmy nic do roboty, opowiadała mi o swoim życiu w Kabulu w czasach, zanim przyszli Rosjanie. Była jedną z czterech córek zamożnego człowieka, właściciela wspaniałych sadów i gajów migdałowych. Rodzina mieszkała zimą w dużym luksusowym domu w Kabulu, a na lato wyjeżdżała do pałacu w górach

Włamywacz – to historia którą zapisałam i opublikowałam zarówno na tym blogu jak w miesięczniku „Odra”. To przez niego byłam w szpitalu. Strasznie chorowałam, a wszystko wywołał stres, jeśli można nazwać stresem strach, który to zdarzenie wywołało. Ten człowiek przyszedł w nocy, obudził mnie i powiedział, że musi mnie zabić.

Operacja Hiszpania Holandia – bez przecinków. Tu znowu nie mam pojęcia, o co mi chodziło, oprócz może pewnej mini powieści Ceza Notebooma „Następna historia” – to taka inna, wcześniejsza chyba, wersja „Nocnego pociągu do Lizbony” –  wiem wiem, to inni autorzy, „Pociąg” został napisany przez Paula Merciera, ale mimo to jest to ta sama opowieść. Stary nauczyciel języków starożytnych z Amsterdamu we śnie przenosi się do Barcelony, gdzie jeszcze raz przeżywa miłość do dwóch kobiet: pięknej rudowłosej koleżanki-nauczycielki oraz swej najzdolniejszej uczennicy, która ma romans z mężem jego kochanki.

Günter Grass jest pojęciem nadrzędnym. Pod spodem są punkty, które zapewne łączy Gdańsk.

Gołąb w kościele
Mama tłumaczenia
Komputer Mamy
Menonici / Starowiercy
Dwie Ewy Slaskie
Dwie siostry księżniczki
Jacek i rewizja

Kilka z tych historii już zapisałam. Powstał wpis o dwóch siostrach, nazywa się, jakże oryginalnie, dwie siostry. Czteroletni Jacek pojawia się we wpisie „Bimber na kartki” – wpisu już nie ma, ale historia, jak mój ówczesny mąż pędził bimber i przyszła rewizja, została zapisana TU (trzeba wpisać w opcję szukania słowo “bimber”, a potem poczytać wcześniej i później).  O drugiej Ewie Slaskiej też już ostatnio napisałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”, choć pewnie należy się jej osobny wpis.

Menonici / Starowiercy? Grass pisał menonitach, ja o starowierach. Widziałam w tym kiedyś pewne nieoczekiwane zbieżności – dwie konserwatywne grupy, fanatycznie religijne. Menonici uciekinierzy z Holandii, Starowierzy z Rosji. Gdzieś na linii między Żuławami a Mazurami jest granica, której nie przekroczyli, a więc się nie spotkali. Jak granica między siedliskami buka i sosny.

Trzy pierwsze historie miały dotyczyć Mamy. Gołąb w kościele – wiem, oczywiście wiem, wydaje mi się, że już gdzieś o tym pisałam, o mszy żałobnej za Mamę – podczas podniesienia do kościoła wpadł gołąb i do końca mszy fruwał nad nami, bynajmniej nie spanikowany. Wszyscy byliśmy przekonani, że to dusza Mamy.

Tłumaczenia? Tu naprawdę nie wiem, o co mi chodziło.

Piszę ten tekst w pociągu ze Szczecina do Gdańska. Właśnie stoimy w Lęborku. Długo. Tu wysiadłam 15 lat temu z porannego pociągu z Berlina, wsiadłam do autobusu i pojechałam do Kartuz, dokąd odwieziono rodziców po wypadku. Ojciec wyszedł po kilku dniach. Mama po dziesięciu dniach umarła. A zapowiadało się, że idzie już ku lepszemu, ordynator szpitala odesłał mnie więc do Berlina. Był początek roku szkolnego, a ja pracowałam wówczas jako nauczycielka i właśnie zaczynałam pracę w nowej szkole. Przyjechałam na jeden dzień. Następnego dnia Mama umarła. Miałam pociąg o 6 rano. W nocy układałam nekrolog z wierszem Maschy Kaleko, którą Mama jako pierwsza w Polsce tłumaczyła. Koło północy na dole zaczęło krzyczeć wniebogłosy małe dziecko. Mamo! Mamo! Mieszkało na parterze, ja na trzecim piętrze. Rodzina się właśnie wprowadziła, wcale ich nie znaliśmy, ani rodziców, ani dziecka. Potem zresztą szybko się wyprowadzili. Być może z mojego powodu, bo to ja w nocy zareagowałam na krzyki chłopca. Najpierw zeszłam do niego na dół, usiadłam na progu przed zamkniętymi drzwiami i próbowałam go uspokoić. Podziękowałam mu za to, że wołał Mamę, bo to ja powinnam krzyczeć na cały świat “Mamo, Mamo”. Potem opowiadałam mu bajki. Gdy jednak po godzinie słuchania chłopczyk znowu zaczął krzyczeć Mamo! zadzwoniłam po policję. Przyjechali dokładnie w tym samym momencie, kiedy wrócili też rodzice. Policja nie miała powodu, żeby ze mną rozmawiać, rodzice na mnie nawrzeszczeli. Nigdy tego dziecka nie zobaczyłam.

Wracam do notatek z zielonego zeszytu. Tłumaczenia Mamy. Tłumaczyła kilka wierszy Grassa, czy to miałam na myśli?

W notatkach tego nie ma, aż dziwne, ale pisałam już też o śmierci mamy w kontekście Stefana, którego 15 lat wcześniej spotkałam po raz pierwszy i wtedy go nazwałam Thanatos. Pojawił się u mnie w Berlinie jak grom z jasnego nieba zaraz po śmierci swojej Matki, Giny, tłumaczki Achmatowej, odszedł wkrótce potem, gdy symbolicznie odprowadził na śmierć moją Mamę.

No i ostatnia notatka pod nazwiskiem Grassa – komputer Mamy. No tak. Zatrzasnął się na zawsze po jej śmierci i nigdy nic nie udało się z niego odzyskać, mimo że zatrudniliśmy specjalistów. Dlatego dziś możemy się posłużyć tylko papierami.

niebieskizeszytCiekawe, że w papierach Mamy pojawi się ciemnoniebieski zeszyt, niemal “brat” mojego zielonego. To była pierwsza Mamy książka z tłumaczeniami Lorki. Rękodzieło.

Gdy przyjrzeć się uważniej tej okładce, to widać, że to nie zeszyt, lecz oprawiony przez introligatora maszynopis.

niebieskizeszyt-strona1
niebieskizeszyt-strona2

Za tydzień – teczki i kolejne zeszyty

Usuwalnia bagażu

torby
Zdjęcie zrobione przez Dorotę Cygan na Dworcu Głównym w Szczecinie

Dorota Cygan

Zaraz, ta fotka coś mi przypomina… no, nie wiem, nieufna wyobraźnia podsuwa mi, że może praktyki bankowe (w Polsce się kiedyś mawiało „masz jak w ruskim banku”) – niestety, akurat aktualne: ty dajesz w dobrej wierze coś na przechowanie, a twoje dobra, zamienione w akcje, bank wystawia na sprzedaż, więc ich dalszy los nie zależy już od ciebie ani od banku… no, nie, niezupełnie to skojarzenie jest logiczne, ale właściwie to całkiem typowe dla skołowanego klienta wszelkich usług, które w trakcie realizacji obracają się w przeciwieństwo tego, czym miały być.

Więc właściwie ta dworcowa przechowalnia bagażu to całkiem inteligentny pomysł na mały biznes, od czegoś trzeba zacząć. Udziałem niejednego podróżnego zresztą było już z pewnością nie raz doświadczenie, że – abstrahując od sposobu – zredukowanie bagaży podnosi standard podróżowania. Ot co. Pomyślmy zresztą, jaki wymiar metaforyczny ma torba – i od razu poczujemy ulgę, że ktoś nas uwolnił od bagażu doświadczenia, balastu przeszłości itp.

Zatem – jako żeśmy urodzeni pod znakiem Analityka – przyjrzyjmy się tej inteligentnej idei biznesowej nieco dokładniej. Torba, w której dotąd coś nosiliśmy, zostaje wyceniona i wystawiona na sprzedaż. Obiektywnie, bez udziału naszych sentymentalnych skamleń, że przecież była z nami na Majorce i w Stanach, i wszędzie się sprawdziła, nawet jako przemyślny schowek przy przemycie papierosów (co akurat w pociągach relacji Szczecin – Berlin nie jest bez znaczenia). No, mówię przecież, że wyceniają obiektywnie.

Jasne, rozumiem ten szmer protestu, ja też uważam, że moja torba, niesprawiedliwie wyceniona na trochę mniej niż stówę, zawiera całkiem cenną zawartość.  Zwyczajowo pakuję bowiem do niej: …, …, …, (to jest ćwiczenie na biernik liczby pojedynczej, standardowo stosowane jako przerywnik w zajęciach językowych dla grup na poziomie A1), ale pakując z uczniami wspólną lekcyjną torbę zawsze mam ochotę powiedzieć „pakuję NIC” (po niemiecku tak można), bo takie jest moje największe marzenie, żeby wybrać się w podróż bez niczego. Jakaż to zresztą gramatycznie subtelna i ważna różnica w stosunku do odjechania z niczym! Niestety i tak nieprzydatna, bo „NIC“ jest po niemiecku nieodmienne, na lekcji o bierniku więc zupełnie nieprzydatne. Zaś w samej lekcji o życiu – to każdy niech sobie zdefiniuje, jak tam woli.

A więc jeśli torbę wyceniają obiektywnie, to jakie właściwie kryteria są dla usuwalni bagażu istotne? Czym się ona przy wycenie kieruje? Pojemnością? Rodzajem skóry? Powierzchownością czy wnętrzem mojej torby? Może jej treścią metaforyczną? Jeśli są w niej przedmioty naładowane znaczeniowo, to co? Jest tym samym automatycznie cięższa i droższa? Na co mogę liczyć? A gdyby był w niej na przykład świstek papieru, notatka z pojęciami network, sukces, samorealizacja, rodzina – to czy ma to już  ciężar gatunkowy poradnika czy jedynie hasłowej listy przebojów, aktualizowanej co tydzień nowymi derywatami tychże haseł po głównym wydaniu dziennika? A takie np. jedno zdanie z Konwickiego, mocno już pożółkłe, ale świeże jak nie wiem co, jakby napisane dzisiaj: „Każdy zaczyna od pisania wierszy a kończy na spekulacjach giełdowych” – no więc gdyby tam było na kartce papieru to jedno zdanie, wynotowane z tekstu na resztę mojej człowieczej podróży, to co? Miałoby ono wartość sentencji, wizji, przepowiedni, smutnego proroctwa  (pomyślmy, napisane w 1984 roku!)? I ile by zaważyło przy wycenie mojej torby życiowej? A może przelicznik jest inny: liczy się długość zdania, ilość liter lub głosek (by nie faworyzować grubych rz, dz i cz kosztem chudych) – no to wówczas tekst dobrego, zwięzłego  aforysty nie przysporzyłby nam niestety korzyści, wodolejstwo i redundancja oczywiście by wygrały. A może, jeszcze banalniej, decyduje sama skóra torby? Gruba czy cienka – czy ja wiem, co dzisiaj właściwie jest w modzie i społecznie akceptowane? No, a  jak to jest w przypadku ludzi? Kogo by wycenili na więcej? Może „cienkoskórnego”, co?  Hehe. Każda skóra ma swoją cenę? Precz cyniku, tu chodzi jednak o pryncypia. Inna sprawa, że niby skóra torby nie równa się skórze twarzy, ale bywa, że torba jest naszą twarzą, bezbłędnie poznasz, kto jest kto i skąd przybył, prędzej jeszcze niż po rysach. Więc co będzie wisieć na mojej torbie? Jaka cena? Dociągnę do stówki? To mniej więcej tak samo łatwo zgadnąć jak to, czy dociągnę do sześćdziesiątki. Jak widać, zdjęcie pokazuje pewien problem egzystencjalny, gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości.

Przypomina mi się tu jeden nieśmieszny epizod mojej życiowej podróży, sprzed jakichś siedmiu lat. Gdy wracałam z fundowanego pobytu bibliotecznego, złodziej-idiota, włamawszy się do mojego samochodu, „wyswobodził” mnie z dwóch toreb pełnych… odręcznych notatek z archiwaliów, lekko licząc 10 kilo razem, pisanych ołówkiem, drobnym maczkiem przez trzy miesiące po ileś godzin dziennie, wbrew zmęczeniu i na przekor innym ciągotom. Nie mam złudzeń, ciężar gatunkowy tych notatek  mniej go może poraził niż fakt, ze targał głupiec te torby z wysiłkiem, by na koniec (niechybnie tak było, bo zapadły się pod ziemię mimo moich upartych poszukiwań przez kilka dni w całym mieście) wyrzucić je ze złości do Odry. Jedynie ten obrazek jest mnie dziś w stanie skłonić do uśmiechu na myśl o ciężarze gatunkowym mojej ówczesnej torby, – a i wadze tego doświadczenia, że wiedzę jednak lepiej przechowywać w głowie niż w notatkach. A ile jest warte takie rozpoznanie? I na ile zależy od zawartości torby? Dla mnie subiektywnie może więcej niż stówkę.

A moje Życiowe Torby Zebrane? Gdyby je tak przyjęto do usuwalni bagażu? Wraz z innymi, i bagaże wszystkich podróżnych przechowano by  w ten sam sposób – i gdyby się okazało, że wszystkie wycenione torby natychmiast znalazły nabywcę, poszły w mig, tylko moja jakoś nie – to co? Jakby tak została i nie byłoby chętnych? Co by to znaczyło? Że mój bagaż życiowy nic niewart? Albo mniej niż doświadczenia innych? W dodatku dla wszystkich jest to jasne i oczywiste – oprócz mnie jednej? I nikt mi tego przez delikatność nie mówi, żeby mnie nie zranić? I tak, na przykład, każdy wita się ze mną jakby nigdy nic, wiedząc dobrze już po sekundzie, że niczego z tego życia by nie chciał kupić? To  co by to właściwie znaczyło? Że za mało w nim głębszych treści? Za mało atrakcyjnych gadżetów? Produkt nieoryginalny, zapożyczony, czy wręcz ordynarna podróbka cudzego życia? Zawartość niesprzedawalna, bo nieurozmaicona? Tak, najprędzej chyba to ostatnie.

Bo trzeba patrzeć, co się wkłada do torby. No proszę, gdyby nie Dworzec Główny w Szczecinie, jutro bym pewnie starym zwyczajem znów wyjałowiła dzień z wszelkich przyjemności, wypełniając swą dzienną torbę łańcuszkiem obowiązków. Na ramię i w drogę, jak od lat. Może tymczasem jednak, dzięki napotkanej usuwalni bagażu, w porę pomyślę o spakowaniu do torby jednego lekkiego słowa: „nie”. Waży niewiele, a jakiż ma ciężar gatunkowy! I siłę rażenia także. Biorę. O ileż lżej mi będzie z tym słówkiem w bagażu. No to jedziemy. Za późno nie jest.

Ciepłe majtki w kwiatki

Dziś wpis mojej siostry, ale najpierw pewna uszczypliwość ode mnie. Otóż aby zilustrować to, o czym pisze Kasia, zapragnęłam znaleźć obrazek z bardzo specjalnymi ciepłymi majtkami w kwiatki. Wpisałam takie hasło w polskiego google’a i oto co mi się pokazało:

cieple-majtki-kwiatki-polRównież przy (sc)rolowaniu w dół odpowiednich majtek nie znalazłam. Przetłumaczyłam więc polskie hasło na niemiecki (warme Unterwäsche Blumenmuster) i otrzymałam TO!

cieple-majtki-kwiatki-niemPatrzyłam i patrzyłam, oczom nie wierząc. To jest społeczeństwo, w którym żyję od ćwierć wieku! O mamo!

rajstopyOK, obejdziemy się bez obrazka majtek. Musi Wam wystarczyć wyobraźni.

Katarzyna Krenz o Irenie Kuran-Boguckiej

Dla wyjaśnienia – dostałam od mojej siostry na gwiazdkę czarne rajstopy w małe czerwone różyczki. Piękne. A tuż przed gwiazdką kupiłam sama sobie granatową sukienkę Vintage w malutkie czerwone kwiatuszki. Oba elementy konfekcyjne odtworzyły nagle i niespodziewanie gdańskie lata 60. Wczoraj Esden-Tempski i Anka Gwiazda zabrali mnie do Polski lat 80, dziś moja siostra wysłała mnie w lata 60.

Cieszę się, że ci się podobają, wiem, że lubisz ładne rajstopy,
🙂
Poza tym nie wiem, czy wiesz, dlaczego kupuję te rajstopy tak namiętnie, bo nie wiem, czy pamiętasz, że dostałyśmy kiedyś takie “ciepłe majtki” od Mamy. Przywiozła je nam z Włoch, gdzie była na stypendium. Pamiętasz? Spędziła tam 3 miesiące. Jeździła, zwiedzała, a pieniądze, jakie dostała z ministerstwa Kultury i Sztuki, podzieliła na “bieżące” i “na zaś” czyli na prezenty. Bieżące szły na jedną puszkę sardynek i tabliczkę czekolady – to była jej codzienna porcja, do końca życia szprotki ją wzruszały, bo przypominały jej słońce na ulicach Florencji i Neapolu. Jadła te puszki na ulicy? w parku? w tanim hosteliku? (bo przecież nie w porządnym hotelu, na co stypendium ministerialne zapewne nie pozwalało). A więc szprotki, a do tego jedna kostka czekolady, kupowała najtańszą, kulinarną, w grubych tabliczkach o dużych kostkach, pamiętam, że przywiozła jedną – może ostatnią z tych swoich dziennych porcji? I przywiozła nam  prezenty: ciepłe majtki. To była zmora naszej młodości, konieczny dodatek do cienkich nylonowych pończoch z pasem i klamerkami, z kawałkami gołego uda wystawionego na podmuchy zimowego wiatru. A tu nagle takie majtki: eleganckie, wyjątkowe i wyjątkowo piękne. Ty dostałaś czarne w niebieskie kwiateczki, a ja właśnie takie, jak te pończochy, na czarnym tle kolorowe! Nosiłyśmy je tak, żeby brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! Poza tym Mama przywiozła nam kostiumy kąpielowe – elastyczne, do ciała, mój był w niebieskie kwiaty, nosiłam go latami, przez studia, do czasu, gdy wyszłam za mąż. Mam go jeszcze dziś! Dostałyśmy też bluzki – moja była w białe, kremowe i błękitne paski, dzianina była prążkowana. Zagraniczna! Jak z filmu! Sandałki? Czy przywiozła nam też sandałki?

Bluzki nie pamiętam, sandałków na pewno nie było, kostiumy – tak, oczywiście pamiętam, ale przede wszystkim hitem prezentowym były te majtki! Te majtki!
Dziękuję mojej siostrze za ten wpis!

Stanisław czyli tam i z powrotem

Był / jest z Gdańska. Znałam go wiele lat temu i była to znajomość nowojorska (jeśli na przyjęciu porozmawiałeś z kimś dłużej niż minutę, to jest on twoim znajomym). Byłam bardzo dumna z tej znajomości, bo fajnie było znać autora skandalicznego tomu wierszy. Chodzi mi o debiutancki tom, zatytułowany “Wytrwale rozwijam swe złe skłonności” (Wydawnictwo Morskie, 1978). Wiele lat później przeczytałam jego powieść “Łowcy orchidei” o wyjeździe “tam” czyli do USA. Na owe czasy była rzadkim w Polsce zjawiskiem literackim, bo jej bohaterami byli dwaj homoseksualiści, czy raczej – chyba – biseksualiści. W każdym razie wątek homoseksualny był w niej bardzo wyraźnie zarysowany. Potem autor zniknął mi z oczu i pamięci, aż objawił się z powrotem tym oto zdjęciem na Facebooku:

pustynna-mleczarniaPod zdjęciem znalazł się taki oto wpis:

PUSTYNNA MLECZARNIA for sale
Ten opuszczony budynek znalazłem włócząc się po pustynii Mohave. Kiedy wyjeżdżałem do Polski Tymoteusz Karpowicz zapytał mnie – „Na czym opieram decyzję wyjazdu do Kraju?” i zostawiam majątek, który przez lata pobytu w Chicago zgromadziłem, amerykańską żonę, przyjaciół. W jego oczach ujrzałem strach przed tą decyzją, bo zagrażała jego pewności, że dobrze robi, mieszkając tyle lat poza krajem i sprzedając swój talent i Misję za dolary, zarabiane wykładami na amerykańskim Unwersytecie. − Ja po prostu, odrzekłem, wracam do domu… bo umieram z tęsknoty. Każdego dnia cieszę się chodząc ulicach rodzinnego Miasta (…) coraz głębiej wbija mi się nóż Codzienności. Muszę, jak wszyscy, płacić srogo za swoją romantyczną decyzję. Tymek umarł w Chicago i to była ta odpowiedź jego serca. A ja, cóż, płacę podatki za deszcz i śmieci, nienapisane książki, o których długo w noc dyskutowaliśmy z mym przyjacielem, Gigantem polskiej poezji. Kto powiedział, że życie artysty jest łatwe? Pani Katarzyna Krzan, Szefowa e-bookowa wydała właśnie ŁOWCĘ ORCHIDEI i, tak jak przedtem, UCIECZKĘ DO POLSKI, a w przygotowaniu jest KUNDEL, a wszystko to w TRYLOGII HETEROSEKSUALNEJ Ciągle rozmawiam w myślach z Tymkiem. Do zobaczenia Przyjacielu. Jeszcze muszę odbębnić moje DRUGIE ŻYCIE, ale w końcu się zobaczymy, mam nadzieję, że nie będzie to Piekło.

ucieczka-do-polskiZnawcy Gdańska i polskiej literatury współczesnej już wiedzą, o kim tu piszę. Stanisław Esden-Tempski. Twierdzi, że polski światek znienawidził go za tę nową powieść czyli “Ucieczkę do Polski”. Bohater wyjechał “tam”, teraz wraca “z powrotem”. Weszłam na stronę e-bookowa. Znalazłam fragment “Ucieczki” do poczytania za darmo i kupiłam ją sobie za złotych polskich 12. Warto! Zanim jednak przejdę do samej książki, poproszę, byśmy spojrzeli na okładkę. Bo to dowód na to, że świat jest mały. Okładkę zaprojektowała Anna Gwiazda, kolejna moja nowojorska znajoma, siostra słynnego Andrzeja Gwiazdy, wspaniała graficzka. Anna, Andrzej i Stanisław wspólnymi siłami skonstruowali dla mnie maszynę czasu i przenieśli mnie do Gdańska młodości (mojej) i wolności (naszej).

Do Stanów przypłynąłem pontonem. Na ten wspaniały ponton musiałem najpierw zarobić. Pierwszy miesiąc pobytu w tym pięknym kraju spędziłem na zbieraniu glist i innego robactwa na polach dla firmy zajmującej się zaopatrzeniem wędkarzy w żywą przynętę. Musiałem gonić je na kolanach, w świetle księżyca, jak jakiś glizdojad, a one zawsze umiały skryć się przede mną pod ziemią. Nigdy nie myślałem, że dżdżownice mogą tak szybko uciekać przed człowiekiem! Na przestrzeni kilku metrów urządzały sobie tor wyścigowy. Te robaki miały mi podsunąć pod stopy latający dywan, bym mógł dotrzeć do Chicago. Musiałem zebrać dwa tysiące kanadyjskich dolarów, by przeszmuglować się przez granicę którymś z polskich traków. Wreszcie robaki śniły mi się po nocach. Po zebraniu dwudziestu skrzynek dżdżownic i innego świństwa, wychodzącego o zmroku z ziemi, miałem dokładnie tyle, by kupić sobie ponton. Wyobrażałem sobie tę chwilę, jak start w nowe, wolne życie. Wyzwolenie, które glisty powitają chóralnym wrzaskiem, płosząc krety i pieski stepowe.

esden-recenzja
Ciekawe, że w recenzji, która krytykuje ilość błędów w e-booku, też są błędy. “Na rzeczywistość spoglądamy oczami Sławka Balda, czterdziestoparolatka, który właśnie wrócił do Polski po kilkunastu lat spędzonych na nielegalnej emigracji w USA.”

Ale jeszcze ciekawsze jest to, że najwyraźniej powrót do kraju (Kraju?) z amerykańskiej wylęgarni mitów o powodzeniu, budzi niezwykłe, negatywne emocje. Mieszkam od lat w Berlinie – w tym czasie dziesiątki moich znajomych powróciło z Niemiec do Polski i nie wydaje mi się, by te powroty spotkały się z jakąkolwiek krytyką.

Może rzeczywiście problemem jest mit, polski mit o ZAGRANICY. My, ci z Niemiec, nie mamy za sobą żadnych mitów, a jeżeli, to same negatywne. Gdy wyjeżdżaliśmy – byliśmy zdrajcami i sprzedaliśmy się za niemieckie pieniądze. Jak porzucamy mit negatywny i wracamy, to być może podświadomie widzi się w nas powracających do domu braci marnotrawnych. Natomiast ci, którzy jadą TAM, za Ocean, to zupełnie inna sprawa. Przy wyjeździe otacza ich podziw i zazdrość, a gdy wracają – pogarda, bo nośnik mitu zakłada, że potwornie się nam tam nie udało. Myślę, że tak może być. Ale może Stanisław, który odbył mityczną drogę tam i z powrotem, coś nam tu dopowie.