Ach, święty Walenty…

Krystyna Koziewicz

Czy to jest miłość…

O fascynacji młodzieńców do starszej wiekiem kobiety pisze się bardzo rzadko. Odnosi się wrażenie jakby, problem w ogóle nie istniał. A przecież jest, to wiem… istnieją przypadki zakochania się pomimo dużej różnicy wieku. Weźmy przykład moich dwóch sąsiadek z bloku, jedna z nich związana jest od roku z mężczyzną o 27 lat młodszym. Czy jest szczęśliwa, tego nie wiem, ale obserwuję u niej duże zmiany na korzyść. Druga jest w związku ślubnym z młodszym o 20 lat facetem z Portugalii, ponoć jest im dobrze ze sobą – tak powiada. Nie pytałam o szczegóły, w każdym bądź razie obie pary wyglądają na zadowolone z partnerów i wcale się nie wstydzą paradować po mieście.
Natomiast w przypadku mężczyzn, jeśli różnica nie jest zbyt widoczna to nie ma sensacji w temacie. Wiemy, jak to jest, gdy w pewnym wieku chłopy zaczynają wariować, szukając potwierdzenia atrakcyjności wśród młodych dziewcząt, zostawiając małżonki z dzieciakami. Bez znieczulenia. Kobiecie natomiast jakoś nie wypada pokazywać się w towarzystwie młodego, bo zaraz pada ciekawskie pytanie, czy to syn, brat czy wnuczek? Dość typowa reakcja.

W moich wspomnieniach przywołam gehennę, jaką przeżyłam z młodym mężczyzną, który długo zadręczał nasz dom bezustannymi odwiedzinami. Po prostu zakochał się i kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ich fascynuje i czego szukają młodzi mężczyźni? Co ma wtedy kobieta zrobić z taką miłością? Przecież z góry wiadomo, że młodzi mężczyźni raczej dla przygody wiążą się ze starszymi kobietami. Może potrzebują opiekuńczości partnerki, jej dobrych rad, bo ze względu na ego nie bardzo mają ochotę słuchać rad swoich rówieśniczek. Dojrzała kobieta w stosunku do młodszego nie ma wielkich wymagań, doświadczenie seksualne przewyższa wszelkie umiejętności jego koleżanek, co najzwyczajniej w świecie pewnie ich bardzo „kręci”.
A jeśli dojrzała kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną to na plus jest fascynacja młodością, która w ten sposób odmładza ją nie tylko mentalnie, ale jest też dostrzegana przez otoczenie.

W literaturze też znajdziemy ciekawe wątki zakochania się, jak choćby w kultowej powieści Rodziewiczówny “Lato leśnych ludzi”, gdzie do chaty w lesie przysyłają chłopaka, licealistę, który kochał się w kobiecie o kilkadziesiąt lat starszej i ponoć chciał sie truć czy strzelać.
No i pysznie, tylko, że naprawdę w tej chacie mieszkały… same kobiety, a Rodziewiczówna była Rosomakiem. To ciekawe, kogo naprawdę tym paniom tam przysłali i czy to chłopakowi pomogło?

Podobno w Konopnickiej, jak miała 50 lat, kochał się na zabój młody chłopak i nie mogła się od niego opędzić. Czyli wypisz wymaluj moja historia, tylko ja byłam wtedy dużo młodsza.

No i był taki film reżysera Bogdanowicza, kiedyś bardzo słynny, nazywał się “Ostatni seans filmowy” i tam też podobna historia jak ta niżej opisana, kiedy chłopak ze szkoły i kolega syna kocha się w mamie kolegi.

Na koniec więc coś z życia wzięte. Jest mężatka, jest dwóch synów i kolega z klasy, który często przychodził z wizytą. Zbyt często, ale niczego szczególnego nie zauważono, ot, chłopcy mieli wspólne zainteresowania, tematy, gry, zabawy. Pewnego razu, kiedy synowie pojechali na wakacje, niespodziewanie pojawił się ów młodzieniec. Już w drzwiach został poinformowany, że „przecież synowie wyjechali i wrócą za dwa tygodnie”. No, to już wiecie, że to byłam ja…
– Ale ja do Pani przyszedłem – oznajmia.
– Do mnie, stało sie coś? – miałam na myśli moje dzieci.
Zaniepokojona i podenerwowana wpuściłam do domu, pytając, o co chodzi? To, co usłyszałam zaskoczyło mnie całkowicie.
– Zakochałem się w Pani i to trwa od pół roku, nie mogę przestać o Pani myśleć, spać, ciągle mam Panią przed oczami.
Słucham, a on, że chce tu bywać częściej i, co ciekawe, zastrzega, że mam się nie dziwić, bo on dużo czytał na ten temat i taka miłość istnieje naprawdę.
– A jakiej spodziewasz się reakcji z mojej strony?
Gadałam prawdopodobnie bez sensu, bo nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście, żadne argumenty, że jest w wieku syna, że jestem mężatką, że to mnie śmieszy, nie przekonały młodzieńca. Prosił, bym zastanowiła się i do następnego dnia dała mu odpowiedź, czy wyjadę z nim na wakacje pod namioty. O mało nie spadłam z fotela, słysząc propozycję wspólnego wyjazdu.
– A co miałabym robić pod namiotem?
– Jak to co, kochać się do upadłego… – odważnie wyjaśnił chłopak.
Byłam w szoku, pewnie myślał sobie, że skoro mąż na saksach, to ja być może potrzebuję najzwyczajniej seksu…Może i dobrze myślał, ale oczywiście nie zgodziłam się. Strasznie się zdenerwował, kiedy kategorycznie odmówiłam. Wyszedł obrażony, trzaskając drzwiami, aż cały dom się zachwiał. Nawet się trochę wystraszyłam, że sobie coś zrobi…
Po jakimś czasie, kiedy chłopcy wrócili z wakacji, znowu się pojawił, przychodził jak zwykle do syna, który początkowo o niczym nie wiedział. Siedział zawsze osowiały, jakiś dziwny, jak nieobecny – stwierdził mój syn. Stan ten trwał prawie rok. W końcu powiedziałam synowi o koledze, ale i tak niewiele to zmieniło. Przychodził nadal wprawdzie rzadko, ale pojawiał się, przynosząc a to lody, a to ciastka, a to coca colę. A mnie wcale nie było do śmiechu, byłam zła, chciałam mu siebie obrzydzić i mieć święty spokój. Wyjazd na Zachód dał kres niechcianej miłości!

Wspomnienia wróciły niedawno, kiedy po wielu latach na Naszej Klasie na moim profilu pojawił się kilka razy. Ręce mi opadły, jeszcze go interesowałam… Po tylu latach… Ach, święty Walenty!

Co pokolenie…

przekroj0Ewa Maria Slaska

Kiedyś, wieki temu, w „Przekroju” pojawił się taki felietonik Lucynki i Paulinki, emancypowanych i nowoczesnych kobiet PRL-u, o tym, że aby prawidłowo dbać o urodę trzeba zrobić… I tu następowała wyliczanka, z której nic nie pamiętam, ale jestem przekonana, że musiała tam być gimnastyka poranna całego ciała i osobno gimnastyka szyi (kobiety w tamtej epoce bardzo musiały dbać o szyję), na pewno było mycie zębów po jedzeniu i może zimny prysznic… A to długaśne wyliczenie kończyło się konkluzją “i to wszystko zajmie ci nie więcej niż 10 minut dziennie”.

Lucynka i Paulinka to Barbara Hoff i Janina Ipohorska. W „Przekroju” Hoff prowadziła rubrykę „Moda”, a Ipohorska o modzie pisała i udzielała porad savoir vivre’u jako Jan Kamyczek. Hoff miała świetne pomysły na ciuchy, dające się zrobić z rzeczy dostępnych i tanich. Jeszcze ja, pokolenie później, nosiłam zaprojektowane przez nią tanie sukienki sztruksowe z tak zwanej kolekcji “Przekroju”.

Lucynka i Paulinka to były dwie młode kobiety, które rozmawiały o modzie i stylu życia. Wymyślały nowe słowa, a niektóre z nich weszły na stałe do polszczyzny, np. wdzianko, kufajka czy lejba, skrzyżowanie polskiego słowa “leje” z niemieckim “Leibchen” – koszulka.

Moja Mama bardzo lubiła Lucynkę i Paulinkę, jak w ogóle cały “Przekrój”, a już ten felietonik cytowała nadzwyczaj często, naigrywając się z paniuś, które całe życie spędzają przed lustrem, jakby nie wiedziały, że prawdziwym sensem życia jest uprawianie Sztuki. Ale i ona miała dla nas w zanadrzu kilka porad. Na przykład – to w kwestii wyjaśnienia problemu szyi w latach 50 i 60 – czymkolwiek smarujesz twarz, smaruj i szyję, a jeśli nakładasz makijaż na twarz, nakładaj go i na szyję, bo nic bardziej nie zdradza wieku kobiety niż dekolt i szyja. Albo: zawsze smaruj łokcie kremem. I: jeśli się ładnie ubrałaś i wyszłaś, nigdy nie skub i nie poprawiaj ubrania na sobie ani fryzury. Nie odginaj małego palca przy piciu herbaty, bo to elegancja z przedmieścia, i nie podnoś spódniczki, siadając w tramwaju czy w autobusie – trudno, najwyżej się pogniecie. Nie siorb, nie mlaskaj, nie odzywaj się przy jedzeniu, siedź prosto i głupio się nie uśmiechaj, nie mieszaj głośno łyżeczką w kubku, zasłaniaj buzię przy ziewaniu, ale też – “to zawsze ładnie, jeśli młoda panienka ma coś białego przy twarzy”.

przekroj1

Minęło …dziesiąt lat i na Facebooku pojawia się taki oto tekst Katarzyny Nowickiej:

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas.
I też jedną pomarańczę na wit. C i pół melona żeby poprawić trawienie, oraz filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy. Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysiusiać na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie).
Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L. Casei Defensis, i choć nikt nie wie, co to za g…… jest, wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora melona zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnie. Codziennie jedną aspirynę żeby zapobiegać zawałowi i lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo, już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz.
Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika.
Należy przyjmować od sześciu do ośmiu posiłków dziennie, lekkich, oczywiście, nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa.
Zróbmy małe obliczono – już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.
A, po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po Activii i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak, dokąd starczy zębów.
Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin.
Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć jakich potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego, zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie.
No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pól godziny zrobi Ci się godzina).
Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to, jak sądzę, również.
Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby porównać informacje.
A! trzeba uprawiać seks każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowacyjnym, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga czasu. A co dopiero, jeśli ma to być seks tantryczny! (Seks tantryczny jest aktem duchowego i cielesnego zespolenia).
(Celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)
Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie.
Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy, to robienie kilku rzeczy na raz, na przykład: bierzesz prysznic w zimnej wodzie i z otwartymi ustami, w ten sposób połykasz 2 litry wody.
Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz seks (tantryczny) ze swoim partnerem, który w międzyczasie ogląda telewizję, i opowiada Ci, co się dzieje na ekranie.
W czasie gdy myjesz zęby, masz jeszcze jedną wolną rękę?
Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!! Wypij wino (po telefonie do rodziców przyda się).
Uff… Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to prześlij to dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny).
A teraz już Was zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji.
A! Po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…

Co pokolenie to samo. Zalecenia się zmieniają, ale nie ich ilość. A Katarzyna nie wpisała tu jeszcze żadnych zasad związanych z gotowaniem. Zacznijmy więc: nie jedz w knajpach, tylko gotuj sama, nie kupuj półproduktów, przygotowuj je sama, nie smaż na dziewicy (mam oczywiście na myśli oliwę z oliwek wyciskaną na zimno zwaną “vergine”) ani na maśle, więc jak zapomniałaś, to szoruj do sklepu po olej rzepakowy (groza – za moich czasów nikt nie brał oleju rzepakowego do ust!), cebulkę trzeba dusić na oliwie 20 minut, bo coś tam, nie wiem co, szpinak blanszować trzy minuty, ale za to przedtem myć godzinę, bo w świeżym są tony piachu. Czosnek drobno siekać, a nie wyciskać przez wyciskarkę, jajek nie smażyć tylko gotować 7 minut, to nie będą miały szkodliwego cholesterolu, masło (aha, znowu masło) najlepiej klarować podwójnie (co najwyżej pół godziny), rosół redukować przez 12 godzin, wodę przegotować, ostudzić, wstawić w metalowym kubeczku do zamrażarki, po 12 godzinach wyjąć, rozmrozić i wypić na czczo, będzie coś, też nie wiem co, ale na pewno dobrze… nie używać mąki z pszenicy, żyta i jęczmienia, tylko zrobić sobie samej z owsa, prosa i kaszy gryczanej. Nie pić mleka tylko wyekstrahować sobie z migdałów mleko migdałowe, a z ryżu mleko ryżowe… A sojowe lepiej nie, bo be. A frytki upiec w piecu, a naleśniki usmażyć bez żółtek, a nie smażyć na tłuszczu, bo wszystko be, a potem na całą noc po pubach i klubach, i piwko, wódeczka, piwko, papierosek…

A na zakończenie – wpisałam w google’a hasło: “i to wszystko zajmie mi nie więcej niż 10 minut” i w 0, 61 s. otrzymałam “około 35,800,000” wyników.

Całuję!

Pirat i jego kapitan 2

Lech Milewski

Kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net.au – program festiwalu Antenna.

Starszy mężczyzna ma oczy zasłonięte grubym zwojem bandaży. Niepewnie stąpa po wąskich, krętych korytarzach. Idący za nim osobnik kieruje go w stronę metalowych schodów, takich jak na statku. Potem jeszcze kilka kroków i wchodzą do pomieszczenia wyglądającego jak gabinet lekarski. Pomagają mężczyźnie usiąść na krześle. Nagle rozlega się strzał z broni palnej.

Powyższa scena to początek filmu The Captain and his Pirate, o którym pisałem 2 tygodnie temu TUTAJ – KLIK.

Film jest refleksją na temat porwania i przetrzymywania przez piratów niemieckego statku przez 121 dni. Reżyser filmu – Andy Wollf – prezentuje dość szokującą tezę – dowódca piratów był jedyną osobą doceniajacą wysiłki kapitana zmierzające do uratowania załogi – armator całkowicie je lekceważył a załoga traciła zaufanie do kapitana.

Uważam film za dobrze zrobiony i przekonujący. Tytułowy pirat jest inteligentny, dowcipny i potwierdza tezę autora. Zachęciło mnie to do przeczytania książki autorstwa kapitana Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger – KLIK.

Książka relacjonuje dokładnie, dzień po dniu, przebieg wydarzeń. Większość książki stanowią kopie korespondencji między statkiem i kompanią. Prócz tego książka zawiera relacje żony kapitana oraz jej korespondencję z mężem, z armatorem i wreszcie z redaktorem Spiegla i niemieckimi politykami. Jest to bardzo surowa lecz pasjonująca lektura. Niestety obraz jaki się z niej wyłania nie zawiera inteligencji, dowcipu ani polotu. Wręcz przeciwnie.

Zaczęło się to tak:
“Sobota, 04.04.09
Piękny, słoneczny poranek. Półtora dnia do Mombasy. Wszyscy cieszą się zaplanowanym na dziś grillem. Mały prosiaczek już zamarynowany przez Filipińczyków czeka na rozpoczęcie grillowania.
Siedzę w kabinie przygotowuję ostatnie miesięczne rozliczenie do wysłania z Mombasy pocztą do Kompanii.
– Panie kapitanie, proszę szybko na mostek – krzyczy do słuchawki telefonicznej wachtowy, trzeci oficer – speedboat przybliża się z dużą szybkością z SW, naszego kontrkursu…
Nakazałem natychmiast zmienić kurs na przeciwny. Błyskawicznie zerwałem się z miejsca i na mostek. Zdążyłem tylko zdjąć mój kapitański sygnet i obrączkę i wcisnąłem je w ziemię w doniczce z kwiatkiem w salonie.”

Uwaga: wszystkie cytaty w tym wpisie pochodzą z książki Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger.

Następuje dramatyczna ucieczka i pościg. Statek jest w ciągłej łączności z Anty Piracy Centre w Dubaju skąd otrzymuje techniczne wskazówki jak wymanewrować piratów. Kapitan uprzedza te wskazówki i po mistrzowsku prowadzi statek.
Jednak już tego samego dnia, w deszczowym Monachium, żona kapitana otrzymuje wiadomość:
“Heute Morgen ist der Hansa Stavanger von Piraten gekapert. Verbindung mit Schiff ist abgebrochen, mehr wissen wir nicht.”

Załoga statku spędziła ponad 6 godzin na gaszeniu pożarów wznieconych przez piracke rakiety. Nocleg na gołych deskach pokładu.
Następnego dnia w polu widzenia pojawia się niemiecka fregata Karlsruhe. Za późno i za blisko. Piraci wymierzają karabiny maszynowe w załogę – zatrzymaj ich – polecają kapitanowi. Fregata odpływa na bezpieczną odległość.

Tego samego dnia w Monachium, żonę kapitana odwiedzają przedstawiciele policji – BKA – BundesKriminalAmt. Informują, że pertraktacje mogą potrwać 4 do 8 tygodni, taki jest standard w podobnych przypadkach.

Standard – znaczy jesteśmy w cywilizowanym świecie. Napady pirackie u wybrzeży Somalii przybrały takie rozmiary, że uzasadnione stało się opracowanie odpowiednich procedur. To wprowadza równowagę. Armator wie w jaki sposób pertraktować z piratami, piraci wiedzą, że otrzymają jakieś pieniądze. Jedyni, którzy mogą mieć jakieś obawy i wątpliwości to zakładnicy. Poważne obawy i wątpliwości.

“Poniedziałek 7.04.09
… przyjechał największy zbój – główny negocjator. Zażądał 15 milionów. Pozwolił na rozmowę, więc rozmawiałem z kompanią. Będą robić wszystko, aby zapłacic kaucję.”

Piraci nakazują żeglugę w stronę wybrzeża Somalii. Mijają 3 dni bez żadnej wiadomości ze strony kompanii.

“Sobota (wielkanocna) 11.04.09
Po wielu próbach dodzwoniłem się również do negocjatora ze strony kompanii. Odpowiedział mi arogancko, że wie co robi. Na moje prośby o wysłanie jakiegokolwiek maila do piratów odpowiedział… że zbliżają się święta i wszystkie banki są zamknięte.”
Chyba nie miałem jednak racji pisząc wcześniej, że w książce brak jest dowcipu.

W wielkanocną niedzielę przychodzi faks z kompanii, który stawia sprawę jasno:
“..We ask that the crew does not become involved in making negotiations with the pirates: this should only be done by me on behalf of the Company, here in Germany.”

Tymczasem na statku…
“Poniedziałek 13.04.09
Piraci używają toalety bez spuszczania wody. Dwa razy dziennie de‐zynfekujemy toaletę, by utrzymać jakąkolwiek higienę. Najgorsze, że siły opuszczają załogę i już mam dwóch chorych. Ukraiński trzeci oficer, Sława. i spawacz pokładowy mają gorączkę. Początek grypy. Piraci także są chorzy. Boję się, żeby te brudasy nie przyniosły nam z lądu jakiegoś bakcyla.”

Tymczasem u żony kapitana…
“Dziś dotarł do mnie mail od Krzysztofa, który zawierał długo oczekiwany faks od armatora do załogi. Po przeczytaniu zesztywniałam. W treści faksu napisano, że armator troszczy się cały czas o rodziny, a oprócz tego wyznaczono wyraźnie godziny pod telefonem, w których są gotowi do rozmów z piratami. Tego już było za wiele. Po pierwsze, nikt z ramienia armatora się o nas nie troszczył, po drugie – w sytuacji porwania, gdy zakładnicy siedząpod bronią 24 godziny na dobę i czekają na pomoc–oni mają tylko dwie godziny na rozmowy i podjęcie kontaktu!
Chciałam od opiekunów z BKA telefony innych rodzin, spytano mnie:
– Chce Pani tego naprawdę, jest Pani to potrzebne?
Może myśleli, że wspólnie rozmawiając, będziemy rozpalać nasze emocje, a to nie było wskazane. Należało nas uspakajać i trzymać z dala od prasy, ponieważ – jak mówiono – nagłośnienie sprawy może szkodzić pertraktacjom. No cóż, musiałam to zaakceptować, bo przecież nie chciałam zaszkodzić pertraktacjom.”

“Środa 15.04.09
W dniu dzisiejszym piraci przechwycili pięć kolejnych statków. Niezły biznes. A ze strony kompanii dalej nic. Po kolacji zwykle zbiórka na mostku. Tym razem zarządzono, że wszyscy ze służby śpią na mostku. Oświadczono nam, że w przypadku ataku dostaniemy od nich broń i będziemy strzelać do napastników. Piraci będą z tyłu za naszymi plecami i też będą strzelać do atakujących, a w razie konieczności będą strzelać do nas. Panika wśród załogi, cała noc nieprzespana. Cały czas kontrola na radarze, czy nikomu nie przyjdzie do głowy jakiś oswabadzający manewr.
Informacja z BBC – mówią, że niemieckie wojska wylądowały w Kenii w Mombasie i szykują jakiś atak. Dokładnie nie wiadomo, co i kiedy?
Mój Boże, co oni znów wymyślili? Jeśli w ogóle chcą coś robić, niech robią to dyskretnie…”

“Czartek 16.04.09
O 10.15 zadzwonił Peter.
– Today will be lucky day…
Proponujemy 600 tysięcy USD – rzucił bezczelnie.
Abdi zaczął się śmiać i kazał mu napisać to i wysłać faksem. Peter powiedział, że nie może, porozmawia z kompanią i będzie dzwonił jutro.
I to była cała szczęśliwa wiadomość.”

W ciągu następnych 4 dni piraci dwukrotnie obniżają wysokość okupu, na 5 i 3 miliony dolarów. Kompania milczy.

21.04.09 – czyli 17 dni od chwili porwania rozgrywa się scena, od której rozpocząlem ten wpis. Tym razem nie w klinice neuro-psychiatrycznej, lecz na rozpalonym słońcem statku.

“- Kompania nie odpowiada, lekceważy nas, będziemy rozstrzeliwać każdego po kolei – rzucili.
Wszyscy zamarli w przerażeniu…
…Dwóch piratów podskoczyło do mnie, postawiło mnie na nogi, trzeci zdjął okulary i zakleił mi oczy taśmą. Poczułem, że dwóch piratów bierze mnie pod ręce i wyprowadza z mostku. Idziemy powolutku po schodach na dół…
…Huknął strzał, potem drugi. Myślałem, że już nie żyję. Kule przeszłymi kilka milimetrów od głowy. Jednak nie chcą mnie zastrzelić, to widać, to znów jakaś cholerna gra nerwów.
– Siadaj i dzwoń do kompanii – rozkazuje „Zębaty”.
– Opowiedz dokładnie, co się wydarzyło. Jeżeli nie zareagują, to jutro powtarzamy, ale już naprawdę. Podnoszę słuchawkę i wykręcam numer. Nie mogę wypowiedzieć nawet słowa. Piraci kierują wentylator w stronę mojej głowy, to pomaga mi trochę ochłonąć.
Opowiadam moją historię. Peter jest lodowaty w rozmowie, nie wytrzymuję i zaczynam płakać.
– Ty bydlaku! Czy nie rozumiesz, że oni chcieli nas rozstrzelać? – krzyczę i odkładam słuchawkę.”

Tu zakończę cytaty z książki. Kapitana i jego załogę czekało jeszcze 104 dni życia w takiej atmosferze. Do tego nastapiło dramatyczne pogorszenie warunków bytowania gdyż skończyły się zapasy wody i żywności.

Pertraktacje zakończyły się zapłaceniem okupu w wysokości 2.75 miliona dolarów. W którymś momencie piraci byli gotowi zaakceptować 2.5 miliona. Dlaczego więc to się ciągnęło 104 dni?
Na to pytanie brak jest odpowiedzi.

Wrócę więc do filmu – czy między kapitanem i szefem piratów nawiązała się jakaś nić wzajemnego szacunku, zrozumienia, współpracy?
Z książki nie wynika nic podobnego. Po pierwsze nie można w niej jednoznacznie odnaleźć Ahado – jednej z głównych postaci filmu.
Po drugie nie wynika z niej, żeby kapitan miał problemy z dyscypliną załogi. Wprawdzie trzech marynarzy pochodzących z Tuvalu brata się z piratami, ale oni już wcześniej stwarzali problemy. Osobna sprawa to stopniowe pogarszanie się stanu fizycznego i psychicznego załogi. Marynarze przestają reagować na wysiłki kapitana zmierzające do poprawienia ich nastroju. Niektórzy ulegają sugestiom piratów i zaczynają żuć khat.
Po trzecie, poza jednym przypadkiem, nie ma żadnej wzmianki o jakimkolwiek “ludzkim” kontakcie z piratami.
Faktem natomiast jest, że piraci, natrafiwszy na betonowy opór kompanii, pozwalają części załogi kontaktować się z rodzinami. To nie był żaden humanitarny gest, lecz szukanie nieformalnych kanałów, które pomogą zakończyć negocjacje.
Właśnie ta metoda przyniosła rezultaty. Żona kapitana wbrew radom policji skontaktowała się z redakcją Der Spiegel i doprowadziła do publikacji artykułu o porwanym statku. Napisała również list do kanclerz Angeli Merkel.

3 sierpnia rano lekki samolot zrzuca okup. Zgadza się. O godzinie 13:56 piraci wysyłają email potwierdzający spełnienie ich warunków. O godzinie 19 ostatnia łódź z piratami odbija od statku. Dwie minuty później ląduje na statku helikopter z niemieckiej fregaty Meklemburg Vorpommern.

Jednak nie mogę się powstrzymac przed umieszczeniem jeszcze jednego cytatu z książki:
“Idę do mojej całkowicie spalonej kabiny. Szukam donicy z kwiatami. Pozostała tylko spalona ziemia. Wielka radość. To prawie niemożliwe! Znalazłem mój kapitański sygnet i obrączkę ukrytą przed piratami.”

Kapitan traktowany był przez dowództwo fregaty z najwyższym respektem, załoga – z ujmujacą troską. Jedyny cień na te radosne chwile rzuca kompania. Kategorycznie zabrania kapitanowi udzielania jakichkolwiek wywiadów i odmawia zgody na przeprowadznie w Mombasie badania lekarskiego załogi.

Wtorek 11 sierpnia – godzina 8:30 lądowanie w Monachium. Koniec książki.

Po pokazie filmu w Melbourne odbyło się spotkanie z kapitanem Kotiukiem, z którego dowiedziałem się dalszego ciągu. W biurze kompanii czekało na kapitana wypowiedzenie. Związki zawodowe pomogły załatwić terapię psychologiczną oraz rentę.
Z każdego zdania kapitana przebijał wielki i uzasadniony żal do kompanii. W tym kontekście piraci prezentują się dużo bardziej ludzko. Wykorzystał to Andy Wollf w swoim filmie, lecz moim zdaniem przedstawił mocno zniekształcony obraz.

Pomyślałem z żalem, że wydarzenia na statku i sytuacja w Somalii były tak pokrętne, że przydałoby się tutaj pióro rangi Grahama Greena.

Koty pana Chardina

Ewa Maria Slaska

Koty już tu były kilkakrotnie i to tak fascynujące, że aż ręka swędziała, żeby sprawdzić w Sieci, czy jest (a na pewno jest) strona lub wręcz strony zatytułowane we wszystkich możliwych językach “koty w sztuce”. Ale powstrzymałam się. Internet to pożyteczny instrument, ale nie chcę, żeby mi odbierał radość odkrywania i równie wielką radość dostawania. Gdy Maryna Over, przyjaciółka z Facebooka, przysyła mi takiego oto kota:

kot-pani-domuto radość z tego podarunku jest w zimowy poranek wręcz niebotyczna. Obraz namalował Charles Joseph Grips w roku 1881 i zatytułował “A Domestic Interior”, ale ktoś kiedyś dodał do tego obrazu na Facebooku jeszcze cudny komentarz po włosku: quando l’ospite dipinge il padrone di casa… – gdy gospodarz maluje właściciela… Aha, czyli to kuchnia Gripsa i jego kot.

Sam Grips działał w Belgii, był znany w Anglii i w Niemczech, ale był Holendrem, żył w latach 1825-1920, a malował jakby się urodził co najmnie o sto lat wcześniej. Albo o dwieście. Jak Peter de Hooch. Czyli co? Eklektyzm. Deprecjonująca nazwa, podczas gdy Grips jest po prostu cudny. Czyli co, jak mi się podoba, to znaczy, że mam nieciekawy, mieszczański gust i lubię to, co ładne. Tzw. kalokagacja, fuj, każdy prawdziwy modernista odwróciłby się ode mnie z niesmakiem. A ja z uporem – Grips, wnętrza, flamandzkie klimaty, koty, meble, piękny…

okazjaczynizlodziejaOkazja czyni złodzieja, 1875

Ciekawe, czy chodzi o to, że klatka jest być może otwarta, ptaszek wyleci, a kot jak to kot – skoczy i złapie. Moja poprzednia kotka – Matylda – potrafiła wyskoczyć za balustradę balkonu, upolować ptaka i wskoczyć z powrotem. Przynosiła takie truchełko do pokoju, tryumfalnie składała mi u stóp i żądała pochwał oraz szynki, bo sama takiego jadła nie konsumowała. To miałam zjeść ja, Królowa tego dwuosobowego stada dzikich łowców.

Ale tak naprawdę tematem dzisiejszego wpisu są koty pana Chardina. Jeden z nich zresztą też nadesłany przez Marynę, która odwiedziła w Madrycie Muzeum  Thyssena-Bornemiszy. Reszta objawiła się sama.

chardin-kot-rybyWłaściwie są to koty bardzo dramatyczne i, jak na dzisiejsze czasy, niemiłe do oglądania. Bo te koty pana Chardin łażą jak koty Gripsa po kuchni, ale kuchnia Gripsa jest sterylna, a kuchnia Chardina jest tłem dla rozpasanej orgii jedzenia, które się zaraz będzie spożywać, i to jedzenia połączonego z zabijaniem. Nie można mieć o to pretensji do Chardina. Inni też tak malowali.

 The_Ray -dwie

Campi Vincenzo-kot

To Vinzenzo Campi (1530/1535 lub 1536 – 1591). Wtedy tak się jadało i zresztą dziś nadal się tak jada. Tylko sklepy usuwają konsumentowi sprzed oczu co bardziej naturalistyczne widoki. Poza tym wcale nie wszystkie obrazy były takie krwiożercze, bo – wróćmy do pana Chardina – były i takie piramidy truskawek – to obraz z kolekcji prywatnej, szkoda że nie mojej…

truskawkiJean-Baptiste_Siméon_Chardin-wokularach

ale najmilszy jest chyba obraz z Luwru przedstawiający samego artystę – w okularach.
To on, Jean-Baptiste Siméon Chardin, urodzony 2 listopada 1699 w Paryżu, zmarły 6 grudnia 1779 roku – też w Paryżu, tak jak widział sam siebie na kilka lat przed śmiercią, w roku 1775.
I czyż nie piękne ma nakrycie głowy? Turban, wstążka, daszek… Wszystko w beżowych różach. Pani Poseł Kempa dałaby mu za to po oturbanionej głowie.

Zaniedługo następne koty od Maryny!

Z archiwum Exodusu 4 – (przed)ostatni tekst

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

kolornadzieiZbigniew Milewicz

Kolor nadziei

Do Monachium najlepiej przyjechać na wiosnę, kiedy zielenią się drzewa w jego licznych parkach i dzięki pracowitości gastarbeiterów, reprezentacyjne punkty miasta, przygotowane na przyjęcie turystów z całego świata, przypominają różnokolorowy strojny bukiet. Poza tym o tej porze roku ludzie wydają się być dla siebie wzajemnie życzliwsi, bo częściej niż na przykład deszczową jesienią uśmiechają się do siebie i prześcigają w różnych gestach, które wyglądają efektownie, a niewiele kosztują.

Na przybyszach ze Wschodu nieodmiennie robi to duże wrażenie. Żurnalista, który dwa lata temu przyjechał tutaj z rodziną na „pochodzenie” i czasami zapisuje w zeszycie różne swoje spostrzeżenia i refleksje, odnotował na początku m.in.: „Centrum miasta, dokładnie zapchane samochodami, ale powietrze, jak na wsi. Chodniki są tak wysprzątane, że można byłoby z nich jeść.” Przy fontannie na Wasserburgeplatzu siedzą na ławeczce dwie niemłode już kobiety. Z wyglądu zadbane, beztroskie, rozprawiają o czymś z wielkim ożywieniem. Co jakiś czas wybuchają śmiechem, żywiołowym, jak u nastolatek. To jest tak zwana złota jesień życia. Czym się w końcu mają martwić, rentą ze starego portfela, która zapewnia im przeżycie tylko połowy miesiąca? Staniem w kolejkach, albo tym, że wnuczka chodzi w dziurawych butach do szkoły, bo innych nie ma, a na szewca zięć będzie mógł sobie pozwolić dopiero przy następnej wypłacie? To nie są ich problemy.”

Kiedy obserwował tamte dwie panie, które mogły mieć grubo po 70, przyszła na myśl jego zmarła przed czterema laty mama. Kobieta, która dzielnie radziła sobie w swoim trudnym życiu i dla innych ludzi miała zawsze pogodną twarz, zawsze gotowa spieszyć im z dobrą radą i pomocą. Zdaniem Żurnalisty za mało dbała o siebie i dlatego tak wcześnie, w wieku 63 lat, odeszła. Mogła jeszcze pożyć, pomyślał wtedy, po raz nie wiadomo który.

Po raz pierwszy ,,naciął” się na tej osławionej, zachodniej kulturze bycia, parę tygodni po przyjeździe, w „Aldim”. Nietypowo, jak na przeciętnych klientów tej firmy, bo nadęcie elegancko ubrany facet, bez ceregieli wypchnął go tuż przed kasą z kolejki. Kiedy Żurnalista kulawą niemczyzną zaczął domagać się wyjaśnień, zobaczył w odpowiedzi ironiczny wzrok Pana, który nie ma zwyczaju dyskutować z istotą niższego rzędu. Nie mniej usłyszał kilka słów pod swoim adresem, wypowiedzianych z uprzejmą pogardą, z których zrozumiał tylko jedno: ,,Ausländer”. Bardzo wiele kosztowało go, aby nie dać przyjemniaczkowi w ten jego środkowoeuropejski uśmiech.

Później otrzymał lekcję pokory od referenta w „socjalu”, w urzędzie do spraw pracy i od drobnego, polskiego przedsiębiorcy, który zatrudniał go dorywczo „na czarno”, przy robotach drogowych na przedmieściach Monachium. Urzędnicy dziwili się, że człowiek niby biegły w robocie papierkowej nie może połapać się w formularzach i potrzebnych załącznikach, więc wiele razy musiał je korygować i uzupełniać, zanim łaskawie przyjęto jego sprawę do rozpatrzenia. Natomiast rodak, za trzy dni ciężkiej pracy, rzucił mu 100 marek, a z reklamacjami doradził pójść na policję.

Z tamtego początkowego okresu najgorzej wspomina jednak spotkanie z kierowniczką pewnego działu w urzędzie mieszkaniowym, którą przyszedł prosić o przyznanie jego rodzinie bardziej ludzkich warunków lokalowych. Od miesięcy gnieździli się bowiem w cztery osoby w jednej ciasnej klitce domu dla azylantów i przesiedleńców, pozbawionym łazienek i ze wspólną kuchnią.
– Jesteście już uznani za Niemców? – padło pierwsze pytanie.
– Jeszcze nie – odparli Żurnalista i jego żona.
– W takim razie przykro mi, ale nie możemy wam nic innego zaoferować.
Szpakowata, krótko ostrzyżona kobieta, ubrana w zielonkawą, zapiętą pod szyję bluzkę i spodnie męskiego kroju, wstała zza biurka, na znak, że wizyta skończona. Petenci próbowali jednak postawić na swoim. Ich młodszy syn przeszedł wkrótce po urodzeniu skomplikowaną chorobę i z tego powodu potrzebował większego komfortu, a starszy nie miał gdzie odrabiać lekcji. Urzędniczka ledwo raczyła rzucić okiem na oficjalne zaświadczenie lekarskie i pismo ze szkoły. Nie jej wina, że wszyscy chcą mieszkać w Monachium, a z dzieckiem, które w wymaga szczególnej opieki, najlepiej wyjechać na prowincję, tam są lepsze warunki mieszkaniowe.
– I do widzenia – dodała widząc, że Żurnalista chce jeszcze coś powiedzieć. – Możemy porozmawiać, kiedy otrzymacie obywatelstwo.

W międzyczasie otrzymali już owe niemieckie papiery i stali się kandydatami do mieszkania socjalnego, podlegają innej urzędniczce w urzędzie mieszkaniowym, która jest bardzo miła w obejściu. Kiedy tylko odwiedzają ją, aby zapytać, czy nie ma dobrych nowin w ich sprawie, niezmiennie łagodnie odpowiada, że jeszcze komputer nie wybrał ich numeru, ale nie powinni tracić nadziei i, tu zawsze lekko wzdycha, cierpliwości.

W pokojach i poczekalniach niemieckich urzędów stoi zawsze dużo rozmaitych roślin doniczkowych. Czasami ich zieleń jest przywiędła i zakurzona, ale mimo to nie przestaje być ona kolorem nadziei. Nadziei na uregulowanie prawnego statusu, na otrzymanie własnego dachu nad głową, na znalezienie dobrej pracy. Może dobrze, że praca niemieckiego aparatu urzędniczego jest tak powolna, że czasami nie widać, aby tryby machiny w ogóle się poruszały. Dzięki temu ludzie korzystający z jej usług, mają ważny cel w życiu – pokonać inercję bezwładnej materii. Ci nieliczni, którym się owa sztuka, zanim umrą, udaje, stają przed niezwykle skomplikowanym problemem: co dalej?

Tego momentu Żurnalista bardzo się obawia. Udokumentowanym Niemcem już jest, własne mieszkanie może uda mu się otrzymać do 2000 roku i jeżeli do tego czasu opanuje niemiecki, to przyjmie stanowisko naczelnego redaktora ,,Süddeutsche Zeitung”, po pomniejsze funkcje w branży go nie zainteresują. Obawia się jednak, że wówczas dojdzie do wniosku, że to wszystko o co zabiegał i co wreszcie osiągnął, nie było warte zachodu, że w pogoni za swoim życiowym sukcesem zagubił coś ważniejszego, mianowicie wartości ludzkie, które wpajano mu w rodzinnym domu – otwarcie na potrzeby innych, zamknięcie na nienawiść i na kompromis ze złem oraz cnotę skromności.

Pani Julii, która jest dobrą znajomą Żurnalisty i jego rodziny, wpajano w domu podobne cechy, w związku z powyższym programowo do niczego na Zachodzie nie doszła. W linii żeńskiej jej rodzina wywodzi się z Wileńszczyzny, po mieczu – ze Śląska. Przodkowie pani Julii walczyli w powstaniach Listopadowym i Styczniowym, w legionach i Powstaniu Warszawskim. Zajmowali się nauką, prawem i polityką, część rodziny miała zacięcie pedagogiczne. Dziadek pani Julii po kądzieli był założycielem jednej z warszawskich uczelni technicznych. Babcia, profesorka gimnazjum, zakochana w poezji i literaturze romantycznej, karmiła wnuczki strofami z „Pana Tadeusza”(którego znała na pamięć), balladami i opowieściami o antenatach, którzy stawali zbrojnie w obronie Ojczyzny. Na poczesnym miejscu w rodzinnym domu wisiał obraz Wojciecha Kossaka, przedstawiający bohaterską dziewicę Emilię Plater. Z początkiem lat 60, wskutek nagonki gomułkowskiej na inteligencję, co to ,,karmiła się krwawym dorobkiem klasy robotniczej”, rodzina 16-letniej wówczas Julii wyemigrowała z Warszawy do Monachium. To była dla nich, pamięta, trudna decyzja. Ojciec, były AK-owiec, lekarz, pochodził z Katowic. Chciał zdobyć w Monachium tzw. dokumenty na „pochodzenie”, a później z całą rodziną ruszyć dalej. RFN miało być dla nich tylko stacją przesiadkową i po czasie dopięli swego, ale nie wszyscy. Rodzice wraz z młodszym rodzeństwem Julii osiedlili się we Francji, w Bretanii. Tam ojcu i mamie udało się ponownie otworzyć gabinety lekarskie. Julia po ukończeniu gimnazjum poszła na studia medyczne, ale pewien Bawarczyk tak skutecznie zakręcił się koło niej, że w końcu wybrała małżeństwo i do dziś mieszka w Monachium. Ma trzech synów, najstarszy rozpocznie w tym roku studia na politechnice, dwaj pozostali chodzą jeszcze do szkoły średniej. W domu mówią z mamą po polsku i po niemiecku z ojcem. Najmłodszy odziedziczył po przodkach prawnicze zainteresowania, ciągnie go także w stronę polityki. Niedawno oświadczył na rodzinnym forum, że chciałby w przyszłości studiować w Polsce. Panią Julię zatkało ze wzruszenia. Zawsze marzyła o tym, aby przynajmniej któryś z jej synów pociągnął kiedyś tam, gdzie są korzenie ich drzewa. Wychowując ich robiła wszystko, aby tak się stało. Po mężu, człowieku na szczęście światłym i tolerancyjnym, ma niemieckie obywatelstwo, ale dusza, serce i charakter pozostały, tak przynajmniej przypuszcza – polskie. Większość czasu poświęca na bieganie z rodakami – tymi, którzy dopiero co przyjechali do RFN i nie znają jeszcze języka – po monachijskich urzędach, wypisuje dla nich stosy różnych podań, a kiedy trzeba, występuje w roli tłumacza przed sądem. Oczywiście za ,,dziękuję”, o którym nawet, bywa, niektórzy zapominają. Żurnalista z rodziną mają jej też sporo do zawdzięczenia.

– Tak mnie uczono kiedyś w domu – mówi pani Julia – że człowiek nie żyje dla siebie wyłącznie i że dawanie jest ważniejsze od brania. Co z tego mam? Zadowolenie, jak mi się uda czasami komuś pomóc, a to bardzo dużo znaczy.

Dzisiejszy artykuł miał być ostatnim przedrukiem tekstów Zbyszka z Exodusu, tymczasem dziś Zbyszek znalazł na biurku jeszcze jeden felieton. Zmieniłam więc tytuł dzisiejszy na “(przed)ostatni tekst”, a za tydzień – tekst ostatni, “Wio koniku”

Poetry – Poesie – Poezja / Amy Lowell

Der Komponist Juan María Solare hat 2007-08 “Lacquer Prints” für Gesang und Schlagzeug vertont / Composition of Juan María Solare.

Urodziła się 9 lutego 1874 roku, równo 140 lat temu. Amy Lowell (1874 – 1925), jedna z najbardziej oryginalnych poetek amerykańskich, pochodziła z tak bogatej rodziny, że w jej rodzinnym mieście Brookline w stanie Massachusetts mieszkańcy mawiali, iż Cabotowie są tak bogaci, że przestają tylko z Lowellami, a Lowellowie – tylko z Bogiem. Była zaprzyjaźniona z Ezrą Poundem, który nazywał ją hippopoetess, poetką-hipopotamem. LowellpicI rzeczywiście była ogromną ogromną dziwaczką. Sypiała codziennie do 13, w łóżku z 16 poduszkami (ani jednej mniej!), paliła cygara (i to dużo!), miała 7 psów i przyjaciółkę, Adę Dwyer Russell, aktorkę. Współczesne feministki twierdzą, że angażowała się w walkę o prawa kobiet, z kolei jej współcześni głoszą tezę wręcz przeciwną, że mianowicie nie znosiła feminizmu. Jej poezja, głównie wiersz wolny, należy do modernistycznego nurtu zwanego imaginizmem, o którym Pound mawiał, że w jej wydaniu jest to jednak raczej amyginizm.

amy-hokkuArgentyński kompozytor Juan María Solare, który od lat mieszka w Niemczech, napisał w latach 2007-08 muzykę na śpiew i perkusję do cyklu wierszy Amy Lowell “Lacquer Prints” /”Obrazki z laki”. Były to wiersze naśladujące bądź interpretujące hokku, japońską poezją XVIII-wieczną, którą dziś znamy lepiej jako haiku, poezję zncznie bardziej niż hokku zdyscyplinowaną, uprawianą jednak dopiero od XIX wieku.

A ponieważ kilka dni temu był chiński, japoński i wietnamski Nowy Rok, rozpoczynający rok Konia, zacytuję tu  hokku Amy Lowell na Nowy Rok
z tomu “Pictures of the floating world. Lacquer Prints and Chinoiseries”.

Again the New Year Festival

I have drunk your health
In the red-lacquer wine cups,
But the wind bells on the bronze lanterns
In my garden
Are corroded and fallen.

Wieder das Neujahrfest

Ich trank auf deine Gesudheit
Vom rot lackierten Becher,
Aber die Windglocken in den bronzenen Laternen
In meinem Garten
Sind gerostet und fallen runter.

Übersetzt von Ewa Maria Slaska
Es ist nicht ausgeschloßen, dass Amy Lowell dabei an das traditionelle japanische Glockenspiel dachte, das am Neujahrsvortag in den buddhistischen Tempeln veranstaltet wird, damit man die Sünden des alten Jahres von sich abschüttelt. Wenn also die Glocken runterfallen, wäre es, ganz privat, ein schlechtes Zeichen für das kommende Jahr.

I znowu Nowy Rok

Wypiłem twoje zdrowie
Z polakierowanego na czerwono kielicha,
Ale dzwonki zawieszone w brązowych latarniach
W mym ogrodzie
Zardzewiały i spadły.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
Niewykluczone, że Amy Lowell nawiązuje tu do japońskiej tradycji uderzania w wigilię Nowego Roku 108 razy w dzwony w świątyniach buddyjskich, co pozwala wiernym zrzucić z siebie stare grzechy. Jeżeli zatem dzwonki zardzewiały i spadły, to jest to być może w mikro wymiarze zły omen.

Mistrzowie i uczennica

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Tydzień temu opublikowałam pierwszą część wywiadu nagranego na tych kasetach, dziś – ciąg dalszy. I to wcale nie koniec.

***
Anna Sobecka: Czy był ktoś, u kogo Pani terminowała, jeśli chodzi o przekłady?

Irena Kuran-Bogucka: Bardzo dobre określenie – terminowała. To było tak. Lorka był dla mnie zawsze sprawą poważną, natomiast tłumaczenia nie traktowałam  poważnie, nie śmiałabym. Dla mnie literatura była zawsze wielką radością oraz prawdziwą tajemniczą umiejętnością, którą ktoś, oczywiście ktoś inny, umie wykonać. Przede wszystkim poezję. Bardzo lubię poezję. Duża znajomość poezji polskiej, z mocną podbudową poezji łacińskiej, dała mi mocne podstawy do wyczucia rytmu, bo poezja łacińska wspaniale ustawia rytm, a nasze kompletowe licea uczyły przedmiotów humanistycznych fantastycznie.

mistrzowie1Ale – u kogo ja terminowałam? Osobliwie jest śledzić, jak bogowie przeznaczenie na różnych zakrętach wyciągają do człowieka rękę. Ktoś mi pożyczył egzemplarz „Literatury na świecie”, dlatego że tam był przekład Isaak Denisen, to jest bardzo świetna autorka, duńska pisząca po angielsku, ale w tym samym numerze było kilka przekładów Heinego dokonanych przez doskonałego germanistę, Roberta Stillera. I było ogłoszenie, takie, że wzywam wszystkich, którzy kiedykolwiek tłumaczyli Heinego, żeby się do mnie zgłosili. A ja sobie tłumaczyłam Heinego, właściwie przedtem już tłumaczyłam Heinego, jeszcze, kiedy nie znałam hiszpańskiego. Wysłałam mu dwa czy trzy wiersze, przeczekałam, potem przyszedł taki bardzo gruby plik, normalnie, pomyślałam sobie, odsyłają, mistrzowie2ładnie, że odesłał.  Ale nie, pan Stiller sobie zadał dość fatygi, żeby napisać koreferat – to jest dobrze, to jest źle, tego się trzeba nauczyć.  Nie można robić tylko tych wierszy, które się człowiekowi podobają, trzeba sobie poradzić z każdym wierszem… I zaczął mi „zadawać”. W końcu w jego tomie wiele z moich utworów się nie znalazło, jakieś fragmenty, jeden wiersz przetłumaczyliśmy do spółki, takie „Rusałki”. On ma lepsze wiadomości, choć ja niemiecki znam płynnie, Heinego czytywałam od dziecka. Natomiast dowiedziałam się od niego kilku rzeczy, na przykład, jak należy obracać słowem, jak należy szukać odpowiedników, jak należy wybierać z kilku lub kilkunastu znaczeń. Tego się od niego nauczyłam.

No tak, ale to był mistrz, jeśli chodzi o tłumaczenia, ale nie mistrz, jeśli chodzi o literaturę hiszpańską, o Lorkę.

Wie Pani, ja jestem ze znaku Byka, ludzie ze znaku Byka mają wielkie możliwości w zakresie autodydaktyki. Zaskoczyłam. I zaczęłam pisać już trochę poważniej. W każdym razie miałam już na tyle opracowane cykle, że „Literatura na świecie”, pismo bardzo szanowane, przyjęła mi tak zwany „blok”. Tam była proza Lorki czyli jego referat o głębokiej pieśni, canto jondo,  pierwszej jeszcze prymitywnej twórczości ludowej Andaluzji, jego wiersze z cyklu „Poemat głębokiej pieśni” i jeszcze moja grafika, bo w międzyczasie moje uczucie do Lorki wyżywało się w moim poprzednim zawodzie. Gdy umieściła to „Literatura na świecie”, to z „Literatury na świecie” wzięło to radio. A wtedy, czy przeczytał to w „Literaturze na świecie” czy usłyszał to w radio, ale napisał do mnie pan Janusz Strasburger, żebym przygotowała zestaw Lorki do przygotowywanej przez niego i, mój Boże, do dziś nie wydanej i pewnie nigdy nie zostanie wydana, bo nie będzie na to pieniędzy, antologii pod tytułem „Tysiąc lat poezji hiszpańskiej”. Tu zaczęłam już pisać „na poważnie”, Lorkę, ale też Albertiego dla pana Strasburgera. On mnie nauczył, jak słyszeć poezję. Ja miałam nieźle ustawiony słuch, na poezji łacińskiej, zwłaszcza na Horacym. Ciekawa rzecz, że Horacy nie ma nic wspólnego z Lorką, a to też jest jeden z moich ulubionych poetów, od bardzo dawna. Cóż więc mi pokazywał pan Strasburger, a to, że tu można w ogóle nie użyć jakiegoś słowa, tu przestawić, bo przede wszystkim trzeba „złapać melodię”. On miał takie założenia – może być nie bardzo ściśle, ale niech brzmi tak, jakby od samego początku powstało w języku polskim. Zaraz powiem Pani taki wiersz: Dokąd idziesz, Sigirijo, w tym rytmie, rytmie bez głowy? A po rozmowach z panem Januszem, nie po poradach, on nigdy nic nie radził, to brzmi: Dokąd że to, Sigirijo, podążasz w rytmie bez głowy? Później to już i bez takich alternatywnych błędów zaczęłam mieć takie układy… To, co u Lorki jest a donde vas, donde, donde, to po polsku by brzmiało, dokładnie: dokąd idziesz, dokąd dokąd? A mnie, to jest cytat z kasydy, „Kasyda gorzkiego korzenia”, późny bardzo wiersz, późny, co nie znaczy, że starczy, przecież Pani wie, że Lorka nie dożył czterdziestki.  Jak szukałam tego pytania, to jest to tam tak ujęte: dokąd że, dokąd, a dokąd? – a donde vas, donde, donde?

Niech Pani powie, co w tej poezji, co w twórczości Lorki, jest taką rzeczą, która panią najbardziej fascynuje. Tyle lat poświęciła Pani na czytanie go, na tłumaczenie, wreszcie na udostępnianie go czytelnikowi polskiemu.

***
mistrzowie3Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Nie skończę w tym wpisie tej audycji, bo muszę jednak dodać komentarz. Mama pięknie tu opowiada o terminowaniu u obu tych panów, Roberta Stillera i Janusza Strasburgera, i o książkach, które wydali czy chcieli wydać, gdzie miały być jej wiersze.  Spisywałam to w pociągu w drodze do Szczecina. Po południu mam w Szczecinie trochę czasu, idę więc do Książnicy Pomorskiej. Kiedyś była to moja ulubiona biblioteka w Polsce, miała drugą pozycję, zaraz po gdańskiej bibliotece PAN-u. Niestety – obie unowocześniono, budując im naprzeciwko duże modernistyczne budynki, co niestety odebrało im magiczny klimat. Ale biblioteka to biblioteka, tu zawsze jest dobrze. mistrzowie4„Radaru”, o którym była mowa w poprzednim wpisie, nie da się wypożyczyć, bo jest w jakichś odległych magazynach i mogę go dostać za tydzień, ale jest i owszem „Literatura na świecie”. Trochę na oślep zamawiam roczniki 1976 i 1977, choć po prawdzie nie wiem, kiedy Mama zaczęła terminować u Roberta Stillera. Ale mam szczęście – w grudniu 1976 roku w czasopiśmie znalazło się i opowiadanie Karen Blixen, o której Mama zawsze, ale to zawsze mówiła – Dinesenka, podkreślając, że wie, że to kobieta, ale że używała ona jednak męskiego pseudonimu, znalazł się też tekst Stillera o tłumaczeniach Heinego, kilka wierszy i wezwanie o nadsyłanie tłumaczeń.

To było zatem to zrządzenie Losu, ten moment, kiedy Bóstwo Przeznaczenia wyciągnęło rękę i powiedziało – Ty!

Rozochocona sukcesem, wypożyczam jeszcze dwa różne tomy Heinego mniej więcej z lat 80, oba w opracowaniu Roberta Stillera oraz – bo ukazał się jednak w roku 2000 – zbiór poezji hiszpańskiej w redakcji Janusza Strasburgera. Rzucam się na nie z apetytem. U Stillera miało wprawdzie być niewiele – kilka fragmentów i jeden wspólnie z nim przetłumaczony wiersz, „Rusałki”, natomiast u Strasburgera – dużo, bo i Lorca, i Alberti. Oglądam te trzy książki i oczom nie wierzę. Nie ma. W obu publikacjach Stillera nie ma fragmentów Heinego w tłumaczeniu Mamy i w ogóle nie ma „Rusałek”, to przykre i nieco dziwne, ale też i niewielki ból. To wprawdzie Heine, ukochany poeta Mamy, ale jednak “tylko” Heine. Ale u Strasburgera! Wydawczyni z Elm Books pisze, że Janusz Strasburger jest wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego i że w prezentowanej antologii zamieścił przekłady swoje i swoich studentów, a ja kąśliwie dodam, że głównie studentek. Informacja o studentach nie jest zresztą do końca prawdą, bo jednak w publikacji znalazło się kilka tłumaczeń Edwarda Porębowicza i jedno tłumaczenie Jana Winczakiewicza, to tłumacze grubo sprzed czasów Janusza Strasburgera, na pewno więc nie jego studenci. Jest też jeden przekład Bieszczadowskiego, choć przy nim nie jestem pewna, czy nie był jednak, kiedyś, studentem profesora Strasburgera.  Ale jakie to wszystko ma znaczenie? Jakie to ma znaczenie? W pierwszej antologii poezji hiszpańskiej w Polsce nie ma Mamy!Nie ma jednej z najsłynniejszych tłumaczek, a zarazem tej, u której wydawca osobiście zamówił Lorkę i Albertiego. W pięć lat po śmierci Mamy, u jej mistrza, którego Mama tak wysoko ceniła, nie ma o niej ani wzmianki.

Przypomina mi się wymiana maili na Facebooku z pewną panią, też tłumaczką, z którą korespondowałam przy okazji wpisu o Alfonsinie Storni. Wiedziałam, że były zaprzyjaźnione z Mamą, a gdzieś w Sieci znalazłam wywiad z nią, a w nim informację, że tłumaczyła i Alfonsinę. Udaje mi się ją znaleźć. Nie, nie tłumaczyła Alfonsiny. I chyba nie zna mojej Mamy. Piszę raz jeszcze i dostaję odpowiedź, że ach tak, przypomina sobie.

To się dzieje z pamięcią przez pięć, dziesięć, piętnaście lat.

„Nieobecni nie mają racji”, mawiała Mama.

Za tydzień – trzecia część wywiadu

Miłość

Drogi cztelniku witryny Ewy Marii Slaskiej. Tradycyjnie już, w każdy pierwszy piątek miesiąca masz możliwość poznania twórczości Romana Zygmunta Brodowskiego, czyli mojej.
Od tego miesiąca zapraszam cię na spotkania z moją liryką, zawartą zarówno w prozie jak i poezji. Cykl ten rozpoczynam wierszami napisanymi w dalekiej przeszłości , a więc w okresie mojego prymitywnego, młodzieńczego jeszcze pojmowania świata, zwłaszcza jego najpiękniejszej emocji, jaką jest – Miłość.
„Zapach wiosennej miłości” – jest pierwszym opowiadaniem lirycznym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, które do dzisiaj leżało w przysłowiowej szufladzie. Oddaję ci je w odcinkach, mając nadzieję, że i ty także znajdziesz w nim cząstkę siebie.

Roman Zygmunt Brodowski

Zapach wiosennej miłości

Przyciśnięty do okna, opuszczającego prawie pusty, pogrążony w dziwnej melancholii peron, pociągu, patrzyłem na oddalającą się postać mojej małej przyjaciółki. Stała milcząca, z wyciągniętymi w moim kierunku rękoma, jakby chciała się jeszcze raz do mnie przytulić, jeszcze raz ukryć w mych ramionach. Obok niej stali moi rodzice oraz najwierniejsi koledzy z mojego dzieciństwa, odprowadzający mnie w moją pierwszą samodzielną i bardzo, bardzo długą podróż.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten obraz tamtego wydarzenia zapamiętałem. Obraz ten śmiało można byłoby zatytułować „Pożegnanie z dzieciństwem” czy też „Wylot z gniazda”.
Tak, to prawda. Właśnie tamtego, letniego popołudnia opuściłem mój rodzinny dom, by rozpocząć samodzielne, z dala od najbliższych mi osób, życie. Wyjechałem do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Bytomia, by rozpocząć naukę w szkole górniczej.
Z zamiarem tym nosiłem się od dawna. Kuszony ciekawą, dobrze płatną i, co najważniejsze, dla tak zwanych twardzieli, pracą, właśnie ze Śląskiem wiązałem moją przyszłość, moją nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. To tam pragnąłem zbudować nowe, wolne od niedostatków bytowych, gniazdo, do którego (jak w znanej piosence o „Pueblo”) chciałem zaprosić tę jedyną, najpiękniejszą i od najmłodszych już lat najdroższą dla mnie osobę.

Przyjechałem do Bytomia i udałem się pod wskazany mi adres. W internacie ulokowano już kilunastu nowych uczniów, którzy, podobnie jak ja, widzieli swoją przyszłość, swoje „być, albo nie być” w czeluściach naszej bogatej w węgiel ziemi.
Po wypełnieniu niezbędnych formularzy, otrzymałem przydział oraz klucz do znajdującego się na trzecim piętrze, jeszcze niezamieszkanego, dwuosobowego pokoju.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowały się dwa stare, ale w bardzo dobrym stanie łóżka, przy których stały małe, nocne szafki. Przy oknie stał niewielki prostokątny stół, pokryty obrusem z ceraty, oraz trzy krzesła, a po przeciwnej stronie masywna czterodrzwiowa szafa.
Postawiłem bagaże przy stole i, zmęczony całonocną jazdą, usiadłem na łóżku, gładząc zapakowany w foliowy worek, nowy puszysty koc. Pogrążyłem się w myślach nad tym, jakie będzie to moje nowe, na nowej ziemi, życie.

Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zacząłem tęsknić za tym, co pozostało tam, na Pomorzu, za moim miasteczkiem, za ulicą, gdzie znałem każdy zakamarek i za przychylnymi, zawsze gotowymi pomóc w razie potrzeby sąsiadami. Ale najbardziej brakowało mi jej, mojej kochanej, najpiękniejszej na świecie Marysi. To dziwne, nie obawiałem się tego, że nie będzie przy mnie mojej dobrotliwej, drogiej mateńki, budzącej mnie każdego poranka do szkoły, zawsze uśmiechniętej i czułej. Ojca, którego darzyłem wyjątkowym szacunkiem, respektem, za to że potrafił być wymagającym, ale i pobłażliwym, surowym, a jednocześnie o gołębim sercu przyjacielem, czy też mojego wspaniałego rodzeństwa, brata i sióstr.
– Boże!, jak ja dam sobie radę bez niej, bez jej szczebiotu, uśmiechów, przekory. Bez codziennych pozdrowień, wspólnego odrabiania lekcji, wspólnych spacerów – rzuciłem półgłosem w przestrzeń pytanie. Wyjąłem z walizki leżący na wierzchu tomik wierszy Mickiewicza. Otworzyłem książkę, w której, z obawy przed uszkodzeniem ukryłem skarb, jakim była fotografia, podarowana mi przez Marię w dniu naszego pożegnania. Patrzyłem na nią długo, jak na obraz modlitewny, wiszący nad łóżkiem moich rodziców, do którego składaliśmy przed snem wraz z mamą podziękowania za przeżyty dzień.
Maria stała w niedokończonej jeszcze werandzie rodzinnego domu, odziana w białą modną bluzeczkę oraz spodnie marki „Wrangler”, kupione za dolary (prezent od jej brata) w Pewaksie. Rozwiane, delikatnie spływające po ramionach kasztanowe włosy, nieco przekorny uśmiech i piwne oczy, wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Na odwrocie widniała napisana wiecznym piórem dedykacja, „Pamiętaj o mnie”, data i podpis.
Spojrzałem na puste, szarozielone ściany. W niczym nie przypominały ciepłych, w kolorze pustynnego piasku, na którym wisiała reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, ścian małego pokoiku, w którym spędziłem wraz z rodzeństwem całe moje dzieciństwo.

c.d.n.

Rozłąka

Tak – wyjechałem
Za chlebem
I za wolnością
Młodzieńczą,
Lecz nie od Ciebie
Kochana ty moja.
Ty jesteś ze mną
Ty jesteś we mnie
Jesteś nadzieją,
Ostoją.

Wiem, że to boli
Dzień w dzień
To czuję
Tęsknota, żal
Pustka wkoło
Bez ciepła serca
I karmy duszy
Nie jest, Kochanie,
Wesoło.

Proszę Cię
Wytrwaj,
Wówczas ja
Wytrwam
Cierpliwym czas
Dobrem płaci,
Wkrótce….
Zbuduję dom
Dla nas – miła,
Dom który sobą
Wzbogacisz.

Bytom, 12.09.1975

Tylko Ty

Położyłem serce przed Tobą
Takie małe, bijące wyznanie
I oddałem moje żywe słowo
Zamiast róży, Dla Ciebie
– KOCHANIE –

Uchyliłem duszy mojej wrota
Uwolniając z niej myśli zielone
I śpiewałem Ci pieśni radosne
Widząc w Tobie moją przyszłą
– ŻONĘ –

Rozpocząłem pieszczotami dłoni
Przy pomocy nadziei mi danej
Dom budować, w granitowej skale
Gniazdo marzeń…, dla mojej
– WYBRANEJ –

Na ołtarzu z pokorą złożyłem
Jako wotum,ufność oraz wiarę
Moje życie, moje przeznaczenie
W przeświadczeniu, żeś od Boga
– DAREM –

Bytom, 13.11. 1976

Do M. – list ostatni

Wysłałem do Ciebie
List liryczny
Pisany wiatrem
Gwiezdnym pyłem
Z myślą, że w Tobie
Pozostanie
Że wciąż cię kocham
Że jestem, byłem.

Piszę do Ciebie
Ptasim śpiewem
Melodią lasu
I strumieni
Piszę najmilsza
Z tą nadzieją
Że los w nas wkrótce
Coś odmieni.

Piszę do Ciebie
Kroplami deszczu
Łzami aniołów
Poranków rosą
Piszę kochanie
Resztką marzeń
Dręczących myśli
Zwłaszcza nocą.

Więc nie wyrzucaj
Tego listu
Którego treścią
Ad finitum
I nie zapomnij
Że istniałem.
Byłem słoneczkiem
Twego świtu.

Bytom, 17.11.1977

Kochaj mnie

Na polu słoneczniki
Dojrzewają
Słońce się płowi
W ich żółcieniach
A we mnie nadal,
Jak przed laty,
Miłość gorąca
Szuka cienia.

Kochaj mnie proszę
W czas wiosenny,
W czas nasz majowy
I zielony.
Bo potem może
Być za późno,
Młodość? – to czas
By szukać męża,
Szukać żony

Bytom, 15.05.1977

Gender jako postawa życiowa

Poniższy tekst był głosem w dyskusji (“by nie rzec – pyskówie” jak informuje Autor) na temat gender podczas konferencji studenckiej w Łużyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej imienia Jana Benedykta Solfy w Żarach w dniach 30/31 marca 2012 roku: “Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną ‘w epoce gender’. Ujęcie problemu z perspektywy dziecka i wychowawcy”.

Tomasz Fetzki

Gender jako symbol i przykład rewizjonizmu – postawy pożądanej w zawodzie pedagoga

Wstęp

Żyjemy w epoce ciągłych, gruntownych przemian, obejmujących całokształt otaczającej nas rzeczywistości. Zmienia się nasz sposób myślenia o świecie, zmieniają się wartości wyznawane przez społeczności, a przy tym przekształcają się struktury tychże społeczności. Modyfikacjom ulega teorię oraz praktyka i organizacja działania w licznych dziedzinach życia.
Stwierdzenia powyższe są truizmem, zjawiska te opisano wielokrotnie i nie wymagają one dodatkowych wyjaśnień. Warto jednak zastanowić się, co z tego oczywistego faktu wynika dla współczesnych pedagogów.
Problem dotyczy zarówno teoretyków, naukowo zajmujących się pedagogiką, jak też praktyków – nauczycieli i wychowawców, zmagających się w codziennej pracy z wyzwaniami epoki przemian, a także studentów pedagogiki, czyli osób, których ambicją jest (a przynajmniej być powinno) jak najlepsze przygotowanie się do sprostania trudom działalności edukacyjnej w środowisku ciągłej i gruntownej zmiany. Wszyscy oni muszą być świadomi tych procesów i gotowi do aktywnego w nich udziału. Jedynie taka postawa gwarantuje twórcze i efektywne wypełnianie zadań związanych z zawodem pedagoga.

Gender, czyli symbol radykalizmu

Temat konferencji, podczas której niniejszy tekst został wygłoszony, to Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną w epoce gender. Można przyjąć, iż „gender” rozumiemy w tym wypadku przede wszystkim jako symbol postawy radykalnej. Przez cały okres istnienia ludzkości (przy czym mamy na myśli wszystkie właściwie cywilizacje stworzone przez człowieka), poglądy i stereotypy wyraźnie rozgraniczające repertuar ról, zachowań oraz praw i obowiązków przypisanych do każdej z płci, były ściśle określone, a przy tym stabilnie umocowane w świętych księgach poszczególnych religii czy w różnorodnych kodeksach prawnych. Wydawały się czymś absolutnie nienaruszalnym, a nawet niekwestionowanym. Świat wokół mógł się zmieniać w każdej z dziedzin, ale miejsce kobiety w tym świecie pozostawało niezmienione: rewolucjoniści francuscy, ogłaszający z tak wielkim entuzjazmem w roku 1789 Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, dwa lata później kompletnie zignorowali Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki, a żywot jej autorki, Olimpii de Gouges, przerwało ostrze gilotyny .
Jednak, jak się okazuje, w dorobku człowieka nie ma niczego, co prędzej czy później, nie zostałoby przez tegoż człowieka zakwestionowane. W drugiej połowie XX wieku przyszedł czas na podważenie niezmiennych, wydawałoby się, stereotypów związanych z rolami społecznymi przypisanymi do każdej z płci. W pewnym uproszczeniu można przyjąć, że tym właśnie jest filozofia gender. Pojęcie „gender”, przywołując swój desygnat , w wyrazisty, symboliczny i niejako demonstracyjny sposób sygnalizuje, jak bardzo gruntowna czeka nas rewizja tradycyjnego rozumienia znaczeń i kontekstów rzeczywistości podlegającej gwałtownym przemianom – nie tylko w sferze ról związanych z płcią, ale w każdej dziedzinie życia. Konieczności przyjęcia takiej właśnie, rewizjonistycznej postawy, poświęcony jest niniejszy referat.

Rewizjonizm, czyli postawa kreatywna

Pojęcie „rewizjonizm” nie jest jednoznaczne. W najwęższym rozumieniu encyklopedycznym oznacza ono próby zmiany teoretycznych podstaw koncepcji K. Marksa i F. Engelsa, następnie – koncepcji uzupełnionej przez Lenina i Stalina, wreszcie – poglądów uznanych za ortodoksyjne i obowiązujące przez aktualnych przywódców ruchu komunistycznego. W takim ujęciu klasycznymi rewizjonistami byli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, autorzy Listu otwartego do Partii. To rozumienie pojęcia „rewizjonizm”, ze względu na uwarunkowania historyczne, jest najbliższe większości osób, które doświadczyły życia w ustroju „powszechnej szczęśliwości”. Pretekstem dla prezentacji niniejszego tekstu jest jednak konferencja studencka, zaś dzisiejsi studenci to grupa, którą szczęśliwie ominęło takie doświadczenie. Nie ma więc żadnego powodu, aby ograniczali się oni do zawężonego i „uwikłanego politycznie” rozumienia pojęcia „rewizjonizm”. Powróćmy zatem do jego pierwotnego znaczenia i przyjmijmy, iż oznacza on po prostu domaganie się zmiany ustalonego porządku, istniejącego stanu rzeczy, obowiązujących koncepcji i poglądów. Tak rozumiany rewizjonizm ma zastosowanie w każdej właściwie dziedzinie życia. W takim znaczeniu używa go na przykład Józef Hen, opisując konflikt rozgrywający się między dwoma wielkimi krytykami literackimi dwudziestolecia międzywojennego: No i krzywi się [Irzykowski]: „Nigdzie ani krzty rewizjonizmu”, podczas gdy Boyowi wydaje się, że trudno o większy rewizjonizm niż przekonać publiczność do Villona, Rabelais’go, Montaigne’a, Racine’a.
Autor niniejszego opracowania nie bez przyczyny poświęca sporo uwagi wyjaśnieniu pojęcia „rewizjonizm”, nieprzypadkowo także przywołuje (pozornie odległe tematycznie) słowa Hena. Chodzi mu bowiem o to, aby przed przystąpieniem do analizy meritum zagadnienia, precyzyjnie określić pozycję, z jakiej analiza ta zostanie przeprowadzona. Zwłaszcza zaś zależy mu na podkreśleniu dynamicznego i kreatywnego charakteru rewizjonizmu. Bowiem rewizjonista to nie malkontent, który krytykuje, kwestionuje czy podważa cokolwiek z powodu złośliwości lub dla samej „przyjemności niszczenia”. Przeciwnie, rewizjonizm (tak, jak rozumie go autor) ma na celu, poprzez sformułowanie zarzutów czy wątpliwości, „wypróbowanie” wartości danej koncepcji (w myśl refleksji biskupa Ignacego Krasickiego, twierdzącego w Monachomachii, iż Prawdziwa cnota krytyk się nie boi). Nie chodzi więc o burzenie, ale o budowanie – tyle, że na oczyszczonych i wzmocnionych fundamentach.
Logiczną konsekwencją takiego rozumienia rewizjonizmu może być postawienie następującej tezy: Bez odwagi rewizjonistów postęp nie jest możliwy. Teza ta, jak się wydaje, ma zastosowanie również w dziedzinie teorii i praktyki pedagogicznej. Aby uwiarygodnić takie stwierdzenie, autor chciałby przywołać postacie dwóch wybitnych pedagogów, których bez wątpienia można określić mianem „rewizjonistów”.

Séguin i Korczak, czyli rewizjonizm pedagogiczny

Wybór postaci pedagogów – rewizjonistów dla niniejszego opracowania nie jest przypadkowy. Wynika on oczywiście z preferencji autora tekstu, ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, stąd. Istotniejszy jest fakt, iż w roku 2012, w którym odbywa się nasza studencka konferencja, obchodzimy dwie rocznice: 200-lecie urodzin pierwszej Séguina i 70-lecie męczeńskiej śmierci Korczaka.
Obaj uczynili wiele dla rozwoju pedagogiki i obaj zasługują na naszą pamięć oraz uwagę. Z postacią Edouarda Séguina większość uczestników konferencji oraz czytelników niniejszego tekstu styka się prawdopodobnie po raz pierwszy. Mimo to jego biografia i dokonania, ze względu na charakter opracowania, zostaną przedstawione skrótowo; podkreślę jedynie te wątki, które świadczą o rewizjonizmie Burgundczyka. Z kolei Janusz Korczak to postać powszechnie znana, można go uznać niemalże za „znak firmowy” pedagogiki polskiej. Dlatego tym bardziej nie ma potrzeby dokładnej prezentacji postaci Starego Doktora; analizie zostanie poddany również jedynie „rewizjonistyczny aspekt” jego dorobku pedagogicznego.
Édouard-Onésime Séguin (1812-1880) przyszedł na świat 20 stycznia 1812 roku w burgundzkim mieście Clamecy, jako syn miejscowego lekarza. Ukończył kolegium w Auxerre i liceum Saint-Louis w Paryżu. Następnie podjął studia na wydziale prawa Sorbony. W tym okresie pisał dla stołecznej prasy artykuły z zakresu krytyki sztuki, zaangażował się też politycznie, uczestnicząc w działalności grupy radykalnych rewolucjonistów, socjalistów utopijnych.
W roku 1837 w życiu Séguina nastąpił przełom. Przebył ciężką chorobę, porzucił dotychczasowe zainteresowania i całkowicie poświęcił się pracy z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, które w tamtej epoce były określane mianem „idiotów”. Pierwszym efektem naukowym tych działań była, wydana w roku 1839, broszurka Résumé de ce que nous avons fait depuis 14 mois (Podsumowanie tego, czego dokonaliśmy podczas 14 miesięcy), w której przedstawił zręby swej teorii pedagogicznej. W roku 1840 Séguin otworzył prywatną szkołę przy ul. Pigalle 6; była to pierwsza w dziejach szkoła dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Następnie przez pewien czas pełnił funkcję nauczyciela-wychowawcy kolejno w Hospicjum dla Nieuleczalnie Chorych i w szpitalu Bicêtre. W wyniku nieporozumień i konfliktów z administracją i z lekarzami w grudniu 1843 roku opuścił Bicêtre i ponownie otworzył prywatną szkołę. Przede wszystkim jednak publikował. W 1846 roku ukazuje się opus magnum Séguina, czyli Traitement moral, hygiène et éducation des idiots (Terapia moralna idiotów, ich higiena i edukacja). W książce tej przedstawił dojrzałą koncepcję pracy z osobami upośledzonymi, którą nazwał „metodą fizjologiczną”. Dzieło to zostało jednak zignorowane przez większość środowiska lekarskiego z którym, jak wspomniano, Séguin pozostawał w konflikcie. Podczas Rewolucji Lutowej 1848 roku znów zaangażował się po stronie radykalnych rewolucjonistów. W następstwie tych wydarzeń stał się we Francji osobą niemile widzianą – zarówno ze względów politycznych, jak i zawodowych.
W związku z tym w roku 1850, wraz z całą rodziną, emigruje do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dzięki wcześniejszym wizytom amerykańskich lekarzy i pedagogów we Francji Édouard Séguin był już znany w USA. Podczas trzydziestu lat pobytu tam Séguin miał możliwość zastosowania w licznych instytucjach swej metody edukacji niepełnosprawnych intelektualnie. W roku 1862 uzyskał tytuł doktora medycyny, zaś sześć lat później opublikował angielskojęzyczną wersję Traitement moral, znacznie wzbogaconą i uzupełnioną o doświadczenia zdobyte w Ameryce. Książka nosi tytuł Idiocy and its treatment by the Physiological method (Idiotyzm i jego terapia metodą fizjologiczną). Zmarł w Nowym Jorku, w siedzibie założonej przez siebie na Manhattanie Séguin Physiological School.
Tak pobieżnie naszkicowany życiorys nie wskazuje wprost, jakie jest znaczenie działalności Séguina dla rozwoju pedagogiki, ani na czym polega jego rewizjonizm. Podkreślmy więc wyraźnie: Edouard Séguin to twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jako pierwszy postulował zastosowanie w stosunku do tych osób oddziaływań o charakterze pedagogicznym, a nie medycznym i farmakologicznym, jak to miało miejsce wcześniej. Utworzył pierwszy ośrodek dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, mający stricte pedagogiczny charakter, objął terapią liczne dzieci dotkniętych różnorodnymi formami i stopniami niepełnosprawności intelektualnej, stosując swe metody w ośrodkach różnego typu i działając w kilku krajach. Ponadto, na podstawie bogatych doświadczeń praktycznych, stworzył przemyślaną, usystematyzowaną i rozwiniętą koncepcję edukacji i terapii dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, którą nazwał, jak już wspomniano, „metodą fizjologiczną”.
Przedstawione powyżej dane uzasadniają, jak się wydaje, opinię o wielkim znaczeniu Édouarda Séguina dla rozwoju pedagogiki. Pozostaje odpowiedzieć na pytanie: „w czym przejawia się jego rewizjonizm”? Najprościej można by odpowiedzieć: „w tym, iż w ogóle uznał, że osoby niepełnosprawne intelektualnie zasługują na terapię i edukację”. Dla człowieka współczesnego, zwłaszcza dla studenta pedagogiki w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, ten postulat wydaje się oczywisty i takim rzeczywiście jest, ale gdy Séguin rozpoczynał swą działalność, był w swoich poglądach osamotniony. Nawet tak zasłużone dla rozwoju medycyny postacie i autorytety naukowe jak Philippe Pinel (który podczas rewolucji francuskiej uwolnił pensjonariuszy szpitali psychiatrycznych z kajdan i klatek, uznając, że są to ludzie chorzy, a nie opętani, w związku z czym należy ich leczyć, a nie represjonować i izolować) czy jego uczeń Jean-Etienne Dominique Esquirol, jeden z twórców nowoczesnej psychiatrii, uważały, iż osobom niepełnosprawnym intelektualnie całkowicie wystarczy zapewnienie godnych warunków materialnej egzystencji; w ich opinii edukacja osób z upośledzeniem umysłowym była bezcelowa, a nawet niewskazana.
Dopiero mając świadomość tych okoliczności, w pełni można docenić rewizjonizm Edouarda Séguina, wyrażający się w następujących słowach: Co się tyczy głuchoniemych i niewidomych, problem został rozwiązany pozytywnie, a osiągnięty sukces nie pozwala wątpić w ich pomyślną przyszłość; co do upośledzonych umysłowo – także osiągnięto sukces, lecz nie jest on tak oczywisty, gdyż sprawa jest świeża i niewielu jeszcze świadków może potwierdzić te dokonania; poza tym trzeba mieć na uwadze, że ci, którzy poświęcili tej sprawie swoje życie, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Z tych powodów wciąż bardzo wielu ludzi kwestionuje możliwość edukowania upośledzonych umysłowo, jak też stopniowego przywracania im godności należnej człowiekowi.
Janusz Korczak (1878/79-1942) urodził się jako Henryk Goldszmit w rodzinie warszawskiego adwokata. Po ukończeniu rosyjskiego ośmioklasowego gimnazjum studiował medycynę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Cesarskiego w Warszawie, uzyskując w roku 1905 dyplom lekarza. Jako lekarz wojskowy uczestniczył w wojnie rosyjsko-japońskiej. Po powrocie do Warszawy podjął pracę w Szpitalu dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów.
Działał w środowisku polskim i żydowskim. W centrum jego aktywności, zarówno medycznej jak i pedagogicznej, było dziecko, szczególnie dziecko osierocone, samotne i krzywdzone. Dla dzieci żydowskich stworzył w roku 1912 Dom Sierot przy ul. Krochmalnej. Wraz z Maryną Falską współtworzył także Nasz Dom, czyli sierociniec przeznaczony dla dzieci polskich, ulokowany na warszawskich Bielanach.
Był autorem licznych prac naukowych i popularno-naukowych z zakresu pedagogiki (takich jak Prawo dziecka do szacunku, Jak kochać dziecko czy Dziecko salonu), napisał także wiele książek dla dzieci, z których najbardziej znane to Jośki, Mośki i Srule, Bankructwo małego Dżeka, Józki, Jaśki i Franki, a przede wszystkim Król Maciuś Pierwszy. Redagował Mały Przegląd – gazetę tworzoną przez i dla dzieci. Wygłosił też cykl pogadanek radiowych pod tytułem Gadaninki Starego Doktora.
Podczas okupacji hitlerowskiej znalazł się w warszawskim getcie, gdzie dalej kierował sierocińcem przeniesionym z ul. Krochmalnej, angażując się także w opiekę nad sierotami z innych ośrodków. Nie skorzystał z możliwości przejścia na „aryjską” stronę i, wraz z dziećmi oraz wychowawcami Domu Sierot, poniósł śmierć w komorze gazowej obozu zagłady w Treblince. Miało to miejsce 5 lub 6 sierpnia 1942 roku.
Jednak to nie całkowite – aż do ofiary życia – poświęcenie dla dzieci, przydało życiu i działalności Janusza Korczaka rewolucyjnego charakteru; ostatecznie nie on jeden poniósł śmierć wraz z powierzonymi swej opiece wychowankami . Tym, co w jego dorobku było i pozostaje najbardziej rewolucyjne, a więc rewizjonistyczne, to sposób, w jaki Stary Doktor traktuje dziecko i pozycja społeczna, w której chciałby je usytuować. Nieco ironicznie i zarazem melancholijnie Korczak charakteryzuje swe idee: Dzieci – to przyszli ludzie. Więc dopiero będą, więc jakby ich jeszcze nie było. A przecież jesteśmy: żyjemy, czujemy, cierpimy.
Dla Janusza Korczaka dziecko to nie „przyszły”, albo „niepełny” człowiek. To człowiek „tu i teraz”, a skoro tak, to już teraz należy mu się pełen szacunek, dokładnie taki sam, jak człowiekowi dorosłemu. Przywołajmy jeszcze raz słowa samego Korczaka, aby udowodnić, że powyższa teza to nie jedynie efekt nadinterpretacji autora niniejszego opracowania:
(…) Są jakby dwa życia: jedno poważne, szanowne, drugie pobłażliwie traktowane, mniej warte. Mówimy: przyszły człowiek, przyszły pracownik, przyszły obywatel. Że będą, że później zaczną naprawdę, że na serio dopiero w przyszłości. Pozwalamy łaskawie plątać się obok, ale wygodniej bez nich. (…) Szacunku dla bieżącej godziny, dla dnia dzisiejszego. Jak będzie umiało żyć jutro, gdy nie dajemy żyć dziś świadomym, odpowiedzialnym życiem?

Podsumowanie

Obserwacja (niekoniecznie wnikliwa) postaw licznych rodziców, wychowawców, nauczycieli oraz urzędników odpowiedzialnych za edukację i pomoc społeczną pozwala na wyciągnięcie, skądinąd niewesołego, wniosku, iż postulaty Edouarda Séguina i Janusza Korczaka wciąż pozostają dla sporej części społeczeństwa zbyt radykalne, by potraktować je poważnie. Nie chodzi o zmiany w sferze deklaratywnej: o prawach dzieci niepełnosprawnych do edukacji i dzieci w ogóle do szacunku, mówi się dużo i chętnie. Niestety, praktyka nader często wskazuje, że te idee nie są brane na serio.
Sytuacja taka z jednej strony świadczy skali rewizjonizmu Séguina i Korczaka, z drugiej zaś tym dobitniej przekonuje nas, iż postawa rewizjonistyczna jest w zawodzie pedagoga pożądana. Przed opiekunami, wychowawcami, nauczycielami i terapeutami pozostaje jeszcze wiele przesądów do obalenia, głupoty do wyśmiania, niesprawiedliwości do wyrównania i krzywdy dziecka, którą koniecznie trzeba usunąć. Pedagog po prostu nie może nie dostrzegać zła, ani tym bardziej godzić się z nim, tłumacząc, że „tak robią wszyscy”.
Warto, aby taką refleksję, „rewizję” własnych poglądów i postaw, przeprowadził każdy pedagog, szczególnie zaś każdy student pedagogiki. Oby niniejszy tekst i cała konferencja studencka stały się impulsem dla tej refleksji.

Bibliografia:
1. Barszczewska, L., Milewicz, B. (red.), Wspomnienia o Januszu Korczaku. Tom I. Warszawa: Nasza Księgarnia, Warszawa 1981.
2. Bradley H., Płeć, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008.
3. Fetzki T., Jubileusz dwóchsetlecia narodzin Édouarda Séguina; u źródeł pedagogiki specjalnej, Szkoła Specjalna, nr 1, 2012, s. 64 – 70.
4. Fetzki T., Édouard Séguin, twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie, Szkoła Specjalna, nr 2, 2012, s. 147 – 156.
5. Hen J., Błazen – wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu – Żeleńskim, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1998.
6. Iwasiów I., Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, W.A.B., Warszawa 2004.
7. Korczak J., Pisma wybrane t. I – IV [wybór: Aleksander Lewin], Nasza Księgarnia, Warszawa 1978.
8. Korczak J., (1958). Wybór pism pedagogicznych. Tom I – II, PZWS, Warszawa 1958.
9. Kuroń J., Żakowski J., PRL dla początkujących, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995.
10. Nowa encyklopedia powszechna PWN, tom 5, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996.
11. Olczak – Ronikier J., Korczak, Próba biografii, Warszawa, Wydawnictwo WAB 2011.
12. Séguin É., Traitement moral, hygiène et éducation des idiots et des autres enfants arriérés ou retardés dans leur développement, Comité d’histoitre de la Sécurite sociale, Paris 1997.
Strony internetowe:
http://www.quercy.net/hommes/odegouges.html (dostęp dnia 03.03.2012).

Ach jak przyjemnie…

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała…

Krystyna Koziewicz

Z obserwatorium zwykłej baby: Ach jak przyjemnie…

Styczniowego popołudnia bieżącego roku, a więc całkiem niedawno, znajoma zaprosiła mnie na noworoczne przyjęcie niemieckiego Towarzystwa Turystycznego. W zaproszeniu znalazła się informacja, że  podczas spotkania organizatorzy zaoferują bezpłatny poczęstunek, dokładniej rzecz biorąc – kolację – oraz upominek. Dla każdego uczestnika. Propozycję przyjęłam, choć powątpiewałam w obiecanki cuda wianki. Znając życie uznałam deklaracje za chciwy chwyt organizatorów, bo kto dzisiaj rozdaje prezenty bezinteresownie?
Nie wiedzieć czemu, od początku byłam sceptycznie nastawiona  do  kuriozalnych imprez, o których wcześniej słyszałam od mojej sąsiadki, ale zgodziłam się towarzyszyć znajomej ze względu na nasze dobre relacje. Pani była, jak mi się wydaje, nadzwyczaj łatwowierna i już często widywałam u niej różne przedmioty, na których zakup dawała się naiwnie namówić, a to magnetyczny materac za dwa tysiące euro, a to zdrowotna poduszka za 200 euro, czy witaminy po 550 euro jedna seria, ale żeby poskutkowało – potrzebne były dwie. Kupowała, bo wierzyła, że będzie zdrowa od tych przedmiotów o magicznej  mocy.
Prasa niemiecka donosi czasem o nabieraniu ludzi w starszym wieku i nabijaniu ich w przysłowiową butelką. Moja sąsiadka jest tego przykładem, niestety nie dało się jej wytłumaczyć, że ma być ostrożna. Tym razem znajoma zapewniała, że chodzi o turystyczne prezentacje, a ponieważ zamierza wybrać się w  świat, to akurat coś dla niej. No dobrze – pomyślałam.
Spotkanie miało miejsce w restauracji w centrum Berlina, która ma nawet dość dobre wpisy (zajrzałam na stronę internetową, to wiem). Poszłam pod wskazany adres, gdzie  znajoma już wypatrywała mnie w oknie, oznajmiając przy powitaniu, że chyba mi się nie spodoba. No i miała rację, bo już na pierwszy rzut oka było widać, że będzie paskudnie. Bo oto weszłam do cuchnącej od papierosów sali o ponurym wystroju, stoły poustawiane jak na partyjnym zebraniu i żadnych oznak, że to – niby – jubileuszowe, noworoczne przyjęcie.
Spoglądając na uczestników przeżyłam drugi szok. Trzon zebranych stanowili staruszkowie, na moje oko – w wieku 80-90 lat. Później okazało się, że byli jeszcze starsi, jak np. kobieta licząca 105 lat!  Ciekawskim wzrokiem wodziłam po sali, zobaczyłam „prezydialny” stół, na którym leżały rozmaite produkty: biżuteria, wypolerowane garnki, odkurzacz, jakieś dziwne lampy, patelnia i komórka dla seniorów. Czyli wiadomo, w co mnie znajoma wpakowała. Chciałam zrobić  w tył zwrot, ale sąsiadka przekonała mnie, bym  jeszcze chwilę odczekała. Organizatorzy szybko dostrzegli moją skwaszoną minę, usłyszałam uszczypliwe uwagi. „Co ci szkodzi?” – mówiła znajoma – „najwyżej pośmiejemy się”. Do śmiechu nie było jednak ani razu, ani tyci, tyci…!
Kiedy już wszyscy uczestnicy na własny koszt pozamawiali napoje, zaczęła się pierwsza prezentacja. Na pierwszy rzut poszła nadzwyczajna w świecie  poduszka – „ taka prostokątna,  super wygodna do przytulania, na której zmieści się cała głowa – wynikało z objaśnienia – po bokach ma dużo wolnego miejsca do przytulania, bo każdy powinien mieć własną”. I  tak przez 20 minut wymieniano przyjemności z puchatą poduszką. To cudo poszło w obieg, można było dotykać, przytulić, więc ludzie wyrażali zachwyt, kiwali potakująco głowami, przyznając racje prowadzącemu. Wtedy pojawiła się informacja, że kto natychmiast za jedne 99 euro kupi tę poduszkę, otrzyma dodatkowo ”piękne” prezenty. Zgłosiły się cztery osoby, wyciągając  pieniądze z kopert pełnych banknotów. Szczęśliwcy otrzymują prezenciki – bezcenne badziewie z pchlich targów, jak uchwyt do zbierania śmieci, żeby się nie schylać, rękawice i skarpetę do podgrzewania w mikrofalówce. Pozostali, którzy nie zdecydowali  się od razu, spoglądali z zazdrością, że przegapili okazję, bo od tej pory poduszka dla niezdecydowanych podrożała, dając tym samym wyraźny sygnał, co oznacza szybka decyzja.
Zaraz potem w ruch poszły trzy garnki antybakteryjne, mega energooszczędne za jedne 1200 euro, komórka seniora z budzikiem za 199 euro, patelnia za 299 euro, mini odkurzacz za 299 euro oraz lampy rozgrzewające: mała za 1600 euro, duża za 3200 euro. Wymieniając ceny prowadzący bezustannie powoływał się na uszczęśliwioną żonę – posiadaczkę tychże produktów. Ludzie zaczynają nabierać ochoty bycia  szczęśliwym, postanowili zostać posiadaczami porcelanowej patelni, lekkiego odkurzacza i uzdrawiającej lampy. Przy okazji rewelacja – prezentowane eksponaty są wyprodukowane w Chinach i Korei, które  aktualnie na świecie są liderami w eksporcie, a jakość jest najwyższa (to już nie niemiecka????).  Zauważam, że ludzie wierzą w każde słowo prezentera i potakują mu.
A mnie ciśnienie skacze niebotycznie – nie można przecież bezkarnie wysłuchiwać takich bzdetów! I te dające się zewsząd słyszeć głosy starszych ludzi, użalających się na obolałe ręce, nogi, kręgosłup. Uzdrawiająca lampa to dla nich zbawienie! Kupują lepszą wersję, tę za 3200 euro i dodatkowo otrzymują wszystko, co jest wystawione na stole, łącznie ze świecącą biżuterią.
foto forumowe 025 Uczestnicząc w tej dziwacznej tragikomedii nie wytrzymałam i ostentacyjnie wyszłam, co też  pewnie przyniosło ulgę prowadzącemu, bo po co mu taka, co nie wykazuje zainteresowania kupnem i jeszcze kpiny sobie urządza!
Okazało się, że przegapiłam wiele okazji do śmiechu, kiedy ludzie po trzech godzinach totalnego wyczerpania kupowali drobiazgi za niby symboliczne jedno euro, a gdy przychodziło do płacenia to kwota wynosiła 20 euro (no  bo przecież tak się tylko mówi – wyjaśniał prowadzący zdziwionym). Był też trik z darmową kolacją, do której trzeba sobie było zakupić napoje. Zapytałam znajomą, co o tym sądzi, ale nie potrafiła mi niczego logicznie wytłumaczyć. Był to klasyczny pokaz wciskania starszym ludziom produktów, które na co dzień za znacznie mniejsze pieniądze można dostać w każdym domu towarowym albo w internecie. Być może osoby, które nie mają siły iść do sklepu korzystają z tego typu prezentacji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej przecież potrzebujemy przedmiotów, które zlikwidują bóle i ułatwią życie. Niełatwo jest być wydanym na pastwę starczej niedołężności.
Wiedzą to organizatorzy i rozmaitej maści pośrednicy, sprzedawcy, prezenterzy, wiedzą też, że emeryci mają oszczędności, po które lekką ręką sięgną. I wiedzą, że ci ongiś pełni energii życiowej ludzie tęsknią za sytuacjami towarzyskimi. Kiedyś życie toczyło się wśród ludzi, teraz człowiek zostaje sam z bólem i lękiem. Jak przyjemnie pójść na imprezę noworoczną czy na spotkanie jubileuszowe, jak przyjemnie dostać upominki, lampkę wina, ciasteczko, a czasem nawet obfitą kolację. Ach jak przyjemnie…