Miłość

Drogi cztelniku witryny Ewy Marii Slaskiej. Tradycyjnie już, w każdy pierwszy piątek miesiąca masz możliwość poznania twórczości Romana Zygmunta Brodowskiego, czyli mojej.
Od tego miesiąca zapraszam cię na spotkania z moją liryką, zawartą zarówno w prozie jak i poezji. Cykl ten rozpoczynam wierszami napisanymi w dalekiej przeszłości , a więc w okresie mojego prymitywnego, młodzieńczego jeszcze pojmowania świata, zwłaszcza jego najpiękniejszej emocji, jaką jest – Miłość.
„Zapach wiosennej miłości” – jest pierwszym opowiadaniem lirycznym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, które do dzisiaj leżało w przysłowiowej szufladzie. Oddaję ci je w odcinkach, mając nadzieję, że i ty także znajdziesz w nim cząstkę siebie.

Roman Zygmunt Brodowski

Zapach wiosennej miłości

Przyciśnięty do okna, opuszczającego prawie pusty, pogrążony w dziwnej melancholii peron, pociągu, patrzyłem na oddalającą się postać mojej małej przyjaciółki. Stała milcząca, z wyciągniętymi w moim kierunku rękoma, jakby chciała się jeszcze raz do mnie przytulić, jeszcze raz ukryć w mych ramionach. Obok niej stali moi rodzice oraz najwierniejsi koledzy z mojego dzieciństwa, odprowadzający mnie w moją pierwszą samodzielną i bardzo, bardzo długą podróż.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten obraz tamtego wydarzenia zapamiętałem. Obraz ten śmiało można byłoby zatytułować „Pożegnanie z dzieciństwem” czy też „Wylot z gniazda”.
Tak, to prawda. Właśnie tamtego, letniego popołudnia opuściłem mój rodzinny dom, by rozpocząć samodzielne, z dala od najbliższych mi osób, życie. Wyjechałem do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Bytomia, by rozpocząć naukę w szkole górniczej.
Z zamiarem tym nosiłem się od dawna. Kuszony ciekawą, dobrze płatną i, co najważniejsze, dla tak zwanych twardzieli, pracą, właśnie ze Śląskiem wiązałem moją przyszłość, moją nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. To tam pragnąłem zbudować nowe, wolne od niedostatków bytowych, gniazdo, do którego (jak w znanej piosence o „Pueblo”) chciałem zaprosić tę jedyną, najpiękniejszą i od najmłodszych już lat najdroższą dla mnie osobę.

Przyjechałem do Bytomia i udałem się pod wskazany mi adres. W internacie ulokowano już kilunastu nowych uczniów, którzy, podobnie jak ja, widzieli swoją przyszłość, swoje „być, albo nie być” w czeluściach naszej bogatej w węgiel ziemi.
Po wypełnieniu niezbędnych formularzy, otrzymałem przydział oraz klucz do znajdującego się na trzecim piętrze, jeszcze niezamieszkanego, dwuosobowego pokoju.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowały się dwa stare, ale w bardzo dobrym stanie łóżka, przy których stały małe, nocne szafki. Przy oknie stał niewielki prostokątny stół, pokryty obrusem z ceraty, oraz trzy krzesła, a po przeciwnej stronie masywna czterodrzwiowa szafa.
Postawiłem bagaże przy stole i, zmęczony całonocną jazdą, usiadłem na łóżku, gładząc zapakowany w foliowy worek, nowy puszysty koc. Pogrążyłem się w myślach nad tym, jakie będzie to moje nowe, na nowej ziemi, życie.

Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zacząłem tęsknić za tym, co pozostało tam, na Pomorzu, za moim miasteczkiem, za ulicą, gdzie znałem każdy zakamarek i za przychylnymi, zawsze gotowymi pomóc w razie potrzeby sąsiadami. Ale najbardziej brakowało mi jej, mojej kochanej, najpiękniejszej na świecie Marysi. To dziwne, nie obawiałem się tego, że nie będzie przy mnie mojej dobrotliwej, drogiej mateńki, budzącej mnie każdego poranka do szkoły, zawsze uśmiechniętej i czułej. Ojca, którego darzyłem wyjątkowym szacunkiem, respektem, za to że potrafił być wymagającym, ale i pobłażliwym, surowym, a jednocześnie o gołębim sercu przyjacielem, czy też mojego wspaniałego rodzeństwa, brata i sióstr.
– Boże!, jak ja dam sobie radę bez niej, bez jej szczebiotu, uśmiechów, przekory. Bez codziennych pozdrowień, wspólnego odrabiania lekcji, wspólnych spacerów – rzuciłem półgłosem w przestrzeń pytanie. Wyjąłem z walizki leżący na wierzchu tomik wierszy Mickiewicza. Otworzyłem książkę, w której, z obawy przed uszkodzeniem ukryłem skarb, jakim była fotografia, podarowana mi przez Marię w dniu naszego pożegnania. Patrzyłem na nią długo, jak na obraz modlitewny, wiszący nad łóżkiem moich rodziców, do którego składaliśmy przed snem wraz z mamą podziękowania za przeżyty dzień.
Maria stała w niedokończonej jeszcze werandzie rodzinnego domu, odziana w białą modną bluzeczkę oraz spodnie marki „Wrangler”, kupione za dolary (prezent od jej brata) w Pewaksie. Rozwiane, delikatnie spływające po ramionach kasztanowe włosy, nieco przekorny uśmiech i piwne oczy, wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Na odwrocie widniała napisana wiecznym piórem dedykacja, „Pamiętaj o mnie”, data i podpis.
Spojrzałem na puste, szarozielone ściany. W niczym nie przypominały ciepłych, w kolorze pustynnego piasku, na którym wisiała reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, ścian małego pokoiku, w którym spędziłem wraz z rodzeństwem całe moje dzieciństwo.

c.d.n.

Rozłąka

Tak – wyjechałem
Za chlebem
I za wolnością
Młodzieńczą,
Lecz nie od Ciebie
Kochana ty moja.
Ty jesteś ze mną
Ty jesteś we mnie
Jesteś nadzieją,
Ostoją.

Wiem, że to boli
Dzień w dzień
To czuję
Tęsknota, żal
Pustka wkoło
Bez ciepła serca
I karmy duszy
Nie jest, Kochanie,
Wesoło.

Proszę Cię
Wytrwaj,
Wówczas ja
Wytrwam
Cierpliwym czas
Dobrem płaci,
Wkrótce….
Zbuduję dom
Dla nas – miła,
Dom który sobą
Wzbogacisz.

Bytom, 12.09.1975

Tylko Ty

Położyłem serce przed Tobą
Takie małe, bijące wyznanie
I oddałem moje żywe słowo
Zamiast róży, Dla Ciebie
– KOCHANIE –

Uchyliłem duszy mojej wrota
Uwolniając z niej myśli zielone
I śpiewałem Ci pieśni radosne
Widząc w Tobie moją przyszłą
– ŻONĘ –

Rozpocząłem pieszczotami dłoni
Przy pomocy nadziei mi danej
Dom budować, w granitowej skale
Gniazdo marzeń…, dla mojej
– WYBRANEJ –

Na ołtarzu z pokorą złożyłem
Jako wotum,ufność oraz wiarę
Moje życie, moje przeznaczenie
W przeświadczeniu, żeś od Boga
– DAREM –

Bytom, 13.11. 1976

Do M. – list ostatni

Wysłałem do Ciebie
List liryczny
Pisany wiatrem
Gwiezdnym pyłem
Z myślą, że w Tobie
Pozostanie
Że wciąż cię kocham
Że jestem, byłem.

Piszę do Ciebie
Ptasim śpiewem
Melodią lasu
I strumieni
Piszę najmilsza
Z tą nadzieją
Że los w nas wkrótce
Coś odmieni.

Piszę do Ciebie
Kroplami deszczu
Łzami aniołów
Poranków rosą
Piszę kochanie
Resztką marzeń
Dręczących myśli
Zwłaszcza nocą.

Więc nie wyrzucaj
Tego listu
Którego treścią
Ad finitum
I nie zapomnij
Że istniałem.
Byłem słoneczkiem
Twego świtu.

Bytom, 17.11.1977

Kochaj mnie

Na polu słoneczniki
Dojrzewają
Słońce się płowi
W ich żółcieniach
A we mnie nadal,
Jak przed laty,
Miłość gorąca
Szuka cienia.

Kochaj mnie proszę
W czas wiosenny,
W czas nasz majowy
I zielony.
Bo potem może
Być za późno,
Młodość? – to czas
By szukać męża,
Szukać żony

Bytom, 15.05.1977

Gender jako postawa życiowa

Poniższy tekst był głosem w dyskusji (“by nie rzec – pyskówie” jak informuje Autor) na temat gender podczas konferencji studenckiej w Łużyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej imienia Jana Benedykta Solfy w Żarach w dniach 30/31 marca 2012 roku: “Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną ‘w epoce gender’. Ujęcie problemu z perspektywy dziecka i wychowawcy”.

Tomasz Fetzki

Gender jako symbol i przykład rewizjonizmu – postawy pożądanej w zawodzie pedagoga

Wstęp

Żyjemy w epoce ciągłych, gruntownych przemian, obejmujących całokształt otaczającej nas rzeczywistości. Zmienia się nasz sposób myślenia o świecie, zmieniają się wartości wyznawane przez społeczności, a przy tym przekształcają się struktury tychże społeczności. Modyfikacjom ulega teorię oraz praktyka i organizacja działania w licznych dziedzinach życia.
Stwierdzenia powyższe są truizmem, zjawiska te opisano wielokrotnie i nie wymagają one dodatkowych wyjaśnień. Warto jednak zastanowić się, co z tego oczywistego faktu wynika dla współczesnych pedagogów.
Problem dotyczy zarówno teoretyków, naukowo zajmujących się pedagogiką, jak też praktyków – nauczycieli i wychowawców, zmagających się w codziennej pracy z wyzwaniami epoki przemian, a także studentów pedagogiki, czyli osób, których ambicją jest (a przynajmniej być powinno) jak najlepsze przygotowanie się do sprostania trudom działalności edukacyjnej w środowisku ciągłej i gruntownej zmiany. Wszyscy oni muszą być świadomi tych procesów i gotowi do aktywnego w nich udziału. Jedynie taka postawa gwarantuje twórcze i efektywne wypełnianie zadań związanych z zawodem pedagoga.

Gender, czyli symbol radykalizmu

Temat konferencji, podczas której niniejszy tekst został wygłoszony, to Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną w epoce gender. Można przyjąć, iż „gender” rozumiemy w tym wypadku przede wszystkim jako symbol postawy radykalnej. Przez cały okres istnienia ludzkości (przy czym mamy na myśli wszystkie właściwie cywilizacje stworzone przez człowieka), poglądy i stereotypy wyraźnie rozgraniczające repertuar ról, zachowań oraz praw i obowiązków przypisanych do każdej z płci, były ściśle określone, a przy tym stabilnie umocowane w świętych księgach poszczególnych religii czy w różnorodnych kodeksach prawnych. Wydawały się czymś absolutnie nienaruszalnym, a nawet niekwestionowanym. Świat wokół mógł się zmieniać w każdej z dziedzin, ale miejsce kobiety w tym świecie pozostawało niezmienione: rewolucjoniści francuscy, ogłaszający z tak wielkim entuzjazmem w roku 1789 Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, dwa lata później kompletnie zignorowali Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki, a żywot jej autorki, Olimpii de Gouges, przerwało ostrze gilotyny .
Jednak, jak się okazuje, w dorobku człowieka nie ma niczego, co prędzej czy później, nie zostałoby przez tegoż człowieka zakwestionowane. W drugiej połowie XX wieku przyszedł czas na podważenie niezmiennych, wydawałoby się, stereotypów związanych z rolami społecznymi przypisanymi do każdej z płci. W pewnym uproszczeniu można przyjąć, że tym właśnie jest filozofia gender. Pojęcie „gender”, przywołując swój desygnat , w wyrazisty, symboliczny i niejako demonstracyjny sposób sygnalizuje, jak bardzo gruntowna czeka nas rewizja tradycyjnego rozumienia znaczeń i kontekstów rzeczywistości podlegającej gwałtownym przemianom – nie tylko w sferze ról związanych z płcią, ale w każdej dziedzinie życia. Konieczności przyjęcia takiej właśnie, rewizjonistycznej postawy, poświęcony jest niniejszy referat.

Rewizjonizm, czyli postawa kreatywna

Pojęcie „rewizjonizm” nie jest jednoznaczne. W najwęższym rozumieniu encyklopedycznym oznacza ono próby zmiany teoretycznych podstaw koncepcji K. Marksa i F. Engelsa, następnie – koncepcji uzupełnionej przez Lenina i Stalina, wreszcie – poglądów uznanych za ortodoksyjne i obowiązujące przez aktualnych przywódców ruchu komunistycznego. W takim ujęciu klasycznymi rewizjonistami byli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, autorzy Listu otwartego do Partii. To rozumienie pojęcia „rewizjonizm”, ze względu na uwarunkowania historyczne, jest najbliższe większości osób, które doświadczyły życia w ustroju „powszechnej szczęśliwości”. Pretekstem dla prezentacji niniejszego tekstu jest jednak konferencja studencka, zaś dzisiejsi studenci to grupa, którą szczęśliwie ominęło takie doświadczenie. Nie ma więc żadnego powodu, aby ograniczali się oni do zawężonego i „uwikłanego politycznie” rozumienia pojęcia „rewizjonizm”. Powróćmy zatem do jego pierwotnego znaczenia i przyjmijmy, iż oznacza on po prostu domaganie się zmiany ustalonego porządku, istniejącego stanu rzeczy, obowiązujących koncepcji i poglądów. Tak rozumiany rewizjonizm ma zastosowanie w każdej właściwie dziedzinie życia. W takim znaczeniu używa go na przykład Józef Hen, opisując konflikt rozgrywający się między dwoma wielkimi krytykami literackimi dwudziestolecia międzywojennego: No i krzywi się [Irzykowski]: „Nigdzie ani krzty rewizjonizmu”, podczas gdy Boyowi wydaje się, że trudno o większy rewizjonizm niż przekonać publiczność do Villona, Rabelais’go, Montaigne’a, Racine’a.
Autor niniejszego opracowania nie bez przyczyny poświęca sporo uwagi wyjaśnieniu pojęcia „rewizjonizm”, nieprzypadkowo także przywołuje (pozornie odległe tematycznie) słowa Hena. Chodzi mu bowiem o to, aby przed przystąpieniem do analizy meritum zagadnienia, precyzyjnie określić pozycję, z jakiej analiza ta zostanie przeprowadzona. Zwłaszcza zaś zależy mu na podkreśleniu dynamicznego i kreatywnego charakteru rewizjonizmu. Bowiem rewizjonista to nie malkontent, który krytykuje, kwestionuje czy podważa cokolwiek z powodu złośliwości lub dla samej „przyjemności niszczenia”. Przeciwnie, rewizjonizm (tak, jak rozumie go autor) ma na celu, poprzez sformułowanie zarzutów czy wątpliwości, „wypróbowanie” wartości danej koncepcji (w myśl refleksji biskupa Ignacego Krasickiego, twierdzącego w Monachomachii, iż Prawdziwa cnota krytyk się nie boi). Nie chodzi więc o burzenie, ale o budowanie – tyle, że na oczyszczonych i wzmocnionych fundamentach.
Logiczną konsekwencją takiego rozumienia rewizjonizmu może być postawienie następującej tezy: Bez odwagi rewizjonistów postęp nie jest możliwy. Teza ta, jak się wydaje, ma zastosowanie również w dziedzinie teorii i praktyki pedagogicznej. Aby uwiarygodnić takie stwierdzenie, autor chciałby przywołać postacie dwóch wybitnych pedagogów, których bez wątpienia można określić mianem „rewizjonistów”.

Séguin i Korczak, czyli rewizjonizm pedagogiczny

Wybór postaci pedagogów – rewizjonistów dla niniejszego opracowania nie jest przypadkowy. Wynika on oczywiście z preferencji autora tekstu, ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, stąd. Istotniejszy jest fakt, iż w roku 2012, w którym odbywa się nasza studencka konferencja, obchodzimy dwie rocznice: 200-lecie urodzin pierwszej Séguina i 70-lecie męczeńskiej śmierci Korczaka.
Obaj uczynili wiele dla rozwoju pedagogiki i obaj zasługują na naszą pamięć oraz uwagę. Z postacią Edouarda Séguina większość uczestników konferencji oraz czytelników niniejszego tekstu styka się prawdopodobnie po raz pierwszy. Mimo to jego biografia i dokonania, ze względu na charakter opracowania, zostaną przedstawione skrótowo; podkreślę jedynie te wątki, które świadczą o rewizjonizmie Burgundczyka. Z kolei Janusz Korczak to postać powszechnie znana, można go uznać niemalże za „znak firmowy” pedagogiki polskiej. Dlatego tym bardziej nie ma potrzeby dokładnej prezentacji postaci Starego Doktora; analizie zostanie poddany również jedynie „rewizjonistyczny aspekt” jego dorobku pedagogicznego.
Édouard-Onésime Séguin (1812-1880) przyszedł na świat 20 stycznia 1812 roku w burgundzkim mieście Clamecy, jako syn miejscowego lekarza. Ukończył kolegium w Auxerre i liceum Saint-Louis w Paryżu. Następnie podjął studia na wydziale prawa Sorbony. W tym okresie pisał dla stołecznej prasy artykuły z zakresu krytyki sztuki, zaangażował się też politycznie, uczestnicząc w działalności grupy radykalnych rewolucjonistów, socjalistów utopijnych.
W roku 1837 w życiu Séguina nastąpił przełom. Przebył ciężką chorobę, porzucił dotychczasowe zainteresowania i całkowicie poświęcił się pracy z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, które w tamtej epoce były określane mianem „idiotów”. Pierwszym efektem naukowym tych działań była, wydana w roku 1839, broszurka Résumé de ce que nous avons fait depuis 14 mois (Podsumowanie tego, czego dokonaliśmy podczas 14 miesięcy), w której przedstawił zręby swej teorii pedagogicznej. W roku 1840 Séguin otworzył prywatną szkołę przy ul. Pigalle 6; była to pierwsza w dziejach szkoła dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Następnie przez pewien czas pełnił funkcję nauczyciela-wychowawcy kolejno w Hospicjum dla Nieuleczalnie Chorych i w szpitalu Bicêtre. W wyniku nieporozumień i konfliktów z administracją i z lekarzami w grudniu 1843 roku opuścił Bicêtre i ponownie otworzył prywatną szkołę. Przede wszystkim jednak publikował. W 1846 roku ukazuje się opus magnum Séguina, czyli Traitement moral, hygiène et éducation des idiots (Terapia moralna idiotów, ich higiena i edukacja). W książce tej przedstawił dojrzałą koncepcję pracy z osobami upośledzonymi, którą nazwał „metodą fizjologiczną”. Dzieło to zostało jednak zignorowane przez większość środowiska lekarskiego z którym, jak wspomniano, Séguin pozostawał w konflikcie. Podczas Rewolucji Lutowej 1848 roku znów zaangażował się po stronie radykalnych rewolucjonistów. W następstwie tych wydarzeń stał się we Francji osobą niemile widzianą – zarówno ze względów politycznych, jak i zawodowych.
W związku z tym w roku 1850, wraz z całą rodziną, emigruje do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dzięki wcześniejszym wizytom amerykańskich lekarzy i pedagogów we Francji Édouard Séguin był już znany w USA. Podczas trzydziestu lat pobytu tam Séguin miał możliwość zastosowania w licznych instytucjach swej metody edukacji niepełnosprawnych intelektualnie. W roku 1862 uzyskał tytuł doktora medycyny, zaś sześć lat później opublikował angielskojęzyczną wersję Traitement moral, znacznie wzbogaconą i uzupełnioną o doświadczenia zdobyte w Ameryce. Książka nosi tytuł Idiocy and its treatment by the Physiological method (Idiotyzm i jego terapia metodą fizjologiczną). Zmarł w Nowym Jorku, w siedzibie założonej przez siebie na Manhattanie Séguin Physiological School.
Tak pobieżnie naszkicowany życiorys nie wskazuje wprost, jakie jest znaczenie działalności Séguina dla rozwoju pedagogiki, ani na czym polega jego rewizjonizm. Podkreślmy więc wyraźnie: Edouard Séguin to twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jako pierwszy postulował zastosowanie w stosunku do tych osób oddziaływań o charakterze pedagogicznym, a nie medycznym i farmakologicznym, jak to miało miejsce wcześniej. Utworzył pierwszy ośrodek dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, mający stricte pedagogiczny charakter, objął terapią liczne dzieci dotkniętych różnorodnymi formami i stopniami niepełnosprawności intelektualnej, stosując swe metody w ośrodkach różnego typu i działając w kilku krajach. Ponadto, na podstawie bogatych doświadczeń praktycznych, stworzył przemyślaną, usystematyzowaną i rozwiniętą koncepcję edukacji i terapii dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, którą nazwał, jak już wspomniano, „metodą fizjologiczną”.
Przedstawione powyżej dane uzasadniają, jak się wydaje, opinię o wielkim znaczeniu Édouarda Séguina dla rozwoju pedagogiki. Pozostaje odpowiedzieć na pytanie: „w czym przejawia się jego rewizjonizm”? Najprościej można by odpowiedzieć: „w tym, iż w ogóle uznał, że osoby niepełnosprawne intelektualnie zasługują na terapię i edukację”. Dla człowieka współczesnego, zwłaszcza dla studenta pedagogiki w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, ten postulat wydaje się oczywisty i takim rzeczywiście jest, ale gdy Séguin rozpoczynał swą działalność, był w swoich poglądach osamotniony. Nawet tak zasłużone dla rozwoju medycyny postacie i autorytety naukowe jak Philippe Pinel (który podczas rewolucji francuskiej uwolnił pensjonariuszy szpitali psychiatrycznych z kajdan i klatek, uznając, że są to ludzie chorzy, a nie opętani, w związku z czym należy ich leczyć, a nie represjonować i izolować) czy jego uczeń Jean-Etienne Dominique Esquirol, jeden z twórców nowoczesnej psychiatrii, uważały, iż osobom niepełnosprawnym intelektualnie całkowicie wystarczy zapewnienie godnych warunków materialnej egzystencji; w ich opinii edukacja osób z upośledzeniem umysłowym była bezcelowa, a nawet niewskazana.
Dopiero mając świadomość tych okoliczności, w pełni można docenić rewizjonizm Edouarda Séguina, wyrażający się w następujących słowach: Co się tyczy głuchoniemych i niewidomych, problem został rozwiązany pozytywnie, a osiągnięty sukces nie pozwala wątpić w ich pomyślną przyszłość; co do upośledzonych umysłowo – także osiągnięto sukces, lecz nie jest on tak oczywisty, gdyż sprawa jest świeża i niewielu jeszcze świadków może potwierdzić te dokonania; poza tym trzeba mieć na uwadze, że ci, którzy poświęcili tej sprawie swoje życie, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Z tych powodów wciąż bardzo wielu ludzi kwestionuje możliwość edukowania upośledzonych umysłowo, jak też stopniowego przywracania im godności należnej człowiekowi.
Janusz Korczak (1878/79-1942) urodził się jako Henryk Goldszmit w rodzinie warszawskiego adwokata. Po ukończeniu rosyjskiego ośmioklasowego gimnazjum studiował medycynę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Cesarskiego w Warszawie, uzyskując w roku 1905 dyplom lekarza. Jako lekarz wojskowy uczestniczył w wojnie rosyjsko-japońskiej. Po powrocie do Warszawy podjął pracę w Szpitalu dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów.
Działał w środowisku polskim i żydowskim. W centrum jego aktywności, zarówno medycznej jak i pedagogicznej, było dziecko, szczególnie dziecko osierocone, samotne i krzywdzone. Dla dzieci żydowskich stworzył w roku 1912 Dom Sierot przy ul. Krochmalnej. Wraz z Maryną Falską współtworzył także Nasz Dom, czyli sierociniec przeznaczony dla dzieci polskich, ulokowany na warszawskich Bielanach.
Był autorem licznych prac naukowych i popularno-naukowych z zakresu pedagogiki (takich jak Prawo dziecka do szacunku, Jak kochać dziecko czy Dziecko salonu), napisał także wiele książek dla dzieci, z których najbardziej znane to Jośki, Mośki i Srule, Bankructwo małego Dżeka, Józki, Jaśki i Franki, a przede wszystkim Król Maciuś Pierwszy. Redagował Mały Przegląd – gazetę tworzoną przez i dla dzieci. Wygłosił też cykl pogadanek radiowych pod tytułem Gadaninki Starego Doktora.
Podczas okupacji hitlerowskiej znalazł się w warszawskim getcie, gdzie dalej kierował sierocińcem przeniesionym z ul. Krochmalnej, angażując się także w opiekę nad sierotami z innych ośrodków. Nie skorzystał z możliwości przejścia na „aryjską” stronę i, wraz z dziećmi oraz wychowawcami Domu Sierot, poniósł śmierć w komorze gazowej obozu zagłady w Treblince. Miało to miejsce 5 lub 6 sierpnia 1942 roku.
Jednak to nie całkowite – aż do ofiary życia – poświęcenie dla dzieci, przydało życiu i działalności Janusza Korczaka rewolucyjnego charakteru; ostatecznie nie on jeden poniósł śmierć wraz z powierzonymi swej opiece wychowankami . Tym, co w jego dorobku było i pozostaje najbardziej rewolucyjne, a więc rewizjonistyczne, to sposób, w jaki Stary Doktor traktuje dziecko i pozycja społeczna, w której chciałby je usytuować. Nieco ironicznie i zarazem melancholijnie Korczak charakteryzuje swe idee: Dzieci – to przyszli ludzie. Więc dopiero będą, więc jakby ich jeszcze nie było. A przecież jesteśmy: żyjemy, czujemy, cierpimy.
Dla Janusza Korczaka dziecko to nie „przyszły”, albo „niepełny” człowiek. To człowiek „tu i teraz”, a skoro tak, to już teraz należy mu się pełen szacunek, dokładnie taki sam, jak człowiekowi dorosłemu. Przywołajmy jeszcze raz słowa samego Korczaka, aby udowodnić, że powyższa teza to nie jedynie efekt nadinterpretacji autora niniejszego opracowania:
(…) Są jakby dwa życia: jedno poważne, szanowne, drugie pobłażliwie traktowane, mniej warte. Mówimy: przyszły człowiek, przyszły pracownik, przyszły obywatel. Że będą, że później zaczną naprawdę, że na serio dopiero w przyszłości. Pozwalamy łaskawie plątać się obok, ale wygodniej bez nich. (…) Szacunku dla bieżącej godziny, dla dnia dzisiejszego. Jak będzie umiało żyć jutro, gdy nie dajemy żyć dziś świadomym, odpowiedzialnym życiem?

Podsumowanie

Obserwacja (niekoniecznie wnikliwa) postaw licznych rodziców, wychowawców, nauczycieli oraz urzędników odpowiedzialnych za edukację i pomoc społeczną pozwala na wyciągnięcie, skądinąd niewesołego, wniosku, iż postulaty Edouarda Séguina i Janusza Korczaka wciąż pozostają dla sporej części społeczeństwa zbyt radykalne, by potraktować je poważnie. Nie chodzi o zmiany w sferze deklaratywnej: o prawach dzieci niepełnosprawnych do edukacji i dzieci w ogóle do szacunku, mówi się dużo i chętnie. Niestety, praktyka nader często wskazuje, że te idee nie są brane na serio.
Sytuacja taka z jednej strony świadczy skali rewizjonizmu Séguina i Korczaka, z drugiej zaś tym dobitniej przekonuje nas, iż postawa rewizjonistyczna jest w zawodzie pedagoga pożądana. Przed opiekunami, wychowawcami, nauczycielami i terapeutami pozostaje jeszcze wiele przesądów do obalenia, głupoty do wyśmiania, niesprawiedliwości do wyrównania i krzywdy dziecka, którą koniecznie trzeba usunąć. Pedagog po prostu nie może nie dostrzegać zła, ani tym bardziej godzić się z nim, tłumacząc, że „tak robią wszyscy”.
Warto, aby taką refleksję, „rewizję” własnych poglądów i postaw, przeprowadził każdy pedagog, szczególnie zaś każdy student pedagogiki. Oby niniejszy tekst i cała konferencja studencka stały się impulsem dla tej refleksji.

Bibliografia:
1. Barszczewska, L., Milewicz, B. (red.), Wspomnienia o Januszu Korczaku. Tom I. Warszawa: Nasza Księgarnia, Warszawa 1981.
2. Bradley H., Płeć, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008.
3. Fetzki T., Jubileusz dwóchsetlecia narodzin Édouarda Séguina; u źródeł pedagogiki specjalnej, Szkoła Specjalna, nr 1, 2012, s. 64 – 70.
4. Fetzki T., Édouard Séguin, twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie, Szkoła Specjalna, nr 2, 2012, s. 147 – 156.
5. Hen J., Błazen – wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu – Żeleńskim, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1998.
6. Iwasiów I., Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, W.A.B., Warszawa 2004.
7. Korczak J., Pisma wybrane t. I – IV [wybór: Aleksander Lewin], Nasza Księgarnia, Warszawa 1978.
8. Korczak J., (1958). Wybór pism pedagogicznych. Tom I – II, PZWS, Warszawa 1958.
9. Kuroń J., Żakowski J., PRL dla początkujących, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995.
10. Nowa encyklopedia powszechna PWN, tom 5, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996.
11. Olczak – Ronikier J., Korczak, Próba biografii, Warszawa, Wydawnictwo WAB 2011.
12. Séguin É., Traitement moral, hygiène et éducation des idiots et des autres enfants arriérés ou retardés dans leur développement, Comité d’histoitre de la Sécurite sociale, Paris 1997.
Strony internetowe:
http://www.quercy.net/hommes/odegouges.html (dostęp dnia 03.03.2012).

Ach jak przyjemnie…

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała…

Krystyna Koziewicz

Z obserwatorium zwykłej baby: Ach jak przyjemnie…

Styczniowego popołudnia bieżącego roku, a więc całkiem niedawno, znajoma zaprosiła mnie na noworoczne przyjęcie niemieckiego Towarzystwa Turystycznego. W zaproszeniu znalazła się informacja, że  podczas spotkania organizatorzy zaoferują bezpłatny poczęstunek, dokładniej rzecz biorąc – kolację – oraz upominek. Dla każdego uczestnika. Propozycję przyjęłam, choć powątpiewałam w obiecanki cuda wianki. Znając życie uznałam deklaracje za chciwy chwyt organizatorów, bo kto dzisiaj rozdaje prezenty bezinteresownie?
Nie wiedzieć czemu, od początku byłam sceptycznie nastawiona  do  kuriozalnych imprez, o których wcześniej słyszałam od mojej sąsiadki, ale zgodziłam się towarzyszyć znajomej ze względu na nasze dobre relacje. Pani była, jak mi się wydaje, nadzwyczaj łatwowierna i już często widywałam u niej różne przedmioty, na których zakup dawała się naiwnie namówić, a to magnetyczny materac za dwa tysiące euro, a to zdrowotna poduszka za 200 euro, czy witaminy po 550 euro jedna seria, ale żeby poskutkowało – potrzebne były dwie. Kupowała, bo wierzyła, że będzie zdrowa od tych przedmiotów o magicznej  mocy.
Prasa niemiecka donosi czasem o nabieraniu ludzi w starszym wieku i nabijaniu ich w przysłowiową butelką. Moja sąsiadka jest tego przykładem, niestety nie dało się jej wytłumaczyć, że ma być ostrożna. Tym razem znajoma zapewniała, że chodzi o turystyczne prezentacje, a ponieważ zamierza wybrać się w  świat, to akurat coś dla niej. No dobrze – pomyślałam.
Spotkanie miało miejsce w restauracji w centrum Berlina, która ma nawet dość dobre wpisy (zajrzałam na stronę internetową, to wiem). Poszłam pod wskazany adres, gdzie  znajoma już wypatrywała mnie w oknie, oznajmiając przy powitaniu, że chyba mi się nie spodoba. No i miała rację, bo już na pierwszy rzut oka było widać, że będzie paskudnie. Bo oto weszłam do cuchnącej od papierosów sali o ponurym wystroju, stoły poustawiane jak na partyjnym zebraniu i żadnych oznak, że to – niby – jubileuszowe, noworoczne przyjęcie.
Spoglądając na uczestników przeżyłam drugi szok. Trzon zebranych stanowili staruszkowie, na moje oko – w wieku 80-90 lat. Później okazało się, że byli jeszcze starsi, jak np. kobieta licząca 105 lat!  Ciekawskim wzrokiem wodziłam po sali, zobaczyłam „prezydialny” stół, na którym leżały rozmaite produkty: biżuteria, wypolerowane garnki, odkurzacz, jakieś dziwne lampy, patelnia i komórka dla seniorów. Czyli wiadomo, w co mnie znajoma wpakowała. Chciałam zrobić  w tył zwrot, ale sąsiadka przekonała mnie, bym  jeszcze chwilę odczekała. Organizatorzy szybko dostrzegli moją skwaszoną minę, usłyszałam uszczypliwe uwagi. „Co ci szkodzi?” – mówiła znajoma – „najwyżej pośmiejemy się”. Do śmiechu nie było jednak ani razu, ani tyci, tyci…!
Kiedy już wszyscy uczestnicy na własny koszt pozamawiali napoje, zaczęła się pierwsza prezentacja. Na pierwszy rzut poszła nadzwyczajna w świecie  poduszka – „ taka prostokątna,  super wygodna do przytulania, na której zmieści się cała głowa – wynikało z objaśnienia – po bokach ma dużo wolnego miejsca do przytulania, bo każdy powinien mieć własną”. I  tak przez 20 minut wymieniano przyjemności z puchatą poduszką. To cudo poszło w obieg, można było dotykać, przytulić, więc ludzie wyrażali zachwyt, kiwali potakująco głowami, przyznając racje prowadzącemu. Wtedy pojawiła się informacja, że kto natychmiast za jedne 99 euro kupi tę poduszkę, otrzyma dodatkowo ”piękne” prezenty. Zgłosiły się cztery osoby, wyciągając  pieniądze z kopert pełnych banknotów. Szczęśliwcy otrzymują prezenciki – bezcenne badziewie z pchlich targów, jak uchwyt do zbierania śmieci, żeby się nie schylać, rękawice i skarpetę do podgrzewania w mikrofalówce. Pozostali, którzy nie zdecydowali  się od razu, spoglądali z zazdrością, że przegapili okazję, bo od tej pory poduszka dla niezdecydowanych podrożała, dając tym samym wyraźny sygnał, co oznacza szybka decyzja.
Zaraz potem w ruch poszły trzy garnki antybakteryjne, mega energooszczędne za jedne 1200 euro, komórka seniora z budzikiem za 199 euro, patelnia za 299 euro, mini odkurzacz za 299 euro oraz lampy rozgrzewające: mała za 1600 euro, duża za 3200 euro. Wymieniając ceny prowadzący bezustannie powoływał się na uszczęśliwioną żonę – posiadaczkę tychże produktów. Ludzie zaczynają nabierać ochoty bycia  szczęśliwym, postanowili zostać posiadaczami porcelanowej patelni, lekkiego odkurzacza i uzdrawiającej lampy. Przy okazji rewelacja – prezentowane eksponaty są wyprodukowane w Chinach i Korei, które  aktualnie na świecie są liderami w eksporcie, a jakość jest najwyższa (to już nie niemiecka????).  Zauważam, że ludzie wierzą w każde słowo prezentera i potakują mu.
A mnie ciśnienie skacze niebotycznie – nie można przecież bezkarnie wysłuchiwać takich bzdetów! I te dające się zewsząd słyszeć głosy starszych ludzi, użalających się na obolałe ręce, nogi, kręgosłup. Uzdrawiająca lampa to dla nich zbawienie! Kupują lepszą wersję, tę za 3200 euro i dodatkowo otrzymują wszystko, co jest wystawione na stole, łącznie ze świecącą biżuterią.
foto forumowe 025 Uczestnicząc w tej dziwacznej tragikomedii nie wytrzymałam i ostentacyjnie wyszłam, co też  pewnie przyniosło ulgę prowadzącemu, bo po co mu taka, co nie wykazuje zainteresowania kupnem i jeszcze kpiny sobie urządza!
Okazało się, że przegapiłam wiele okazji do śmiechu, kiedy ludzie po trzech godzinach totalnego wyczerpania kupowali drobiazgi za niby symboliczne jedno euro, a gdy przychodziło do płacenia to kwota wynosiła 20 euro (no  bo przecież tak się tylko mówi – wyjaśniał prowadzący zdziwionym). Był też trik z darmową kolacją, do której trzeba sobie było zakupić napoje. Zapytałam znajomą, co o tym sądzi, ale nie potrafiła mi niczego logicznie wytłumaczyć. Był to klasyczny pokaz wciskania starszym ludziom produktów, które na co dzień za znacznie mniejsze pieniądze można dostać w każdym domu towarowym albo w internecie. Być może osoby, które nie mają siły iść do sklepu korzystają z tego typu prezentacji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej przecież potrzebujemy przedmiotów, które zlikwidują bóle i ułatwią życie. Niełatwo jest być wydanym na pastwę starczej niedołężności.
Wiedzą to organizatorzy i rozmaitej maści pośrednicy, sprzedawcy, prezenterzy, wiedzą też, że emeryci mają oszczędności, po które lekką ręką sięgną. I wiedzą, że ci ongiś pełni energii życiowej ludzie tęsknią za sytuacjami towarzyskimi. Kiedyś życie toczyło się wśród ludzi, teraz człowiek zostaje sam z bólem i lękiem. Jak przyjemnie pójść na imprezę noworoczną czy na spotkanie jubileuszowe, jak przyjemnie dostać upominki, lampkę wina, ciasteczko, a czasem nawet obfitą kolację. Ach jak przyjemnie…

Z archiwum Exodusu 3

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

amerykanZbigniew Milewicz

Amerykan i inni

Skończyła się emigracja polityczna do Stanów Zjednoczonych, Australia nie przyjmuje, pozostaje Kanada albo RPA. W kraju klonowego liścia trzeba jednak mieć bardzo dużo zdrowia, żeby do czegoś dojść, natomiast w Południowej Afryce jest jak na wulkanie, biali uciekają przed czarnymi, rewolucja wisi w powietrzu, strach tam jechać. Eksperci z emigracyjnej giełdy niezmiennie więc typują, że w Bundes jest najlepiej. Każdy sposób na pozostanie tutaj, w tym raju ludzi zawsze ładnie pachnących i uśmiechniętych oraz marek leżących na ulicy, po które wystarczy się tylko schylić, jest dobry. Jeżeli nie da się udokumentować, że dziadek służył w Wehrmachcie, albo przynajmniej jedno z rodziców było niemieckiej narodowości, to najnowsze przepisy w sprawach przesiedleńców z Polski praktycznie wykluczają szansę na uzyskanie tzw. pochodzenia i wtedy trzeba radzić sobie inaczej.

Jeszcze rok, a nawet pół roku temu można było bez zbytniego trudu zdobyć tak zwaną ,,azylancką szmatę”. Wystarczyło pogadać z Januszem, on wiedział jak się smaruje takie specjalne życiorysy, żeby urzędnicy kupili temat. w podaniu o azyl bez skrępowania odcinało się więc kupony od autentycznych rewolucyjnych życiorysów ludzi, którzy przecież przeważnie zostali w kraju, mimo biedy i prześladowań. Pisało się obowiązkowo, że człowiek działał w „Solidarności” albo w KPN, brał udział w różnych antykomunistycznych demonstracjach i sabotażach, roznosił bibułę i był za to szykanowany przez reżim. Więziony, katowany, agenci bezpieki strzelali do niego, kiedy uciekał z obławy, a w domu bez przerwy miał rewizje. Taki mniej więcej tekst złożył w urzędzie azylowym Paweł Wymoczek, l8 lat, z Radomia. Latem 1988 r. Paweł został zakwaterowany w słynnej „stajni” na Gommelsdorferstrasse. Miał za sobą jakieś pijackie burdy w innym monachijskim obozie i, zdaje się, dwa lata poprawczaka w Polsce, za kradzieże i rozbój, ale o tym nie wspomniał w podaniu. Drobny, nieważny szczegół z przeszłości. Natomiast kiedy na Marienplatzu odbyła się demonstracja „Solidarności” w sprawie ujawnienia zbrodni katyńskiej, wystąpił w jej pierwszym szeregu i dał się sfotografować ze wszystkich stron na tle odpowiednich transparentów, haseł i osób. Zdjęcia z imprezy dołączył do wniosku o azyl.

Podobnie zresztą postąpiło wielu innych uczestników demonstracji i choć trudno tego typu ruchy rozpatrywać w kategoriach czystego, bezinteresownego patriotyzmu, to przecież nie można także odebrać ludziom prawa do lepszego życia. Nawet wtedy, jeżeli nie są u siebie i dążą do celu przy pomocy różnych tricków. Byleby tylko nie zostawiali za sobą spalonej ziemi i smrodu, bo ciągnie się on później za całym narodem, zwłaszcza tutaj, na emigracji.

Przykład Wymoczka – niestety nie jedyny. Parę tygodni po występach na Marienplatzu, użył noża w pijackiej bójce z kolegą z sali (nawiasem mówiąc, poszkodowany był słabszy fizycznie) i Pawłem zajęło się Kripo. Później na kradzieży skór wpadł Wojtek, krzykacz, który też ubiegał się o azyl i Stary, specjalista od sprzętu fotograficznego. Starego nie złapano na gorącym uczynku. Ktoś go sypnął, że trzyma w obozie kradziony towar, przyjechała policja, znalazła sprzęt, delikwent nie miał na to żadnego pokrycia w rachunkach, więc musiał pofatygować się do komisariatu, w celu złożenia odpowiednich zeznań. Niedługo po tej aferze, pod formalnym pretekstem upływu ważności wizy, otrzymał nakaz wyjazdu z RFN z trzydniowym terminem przekroczenia granicy. Wojtek spędził dwa miesiące w areszcie i p wyjściu na wolność pojechał w ślady Starego. Nie pomogło mu odwołanie do sądu, ani też wykombinowane zaświadczenie lekarskie, że jest chory na serce i wymaga dłuższego leczenia w jednej z klinik monachijskich. Urzędowy lekarz tej opinii nie potwierdził. Natomiast Wymoczkowi udało się pozostać w Monachium, bo znalazł dobrego adwokata, a tamten, za odpowiednią opłatą, okoliczności łagodzące w jego sprawie.

W ,,stajni” na Gamelu, zanim oddzielono łóżka od siebie gipsowymi przegrodami, mieszkało za moich czasów około 70 ludzi, głównie mężczyzn, przeróżnych narodowości, kultur, tudzież temperamentów i jest to temat na oddzielną opowieść, a może nawet – scenariusz filmowy. Chcę tylko powiedzieć, że właśnie w stajni poznałem Janusza, zwanego Amerykanem. Nie Amerykaninem, tylko Amerykanem i w trosce o autentyzm relacji tak będę go tutaj tytułował.

Było to dwa lata temu. Janusz miał wtedy 36 lat, był słusznej postury, mocno szczerbaty i prawie zawsze ubierał się na czarno, w czarne sztruksy, czarny sweter, czarną koszulę, do tego – czarny wąs i czarne włosy, od razu czuło się więc, że człowiek piastuje w sobie ważne tajemnice. Palił tylko Camele, jego ulubionym trunkiem była whisky i cały obóz wiedział, że chłopcy z amerykańskiej bazy wojskowej w Monachium to jego najlepsi kumple.

W Polsce, opowiadał każdemu, kto tylko chciał go słuchać, przez szereg lat działał w antykomunistycznej opozycji i współpracował z CIA, za co skazano go na 4,5 roku pozbawienia wolności, ale na mocy amnestii wyszedł z więzienia wcześniej. Bał się, żeby ludzie z bezpieki po kryjomu nie wsadzili mu kulki w plecy, dlatego na początku 1988 roku wyjechał turystycznie do RFN i zapisał się na emigrację polityczną do Stanów Zjednoczonych. W Chicago mieszka jego babcia i mnóstwo innych krewniaków, wszyscy są bogaci i mogliby Amerykana prywatnie sponsorować, ale on tyle zrobił dla rządu USA, że powinien tam wyjechać na jego koszt i otrzymać odpowiednią rentę w dolarach.

Whisky, którą między innymi i mnie hojnie częstował, dostawał przeważnie w prezencie od Amerykanów. Oni także opiekowali się Januszem w dzień i w nocy, żeby mu włos z głowy nie spadł. Jako ich zasłużony współpracownik mógł być śledzony, tu w Monachium, przez wschodni wywiad, dlatego stale miał obstawę. Zawsze ktoś szedł za nim, albo jechał autem, ale była to tak dyskretna robota, że nigdy żadnego agenta nie udało mi się wypatrzyć. Zdaniem obozowych sceptyków, Amerykan whisky kradł, a w więzieniu, gdzie stracił zęby, siedział nie za politykę, tylko za łobuzerię i tam naczytał się kiepskich powieści szpiegowskich, ale czego to ludzie z zazdrości nie plotą.

– Dlaczego nie wyjeżdżasz do Stanów? – zapytałem go kiedyś.
– Dwa razy już miałem wizę, sam konsul mi ją proponował, ale odmówiłem, bo chcę jeszcze w Europie wydać książkę.
Tę książkę, ściślej swoją autobiografię, miał już rzekomo w głowie. Wystarczyło tylko lekko wszystko uporządkować i napisać. Wtedy, nie pamiętam już z czyjej strony, jego albo mojej, padła propozycja, abym wystąpił w roli pierwszego czytelnika tej autobiografii i jednocześnie krytyka literackiego, bo strona merytoryczna miała pozostać wyłączną sprawą autora. Faktem jest, że zgodziłem się uporządkować mu wstęp do książki, bo ciekawiła mnie jej treść. Poza tym nie wiedziałem, czy mam do czynienia z nawiedzonym mitomanem, oszustem, głupcem w szatach mędrca, czy też rzeczywiście z tragicznym męczennikiem za Sprawę, za którego się podawał, gotowym nawet do współpracy z diabłem, żeby obalić fałszywego boga i sądziłem, że po zakończeniu wspólnego dzieła będę bliższy prawdy.
Książka, według życzenia autora będzie nosić tytuł – będzie, ponieważ niedawno Amerykan powiedział mi, że jeszcze nie jest gotowa – „Syn białego orła”. Profil ma faktycznie trochę orli i potrafi bujać w obłokach. Sam to przyznaje, ale twierdzi, że w książce nie zmyśli niczego, pod słowem honoru. Wszystko będzie od początku do końca oparte na faktach oraz dokumentach, które w większości przekazał urzędnikowi biura emigracyjnego w Monachium, albo chłopakom z bazy i dlatego nie możne mi ich przedstawić. Niektóre zresztą są nie do ujawnienia bez osobistej zgody konsula.
– Jakiego konsula? – pytam, jak skończony naiwniak.
– No, tutejszego konsula Stanów Zjednoczonych, z którym jestem w przyjaznych stosunkach – odpowiada Janusz z prostotą.

Amerykan pochodzi spod Tarnowa, ma średnie wykształcenie, jest byłym pracownikiem administracji państwowej, a ustroju komunistycznego nienawidzi m.in. z pobudek rodzinnych. W czasie okupacji wiele osób z najbliższej rodziny Janusza należało do Armii Krajowej, niektórzy mieli powiązania z Rządem RP w Londynie i za to po wojnie byli w różny sposób szykanowani przez polskie władze. Ojciec Janusza, partyzancki pseudonim „Młode Godło”, był dowódcą grupy AK, działającej na żywiecczyźnie, a zginął w marcu 1968 roku w krakowskim więzieniu Montelupich. Służba Bezpieczeństwa aresztowała go w związku z podejrzeniem o współudział w przygotowywaniu zamachu stanu. W lakonicznym telegramie o śmierci aresztanta, nie podano przyczyn zgonu. Nie wydano także rodzinie ciała zmarłego, pomimo usilnych, kilkakrotnie ponawianych starań.

Tym wydarzeniem chce autor zamknąć wstęp do swojej autobiografii, który stanowić ma uzasadnienie jego późniejszych życiowych decyzji. W tym momencie także przestaje mnie interesować sprawa książki, jej dalszej treści i procentów z honorarium, które Amerykan obiecuje mi po publikacji ,,odpalić”. Kiedy widzę, jak z gorączką w oczach spekuluje, ile dolarów może zgarnąć np. za przytoczenie swoich wzruszających rozmów z ojcem i za szczegóły z akcji wywiadowczych, które przeprowadził dla CIA na terenie Krakowa, doznaję małego olśnienia. Ta książka to jego trick, sposób na zdobycie na Zachodzie fortuny i sławy, choć może, myślę, całkiem wydumany i trochę spóźniony. Żegnając samozwańczego „Syna białego orła”, przypominam sobie pewne zdarzenie z dzieciństwa. Miałem wtedy 11 lub 12 lat i po lekturze książek Julesa Verne’a sporo nadziei na znalezienie jakiegoś podziemnego skarbu, albo lotniska z wyrzutnią rakietową, która mogłaby mi pomóc w locie na Księżyc. Popyt jest motorem podaży. Któregoś dnia jeden z klasowych kolegów powiedział mi w najgłębszej tajemnicy, że ma na podwórku przy swoim domu zejście do podziemnego lotniska, gdzie stoją różne latające maszyny i kiedyś mnie tam zaprowadzi. Oczywiście nie dotrzymał słowa, więc pewnego wieczoru zakradłem się pod jego dom i przy pomocy jakiegoś pręta otworzyłem metalową klapę na podwórku. Z czarnej czeluści wionął na mnie charakterystyczny fetor i przeszła mi ochota na dalszą eksplorację podziemnej tajemnicy. No i nie wróciła mi do dzisiaj.

Następna, ostatnia już, opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Поэзия / Тимур Шаов

Это сообщение сделал Николай Ковалев! Cпасибо!

Жизнь котов – О пользе и вреде снобизма

Текст – Тимур Шаов, kартины – Татьянa Родионовa и Владимир Румянцев

Тиму́р Султа́нович Ша́ов (род. 1964) — поэт, сатирик, автор и исполнитель песен.

На диване я, как древний грек на травке,
Разбавляю, как Сократ, водой портвейн,
Генри Миллера читаю, Джойса, Кафку
И снобизм свой занюханный лелею.
Денег нет, в стране бардак, в воде холера,
На душе ненужные сомненья –
Лишь портвейн да музыка Малера
Успокаивает мне пищеваренье.
Богу, братцы, Богово –
Ну, а снобу – снобово.
Вот сосед прикинулся банкиром,
Пьет “Клико”, к валютным ездит дамам,
Правда, Сартра путает с сортиром,
А Ван Гога путает с Ван Даммом.
И ничуть ему от этого не грустно –
Взял цыган и на извозчике к актрисам…
Он не сноб, он просто счастлив безыскусно,
Как ребенок тихо счастлив, что пописал.

Засветло встанем,
Тянем-потянем,
Дедка, бабка, внучка, Жучка, Котофей –
Вытянуть не можем!

Размышляя об эстетике Матисса,
Погружаю свой экзистенциализм.
Да я бы тоже, может, дернул по актрисам,
Да мешают, вишь ты, бедность и снобизм.
Мой снобизм – он как лучик путеводный
Помогает воспринять судьбу как должно.
Мол, художник – он обязан быть голодным,
Он худой, но гордый – он художник.
Вот другой сосед – он люмпен неприличный,
Бедный Йорик, жертва пьяного зачатья.
Для него Бодлер с борделем идентичны,
Ну, а Рэмбо и Рембо – родные братья.
Да нехай шумит, не зря же он напился,
Хай ругаэ прэзидента всяко-разно,
Лишь бы он в подъезде не мочился,
Да не лез бы к управленью государством.

Горлица вьется, песнь раздается:
“А не лепо ли бяше нам, братья…” –
Да нифига не лепо!

Нувориши тихо хавают омаров,
Маргиналы хлещут горькую заразу…
Мы, конечно, круче Занзибара,
Государственный снобизм сродни маразму.

Ой, вы гой-еси, бояре с государем,
Гой-еси вы вместе с вашим аппаратом!
Доиграетесь – глядишь, приедет барин,
Он рассудит, кто был большим демократом.
Давеча прочел в одной я книге,
Там сказал кому-то раб перед таверной:
“Мы, говорит, оглядываясь, видим только фиги!”
Я вперед смотрю – там тоже фиги! Скверно…
Пушкин умер, на жнивье туман да иней,
Из деревни слышно рэповую песню,
Над седой усталою страны равниной
Гордо реет непонятный буревестник.

Засветло встанем, песню затянем:
“Тирли-тирли, я гуляла молода,
Пока не по-мерла…”

***

Tirli tirli pohulałam za młodu, póki nie umarłam… Wspaniała piosenka, w najlepszej tradycji rosyjskich bardów, śpiewających swoje autorskie piosenki przy gitarze.

Poniższe informacje znalazłam w “Salonie24” – ich autorem jest “zbigwie”:

Zainteresowania stanem rosyjskiej nauki Szaow odziedziczył zapewne w genach po swoim ojcu. Jego ojciec, Sułtan, miał bardzo szerokie zainteresowania, był inżynierem konstruktorem i wynalazcą. Jego szczególnym upodobaniem było samodzielne studiowanie fizyki teoretycznej.

Szaow, rocznik 1964 w 1987 r. ukończył medycynę i dostał nakaz pracy na wsi. Żył początkowo we wiejskiej chałupie w chutorze bez wody, kanalizacji i ogrzewania, razem z żoną, maleńkim dzieckiem i myszami w Karaczajo-Czerkiesji. A przeżył tam nie trzy lata z nakazu pracy, a lat dwanaście.

W 1996 roku posłał kasetę ze swoimi utworami na konkurs do Moskwy i został zauważony.

Pod wpływem życia na wsi powstała potem jego ulubiona piosenka, która wyniosła go na szerokie wody i zapoczątkowała jego sławę.

W 1999 roku Timur Szaow porzucił leczenie ludzi i osiedlił się w Dubnej pod Moskwą i zaczął stawać się coraz bardziej znanym rosyjskim bardem. Dziś już od dawna mieszka w Moskwie i jest sławny.

Portret Rosji w jego piosenkach jest widoczny jak na dłoni. Żeby go ujrzeć, trzeba posłuchać wielu, wielu piosenek Timura Szaowa.

Mama czyli jak się to zaczęło?

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Anna Sobecka przeprowadziła ten wywiad jesienią 1992 roku, gdy nakładem wydawnictwa Mittel w Gdyni ukazało się “Romancero Cygańskie” w wersji dwujęzycznej.

Anna Sobecka: Jest pani z wykształcenia grafikiem, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, uczennicą Tadeusza Kulisiewicza. Była Pani uznanym grafikiem.

piekna-lata60Irena Kuran-Bogucka: Tak miałam 40 (wystaw) w kraju i zagranicą i wydawało mi się, że to jest sens mojego życia.

No więc właśnie. Przez wiele lat była Pani grafikiem, miała Pani wystawy indywidualne, uczestniczyła Pani w wystawach zbiorowych, zdobywała Pani nagrody. Była pani uznanym artystą grafikiem. I w którym momencie zmieniła Pani sens swojego życia, w którym momencie przestała Pani być grafikiem, i zajęła się Pani tłumaczeniem poezji hiszpańskiej, a początkowo – poezji Federica Garcii Lorki? Jak to się stało?


Mama na wystawie (lata 60?)

Ja tego też nie rozumiem do końca. Przede wszystkim zawsze bardzo lubiłam poezję, od najwcześniejszego dzieciństwa. Najpierw mi czytywano, przede wszystkim wieszczów, później sama czytywałam. Po drugie – łatwo się uczę języków. Ale dlaczego nauczyłam się hiszpańskiego, żeby czytać sobie Lorkę, kiedy – gdybym chciała robić tłumaczenia poetyckie, to od dziecka znałam angielski, francuski, niemiecki. Po co ja się nauczyłam hiszpańskiego? Żeby zobaczyć, jak ten Lorca wygląda w brzmieniu? Jaki jest w środku? Gdzie jest łączność pomiędzy jego słowem, a znaną mi i bardzo lubianą przeze mnie muzyką hiszpańską? Mówię i o muzyce klasycznej i o folklorze.

piekna-hiszpankaKiedy to było?

Pierwszy raz zetknęłam się z poezją Lorki w połowie lat 50, pierwszy tomik, jaki dostałam do ręki, to była poezja Lorki w przekładzie Słobodnika. To nie jest bardzo doskonały przekład, bo przekładane było pośrednio przez rosyjski, czyli – on dźwięku tej poezji nie znał. Ale mimo że on nie jest wysoko przez oficjalną krytykę ceniony, uważam, że właśnie w jego tłumaczeniach jest bardzo dużo tamtej fascynacji., tej pasji, tej magii. No i jakiś czas byłam bardzo zadowolona, że mam tomik Słobodnika. Potem zaczęłam się niepokoić, dlaczego ten przekład, a i inne też, nie wykazują żadnej łączności z muzyką hiszpańską? W tym samym okresie dostałam pierwszy magnetofon w życiu, takie małe tonko, i idąc po omacku w to, co leciało radio, zaczęłam zbierać wszystkie nagrania hiszpańskie i latynoamerykański.


Mama “w roli Hiszpanki” w czerwonym szalu z cieniutkiej wełny; zdjęcie być może wykonane przez Mirosława Kubackiego

Najpierw wszystkie nieuporządkowane i byle jak, potem zaczęłam odróżniać Hiszpanię i Amerykę Łacińską, kiedy już doszłam do tego, że od pierwszego uderzenia gitary odróżniałam Meksyk od Argentyny, to już wiedziałam, że czegoś się o tej muzyce dowiedziałam, a przekład Lorki mi tej muzyki nie dawał. W jakimś momencie pomyślałam, że trzeba się będzie tego hiszpańskiego nauczyć. Nie miałam żadnych kontaktów z Hiszpanią. Był rok 61. U nas był wiadomy ustrój, a w Hiszpanii rządził w pełni sławy Generalissimo Franco. W Krakowie, gdzie prawie nigdy nie bywam, na Rynku weszłam do Klubu Książki i Prasy i znalazłam samouczek Teach Yourself Spanish, anglo-hiszpański samouczek i przez rok chodziłam z samouczkiem w kieszeni. Po roku mogłam czytać, ale nie miałam co. Bo przecież nie było skąd brać hiszpańskich książek. Pierwsze książki przysłali mi amerykańscy przyjaciele, ale jeszcze wcześniej, w piśmie Radar znalazłam wiersz Piosenka jeźdźca, Kordoba samotna w dali po hiszpańsku. I to był pierwszy wiersz Lorki po hiszpańsku, co potwierdziło moje przypuszczenia, że w samym dźwięku języka kryje się część owej magii.

Można nauczyć się czytać, pisać, rozumieć w obcym języku, ale czy można z samouczka nauczyć się mówić?

Zaraz Pani przedstawię mojego profesora wymowy. To jest Paco Ibanez, który śpiewa poezję, ale nie tak jak ją śpiewają w Hiszpanii, w tym krzyku, cante jondo, cante flamenco, tylko tak jak ją śpiewają francuscy piosenkarze, z wyraźną dykcją, z wyraźną wymową. Wskutek przywiązania do Paco Ibaneza mówię po hiszpańsku z lekkim akcentem andaluzyjskim, ale podobno nie jest to grzechem.


XXX

Canción del Jinete
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
XXX
Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.
XXX
Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.
XXX
¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
Piosenka jeźdźca
XXX
Kordoba
samotna w dali.
XXX
Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.
XXX
Poprzez wiatr, poprzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.
XXX
Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!
XXX
Kordoba
samotna w dali.

Jak Pani poznawała twórczość Lorki, mówię oczywiście o twórczości oryginalnej?

Pierwsza książka, cała, jaka do mnie doszła, to było Romancero gitano, Romancero cygańskie. Przysłała mi je moja amerykańska przyjaciółka. Zaczęłam czytać, później znalazłam inne książki, może fragmenty. W 66 roku byłam na stypendium we Włoszech, a jakże, jako plastyk!, i tam znalazłam dwujęzyczną książkę Poezje Lorki, i miałam dość czasu, żeby sobie przepisać, ręcznie, niektóre wiersze. Oczywiście nie było to żadnym materiałem do poważnej pracy, ale musiałam czymś żywić swojego ducha i jego niespokojne zapotrzebowanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Lorce.
piekna-1974-pionKiedy zaczęłam tłumaczyć? Już Pani mówię. W 74 roku, pamięta Pani?, był strasznie duży ruch w Gdańsku. Odbyła się Operacja Żagiel, która po tym, jak “Dar Pomorza” zwyciężył w poprzednich regatach, miała swój główny port w Gdyni. Przypłynął wtedy prom ze Skandynawii, przyleciały samoloty z Ameryki, były wycieczki z Niemiec. W związku z tym Związek Artystów Plastyków zorganizował wystawę sztuki marynistycznej, połączonej z kiermaszem, a ponieważ ja mówię w kilku językach, to byłam prezenterem. I kiedyś przyszły na tę wystawę Hiszpanki. Franco chyba umarł dopiero co (Franco umarł dopiero w rok później – przyp. EMS), a w każdym razie był to pierwszy raz, że pozwolono studentom wyjechać z Hiszpanii, a właściwie tylko studentkom, i tylko do Polski, ze wszystkich krajów socjalistycznych – tylko do Polski, i mało tego – nie były to studentki humanistyki, te były medycyny. I one przyszły na tę wystawę. Zapoznałam się najpierw z jedną z nich, potem z drugą, a to był taki przedłużony weekend i przyjechały ich koleżanki z Poznania. I wszystkie przyszły do nas do domu. I była taka Flora, która mówiła szeleszczącym akcentem z Katalonii, i ona mówiła piosenkę jeźdźca, tą drugą, pod księżycem czarnym, zbójeckim księżycem śpiewają ostrogi… I ona to mówiła po hiszpańsku. Ja na ich cześć zdobyłam butelkę hiszpańskiego wina, puszczaliśmy ich muzykę i jak one poszły, to ja napisałam pierwszy przekład w życiu, nie biorąc tego dosłownie, po prostu pomyślałam, przecież to musi mieć odpowiednik. I muszę Pani powiedzieć, że ten przekład został niemal bez zmian.

piekna-1974-poziomOba zdjęcia: rok 1973, Mama na swojej wystawie w BWA w Sopocie

Do dzisiaj?

Do dzisiaj. Ta piosenka martwego jeźdźca na czarnym koniu pod czarnym księżycem, o mój Boże, Lorca jest wspaniały! I ja już potem nie mogłam bez niego żyć, ale jeszcze wciąż robiłam grafikę, jeszcze przez całe lata 70 robiłam grafikę. Jeszcze w końcu lat 70 miałam wielką wystawę w Muzeum Narodowym, w oddziale w Pałacu Opatów. Ale wtedy już zaczęłam na marginesach szkiców i odbitek notować sobie jakieś sformułowania hiszpańskie. Muszę powiedzieć, że uważałam to za żenujący nałóg raczej niż przygotowanie do zawodu, robiłam to chyłkiem, żeby nikt nie widział i tylko moja wścibska córka Kasia od razu to wykryła i wołała, Mama chodź na obiad, co ty znowu piszesz jakieś wiersze.

Trudno sobie wyobrazić, że robi doskonałe tłumaczenia wierszy ktoś, kto nigdy nie pisał wierszy, kto sam nie jest poetą. Czy Pani pisała?

Droga Pani Anno, ja nigdy nie pisałam wierszy, żeby wyrazić swoje uczucia, bo od tego miałam grafikę, ale miałam zawsze duże wyczucie rytmu, rymu, stylu. Pisałam pastisze, pisałam wiersze okolicznościowe, pisałam wiersze żartobliwe, czyli jakieś podstawy warsztatu miałam. Poza tym te wszystkie wiersze, poza tą piosenkę jeźdźca, która mnie zdumiewa do dziś, jak została utrafiona, właściwie tamte przekłady jeszcze były dalekie od doskonałości. Przecież ja o tym piszę we wstępie do książki, niektóre utwory, a do nich na pewno należą romance, chociaż ludzie małego ducha myślą, że romanca jest sama łatwość, niektóre utwory miały kilkadziesiąt wersji, nie kilkanaście tylko – kilkadziesiąt. Nie każdy wpakuje w taką robotę dwadzieścia lat życia. Bo od 74 roku to jest dwadzieścia lat prób już pisania, a czytałam jeszcze paręnaście lat przedtem.

(…)
Ciąg dalszy za tydzień

List otwarty do Pani Kempy

Aleksandra Puciłowska / współautorka: Kinga Chojnicka

To miał być żartobliwy, lekki tekst. Takim rodził się w mojej głowie. Kiedy spojrzy się bowiem na dyskusję na temat tzw. gender, której fala przelewa się obecnie w polskich mediach, to trudno o powagę. Jej zachowanie mogłoby w pewnym sensie gloryfikować całą tę mocno żenującą pyskówkę, której próbuje nadać się miano wymiany argumentów. Jako, iż – jedna z głównych Gwiazd tejże całej zagwostki – posłanka Beata Kempa, nie grzeszy ani poczuciem humoru, ani dystansem do swej własnej, jakże niezwykle ostatnimi czasy popularnej osoby, to zdecydowałam się jednak napisać tekst rzeczowy. O to prosi zresztą Pani Kempa nieustannie – o merytoryczne i rzeczowe argumenty. Pragnę ich jej dostarczyć, choć zapewne nie ma sensu ze mną i tak dyskutować. Jestem wszakże, podobnie jak Krystian Legierski – idąc logicznym tokiem rozumowania za wypowiedzią Pani Kempy w rozmowie z nim – jeszcze nienormalnym człowiekiem. Być może pozostaję dla niej również jedynie wyszkolonym przez nikomu bardziej nieznaną jednostkę dzieckiem, którego wypowiedzi potraktować można z należytą protekcjonalnością, jak pozwoliła się sobie zachować posłanka,wobec jednego z członków publiczności programu, którego gościem była ona sama. Całkiem możliwe jest również to, iż jako nie tylko dla feministki, ale i lesbijki – czyli w żadnym bądź razie kobiety zdrowej i zrównoważonej – nie ma już dla mnie zupełnie ratunku i należałoby – cytując tu z kolei Panią Miłkę Majer, która na jednym z dziennikarskich portali radziła mojemu ojcu sprać mi tyłek i wydać za silnego chłopa, któremu urodzę dziecko.

Pomijając jednak wyżej wymienione różne aspekty mojej egzystencji, chciałabym móc skorzystać z okazji iż – jako, iż posługuję się słowem pisanym, a nie mówionym – w związku z czym Pani Posłanka nie będzie w stanie mi przerwać i być może pierwszy raz wysłucha racji drugiej strony do końca – dorzucić i moich kilka groszy do tematu, który wzbudza tak wielkie kontrowersje po wschodniej stronie Odry.

Wpierw chciałabym się odnieść do programu “Równościowe przedszkole”, na który tak chętnie powołuje się pani Kempa. Słynny już chyba powoli wierszyk, który deprawować ma polskie dzieci o płci, która nie ogranicza mnie, cytowany nagminnie przez posłankę Solidarnej Polski ma, jak się okazuje, swoją dalszą część – być może już nie tak wygodną i zdatną na manipulację, dlatego też pomijaną skrzętnie przez Panią Kempę:

„Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę,
płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem,
mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką,
bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę,
płeć nie ogranicza mnie!”

Bo, o ile pierwszy wers powyższej prostej rymowanki, może w co niektórych, mniej otwartych na nowości i krytyczną analizę umysłach, wzbudzić pewne wątpliwości, to cały wierszyk nie ma prawa budzić już żadnych kontrowersji. O fakcie tym posłanka Kempa doskonale wie, dlatego też cytat swój skrzętnie ogranicza. Podobnie, jak odnośnik w programie do obecnych czytanek i rymowanek, którymi raczy się dzieci w przedszkolu. Posłankę wzburza fakt, iż dziecko wypowie głośno słowa o tym, iż jego płeć go nie ogranicza i może zostać, tym kim chce – czy to pilotką, czy strażakiem. Nie oburza jej jednak sytuacja, w której w wierszykach kobiety przedstawiane są, jako kury domowe, które mają pełne ręce roboty, i może faktycznie można by im czasem w tych porządkach i sprawunkach ewentualnie pomóc, podczas gdy mężczyzna jeździ z synem po mapie i pokazuje mu ciekawy świat. Jeżeli dysonans, który się z tego tak diametralnie stereotypowego postrzegania ról kobiety i mężczyzny wyłania, nie jest dla przeciwników nauki gender jasny, to już służę pomocą i wyjaśniam: wierszyk proponowany przez program Równościowe Przedszkole, jak i główne założenia całego programu mówią o czymś dokładnie odwrotnym. O rolach kobiet i mężczyzn, które nie powinny ich odgórnie ograniczać. Bo to nie jest tak, że mama jest od prania, a tata od grania w piłkę. O tym mówi ten program, a nie o operacjach na 4-letnich dzieciach, które decydują się zmienić płeć, jak próbuje wmówić nam z uporem maniaka polska prawica oraz Kościoł.
Nie mówi również o nauce masturbacji, jak mieliśmy wątpliwą przyjemność usłyszeć już nieraz. Szczerze – trudno mi sobie nawet wyobrazić, jak miałaby wyglądać owa nauka? Jeżeli wyobrażenie to zagościło zaś w głowie posłanki Kempy, to gratuluję tejże niezwykle wybujałej oraz rozbudowanej mocy wyobraźni. Dzieci w pewnym wieku zaczynają się interesować ciałem, czy to się nam podoba, czy nie. Robiły to od zawsze, robią to teraz i będą robić również w przyszłości. Nie zmienimy tego. To co możemy natomiast zmienić, to nastawienie do tego. Od dawna wiadomo, iż dotykanie swoich okolic intymnych przez dzieci najczęściej kończyło się ich strofowaniem. Dzieci tego nie rozumieją – dlaczego mogę dotykać ucha i policzka, ale nie wolno mi dotknąć penisa/łechtaczki?
Strofowanie to doprowadzić może do zaburzeń w przyszłym życiu seksualnym. A, jako iż cała nasza polska prawica niezmiennie dba o zdrowe, jak i moralne pożycie seksualne wszystkich Polaków, to powinna podziękować gender za to, iż próbuje zapobiegać problemom seksualnym naszych rodaków. W programie Równościowe Przedszkole, Droga Pani Kempo nie ma ani jednego słowa o nauce masturbacji. Jest mowa o poinformowaniu dziecka, że nie ma w tym nic złego, jeżeli dotykamy samych siebie. Jeżeli i ten dysonans nie jest dla Pani i Pani popleczników zrozumiały, to Państwo wybaczą, ale kijem Wisły zawracać nie będę. Bo się zwyczajnie nie da. Jak mówił Einstein: “Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej są jednak pewne wątpliwości.”

Nikt na podstawie programu Równościowe Przedszkole nie przebiera ani żadnego chłopca w dziewczynkę, ani żadnej dziewczynki w chłopca. Dzieci robią to same, dobrowolnie. Wystarczy przeczytać ten program, by o tym wiedzieć. Pani Kempa twierdzi, że go przeczytała. Możliwości są trzy: albo Pani nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo kłamie i wcale go nie czytała. Trzecią i ostatnią opcją jest podejrzenie, iż Pani nie tylko go przeczytała, ale i zrozumiała – i działa z premedytacją, manipulując faktami wedle własnego widzimisię. Przez wzgląd na niezwykłą czułość pani posłanki na punkcie własnej osoby i nadmierne zdolności do uczucia obrazy własnego jestestwa, powstrzymam się od komentarza, która z powyższych opcji mnie osobiście wydaje się najbardziej prawdopodobna. Wracając jednak do tematu: dzieci faktycznie się przebierają – robią to jednak całkowicie dobrowolnie oraz w formie teatrzyka. Część dzieci wychodzi z sali i przebiera się poza nią, same dobierają akcesoria i same decydują o tym, czy odgrywać będą dziewczynkę, czy chłopca. Reszta dzieci na podstawie ubioru, stylu zachowania oraz atrybutów zgadnąć ma, kogo dane dziecko odgrywa. Całość kończy się dyskusją na temat postrzegania dziewczynek oraz chłopców – skąd dzieci wiedziały, że Marysia z pistoletem gra chłopca, a Jasiu z odkurzaczem dziewczynkę?
Bardzo rozwijające i wiele wnoszące do rozwoju dzieci ćwiczenie można, więc jak widać przeobrazić w szatański plan, który na celu ma wychować morze transwestytów i miliony lesbijek – bo tego się chyba nasza prawica w tym wszystkim obawia.

Proponuję zakazać Jasełek, jeszcze sobie któreś dziecko naprawdę pomyśli, że grany przez niego osiołek jest nim, i dopiero narobimy bigosu. Nie mówiąc już o zaburzeniach, jakie mogą zniekształcić umysł małego chłopca, który za młodu wysłuchiwać będzie od kolegów docinków o “oślich uszach”.

Co do zaś granicy 4 lat, o której wciąż się słyszy, która wyznaczać miałaby magiczny punkt zwrotny w życiu dziecka, w którym odarte do tej pory ze swej płci dziecko, miałoby dokonać jej wyboru: przeciwnicy gender wykazać musieli się tu zaiście dużą dozą złej woli, by sprawę metaforycznego tekstu dla rodziców dzieci przekazać mediom w wyżej wymieniony sposób. Ten metaforyczny tekst opowiada bowiem o tym, iż dzieci zanim przekroczą próg przedszkola najczęściej nie nabrały jeszcze stereotypowych cech dla swej biologicznej płci – mądry rodzic nie chce bowiem, by dziecko chodziło ubrane tylko w jednym kolorze, czy miało zabawki rozwijające je tylko w jednym kierunku. Tego uczymy się już w przedszkolu – w kąciku chłopców znajdziemy klocki Lego i samochody, w kąciku dziewczynek różowe lalki Barbie i kołyski dla lalek. I dzieci tym nasiąkają. Znam to dobrze z autopsji: pomimo, iż w domu budowałam coraz to nowe konstrukcje z Lego oraz bawiłam się z moim kuzynem w wojnę, to w przedszkolu nie dane mi było nigdy pobawić się na obleganym przez chłopców dywanie, przypominającym swym wzorem autostradę. Bo to był dywan chłopców, by mogli wykorzystać go dla swoich samochodów. Ich samochodów. Moje były ponoć lalki. Ale ja ich nie chciałam. I to się nie liczyło. Liczył się podział na chłopców i ich samochody oraz dziewczynki i ich lalki. Ja się w tym podziale gdzieś zagubiłam, stałam błędem statystycznym. Bo przecież dziewczynki zawsze wolą lalki, czyż nie tak..?

Podobnym błędem był mój kolega z podwórka, który uwielbiał tzw. “dziewczęce zabawki” – kolekcjonował lalki, wózki dla nich, lubił zabawy w dom. Jego rodzice nieustannie kupowali mu zaś plastikowe traktory, karabiny maszynowe oraz klocki Lego, mając nadzieję, iż to zmieni jego upodobania. Ale on pozostawał nieugięty i wymieniał kupowane mu przez rodziców zabawki na te, które podobały mu się faktycznie. Sama skorzystałam na tym nieraz – zamieniając przykładowo lalkę Barbie na gumowego rekina, któremu domalować mogłam następnie czerwonym mazakiem krew na paszczy i tym samym uwiarygodniać jego ataki na ludziki z klocków Lego w naszej wannie. Chłopiec ten budził kontrowersje na całym osiedlu i nieraz bywał obiektem docinków rówieśników. Ja z nim zaś wymieniałam zabawki i poniekąd rozumiałam jego odczucia. Choć ja i tak miałam lepiej – dziewczynka, która bawi się autami i pistoletami wyrośnie przynajmniej na jakiego inżyniera, czy doktora. A chłopak, który bawi się lalkami, to z cała pewnością będzie pantoflarz albo niedołęga życiowa. Albo nie daj Boże pedał jeszcze jakiś. A propos pedałów! Chciałam zarówno Pani Kempie, jak i innym uroczyście obwieścić, iż faktycznie zdarza się tak, iż królewicz zakochuje się w królewiczu. Pani Kempa dała odczuć w pewnym programie swemu wzburzeniu wobec tych faktów.

Odpowiadając na Pani pytanie wówczas postawione: “Czy to jest normalne?” – “Tak droga Pani, to jest normalne.” Zdarzało się nieraz, zdarza nadal i będzie zdarzać nieustannie. Choć może współcześnie nie tak już często wśród królewiczów. To, że istnieje pewna grupa ludzi, która nie jest sobie z tym faktem w stanie poradzić, nie zwalnia nas jednak z obowiązku do tego, by uczyć nasze dzieci i młodzież, że ludzie są różni i każdy zasługuje na szacunek. W przeciwnym wypadku musielibyśmy milczeć również o tym, iż na świecie żyją osoby czarnoskóre. O tym, że niektórzy mężczyźni nie zakładają rodzin, a postanawiają żyć całe życie w celibacie i służyć tym samym Bogu również nie wypadałoby powiedzieć. Fakt, iż czasem niektóre osoby nie słyszą i trzeba z nimi komunikować się na inny sposób również objęty powinien zostać tajemnicą. Wszystkie te przypadki nie są bowiem normą. A to normy właśnie, Pani Posłanka chce, zdaje się bronić i strzec przed deprawacją tego świata. Proponuję jednak wykluczać zbiorczo – a nie jedynie wedle własnych uprzedzeń i fobii. To byłoby przynajmniej choć odrobinę uczciwe.
Kolejną wskazówką, jaką mam dla Pani Kempy jest choć spróbowanie czytania całych tekstów oraz źródeł, na które się później powołujemy. Pani Kempa nie omieszkała bowiem odnieść się do “narzucania płci” dziecku przy narodzinach, mówiąc o tym, czy narodziło się chłopcem, czy dziewczynką. Jednocześnie nie zadała sobie ona jednak trudu odnalezienia źródeł tego założenia oraz jego filozoficznych uwarunkowań. Mówiła o tym bowiem naturalnie Judith Butler odnosząc zdanie wypowiadane przez położną po narodzinach dziecka, tj. “to dziewczynka” do własnej teorii o wypowiedziach performatywnych. Zakłada ona, iż wypowiedzi te kreują naszą rzeczywistość, tworząc tym samym sztuczny konstrukt płci społecznej, mylnie utożsamiając go z płcią stricte biologiczną. Mówiąc “chłopaki nie płaczą” zamykamy mężczyzn w konstrukcie, w którym chcąc zachować twarz oraz dumę, jako “prawdziwy mężczyzna” (gender) powinni być twardzi i nieczuli. Choć przecież biologia pozwala im płakać i współodczuwać, tak jak kobietom. To założenie odniosła Butler do wypowiedzi “to dziewczynka” – bo za tym zdaniem idzie cała masa skojarzeń oraz następstw narzucanych nam przez społeczeństwo i kulturę. Mówiąc “to dziewczynka”, położna zawiera podświadomie w swej wypowiedzi oczekiwania wobec noworodka, by wpasowało się ono w koncepcję dziewczynki, jaką zna nasze społeczeństwo. “To dziewczynka” – będzie więc grzeczna, będzie bawić się lalkami, a następnie poświęci karierę dla swojego ukochanego męża. Takie są oczekiwania zawarte w tym krótkim zdaniu. I tylko ta dziewczynka, która im – chcąc, czy nie chcąc – sprosta będzie mogła mianować się tzw. “prawdziwą kobietą”.
Pani Kempo – proszę uwierzyć, że ani Judith Butler, ani nikomu innemu nie chodziło ani o to, aby zabronić wypowiadania owego zdania na porodówce, ani o negowanie biologicznej płci dziecka. W filozofii nie zawsze wszystko należy brać dosłownie.
Jaskinia Platona też była jedynie metaforą, Pani Posłanko…
Kończąc już, jeszcze jedno zdanie na temat ulubionego naukowca Pani Kempy, a więc Johna Money’a. Zgadzam się z posłanką Kempą i też nie jestem zwolenniczką praktyk tegoż to, zmarłego już seksuologa. Ale cytując eksperta zespołu parlamentarnego, któremu Pani Kempa ma zaszczyt przewodzić, księdza Oko, napiszę “Wśród nas też są Judasze.” Skoro tłumaczenie pana Oko w zupełności wystarcza posłance Kempie w wypadku pedofilii w Kościele, tak samo powinno jej wystarczyć w tym wypadku, czyż nie…?
Miałam powstrzymać się od retoryki używanej przez Panią Kempę, ale nie mogę sobie odmówić: jeżeli Pani hasłem przewodnim jest “Wara od naszych dzieci”, to ja już nie powiem, od czego wara Pani – Pani Posłanko – w moim i innych ludzi życiu.


PS od Adminki: myślę, że w ramach porad kulturalnych koniecznie trzeba tu przpomnieć nadzwyczajną powieść Jeffreya Eugenidesa pt. Middlesex (2002, przekład polski 2004). Przeczytajcie ją koniecznie. I bez dyskusji o gender – warto, w ramach dyskusji – to po prostu obowiązek!

 

Przemarsz zer

Dorota Cygan przypomina kolejną rocznicę, nie okrągłą, a tekst wprawdzie nie o niczym tylko o czymś, ale jednak o zerach.

zeraMeeting czyli przemarsz zer – tak brzmi tytuł szkicu węglem autorstwa niemieckiego malarza Wernera Heldta z roku 1933/34. „Dziś przed 81 laty”, jak mówią użytkownicy języka niemieckiego (mhm, to zupełnie tak, jak gdyby w niemieckim gramatyka decydowała o kultywowaniu wiecznie świeżej pamięci) Hitler doszedł do władzy. Rysunek powyżej jest komentarzem tego, co stanowiło nieodłączne kulisy tych i późniejszych wydarzeń związanych z tym faktem.

Można niejedno wyczytać z tego rysunku, nie znając dzieła malarza. Abstrakcyjna forma obrazowania tłumu jako kółka-zerówki to czysta kpina z reżyserowanej liturgii zlotów partyjnych i ich śmiertelnej powagi, której tłem było istne poczucie misji dziejowej. Germaniści piszą czasem, analizując artefakty mrocznych czasów nazistowskich, że wielka szkoda, iż nie było więcej tego typu szpilek nadających się do wkłucia w toporny kloc sztuki propagandowej. Czyli atestują malarzowi rzadką jak na owe czasy subtelność przytyku, a zarazem opozycyjność wobec systemu. Zakładając tym samym, że dla współczesnych krytyka ta była oczywista i czytelna. Poświadczają zatem dziełu subwersywność o sile z dzisiejszej perspektywy trudnej do przecenienia.

Aż się prosi, żeby sprawdzić, jakie miejsce w dziele samego malarza zajmował ten szkic węglem. Czy był pojedynczym żartem, wypadkiem przy pracy, a może konsekwentnym elementem jakiejś drogi rozwojowej? Jaka była jego siła? Skoro artysta opuścił Niemcy nazistowskie wiosną 1933 roku – to czy z powodu tego szkicu? Wykonał go pod wpływem nagłej niezgody na reżim, czy z powodu zwykłej, motywowanej estetycznie, niechęci doń? Kim był malarz, którego dzieło doczekało się retrospektywnej wystawy dopiero w 1989 roku w Norymberdze? Czy był związany z tym miastem? Może właśnie tam napatrzył się na przemarsze SA?

Nic podobnego. Urodzony w 1904 roku, większość życia spędził w Berlinie, stroniąc od typowych atrybutów wielkiego miasta oraz nowych trendów w sztuce (typu Neue Sachlichkeit), żył jednak konsekwentnie jak cygan, szukając w alkoholu zapomnienia – także z powodu skłonności homoseksualnych, które dla chłopaka z pietystycznego domu były trudną do zaakceptowania sprzecznością biograficzną. Wczesne rysunki przepełnione melancholią wpisują się jednak w ducha schyłkowej Republiki Weimarskiej: abstrakcyjnie płaskie, puste przestrzenie bez żywej duszy, redukcja przedstawionego świata i zdystansowanie wobec przedmiotów, kruchość przedstawionych obiektów oraz – bez wyjątku – bezruch.

W przerwach w pracy malarskiej pisał. I tak, w roku 1927 powstaje artykuł Einige Beobachtungen über die Masse, dokończony kilka lat później już na Majorce. Heldt wyznał wówczas matce, że pisanie tego tekstu go uzdrowiło, przestał czuć się szaleńcem i wie, iż jego choroba polega na tym, że nie potrafi brać udziału w kolektywnym obłędzie. Tekstu tego nie oddał jednak do druku, targany jak zawsze wątpliwościami co do swojej osoby. Kryzys życiowy stawał się powoli elementem na stale wpisanym w jego życie. Ale potrafił uczynić z niego temat pracy twórczej – i tak na rok przed dojściem Hitlera do władzy powstało w sumie 80 prac graficznych i malarskich. Jest w nich, jak zawsze, ciężka melancholia w 80 różnych wariantach, np. jako obraz pustych ulic, niekończące się ciągi domów, tajemnicze wnętrza, a także motyw morza – w wydaniu Wernera Heldta również to alegoria depresji . I znów: po tej krótkotrwałej erupcji twórczości następuje obsunięcie w bezczynną depresję.

Interpretatorzy są zdania, że paraliż zdolności twórczych ma ścisły związek z dojściem nazistów do władzy i że nastroje artysty u progu roku 1933 to antycypacja wydarzeń społeczno-politycznych. Tak interpretują jego ucieczkę na Majorkę wiosną 1933 roku z niewielkim bagażem, w którym miało się znaleźć miejsce jedynie na Baudelaire‘a i Kleista. Długotrwałemu kryzysowi psychicznemu towarzyszyło poczucie winy, a także emocjonalna niezdolność do powrotu do Berlina. Ten ostatni symptom jest również typowy dla stanów duchowych wielu pisarzy i artystów niemieckich, przebywających w stanie zawieszenia między emigracją a okazjonalnymi pobytami w kraju. Niby nie ścigani przez policję polityczną, przez niejasne poczucie zagrożenia spokoju wewnętrznego jednak nie zaznali.

I jeszcze jedno jest typowe dla wielu przedstawicieli jego generacji: faszyzm, od którego próbowali uciec, dosięgał ich często również na emigracji – Wernera Heldta akurat na Majorce. Kiedy w Hiszpanii wybucha wojna domowa, musi, chcąc nie chcąc, w połowie sierpnia 1936 roku wrócić do Berlina. Przystań życiową znajduje w budynku ówczesnej Königliche Kunst- und Gewerbeschule przy Klosterstraße 75, która dawała schronienie artystom przepędzonym z Akademii. Heldt znajduje tam przyjaciół na dobre i na złe, a także akceptację i inspirację. Pracować jednak nie może, dręczony obsesjami, panicznym strachem przed prześladowaniami na tle orientacji seksualnej. Okresy depresji przeplatane są szukaniem zapomnienia w alkoholu. Przyjaciele, nazywający go niepohamowanym cyganem, w trosce o niego próbowali go przechytrzyć, kupując obrazy rzekomo w imieniu anonimowych kolekcjonerów. Sam bowiem zwykł je rozdawać za darmo.

Na pierwszej wystawie w Galerie Gurlitt, w zasadzie po zawieszeniu jej działalności, czyli niejako na dziko, pokazał więc jedynie wczesne prace, nowsze bowiem plątały się po piwnicach lub trafiły w ręce przypadkowych ludzi. Echo prasowe ograniczyło się do dwóch notatek gazetowych, zaś na temat echa towarzyskiego nie zachował się żaden zapis. Nie wiemy więc dziś, czy wystawa subwersywnych obrazów odbiła się jakimkolwiek echem w kręgach artystycznych. Do tzw. czynników decyzyjnych najwyraźniej nie dotarła, bo nie poskutkowało to zakazem wykonywania zawodu ani innymi szykanami.

Generalnie wiadomo, że Werner Heltd pogardzał nazizmem i jego metodami. I że w latach 1936-40 nie napisał ani linijki. Z wyjątkiem listów, w których nazywa wojnę osobistą katastrofą. Ale wbrew temu, co mu się początkowo wydawało, po wcieleniu do wojska w 1940 roku okazało się, że wojna jest dla niego wyzwoleniem od niego samego, przynajmniej na czas jakiś. Służba wojskowa oznaczała bowiem strukturę, a tym samym była środkiem na lęki i depresję. Jako żołnierz dokonał nie lada wyczynu: W ciągu 5 lat zdobył zaledwie stopień starszego gefrajtra, co wiele mówi o jego ambicjach militarnych. Do jednego z przyjaciół pisał wówczas, że cieszy się, bo jest w przyzwoitej firmie i w zasadzie nie ma nic przeciw komiśniakowi, a nawet ceni to, że nie musi być sam za sobą. Jedyne, co mu dokucza to fakt, że próbują go w wojsku oduczyć melancholii. Musi więc dbać o to, by nie rzucać się w oczy i ukrywać swoje prawdziwe nastroje, pozornie poddając się militarnej dyscyplinie. I podsumowuje, że wojna przyniosła mu więcej korzyści niż szkody. W 1946 roku wraca do Berlina z poczuciem, że to początek nowego. Tym samym powraca jednak – jak się miało okazać po krótkim okresie względnej stabilności – do swojej nieuleczalnej melancholii. Z uwięzienia przez depresję nie jest go nawet w stanie uwolnić względny sukces na powojennym rynku sztuki, chłonnym i ciekawym nowych nazwisk. Szczyt popularności w roku 1947 bezpośrednio poprzedza ostateczne obsunięcie się w depresję.

Werner Heldt nieustannie potyka się o siebie samego: samotność „pośród śpiewu tłumów” i ta wśród przyjaciół, podskórne obawy, sceptycyzm, dystans, strach przed tłumem – z tych oto stałych elementów składa się jego życie na emigracji we własnym wnętrzu z towarzyszącą mu niezdolnością nawiązania choćby powierzchownych kontaktów z takimi znaczącymi sąsiadami z Majorki jak hrabia Harry Kessler, Hermann Keyserling, Franz Blei, podobnie jak z artystami, z którymi teoretycznie mógł w Berlinie obcować często, korzystając z gościnności tej samej Königliche Kunst- und Gewerbeschule co Käthe Kollwitz, Hermann Blumenthal czy Werner Gilles. Mógłby, gdyby nie jego zupełna niekompatybilność.

Na temat opętania tłumów pozostawił w sumie 24 prace (z lat 1926-1948). Każda z nich to na swój sposób polemika z szaleństwem mas i dyktaturami. Ale jego sytuowanie się poza obrębem wszelkich ugrupowań to taka opozycyjność bez wykrzyknika. Nie da się z niej wyprowadzić wyrazistej tezy o pozycji światopoglądowej autora.

I co tu zrobić z takim rodzajem opozycji wobec nazizmu? Nie nadaje się ani na plakaty ani do zagospodarowania jako symbol oporu. A jednak rysunek Aufmarsch der Nullen powstał. Nie da się zaprzeczyć. I służy jako materiał ilustracyjny do opisu pełnych sprzeczności lat 30.

A może da się odnieść do fenomenu Wernera Heldta ten fragment z Herberta: To wcale nie wymagało wielkiego charakteru / nasza odmowa niezgoda i upór / mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi / lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku / Tak smaku (…)

A mniej patetycznie może powiedzmy, że odmowa udziału i okazywanie niesmaku to w gruncie rzeczy jednak jakiś statement. Lekceważenie wszelkiego rodzaju nadętych, biorących swoje działania na śmiertelnie poważnie zbiorówek o ambicjach ruszania z posad bryły świata, potraktowanie ich rzuconą jakby od niechcenia przez ramię uwagą – „proszę bardzo, panowie, ale beze mnie. Ja te wasze zbiorowe uniesienia skomentuję niewielkim, czarno-białym szkicem” – to jednak jest coś.

Kapitan, piraci i Andy Wollf

Lech Milewski pisze dla nas z Australii:

4 kwietnia 2009 somalijscy piraci opanowali niemiecki statek “Hansa Stavanger”, dowodzony przez polskiego kapitana Krzysztofa Kotiuka i zażądali od niemieckiego armatora okupu 2.5 miliona dolarów USA.

Przez następne 4 miesiące trwała wojna nerwów. Piraci z jednej strony terroryzowali załogę z drugiej strony szantażowali armatora wywożąc 5 Niemców znajdujących się na pokładzie na ląd i grożąc odstąpieniem ich Al Kaidzie lub grupie Al Shabaab. Strona niemiecka pozostawała na pryncypialnych pozycjach.

Porwania statków przez piratów u wybrzeży Somalii to znana sprawa. Podczas tych czterech miesięcy okupacji “Hansy Stavanger” różne grupy piratów somalijskich, bo jest ich kilka, porwały, otrzymały okup, i uwolniły pół tuzina innych statków.
Ilość i częstotliwość porwań statków spowodowała, że obie strony – piraci i armatorzy – wypracowali pewną procedurę negocjacji. Jak to w takich przypadkach bywa, zakładnicy stają się kartą przetargową, ich życie i prawa przestają się liczyć. Nie tylko dla piratów.

W tym tygodniu na ekrany niemieckich kin wchodzi film The Captain and his Pirate, który relacjonuje wydarzenia na pokładzie statku “Hansa Stavanger”. Terminarz projekcji w powyższym linku.

Jak widać z tytułu centralną postacią filmu jest kapitan statku. On znajduje się między młotem i kowadłem. A może nawet dwoma młotami i kowadłem. Piraci wymagają od niego posłuszeństwa, wywierania nacisku na armatora i trzymania załogi w ryzach. Armator oczekuje lojalności i wypełniania obowiązków dowódcy statku – troski o załogę i mienie. Załoga oczekuje ochrony przed brutalnością piratów i przede wszystkim doprowadzenie do szybkiego uwolnienia, W miarę upływu czasu, a w przypadku Hansy Stavanger było to wyjątkowo długo, kapitan staje się coraz bardziej pionkiem, z którym zainteresowane strony przestają się liczyć.
Szczególnie  skomplikowana jest właśnie relacja kapitana z załogą. Kapitan nadal wydaje rozkazy i egekwuje ich wykonanie a na porwanym statku jest wiele do zrobienia i nie są to rzeczy typowe. Zaś załoga uznaje te niewdzięczne prace za katorgę a przedłużającą się niewolę za dowód nieudolności dowódcy. Jak więc się zachować? Co robić?

kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net,au.

Reżyser filmu – Andy Wollf  – stara się odpowiedzieć właśnie na to pytanie i dochodzi do zaskakującego wniosku – kapitanowi potrzebne jest wsparcie pirata – stąd tytuł filmu.

Ogromnym atutem filmu są sceny nakręcone w Somalii i rozmowa z tytułowym Piratem.

– Nie boisz się? – to pytanie powtarza się w filmie kilkakrotnie.
– Czy się boję? – dziwi się Ahado – w Somalii najbardziej niebezpieczne miejsce to stolica kraju Mogadishu. Tam każdy ma broń i każdy strzela. A tutaj..
– Niemiecka armia próbowała odbić zakładników – nalega filmowiec. Ahado uśmiecha się lekceważąco – atak helikopterów – my mamy już doświadczenie w tej dziedzinie (chodzi o słynny Black Hawk Crash – na marginesie wspomnę, że polski operator Sławomir Idziak był nominowany do tytułu The Cinematographer of the year za zdjęcia do filmu Black Hawk Down – patrz TUTAJ).
– Jak to właściwie było z kapitanem?
Ahado uśmiecha się żując bez przerwy narkotyzujące liście khat – klik.
– Kapitan był jak ojciec. Mam dla niego największy szacunek. On jest nawet starszy od mojego ojca. Tak – to był prawdziwy ojciec, który cały czas troszczył się o swoje dzieci.
– A załoga?
– Załoga to były dzieci. Dzieci tracą szacunek do rodziców kiedy widzą, że ci są bezradni. Tak właśnie było tutaj. Najpierw dołączyło do nas dwóch marynarzy pochodzacych z Tuvalu. Bałaganili, rozkradali wraz z nami kontenery, nie słuchali poleceń kapitana. To jest zresztą nasza taktyka – skłócić ze sobą załogę. Wkrótce dołączyli inni.

Pisząc o piracie nie sposób pominąć jego poglądów religijnych.
– Nie bałeś się ataku? –  pyta kolejny raz Andy Woolf.
– Jeśłi znajdowałem się w tamtym miejscu to oczywiste było, że może być atak. Ale powiem ci jedno – moje życie nie będzie o minutę dłuższe czy krótsze od tego co przeznaczył mi Bóg. Więc czego sie bać?
I jeszcze jedno zdanie na temat kapitana: on nie jest muzułmaninem, nie modli się wraz ze mną nie mogę więc go bezstronnie ocenić. Ale poza tym – to jest człowiek godzien najwyższego szacunku.

Podczas krótkiego spotkania po prelekcji filmu w Melbourne kapitan Kotiuk wspomniał, że któregoś dnia zaskoczył go telefon.  Dzwonił twórca filmu – Andy Wollf.
– Czy możesz zamienić kilka słów z Ahado? Jestem tutaj trochę w tarapatach i Ahado chce się upewnić, że naprawdę robię film na temat twojej przygody.
Jak widać Andy Woolf wrócił zdrowy i cały, kilka słów pomogło.  Poniżej zwiastun filmu…

Końcowa scena powyższego video to kapitan Kotiuk na balkonie swojego mieszkania z dłońmi zwiniętymi na kształt lornetki. To teraz mój mostek kapitański – mówi z goryczą.

Armator nie pozostawił cienia wątpliwości co do swojej oceny tej sprawy. W porcie macierzystym czekało już na kapitana wypowiedzenie pracy. Również drugi oficer statku – Frederick – udzielił wywiadu, w którym oskarżył kapitana o współpracę z piratami.

Film kończy się dramatycznym pytaniem kapitana: mnie przecież chodziło cały czas wyłącznie o życie załogi, ponad 20 osób. Jak to możliwe, że jedyną osobą, która mnie rozumiała był ten prosty człowiek?

PS. Miałem okazję oglądać ten film kilka miesięcy temu podczas festiwalu kulturalnego w Melbourne. Przy tej okazji uczetniczyłem w spotkaniu z kapitanem K. Kotiukiem. Na dodatek przeczytałem książkę autorstwa kapitana, w której relacjonuje on, dzień po dniu, wydarzenia na statku. Za dwa tygodnie przedstawię na tym blogu swoje refleksje wywodzące się z tych trzech źródeł informacji. Na początek jednak polecam obejrzenie filmu.

Z archiwum Exodusu 2

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

nakrycie
Zbigniew Milewicz

Nakrycie dla wędrowca

Staszek przekręca klucz w stacyjce i spogląda na zegarek, dochodzi druga po południu. W nocy, jak dobrze pójdzie, powinni dotrzeć na miejsce. Oni, to znaczy: kierowca, jego żona, córka, syn i wiktuały z Aldiego, które wiozą dla niedojadającej rodziny w Polsce. Siedzący w samochodzie są dobrze odżywionymi Niemcami, którzy myślą po polsku, czy też Polakami z niemieckim obywatelstwem, co fordowi zresztą spływa po błotnikach. Zapłacili w firmie za jego wypożyczenie, więc niech sobie będą, kim chcą i jadą dokąd chcą.

W przededniu Wigilii ruch na ulicach Monachium jest wyraźnie ograniczony. Ci, którzy zaplanowali sobie świąteczne wczasy gdzieś W Alpach, Paryżu, czy na Karaibach, wyjechali wcześniej. Inni już po trochu ucztują w swoich domach, choć Dzieciątko jeszcze się nie urodziło, ale jest Wochenende. Na 20 kilometrów przed niemiecko-czechosłowacką granicą Staszek myli drogę. Stuka więc do drzwi jakiegoś przydrożnego, zamkniętego na cztery spusty zajazdu. Stara kobieta uchyla okno, taksuje badawczo przybysza, po czym przywołuje wnuka i mówi mu po bawarsku, że jakiś Prusak zabłądził. Dla Bawarczyka każdy obcy, czyli nie bawarczyk, to Prusak i Staszek, aczkolwiek niechętnie, musi się z tym pogodzić. Konformizm przychodzi z wiekiem. Przed dwudziestu paru laty w Krakowie, gdzie studiował prawo, dał w zęby pewnemu Krakusowi za to, że tamten nazwał go Hanysem. Jestem Ślązakiem, mawiał z przekonaniem, ale nie Niemcem.

Ojciec Staszka pochodził z Wilna, mama z Chorzowa, dawniej Królewskiej Huty. Pasją ojca było zakładanie rodziny, więc w rok po ożenku doprowadził do rozwodu, wyjechał na Pomorze i po pewnym czasie powtórnie się ożenił. Staszek wychował się przy boku mamy i jej rodziców, w typowej rodzinie z pogranicza, gdzie mówiło się trzema językami – po polsku, po Śląsku i po niemiecku. Niemieckiego używano wówczas, kiedy w grę wchodziły Ważne Sprawy dorosłych, o których Staś nie powinien wiedzieć. Gwarą porozumiewali się z niektórymi krewniakami i znajomymi, ale językiem głównym był polski. Obowiązywał z urzędu i serca.

Pradziad Staszka po kądzieli był prostym górnikiem, człowiekiem poczciwej natury i czuł się Niemcem. O prababce wiadomo niewiele, zaledwie tyle, że pacierze wolała odmawiać po polsku oraz że zmarła wkrótce po urodzeniu dwunastego, albo trzynastego dziecka. W związku z tym smutnym wydarzeniem, częścią dzieci zaopiekowali się krewni. Erwin, dziadek Staszka trafił mając 16 lat do domu kuzyna ś.p. mamy, w którym hołubiono polską kulturę i tradycje. Podobnie, jak jego ojciec i większość braci, Erwin poszedł pracować do kopalni. Dla chleba, bo jego pasją był cyrk, zwłaszcza popisy zręczności, i śpiew. Nowy dom pomógł mu te młodzieńcze upodobania częściowo spełnić. Stryjeczni bracia wciągnęli Erwina do sekcji gimnastycznej „Sokoła”, polskiej organizacji, która działała na Śląsku i poza ćwiczeniem tężyzny fizycznej i celnego oka u młodzieży na wypadek konieczności militarnej samoobrony, zajmowała się jej edukacją patriotyczną. Później wstąpił do „Lutni”, polskiego towarzystwa śpiewaczego, gdzie poznał Annę, swoją wielką miłość i przyszłą żonę. Tym sposobem dołączył do ludu, który kiedy nadszedł czas powstań śląskich, nie rzucił ziemi, skąd jego ród. Podobnymi, choć przecież nie takimi samymi, oryginalnymi w swych liniach osobistych wyborów, a może i przeznaczeń, drogami poszli jeszcze dwaj bracia Erwina. Reszta, albo wyznawała swą przynależność do rasy germańskiej, albo też uważała, że Ślązak to ani Niemiec, ani Polak, tylko Ślązak i basta. Charakterystyczne jednak, że na tle tych podziałów nie dochodziło do żadnych istotnych konfliktów w rodzinie, nie naruszały one wzajemnej życzliwości i przywiązania.

Kiedy dziadek Staszka szedł na trzecie powstanie, spotkał w sieni rodzinnego domu starszego brata Jerzego, który mieszkał wspólnie z ojcem. Jerzy ubrany w mundur Grenzschutzu, wracał właśnie ze służby.
– Kaj to idziesz, Erwin? – zapytał.
– Na powstanie, pysk wom utrzeć – lekko odparł młodszy brat.
– A mosz jako giewera? – zainteresował się tamten.
Erwin przytaknął i pokazał Jorgowi jakiś mały pistolet, bodaj czy nie Browning.
– Tym psinco zrobisz – mruknął starszy, po czym sięgnął do kabury i dał bratu sporych rozmiarów służbowego gnata wraz z zapasową amunicją.
– Z Panem Bogiem – pożegnał się Erwin.
– Wracaj szczęśliwie do domu – odrzekł po niemiecku Jorg.
Uścisnęli się i rozeszli, każdy w swoją stronę.

Kobiety w rodzinie reagowały bardziej nerwowo w różnych dramatycznych momentach. Rankiem 1 września 1939 roku Hela, starsza córka Erwina, spotkała na ulicy swoją kuzynkę Gretę. Nawiasem mówiąc nie przepadały za sobą wzajemnie.
– Heil Hitler – przywitała Greta Helę.
– Dzień dobry – odparła Hela i wymierzyła kuzynce mocny policzek.
W południe w oknach niemal wszystkich domów przy ulicy, przy której mieszkali dziadkowie i przyszła mama Staszka wraz ze swoją młodszą siostrą, wisiały już hitlerowskie flagi. Wyjątek stanowiły okna mieszkania Erwina, który w domu miał tylko flagę biało-czerwoną. Pięknie odprasowana przez Annę, leżała w szufladzie komody, jak zwykle przygotowana już na święto 3 Maja. Kiedy do drzwi zastukał sąsiad, pełniący jakąś ważną funkcję w NSDAP i już zza zamkniętych drzwi, z pretensją w głosie wytknął domownikom karygodny brak, w progu stanęła 18-letnia panienka w polskim stroju harcerskim. W ręku trzymała kuchenny nóż, a dla przybysza miała następującą propozycję: albo zostawi ich rodzinę w spokoju, albo będzie miał do czynienia z tym oto narzędziem, bo dobrowolnie żadne z nich takiej szmaty w oknie nie wywiesi. Ważniaka z wrażenia zamurowało. Na szczęście w tym samym momencie przyszli z miasta rodzice wraz z młodszą córką i sumitując się za zachowanie starszej latorośli, za które mogły im wszystkim grozić poważne kłopoty, obiecali niezwłocznie wywiesić właściwe barwy.
– Hela ostatnio trochę choruje na nerwy – załgali się przed sąsiadem. Oczywiście musieli skądś lub z czegoś tę flagę wytrzasnąć. Anna uszyła ją naprędce z jakichś starych wsyp na pierzyny.

Konformizm przychodzi z wiekiem i w strachu.

Staszek przerywa rozmyślania, bo zbliża się kontrola paszportowa. Na granicy z Czechosłowacją, jak wymiótł, przed nami stoi tylko jakaś „Skoda” z przyczepą, załadowana używanymi oponami. Wszystko w porządku, można jechać dalej. Czeski celnik, na dźwięk polskiej mowy, wychodzi z roli uroczego bywalca europejskich salonów, który tylko mocą jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności przebrany został w mundur granicznego kontrolera. Z zawodową rutyną sprawdza, co za towary Staszek wiezie, ale zbytnio nie chce mu się pracować, więc po chwili wraca do postawy wytwornego światowca i życzy podróżnym szczęśliwej drogi.

Smutną szarość czeskich miast w nocy barwią plakaty: ,,Havel na Hradl”, porozklejane szczodrze w wyborczej kampanii na murach kamienic i w sklepowych witrynach. Z więzienia, z pozycji opozycyjnej zakały, na prezydencki fotel. Nieźle. Miło patrzeć, jak wszędzie kruszeją betony systemu, który tak, jak nazizm, pogardzał człowiekiem i jego prawami.

W 45 roku, kiedy wojska marszałka Koniewa wkroczyły do Chorzowa, Erwina postawiono pod murem. Nie miał czasu, a także komu wytłumaczyć się, że walczył w powstaniu przeciw Niemcom, a czas wojennego poboru do Wehrmachtu przesiedział w piwnicy, za kopcem kartofli. Ten, kto tak jak on posiadał Volkslistę z numerem 3, uznawany był przez Wyzwolicieli za faszystę, a więc podlegał wysiedleniu w głąb Rosji lub likwidacji.Erwina niemal w ostatniej chwili uratował polski oficer. Zaręczył, zgodnie z prawdą, że znają się od lat i to z jednej strony barykady.

Wojna przetrzebiła zarówno rodzinę Anny, jak i Erwina. Jeden z jej braci, wcielony do Wehrmachtu, poległ zaraz na początku, w 39 roku; drugi uznany został za zaginionego na froncie. Dwaj bracia Erwina – Maks i Paulek zginęli pod Stalingradem, także w mundurach żołnierzy Wehrmachtu. Jorg przeżył, wzięty do niewoli amerykańskiej, osiedlił się po wojnie w Niemczech. Hanek, młodszy brat Erwina, działający w czasie okupacji w szeregach Armii Krajowej zmarł na początku lat 50, na krótko po wyjściu z aresztu katowickiego UB, w którym przebywał pół roku w związku z podejrzaniem o wrogą działalność na szkodę państwa.

Taki sam zarzut spotkał Staszka w marcu 1968 roku w Krakowie. Na krótko przed obroną pracy magisterskiej wylądował w celi na Montelupich i choć odsiedział w niej tylko miesiąc, ta sprawa długo się za nim wlokła. Na początku groził mu wilczy bilet z uczelni. Dzięki przedsiębiorczości mamy, czyli owej Heli, córki Erwina, no i jej łapówkom, przez które zadłużyła się po uszy, udało się jednak tego uniknąć. Ale potem przez lata odmawiano Staszkowi paszportu, zawsze z tych samych ,,innych względów wagi państwowej”.

W latach 70, w okresie świetlanego panowania Edwarda Gierka, syna ziemi zagłębiowskiej, łatwiej było wielbłądowi przejść przez ucho igielne, aniżeli przeciętnemu Ślązakowi na Śląsku wspiąć się po szczeblach kariery społecznej i zawodowej. Staszek wiódł więc marny żywot radcy prawnego w pewnym przedsiębiorstwie handlowym w Katowicach, choć marzyła mu się przecież lepiej płatna i ciekawsza praca, a przede wszystkim podróże po świecie. Kiedy ożenił się i na świat przyszli w rocznych odstępach córka i syn, znalazł sobie jeszcze trzy radcowskie ćwierćetaty, ale i to ledwie wystarczało im na życie i opłacenie spółdzielczych dwóch pokoi z kuchnią. Z nastaniem ,,Solidarności” włączył się w działalność. Później wypadki potoczyły się szybko: stan wojenny, weryfikacja, bezrobocie. Żeby wraz z rodziną przetrwać trudny czas, wziął się wspólnie z kolegą, którego wywalili z pracy w telewizji, za wyrób huśtawek dla dzieci. Kolega namówił Staszka do wyjazdu na stałe do RFN.

Wybrali się tu we dwie rodziny, natychmiast, kiedy tylko otwarto znowu polskie granice. O dziwo, tym razem Staszek i jego żona bez przeszkód otrzymali paszporty.
W formularzu paszportowym, w rubryce ,,cel wyjazdu”, napisali: „turystyczny”, ale wszyscy tak przecież robili. Na miejscu nie chciał złożyć podania o azyl, wybrał starania o uzyskanie dokumentów stwierdzających niemieckie pochodzenie narodowościowe. Kiedy urzędnik w Ausgleichsamcie zadawał Staszkowi pytania w stylu, jakie książki niemieckie czytali jego dziadkowie i mama i jakich kompozytorów lubili, gładko recytował nazwiska Goethego, Schillera, Nietschego, Wagnera i Schumanna. Nie mógł przecież powiedzieć, że przede wszystkim rozczytywali się w dziełach Sienkiewicza i Kraszewskiego, że znali na pamięć całe strofy z „Pana Tadeusza”, że mama w wolnych chwilach grywała na pianinie Chopina. Brzydził się sobą, za to strojenie się w germańskie piórka, wyobrażał sobie, że w tej chwili jego dziadkowie i mama przewracają się z oburzenia w grobach, ale brnął w uprzejmym dialogu z urzędnikiem.
Słodkie owoce konformizmu.
Teraz, po raz pierwszy po sześciu latach jadą na święta do Polski. Pamięć podsuwa obrazy Wigilii z dzieciństwa i lat młodości. Stół w jadalni nakryty śnieżnobiałym obrusem, krucyfiks, dwie świece w lichtarzach, opłatek, dodatkowe nakrycie dla wędrowca. Zawsze zastanawiał się, czy ktoś kiedyś zasiądzie na tym miejscu i kim ów Wędrowiec mógłby być.
Najczęściej wyobrażał go sobie, jako strudzonego starca z kijem podróżnym w ręku i z węzełkiem na plecach. Innym razem widział jeźdźca na spienionym koniu, w rozwianej burce. Obrazy z literatury romantyczne, którymi zarażono go w domu i w szkole. Teraz sam jest tym wędrowcem.
– Gdzie spędzimy Wigilię? – pyta Staszek żonę.
– Może u mojego brata – zastanawia się Barbara.
Mieszkanie przed wyjazdem wynajęli znajomym; nie chcieliby im przeszkadzać przynajmniej dzisiaj. Najważniejsze, że już widać polską granicę, a za nią dom. Jest w nim jeszcze bardzo biednie i niektóre meble stoją do góry nogami, a ludzie chodzą w nim zmęczeni z kąta w kąt, za bardzo nie wiedząc, co z sobą robić, ale miejsca w nim dla swoich starczy. Jest to dom ciepły, serdeczny i otwarty dla każdego, o progach, które nie są dla nikogo za wysokie. Staszek i jego najbliżsi wierzą, że znajdą w nim miejsce także dla siebie. Na razie tylko na krótką chwilę. Później może na stałe.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień