Harbin w grudniu

Aleksandra Hołownia

Grudniowa impreza w Harbinie

China Skull 4-Harbin 2011W sierpniu 2011 roku, tuż po powrocie z wakacji otrzymałam maila od chińskiej kuratorki Danyang Zhao. Było to zaproszenie do udziału w wystawie tematyzującącej tęskonoty za demokracją w Chinach. Zawsze pragnęłam odwiedzić Chiny. Jednak sytuacja polityczna tego kraju niewiele mnie obchodziła. Przypomniałam sobie, że podczas Biennale w Wenecji w 2011 roku, płynąc tramwajem wodnym, przeczytałam napis: By by, Ai WeiWei, widniejący na ścianie domu stojącego na wyspie Giudecca. Dowcipny gryzmoł wzmacniało pytanie: Where is Ai WeiWei? umieszczone na noszonych przez gości Biennale szmacianych torbach. Świat sztuki protestował przeciw aresztowaniu krytykującego chiński reżim artysty, Ai WeiWei.

China scull, pencil drawing and
acryl on paper, Harbin 2011

Na Uniwersytecie Sztuki (UdK) w Berlinie oferowano Ai WeiWei nawet profesurę. Lecz ten wielkoduszny gest mało wzruszał rząd chiński. Po kilku miesiącach Ai WeiWei wyszedł z więzienia, lecz natychmiast uznano go winnym nadużyć podatkowych. Wymierzono mu grzywnę 15 milionów yuanów, czyli około 1,8 miliona euro. Do dziś Ai WeiWei nie może opuścić swego ojczystego kraju. (W 2011 roku ArtReview ogłosiło Ai WeiWei najważniejszym artystą świata).

Dzięki wsparciu wielu anonimowych ofiarodawców Ai WeiWei zapłacił ogromną karę w terminie, ale nadal nie może wyjechać z Chin. W roku 2014 wystawy jego prac odbyły się w Berlinie i Londynie (przyp. red.).

Przed laty rozmawiałam z zamieszkałym w Sydney chińskim rzeźbiarzem i dysydentem, Ah Xian, który w 1989 roku, tuż po krwawym stłumieniu protestów studenckich na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, wyemigrował do Australii. Ah Xian opowiadał mi o trudnych czasach dla chińskich artystów i intelektualistów. W Berlinie, na UdK studiowałam z Chińczykami, lubiłam ich, gdyż byli bardziej uczynni od niemieckich kolegów. Poza tym mieli rozwiniętą kolektywną świadomość.

Dlatego, gdy Danyang Zhao zorganizowała dla mnie indywidualny pokaz, połączony z prelekcją i workshopami, postanowiłam polecieć do Chin. Planowanym wystąpieniom miała towarzyszyć także wspólna wystawa zatytułowana I Wish, złożona zarówno z moich prac, jak i czterech pozostałych artystów berlińskich. W pokazie tym kuratorka Zhao połączyła intencje i wymowę instalacji, grafik, malarstwa zaproszonych twórców z zebranymi w internecie marzeniami chińskich obywateli o lepszych, humanitarnych, demokratycznych Chinach.
W dniach 07-08 grudnia 2011 roku w Art and Design Apartment in Degiang College oraz Industry Design Office in Huarui College w Harbinie odbyły się pokazy filmów wideo, przedstawiających moje projekty artystyczne. W obydwu uczelniach przeprowadziłam również wykłady o własnej twórczości jak i minimalizmie w sztuce współczesnej. Liczba zainteresowanych słuchaczy przekroczyła 200 osób. Tłumaczka na chiński, kuratorka, Danyang Zhao poprosiła studentów, by określili, czym jest dla nich sztuka. Sztuka to piękno, powiedział jednen z młodych ludzi. Także pozostali dyskutantci kojarzyli pojęcie sztuki z harmonią i pięknem. Zdziwiło mnie, że pogrążeni w poszukiwaniu estetycznych doznań młodzi ludzie nie chcieli w świecie niczego zmieniać, że zapomnieli o polityce, problemach społecznych czy ekologicznych. Pierwszy workshop w Art and Design Apartment in Degiang College dotyczył mojego, zainaugurowanego w 2004 roku w Berlinie, projektu artystycznego Noc Wspomnień.
Przypomnienie projektu opartego na tradycji polskich Zaduszek, towarzyszyło życzeniom pozwolenia oficjalnego celebrowania w Chinach pamięci zmarłych członków rodziny i przyjaciół. Uczestnicząca w workshopie młodzież paliła świeczki, opowiadała o swych nieżyjących już dziadkach i sąsiadach. Wielką frajdę sprawiało wszystkim malowanie ornamentów na moich rysunkach czaszek. W ten sposób powstały nowe, wspaniałe kompozycje, stanowiące podstawę późniejszej wspólnej instalacji. Kolejny workshop w Industry Design Office in Huarui College związany był z poszukiwaniem graficznego symbolu narodzin i umierania. Tu grupa 20 osób wykreowała wizualne formy obrazujące początek i koniec życia, po czym każdy z uczestników opowiadał przed kamerą, co narysował i dlaczego. Zafascynowało mnie selektywne myślenie moich chińskich studentów. Potrafili oni stworzyć proste znaki, niespektakularne i komunikatywne. Spotkania cechowała przyjazna atmosfera – wszyscy pragnęli wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Przebywanie z otwartą na informacje, komuniktywną grupą dawało pozytywną energię. Zewnętrznie fascynowały mnie ogromne, nowoczesne, przestrzenne budynki harbińskich uniwersytetów. Wielomilionowy Harbin posiada 19 wyższych uczelni, tu studiuje przyszłość Chin. Samo miasto zadziwia niebywałym rozmachem architektonicznym, drapaczami chmur, wspaniałym oświetleniem budynków. Czasami tylko przyjezdnych dziwią opustoszałe, szerokie ulice oraz stojące na wymarłych, bezludnych osiedlach, pozbawione mieszkańców wieżowce.

***
Fotograficzne i filmowe impresje autorki z podróży do Chin.

pekinczyki

***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Łużyce czyli Lusatia

Tomasz Fetzki
… alias Vita 1
reportaż poetyzujący

Niektórzy to mają dobrze: na warsztat biorą sobie Camino de Santiago. A tam? Aż gęsto od znaczeń i kontekstów. Roją się egzotyczne persony, krajobrazy zmieniają jak w kalejdoskopie. Pielgrzymka jako metafora, życie jako wędrówka… po kres, po Cabo Finisterra… Czego więcej może chcieć literat?

Viatora wysyłają tymczasem na pustkowia oraz bezdroża. I każą pisać. O Łużycach. Zaś Łużyce, wiadomo, to kresy kultury, pobocze historii i dzikie pogranicze. Piachy albo, do wyboru, błota. Trudne zadanie dostał wędrowiec, lecz nie bez przyczyny. Ci, którzy go pchnęli w tę podróż wiedzą, że Łużyce to jego kraina rodzinna, którą kocha i wciąż od nowa odkrywa. A tym, co odkrywa, mógłby się podzielić – zasugerowali ci tajemniczy Oni.

Właściwie dlaczego nie? Ale jak sprostać temu wyzwaniu? Zaryzykujmy, niebezpiecznie zbliżając się do grafomanii, taką oto przenośnię: peregrynacja po szarych i przaśnych Łużycach jako droga do własnego wnętrza – pozornie znanego i nieefektownego, a przecież pełnego niespodzianek i zadziwień. Ba, czasem nawet człowiek się natknie na perłę, którą gdzieś tam w głębi, nie wiedząc o tym nawet, piastuje! Może być? Metafora zużyta co prawda, ale widocznie nośna, skoro tak intensywnie używana…

Niech przeto nie spodziewa się Czytelnik systematycznego wykładu geografii, historii czy kultury Łużyc – od tego ma Wielką Sieć i coraz bogatszy wybór książek. Niech nie oczekuje bedekera, kompetentnie i wyczerpująco opisującego atrakcje turystyczne rozsiane między Kwisą i Łabą, a przy tym zachęcającego namolnie do ich odwiedzenia. Tego Czytelnik tu nie uświadczy. Cóż więc „uświadczy”?

Viator zaprasza na wspólną wyprawę do miejsc, które są dla niego, z różnych skądinąd powodów, bliskie i ważne. Ich wybór jest, jak mówią, autorski, może więc zaskoczyć obecnością tego, a brakiem tamtego. Trudno – wszak sama Ewa Maria orzekła niedawno: no risk, no fun!

A teraz szczypta patosu: kto gotów, niech rusza z Viatorem, aby przez kilka najbliższych wtorków, po obu stronach granicy, penetrować tajemnice Łużyc: ojczyzny kilku ludów i języków, krainy rzekomo bliskiej, a przecież osobliwej, niby prozaicznie przewidywalnej, a wciąż zaskakującej – jak dusza każdego z nas! Ufff, wystarczy… na wysokim diapazonie łatwo sobie zedrzeć gardziołko, a tyle jest do opowiedzenia.

**********************************

Na początek Żary. Tu rozpoczął Viator swą ziemską wędrówkę i tutaj jest jego miejsce pod słońcem. A ma to miejsce tradycję długą, bo ponad tysiącletnią! Tak przynajmniej świadczy notatka, jaką umieścił w swej kronice Thietmar.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATablica na żarskim ratuszu, głosząca, iż roku pańskiego tysięcznego i siódmego Bolesław Chrobry na nowo zajął (…) kraj Żarowian.

 Nie wspomina co prawda biskup Meresburga o mieście Żary, lecz o terytorium serbołużyckiego plemienia Zara, jednak, o czym zgodnie świadczą znawcy tematu, plemię takie musiało mieć siedzibę obronną, gród będący protoplastą współczesnego city. Zresztą miasto, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, też ma bogatą, siedemset pięćdziesięcioletnią historię. Żary lokowano na prawie magdeburskim zaledwie trzy lata później niż Kraków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOd kilkuset lat nad miastem czuwają średniowieczne wieże. Niemcy zwali je Die Drei Getreuen. Jak to przetłumaczyć: Trzech Strażników? Trzech Opiekunów? A może – Trzy Piastunki?

 Ale w ciągu tego millenium dziejów miasto nigdy, aż do roku 1945, nie było językowo (bo politycznie różnie się plotło: Bolizavus denuo occupat…) polskie. Początkowo mieszkali tu Serbowie Łużyccy (specjaliści żachną się, dowodząc, iż teren plemienia Zara to obszar przejściowy, pograniczny, dolnołużycko-lechicki; niech i tak będzie, lecz język ewidentnie polski zakrólował tu dopiero po ostatniej wojnie), ale z czasem, dość szybko, samo miasto stało się niemieckie; jednak w okolicznych wioskach jeszcze długo brzmiała mowa słowiańska.

Inna sprawa, że Polacy docierali i tutaj: choćby kilkadziesiąt rodzin z Pszczyny, których w XVIII wieku do Żar sprowadził hrabia Erdmann II von Promnitz – właściciel obu tych miast. Zostały po nich ślady w nazewnictwie obiektów miejskich. Najsłynniejszy z nich to Kornaczewskihaus – najstarsza zachowana kamienica mieszczańska i jedna z pierwszych, wzniesionych extra muros z trwałych materiałów, nie z drewna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARenesansowa Kamienica Kornaczewskich. Ród przybyły ze Śląska zamieszkiwał ją aż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. A w tle: dwie Piastunki.

Tyle, że te polskie akcenty to epizody, dodatki, aneksy. A trafiały się też żydowskie, francuskie, zdarzył się nawet szkocki. Lecz „rdzeń” pozostawał teutoński, był trwały i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale czyż masz coś trwałego na tym łez padole? Przyszedł pamiętny dzień 17 lutego 1945 roku i dzieje Sorau dobiegły kresu. Jednak zanim w Żarach (krótko po wojnie, o czym mało kto wie, na pewien czas – w Żórawiu) na dobre zagościła polszczyzna, najpierw miasto zostało zdominowane przez innych przybyszów, także posługujących się słowiańskim językiem. Oni także zostawili po sobie ślad.

Każdy Żaranin wie, gdzie się znajduje cmentarz żołnierzy radzieckich. I prawie każdy jest przekonany, iż pochowano na nim tych, którzy polegli podczas zdobywania miasta. Viator też tak myślał jeszcze do niedawna. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona. I zaskakująca. Przyjrzyjcie się czterem płytom nagrobnym: zostały dobrane jako zestaw typowy i reprezentatywny. A jednak pewien szczegół, niewyrażony wprost, winien zwrócić naszą uwagę. Ktoś już wie?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA SAMSUNG DIGITAL CAMERAIleż to razy odwiedził wędrowiec tę nekropolię, zanim zauważył, że coś tu się nie zgadza: walki o Żary zakończyły się, jak wspomniano, 17 lutego, zaś większość dat śmierci to kwiecień i maj, a trafiają się nawet te z końca czerwca. W Sorau Sowieci założyli potężny szpital polowy i zwozili tu rannych z innych pól bitewnych. Kto wie, może nawet z walk o Berlin? I tutaj, jeszcze długo po klęsce III Rzeszy, żołnierze umierali z ran.

Ale to nie wszystkie tajemnice radzieckiego cmentarza. Jeśli spojrzymy jeszcze dokładniej, dotrze do nas, iż są tu pochowani tylko oficerowie (plus kilku sierżantów, nic poniżej). Taka oto demokracja panowała w robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej! Szeregowcy spoczywają gdzie indziej, w masowych grobach. Nazwijmy rzecz po imieniu – w dołach. Kiedyś to miejsce uhonorowano kilkoma obeliskami, ale już od wielu lat nikt się o te pomniki nie troszczy. Toteż wyglądają tak, jak wyglądają.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA kiedyś były stosowne napisy i gwiazda czerwona na szczycie. Kiedy?

 To jest drugi żarski cmentarz radziecki. Spytajcie jednak kogokolwiek spośród mieszkańców miasta, gdzież on się mianowicie znajduje! Możecie być pewni, że popadnie w głębokie zdumienie. Jaki drugi cmentarz. Jest taki? Viator dowiedział się o jego istnieniu po czterdziestu paru latach życia w Żarach. I powiedzcie teraz, że nie warto wciąż od nowa…

Miejsce wiecznego spoczynku nieszczęsnych sowieckich szeregowców utonęło w niepamięci. Za to, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, Żaranie intensywnie odkrywają na nowo niemiecką, a nawet serbołużycką przeszłość miasta. Bo też innej nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATak zwana Kaczarka, czyli po prostu Serbołużyczanka w zrekonstruowanym (różne mądrale twierdzą, iż nieprecyzyjnie) stroju łużyckim regionu żarskiego.

Dlatego figura Kaczarki, choć świeżej daty, wrosła już na stałe w krajobraz Żar. Czasem zimą jakaś litościwa dłoń założy jej szalik, niekiedy wiosenną porą ktoś w jej dłonie włoży bukiecik kwiatów… Taki żarski Manneken Pis: ktoś swojski, bliski, tutejszy i bardzo lubiany.

Na razie jednak żegnamy Cię, miła Kaczarko! A za kilka tygodni, gdy wrócimy z podróży, będziemy rozumieć znacznie lepiej, kim naprawdę jesteś. I pogawędzimy o NASZYCH Łużycach.

Kresy na Warmii i Mazurach

Autor i Edmund Nowak, autor zdjęć, biorą udział w polsko-niemieckim projekcie Śladami Poetów – Ernst Wiechert i Konstanty Ildefons Gałczyński.

Zbigniew Milewicz

Gdzie Wilejka łączy się z Krutynią…

Nikt ich tutaj specjalnie nie zapraszał, chcieli, to mogli przyjechać, nie chcieli, zostawali w swojej Oszmianie, Poniewieżu, Lidzie, Grodnie, Wilnie. Ryzykowali, że przyjmując status obywateli sowieckich, narażają się na szykany za polskie pochodzenie, za szlacheckie korzenie, że wywiozą ich na białe niedźwiedzie, a w najlepszym razie ograbią, albo spalą im majątek. Wielu zatem skorzystało z układów repatriacyjnych, jakie Polska już pod koniec wojny zawarła z ZSRR.

mragowowystawa (5)O tych trudnych decyzjach, o ich motywach i następstwach opowiada wystawa Polacy z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach, zorganizowana staraniem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Zwiedzamy ekspozycję mrągowskiego oddziału muzeum, mój stary kompan od podróży, Edmund i ja. Robi wrażenie. Dokumenty repatriacyjne, stare metryki, szkolne i uczelniane dyplomy sąsiadują ze zdjęciami z albumów rodzinnych i miejsc świętych dzieciństwa i młodości, kiedy świat był jeszcze piękny, radosny, z balów, wesel i wycieczek na łono natury. Często cudem uratowane z wojennej pożogi domowe precjoza kresowian sąsiadują z tym, co zastali w swoich nowych domach. Ze skromnym wyposażeniem, jeżeli takie w ogóle jeszcze ostało się przed szabrownikami.

mragowowystawa (4)

Fala niemieckich uchodźców z Warmii i Mazur pozostawiała, podobnie, jak oni na Wschodzie, praktycznie w pełni wyposażone domy, ale rabusie niemal zawsze byli szybsi od repatriantów. Mienie pozostawione na Kresach rekwirowała w ramach tzw. sprawiedliwości dziejowej Armia Czerwona, na stacjach kolejowych – mówi kierownik mrągowskiej placówki, p. Dariusz Żyłowski – piętrzyły się stosy fortepianów, kredensów i innych mebli salonowych, które z czasem diabli brali. Tutaj szabrownicy potrafili rozebrać w miarę dobrze zachowany dom prawie do fundamentów, a przyjeżdżali głównie z centralnej Polski. Nie zdążyli czegoś zabrać za pierwszym razem, wracali, kiedy na miejscu byli już nowi właściciele i wtedy dochodziło często do dramatycznych sytuacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Oczywiście, była milicja, która starała się w takich sytuacjach pomóc repatriantom – wspomina pan Żyłowski – ale rabusie byli też uzbrojeni i nie wahali się przed przemocą.

Na miejskim cmentarzu w Mrągowie znajduje się kwatera dziesięciu mrągowskich milicjantów, którzy polegli po II wojnie w walce o tzw. utrwalanie władzy ludowej na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jest ona bardzo zaniedbana, na płytach nagrobnych nie napisano, od czyich kul zginęli, jest tylko imię, nazwisko i stopień służbowy. Tablicę mosiężną w czole alei, na której były inne dane, ktoś zdemontował i pewnie przetopił na gorzałę. Chociaż zginąć mógł wtedy nawet jakiś jego krewny, niekoniecznie z rąk szabrowników, sowieccy sołdaci i hitlerowscy maruderzy byli po tych samych pieniądzach.

mragowowystawa (3)Wystawa obejmuje tysiące eksponatów, w tym szereg dokumentalnych nagrań i filmów z rozmów, przeprowadzonych ze świadkami powojennego exodusu, których grono w miarę upływu czasu nieuchronnie maleje. Przejmujące są to relacje. Mówią o niepewności, czy decyzja o wyjeździe jest słuszna, czy w nowym miejscu zapuszczą korzenie, o żalu pożegnania z rodzinnym domem, o dramatycznym wyścigu z czasem. Do nielicznych szczęśliwców należeli ci, którym pozwolono spokojnie się spakować – osoby wyjeżdżające z terenu Związku Radzieckiego do Polski teoretycznie miały prawo zabrać ze sobą odzież, obuwie, pościel, produkty żywnościowe, sprzęty domowe, wiejski inwentarz gospodarczy i inne przedmioty codziennego użytku o łącznej wadze do 2 ton na rodzinę – ale często musieli to zrobić w kilka minut. Brali więc ze sobą jedynie to, co było pod ręką. Sowieci nie wypuszczali zwykle do Polski osób, które przekroczyły 16 rok życia i tych, które nie miały jeszcze 59 lat, więc często fałszowano dane w podaniach o repatriację, a wpadka groziła poważnymi konsekwencjami. Latem 1945 roku ruszyły pierwsze większe transporty kolejowe zza Bugu do Polski. Przesiedleńcy podróżowali wagonami towarowymi, odkrytymi węglarkami, osobowe składy trafiały się rzadko. Do 1950 roku przyjechały do Polski ponad dwa miliony repatriantów z dawnych Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej. Istniał rozdzielnik, Kresowianie z Galicji Wschodniej i Wołynia, z terenów dzisiejszej Ukrainy kierowani byli głównie na Dolny Śląsk, a z Kresów Północno-Wschodnich na Ziemię Lubuską oraz Warmię i Mazury.

mragowowystawa (2)Nowe życie, w nowym miejscu początkowo nie układało się po różach, kolców było zdecydowanie więcej. Po wojnie tutejsze ziemie zamieszkiwały cztery podstawowe grupy ludności: rodzimi autochtoni, wcześniej obywatele niemieccy, po weryfikacji narodowościowej uznani za Polaków, osadnicy z województw Polski centralnej, Podlasia i Lubelszczyzny, Kresowiacy oraz osadnicy ukraińscy i Łemkowie, przymusowo przesiedleni w 1947 roku z Rzeszowskiego i Lubelskiego na Warmię i Mazury, w ramach tzw. Akcji „Wisła“. Warmiaków i Mazurów z niemieckimi korzeniami systematycznie ubywało, w ramach przesiedleń, albo łączenia rodzin odbywali swój także niełatwy exodus w głąb Niemiec, ale sporo czasu minęło zanim przybysze na dobre zapuścili korzenie nad Krutynią. Owszem, adresy łatwo dawało się wówczas zmieniać, nie pasowało jedno gospodarstwo albo pole, dawali przydział na inne, ale sąsiedzi bywali różni. Z jednym można się było zgodzić, z innym znowu nie, więc na początku ludzie starali się osiedlać w nowych miejscach całymi wsiami, gromadami krewnych i znajomych z dawnych czasów, żenili się tylko między sobą, z czasem przywykli jednak do tej kulturowej inności, do innej mowy i zwyczajów, do tego, że wszędzie ludzie są tacy sami, tylko dobrzy albo źli, i o tym też opowiada ta wystawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiękny album do niej napisała Pani Kinga Raińska, autorka scenariusza ekspozycji, nad którą muzealnicy i miłośnicy regionu Warmińsko-Mazurskiego pracowali żmudnie przez pięć lat, zanim otwarła podwoje. Często darczyńcom trudno było się rozstać z cennymi, rodzinnymi pamiątkami, część dokumentów została zresztą tylko wypożyczona do digitalizacji, ale przeważyła myśl, że w sumie stanowią one narodowe dziedzictwo i ta pamięć lepiej przetrwa w muzeum.

Zdjęcia: autor i Edmund Nowak

Droga do Santiago. Hornillos

Ewa Maria Slaska o pielgrzymce do Santiago de Compostela

Poniedziałek, 17 września, 6 dzień na trasie. Naprawdę? Dopiero szósty dzień? Liczę i liczę. Zgadza się. Noga boli coraz bardziej, wczorajsze zabiegi w ambulansie niewiele pomogły, ale też sanitariusz od razu powiedział – do szpitala. Zobaczymy, ile dam radę przejść. Wychodzę rano, bez kawy i śniadania, bo kuchnia w schronisku była jeszcze zamknięta, a automatu z kawą nie ma. Mimo bolącej nogi docieram do pierwszego postoju (i kawy!) w dwie godziny, a to dziesięć kilometrów.

Nad placykiem zbierają się ogromne czarne chmury, jakiś przechodzień uprzedza, że zaraz będzie lało jak z cebra. Wyciągam pelerynę, zakładam na siebie i plecak i, zanim zdążę się pozapinać, już leje. Mogę przeczekać w barze, mogę już tu zanocować, bo jest schronisko, mogę iść w deszczu. Do następnej wioski jest zaledwie półtora kilometra. Idę. Leje i wali piorunami, na drodze zbierają się szerokie rwące strumienie, jak to w górach. Idziemy tylko we dwie, jakaś dziewczyna i ja. Niemal natychmiast docieramy do Rabe de la Calzadas. Ona tu zostaje, przywołuje ją grupa ludzi, którzy schronili się pod wykuszem jakiegoś budynku. Inni kulą się na tarasie kościoła. Hostel jeszcze zamknięty. Jeśli się tu zatrzymam, będę stała dwie godziny w deszczu lub w jakimś prowizorycznym schronieniu, czekając aż otworzą albuergo. Następna wioska za osiem kilometrów. Wygląda na to, że czeka mnie wędrówka po płaskim, Rabe de la Calzadas leży na wysokości 830 metrów, Hornillos, gdzie chcę dojść, 820 metrów. Tylko, że moja mądralińska karteczka nie dodaje, że po drodze jest wielka mokra i śliska góra. Ale może dobrze, że tego nie wiem. Leje i grzmi. Jest pięknie.

Żółte stoki góry, bujne chwasty przy drodzie. Strumienie. Rżyska. Ciemnoniebieskie niebo. Błyskawice.

Idę powolutku, mija mnie, tak mi się wydaje, niemal każdy człowiek podążający w deszczu pod górę, a potem z góry. Nie ma ich wielu i chyba wszyscy się znamy z drogi. Zatrzymują się na chwilkę, pytają, co jest. Odpowiadam we wszystkich możliwych językach, że noga spuchła i boli. Gdy po trzech godzinach dochodzę wreszcie do Hornillos, spotkam ich wszystkich w sklepie i w barze. Za chwilę żwawo ruszają na drogę, bo wyznaczony na dziś nocleg leży siedem kilometrów dalej. Ja zostaję. Ja i grupa Węgrów. Obliczam z karteluszkiem, zegarkiem i mapą pożyczoną od koleżanki-pielgrzymki-Węgierki. Okazuje się, że tak sobie pomaleńku truchtając, dotarłam na miejsce bardzo szybko i miałam średnią 6 kilometrów na godzinę. Wciąż jeszcze musimy chwilę poczekać, zanim otworzą schronisko. Nie, to nie tak. Schronisko jest otwarte, tylko nie ma obsługi. I gdy już się rozgościliśmy, każdy wedle potrzeb i upodobań, przychodzi wreszcie obsługa i przydziela nam inne łóżka. Dzień dobry w Absurdystanie. Jeśli myśleliście, że znajdziecie to miejsce tylko gdzieś na mapie Europy środkowej i wschodniej, to informuję Was, że jest ono w ludzkich głowach i trafiasz tam także podczas wędrówki do zachodniego krańca naszego kontynentu.

Powoli zwalają się tłumy ludzi. Mają na sobie suche ubrania. To wszyscy ci, którzy przeczekali burzę w różnych barach i kościołach na trasie. Siedzę przed barem i piję kawę, gdy zjawia się Mietek. Wyszedł z Burgos dobrą godzinę przede mną, ale też przeczekiwał deszcz, i dociera do Hornillos w godzinę po mnie. Chce tu tylko odpocząć. Idziemy do sklepu po sprawunki i gotujemy sobie obiad, makaron w sosie i sałatkę jarzynową, a potem po dwie herbaty. Rozhulało się bractwo!

ewahornillosŻegnamy się na placu przed kościołem – już się nie zobaczymy, wyprzedzi mnie dziś o 18 kilometrów. Podobnie jak na pewno nie zobaczę już Jane, Dunki, z którą się polubiłyśmy i od kilku dni czasem rozmawiamy. Ma z nogą dokładnie to samo, co ja, też jej powiedzieli, że oszczędzać i do szpitala, została więc w Burgos. Już mnie nie dogoni. Od trzech dni nie widzę też miłej, potwornie grubej dziewczyny z Teksasu, wczoraj straciłam z oczu Tanję – ostatni raz widziałam ją, jak w skupieniu pokonywała kamienny labirynt na szczycie działu wód, między krzyżem a kopcem kamieni. Taki zestaw wszelkich możliwych znaków i symboli, a Tanja bardzo poważnie traktuje symbole – to zadania jakie ma do wypełnienia pielgrzym na trasie.

ewahornillos2Całe popołudnie rozmyślam o tym, co się dzieje na Camino. Coś jest nie tak. Zastanawiam się, skąd się biorą nagle ni stąd ni z owąd wszyscy ci dziwni ludzie, jakieś rozświergotane Francuzki w przezroczystych pelerynkach, jakiś nadzwyczajny przystojniak rozwalony na łóżku w schronisku w śnieżnobiałym szlafroku, Brazylijka z kosmetyczką wielkości walizki i walizką wielką jak hotel Ritz. Jedna z Francuzek dotruchtała pod parasolem do sklepiku. Widzę, że ma rękę zaobrączkowaną jakimś plastikowym pasemkiem z karteczką. Pojawia się grupa maleńkich ludzi, wszyscy mniejsi ode mnie! a ja mam 161 cm. Przelatują koło sklepu jak rój komarów. Ostatnie idą dwie kobiety, tak zagadane, że chyba nawet nie wiedzą, że idą. Jedna ma przewieszoną przez plecy dyndającą torebkę. Do torebki przypięła muszlę pielgrzyma. Idzie, gada, kręci pupą, a biała muszla podskakuje z każdym kroczkiem. Jak sarni kuper.

ewahornillos4Powtarzam sobie jak mantrę: nie uprawiaj lookizmu, nie uprawiaj lookizmu, każdy wygląda jak wygląda i nic ci do tego.

Siedzę na przyzbie, przysiadają się Węgrzy. Rozmawiamy o tych dziwnych ludziach. Okazuje się, że moi Węgrzy wiedzą to, czego ja nie wiem. Tych dziwnych ludzi przywozi się autobusami na odpowiednie, starannie dobrane odcinki trasy. Nie zasuwają 10 kilometrów po terenach przemysłowych w Burgos, nie obchodzą na piechotę ogromnych wykopów pod autostradę. Nocują w hotelach, ale raz czy drugi funduje się im też prawdziwy nocleg pielgrzyma. Na przykład tu w Hornillos. Dowozi się ich autobusami na miejsce, wypuszcza na 10 kilometrów, tak by poczuli “naturę na Camino” albo “krajobraz kulturalny na Camino” albo “prawdziwe życie pielgrzyma”, a potem jak się pojawiają tak znikają. Autobusy Group Quebeck Camino lub jakieś podobne odwożą ich dalej na kolację i kąpiel. Tak zresztą wędrował również przed dwoma laty Hape Kerkerling, słynny niemiecki komik. On rzeczywiście szedł tak jak każdy z nas, ale spał, jadł i odpoczywał po trudach dnia w hotelach, bo w schroniskach było brudno i nieprzyjemnie. Jego książka o Camino, Ich bin mal ganz weg, była niemieckim bestsellerem, podobno sprawiła, że ilość Niemców na trasie wzrosła o 75%, a teraz w roku 2014 ją właśnie filmują. No…

Granicą jest Burgos. Przed Burgos idzie pielgrzymka, za Burgos zaczyna się turystyka. W naszym stareńkim budyneczku kamiennym, w którym mieści się 30 osób, recepcjoniści pracujący jak maszyny przyjmują tłumy. Gdzie one się mają pomieścić? Udajemy się z Węgrami na poszukiwania i oczywiście znajdujemy – za kościołem stoi błyszcząca w słońcu, wymyta deszczem szklano-betonowa kostka, otynkowana na biało. Sala gimnastyczna. Jest wyższa od wszystkich okolicznych domów, malutkich, z kamienia, częściowo wkopanych w skałę. Tu układa się pokotem materace na podłodze. Tak na oko ze sto. Ci co tam nocują, mają do dyspozycji ubikacje i prysznice, ale korzystają z naszej kuchni. Jak w kuchence-dziupli, gdzie z trudem może gospodarzyć tych przewidzianych normą 30 osób, ma sobie coś ugotować 130 turystów? Gdy ta sala się wypełni, nie zdołamy zagotować nawet wody na herbatę, nie mówiąc już o zupie.

Cicha kamienna wioska roi się od ludzi, tłum jak na plaży w Grecji, jak zapędzone przez przewodników masy turystów, których przywozi się na koniec wyspy Santorin, żeby obejrzeli w Oja “najpiękniejszy zachód słońca na świecie”. O tak, nie ma to jak sprawny marketing. Najpiękniejszy zachód słońca jest w Oja, najlepsze mięso w Kobe, najintensywniejsze przeżycia duchowe na Camino. To co oglądam to granica między Starym a Nowym. Gdzieś jeszcze widać jakieś kawałki starej pielgrzymkowej tradycji, tego świata, po którym wędrował królewicz Jakub Sobieski i średniowieczna księżniczka z Głogowa, którą opisała Jadwiga Żylińska. Szło się przez Maurów posady, było trudno, ale jak się wróciło, można było być dumnym. Ale to zanika pod naporem reklamy, komercji i marketingu. Corrida przestała być modna, stała się czymś właściwie wstydliwym, teraz Camino jest hiszpańską wizytówką. Nowi turyści są wrażliwymi istotami. Sumienie nie pozwala im oglądać corridy, to nie humanitarnie patrzeć na śmierć byka. Sumienie nie protestuje jednak, gdy jako masowi wędrowcy zadeptują Camino na śmierć.

Łapię się na tym, że znowu chcę stąd uciec, nie tak dramatycznie jak w St. Juan de Ortega, ale za to bardziej zdecydowanie. Dojść gdzieś, gdzie ich wszystkich nie ma, poczekać na zimę, przewędrować do Santiago drogą północną, nad Oceanem, trudną, samotną.

Idę na spacer po wciąż jeszcze wilgotnych rżyskach za wsią.

Wszędzie piękne kwiaty. Osty, dalie.

Siadam na kamieniu, piszę. Kończy mi się pierwszy długopis. Tydzień – pół zeszytu i jeden długopis.

ewahornillos3Zdjęcia w tym poście: Mietek

Berlinerblau raz jeszcze

W kwietniu za poradą Tomasza Prota, chemika, opublikowałam na blogu pierszą część znakomitego tekstu Michała S. Balasiewicza o przodkach Tomasza, słynnej rodzinie chemików – Berlinerblau. Autor poinformował mnie jednak, że nie ma on praw do tego tekstu, które po publikacji przeszły na redakcję Przeglądu Chemicznego. Przyjęłam to do wiadomości, poważnie skróciłam pierwszy wpis i doraźnie zrezygnowałam z publikacji drugiej części. Odesłałam też Czytelników do strony internetowej Przeglądu, gdzie za 6 złotych i 15 groszy mogli sobie przeczytać całość. Jednocześnie podjęłam próby skontaktowania się z redakcją, w celu wypertraktowania zgody na publikację całego tekstu na moim blogu. Próbowałam użyć argumentu (próbowałam, ale z braku kontaktu nie użyłam), że moi Czytelnicy bez publikacji u mnie na blogu nigdy nie przeczytają tego tekstu w wyspecjalizowanym czasopiśmie dla chemików, publikacja u mnie nie przyniesie więc redakcji żadnej szkody finansowej, a raczej – wręcz przeciwnie – może zachęcić nowe kręgi odbiorców do sprawdzenia, co w ogóle publikuje czasopismo, które wydrukowało taki świetny tekt, jak artykuł pana Balasiewicza. Telefony nie łączyły z nikim, dzwoniąc sobie a muzom, jak skowronki nad polem pszenicy o świcie, na maile nigdy nie przyszła żadna odpowiedź.

Minęło wiele miesięcy i postanowiłam, że zaryzykuję. Informuję, że Autor nie ma pojęcia o tym co robię i celowo z nim mojej partyzantki nie uzgadniałam. Jak mówią Anglicy, no risk no fun. Ale to moje ryzyko i moja rozrywka.

Pierwsza część pierwszej części tekstu wraz z moimi komentarzami i uzupełnieniami była TU i tu znajdzie Czytelnik informacje o dzieciach naszego dzisiejszego protagonisty. O nim samym publikuję tu całość tekstu. Druga część – za tydzień.

Michał S. Balasiewicz

Józef Berlinerblau

Wiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.

O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau, właściciel małej fabryczki metalowej. Pochodził on z rodziny żydowskiej. W bardzo młodym wieku brał udział w powstaniu listopadowym. Ożenił się z Dorotą z domu Silberberg. Swojego syna Józefa postanowili wykształcić w kierunku chemicznym. Józef, urodzony 27 sierpnia 1859 r. w Warszawie, ukończył szkołę średnią w drugim gimnazjum rządowym w Warszawie w 1876 r. i w tym samym roku został wysłany na wyższe studia chemiczne do Niemiec. Obrany przez niego tok studiów wyraźnie wskazuje na staranne przysposabianie się do pracy w przemyśle chemicznym w myśl najnowszych trendów.

Również wybór miejsca studiów był bardzo trafny, ponieważ w tym okresie chemia stawała się właśnie w Niemczech najbardziej rozwojowym przemysłem. Studia rozpoczął w Wyższej Szkole Handlowej w Dreźnie, a następnie studiował chemię na Politechnice Drezdeńskiej i uzyskał dyplom inżyniera chemika w 1882 r.

Roczną praktykę chemiczną odbył w znanym laboratorium prof. Hulwy we Wrocławiu na stanowisku asystenta. Na dalsze studia przeniósł się do Berna w Szwajcarii, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu wykonał pracę doktorską i otrzymał stopień doktora filozofii. Rozpoczął pracę jako asystent u prof. Nenckiego. Po uzyskaniu habilitacji otrzymał stanowisko docenta Uniwersytetu Berneńskiego i prowadził wykłady z syntezy związków organicznych na tym uniwersytecie.

Synteza chemiczna była również przedmiotem jego publikacji naukowych. Dokonał syntezy nowej substancji o właściwościach słodzących i nazwał ją „dulcyną”. Otrzymana substancja wykazywała właściwości słodzące podobne do sacharyny, miała jednak nad nią tę przewagę, że korzystniej działała na organizm ludzki. Józef Berlinerblau otrzymał patent na jej produkcję i sprzedał go firmie niemieckiej produkującej sacharynę. W 1884 r. przyjechał na urlop do Warszawy. Podczas urlopu otrzymał zaproszenie do zwiedzenia nowej fabryki powstałej w 1883 r., w której pojawiły się trudności rozruchowe wynikające z jakichś błędów konstrukcyjnych. Fabryka chemiczna o nazwie „Radocha” znajdowała się koło Sosnowca. Berlinerblau zaproszenie przyjął i po zbadaniu instalacji wykrył przyczyny kłopotów oraz podał sposoby ich usunięcia.

JozefBerlinerblau-zonaPo wykonaniu jego zaleceń fabryka ruszyła. Sukces ten sprawił, że w jego życiu dokonał się wielki przełom. Kierownictwo fabryki złożyło mu bowiem natychmiast propozycję objęcia stanowiska dyrektora technicznego „Radochy”. Berlinerblau również natychmiast tę propozycję przyjął. Postawił jednak warunek, że w fabryce urządzi też laboratorium badawcze, w którym będzie mógł prowadzić badania naukowe. W latach 1884–1901 był technicznym kierownikiem fabryki „Radocha”, w której m.in. wytwarzano wyroby na bazie wosku ziemnego.

rodzinaBerlinerblauW 1900 r. Berlinerblau objął kierownictwo wyprawy naukowej na Kaukaz oraz na znajdujący się po drugiej stronie Morza Kaspijskiego półwysep Czeleken w celu zbadania znajdujących się tam złóż wosku ziemnego. W tym samym okresie wyjeżdżał w celach badawczych do Zagłębia Borysławskiego. Owocem tych wypraw jest obszerna praca naukowa wydana w postaci książki pt. Erdwachs, Ozokerit und Cerezin / Wosk ziemny, ozokeryt i cerezyna. Praca ta przez wiele lat była podstawowym źródłem wiedzy o tych surowcach. Zakłady „Radocha” musiały sprowadzać wosk ziemny aż z Kaukazu ze względu na zaporowe cła na import wosku z Zagłębia Borysławskiego w Galicji. Sytuacja była analogiczna jak wprzypadku soli kamiennej z Wieliczki, której import do Królestwa był również nieopłacalny z powodu nałożenia wysokiego rosyjskiego cła.

W tym czasie pojawiło się nowe wyzwanie. Tak się bowiem złożyło, że Józef Berlinerblau był spowinowacony przez żonę Helenę z domu Oppenheim z właścicielami tak „Radochy”, jak i fabryki jutowej „Stradom”. Właściciele zaś docenili jego zdolności wynalazcze i organizacyjne i uznali, że są one niezbędne do utrzymania się „Stradomia” na rynku i dalszego rozwoju fabryki poprzez unowocześnienie przestarzałych maszyn i urządzeń włókienniczych, tym bardziej, że w Zakładach „Radocha” dyrektorem był również zdolny dr Artur Likiernik, wykształcony w Szwajcarii i z dużą praktyką przemysłową we Włoszech.

W tej sytuacji właściciele powołali Berlinerblaua do Zarządu Spółki Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom” i powierzyli mu stanowisko prezesa spółki. Nie opuścił on przy tym Zakładów Chemicznych „Radocha” i pozostał nadal członkiem zarządu. Józef Berlinerblau nie zawiódł właścicieli. W latach 1901–1914 udoskonalił i powiększył fabrykę, wykorzystując przy tym opracowane przez siebie patenty i pomyślnie wywiązał się z postawionego zadania. Józef Berlinerblau pozostał na stanowisku prezesa zarządu Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom”, pełniąc tę funkcję od 1901 r. aż do śmierci w 1935 r. Podobnie w Zakładach Chemicznych „Radocha” pozostał członkiem zarządu aż do końca życia.

Józef Berlinerblau będąc prezesem Stradomia, nie myślał tylko o swojej fabryce, lecz pracował także społecznie nad rozwojem oświaty chemicznej, nad szerzeniem wiedzy o roli nauki w społeczeństwie, które na gruncie indywidualnej przedsiębiorczości i zbiorowej współpracy dbało o umacnianie własnej aktywności przemysłowej i naukowej, podobnie jak wówczas robiły to Niemcy i inne kraje Europy kultywujące ducha przedsiębiorczości, i to w każdej dziedzinie. Równocześnie pracował naukowo i był zaangażowany w prace organizacji naukowych, w Kole Chemików przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa i w Stowarzyszeniu Techników. Do dyspozycji otrzymał laboratorium w Szkole Wawelberga i Rotwanda. Kierownikiem laboratorium był Jerzy Boguski, brat cioteczny Marii Skłodowskiej-Curie. Prace naukowe w tym laboratorium Berlinerblau prowadził wieczorami i w niedziele. W Chemiku Polskim opublikował w 1903 r. przyczynek do oznaczania węglowodorów parafinowych. Brał aktywny udział w pracach sekcji chemicznej.

W 1905 r. w Chemiku Polskim pojawiła się informacja, że w jednym z punktów porządku dziennego zebrania Sekcji Chemicznej p. dr J. Berlinerblau zademonstruje zamianę magnezu w azotek magnezu oraz przedstawi ogniotrwałe chemiczne naczynia z masy korundowej. Z wielkim zaangażowaniem J. Berlinerblau występował na rzecz rozbudzenia w Polsce zainteresowania sprawą stworzenia własnej krajowej bazy surowcowej do produkcji i oczyszczania terpentyny, kalafonii i innych substancji znajdujących się w żywicy drzew iglastych. Berlinerblau prowadził takie badania w lasach kieleckich. W 1907 r. Chemik Polski doniósł, że w dniu 23 marca w Sekcji Chemicznej porządek dzienny wypełnił odczyt dra Józefa Berlinerblaua o żywicy sosnowej i sposobach jej otrzymywania.

Interesująca jest zamieszczona relacja z tego spotkania: Prelegent poświęcił kilka słów wstępnych historycznemu rozwojowi produkcji ciał organicznych w ogóle, w którym po okresie wyłącznego korzystania z zasobów roślinnych i zwierzęcych, nastąpił wielce owocny okres spożytkowania zasobu związków organicznych kopalnych, a tym samym objęcia roli syntetyka jakim była przyroda przez człowieka. Okres ten jak przewidzieć łatwo skończyć się musi, gdyż źródła węgla kamiennego wyczerpią się z czasem. Czy wrócimy wówczas znów do korzystania z chemizmu roślin i zwierząt? Prelegent zaprzecza możliwości tego kroku wstecz, a przewiduje natomiast, że zdołamy, nim chwila ta nastąpi, naśladować czynność twórczą roślin budujących najbardziej złożone związki organiczne z CO2, H2O i N. Zwracając się do właściwego tematu prelegent przedstawił szczegółowo następujące jego strony: Skład chemiczny żywicy i jej produktów przerobu: terpentyny i kalafonii. Pochodzenie żywicy: gatunki drzew smołowych, ich budowę, a w szczególności powstawanie i rozmieszczenie przewodów smolnych. Techniczną stronę eksploatacji drzew żywicznych, stosowanej na szeroką skalę w Ameryce Północnej, południowej Francji i Lasku Wiedeńskim, a posiłkującej się umyślnym nacinaniem (kaleczeniem) drzew. Kwestię podjętą przez siebie wprowadzania tego przemysłu w naszym kraju. Zajmujący odczyt […] wysłuchano z wielką uwagą i uznaniem […] przeto szczegółowe zbadanie kwestii „żywicowania” u nas, zainicjowanej przez p. dra Józefa Berlinerblaua, godne są uwagi naszych chemików.

patentBerlinerblauW lutym 1910 r. na posiedzeniu Koła Chemików, któremu przewodniczył J. Boguski wybrano delegację Koła na zebranie organizacyjne Koła Przemysłowców, które otrzymało pozwolenie na przekształcenie się w Towarzystwo Przemysłowców z prawem tworzenia kół. Delegatami zostali wybrani panowie Boguski, Berlinerblau i Drozdowski. W dniu 9 marca 1910 r. odbyło się zebranie organizacyjne grupy chemicznej Towarzystwa Przemysłowców guberni Królestwa Polskiego. Po ukonstytuowaniu się grupy odbyło się zaraz drugie zebranie grupy chemicznej pod przewodnictwem Tomasza hr. Potockiego w sprawie żywicowania sosny naszych lasów. Postanowiono założyć cztery fabryki, przy czym: do projektowanej destylarni w Bliżynie zgłosili się pp. Jan i Władysław hr. Zamoyscy, Z. hr. Wielopolski, S. hr. Dembiński, St. ks. Lubomirski i J. hr. Tarnowski […], do destylarni wileńskiej zapisał się B. hr. Tyszkiewicz […], do destylarni homelskiej należy p. Seweryn Doria-Dernałowicz, a przyszła destylarnia święciańska ma deklarację p. Wład. Łęskiego. Uczestnicy zgłaszali również powierzchnie lasów, które miały zostać objęte przedsięwzięciem żywicowania. Znaczne udziały zadeklarowali również przemysłowcy, jak pan Serejski, który rocznie importuje z Ameryki Północnej 200 tysięcy pudów tych produktów, p. D. Kraushar i inni. Idea Józefa Berlinerblaua nabierała realnych kształtów. Niestety wybuch wojny w 1914 r. zdezaktualizował to przedsięwzięcie.

J. Berlinerblau aktywnie uczestniczył również w pracach nad utworzeniem Polskiego Towarzystwa Chemicznego. W 1908 r. ukazał się w Chemiku Polskim projekt statutu Polskiego Towarzystwa Chemicznego opracowany przez dr J. Bieleckiego, dr J. Berlinerblaua, Wł. Lepperta, dr. Bolesława Miklaszewskiego i T. Miłobędzkiego. Na uwagę zasługują odczyty i artykuły J. Berlinerblaua obrazujące charakter i trendy rozwojowe przemysłu i nauki w Europie Zachodniej. W Chemiku Polskim w 1905 r. ukazał się w siedmiu odcinkach obszerny artykuł pod tytułem Rozwój przemysłu chemicznego nad Górnym Renem, w którym Berlinerblau napisał: Dziś, kiedy stoimy w przededniu naszych ceł ochronnych i kiedy skutkiem oczekiwanych reform ustroju społecznego spodziewać się można bez wątpienia w niedalekim czasie nowego powiewu ożywczego ducha przedsiębiorczości i pracy, jest może na dobie opowiedzieć czytelnikom naszym, w jaki sposób powstał ten olbrzymi przemysł chemiczny w nadreńskiej dzielnicy niemieckiej. Artykuł ten powstał na podstawie odczytów wygłoszonych w Mannheimie przez Henryka Caro, byłego dyrektora BASF i wybitnego uczonego. W 1908 r. Berlinerblau zwiedził wystawę francusko-angielską, która odbyła się w Londynie na terenach wystawowych w Shepherd’s Bush. Swoje spostrzeżenia i refleksje przedstawił w odczycie opublikowanym w Chemiku Polskim pt. O udziale chemii naukowej w przemyśle angielskim, który zakończył słowami: Nie wątpię ani na chwilę, że w krótkim względnie czasie będziemy świadkami, jak duch badań naukowych będzie stopniowo, co raz więcej przenikał do angielskiego przemysłu chemicznego w ten sam sposób, jak to miało miejsce w Niemczech.

Trzeba powiedzieć, że J. Berlinerblau nie pomylił się w swojej ocenie, tym bardziej, że w obecnym czasie duch badań naukowych rozprzestrzenił się na cały świat i zajął naczelne miejsce w działalności ludzi.

Józef wraz z żoną Heleną udzielali się społecznie także w sferze socjalnej i od 1911 r. byli członkami Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, biorąc czynny udział w jego pracach. W tym samym Towarzystwie działał również Janusz Korczak.

J. Berlinerblau przez pierwszy rok wojny przebywał przymusowo w Szwajcarii. Do Polski, do Warszawy, wrócił na początku 1916 r. Od razu przystąpił do pracy w „Stradomiu” i mimo ogromnych trudności udało mu się doprowadzić do uruchomienia tam produkcji szpagatu oraz tkanin z przędzy papierowej. Uchroniło to fabrykę przed zarekwirowaniem maszyn i urządzeń przez okupacyjne władze niemieckie, które na ziemiach polskich traktowały niewykorzystany park maszynowy jako niepotrzebny i podlegający rekwizycji i wywozowi do Niemiec.

Po odzyskaniu niepodległości natychmiast pojawił się problem finansów i uzyskania kredytu na uruchomienie Stradomia. Berlinerblau udał się w tym celu do Anglii, gdzie taki kredyt otrzymał. Innym bardzo ważnym problemem był rozwój, powiększanie produkcji i asortymentu produktów. Pracował też nad zelektryfikowaniem napędu maszyn włókienniczych. Uzyskał wiele patentów, tak krajowych, jak i zagranicznych. Rozbudowywał fabrykę.

Po wojnie niestrudzenie propagował uprawę lnu w Polsce. Wspólnie z ziemianami zakładał trzeparnie do oczyszczania lnu na Wileńszczyźnie i w województwie poznańskim. Brał czynny udział przy organizowaniu Polskiego Urzędu Patentowego, przy układaniu taryf celnych i taryf kolejowych. Nie trzeba dodawać jak ważne dla fabryki były te działania, ponieważ właściwe ustawienie ceł i taryf decyduje o opłacalności produkcji i o konkurencyjności wytwarzanych wyrobów, nie-kiedy w większym stopniu niż doskonalenie technologii. Ponadto ten zewnętrzny zespół czynników, jakimi są taryfy i cła ma wpływ na wysokość płac, niezależnie od gospodarności samej fabryki. Dzięki swojej rozległej wiedzy i aktywności Berlinerblau został wybrany do Zarządu Związku Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Był również członkiem Rady Centralnego Związku Przemysłu Polskiego. Niewątpliwie wyższe studia handlowe, które ukończył w Niemczech dały mu do takiej rozległej działalności szczególne kwalifikacje. Uczestniczył w tworzeniu Polskiego Towarzystwa Chemicznego i był jego aktywnym członkiem. W dniu 11 listopada 1929 r. dr Józef Berlinerblau, Dyrektor Zarządzający Sp. Akc. „Stradom”, wybitny znawca zagadnień przemysłu chemicznego został odznaczony, z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Tak szeroka działalność J. Berlinerblaua nastawiona na pomoc przemysłowi, ludziom i państwu w jego rozwoju znalazła swój wyraz w pięknym i ciepłym wspomnieniu pośmiertnym napisanym na łamach czasopisma Przemysł Chemiczny: Dr Józef Berlinerblau był przemysłowcem wielkiej miary. Cechowała go prawość charakteru, niezwykła pracowitość i umiejętność kojarzenia badań naukowych z działalnością techniczną. Wielka energia wewnętrzna i szeroka skala zainteresowań dra Józefa Berlinerblaua sprawiły, że nie ograniczał się do pracy ściśle zawodowej, lecz pracował również na polu społecznym. Przyjmował gorliwy udział w pracach Polskiego Towarzystwa Chemicznego, oraz zrzeszeń gospodarczych […], a sfery przemysłowe otaczały go przez wiele lat szacunkiem i sympatią. Dr Józef Berlinerblau został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

Eros i Tanatos

Od kilku lat jesteśmy zaprzyjaźnione na Facebooku, co, jak wiemy, nic nie znaczy i nawet nie wiem, jak to się stało, że FB nas połączył. Nie wtrącałam się jednak i nie zmieniałam tego, bo jest artystką, a to co robi, wydało mi się ciekawe. Przede wszystkim podobała mi się na zdjęciach jej różowa kreacja, ewidentny obiekt artystyczny. Teraz poprosiłam Aleksandrę o przygotowanie wpisu. W trakcie wspólnej pracy nad tym postem, okazało się, że wpisów będzie kilka.

Aleksandra Hołownia o sobie

Urodziłam się we Wrześni, mieszkam w Berlinie, studiowałam w Poznaniu, Warszawie i Berlinie. Uprawiam akcje w przestrzeni publicznej, performance, scenografię, kostiumy, rzeźbę, rysunek, film wideo, projekty artystyczne, teksty.

Wykładam sztukę w Niemczech, ale też w Chinach (Harbin).

Alexandra  Holownia as Alexandra Fly at Tinguely Museum Basel 2013W Muzeum Tinguely’ego w Bazylei

Moje, powstałe na przestrzeni lat, rysunki, rzeźby, obiekty oscylują wokół tematu eros i tanatos. Egzystujące obok siebie odrębne, wykluczające się wątki przedstawiają zmagania dwóch żywiołów wpisanych w życie człowieka. Najczęściej powtarzającym się motywem w mojej twórczości jest symbolizująca instynkt życia i miłości wagina oraz obrazująca popęd śmierci czaszka. Fascynuje mnie  sztuka ulicy, kultura tatuażu jak i bazujące na alternatywnym sposobie docierania do publiczności artystyczne akcje również typu guerilla. Prywatnie jestem weganką. Mam trójkę psiaków: dwa boksery i andaluzyjską wilczycę. Życie psów nie jest mi obojętne. W miarę możliwości staram się wspierać psy w Polsce, Hiszpanii. Jako tzw. matka chrzestna bezdomnych psów w Rumunii (Streunenhunde-Pate) pomagam hamburskiej organizacji Cztery Łapy (Vier Photen) w realizacji idei kastrowania rumuńskich bezdomniaków. I od razu, korzystając z okazji, proszę o zapoznanie się z apelem tej organizacji i wszelką możliwą pomoc.

Kubus i BannyKubuś i Banny

Znaleźć mnie można na licznych portalach, oczywiście wpisując Holownia a nie Hołownia

ZOBACZ

Alexandra Holownia as Alexandra Fly Art Basel 2010Alexandra Holownia as Alexandra Fly Frieze Art Fair London 2013Alexandra Holownia, Smok piersiasty, drawing colour pen, 29,5x42cm Berlin 2003czaszkalezDzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Ogród duszy

Bogumiła Różewicz

Różowa kula

Beacie Pawlikowskiej

Różowa kula widzi Kobietę
błyszczącą w ramionach dżungli
skąpaną w ulewnym deszczu

Amazonia wydaje szelest
pięknej tajemnej muzyki

Kula pęka
rozprzestrzenia się
różowy pył

kobieta odpływa
otoczona skorpionami i piraniami

podróżniczka z lepszego świata

7 marca 2012

Czarny włos

Czarnowłosy chłopiec
spogląda w otwarte okno świata
widzi twarz Księżyca
łzy tworzą kałużę smutku

odpływa łódką do Babilonu

Kiedy obudzi się ranek
słońce zaświeci
zamkną się Zielone drzwi
czarny włos pozostanie na białej pościeli

18 czerwca 2012

Jesień, Jacek Yerka https://i0.wp.com/uploads6.wikiart.org/images/jacek-yerka/autumn.jpg
Jacek Yerka

Ścieżka kropli

Nadchodzi noc
światła gasną w oknach
moje miasto zasypia
zegar wybija północ
tylko Księżyc spogląda
z obłoków na róg ulicy
gdzie suche drzewo
ma na gałęziach krople deszczu

pójdę ścieżką kropli
odnaleźć Muzę która Cierpi

23 listopada 2013

Ogród duszy

W ogrodzie duszy
Anioł rozkłada skrzydła
pióro opada z nieba
konary tańczą walca
liście unoszą się na wietrze

W środku kwiatu
zegar wybija pierwszą

wtedy śpiewają cykady
biegnę zieloną łąką
rosa dotyka mych stóp

14 grudnia 2012

Jacek Yerka, Sad pomarańczowy, https://i0.wp.com/uploads4.wikiart.org/images/jacek-yerka/orange-grove.jpg%21Large.jpg
Jacek Yerka, Sad pomarańczowy

***
U źródeł strumienia
przejrzę się w kropli wody
wzniosę wzrok ku słońcu
zobaczę niebieskie łąki
jak kamień wejdę
w tajemnicę czarnych znaków
na papirusie odkryję siebie

10 lutego 2013

Uśmiech

Elżbiecie Dybalskiej

W dolinie Zielonej
wodospad uderza o skały
Bogini Grecji
ma w sercu niebo
Sukienka w odcieniu Szkocji
łzy tworzą hymn miłości
kamień biały bije
cztery akty dramatu
upadek kończy się uśmiechem

21 maja 2013

***

Niezapomniany dzień
otwiera się miasto
zamknięta w złotej klatce
otulona peleryną szarości
idę po bruku
ze srebrnych nitek
na powitanie
wychodzi Anioł

23 lutego 2013

***
Niebo granatowe
ubiera się w biały szal
spada deszcz meteorytów
kamienie odbijają się od szklanych gór
Kładzie się światło
na ziemię rzuca cień
widać Ludzkie plecy

1 lutego 2013

***
Kropla rosy na liściach
opada w dół
słowa zgrzytają na papierze
nie słychać rytmu
szum nieznośny
słowa Krzyczą
rozsypują się w drobny mak
płaczę nad poległym Słowem

16 lutego 2013

***
Kryształowa kula
widzi niekończący się sen
z otwartego kalendarza
wylatują pożółkłe kartki
tylko trzy daty zapisane w pamięci
3 Stycznia zobaczyłam Ciebie
26 Lutego przy muzyce
zapatrzeni w siebie
29 Lutego dotykamy
czegoś niewidzialnego
W dłoniach zmierzch
sen trwa do dziś
niedokończony

30 czerwca 2013

Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku - https://ewamaria.blog/wp-content/uploads/2014/08/98bb7-jacek_yerka_wiosna.jpg
Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku

We wpisie pokazuję trzy obrazy Jacka Yerki, fantastycznego malarza fantastyki. Więcej: https://www.facebook.com/Yerkaland

I była chwila ciszy…

Lektury

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Podobnie jak rozmowy, tak i lektury bardzo silnie związały mnie z Mamą. Przejęłam chyba cały zestaw jej ulubionych książek, których nie wolno było za żadne skarby świata nikomu pożyczyć. I ja, mimo iż miałam do własności, swojej i cudzej, stosunek nader lekceważący (nadal mam), chyba rzeczywiście nigdy nie nikomu nie pożyczyłam żadnej z ukochanych książek Mamy. We wpisach na blogach w różnych kontekstach pojawiła się większość tych książek, ale chyba nie wszystkie. Nie pretendując do jakichkolwiek prób usystematyzowania wiedzy o lekturach Mamy, wymienię tu te, które do dziś zachowałam w pamięci.

szekspir-dulacBolesław Chrobry Antoniego Gołubiewa, 7 tomów
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, również 7 tomów
Tajemnice motyli Stefanii Szuchowej w wydaniu z lat 30 z ilustracjami Norblina
Cóż za pomysł Tato! Williama Saroyana
Siedemnastolatek Bootha Tarkingtona
Kubuś Puchatek A.A. Milne’a
Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej
Burza Szekspira w oryginale w wydaniu z roku 1908 z ilustracjami Edmunda Dulaca
Saga rodu Forysthe’ów Johna Galsworthy’ego
Saga rodu White’oków, a zwłaszcza I tom – Jalna Mazo De La Roche
A lasy wiecznie śpiewają Trygve Gulbranssena
Imitacja życia Fanny Hurst
Tajemniczy opiekun Jean Webster
Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery, tej od Ani z Zielonego Wzgórza
Byłam brzydką dziewczyną Anne-Marie Selinko
Berenika obcina włosy opowiadanie Francis Scotta Fitzgeralda z tomu Odwiedziny w Babilonie
Spowiedź Chinki Pearl S. Buck
Moja piękna Mama Mathilde Walewskiej

Siedem ostatnich pozycji to w gruncie rzeczy wciąż ta sama historia o brzydkim kaczątku, które staje się piękną, podziwianą i kochaną kobietą, przy czym w Imitacji życia jest to jeszcze kobieta, która samodzielnie osiągnęła nie byle jaki sukces finansowy. Szekspir i Szuchowa znalazły się na tej liście przede wszystkim z uwagi na wydanie i wspaniałe secesyjne ilustracje. Mama wprawdzie twierdziła, że nie lubi secesji, ale jak się wyrastało jako młoda panna w latach 30 ubiegłego wieku, nie można było nie polubić na całe życie ideału urody tamtych czasów, ideału bezwzględnie opartego na secesyjnych wzorcach, z lekka tylko unowocześnionych po I wojnie światowej. Te wszystkie obcięte na pazia rude kobiety z połyskującym hełmem gładkich włosów. Cudo! Obie sagi i Trygve Gulbranssen, podobnie zresztą jak Gołubiew, to po prostu wspaniałe historie rodzinne, wielopokoleniowe, skomplikowane, pozwalające na długo, na bardzo długo uciec od rzeczywistości, Proust to europejskie wyzwanie kulturalne, polski sprawdzian europejskości, a reszta to po prostu miłe książki dla dzieci i młodzieży, nie skażone komunistyczną retoryką i stylistyką.

Dziwnym wyjątkiem jest na tej liście Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej, polska współczesna powieść nikomu nie znanej pisarki, dodajmy nieznanej ani przedtem ani potem. Książka została wydana w roku 1962, nikt jej nigdy nie wznowił, a w antykwariatach można ją kupić za 3 złote. Książki nie ma na chomik.pl ani w biblionetce, w sieci nie ma recenzji ani opisów. Nie potrzebuję ich, świetnie pamiętam tę książkę, ale chciałam sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze wspomina. Po długich poszukiwaniach znalazłam jedno zdanie na jej temat: Książka opowiada o troskach i radościach inteligenckiej polskiej rodziny, jej przyjaciół i znajomych. To prawda, o tym jest ta książka, ale aż się prosi, by ktoś jej dodał w opisie to obleśne słówko, bez którego dziś nie ukaże się żadna współczesna powieść przeznaczona dla kobiet: ciepła. Człowiekowi się z mety odechciewa czytania pozycji, którą tekściarz wydawnictwa określił tym słowem. A jednak, jak teraz myślę o Bożku ciepła rodzinnego, to wiem, że gdybym była tekściarzem, to bym opisała tę powiastkę tym właśnie cholernym słowem: ciepła!
Czy muszę dodawać, że bożkiem ciepła rodzinnego jest kot?
Myślę, że to w tej książce Mama widziała siebie współczesną – zwykłą kobietę, żonę, obarczoną zwykłymi kłopotami, w rzeczywistości, która nie wywoływała żadnego entuzjazmu, ale nie przywalała też grozą. W 1962 roku pamięć tragedii wojennej już nieco zblakła, po prawie 20 latach można było chyba mieć nadzieję, że to, co człowiek aktualnie ma – zwykłe życie – będzie w miarę trwałe. Minęło już kilka lat od ostatniego polskiego przewrotu, października, kiedy zaczęła się odwilż, a więc i ustrój też już nie był wiszącym na co dzień nad głową mieczem Damoklesa. I dodajmy, ohyda rozgrywek wewnątrzpartyjnych i nagonki antysemickiej jeszcze się nie zaczęła. Było życie codzienne, na tyle miłe, na ile my sami i nasi przyjaciele mogliśmy je sobie miło ukształtować. Było raczej biednie, ale przecież nie nędznie, a przy tym właściwie, poza prywatną inicjatywą i jednym czy drugim lekarzem praktykującym prywatnie, nikt w otaczającym świecie nie żył lepiej czy bogaciej. I była chwila ciszy, i powietrze stało…

A był jeszcze w książce Opolskiej jeden czy drugi prościutki symbolik wskazujący, że nasze prywatne życie, to z ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, życie artystki i żeglarza z dwiema córkami, znajduje tu swoje odzwierciedlenie. I nie był to bynajmniej tylko kot, bo książka zaczynała się (mniej więcej) tak: Podczas niedzielnego spaceru w pobliskim lesie odkryliśmy całą masę ścieżek nie tkniętych ludzką stopą…

No to przecież my, my Boguccy, na takie właśnie spacery chodziliśmy. Cały świat był pełen ścieżek nie tkniętych ludzką stopą!

biwak-maleTam chodziliśmy na biwaki i spacery, nawet Mama wtedy jeszcze chodziła, szliśmy i szliśmy, aż Tata pokazywał w oddali jakiś siniejący punkt i mówił, tam, za tym drzewem zrobimy obiad. I tam, za tym drzewem, gotowało się makaron, wydobywało mielonkę turystyczną z puszki, kroiło na plastry ogórki z wielkimi pestkami. I zawsze był sierpień i już niedługo trzeba było iść do szkoły, ale jeszcze były wakacje, a potem kładliśmy się na wydmach, Kasia się bawiła jakimiś trawami, Tata natychmiast zasypiał, a my z Mamą czytałyśmy.

Droga do Santiago. Burgos

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze niedziela, 16 września

jezuswspodnicyPrzez wielką warowną bramę wchodzę do miasta, na plac z ogromną katedrą Najświętszej Marii Panny. Potęga. Wspaniały hiszpański gotyk. Dziesiątki kaplic, ołtarzy,  sarkofagów. Złote schody, srebrny rzeźbiony wóz, grób Cyda i Xymeny, klasztor z olśniewającymi krużgankami. Katedra jest biała i ma w sobie mnóstwo światła. Wszystkie zabytki związane ze świętym Jakubem zabrano na wystawę o Camino (obejrzę ją jeszcze, ale na razie tego nie wiem, oglądam więc tylko kolorowe obrazki), także Madonna Memlinga w stylu “flamenco” (flamandzki, jak sądzę) pojechała do Prado. Ciekawe, czy na zawsze? Natomiast na miejscu pozostał najważniejszy zabytek przechowywany w katedrze, też jak Memling z XIV wieku – krucyfiks z wychudzonym Jezusem w bordowej, aksamitnej spódnicy. Na zdjęciu znalezionym w sieci Jezus ma akurat białą spódnicę, ale jak to w Hiszpanii, świętych się przebiera co i rusz w nowe szaty – jak tam byłam, spódnica była bordowa, a tło, moim zdaniem, białe. Ale kto wie, może niedokładnie pamiętam. Na pewno jednak nie przypominała przylegających do ciała halek, jak tu na zdjęciu, tylko zawadiacko odstawała od nóg Jezusa, tworząc coś w rodzaju trapezu.

Miałam rację.

christos-de-burgosPodoba mi się ten kościół, ale od wczoraj mam trochę obaw, gdy wchodzę do hiszpańskiej świątyni. Im starsza i bogatsza, tym bardziej grozi wspomnieniami inkwizycji. Inkwizycja to musiał być biznes, jak przypuszczam, bo wszak nikt za darmo nie zajmował się przez kilka stuleci ściganiem odstępców, więzieniem ich, torturowaniem i paleniem na stosach. Inkwizycja działała od XIII wieku do XIX, siedemset lat. Kawał czasu. Potrzebna była infrastruktura i wykwalifikowani pracownicy. Inwestycje. Nakłady, które zgodnie z biznesplanem musiały się najpierw zwrócić, a potem zacząć przynosić zyski. Nam się wydaje, że to Eichmann był pierwszym człowiekiem, który stechnicyzował okrucieństwo i zamienił je w sprawnie funkcjonujący biznes, ale na pewno podobne założenia przyjęli twórcy gułagów, a przed nimi zapewne inkwizytorzy.

Siedzę na schodach za katedrą i cieszę się spokojem. Ponieważ jestem za katedrą i nic tu nie ma, nie ma też turystów. Ale jest tu zapewne jakiś śmietnik w okolicy, bo są muchy. Muchy! Cholery można dostać! Wracam przed katedrę.

O godzinie 19.30 będzie msza, ale nie wiem, czy dotrwam, bo to jeszcze 1,5 godziny, a ja jestem piesko śpiąca, zmęczona i głodna. Może raczej wrócę przez park do schroniska i podumam przez chwilę pod pomnikiem świętego Dominika de Calzada, o którym napis głosi, że był inżynierem Camino. Inżynier jako ten, kto zmienia, kto buduje. Na Drodze  było kilka takich postaci, które budowały i konstruowały – mosty, schroniska, przejścia, szpitale i cmentarze.

Burgos to bardzo ludyczne miasto. Na placu przed zamkiem rodzaj cyrku średniowiecznego, ale takiego, który tu i ówdzie przetrwał nawet do lat 20 ubiegłego wieku. Są budy z potworami (wstęp dozwolony dopiero od 8 lat), jakieś pseudopornosy na żywo (tylko dla dorosłych), teatrzyk cieni. Całe miasto pełne jest gier i teatrzyków. Natykam się na kościelny moralitet, a kawałek dalej na clowna, który bardzo śmiesznie gra na fortepianie. Pytanie, czy to akcja na zamówienie władz miasta, czy wciąż żywa tradycja?

Dziewczynki na skwerze uczą się grać na kastanietach. Piękna promenada z kunsztownie poprzycinanymi bukszpanami. Rynek z rzeźbą zegara. Placyk brukowany malutkimi kamyczkami. Kościół św. Agaty a obok Pescaria y Marinera Sant’Agata. Przez plac przechodzą muzycy, czy mi się wydaje, czy mówią po niemiecku? Przed domami suszarki, suszą się kolorowe ręczniki. W sklepach obłędnie kolorowa moda dla dzieci i szaro-czarna dla kobiet. Z odrobiną fioletu. Idę na mszę.

W kazaniu ksiądz mówi o miłosierdziu, Janie Pawle II i Faustynie Kowalskiej. Mężczyźni wchodzą do kościoła z ręką w kieszeni. Jeden w krótkich spodniach, jeden żuje gumę. Kobety w mocno wydekoltowanych sukienkach mini bez rękawów.

Gdy po mszy wychodzę przed katedrę jest chłodno i pada deszcz. Na kamiennej promenadzie jest ślisko, japonki ślizgają się paskudnie, mogę iść tylko drobnymi kroczkami – jak Japonka.

promenadeburgosMama miała rację, gdy jest ciężko, najpierw trzeba zadbać o konkrety, a dopiero potem płakać. First things first, jak mówią Anglicy. Czasem po zorganizowaniu rzeczy pierwszych już nie ma powodu, żeby płakać.

Dobranoc.