Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni

Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

Kot pracuje

Ewa Maria Slaska

Koty i praca

Po długiej przerwie znowu o kotach, a to dlatego, że kot poszedł do pracy i w domu pusto. Mailem docierają do mnie informacje o tym, jak się kotu pracuje.

kotpracuje kotpracuje1Myślę, że każdy z nas chciałby czasem dostać taką pracę – siedzieć i ładnie wyglądać.  Ale to wszystko pozory. Bo naprawdę praca kota wygląda zupełnie inaczej.

otokotopraca

A tak, to już nie każdy z nas potrafi pracować. Ja nie potrafię. Ogólnie jestem bardzo pracowita, dużo umiem, dużo mogę wymyślić, jest wiele zadań, których rozwiązania się nauczę, ale są takie dziedziny życia, w których nie jestem w stanie wykonać żadnej pracy, bo paraliżują mnie jak wąż ptaszka.

Na pewno są to wszystkie prace związane z kablami (no przecież mówię, że “wąż ptaszka”). Ostatnio koleżanka zadzwoniła z biura i powiedziała, że mam przynieść taki to a taki kabel, bo w biurze nie ma, a ja przecież mam wszystko. Ściągnęłam z pawlacza pudło z  elektronicznym badziewiem, wyjęłam kłąb kabli i wrzuciłam do torby. Nie mogłam jednak pojechać od razu do biura, bo logistyka wymagała, aby najpierw podlać kwiatki u koleżanki (kilometr na piechotę), potem załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym (4 stacje metra, jedna przesiadka), potem kupić przyjaciołom bilety w operze (10 stacji metra tam i 9 z powrotem), a dopiero potem dotrzeć do biura. Weszłam, walnęłam torbą o podłogę, koleżanka się schyliła i z gracją wyjęła z kłębowiska potrzebny kabel. Resztę wrzuciłyśmy na dno szafy. Odmówiłam dalszej peregrynacji po mieście z dwoma kilogramami czegoś tak paskudnego.

Innym rodzajem pracy, który natychmiast powoduje u mnie wyłączenie wszystkich obwodów w mózgu, jest opowiedzenie mi o operacjach finansowych, które powinnam wykonać, żeby się wzbogacić. Najdalej po dwóch zdaniach przestaję rozumieć, po trzech nie słucham, po czterech nie słyszę. Bardzo nad tym ubolewam, bo podobno człowiek tak inteligentny i pracowity jak ja, jakby się skoncentrował na robieniu pieniędzy, to by opływał w nie wiedzieć jakie dostatki, ale jak nie da rady, to nie da rady. Nie przeskoczę sama siebie. Choć przyznaję, że dostatki byłyby w życiu całkiem przyjemnym urozmaiceniem.

Długo się nad tym zastanawiałam, co budzi we mnie aż taki sprzeciw. Bo nie boję się cyfr i matematyki, ba, potrafię nawet całkiem sprawnie zrobić roczne rozliczenie dla Urzędu Skarbowego (patrz wyżej), a jednak nie znoszę rozmów o chytrych transakcjach finansowych. Obawiam się więc, że – czy to z natury swej czy z wychowania – jestem osobą przeraźliwie uczciwą, nie znoszę machlojek i to właśnie cwaność tych proponowanych mi transakcji budzi mój wewnętrzny opór.

Ale może to wcale nie jakaś kryształowa uczciwość mną powoduje, lecz zwykła nuda, bo…

Bo trzecim rodzajem pracy, którego nie trawię, jest kontakt z pustosłowiem i retoryką. A nie wykluczone, że operacje finansowe to w moim pojęciu tylko retoryka.

Zaczęło się niestety w dzieciństwie. Chodziłam z moją cioteczną babką Karusią do kościoła, siadałyśmy w ławce i wszystko było dobrze, póki trzeba było, jak to w kościele, wstawać, siadać, klękać, odpowiadać po łacinie, śpiewać, wszystko to bardzo lubiłam, a śpiewałam wręcz przecudownie, ale gdy ksiądz zaczynał kazanie, zapadałam w bezmyślne zacukanie. To właśnie tam nauczyłam się, że wystarczy nie rozumieć i nie słuchać, a przestaje się słyszeć i można się oddać myślom o czymś innym, ciekawszym, ładniejszym… To tam, w ławkach kościoła Przenajświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu. To zresztą ten sam kościół, o którym pisze Grass w Blaszanym bębenku – pamiętacie, jak Oskar wchodzi na kolana rzeźby Madonny? To tam.

Nie słuchałam kazań, ani na górze ani na dole, co sprawiło, że nie byłam w stanie słuchać szefów i nie wytrzymywałam zebrań. Och, jakąż ja bym zrobiła karierę, w pracy, w nauce, w polityce – a wierzcie mi – wszystkiego próbowałam. Karierę bym zrobiła, powtarzam, gdyby nie te cholerne zebrania.

A może wszystko przez te okna… Moja Babka, gdy popadła w melancholię siedziała na kanapie i patrzyła przez okno. To było przed wojną. W wielkim mieszkaniu Pradziadków było takie okno, a pod nim kanapa. Ciocia nawet zaznaczyła je na planie.

oknoanieliPrzedwojenne mieszkanie Pradziadków w Warszawie na ulicy Zgoda 9, dziewięć pokoi, 250 metrów kwadratowych – zaznaczona kanapa pod oknem w salonie. Ciocia napisała “Ciotka Aniela siedziała i czytała romanse” – Mama, córka Anieli, by się z nią nie zgodziła. Bo oczywiście była to ta sama kanapa, ale podpis Mamy byłby taki: “Mama siedziała i patrzyła w okno”.

Ja patrzyłam na witraże, zawsze te same, po lewej stronie – przedstawiały polskich świętych, świętego Jacka Odrowąża, świętą Salomeę i świętego, który na oknie kruszył kajdany, może zresztą nie kruszył tylko cierpiał w kajdanach. Nie pamiętam, co on był za jeden. Łukasz? Mateusz? Może Andrzej Świerad? I nagle olśnienie, oczywiście, Rafał Kalinowski, święty powstaniec. Patrzę na nich i myślę nie wiadomo o czym, przygotowuję się do pracy na całe życie.

A Schyzia tak pracuje. Patrzy przez okno.

kotpracuje2
Bo podobno obecność kota w mieszkaniu płoszy myszy. Zobaczymy.

Zdjęcia Schyzi: Johanna R. i Tanja K.

Konkurs Chopinowski

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania przy kawie

Jakiś czas temu zaczął się Konkurs Chopinowski. XVII. Od tego więc jakiegoś czasu rozmyślam o Chopinie. Myśli nie wiążą się ze sobą, tak się przecież rozmyśla. W każdym razie ja tak rozmyślam. Obawiam się, że dostanę po głowie za te rozmyślania, ale cóż amicus Platon sed magna amica Veritas. Nawet jeśli to prawda tylko moja i malutka, nie większa od prawdziwka.

Chopin jako zasłonka.
Rok chopinowski kilka lat temu. Na rozwalającym się w samym sercu Berlina na Unter den Linden budynku dawnej ambasady RP zakrywający nędzę i ruinę ogromny banner z Chopinem.
Nota bene, Ambasady nadal nie zbudowano. Ale poza turystami nikt już chyba nie zauważa tej ruiny. Zresztą często na niej coś wisi. Jak nie Chopin to reklama muzeum figur woskowych.

Chopin jako cwel.
W tymżeż samym Roku Chopinowskim Ambasada RP w Niemczech (mieści się jednak w inym budynku, nie w tym rozwalającym się) wydaje po niemiecku komiks o Chopinie. Ma on zostać rozdany w szkołach, musi więc być taki, żeby współczesne dzieci chciały go czytać. Zatrudnia się najlepszych komiksiarzy. Produkt spełnia oczekiwania, na pewno będzie się podobał młodzieży. Chopin nazwany jest cwelem i gejem, ale ponieważ nie było jeszcze hejtu antycudzoziemskiego, nikt mu nie przyczepia łatki przybłędy. Ktoś się jednak w ostatniej chwili orientuje, że coś tu jest nie tak. Polonia, która dowiedziała się z przecieków, co jest nie grane, protestuje. W ostatniej chwili zapada decyzja, żeby nie rozdawać tego Dzieła w szkołach, a nakład komiksu spalić. Powoduje to następną falę oburzenia wśród Polonii. Tylko reżimy palą książki… Komiks musi iść do muzeum!
No, nie dogodzisz!

Chopin jako element życia rodzinnego.
Jest poprzedni konkurs chopinowski. Do Berlina przyjeżdża moja siostra. Spędzamy czas tak jak lubimy, w tym samym rytmie pracujemy, gotujemy, jemy. Tak już byłyśmy razem w Grecji i w Szwecji, tak byłyśmy w północnych Niemczech i nad kaszubskimi jeziorami. Teraz tak sobie spędzamy czas w Berlinie. Pieczemy bułeczki, chodzimy na spacery, pracujemy, każda przy swoim komputerze. Obok stolika mojej siostry konstrukcja ze stołka i książek, a na niej radio. Od rana do wieczora Chopin. Albo ktoś go gra, albo ktoś opowiada o tym, jak go gra… Chopin, praca, muślinowe firanki w kuchni, złoty październik w Berlinie, pięknie…

Chopin jako kość niezgody.
Dawno temu, bardzo dawno. Idziemy większą grupą międzynarodową na jakąś imprezę. Nie wszyscy się znamy, musimy więc przy pomocy 20 pytań rozpoznać wrogów i przyjaciół. Jakiś Rosjanin pyta mnie, czy kocham Chopina? Czy kocham, nie czy lubię? Nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedyś lubiłam, ale od czasu, gdy Jaruzelski, stan wojenny, Chopin, no wiesz, all that jazz, już nie lubię. Opowiadam, ale widzę, że nie dociera. Opowiadam dokładniej, jednak nic mi już nie pomoże. Rosjanin bluzga na mnie stekiem nienawistnej krytyki, bo Chopina trzeba kochać.
No tak, trzeba kochać…

Chopin u Prousta.
Czytam Prousta regularnie. Dawniej czytałam go niemal co roku, może nie wszystkie siedem tomów, ale pięć na pewno, teraz czytam go trochę rzadziej, ale nadal często. Częściej niż ktokolwiek, kogo znam. I zawsze odkrywam coś nowego, przy lekturze kilka lat temu – Chopina. Bo we Francji toczy się spór pokoleniowy między zwolennikami Chopina i Wagnera. Chopin to staroć niemożebna, Wagner jest in. Chopin jest, fuj, romantyczny. Brrr… Wynajmuje się pałacyki w Bayreuth, żeby zaprosić gości na festiwal i wspólnie słuchać wagnerowskich walkirii. Stara księżna Cambremer nie lubi synowej, bo ta jest zaciekłą wagnerzystką. Proust sam był wielbicielem Wagnera, a o Chopinie zapisał: “Chopin, mer de soupirs, de larmes, de sanglots / Qu’un vol de papillons sans se poser traverse / Jouant sur la tristesse ou dansant sur les flots.” – Chopin, morze westchnień, łzy, szloch, motyl lekki a bezkrytyczny, czasem smutny, czasem tańczący ponad falami.
A co, jeśli się nie lubi ani Chopina ani Wagnera? A co jeśli się lubi Janis Joplin? Choć ona też już dawno wylądowała na tej samej hałdzie historii, na którą przedtem spadli Chopin i Wagner. 

Najlepiej, żeby było cicho, jak się pije kawę.

 

 

 

 

 

Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Obrazki z Iranu (1) – pierwszy dzień

Informacje od Adama Slaskiego o jego pobycie w Iranie (właśnie tam jest) docierają do mnie za pomocą appu Telegram. Nigdy bym nie pomyślała, że będę z takich appów w ogóle korzystać, ale mam właśnie nową komórkę i stwierdziłam ze zdumieniem, że nawet budzik w telefonie jest appem. Powiadam Wam, człowiek nie wie, że mówi prozą.

Publikowałam tu już tu relacje polskiej Perskiej żony z Iranu, od dziś przez kilka (a może kilkanaście) następnych niedziel pisze o Iranie nieżonaty Polak.

Adam Slaski

Przyjazd

29 września

Pierwsza zabawna rzecz: w Iranie jak wiadomo jest cenzura internetu, zablokowano więc gazeta.pl i wp.pl, ale nie politykę. Mają widać lepsze układy z ajatollahami.

W samolocie to wyglądało tak: połowa kobiet miała zasłonięte włosy, a połowa odkryte. W momencie lądowania pach-pach wszystkie wyciągnęły chusty. I na lotnisku nie było kompletnie żadnej kontroli, mogłem mieć plecak pełen wódki 🙂

Wrrrr wikipedia nie działa.

Pierwszy dzień chodzenia po Teheranie przyniósł następujące refleksje. Ruch uliczny jest między palermo a hanoi – dużo trąbią, motory jeżdżą po chodnikach, żeby przejść przez jezdnię trzeba trochę odwagi, ale summa sumarum nie miałem z tym wiele problemów, pogubiłem się za to, jeśli można tak powiedzieć, bo właściwie chodziłem bez mapy i celu.

Mapa z przewodnika jest nic nie warta, a ta, którą dostałem w recepcji jeszcze gorsza, na żadnej nie ma np stacji metra, a metro jest całkiem spoko, 5 linii, osobne wagony dla kobiet.

Spotkałem wczoraj na lotnisku dwie pary z Polski i dziś jedną w muzeum. Myślałem, że to będą bardzo fajni ludzie, otwarci, ciekawi świata, tymczasem conajmniej połowa z nich to typowe polaki-cebulaki.
Nie wiem, jak tu trafili

paniikolko
Kółko od rydwanu i pani dla porównania. Pod spodem piesek i cudeńko z lapis lazuli. I pytanie: czy niebieskie naczynie też jest z lapis lazuli?

piesek1-2niebieskienaczynieA teraz plac imama Chomeiniego.

placchomeiniI na ulicy warszawskiej.

varschostreetA słyszeliście o różowych drzewach, które rosną w Iranie?

pinkdrzewo30 września

Dziś rano wymeldowałem się z hotelu i przeniosłem do mojego hosta z couch surfing. Trafiłem naprawdę znakomicie. Shayan jest anglistą, miłośnikiem angielskiej literatury. Jest bardzo oczytany i ciekawie się z nim rozmawia. Zaprzecza też wszelkim stereotypom o Iranie

Po południu spotkałem się z Irańską malarką, która zabrała mnie do muzeum sztuki współczesnej. Wystawa stała jest bardzo dobra, choć jest tylko jeden obraz irańskiego malarza, reszta to zachodnia klasyka: Kandinsky, Jackson Pollock, Mark Rothko etc.

Rozmawialiśmy też o literaturze. Choć przygotowywałem się intensywnie do wyprawy, nie wypadłem najlepiej w oczach Sepidar. Stwierdziła, że “Ajatollah śmie wątpić” się nie liczy, bo było napisane po angielsku, a „Persepolis” po francusku.

Zatem nie czytałem żadnej irańskiej książki, wstyd!

Z drugiej strony okazuje się, że Szachinszach nie jest zupełnie znany w Iranie (Shayan słyszał, ale on czytał wszystko). Byliśmy też na ulicy bukinistów. Wygląda to tak (nie zrobiłem zdjęcia), że wszystkie lokale są zajęte przez księgarnie, księgarnia przy księgarni, a na ulicy z łóżek polowych i kocyków sprzedają “prywaciarze”.

Sepidar wyjaśniła mi, że to te książki na kocykach, to pozycje zakazane w Iranie, wydano je na kserokopiarce z powodu cenzury.

Słowo “zakazane” stosuje się w kontekście Iranu często, ale chyba znaczy tu coś innego niż sądzimy 🙂

Na koniec chciałbym podkreślić, że dziś w Iranie środa środunia, bo jutro zaczyna się weekend. Piątek to dzień święty, a czwartek jest odpowiednikiem soboty. Nie jest jednak wolny obligatoryjnie. niektore instytucje się zamykają, inne pracują tylko dopołudnia, a jeszcze inne cały dzień.

Spotkałem dziś na śniadaniu w hotelu Polaków. Byli bardzo mili, interesujący ludzie. dużo podróżowali, opowiedzieli mi o wyprawie na wyspę świętej Heleny, bardzo skomplikowanej wyprawie, gdyż obejmowała podróż samolotem RAF-u, statkiem pocztowym i kilka dni oczekiwania w bazie marynarki brytyjskiej itp.

Wspólnie zaczęliśmy się też zastanawiać, gdzie odbyła się Konferencja Teherańska, pani bardzo chciała zobaczyć to miejsce. Niestety, prawdopodobnie się jej nie uda. układy odbywały się w rosyjskiej ambasadzie.

Jeszcze jedno. Próbowałem zapunktować w sprawie książek „Irańską Historią Miłosną”. Co prawda to Asia ją czytała, nie ja, ale dokładnie mi opowiedziała. Z tą książką jest jednak inny problem: To kompletna bzdura, napisana dla ludzi z zachodu, żonglująca stereotypami.

Generalnie na ulicach jest wiele par, trzymają się za ręce itp. Ccałowanie w publicznych miejscach chyba rzeczywiście nie uchodzi, nie widziałem ani razu, ale opowieści, jakoby nie dało się porozmawiać z dziewczyną przed ślubem trzeba włożyć między bajki.

Jeszcze jedna ciekawostka. Jest (chyba 35) rocznica wybuchu wojny z Irakiem. w parku jest wystawa poświęcona martyrologii, zdjęcia irańskich bohaterów wojennych itp. Są żołnierze, jest mułła, poważna atmosfera. Jest tez paintball, a czemu nie, przecież to się też kojarzy z wojną!

Jechałem dziś irańską współdzieloną taksówką (taką jak w Taxi Teheran).

Czwartek, 1 października

W Teheranie pada deszcz, rzadkie zjawisko, zamówili specjalnie dla mnie.

Widziałem dziś na ulicy dziewczynę bez hidżabu, było ciemno, pewnie myślała, że nikt nie zauważy. Z tym hidżabem to jest tu w ogóle śmiesznie, ten temat zasługuje na więcej uwagi, wrzucę zdjęcia i napiszę innym razem, bo teraz spadam na imprezę Irańczyków.

Miały przyjść dziewczyny, ale ostatecznie okazało się, że będzie gejówka, sami koledzy mojego hosta, bo ten chłopak, z którym paliłem sziszę to nie mój host, tylko inny gość z CS.

Piątek, 2 października

mostMost łączy dwa parki rozdzielone uprzednio autostradą. zdjęcia nie oddają tego w pełni, ale to fajna architektura i modne miejsce. Obok jest skatepark i inne atrakcje. Wybrałem się tam z Kamyarem, którego poznałem (jakżeby inaczej) przez couchsurfing. Potem poszliśmy na fajkę wodną. Kamyar miał w planach odwiedzić jakiś ładny lokal, ale ten okazał się być zamknięty, toteż wylądowaliśmy w spelunce dla lokalnych palaczy. Fajne miejsce, kobiet się nie wpuszcza, siedzą chłopaki i palą szisze, można zamówić herbatę albo oranżadę.

sziszaZ moim hostem Shayanem poszliśmy za to odwiedzić jeden z teherańskich pałaców. Okazał się rozczarowujący, za to zrobiliśmy sobie ładne zdjęcie w sali lustrzanej.

salalustrzana
Kilka słów o Shayanie. Pochodzi z mniejszości tureckiej (azerskiej) w Iranie, farsi jest dla niego drugim językiem. Jego mama zanim przeszła na emeryturę stała na czele czegoś w rodzaju samorządowego kolegium odwoławczego.

Shayan skończył rok temu anglistykę na uniwersytecie teherańskim, mówi świetnie po angielsku i jest znawcą anglosaskiej literatury. Obronił pracę o Cormacku McCarthym, można z nim porozmawiać o nowej książce Rotha itp. Jest bardzo oczytany, dużo bardziej ode mnie.

Myśli o doktoracie, ale nie ma ochoty wracać na uniwersytet w Teheranie, gdyż profesorowie tworzą kółko wzajemnej adoracji, a poziom badań nie jest najlepszy. Rozważa wyjazd za granicę, ale życie na zachodzie jest bardzo kosztowne dla Irańczyka, więc jeśli nie dostanie jakiegoś dobrego stypendium, w grę wchodzi głównie Turcja.

Wczoraj poszliśmy do imprezę do kolegów Shayana. Impreza to duże słowo, było nas tylko pięciu. Początkowo planowano coś większego, ale okazało się, że dziewczyna gospodarza nie może przyjść, więc odwołał też inne koleżanki, a potem okazało się, że ja będę, więc odwołał kumpli, którzy nie mówią po angielsku. Ta piątka mówiła po angielsku bardzo dobrze, swobodnie żartowaliśmy przez cały wieczór. To byli wszyscy bardzo inteligentni goście, na bieżąco z kulturą, filmami, muzyką, serialami, książkami i wszystkimi tymi rzeczami, które są w Iranie zakazane. A jednak udało mi się pozostać gwiazdą wieczoru, gdyż im trudno jest podróżować i bardzo rzadko wyjeżdżają. Opowiadałem więc o podróżach do Meksyku, Wietnamu, Armenii itd., które to opowieści nie robią na nikim wrażenia w Polsce, a w Iranie można nimi zaimponować kompanom.

Można też zaimponować znawstwem alkoholi. Oni piją głównie bimber albo przemycaną wódkę, nikt oczywiście nie bawi się w szmuglowanie piwa, które stało się w Iranie zupełnie nieznane. Także wino należy do rzadkości, bo wychodzi bardzo drogo. Co innego marihuana, którą łatwo hodować w domu, a policja nie przywiązuje do niej wagi, choć oficjalnie jest oczywiście surowo zakazana. Trawa stała się więc popularna i każdy popala.

A może nie każdy? Towarzystwo, w które tu wszedłem, jest dość specyficzne. Studenci obcych filologii z zasady są zainteresowani zagraniczną kulturą i trybem życia. W każdym społeczeństwie stanowią nieco odrębną grupę. To samo dotyczy artystów, więc również Sepidar nie można uznać za typową Irankę. I nic nie wskazuje na to, żebym miał spotkać jakichś “typowych Irańczyków”, bo przeciętni ludzie nie mówią po angielsku. Z angielskim w szkole jest podobnie jak w Polsce, a chyba nawet gorzej. Dużo gramatyki, mało mówienia, 10 lat takiej nauki i człowiek nie umie się dogadać w najprostszych sprawach. Jeśli ktoś mówi, to znaczy, że wychował się ambitnej rodzinie, która posłała go na dość kosztowne lekcje. Teraz Shayan sam korzysta z tej sytuacji i dobrze zarabia, udzielając lekcji angielskiego

A co to znaczy dobrze zarabiać w Iranie? Pensje są podobne do Polskich, porównywalne. Płaca minimalna to około 300$ (w Polsce chyba bliżej 400), 2000$ uważane jest już za bardzo dobrą stawkę (tyle zarabia kolega Shayana, który jest programistą). Podatek jest niski, toteż Shayan nie bardzo rozumiał, czemu dopytywałem, czy to jest kwota brutto czy netto.

Bardzo drogie są za to mieszkania (brzmi znajomo?). Shayan nie mógłby wynająć mieszkania z własnej pensji, ciągle pomagają mu rodzice. Dla większości młodych ludzi oznacza to, że nie są w stanie wyprowadzić sie z domu przez wiele lat. To jest zdaniem moich rozmówców największy problem Iranu, wcale nie hidżab ani polityka rządu.

Ja i Księżyc myśliwych

W sierpniu poproszona przez wydawnictwo napisałam o Księżycu myśliwych i określiłam go jako polski kryminał skandynawski w stylu Mankella. Dzisiejszy wpis przygotowałam tydzień temu. Jak mogłam przewidzieć, że Mankell umrze 5 października, na dwa dni przed premierą tej książki?

Ewa Maria Slaska

Była druga w nocy…

Zdanie “Była druga w nocy” znalazło się kilka lat temu w moim wpisie Nowy Świat i okolice na blogu QRA czyli Nowa kuchnia, kura i kultura, a który był następcą słynnego, śmiem twierdzić, blogu pod tytułem Jak udusić kurę…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata!

Pomnik Rodriga de Triany w Sewilli

Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!

Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwom moim ówczesnym (a i obecnym) współautorkom, Katarzynie Krenz i Julicie Bielak, skrócił się do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą przyczyną! Moja Siostra Kasia i Julita napisały książkę, która dziś ukaże się w księgarniach. Nie o drugiej w nocy tylko o godzinie, o której otwiera się księgarnie, a ja będę za chwilę, za tydzień, bo za tydzień jadę do Warszawy, przyglądać się tej książce i tej okładce…

Okladka Cover Photo FB…i mieć w pamięci, że tak się ta historia zaczęła, w komentarzach do wpisu o Rodrigu z Triany i Neilu Armstrongu:

juliczka
2012/10/14 23:43
Wszystko piękne, wszystko ciekawe.
Rozwinęłabym zdanie – “Była druga w nocy”. Brzmi jak początek opowieści.
A tu trzeba iść, przygotować, podać zastrzyk, potem posiedzieć, potrzymać za rękę, poczekać, aż zaśnie.

kattinka33
2012/10/15 12:04
No piękny początek… I piękne ćwiczenie dla wyobraźni i ręki (z piórem). Pacjent – wojenny, co i czas nam od razu określi (Verdun, Somma, Warszawa?) A stary on? młody po wypadku? Czy ma to wyjść od razu, czy później…. hmmm……

ewamaria030
2012/10/15 14:13
Hmmm, ja zrozumiałam, że druga w nocy to początek powieści, a pacjent jest aktualny i rzeczywisty. Zgodziłabym się jednak z Kattinką, że skoro Juliczka już zaczęła, to możemy to kontynuować i pisać w odcinkach wspólną powieść, tylko że ja bym wolała, żeby to nie byli pacjenci wojenni. Ale zróbmy jak w sekretarzyku – każdy pisze swoje. Jak się trochę nazbiera, to zrobimy odrębny wpis i będziemy go wspólnie kontynuować.
Dodaję zatem moje: Wyjrzałam przez okno. Wysoko ponad szpitalnym trawnikiem stał nieruchomo na ciemnym niebie srebrny zimny Księżyc. Znad morza płynął ku niemu jakiś czarny kształt. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to czarownica, ale…
Proszę pań i panów, proszę pisać dalej!

kattinka33
2012/10/15 16:41
Zimny księżyc… Zaczyna się dramatycznie. Może pojawi się wariacja na temat Willow Pattern…? Juliczko, do dzieła! 🙂

juliczka
2012/10/15 23:07
Dziękuję. Niech no się tylko ogarnę, bo pacjent, a właściwie pacjentka – rzeczywista. W pokoiku za ścianą. Stąd przysiadam pod opiekuńcze skrzydło Qry.

juliczka
2012/10/15 23:50
Jeśli w ogóle odważyłabym się, to wbiłabym się z wątkiem zainspirowanym fragmentem wiersza “Matka i córka”:
“/…/
i tak siedzimy w milczeniu
obok siebie
w pokoju z oknem
na inne światy/…/”

Wiersz autorstwa Katarzyny Krenz pochodzi z tomu “Z nieznajomą w podróży” wydanym nakładem Tower Press.

Może byłby czarno-biały, jak scenariusz “Zaćmienia”:
“Matka bierze torbę z gruszkami.
MATKA Pamiętaj, że miliony składają się z lirów.
Vittoria patrzy w inną stronę, trochę znudzona.
MATKA Słuchaj…gdzie dzisiaj jesz?
Z Ricardem?
Vittoria patrzy na matkę.
VITTORIA Tak, z Ricardem.
Matka głaszcze ją po włosach, odgarnia je. Podaje jej policzek do pocałowania, westchnąwszy znacząco, jak rodzice, którzy chcą zamanifestować swoje wieczne niezadowolenie z zachowania się dzieci”.
Szukam dalej.

kattinka33
2012/10/16 12:13
O, matko z córką, to ja napisałam ten wiersz??? Nie pamiętam! 😦
Ale za to widzę następną scenę z pielęgniarką.
“Przez całą noc nie zmrużyła oka. Najpierw ten umierający pacjent z Jedynki – taki młody, a cały ten wypadek taki niepotrzebny, przypadek, zbieg okoliczności, że akurat chłopak tam był. A potem jeszcze… Nie, Ava bardzo szybko nauczyła się, że z chwilą zejścia z dyżuru człowiek musi zapomnieć o życiu innych i wrócić do swojego życia. Co prawda, byłoby jej łatwiej, gdyby miała jakieś życie, nieważne, dobre czy złe, po prostu jakiekolwiek. A ona miała tylko tyle: pracę w szpitalu, pokój u starej pani Bellitz i ten swój mały rytuał: po nocnym dyżurze zawsze schodziła do portu na śniadanie w barze u ślepego Johannesa, z widokiem na nabrzeże, rozkołysane kutry i morze. Lubiła te poranki zakurzone szarą morską mgłą. Johannes od wielu lat nic nie widział, ale za to wszystko wiedział i chętnie dzielił się swoimi ploteczkami z każdym, kto tego chciał czy nie chciał. Dziś było podobnie. Pani Schachmann nareszcie umarła, biedaczka, długo to trwało, teraz odpocznie. Lisa Light, ta Angielka, co to przyjechała na wakacje, zakochała się w kelnerze z baru na plaży i została, zaszła w ciążę, ale nie ma za kogo wyjść za mąż, bo barman zniknął. Ava nie słuchała dalej. Pijąc pierwszą kawę, sennie, niemal mechanicznie, wpatrywała się w morze za brudnym oknem tak długo, aż jej oddech zrównał się z monotonnym ociężałym ruchem fal. Zamówiła drugą kawę. Gdy wracała z filiżanką na swoje miejsce – u Johannesa klienci obsługiwali się sami, przystanęła na chwilę koło stolika, przy którym od kilkunastu lat niezmiennie dzień w dzień przesiadywał stary Vincent le Puy. Kiedyś Vincent był podobno matematykiem i wykładał na uniwersytecie w Tybindze. Ale odkąd zjawił się tutaj – na tej ich fryzyjskiej wyspie Sylt – nie rozstawał się z blokiem papieru akwarelowego i skrzynką farb. Nikt nie widział, gdzie mieszka, bo cały czas spędzał w knajpie Johannesa, zawsze przy tym samym stoliku, z widokiem na port. Malował. Prawdę mówiąc, pięknie malował, przynajmniej Ava tak uważała. Że te jego morza są piękne. Bo prawdziwe.
– Piękne – powiedziała, jak zawsze.
Vincent spojrzał na nią uważnie.
– Są do niczego – mówiąc to, machnął w stronę teczki z gotowymi akwarelami. Gest wyrażał pogardę i lekceważenie.
– Nie powinieneś tak ich traktować – zaoponowała nieśmiało. – To dobre obrazy i piękne morza.
– Dobre? Gdyby były dobre, to by się sprawdziły!
Ava nie zrozumiała.
– Sprawdziły? W jaki sposób?

juliczka
2012/10/17 01:42
Ava z życiem jakimkolwiek, ta młoda Angielka, niegdyś wykładowca Vincent, Johannes. Czy bohaterowie pozwolą na wprowadzenie tajemnicy, tajemnicy z przeszłości, warunkującej ich losy.
Johannes mrocznie pokierował mnie po “Scenariusze” Bergmana z “Tam gdzie rosną poziomki”:
“/…/IZZAK Stara poziomkowa polana…
/…/ Chyba wtedy, gdy usłyszałem dźwięk fortepianu.
Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu/ było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc/, przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy.
I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki /…/”.
Czyli ona, potrzebujemy dziewczyny w kwiecistej sukience, ale z hippisowską torbą, hipsterkę. Wprowadzi nam na scenę i innych bohaterów. Powoli dowiemy się, dlaczego Vincent tak bardzo nie lubi pytań. Żadnych, a szczególnie o obrazy. Jaką skrywają tajemnicę, mimo jego zapewnień, że przedstawiają jedynie morze.
Jak u Agathy Christie – Twarze. Nie zapominam żadnych twarzy.

kattinka33
2012/10/17 12:56
Dziewczyna w kwiaciastej sukience i glanowatych sznurowanych butach już tam jest. Właśnie wchodzi do knajpki Johannesa. Z chłopakiem (twarz, włosy, ubiór?) Mają plecaki (wyjeżdżają czy właśnie przypłynęli promem z lądu?). Jest w nich coś… Niepokój? Bo nie miłość i nie leniwe wakacyjne wędrowanie, zresztą między dniem dzisiejszym a latem będzie jeszcze listopad, a potem długa mroczna zima. Strach w oczach młodych ludzi, jakby uciekali – tylko w którą stronę? Czy wyspa da im schronienie? Czy będą musieli uciec przez morze?
Siadają przy stoliku między Avą a Vincentem. Zamawiają ona sok (jaki?), on piwo. Nie rozmawiają. Esemesują. Piszą te esemesy do siebie, bo robią to na przemian, wpatrując się w siebie nawzajem w napięciu. Mimiką podkreślają intensywność myśli, które chcą przekazać. Dziewczyna co jakiś czas zerka na Avę, jakby chciała się upewnić, że tamta nic nie usłyszy, niczego się nie domyśli…
Vincent tymczasem oparł się wygodnie o ścianę, nogę oparł na siedzeniu sąsiedniego krzesła i zabrał się za szkicowanie. Lubi to. Szkicowanie to niewinne podglądanie. Szkoda, że ci młodzi milczą. Usta, w twarzy usta są takie ważne, zwłaszcza gdy mówią. Bo mówią wtedy więcej niż słowa, mówią wszystko o mówiącym.

ewamaria030
2012/10/17 15:31
Wy to chyba jednak raczej scenariusz piszecie. Koniecznie wyślijcie tę parkę (obie?) na łódkę i owińcie ich w białe berlińskie wełny…
juliczka

2012/10/18 01:33
My haftujemy, EwoMario. Ja – krzyżykowym, bo pisać nie umiem.
Jest dziewczyna, świetnie. Ruda. Jasmine? Margherith? Malwina? Chłopaka zaraz zobaczę, może jutro na basenie.
“Zerkają na Avę, znają ją z opowiadań Sophie, dlatego tu przyjechali z wielkiego miasta. Sophie potrzebuje pomocy, nieporadnie zastanawiają się, na ile ta pomoc mogłaby pochodzić od matki, od Avy. Przecież raz już wstawiła córkę w niewygodne dla niej buty nakazując studia na uczelni medycznej. Sophie pogubiła się bez swojej ukochanej wyspy, morza, wydm, ptaków, zapachu kutrów. Stanowiły cząstkę jej samej, dawały siłę. Bezduszne miasto i zajęcia w prosektorium, naruszyły jej kruchą strukturę psychiczną. Uruchomiły pytania, czymże jest życie, jak je rozumieć. Jeśli nie potrafiła podołać obowiązkom, wyzwaniom, jeśli nadal marzyła o tańcu /śpiewie, rzeźbie/ czy ukradkiem poświęcała temu czas, to zaczęła winić siebie.”
Piszą do siebie SMSy, doskonałe, tak to się teraz odbywa.

I tak się to odbyło! Naprawdę. Wprawdzie pisały do siebie maile a nie smsy, ale tak się to odbyło. Niektóre fragmenty, osoby, zdania tej pierwszej przymiarki przetrwały próbę czasu i znajdziecie je w tej książce. Dokładnie trzy lata później.

J_Krenz_Bar u Johannesa2Akwarela Jacka Krenza, Bar u Johannesa

Idźcie do księgarni, kupcie i przeczytajcie, to świetna książka i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taka zupełnie nie-polska… Mnie się skojarzyła z kryminałami skandynawskimi, a przede wszystkim z moim ukochanym komisarzem Wallanderem. Bo Księżyc myśliwych to kryminał i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taki zupełnie nie-jak-kryminały…

Książka wydana w wydawnictwie ZNAK. Więcej TU

Podwójny reblog: Ksiądz Charamsa

Szczerze powiem, że jeśli chodzi o polskie aktualności, które znam z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wolę reblog od wyrażania własnych opinii. Jana Hartmana już kiedyś reblogowałam (Jadą Żydzi, jadą). Dziś dodaję mu dla przeciwwagi przeczytany na Facebooku głos Jacka Dehnela.

Spojrzenie 1.

bannercharyzma
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ksiądz Krzysztof Charamsa jest bardzo przystojny i pełny męskiej słodyczy. Ma też bardzo przystojnego narzeczonego.

Wielu księży jest przystojnych i ma przystojnych kochanków. W końcu według danych udostępnianych przez samych księży (w Polsce ks. Prusak) nie mniej niż co trzeci ksiądz jest gejem. Zważywszy że w populacji mężczyzn ogółem gejów jest tylko ok. 5 proc. – to wynik imponujący. W pewnym sensie Kościół katolicki jest więc organizacją gejowską. Tym bardziej zdumiewa jego wrogi stosunek do homoseksualności.

Mówiąc parę słów prawdy o hipokryzji i homofobii kościoła, ksiądz Charamsa nie wzbogacił nas nową wiedzą. O, pardon, nie ubogacił nas nową wiedzą. Wszyscy wiedzą, jak jest, i widzą to na co dzień. Rzecz w tym, że w organizacji nieznającej wolności słowa i w państwie, które stosuje surowe represje wobec śmiałków poważających się na krytykę władzy, zebrał się na odwagę i ryzykując całą swoją karierę kościelną, powiedział kilka słów prawdy. A prawda jest dokładnie tym, czego „miłujące prawdę” i „stające w prawdzie” reżimy wszech czasów, religijne i świeckie, boją się najbardziej. Nawet jeśli jest to prawda z rodzaju „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dzięki wielkiej rewolucji liberalnej, idącej przez świat od trzech stuleci, ks. Charyzma zachowa życie. Przez pierwsze półtora tysiąca lat działalności Kościoła katolickiego otwarta publiczna krytyka kościoła kończyła się torturami i śmiertelną kaźnią. Oczywiście dla dobra jej ofiary. Dziś jest inaczej.

A dzięki takim odważnym i uczciwym księżom jak ks. Charyzma za kolejne kilka stuleci, jeśli w ogóle ta organizacja będzie jeszcze istnieć, z pewnością nie będzie już obrażać i zaszczuwać gejów i lesbijek. Podobnie jak od niedawna nie straszy piekłem za masturbację, nie grozi lekarzom represjami za używanie respiratora (bo wpychają w ciało duszę, którą Pan Bóg chciał zabrać), nie skazuje na chłostę kobiet noszących majtki (to dla odmiany przykład z czasów dawniejszych), nie obija kijami za niestawienie się na niedzielnej mszy i w ogóle nie robi już tysiąca rzeczy, których czynienie moralna emancypacja społeczeństw epoki liberalnej Kościołowi katolickiemu uniemożliwiła.

Skraca się dystans między stosunkami panującymi w kościele a moralnością publiczną. Pogodzenie się z demokracją i równouprawnieniem wyznań zajęło Watykanowi sto lat, kapitulacja wobec fatów dokonanych w dziedzinie postępów medycyny to już najczęściej tylko kilkanaście lat. Ile im zajmie uznanie małżeństw homoseksualnych, tak jak uczyniło to już dziesiątki kościołów chrześcijańskich? Dekadę? Dwie?

Postęp moralny jest jak tsunami, zalewające falami sprawiedliwości brud tego świata. Nie da się uciec przez prawdą i dobrem. Świętoszkowata obłuda, kryjąca żądzę zachowania wszystkiego, co tylko się da, z upadłego totalitarnego imperium katolickiego średniowiecza, skazana jest na kolejne wygibasy – tym razem służące zapewnieniu, że kościół zawsze kochał pedałów, wolność, demokrację, pluralizm wyznaniowy i Żydów na dobitkę. Czekamy z niecierpliwością na ten moment, gdy ks. Charyzma zostanie wyniesiony na ołtarze przez jakiegoś prawnuka papieża Franciszka. Nie wątpię, że tak się stanie.

Niedawno mój zaprzyjaźniony ksiądz z Trójmiasta, zresztą bardzo dobrze prosperujący, jeżdżący między Rzymem a swoją diecezją w roli uznanego prawnika kanonisty, rzucił robotę i zamieszkał ze swym narzeczonym. Jest szczęśliwy i spełnia się jako nauczyciel oraz obrońca świeckości w przestrzeni publicznej. Jak znam życie, ks. Charyzma już podjął w sercu decyzję o rzuceniu pracy, tym bardziej że nie będzie miał w swojej firmie życia po tym, co zrobił.

A więc wszystkiego dobrego, Krzysztofie, na nowej drodze życia! Witamy Cię serdecznie w naszym świecie wolnych i równych, gdzie wszyscy się szanują i są dla siebie życzliwi i tolerancyjni.

Całuję, J.

***

Spojrzenie 2.

dehnelbanner

Sprawa księdza prałata Charamsy ma dwa wymiary: prywatny i społeczny. Prywatnie nic nie mogę mu zarzucić: każdy gej i lesbijka w inny sposób dochodzą do swojego comingoutu, nie ma tu “właściwego” czasu, sposobu, miejsca. Podobnie jak w przypadku wychodzenia z ciężkich nałogów czy wyznawania traum, powiedzenie prawdy o swojej nieheteroseksualnej orientacji jest bardzo złożonym procesem psychologicznym, w którym każdy jest obciążony w inny sposób i z zewnątrz nie da się powiedzieć, ile dana osoba musiała się nacierpieć i co pokonać. Nie mam więc pretensji, że ks. Charamsa przez całe lata, mimo swojej homoseksualności, pracował na potęgę instytucji jawnie homofobicznej (która zresztą pod rządami jego, jak powiada, mentora, Ratzingera, stała się homofobiczna jeszcze bardziej). Nie mam pretensji, że wreszcie mówi prawdę, że chwali się całemu światu mężczyzną, którego kocha – to naturalne pragnienia i nie przynoszą mu ujmy, wręcz przeciwnie.

Natomiast społecznie wygląda to zupełnie inaczej, z różnych względów. Po pierwsze: kościelnego, który niespecjalnie leży mi na sercu, ale budzi zrozumiałe emocje. Otóż każdy ksiądz ma jakąś orientację seksualną, więc może być ona i homoseksualna (choć nie w myśl instrukcji, wprowadzonej parę lat temu za tzw. „pontyfikatu Ratzingera-Gansweina”), ale sprawa komplikuje się, kiedy ma „narzeczonego” (czy „narzeczoną”, egal). Narzeczeństwo to okres przed zawarciem sakramentu – ksiądz po pierwsze jako celibatariusz nie może zawrzeć związku małżeńskiego, po drugie – i tak nie mógłby przyjąć w kościele sakramentu małżeństwa z osobą tej samej płci. Ksiądz prałat mógł mieć zatem ukochanego, oblubieńca, kochanka (choć to ostatnie sugeruje już związek nieplatoniczny), ale z pewnością nie “narzeczonego” (zwłaszcza, że ani we Włoszech, ani w Watykanie, ani w Polsce nie może z nim zawrzeć nawet ślubu cywilnego).

Po drugie: ksiądz Charamsa, dotychczas raczej nieznany szerszej publiczności, wyskoczył jak filip z konopi parę dni temu, kiedy opublikował w Tygodniku Powszechnym tekst skądinąd słusznie (jak mi się zdaje) określający ks. Oko jako siewcę nienawiści i krytykujący kościół polski za to, że toleruje i wspiera język przemocy, który jest nie do obrony na gruncie teologii. Tekst ten miał szansę dokonać jakiejś realnej zmiany – nie dlatego, że pojawiło się tam coś nowego, są to bowiem rzeczy oczywiste, ba, nawet banalne, ale po raz pierwszy zabrzmiały ze strony kościoła, i to nie z ust szeregowego księdza, a człowieka „z centrali”. Niestety, efekt ten został całkowicie niemal zaprzepaszczony.

I tu, niestety, zaczyna się polityka. Ksiądz prałat dokonał aktu politycznego właśnie: wystąpił publicznie w obronie grupy, której, obawiam się, ostatecznie zrobił więcej krzywdy, niż dobrego. Jego comingout z punktu widzenia polityki bowiem, jak mówił Fouche, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”. Przyjmijmy za dobrą monetę wyjaśnienia księdza, że nie planował się ujawnić, że była to kwestia chwili, nieplanowany impuls – najpierw tekst, potem, na fali przemyśleń, przeżyć, interakcji – comingout. Ale nagle Charamsa pojawia się wszędzie. Wygłasza dla ekipy filmu “Artykuł 18” coś pomiędzy kazaniem, monodramem a śpiewogrą, z całym arsenałem środków trzeciorzędnego aktora opery mydlanej, z teatralnymi pauzami, łzami w oczach, drżeniem głosu i gestami diwy ze spalonej ambony. Zaraz potem wyskakuje zajawka „szczerego wywiadu” do „Wprostu” (jak się właśnie okazuje, jednego z wielu), Gazeta Wyborcza publikuje manifest Charamsy. Chwilę później kolejny odcinek, w którym ksiądz prałat z pomocą wynajętej agencji organizuje konferencję prasową w ulubionej knajpce Felliniego, gdzie przedstawia „narzeczonego” Eduardo i, wciąż w koloratce, czule się z nim myzia. Wieczorem dowiaduję się, że będzie również „mówił o swoich grzechach”, ale dopiero w książce, którą przygotowuje na temat wiadomy. A w zasadzie przygotował. Reklama dźwignią handlu.

Rozumiem trudności ludzi, którzy opuszczają stan duchowny – nawet jeśli zdobyli wykształcenie, jest ono na ogół, podobnie jak wypracowana pozycja, zupełnie irrelewantne w świeckim życiu. Niełatwo jest też wyjść spod ochronnych skrzydeł korporacji, która dawała wikt, opierunek i ścieżkę kariery – zwłaszcza, jeśli się tą ścieżką pomykało prędko, i to w centrali. Mam jednak wrażenie, że Krzysztof Charamsa zapragnął przeskoczyć z jednej korporacji do drugiej – z prominentnego urzędnika watykańskiego stać się prominentnym działaczem i wygłaszać banały swoim słodkim głosem prymusa, odgrywającego wiecznie pierwszą rolę w szkolnym teatrzyku. Bez względu na to, że swoim zachowaniem dał amunicję ks. Oko, Terlikowskiemu, Frondzie i wszystkim pozostałym kościelnym homofobom. Gejom i lesbijkom zaś zaszkodził – zarówno tym pozostającym w kościele, jak i tym, którzy nie są katolikami, ale mimo tego doświadczają kościelnej nienawiści. I dlatego wcale nie podzielam entuzjazmu różnych moich fejsbukowych znajomych, którzy piszą o „wielkiej odwadze” i „mądrych słowach” księdza prałata – widzę tu raczej wyrachowanie, kunktatorstwo i nieznośny wprost narcyzm, który każe Charamsie fantazjować, że ojcowie synodalni obradując w Watykanie będą mieli przed oczami jego twarz. Otóż nie. Przed oczami będą mieli, jak zawsze, czubek własnego nosa. Podobnie jak ksiądz Charamsa, który tak doskonale odnajdywał się między nimi przez lata.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku