Gra cieni (4)

Wzruszona moimi cierpieniami jako administratorki Viki pozwoliła mi na przedruk jeszcze jednego odcinka świetnej powieści, której trzy rozdziały już kilka miesięcy temu czytaliśmy (TU, i TU, i TU). Zresztą dodam przy okazji, że nie ona jedna się wzruszyła i po zawodzie doznanym miesiąc temu, dzięki pomocy moich wspaniałych współ-blogowiczów, blog jak wańka wstańka stanął dzielnie na nogi… Dziękuję Wam wszystkim!

Viktoria Korb

Alma Mater

W Jakarcie czekał na mnie wierny Sejnan. Już wiedziałam, że jedzie się prosto z lotniska do biura, aby przeczytać korespondencję, prywatną oraz oficjalną, i w ogóle dowiedzieć się, “co słychać”. Byłam już zaaklimatyzowana fizycznie pomijając zatrucie po zjedzeniu schabu w hotelowej restauracji, na którą namówił mnie ekspert UN PIP z Wiednia.
Po tym incydencie przysięgłam sobie nie tykać wieprzowiny w  krajach muzułmańskich. Za to spokojnie jadałam w przydrożnych warunkach, przekonawszy się, że ważne jest, aby wszystko było solidnie ugotowane, a nie – gdzie się je. Magiczna wiara, że w Hiltonie potrafią wybić nawet w sałatach ameby, ginące tylko od gotowania, przyniosła wielu cudzoziemcom wieczne rozwolnienia.
Upalne, wilgotne powietrze służyło mojej skórze i nie zawracałam sobie głowy chronieniem jej przed słońcem. Głowę miałam bowiem zajętą zupełnie innymi sprawami. Przede wszystkim tym, jak zrozumieć Indonezję!
Lubiłam budynek ONZ, w którym okoliczne kurwy czasem podmieszkiwały po nocach w zamian za oczywiste usługi świadczone strażnikom. Poza nimi i osobistościami politycznymi kręciły się tam też szczury, których wprawdzie nie widywaliśmy, ale których działalność rzucała się w oczy. Przegryzły mi plastykową pokrywkę od mleka w proszku w szufladzie, nadgryzły słownik polsko-angielski, i jak słyszałam, pożarły Laissez-Passer mego kolegi.
Jednym słowem, byłam zakochana w Indonezji po uszy. Wkrótce okazało się, że to uczucie łączyło mnie z wieloma innymi rezydentami w Jakarcie. Na przykład z Theodorem, niemieckim ekspertem rolniczym, który zaprosił mnie na niedzielne śniadanie. Siedzieliśmy u niego w ogrodzie nad basenem i widać było, że czuje się w Indonezji jak ryba w wodzie. Świetnie też władał językiem.
– Jeśli się żyje w tym kraju, trudno jest pozostać obojętnym. Albo się go kocha, albo nie cierpi. Zobaczysz, poznasz też ludzi, którzy nienawidzą go do głębi – zaczął po jedzeniu.
– Nienawidzą? Dlaczego?
– Konfrontacja z tak specjalną kulturą mąci we łbie wielu osobom. Zdezorientowani odrzucają ją więc w reakcji obronnej. Inni z kolei usiłują na siłę zostać tubylcami, co jest po prostu śmieszne.
To zabrzmiało znajomie – czy Ruppert nie miał podobnych wrażeń?
Nie sugerowałam jednak nic, wolałam opinie Theodora “prosto od krowy”.
– Jedni i drudzy nie są akceptowani i nabieraja wstrętu do wszystkiego dookoła, a także do siebie samych – potwierdził nieświadomie zdanie Rupperta i zanurzył nogi w basenie.
Ciekawa byłam, czy rodzina na miejscu pomaga utrzymać równowagę psychiczną.
– A skąd – żachnął się Theodor. – Znudzone żony, które tu nie mają zupełnie nic do roboty, nawet w domu, często są głęboko sfrustrowane. A jak ty rozwiązałaś problem seksualny? – zmienił znienacka temat.
Zatkało mnie, ale tylko na chwilę: – Problem ten tak naprawdę jeszcze nie powstał… jestem tu krótko i …byłam zajęta innymi sprawami. Ale mam nadzieję, że jeśli się pojawi, uda mi się go rozwiązać.

Po powrocie do hotelu dumałam nad pytaniem Theodora. Problem seksualny w Indonezji! Do głowy mi nic podobnego nie przyszło. Ale chyba musiał istnieć, skoro Theodor coś takiego wypalił. Przy tym rozbudził moją wyobraźnię i zaczęłam się zastanawiać, kto będzie moim pierwszym kochankiem w tym kraju. Nagle ogarnęło mnie przerażenie – a może nikt?
Aby uzbroić się na wypadek ewentualnie nadchodzących pseudo-problemów, powiesiłam w biurze plakat Komisariatu do Spraw Uchodźców. Były na nim zdjecia wynędzniałych postaci i napis: “Uchodźca chciałby mieć twoje problemy”.
To przypomniało mi zarazem moment emigracji z Polski.
Obok plakatu powiesiłam kilka pięknych, starych lalek wayang z byczej skóry do gry cieni. Od razu poczułam się lepiej. Na dodatek rozbawiło mnie, że niektóre z nich miały niebieskie twarze – tak Indonezyjczycy widzieli ”białą rasę”.

Wracając ze spotkania Indonezyjsko-Niemieckiej Izby Handlowej w pobliskim hotelu Mandaryn, wpadłam przed naszym budynkiem w ogromny tłum. Tłumacząc, że ja tu pracuję, przedarłam się z trudem przez setki Indonezyjczyków.
– Co się dzieje? – zapytałam Spencera, kierownika administracyjnego, który usiłował opanować sytuację.
– Rosjanie wkroczyli do Afganistanu, na co czlonkowie Isłamskiego Zwiazku Studentów oblegli nasz budynek. Żądają spotkania z ambasadorem Raną, żeby złożyć do Centrali ONZ w Nowym Jorku rezolucję protestującą. A teraz leć szybko na górę tylnymi schodami, windy są przez z nich zajęte, zresztą niebezpiecznie jest się tu pętać.
– Nie wydają mi się zbyt agresywni – mruknęłam pod nosem.
– Nastroje podnieconego tłumu mogą się zmienić w mgnieniu oka…
Drapiąc się po raz pierwszy po schodach przeciwpożarowych na czwarte piętro widziałam jak Everest Rana godnie witał delegację studentów w przedpokoju.
Nie na darmo był skoligowacony z królami Nepalu. Klan Ranów rządził Nepalem przez 130 lat do 1951 roku, obejmując dziedzicznie stanowiska premierów. System ten zwany był Ranokracja i Ranowie w tym czasie więzili rodzinę królewską w  jej własnym pałacu. Jednocześnie obie rodziny zaczęły się do siebie zbliżać za cenę dzielenia władzy, co przybrało formę małżeństw. Nasz Rana był ponoć produktem takiego historycznego kompromisu.
Mimo że, w przeciwieństwie do swego górzystego imiennika, drobniutki, był na swój sposób niezwykle majestatyczny i natychmiast zmuszał do szacunku sposobami, których nie udało mi się przejrzeć. Szkoda, bo chętnie bym się ich nauczyła. Everest był bowiem zarazem i wyniosły, i przystępny. A przy tym nie tylko bardzo niski, ale i prawie łysy. Jednakże nie próbował nic kompensować napoleońskimi pozami, nawet obcując z olbrzymami takimi jak ja –160 cm – czy Ruppert – prawie dwa metry. Rana miał piękne, zmysłowe usta, nienaganny mały wąsik i żywe, przenikliwe oczy za okularami. Słyszałam od Rupperta, że był wcześniej dyrektorem Banku Centralnego Nepalu, ale nie było jasne, czy należał do kategorii szlachetnych pół-emigrantów, od których roił się ONZ, ludzi, którzy popadli w tarapaty w swym kraju, ale mieli silną  pozycję i mogli uchronić się przed autentyczną emigracją czy nawet uwięzieniem.
Niektórzy tylko “parkowali” w ONZ, czekając na lepsze czasy u siebie, ale wielu zagnieździło się na dobre na ciepłym łonie oenzetowskiej Alma Mater. Na ich na szczęście rządy nie miały dość wpływów, by ich stamtąd usunąć. Czasem zaskakiwały ich kolejne zmiany reżimów w rodzinnych krajach i powoływano ich tam na wysokie stanowiska. Nie zawsze byli tym zachwyceni, bo często czuli się na całym świecie jak w domu.
Niewątpliwie typem honorowego uciekiniera był Maung Maung, zastępca Everesta Rany,  wielokrotny minister w Burmie i ambasador w Australii, którego właśnie spotkałam na schodach.
– Miejmy nadzieję, że nie będzie z tego większej wojny – odezwałam się, nagle zaniepokojona możliwymi skutkami tego, co przed chwilą wydało mi się zabawne przez barwność demonstracji.
– Wszystko będzie zależało od stanowiska Indii, neutralnego a zarazem najważniejszego kraju w tym regionie. Jeśli zdecydowanie potępia te inwazję, Amerykanie mogą odważyć się na interwencję, a wszyscy wiemy, co to by oznaczało…

Następnego dnia “International Herald Tribune” donosił na tytułowej stronie; “Ciężkie walki w Afganistanie” i “Cena złota podwoiła się w ciągu nocy.”
Wojna w naszym Afganistanie, którym tyle zajmował się Werner opisując jego szczepy, obyczaje i historie, podczas gdy ja tłumaczyłam mu na żywo urywki z rosyjskich książek, opartych na afgańskich źródłach z terenów zagarniętych niegdys przez Rosję. Afganistan, gdzie Werner uciekał po każdym wiekszym kryzysie małżeńskim, Afganistan, który przemierzyliśmy razem starym volkswagenem w sierpniowych upałach, jadąc z Kabulu do Berlina w drugiej podróży poślubnej. Afganistan, któremu zawdzięczałam tak wiele, nawet pośrednio mój wyjazd do Indonezji. Odebrał mi bowiem strach przed “dzikimi krajami” i pokazał, ile w nich jest piękna i swobody na co dzień nieznanej Europejczykowi, zamurowanemu w betonie i przepisach. I ciężko wyobrażalnej, bo europejska wolność często ogranicza się do głosowania co cztery lata.

***
Przeprowadzka do domu von Brodatschów, na to zadupie Cilandak na końcu Fatmawati, była bardzo podniecająca. Dom był zorganizowany w zasiedziałym indonezyjskim stylu, co pozwoliło mi odkrywać czar neokolonializmu. Pojęłam aluzje Rupperta i Sivii, że służba jest tu niezbędna. W równikowym klimacie i wybujałej naturze, wszystko, poza ludźmi, jest ponadwymiarowe. Dotyczy to szczególnie Jawy, jednej z kolebek ludzkości, ponoć ojczyzny pitecantropus erectus. Mówi się, że gdy na Jawie wbije się ołówek w ziemię, następnego dnia wyrośnie z niego drzewo. Jeśli nie chce się mieć domu pełnego karaluchów wielkości europejskich myszy i innej fauny i flory, trzeba codziennie szorować podłogi lizolem. No i nie ma co marzyć o zostawieniu nie zmytych naczyń nawet na godzinkę.
Pralki w Indonezji nigdy nie widziałam, supermarketów prawie nie było, a na bazarze każda blada twarz płaciła podwójną lub potrójną cenę, nawet jeśli znała miejscowy język.
Późnym wieczorem do salonu przychodzi Citi, zamyka wszystkie okna, zasłania firankami całą szklaną ścianę i włącza wentylator. Klimatyzacja jest bowiem tylko w sypialniach. Taki jest system. Pojęłam już, że system trzeba akceptować.
Nagle zza firanki wyłania się jakaś jaszczurka i zaczyna pełzać po suficie. Wołam Citi zastrachana, że to może jakiś jadowity stwór.
Citi uśmiecha się radośnie:
– Gecco. Dobry, żreć insekty.
Rzeczywiście po chwili jaszczurka krzyczy “gecco” i przystepuje do akcji. Ale dostrzegam kilka komarów w kącie. Moje gecco jest najwyraźniej niezbyt wydajne.
Idę jeszcze wykąpać się w jamu, jednym z mych największych odkryć na Jawie. Ta tradycyjna mieszanka ziołowa składa się jednak nie tylko z ziół, lecz z minerałów, korzeni i wszelkich innych możliwych dodatków, jak na przykład tygrysi pazur. Można ją pić w formie naparu z oryginalnej plątaniny korzeni, proszku, kulek – czyli jamu-pil i się w niej kąpać.
Jamu zażywa się na wszelkie okoliczności życiowe włącznie z kryzysami małżeńskimi i stawianiem kobiet na nogi po porodach, dzięki czemu wielokrotne matki potrafią wyglądać jak dziewice. Jamu bierze się jako lekarstwo i profilaktycznie od wieku czternastu lat.
Kąpiąc się w surowym jamu przygotowanym przez znającą się na rzeczy Citi w łazience od strony ulicy, nagle usłyszałam jakieś straszliwe rzężenie i jęki w tonacji miiiiiiiieee…
Przerażona, że ktoś mi zdycha pod domem, być może zraniony przez słynnych jakartańskich rabusiów, zawołałam Citi i wskazałam na ulicę.
Citi roześmiała się: – Krowa.
Odetchnęłam z ulgą. Jak czytałam tego dnia w gazecie, pewnej pani ucięto głowę w jej własnym domu tradycyjnym indonezyjskim sierpem. Zachowanie Citi było nad wyraz uspokajające, niemniej dźwięk za oknem zupełnie nie przypominał tego, co mówi europejska krowa. Gdy następnego wieczoru usłyszałam te same odgłosy, nie mogłam się powstrzymać i wyszłam dzielnie przed dom, obejrzeć te zwierzaki. Na gankach siedziała służba z okolicznych domów słuchając radia, rozmawiając i śmiejąc się. Wokół nich krążył i reklamował swój towar sprzedawca sate i gorącej zupy z makaronem, czyli “miiiiiiieee…”

Pomyślałam ze smętkiem, że przyjdzie mi spędzić Wigilię i Sylwestra samej, pierwszy raz w życiu. Znałam w Indonezji dopiero kilka osób z pracy, i to ledwie trochę. A jedyni znajomi z kultury chrześcijańskiej, Ruppert z żoną i Theodor, wyjechali. Poszłam na basen w Sahid Jaya, gdzie w tropikalnym słońcu grano absurdalnie tam brzmiące kolędy. Nie pomogły próby wmówienia sobie, że dla mniej jako ateistki obchodzenie religijnych świąt jest tylko banalnym nawykiem, od którego należy się tu uwolnić.
Wychodząc z hotelu natknęłam się na nepalskiego eksperta z UFO – Universal Food Organisation, Purne, którego kiedyś tam przelotnie poznałam. Przywitał się ze mną entuzjastycznie, zaprosiłam go więc z rozpaczy na Wigilię.
Gdy czekałam na niego, zadzwonił telefon: – Tu Purna. Jak dojechać do tej jalan Madrasah?
– Nie wiem, mieszkam tu dopiero od dwóch dni. Może byś wziął taksówkę?
– Właśnie z niej wysiadłem, żeby do ciebie zadzwonić. Tutejsi taksówkarze nie mają pojęcia o ulicach – syknął jadowicie Puma.
Byłam bezradna. Służące może znały drogę, ale ich angielski był za słaby, by ją objaśnić. Zresztą Purna sam nie był pewien, gdzie jest, więc jak mu wytłumaczyć, którędy jechać dalej?
Z dwugodzinnym spóźnieniem nareszcie jakoś dotarł. Po kolacji siedzieliśmy na marmurowej podłodze i piliśmy scotcha z wodą – oczywiście przegotowaną. Scotcha przyniósl Purna, uświadamiając mnie, że z powodu braku innych alkoholi w bezcłowym sklepie jest to standardowy napój cudzoziemców w Indonezji.
Potem spojrzał na mnie hipnotyzerskim wzrokiem: – A teraz zamknij oczy i wyciągnij ramiona przed siebie.
– Po co?
– Chce spróbować z tobą przenoszenia energii, promieni kosmicznych i myśli.
Zgodziłam się. Mistyka Wschodu mnie pociągała. Ale delikatne ruchy Pumy, “magnetyczne” krążenie jego rąk nade mną i przyspieszony oddech wydały mi się coraz bardziej cielesne i zaczęły przypominać wszystkie inne zamachy na moją cnotę. Nie żeby ta cnota była zbyt silna, ale Puma mnie zupełnie nie pociągał fizycznie. Był zbyt cherlawy.
– Nie działa na mnie ta magia – oświadczyłam pospiesznie i wysłałam rozczarowanego Purne samego do jednej z sypialni von Brodatschów. Było już po drugiej w nocy i nie miałam serca go wyrzucić, zważywszy jakość indonezyjskich taksówek.
Gdy wstałam następnego dnia – nie mozna niestety powiedzieć “z rana” – Purny już  nie było.
Za to Citi zakomunikowała mi, że państwo Hak złożyli mi wizytę. Ponieważ spałam, przyjdą później jeszcze raz.
Przyszła jednak sama Padma, żona Fakira. Widziałam ją po raz pierwszy. Gruba, sympatyczna kobieta ze zniszczoną cerą była wyraźnie zmęczona wiecznymi ciążami.
Gdy odganiała energicznie pieska von Brodatschów, zapytałam, czy się go boi – przecież jest mały i nie gryzie.
– Nie, skąd, ale psy to brudne zwierzęta dla muzułmanów, bo pożarły ciało Mahometa po jego śmierci na polu walki.
Zdziwiła mnie ta wypowiedź. Przecież Padma nie miała na głowie nawet chusty i mówiła nieźle po angielsku.
Poprosiłam Citi, by wyprowadziła psiaka.
Ale właściwie Padma przyszła tylko zabrać mnie do domu na wspólny obiad z “Mister Hak”, jak nazywała swego męża.
“Mister Hak” leżał w salonie na kanapie, odziany w białą pakistańską piżamę i drapał się w piętę, którą wymachiwał wysoko w powietrzu. Powitał mnie serdecznie i wstał. Jakaś kobieta cała w bieli, z koronkowym welonem na głowie, modliła się z Koranem w ręku nad nad stawem z rybami w kącie pokoju. Staw był nawadniany deszczem przez wycięcie w suficie identyczne, jak nad salonowym ogródkiem von Brodatschów.
Zjedliśmy znakomity pakistański obiad, po czym, gdy Fakir opuścił pokój.
Padma natychmiast skorzystała z okazji: – Słyszałam, że nocował u ciebie jakiś mężczyzna?
– Prawda, skąd wiesz?
– Od mojej służby.
– A skąd oni wiedzą?
– Od służby von Brodatschów.
Wyraźnie zgorszenie Padmy sprawiło mi przyjemność. W Berlinie nie tak łatwo było kogoś zaszokować. Niemniej pomyślałam, że trochę za szybko dorobiłam się reputacji rozpustnicy. No i przede wszystkim za darmo!
Wyjaśniłam więc Padmie:
– Było już bardzo późno, dlatego położyłam go w jednej z sypialni, ale nie w mojej. W domu von Brodatschów, jak wiesz, można by pomieścić oddział żołnierzy.
Fakir wrócił i Padma natychmiast zmieniła temat.

Sylwestra spędziłam z braku innych atrakcji z zawsze gotowym Singhalem i jego malajskim cieniem. Po kolacji w Sari Pacific, który – mimo swej elegancji – dzięki nieformalnej atmosferze należał do ulubionych hoteli Jakarty, krążyliśmy jeepem Singhala wokół ronda w centrum miasta, w tłumie samochodów pełnych Indonezyjczyków dmuchających w jaskrawe, papierowe gwizdki.
Po powrocie Rupperta i Silvii nie mogłam dlużej zamykać oczu na problem domostwa. Myśl ta była koszmarna: w Jakarcie prawie nie było mieszkań, wynajmowało się domy. Dla mnie natomiast dom nie był symbolem Nirwany, wrecz przeciwnie. Zgroza mnie ogarniała na myśl o zajmowaniu się naprawami, kapiącymi rurami, szczurami i wężami w nieużywalnym z powodu zbytniego upału ogrodzie, wywózką śmieci – serwis niemal nieznany w Jakarcie, no i bezpieczeństwem. Do tego konieczność znoszenia wokół siebie tłumu rozplotkowanej, jak pojęłam po rozmowie z Padmą, służby!
Przypomniałam sobie o Felicitas, ważnej wdowie. Niestety okazało się, że już  coś dla siebie znalazła.
– Ale może się po prostu do mnie wprowadzisz i zobaczymy, jak nam pójdzie mieszkanie razem – zaproponowała.
Gdy przyjechałam, obladowana bambetłami, powitały mnie Felicitas z wyjącym niemowlęciem na ręku i jakaś tlusta Filipinka w szortach. Jak się okazało, jej siostra Diana, która przyjechała z wizytą z Manili.
Felicitas oprowadziła mnie po domu.
Zdumiałam się:
– Tylko jeden salon i to niezbyt duży? A co będzie, jeśli będziemy miały masę gości albo chciały przyjmować przyjaciół oddzielnie?
– Ja nie zamierzam prowadzić życia towarzyskiego. Chcę być sama z moim dzieckiem.
– Ale ja!
Felicitas skrzywiła się:
– To stawia wspólne mieszkanie pod znakiem zapytania.
Postanowiłam się jednak jeszcze zastanowić, przerażona widmem poszukiwań. Prawie gotowa do kompromisów, wyraziłam jednak zdziwienie, że jej dom był tak oddalony od innych. Czy nie bała się mieszkać sama w takiej izolacji ?
– Nie – zaprotestowała stanowczo. – Zatrudniłam już jagę. Przysięga, że póki on tu jest, będę bezpieczna. Ale w zasadzie nie ufam żadnym Indonezyjczykom. Dzikusy. Filipiny są dużo bardziej cywilizowane, prawie jak Stany – dodała z upojeniem.
– Naprawdę? Ja jestem zachwycona Indonezją.
Felicitas nie dała się zbić z tropu:
– Bo nie znasz Filipińczyków. Pomijając wszystko inne jesteśmy katolikami. Jako jedyny naród w Azji Poludniowo-Wschodniej.
Właśnie ich poznaję, pomyślałam złośliwie, i zapytałam:
– A gdzie jest ten jaga?
– Naprzeciw, po drugiej strony ulicy. Stamtąd dokładnie widzi, co się tu dzieje.
Spojrzałam na coś w rodzaju psiej budy spod której wystawała lufa dubeltówki. Coraz mniej chciało mi się tu mieszkać, bez przyjaciół, za to pod obserwacją jakiegoś dziadygi gotowego do strzału.
– A teraz zjemy kolację – postanowiła otłuszczona Diana. – Nie zapraszamy cię, bo filipińskie jedzenie jest specyficzne i cudzoziemcy go nie trawią.
Broniłam się, że przecież ja jestem przyzwyczajona, jem wszystkie indonezyjskie potrawy.
– Ale wierz mi, naszej diety naprawdę nikt nie znosi. Gotujemy prawie wszystko w occie, jemy masę tłustej wieprzowiny na zimno i doprawiamy jedzenie sosem ze sfermentowanych rybek – przekonywała mnie Diana. – Wszystko to okropnie śmierdzi, nawet dla nas i po gotowaniu musimy długo wietrzyć.
Poczuwszy pierwsze zapachy niestety nie mogłam odmówic jej racji.

Z rana, gdy skończyłam śniadanie, zjawił się szofer z biura Felicitas, który miał nas obie zawieźć do pracy.
– Poczeka – uspokajała mnie Feticitas, poświęcając się bez reszty sklejonym tuszem rzęsom.
Po pół godzinie wynurzyła się sprzed lustra, a to oznaczało potężne spóźnienie do pracy. Miałam dość świętych krów “systemu”. Ważna wdowa, pomyślałam. Też bym chciała kiedys być ważną wdową. Może nawet uda mi się nią zostać, ale nawet wtedy na pewno nie zadrę nosa jak ona.
W biurze natychmiast poleciałam wypytywać Spencera o domy wynajęte długoterminowo dla pracowników, o których coś słyszałam.
– Owszem, jeszcze kilka mamy, ale w zasadzie kończymy ten program, bo rynek mieszkaniowy się poprawił i nie trzeba już płacić czynszu za parę lat z góry.
Jednak dał mi szofera, by pokazał mi resztkę pozostałych domów.
Ale najpierw zainteresowal się, gdzie teraz mieszkam.
– U pewnej Filipinki.
Spencer skrzywił się z niesmakiem:
– Moja osiemnastoletnia córka dzieli w Anglii dom z przyjaciółką. Ale tobie to naprawdę już nie przystoi.

Niestety wszystkie domy, które mi pokazano, były zbudowane jak sen wariata. W szczególności cierpiały na pewną indonezyjską słabość, czyli nieuznawanie równych poziomów.
Łazienki znajdowały się często na przykład pół metra wyżej niż korytarze i trzeba było do nich wchodzic po drabinie, a balkony potrafiły leżeć nad salonami. Zrozpaczona zadzwoniłam do Singhala. Przeczytałam właśnie w pamiętnikach emerytowanego Podsekretarza Generalnego ONZ, że “Hindusi wiedzą, po której stronie posmarowany jest chleb.”
Czy nie natknął się przypadkiem ostatnio na odpowiedni dla mnie dom?
Nie, ale znał urzędnika w ambasadzie hinduskiej, który załatwia dla nich sprawy mieszkaniowe i zaprosił mnie, bym wpadła do niego do domu, to pogadamy.
Otworzyła mi służąca ze słowami, że Master medytuje i ona nie odważy się mu przerwać, ale ja mogę spróbować.
Weszłam do czegoś w rodzaju kapliczki w kącie patio, pełnej kiczowatych sztucznych kwiatów.
– Co robisz? – zapytałam dla pewności.
– Modlę się i dziękuję Bogu, że mi ciebie zesłał, dziecinko. Ale już kończę. Chodźmy trochę odpocząć.
Nie znając domu nawet nie zauważyłam, jak zaprowadził mnie do sypialni. Zaszokowana, szeroko otworzyłam oczy na widok ogromnego łoża.
– Połóżmy się na chwilę i zrelaksujmy – Singhal wskazał na nie zamaszystym gestem.
Położyłam się – nie znałam przecież hinduskich obyczajów i nie chciałam uchodzić za panikarkę. “Relaks” jednak szybko przybrał ze strony Singhala ogólnoludzkie formy uwodzenia.
Niestety nie był to jednak kapitan Nemo. Nie mogę, pomyślałam, jest zbyt oślizgły. Mój mózg rotował na przyspieszonych obrotach. Jak się wykaraskać z tej głupiej przygody, nie psując zarazem naszych stosunków? Musieliśmy się przecież dalej kontaktować służbowo!
O dziwo Singhal sam raptownie zaprzestał prób:
– Już cię więcej nie dotknę. Widziałem twój wyraz twarzy.
Mimo, że nie Nemo, to jednak Hindus i nie trzeba mu było wiele tłumaczyć, wetchnęłam z ulgą. Zarazem przestałam się martwić, jak “rozwiążę problem seksualny”. Nie wyglądało na to, by miał przede mną stanąć.

Z Singhalem zaczęła się parada domów jeszcze dziwaczniejszych niż wskazane mi przez Spencera. Spory dom w dzielnicy chińskiej miał klitki dla służby wielkości małych szaf, a w ogrodzie poniewierały się resztki duriana, “króla owoców”. Durian śmierdzi tak, że zabronione jest wnoszenie go do samolotów i hoteli. Próby wszmuglowania go, nawet w szczelnie zamkniętych walizkach, skazane są na niepowodzenie, bo obsługa wytrenowana jest w wyniuchiwaniu go przez wszystkie opakowania. Smakuje jak połączenie poziomek z cebulą i żółtym serem, a jeśli ktoś wypije po durianie alkohol, ryzykuje wysoką gorączkę.
Nastepny był tak zwany “mały pawilon” w dyplomatycznej dzielnicy Menteng. “Małe pawilony” w ogrodach wielkich rezydencji, służyły za dawnych, dobrych czasów jako domki dla służby. Teraz mimo wszystko bywało jej trochę mniej i niektórzy ludzie wynajmowali je oddzielnie. Ale nie miałam ochoty mieszkać pod czujnym okiem właścicieli domu.
No i wszystko, co pokazywał mi Singhal, było o dość niskim standarcie, zgodnie z hinduską zasadą, że należy oszczędzać pieniądze na ciężkie czasy po powrocie do ojczyzny.
W końcu niemalże wzięłam mieszkanie w indonezyjskiej dzielnicy, które wzbudziło zachwyt Singhala kiczowatym zdjęciem bawarskiego gaju na całej ścianie. Sądził, że z tym będę się czuła jak u siebie w domu. Dalej się jednak wahałam, bo i ze względu na prominentną konstrukcje tego przezroczystego domu o ścianach z zielonych szyb, jak i na to, że byłabym chyba jedyna białą, czy też raczej niebieską osobą w okolicy, znalazłabym się i tu pod permanentną obserwacją otoczenia.
Zrezygnowana odkładałam decyzję, mimo że między mną a Felicitas i jej siostrą zapanowała lodowata atmosfera. Aż pewnego dnia czekał na mnie w hotelu bukiet kwiatów na powitanie w Jakarcie od WAU (Women Association of UN) – Stowarzyszenia Kobiet ONZ wraz z zaproszeniem na party do Klubu Amerykańskiego. Poleciałam uradowana, że nareszcie spotkam jakieś koleżanki. Dotad poza sekretarkami otaczał mnie bal samców.
– Gdzie pracujesz? – zapytałam po krótkiej konwersacji Faridę, siedzącą koło mnie Egipcjankę.
– W Labour Universal Program, LUP.
– I co tam robisz?
– Ja? Nic. Jestem w domu, zajmuję się rodziną.
– Ale przecież twierdziłaś, że pracujesz w LUP-ie?
– Mój mąż ma tam etat – wyjaśniła zmieszana Farida.
Uswiadomiłam sobie mój naiwny błąd. “Moje koleżanki”, których poznania tak łaknęłam, były bez wyjątku żonami funkcjonariuszy międzynarodowych. Poznałam więc jeszcze Koreankę, która “pracowała” w Uniwersalnym Banku UB i Amerykankę austriackiego pochodzenia, Hanne Campbell, z wykształcenia lekarkę która “pracowała” w STO. Jak odkryłam, damy te spełniały jednak szereg użytecznych funkcji – między innymi utrzymywały bibliotekę, składającą się z książek darowanych przez ludzi przenoszonych gdzieś w dal. Poza tym wypożyczały nowo przybyłym survival kit – zestaw pościeli, garnków i naczyń na czas do nadejścia ich skrzyń. Wydały też poradnik, jak przeżyć w Indonezji. Jak się pochwaliły, podobna książka ukazała się w Genewie i tłumaczyła jak dać sobie radę w Szwajcarii, najlepiej zorganizowanym kraju świata.
Przypomniało mi się zdanie z “Pamiętnika pani Hanki” Dołęgi-Mostowicza: “Zaleski nudził się w Genewie.”
– A czym ty się tutaj zajmujesz? – zapytałam Rogera, męża Austriaczki “ze STO”.
– Budujemy szkoły, naprawdę budujemy, a nie piszemy analiz, jak je budować – oświadczył z dumą.
– Czy to takie niezwykłe?
– Jak najbardziej! Iluż to ludzi chciałoby kiedyś zobaczyć fabrykę zbudowaną przez UN PIP lub liczyć worki z pszenicą wyładowane przez UFO, zamiast czytać studia, jak to się robi. Pewna karykatura pokazuje głodnego Hindusa, który mówi: “Gdyby można było jeść analizy…”
Po party pojechaliśmy z Campbellami i ich znajomymi do Sahid Jaya, gdzie mieszkali.
W pokoju Campbellów czyjś syn natychmiast położył się na podłodze i schował głowę pod łóżko.
– Co on robi? – zdumiałam się.
– Chce spać, a pod łóżkiem jest ciemniej – odezwał się rodzic chłopczyka.
– Może powinien iść do domu?
– Nic mu nie będzie, to dziecko polowe – uspokajał mnie Roger. – Przyzwyczajone od niemowlęcia do dostosowywania się. A gdzie ty mieszkasz?
– Nie wiem – westchnęłam. – Na razie u znajomej, jakoś się nie mogę zdobyć na wynajęcie całego domu tylko dla siebie.
– I słusznie. Ale, ale – gdzieś koło stadionu jest blok trzech siedmiopiętrowych budynków mieszkalnych. Jego historia tonie w pomrokach i cieniach typowych dla Indonezji, ale chyba został zbudowany przez Rosjan wraz z kompleksem sportowym na Olimpiadę Azjatycką, gdy Indonezja skłaniała się ku blokowi sowieckiemu.
Podrapał się zatroskany po głowie:
– Nie wiem, do kogo te domy należą, ale widziałem, że je wyremontowano na wysoki połysk i chyba będą je wynajmować. Pełno tam ogromnych, pustych mieszkań, które z kolei pełne są  łazienek.
Sam chciał tam zajrzeć, jeśli jego kontrakt zostanie przedłużony.

Nareszcie dostałam mój zamówiony samochód, jedyny dostępny dla dyplomatów bez cła – montowaną lokalnie toyotę. Spencer przydzielił mi na kilka godzin szefa szoferów, Santozę, by pomógł mi się przyzwyczaić do lewostronnego ruchu ulicznego. Siadając z duszą na ramieniu za kierownica doznałam olśnienia. Zamiast krążyć bez sensu po ulicach, mogę przecież szukać chaty!
– Santoza, czy słyszałeś o budynkach postawionych przez Rosjan na Olimpiadę?
– Pewnie, Mam.
– Więc pokieruj mnie tam.
Okolica była wspaniała. Okrągłe, zadrzewione centrum sportowe z ogromnym basenem w bok od głównej osi Jakarty i całe miasteczko hotelu Hilton też z basenami, stawami, ogrodami, mostkami i sklepami. Wszystko to może  dwa kilometry od ONZ.
Posnuliśmy się przez chwilę po klatce schodowej, po czym za sprawą magii chyba zjawili się dwaj Chińczycy, którzy przedstawili się jako Mister Whi, zarządca domu i Mister Shi, jego pomagier.
Zapytałam o wolne mieszkania.
– Są, są, jak najbardziej – ucieszył się Mister Whi. – Jak dotąd wynajęliśmy tylko jedno mieszkanie. Jak pani zapewne wie, w Jakarcie nie ma tradycji mieszkania w apartamentach.

Sto osiemdziesiąt metrów kwadratowych, marmurowe podłogi, salon z jadalnią, w którym można by jeździć na łyżwach, ogromny balkon i szklane ściany z widokiem na park i stadion. Trzy duże sypialnie, dwie łazienki, oddzielny pokój i łazienka dla służby oraz ogromna kuchnia też z balkonem.

To było moje mieszkanie, które na mnie cierpliwie czekało.

Z pamiętnika wolontariuszki (wolontariuszy nadal nie ma)

Zanim zaczniemy, posłuchajcie.

 

Piękna muzyka, prawda? U nas też tak będzie, właśnie zaczynamy:

Anita 1 i Anita 2

A tu obrazki  z wystawy w Ratuszu Kreuzberg. Ośmioro artystów. Jedna z ósemki, Dominique Caillat, sfotografowała dzieci i ich rodziców w schronisku dla uchodźców. Jest ich w Berlinie 90, ale chyba nieważne w którym. Te dzieci są wszędzie. Ja sfotografowałam te fotografie na wystawie fotografii :-).

naszedzieci2

Monika uczy dorosłych niemieckiego:

Monika:

Seit Frühjahr 2015 helfe ich in einem Heim in Zehlendorf, indem ich dort Deutsch für Flüchtlinge unterrichte, einmal pro Woche. Das Heim gehört also nicht zu den gerade errichteten Einrichtungen sondern besteht schon eine Zeitlang. Erstaunlicherweise fehlen da immer wieder Schüler und Teilnehmer für Deutschkurse; ja, Kurse kommen gar nicht zustande, es sind meistens Einzelschüler, die von qualifizierten Lehrern unterrichtet werden, grotesker noch: manchmal sitzen zwei Lehrer bei drei Schülern. Bei einer Belegung des Heims mit ca. 340 Menschen ist das für mich unverständlich. Bis jetzt habe ich die verschiedensten Nationen unterrichtet, aber keine Syrer; es waren Leute aus Moldawien, Serbien, Kosovo, Tschetschenien, Afghanistan, Albanien, Pakistan und Eritrea.

Viele von ihnen sind, nach eigenen Angaben, schon über ein Jahr in dem Heim, und sie haben, soweit ich sehe, schon ausreichende Deutschkenntnisse, um sich in einem Job zu versuchen. Das tatenlose Herumsitzen macht die Situation für sie oft unerträglich, doch sie bekommen keine Papiere und sie sollen, wie sie sich ausdrücken, warten.

Aus meiner Erfahrung wäre es gut, wenn die ehrenamtlichen Lehrer auch eine Art von Zertifikat austeilen könnten und die Leute über die Anfängerstufe A1 einstufen könnten. Das würde die Teilnehmer vielleicht mehr motivieren, und ihnen Zuversicht geben, dass das auch anerkannt wird.

Vieles in dem Heim hat sich zum Guten verändert; es gibt ein Kinderspielzimmer, wo Vormittags immer jemand mit kleinen Kindern beschäftigt ist, es gibt Basare, wo die Flüchtlinge sich warme Kleidung, Haushaltsgeräte und andere Sachen aussuchen können. Das erfreut sich auch, soweit ich das beurteilen kann, großer Beliebtheit in dem Heim.

Die Kommunikation zwischen dem Büro und den ehrenamtlichen Lehrern ist leider gleich null. In „meiner“ Zeit hat auch dreimal die Leitung des Hauses gewechselt, was natürlich die Zusammenarbeit erschweren muss. Die Versuche herauszufinden, wo sich die „eigenen“ Schüler befinden, enden meistens in nebulosen Erklärungen.

Meiner Meinung nach hängt das Funktionieren von solchen Heimen von den Menschen, und zwar von jedem einzelnen ab, die darin arbeiten. Ich für meinen Teil würde mir mehr Kooperation und Unterstützung für unsere Arbeit als Deutschlehrer wünschen.

 

 

 

Magia życia

S
Jacek Krenz, Scherzo 8b, Akwarela

Jacek Krenz

Chopinowskie à propos

Czy zdarzają Wam się rzeczy niezwykłe?

Oto co wydarzyło się ostatnio, kiedy wczesnym rankiem zszedłem do pracowni. Szukając natchnienia, spojrzałem w górę. Na suficie pojawiła się rysa. Rysa? Nie było jej tam wcześniej! Zaniepokojony szybko ustaliłem konfigurację naszego domu w pionie. Stwierdziłem, że rysa pojawiła się w miejscu, gdzie niedawno postawiliśmy pianino. Poszedłem za tym tropem. Przy pianinie, na stole leżała książka zatytułowana “Piano rysuje sufit”. Nigdy wcześniej jej nie widziałem ani na naszym stole, ani w ogóle. Nowość wydawnicza, nowość w naszym domu. Skąd? Dlaczego? Obejrzałem się niepewnie za siebie…

Piano

 

Piano, piano!

Teraz już wiem, że znaczenie tytułu dotykało kwestii technicznych operowania ludzkim głosem, kunsztu śpiewaczego i zasad śpiewania na scenie czy estradzie “szeptem”. Śpiewania, które byłoby na tyle donośne, by głos śpiewaka zdołał wyrysować linię melodyczną na suficie teatru.

WIKR-964754Jak widać, nasze pianino znalazło łatwiejszy sposób, żeby zaznaczyć swoją obecność w architekturze. I przyznać trzeba, uczyniło to bardzo metaforycznie, w porozumieniu z pewną książką.

Magia, magia… Czyż nie jest to kolejny dowód na to, że nasze życie jest większe i bardziej nieodgadnione niż nam się wydaje?

Bo przecież nie jest to jedyny przypadek, zbieg okoliczności czy też inny równie tajemniczy fakt, który trudno byłoby nam wytłumaczyć w inny sposób, prawda?


Obrazki z Iranu (6)

Adam Slaski

Zachód słońca

Przyjechałem do Jazdu i pozwolę sobie na krotochwilę: to znów ten sam stary dobry Iran. Ludzie są mili, pomocni, pozdrawiają mnie na ulicy, ale niczego ode mnie nie chcą. Hotel zabukowałem przez agencję, więc widziałem tylko, że ma to być w miarę porządny, chyba trzygwiazdkowy. Okazał się zupełnie wyjątkowy! Jest to hotel tradycyjny, czyli pokoje są w piwnicy, nie ma w nich okien. Jest za to przestronne lobby, w którym stoi samowar, jest sadzawka i takie krzesła-łóżka, na których można się rozwalić i sączyć herbatę.

Jazd-kanapa
jazd-sadzawkaHotelem jestem zachwycony, miasto zwiedzałem na razie po ciemku (podoba mi się), ale na zdjęcia i więcej szczegółów musicie poczekać do jutra. Albo i dłużej, bo jutro jadę na wycieczkę na pustynię. Jazd to pustynne miasto, więc chcę tę pustynię trochę zobaczyć.

Widziałem już nieco przez okno w autokarze, ale tylko trochę, bo dziś w podróży oglądałem filmy: “definitely, maybe”, “love and death”, “czas pijanych koni” i “20000 days on earth”. Strasznie smutne te pijane konie, a Iran, który widzę, nie ma z Iranem z filmu nic wspólnego

Jazd-papugaJeszcze śmiesznostka na temat papug w hotelu: one potrafią naśladować głosy (i odgłosy), szczególnie przekonująco mówią “salam” (cześć) i naśladują dzwonki telefonów i dźwięk przychodzącego smsa.

jazd-inny-meczetI ciekawostka na temat zachodu słońca. O zachodzie słońca rozlega się głos muezina nawołujący wiernych do modlitwy. Śpiew jest piękny, człowiek czuje się uduchowiony, gdy go słyszy, za chwilę dołącza kolejny muezin, ale oni nie koordynuję tego w żaden sposób, drugi muezin śpiewa swoje w zupełnie innej tonacji i tempie, za chwilę dołącza jeszcze 10 innych, niektórzy używają skrzeczących głośników, robi się straszna kakofonia, nastrój trafia szlag.

jazd-zachod-sloncaWybrałem się oglądać zachód słońca do kawiarni, która posiada na dachu taras z pięknym widokiem. O zachodzie słońca zupełnie zmieniła się widoczność i na horyzoncie ukazały się góry, których w ciągu dnia nie było widać. Patrzyliśmy zachwyceni. Poza mną były tam dwie dziewczyny, które rozmawiały między sobą po francusku. Zapytałem je, co sądzą o hidżabie i jedna z nich opowiedziała mi historię swojego życia:

jazd-zachod-slonca2Pochodzę z rodziny emigrantów politycznych z Iranu, moi rodzice nie byli w ojczyźnie od czasu rewolucji islamskiej, czyli od 35 lat. Urodziłam sie i wychowałam w Paryżu, ale mówię równie dobrze w farsi jak po francusku. Do Iranu pierwszy raz przyjechałam 2 lata temu, aby poznać moją liczną rodzinę i zobaczyć kraj przodków. Okazało się jednak, że krótki pobyt to zbyt mało, by odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania: czy jestem Iranką czy Francuzką, co to znaczy być Iranką, gdzie chcę mieszkać w przyszłości itd. Osiem miesięcy temu przeprowadziłam się więc do Iranu na jeden rok, mieszkam ze swoją rodziną w Szirazie.

Jazd-zaulek-dzienHidżab to drobnostka, właściwie w ogóle mi nie przeszkadza. Już raczej zakaz odsłaniania nóg – w lecie nie wychodziłam z domu do zachodu słońca, bo nie dało się wytrzymać upału. Ale prawdziwym problemem są ludzie. Patrzą, przyglądają się, oceniają. Nie ma chwili spokoju, bo ciągle ktoś mnie zaczepia, pozdrawia, czegoś chce, np. podwieźć (ale wiadomo, że to tylko pretekst i chodzi o coś innego). Patrzą, czy się właściwie ubieram, a zazwyczaj ubieram się niewłaściwie, więc patrzą krzywo. Nie spotkałam nigdy policji, która robiła by mi na coś zwracała uwagę, ale spojrzenia przechodniów czuję na sobie ciągle. A załatwienie każdej sprawy jest bardzo trudne dla kogoś wychowanego w Europie. Na przykład w banku: nie ma żadnych reguł, wszystko trzeba sobie wywalczyć, wytargować. Taksówkarz zawsze spróbuje mnie naciągnąć. Chciałam pracować, ale okazało się, że w Szirazie (1,3 mln mieszkańców) nie potrzeba nauczycieli francuskiego, zaproponowano mi pracę w Isfahanie lub Teheranie, ale mi zależy właśnie na tym, żeby mieszkać w Szirazie. Więc obijam się, chodzę na jogę i zwiedzam kraj. I nie mam już żadnych wątpliwości: nie zostanę tu na stałe. Chętnie jeszcze kiedyś wpadnę na tydzień lub dwa, ale moje miejsce jest we Francji!

jazd-meczet

jazd-meczet3

Ta Głuchowska ostatnio to tylko o sztuce…

Były czasy, że Lidia Głuchowska miała czas i donosiła na przykład o wystawianiu kanap na trawniki, o ciastkach z Krzykiem Muncha lub o zupie z opieniek, ale ostatnio to już nic, tylko ta sztuka. Dziś grafika, ten gatunek sztuki, który wywołuje u mnie poczucie niespełnionej tęsknoty. Moja mama, Irena Kuran-Bogucka, była graficzką, wyrastałam więc w świecie pełnym takich słów jak “drzeworyt” i “linoryt”, rzadziej “zupa” i “drugie danie”, a nigdy “konfitura” czy “sernik”. Jako dziecko mogłam być z takiej sytuacji niezadowolona, jako dorosła kobieta, kiedy sama zrobię i zupę, i konfiturę, tęsknię za grafiką, za akwatintą, akwafortą, sztychem, suchą igłą...

plakat1

Lidia Głuchowska

Graficzna Retrospektywa w Zielonej Górze

Jeszcze do końca roku w Zielonej Górze zobaczyć można zorganizowaną w ramach programu towarzyszącego Międzynarodowemu Triennale Grafiki w Krakowie wystawę Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Prezentuje ona dokonania 17 grafików dawniej i dziś związanych z tym ośrodkiem.

retrospektywaa (1)Plakat zapowiadający pokaz filmu dokumentacyjno-artystycznego Bunt – Re-wizja i widok na wnętrze ekspozycji Retrospektywa. Na pierwszym planie prace Andrzeja Bobrowskiego i Katarzyny Dziuby.

Ekspozycji towarzyszy pokaz filmu dokumentacyjno-arystycznego Bunt – Re-wizja Lidii Głuchowskiej i Anny Kraśko na temat międzynarodowego tournée wystawy donacyjnej Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego w Poznaniu, Bydgoszczy, Dreźnie i Wrocławiu, także włączonego do Triennale Grafiki.

retrospektywaa (2)Galeria Biblioteki Uniwersyteckiej, Zielona Góra, wernisaż w dniu 23.10.2015

Wśród wystawionych prac, w aranżacji korespondującej z pejzażem i architekturą za oknem Galerii Biblioteki Uniwersyteckiej, znalazła się m.in. praca Studium PO. XIV (1980–1983, autooffset), którą pozostawił po sobie Wielki Nieobecny – nestor zielonogórskiego (choć nie tylko) środowiska grafików – Jan Berdyszak, artysta, który z równą maestrią wypowiadał się o rysunku, malarstwie, grafice, fotografii, rzeźbie i szeroko rozumianej instalacji czy scenografii.

Z jego holistycznym pojmowaniem grafiki korespondują twórczość i refleksja teoretyczna Andrzeja Bobrowskiego, który, zwłaszcza w ostatnich swych pracach, koncentruje się nie tylko na aplikowaniu na płaszczyznę symbolicznych form, lecz i w równym stopniu na zacieraniu, zakrywaniu ich, zdzieraniu warstw farby i papieru, redukcji materialnej warstwy dzieła, obnażaniu śladów uczuć. Proces ten ma, jak można sądzić, charakter puryfikacyjny, katarktyczny.

retrospektywaaJan Berdyszak, Studium PO. XIV, 1980-1983 (autooffset)

Andrzeja Bobrowskiego absorbuje tło postrzegane jako horror vacui. Odwracając relacje obwiązujące w sformalizowanym systemie dystrybucji grafiki, czyni on rozróżnienie między chronioną jak sacrum matrycą a odbitką, którą można w eksperymentalny sposób opracowywać, kształtując w sposób równie strukturalny jak wyjściową płytę, aż do okaleczenia powierzchi, przebicia się przez nią na zewnątrz, do rzeczywistości – poza płaszczyznę estetycznego artefaktu.

Także inni artyści omawianego kręgu w swych pracach koncentrują się na odkrywaniu konwencjonalności znaczeń. Pismo i graficzny zapis słów są przedmiotem studiów Radosława Czarkowskiego i Mirosława Gugały, którzy analizując i eksponując formę graficznego zapisu określonych pojęć, jednocześnie wskazują na nieoczekiwane sensy – ukryte za tym, co w komunikacie najbardziej oczywiste. Semantycznie istotna jest przy tym skala objektów. Dla Radosława Czarkowskiego jego aktualne prace, układające się w cykl, odnoszący się do do takich pojęć jak Jesus, Wiedzieć – Widzieć, Gastarbeiter, Learn, Love – Hope – Pain, są logiczną konsekwencją wcześniejszych realizacji w różnych mediach – rysunku czy malarstwie. Przyznaje jednak, że kreują one odmienną sytuację odbiorczą. Aktualnie tworzone murale wykluczają bowiem subtelność kameralnego przekazu, jak można uzyskać przy zastosowaniu tradycyjnych technik graficznych. Także Mirosław Gugała na wielu poziomach, nie tylko w liternictwie, lecz i w układach gwiazd, dostrzega graficzne konstelacje, skłaniające do interpretacji własnej roli w kosmosie i otaczającym systemie komunikacyjnym.

4 Andrzejewski Czarkowski Na pierwszym planie druki cyfrowe Pawła Andrzejewskiego i Radosława Czarkowskiego, na drugim – akwaforty Maryny Mazur i linoryt Witolda Michorzewskiego             

5 Abstro-Typo-Filia-I

Abstro – Typo – Filia – I, 2012 (litografia, serigrafia, perforacja)

Retrospektywa Zakładu Grafiki ukazuje obok siebie prace bardzo różnorodne. Są tu zarówno pełne humoru i celnej obserwacji prace w technikach eksperymentalnych Wojciecha Müllera, jak i twórczość plakatowa Witolda Michorzewskiego – nowoczesna i staroświecka zarazem, bo z jednej strony awangardowo kwestionująca kanon estetyczny, a z drugiej wprzęgnięta w służbę (pozytywistycznej) reformy rzeczywistości.

Trudno też szukać analogii między onirycznymi i emanującymi aurą groteski dziełami Tadeusza Jackowskiego a antropocentrycznym, tworzonym na zasadzie fragmentaryzacji wizerunkiem dłoni autorstwa Izabelli Gustowskiej, już poprzez sugestywnie czerwone tło ewokującym ciepło i sensualizm.

6 Gustowska Mueller

Prace graficzne Izabelli Gustowskiej i Wojciecha Müllera

Barwa jest siłą i głównym środkiem wyrazu realizowanego przez Katarzynę Dziubę od 2012 roku cyklu Processing, w którym konstytutywną rolę odgrywa jednak i światło, istotne już w jej wcześniejszych pracach, wykonanych w technikach litografii i algrafii. W tych wielkoformatowych drukach pigmentowych uporczywie powtarza się motyw przenikających się pulsarów, ich nieregularnego rytmu i kontynuacyjności – niedawno jeszcze utrzymanych w optymistycznych i harmonijnych, neonowych barwach, teraz atakujących dramatycznym kontrastem czerwieni, czerni i bieli. Jak Katarzyna Dziuba porzuciła swe dawniej preferowane techniki dla druku cyfrowego, tak i Grzegorz Nowicki „zdradził” dla niego i dla offsetu bardziej kameralną serigrafię. Nowicki zderza monochromatyczne rejestracje pejzażu i „górskie krajobrazy” przypadkowych struktur pomiętego papieru z geometrycznymi formami, znakami z innego całkiem supra-porządku.

7 Jackowski NowickiWklęsłodruk Tadeusza Jackowskiego i druk cyfrowy Grzegorza Nowickiego

Znakowość świadomie destylowana z fotograficznych obrazów jest też cechą prac dwóch grafików odwołujących się do ikonosfery socrealizmu – Stefana Ficnera i Pawła Andrzejewskiego. Obaj traktują ją z nieukrywaną nostalgią, ukazując ją jednak z odmienną intencją.  W litograficznym cyklu Hołobutów (2015) Ficner podejmuje grę z kodem wizualnym stosowanym przez polityczną propagandę. Andrzejewski, sięgając po tę samą technikę i po druk cyfrowy, od lat tworzy hommage dla ikony PRLu – poczciwej syrenki, wydobywając z powierzchni papieru niemal haptyczny urok rdzy socrealizmu, w nowszych pracach kreując jednak uniwersalne symbole niemal na miarę pittura metafisica.

8 FINCNER 5

Stefan Ficner, Hołobutów V, 2015 (litografia, cynkografia)
(część tej pracy była jedną z ulotek, eksponowaną na prezentacji towarzyszącej wystawie „Bunt” – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda w Poznaniu, Bydgoszczy, Dreźnie i Wrocławiu)

Podobna nostalgia, zaklęta w wyblakłych fotografiach, emanuje także z cyklu Garda Maryny Mazur (akwatinta 2015). Niepokojąca narracja i migotliwie poetycka aura tych druków uwodzą tak bardzo, że trudno uwierzyć, iż ich powstanie poprzedzał mozół pokonywania ograniczeń tworzywa.

9 Mazur Garda

Dwa wklęsłodruki Maryny Mazur z serii Garda, 2014 (akwatinta)

Do żmudnego manualnego procesu w swych rysunkach tuszem sięga także Piotr Czech. Zaangażowanie emocjonalne w kreowanie „osobnego świata” – uniwersum tajemniczych szufladek i labiryntu drobiazgowości, skoncentrowanego na niewielkiej powierzchni, to mniej znana strona jego dokonań, gdyż w swej codziennej praktyce twórczej czy dydaktycznej docenia i wykorzystuje raczej walory miksowania tradycyjnych technik z cyfrowymi, co służy profesjonalizacji grafiki projektowej, którą się zajmuje.

10 Czech tuszRysunki tuszem Piotra Czecha z lat 2010-2014     

Wizytówka stylu Tadeusza Piskorskiego to syntetyczne komunikaty wizualne zawarte w nagradzanych wielokrotnie w kraju i za granicą plakatach, takich jak prezentowany na wystawie zabawny Oktoberfest. Z kolei próbą kunsztu Jacka Papli są publikacje oficyny Wydawniczej Uniwersytetu Zielonogórskiego, wśród których klarowna i wyrazista okładka książki Jazz w kulturze polskiej poświadcza także współpracę muzyków i plastyków Wydziału Artystycznego.

11 Piskorski-pion12 Papla Jazz-pion

Projekt okładki – Jacek Papla i plakat Tadeusza Piskorskiego

 

O sile prac jednego z najbardziej wiernych swej technice i tematowi twórców – Piotra Szurka – stanowi misterna precyzja. Ograniczenie formalne i stałość inspiracji są dla niego wyzwaniem i drogą ku perfekcji. Tym, co zadziwia u twórcy od lat uporczywie studiującego własną fizjonomię, jest nagłe antyklasyczne rozdwojenie wizerunku i dysonans – płaski pas czerni ze śladami kropel (krwi? łez?) rozdzielający lustrzane odbicia niezliczone już razy uwiecznianej twarzy – tej samej, lecz nie takiej samej.
Aż się prosi, żeby zobaczyć w tej pracy metaforę środowiska artystycznego, które reprezentuje – widziane przed dekadą i dziś.

13szurek-autoportretPiotr Szurek, Autoportret, 2015 (akwatinta, sucha igła)

Graficzna retrospektywa roku 2015 w Zielonej Górze nie jest zamknięciem, lecz raczej znakiem (auto) refleksji jej twórców in statu nascendi. Trwały symbol ich dorobku to z pewnością Artoteka Biblioteki Sztuki, od 2001 roku, tworzona przede wszystkim przez doktor Janinę Wallis. Interesującym dokumentem są też katalogi wystaw zbiorowych Zakładu Grafiki, istotny znak dokonań artysty-edytora, Jacka Papli.

plakat2
***

Wystawa Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego w ramach programu towarzyszącego Międzynarodowemu Triennale Grafiki w Krakowie. Galeria Biblioteki Uniwersytetu Zielonogórskiego

23.10.-31.12.2015

Kuratorzy: Janina Wallis, Andrzej Bobrowski
Współpraca kuratorska: Lidia Głuchowska, Małgorzata Skrzypczak
Katalog: Lidia Głuchowska, Janina Wallis; noty biograficzne: Małgorzata Skrzypczak

Zdjęcia pierwsze i ostatnie: Zaproszenie na wystawę Retrospektywa Zakładu Grafiki Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego, projekt: Jacek Papla, motyw tytułowy: Nina Stefaniak

Moje ulice, moje okolice…

Dziś piątek trzynastego. Osobiście jestem zdania, że to szczęśliwy dzień, zwłaszcza dla kobiet, bo był to kiedyś dzień poświęcony bogini miłości (Freitag, Vendredi, Venerdi, Friday czyli Wenus i jej germańska odpowiedniczka: Freya). Z kolei liczba 13 stała się pechowa przez Judasza – trzynastego uczestnika Ostatniej Wieczerzy, ale kiedyś wcale nie była taka. Istniało na przykład 13 znaków Zodiaku i znak trzynasty – Wężownik – był na pewno serdeczniejszy niż w opałach potrafi być Skorpion. Wężownik zresztą koło Skorpiona się był lokował, a jak znaków było 13 a nie 12 to ich przebiegi były(by) krótsze czyli wcale nie wiedziały(by)śmy w jakim się znaku rodziłyśmy. I ja bym na ten przykład wcale nie była zodiakalną Panną tylko Lwem, i co wtedy?

U nas na dziś piękny tekst Julity.

Julita Bielak

Na dwudziestu łanach chełmińskich

DSC02388Trójmiasto, rozciągnięte wzdłuż linii brzegowej na ponad 414 kilometrach kwadratowych, potrafi zaskakiwać: zaoferować miejsce zatrudnienia na jednym krańcu, a sypialnię – na drugim. Zawsze miałam daleko do pracy, jeździłam między Gdańskiem a Gdynią. Paradoksalnie, zamieszkiwałam, bywało, tam, gdzie właśnie pożegnałam przedsiębiorcę. I dopiero wtedy poznawałam miasto, okolice, historię. Przemierzałam ulice, przyglądałam się domom, wrastałam.

DwórUphagenówNie inaczej dzieje się i teraz; przeprowadziłam się, jak sądziłam, na Morenę, gdzie przez lata, jeżdżąc Jaśkową Doliną pod górę, zdobywałam środki do życia. Wpadałam i wypadałam, żyłam w zupełnie innym świecie. Firma już nie istnieje, a ja, okazuje się, zapuszczam korzenie w Piecki-Migowo, Diabełkowo, a może Brętowo. Bo Morena to jedynie potocznie przyjęta nazwa.

dybyPrzeglądam publikacje, niewiele tego, choć dzieje Migowa burzliwe. Najstarsze wiadomości o tej wówczas podgdańskiej wsi pochodzą z roku 1379, kiedy to gdański komtur nadał ją niejakiemu Klausowi Kluckowi. Wielkość gruntów w ramach nadania określono na 20 łanów chełmińskich. W krzyżackim dokumencie wieś nazwano „Emugow”, Migowo oznacza fonetyczną kalkę dawnej nazwy „Muggau”, oznaczającej tyle, co „Komarowo”. Aha.

JaskowaDolinaMigowski dwór przetrwał tysiąclecia, aż popadł w ruinę, a prywatni właściciele nie robili nic, by go ratować. Zawalił się pewnego dnia, a rumowisko uprzątnięto i dziś oglądać go możemy tylko na starych fotografiach. Pozostał po nim niszczejący park z coraz mniejszą ilością drzew. Usychają zacierając ostatni ślad po dawnym Migowie. Piecki mają się lepiej, ulicę zdobi starannie odrestaurowany Dwór Uphagenów pochodzący z drugiej połowy XVII wieku.

MigowoDworyPolskieZanim z archiwalnych źródeł poznam dokładnie, gdzie się osiedliłam, spaceruję, chłonę atmosferę, mijam duże ogrodnictwo. Szukam, jak i pan ogrodnik ze zbiorem starych powozów (są i dyby, a nawet armata), śladów przeszłości. Bo teraźniejszość dopada mnie sama: nowe linie tramwajowe, samoloty nad głową, kolej metropolitalna. Z tym większą przyjemnością zatrzymuję przy opuszczonym domostwie na drodze do Matemblewa. Domy, w których już nikt nie mieszka wywołują zawsze tę samą refleksję: „Przecież niedawno ona wieszała wykrochmalone firanki w oknach, on układał pod daszkiem drewno na opał. Spoglądali na siebie z miłością, z nadzieją na dobre, bezpieczne jutro. Gdzie teraz są?”

NiedzwiednikZapada zmrok, ostrzę kijki, idę dalej, docieram do cmentarza na Srebrzysku. Muzyka w słuchawkach zagłusza strofy wiersza.

opuszczony dom***
Czytał Hemingwaya, po wielu latach
wracała do niego tamta mgła,
obrazy kobiet, których nie rozumiał.
Miał wtedy piętnaście lat

Jego czas, ten nieosiodłany rumak
zatoczył koło. Leżał w tym samym
pokoju co wtedy i pożółkła książka,
którą kiedyś kupiła matka

Matka umarła wiele lat temu.
Myślał, że nigdy nie zapomni jej ciała
złożonego na podłodze

Nie chciał tu mieszkać, bo w tym pokoju
umarł też ojciec, w kącie stał
wtedy tapczan. Miał tak samo
napęczniały brzuch jak matka

I został. Jakoś tak się stało i przyglądał
się książkom pożółkłym i czytał je,
i czuł się blisko nich, był dojrzały

On który zawsze chciał stąd odejść,
urodzony w pokoju obok, w kamienicy
dziadka Franciszka, który tonął w alkoholu

On, późny chłopak i już starszy od ojca
o jeden dzień
*
2008
Janusz Urbaniak
Forum Kobylińskie 2/2010

Srebrzysko

Festiwal piosenki natrętnej II

Tomasz Fetzki

Piosenki

Pojawiają się nie wiadomo skąd. Przybywają, kiedy same zechcą: czasem przy okazji ważnej rocznicy, niekiedy sprowokowane jakimś wydarzeniem. Natrętne piosenki. Niegdyś usłyszane, raz po raz wracają.

Balast to czy bogactwo? Viator skłania się osobiście ku pierwszej opcji; z biegiem lat coraz mocniej dochodzi do przekonania, że im kto głupszy, tym szczęśliwszy. Ale to obojętne – w każdym z przypadków warto się z tych wizyt natrętnych zwierzyć Czytelnikom. Jeśli są ciężarem, łatwiej go będzie wspólnie nieść. Jeżeli zaś  to skarb – niechże się mnoży przez podział!

Ogłasza przeto Wędrowiec inaugurację festiwalu piosenki natrętnej. Ściślej, zaczęła się ta gala nieco wcześniej – stąd dwójka w tytule dzisiejszego tekstu – refleksją wysnutą na rocznicę wrześniowej inwazji Sowietów. Bo już piosenka Grechuty, zamieszczona przy okazji rozważań o destrukcyjnej naturze władzy, to nie pomysł Viatora, lecz Samej Szefowej Bloga. Rzecz nie w tym, jakoby była to inicjatywa nietrafiona (bo jest wprost przeciwnie), lecz w tym, że Wędrowiec czuje głęboką niechęć do przypisywania sobie cudzych inicjatyw.

Ale teraz zaczynamy na serio. Co nie znaczy bynajmniej – systematycznie. Natręctwo to natręctwo, pulsuje własnym rytmem, za którym podążać będziemy.

Jutro 11 listopada. U nas, co zrozumiałe, to dzień refleksji nad odzyskaną niepodległością. Tak jest i tak być powinno. Ale gdzieś niesłusznie umyka nam to, co stało się treścią tego święta we wszystkich innych krajach świata: koniec Wielkiej Wojny. Koniec koszmaru. Koniec rzeźni. Niesłusznie i niepotrzebnie nam umyka, bo warto się czasem – a teraz wszak czas najlepszy – zastanowić nad skutkami, jakie ten konflikt zbrojny wywarł, i wywiera właściwie do dziś, na nasze życie. Ale o tym, że Wielka Wojna, choć tak ważna, pozostaje z niezrozumiałych względów zapoznana i pomijana, snuł już Viator refleksje w stulecie jej wybuchu (i kto zechce, może je sobie przeczytać). Teraz nie zamierza się ponownie nad tematem nadmiernie pochylać. Teraz czas na piosenkę natrętną. Poznał ją Wędrowiec wiele lat temu, gdy zdarzyło mu się zamieszkać na dłużej w Słodkiej Francji, więcej nawet – zrządzeniem przewrotnego losu usłyszał ją po raz pierwszy w Compiègne, miejscu podpisania zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku. Ma owa piosenka już 25 lat, ale może ktoś jej dotąd nie poznał? Może jednak będzie Viator oryginalny?

Jej treść dotyczy tematu zakończenia I Wojny Światowej choć wyraziście, to jedynie pośrednio. Ale i tak co roku, w tych właśnie dniach, utwór natarczywie powraca. Dlaczego? Trudno orzec: natręctwo to natręctwo, rządzi się własną logiką.

Nie powie Wędrowiec niczego odkrywczego jeśli stwierdzi, że istnieją piosenki, które są autonomiczne wobec swych wykonawców i wielu może je zaśpiewać z doskonałym skutkiem. Oraz że stworzono takie, które, z różnych skądinąd względów, są przypisane do konkretnego artysty, zrośnięte z nim na zawsze. Nic odkrywczego, po co więc Viator o tym mówi? Ano dlatego, że może się zdarzyć sytuacja, gdy ktoś spośród Czytelników nie miał dotąd okazji spotkać się z wykonawcami dzisiejszej piosenki natrętnej. A ich postacie są tutaj kluczowe: trzeba znać pewne szczegóły, aby wyczuć wszystkie smaczki, wyłapać wszelkie konteksty, słowem – aby utwór w pełni odebrać. Voila, Messieurs-Dames: trio Fredericks Goldman Jones, działające w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku!

Założyciel, główny kompozytor i autor grupy to Jean-Jacques Goldman, poniekąd jeden ze znaków firmowych współczesnej francuskiej muzyki rozrywkowej. Francuz, a jakże! Syn żydowskich imigrantów – ojciec przybył nad Sekwanę z Polski, matka z Niemiec. Swoją drogą – jaka byłaby francuska piosenka bez tych wszystkich mniej rdzennych – bez Nany Mouskouri, Yvesa Montanda, Dalidy, Jacquesa Brela, Georgesa Moustaki czy Charlesa Aznavoura. No, jaka? Francja dla Francuzów? Powodzenia, chłopaki!

Carole Fredericks, najmłodsza z trójki, spadkobierczyni dziedzictwa afrykańskich niewolników, urodziła się w wolnym, północnym stanie Massachusetts; ona też najwcześniej odeszła. Trochę symbolicznie, bo na afrykańskiej ziemi, podczas tournée w Senegalu, mając zaledwie 49 lat.

No i Michael Jones – rudawy (w młodości, rzecz jasna, bo dziś raczej mocno szpakowaty), zadziorny, chciałoby się rzec: typowy Irish! I niewiele byśmy się pomylili. Nie Irlandczyk co prawda, ale jednak Celt. Tyle, że łaskawy los dał mu ojczyznę na drugim brzegu Morza Irlandzkiego, w Walii.

Viatorka twierdzi, że taki zestaw wykonawców jest zbyt łopatologicznie oczywisty, zaś muzyka na kilometr pachnie Eurowizją. Ale to chyba przesada: biografie artystów przydają piosence autentyzmu, a muzyka brzmi po prostu przestrzennie, pomaga gładko przemierzać bezkresy czasu i obszarów, po których prowadzą nas wykonawcy. Zaś aranż jest perfekcyjny!

Tekst? Nie oczekujcie wyrafinowanej poezji. Zamiast niej otrzymacie słowa bezpretensjonalne i proste, ale szczere. I chyba dlatego właśnie przekonujące. Mocne.

Dla słuchacza wersji oryginalnej, tak jak dla Polaka, niemieckie słowo Leidenstadt, jest obce i nic nie znaczy. Dlatego Viator nie zdecydował się na jego przetłumaczenie. Choć być może warto by tak uczynić. Bo nie ma takiego miasta – to nazwa symboliczna, stworzona przez autora. Tylko jak ją przełożyć? Bolesty? Cierpiętopol? Zostawmy to germanistom. I słuchajmy.

https://dailymotion.com/video/x8r6p

A jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

Wykołysany upokorzeniem, nienawiścią i niewiedzą
Wykarmiony marzeniami o zemście
Czy miałbym tę niemożliwą świadomość
Kropli w potoku?

A gdybym dorastał pośród doków Belfastu:
Bojownik wiary i klanu
Czy miałbym na przekór wszystkiemu siłę,
By stanąć przeciwko swoim
I zdradzić – uściskiem dłoni?

A gdybym przyszła na świat biała i bogata
W Johannesburgu, między władzą i strachem
Czy słyszałabym te skargi niesione przez wiatr?
Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

Nie dowiemy się nigdy, co czai się w naszych wnętrzach
Ukryte pod płaszczykiem pozorów:
Duch bohatera czy wspólnik kata
To, co najgorsze, czy to, co najpiękniejsze.
A gdyby wymagano od nas czegoś więcej, niż słowa
Stawilibyśmy opór, czy poszli, jak barany w stadzie?

Jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

I niech nam będzie zaoszczędzona
Tak długo, jak możliwe
Konieczność stanięcia przed tym wyborem.

Mgły i chłód…

Andrzej Rejman

Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.

Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.

Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele  wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.

31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.

Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:

“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!

Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”

* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.

Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.

O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.

https://youtu.be/McHhJuFflYw

***

Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)

(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)

Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.

Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.

W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.

Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.

W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.

W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.

W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.

K_Stankiewicz_w_obozieKazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).

Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.

W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.

Zmarł 30 lipca 1973 roku.

papierosnica_recznie_wykonana_przez_Kazimierza_StankiewiNa papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Stankiewicz_Perepeczko_Wazynski

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)

Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.

W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.

24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.

10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.

Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.

Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.

źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk

Obrazki z Iranu (5)

Adam Slaski

Isfahan albo witajcie w Krakowie Wschodu

uliczkaIsfahanDo Isfahanu przyjechałem autobusem. Kierowca nie mówił oczywiście po angielsku, ale bardzo się cieszył, że ma na pokładzie obcokrajowca, tytułował mnie “mister Adam” i był bardzo miły. Miły był również pewien uchodźca z Syrii, który pomógł mi trafić do  hotelu.

Jeszcze tego samego wieczoru znalazłem się w zgoła odmiennych okolicznościach. Spotkałem się mianowicie z pewnym couch surferem, który zaproponował, że oprowadzi mnie trochę po mieście. Szybko dowiedziałem się, że ma głęboką depresję, gdyż nie ma przed nim żadnych perspektyw i w ogóle jego życie nie ma sensu oraz że wrogowie oskarżają go o paranoję lub schizofrenię. Gdy rozpoznał zagrożenie w chłopcach bawiących się w berka na ulicy, zrozumiałem, że wrogowie mają pełną rację. Oczywiście nie spotkało mnie nic złego z jego strony, ale nie czułem się w jego towarzystwie przyjemnie, a że okazał się bardzo opiekuńczy (nie chciał mnie zostawić samego, bo wszędzie widział niebezpieczeństwo), bardzo trudno było się od niego uwolnić. Niestety, couchsurfing ma w sobie coś z hazardu.

dorozkiIsfahanSam Isfahan wygląda jak Kraków przeniesiony na Bliski Wschód. Jest zauważalnie bardziej konserwatywny niż Teheran (widzi się więcej kobiet w nikabach), ale też ludzie mniej się tu spieszą, ruch dużo spokojniejszy, sporo rowerzystów. O ile Teheran jest miastem biznesowym, o tyle Isfahan jest bardzo turystyczny. Na tym analogie się nie kończą. W Isfahanie są planty (Hasht Behest), rynek z sukiennicami (Maydan-e Imam), na rynku dorożki. A przy rynku meczet z dwoma wieżami, z którymi wiąże się pewna legenda. Brzmi znajomo?

Isfahan-plantyLegenda głosi, że król zabronił muezinom wchodzić na minaret, bo mogliby zajrzeć do jego prywatnych ogrodów.

Isfahan-planty2Właśnie uciąłem sobie pogawędkę z recepcjonistą. Skarżył się, że jest z wykształcenia technologiem żywności, ale nie ma pracy w jego zawodzie, więc pracuje w hotelu za psie pieniądze. I bardzo mu to doskwiera, bo ciężko się uczył i guzik z tego ma. A potem zwierzył mi się, że jego dziewczyna jest od niego 11 lat młodsza (on ma lat 31, a ona 20) i nie wie czy ich związek ma szansę.

Widziałem dziś po raz pierwszy modlącego się Irańczyka. Wszedłem w boczną ulicę, był tam zakład samochodowy i mechanik rozłożył na ziemi swój dywanik i odprawiał modlitwę. Oczywiście wiem, że to nie jest jedyny praktykujący muzułmanin w Iranie, ale dotąd widywałem tylko ludzi wchodzących lub wychodzących z meczetu, a samą modlitwę widzę po raz pierwszy. Byłem też dziś w kilku meczetach, ale to wszystko zabytki i nikt się tam nie modlił.

mostIsfahan1 mostIsfahan3mostIsfahan2Isfahan nazywany był dawniej połową świata. Sympatyczny Syryjczyk podsumował dowcipnie, że odkąd rzeka wyschła, jest to już tylko ćwiartka świata. I rzeczywiście, koryto jest suche jak pieprz, a słynny most Se-o-se (o 33 przęsłach) wygląda kuriozalnie. Zobaczyłem dziś kilka muzeów, dwa pałace i jeden meczet. Wszystkie interesujące, ale żadne nie powaliło, być może ze względu na trwające remonty. Isfahan się intensywnie odnawia.

kopulaIsfahan2 kopulaIsfahanOdwiedziłem te miejsca, zjadłem obiad w porządnej restauracji i wreszcie zacząłem wydawać pieniądze, bo dotąd ta wycieczka odbywała się praktycznie za darmo. Wydawanie pieniędzy jest w Iranie szczególnie nieprzyjemne, bo wszystkie banknoty wyglądają dość podobnie i na każdym jest dużo zer. Za każdym razem, gdy płacę, zastanawiam się, czy przypadkiem nie dałem 10 razy za dużo.

wyrobyIsfahan1Nie kupiłem na razie żadnych suwenirów i chyba ich nie kupię, bo w plecaku nie mam zbyt wiele miejsca.

Muszę jednak przyznać, że sklepy z rękodziełem w Isfahanie nie sprzedają tandetnej cepelii. Niektóre z wystaw wprost zapierają dech w piersiach. I nie chodzi tylko o dywany, lecz także o porcelanę, biżuterię, wyroby blaszane.

Właściwie w sklepach widziałem więcej pięknych przedmiotów niż w tych muzeach.

wyrobyIsfahan2Na ulicy zaczepił mnie pewien dziadek, który opowiedział kilka ciekawostek o historii Isfahanu i zaprosił na wieczór na pokaz Irańskich zapasów. Oczywiście spodziewałem się, że w pewnym momencie każe mi za to wszystko zapłacić, ale i tak zrobiło mi się przykro. W Teheranie traktowano mnie jak gościa, a tu jestem tylko turystą.

meczet-zimowyIsfahanOpowiedziałem o tym Shayenowi i ani trochę nie był zdziwiony. Isfahańczycy mają w Iranie fatalną opinię ludzi skąpych i kłótliwych.