Tu i tam. Hier und Dort.

Małgorzata Kowalska

Mam kuzynkę, która tak się nazywa. Ale to nie ona. Gdy szukam teraz tej innej Małgorzaty Kowalskiej w internecie, znajduję aktorkę. Dodaję więc słowo malarka  i znajduję… inną malarkę. Dodaję, że z Torunia i znajduję… inną Małgorzatę Kowalską. Przypominam sobie, że mieszka na wyspie, dopisuję więc nazwę wyspy i wujek google wyszukuje… reumatolożkę. Jest jeszcze pani profesor, znakomitość europejska. Przestaję szukać. Chyba trzeba by zaproponować artystce znany i szanowany pseudonim: Hermenegilda Kociubińska. Małgorzata Kowalska brzmi lepiej, ale Hermenegildy nikt nie pomyli. No i ma dwie torebki.

Lucyna Viale o Małgorzacie Kowalskiej

Urodziła się 41 lat temu w Toruniu. Studiowała malarstwo u Profesora Lecha Wolskiego na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika.

Od roku 2003 pracuje jako projektantka i dekoratorka wnętrz dla instytucji państwowych i firm prywatnych, w czym wykorzystuje elementy inspirowane malarstwem i grafiką. Jej prace znalazły miejsce w wielu pomieszczeniach przez nią zaprojektowanych.

Przed dwoma tygodniami przyszlo na świat jej pierwsze dziecko.

Wystawa w Berlinie w galerii art.endart  jest pierwszą wystawą indywidualną Małgorzaty Kowalskiej. Pomysł wystawy powstał przed dwoma latami, gdy artystka zaczęła żyć w dwóch miejscach. W Polsce mieszka w małej osadzie na wyspie Chrząszczewskiej kolo Kamienia Pomorskiego, w Niemczech – w Berlinie. Artystka przelała na płótno swoje przemyślenia, obawy i rozterki związane z  podjęciem decyzji, gdzie jest jej miejsce. Polska czy Niemcy? Wyspa, spokój, natura, wolno biegnący czas czy Berlin – wielkie miasto, hałas, tłok, pośpiech i dużo konfliktów międzyludzkich? Jeszcze tego nie wie na pewno.

Nic dziwnego, że jej najnowsza wystawa nazywa się TU I TAM,TAM I TU.

Zdjęcia – sieć, Tomasz Fetzki

Liebe Freunde,
sehr geehrte Damen und Herren,

wir laden ein zur Vernissage!

DORT UND HIER, HIER UND DORT
Malerei von Małgorzata Kowalska
Ausstellung von 30.10 bis 15.11.2015
Vernissage am 30.10.2015 um 19.00.Uhr
Projektraum „art.endart“
Drontheimer Str. 22
13359 Berlin

Dort und Hier

Powrót na Kresy

Andrzej Rejman był na blogu regularnie przez wiele miesięcy. Przyzwyczailiśmy się już do jego pięknych tekstów wspomnieniowych, z dawnych polskich Kresów, z rajskich sadów Pradziadka Adama, z Powstania Warszawskiego… Czasem pisał o sprawach współczesnych, o wyborach, właściwych i niewłaściwych, o odchodzącym Prezydencie… Publikowałam teksty Andrzeja przez wiele poniedziałków, po czym nagle autor zamilkł. Kto wie, co się działo, czy pochłaniała go muzyka czy polityka? Teraz wraca. Dziś jest czwartek, ale następne teksty będą z powrotem w poniedziałki…

Z berżenickiego albumu

Dziś znów trochę wspomnień.

Kresy Rzeczpospolitej. Wileńszczyzna. Lata trzydzieste ubiegłego wieku.

Czarno-białe zdjęcia, ludzie którzy odeszli, sprawy, które nie są już ważne, lecz wciąż to wszystko pozostaje w pamięci i w sercu.

Wikipedia: Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim.* Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki.

*: dla poprawności historycznej należy uzupełnić: w czasach II Rzeczpospolitej – w powiecie święciańskim, województwie wileńskim, obecnie Republika Litewska, rejon Ignalino, okręg Utena. (przyp. mój)

jezioronaczwartekJezioro Berżenickie fot. ze zbiorów rodzinnych

***

Krystyna Stankiewicz – córka Heleny z Zanów Stankiewiczowej (1904-1996) wspomina swoje dzieciństwo w Berżenikach.

 

 

 

 

Reblog: Nieubłagany koniec epoki


Wojtek Drozdek

Między Łodzią, Berlinem a Wenecją… / Zwischen Lodz, Berlin und Venedig…   

Montag, 26. Oktober 2015

ZDZINIO

(Zdzisław Jaskuła 1951 – 2015)

Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,/ lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej…
Mascha Kaléko, Memento. Przekład: I. Kuran-Bogucka

Trudno wspominać o kimś z perspektywy trzydziestu lat spędzonych poza Łodzią, krótkich w niej pobytów, przelotnych wizyt. Obrazy rwą się coraz bardziej, zacierają granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Pozostaje jedynie świadomość nieubłagalnego końca epoki, której schyłek znaczą jak zwykle odejścia… Byli więc Jacek Bierezin i Witek Sułkowski, Andzia i Zbyszek Dominiakowie, Ewa Bierezin-Sułkowska… a teraz Zdzinio…

Kiedy i gdzie się poznaliśmy? Na początku lat 70, prawdopodobnie w BULe, może na dole w zadymionym “Piekiełku”, albo na którymś z wykładów prof. Skwarczyńskiej.

Obraz pierwszy to nieregularne popołudniowe “tajne komplety” ze skrzynką piwa przy piaskownicy w najciemniejszym zaułku parku Matejki. Było więc o polityce, literaturze, o wydaniach paryskiej Kultury, tych które miały nadejść zza kordonu i o tych, które zabrała ubecja. Zajęcia prowadził Witek, spotkać można było przedstawicieli łódzkiej opozycji, także tych których po Marcu nie wygnano – czasami wpadł zabłąkany student. Zdzinio dołączył do grupy jako jeden z ostatnich “kursantów”, wnosząc nie tylko wiedzę, humor, ale i cynizm. I coś jeszcze – kindersztubę godną późniejszych opozycyjnych salonów. Niemal zawsze spierał sie z Bierezinem o “treść i formę” – alpinistyki raczej nie uprawiali.

Obraz drugi to “bankiety” na Popowskiego, w mieszkaniu – a raczej jedynce i pół – Zbyszka. Tam też założyliśmy na Zdzinia i Sławę Lisiecką (wówczas jeszcze lektorkę niemieckiego) Wielkiego Haka. Postanowiliśmy zrobić z nich parę zapominając, że wyświadczamy Sławie niedźwiedzią przysługę. Za Jaskułą węszyła już milicja. Dyskusja na balkonie toczyła się już od dłuższego czasu wokół tematu “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Zdzinio zegarka nie złapał, wylądował dziesięć pięter niżej. Sława więc wygrała, a małżeństwo przetrwało do końca. Podobno w prezencie ślubnym otrzymał od żony nowy czasomierz.

Obraz trzeci – mniej dynamiczny, bo to Jaskuła na niebieskim szezlongu w naszej bibliotece na południu Zachodniego Berlina. No właśnie. Nie Mur, nie muzea, nie Ku-Damm – taka nasza Piotrkowska – lecz biblioteka. Czternaście dni na kanapie spędził nasz Gość czytając bibułę. Także londyńskie reprinty Pulsu, który przyszło mu w Łodzi współredagować… Dwa tygodnie wśród książek podczas gdy za oknem szalała zimna wojna…

Ze Sławą stanowili doskonały team, z którego doświadczeń i wiedzy także i ja skorzystałem. Pod pseudonimem Mira i Grzegorz Landmannowie przetłumaczyli powieść Stefana Heyma – Collin (wyd. Veto, Zachodni Berlin, 1985). Łódzkie spotkania po 89 roku były mniej barwne, bardziej krótkie, gdzieś w łódzkich knajpach, później Domu Literatury, miedzy spektaklami a wieczorami autorskimi.

Obiecywaliśmy sobie, że następne będą inne…

Pieprzona żądza władzy

Tomasz Fetzki

O przedwczorajszych wydarzeniach, mimo sugerującego i zachęcającego tytułu, nie znajdziecie tutaj niczego. Chwyt marketingowy: wybory są tylko pretekstem. Minifelieton niniejszy powstał wcześniej, a wynik niedzielnego głosowania, jakikolwiek był, nie ma najmniejszego wpływu na jego treść. Nie idzie mi bowiem o publicystykę, lecz o meditatio philosophica, choćby i trącącą amatorszczyzną. Triumfatorzy wyborów się zmieniają, problem pozostaje.

Żądza władzy. Chora żądza władzy. Paląca wnętrzności żądza władzy. Destrukcyjna żądza władzy. Przeklęta żądza władzy. Pierdolona żądza władzy. Żaden epitet nie będzie tu nadmierny, naciągany czy przesadny.

Poeta zastanawiał się swego czasu:
Kto pierwszy został panem, kto pierwszy został sługą
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo
.

Na to pytanie odpowiedzi znaleźć się już chyba nie uda. Ale jedno jest pewne: dzień, w którym ktoś z nas po raz pierwszy odczuł przyjemność dominacji nad swym bratem, to najczarniejszy moment historii ludzkości. Odtąd już nie ma braci. Zresztą, czy kiedykolwiek byli?

Ta żądza rozprzestrzeniła się błyskawicznie, jak lotny wirus. I trwa. Stanowisko, organizacja, eklezja, opcja polityczna, zakres – są sprawami drugorzędnymi. WŁADZA! Sama w sobie, w stanie krystalicznie czystym, wydestylowana z kontekstów czasu i przestrzeni.

Ta żądza jest niebezpieczna, jak wirus zjadliwy. Nic tak nie skrzywi osobowości, nie zdegeneruje i nie upodli, jak przeklęta żądza dominacji. Żądza pieniądza? Żądza używki? One też niszczą, oczywiście. Ale tylko możność sprawowania władzy pozwala się ujawnić temu, co w człowieku najbardziej podłe, oślizgłe i ohydne. Zapyta jednak adwersarz: co to znaczy podłe, oślizgłe i ohydne? Konkrety proszę! Odpowiadam: dokładnie to – co podłe, oślizgłe i ohydne. Im ktoś więcej przeżył i zobaczył, tym lepiej zrozumie, o czym mówię, bo zna miarę podłości, oślizgłości oraz ohydy. A właściwie – brak miary.

Żeby było zabawniej, rozmiar owego bezmiaru w żadnym stopniu nie zależy od rangi zajmowanego stanowiska. Może być i odrobinka władzy – byle realnej! Byle pokazać, kto tu rządzi. Byle móc wpływać na życie innych wedle własnego upodobania. Tak po prawdzie – te małe, lokalne, kieszonkowe hitlerki, salazarki, kleopaterki, aminkowie, stalinki, pinocheciki, lady makbecikowe i inny pocieszny drobiazg – oni są najgorsi. Bo już zakosztowali ambrozji, lecz odrobinę jeno, i teraz pragnienie ich pali. Zrobią wszystko, by je ugasić. To nie figura stylistyczna. Naprawdę wszystko. Nie ma tak bliskiego przyjaciela, którego by nie zdradzili, tak żenującego donosu, którego by nie złożyli, tak odrażającej dziury, do której by, jak mówi prosty lud, bez masełka po stópki nie weszli…

Ja to wiem od niedawna. Lub inaczej – oczywiście teoretycznie wiedziałem o tym zawsze, ale realnie się przekonałem, że to aż tak – niedawno, krótko po czterdziestce. Wtedy dopiero doznałem wątpliwej przyjemności przekonania się naocznego, naskórnego i naemocjonalnego, do jakiego stopnia z ludzi, zwykłych ludzi, których się nawet lubiło, może wychynąć psychopatyczne bydlę. Oraz przekonania się, co potrafią robić, gdy już JĄ – władzę – mają. I że robią to z jednego tylko powodu – bo mogą.

Właściwie mogę się uważać za szczęściarza. Ostatecznie długie cztery dekady żyłem w błogosławionej niewiedzy. Wątrobę oszczędziłem, wrzodów się nie dorobiłem, żółci za wiele nie wyprodukowałem. Ale teraz szybko to nadrabiam. Jednak nie ma tej żółci znowu aż tak dużo, by mi zalewała oczy. Widzę wyraźnie. Wiem, że kierowanie innymi to zło konieczne. Oba słowa – zło oraz konieczne – są w tym miejscu tak samo potrzebne i prawdziwe. Dostrzegam też, że istnieją tacy – moja żona mówi o nich zadaniowcy – którzy dzierżą stanowiska dla realizacji celów, a nie dla napasienia swej chorej żądzy. Nie władcy, tylko administratorzy (przypominam: administrare pochodzi od ministrare, czyli służyć; minister to sługa, ot, taki żenujący żarcik). Oni jednak chyba myślą podobnie do mnie i moich inkryminacji nie odniosą do siebie. A poza tym – iluż ich jest?

Adwersarz znów zabiera głos: Towarzysze! Krytyka – tak. Ale konstruktywna!

Co mu odpowiem? Jak zaradzić złu? Natury ludzkiej zmienić nie sposób. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłoby powierzanie wszelkich stanowisk tym, którzy najmocniej się przed nimi bronią i, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, pozbywają się wątpliwych zaszczytów. Oni nie zrobiliby krzywdy sobie, ani innym.

To, rzecz jasna, niemożliwe, ale cóż szkodzi pomarzyć… A na razie, czekając na Godota, trzeba sobie jakoś radzić. Nigdzie i nigdy nie pozwalać, aby ktokolwiek uzurpował prawo do zajęcia miejsca naszej mamy i naszego taty. Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie życzę – nikt nie jest tego godzien.

Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni.
A kto nim, na własne życzenie, być przestał…
Dlaczego ja nie zapisałem się do anarchistów?

The winter is coming

Ciekawe, że publikuję tu list otwarty napisany – teoretycznie – przez przeciwnika politycznego. Autor listu wybierał Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten był kandydatem na stanowisko prezydenta RP. Ja – nie. Tym bardziej podoba mi się ten głos rozsądku, skierowany do Kaczyńskiego “z własnych szeregów”.

List wysłany do Jarosława Kaczyńskiego na Zjazd Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych w Rzymie w dniu 22. 10. 15

winter-wonderland-pictures-4
Dr med. Bogdan Miłek

Kongres Polonii Niemieckiej
przewodniczący

Do Pana Premiera
Prezesa Partii Prawo i Sprawiedliwość
Jarosława Kaczyńskiego

List Otwarty

Szanowny Panie Premierze!

Piszę do Pana list otwarty, dotyczący obrazu Polski i Polaków, jaki kształtuje się w chwili obecnej i jaki może pozostać tym „obowiązującym stereotypem” przez długie lata. Piszę do Pana – bo to Pan Przewodniczący będzie według wszelkich prognoz miał decydujący wpływ na ten obraz Polski i Polaków w świecie. Ja, skromny lekarz-emigrant, od dziesięcioleci – indywidualnie lub w ramach różnych struktur – usiłuję się zajmować tą problematyką.

Np. TU

Mieszkając na pograniczu Niemiec, Francji i Luksemburga, postrzegam zapewne z innej perspektywy niektóre kwestie. Czasem taka dodatkowa optyka może wnieść coś do własnych przemyśleń…

Piszę tuż przed wyborami. Po wyborach będą ważniejsze inne kwestie. Teraz może ktoś to przeczyta…

Niedawno oświadczył Pan – sądzę, że w ramach „ferworu dyskusji” – iż migranci mogą przynieść zarazę i pasożyty . Pana słowa ochoczo podchwyciły media za granicą – przyklejając Panu kolejny raz łatkę ksefofoba, kontynuując poprzednie stereotypy – np. AK-owca z pewnego niemieckiego serialu… W ten klimat wpisało się wystąpienie Pana Kolegi Klubowego (a mojego sąsiada z krakowskiego dzieciństwa) prof. Legutko, atakujące oś Merkel – Hollande. Zamiast szukać dialogu w ramach Trójkąta Weimarskiego – poseł Legutko dopisuje nas do towarzystwa Orbana i Seehofera.

Niemcy – otoczenie Kohla i Merkel – od lat bardzo inteligentnie budują nowy obraz Niemiec i Niemców. Niemiec otwartych, liberalnych, państwa wielokulturowego i wielonarodowego. Państwa, które nawiązuje do Hambacher Fest – gdy w Niemczech powiewały polskie flagi. W tym tonie odbywały się Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w 2006 roku – „Niemcy to mistrzowie serc”. Teraz buduje się nowy symbol: Niemcy – symbol miłosierdzia, otwartości, dzielenia się z bliźnim tym, co sami mamy, dla obcokrajowców – symbol szansy na realizację własnego ja, szansy na sukces zawodowy.

Abstrahując od tego, że Niemcy szukają w ten sposób drogi do amerykańskiego sukcesu gospodarczego, który jako państwo wielokulturowe chcą skopiować w sercu zjednoczonej Europy – to ma być nowy obraz Niemiec na miarę XXI wieku. Obraz, który zastąpi ten inny – z XX wieku. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Obojętnie, jak daleko pozycja Merkel zostanie osłabiona wewnętrznymi dyskusjami – ona wyjdzie z tej walki zwycięsko. Alternatywy bowiem nie ma. Nikt nie bedzie strzelał do bezbronnych emigrantów, ani nie da im zamarznąć. Do tego – Niemcy potrzebują siły roboczej, a muzułmanie z Syrii są zazwyczaj pracowici, „ucywilizowani” i całkiem dobrze wykształceni.

Polska nie powinna Niemcom w tym przeszkadzać, warto mieć takiego sąsiada – choć będzie on drenował fachowców z państw ościennych – niemniej jednak musi sama przemyśleć, jak aktywnie kształtować swój obraz na tym tle. Czy ma to być obraz ksenofobiczny – tak jak w owym słynnym już niestety filmie to przedstawiono AK-owców – czy też obraz państwa i narodu otwartego na inne kultury i narodowości , na miarę tradycji jagiellońskiej, na miarę prawdziwej natury Polaków i na miarę nauki Jana Pawła II!

Trzeba przy tym zwracać uwagę na każde słowo wypowiadane publicznie, w tym szczególnie przez liderów największych partii politycznych.

Proszę wybaczyć tych parę uwag, nasuwających się komuś, kto postrzega Polskę z pewnego oddalenia.

Z wyrazami szacunku

Dr med. Bogdan Miłek,
przewodniczący Kongresu Polonii Niemiekciej
– Pana wyborca w wyborach prezydenckich w roku 2010-

Obrazki z Iranu (3) – góry

Adam Slaski

Tochal

6 października

Teheran otaczają góry Alborz. Właściwie to jest górskie miasto, bo różnica wysokości między centrum a północnymi dzielnicami wynosi kilkaset metrów. Taka sytuacja powoduje oczywiście wiele zabawnych sytuacji, bo pogoda w centrum jest zupełnie inna niż odległych dzielnicach. Uniwersytet jest położony na północy i może tam szaleć burza śnieżna, a niefrasobliwi studenci przyjeżdżają w lekkich ubraniach, bo kilka stacji metra dalej trwa ciepła jesień.

tochalII (2)Udałem się więc na samą północ miasta, a następnie ruszyłem w góry. Początkowo szlak otaczały z obu stron restauracje, takie tradycyjne, w których herbatę pije się, półleżąc. Trwało to dość długo, zastanawiałem się, czy na pewno idę dobrą ścieżką, bo wcale nie wyglądało to na trasę wędrówkową. Z trasą w ogóle był problem, bo nie potrafiłem zlokalizować swojej pozycji na mapie. Ta z trudem zakupiona mapa pokazywała panoramę gór, nie jestem do takich map przyzwyczajony i słabo się w niej orientowałem, ale żadnej innej nie udało mi się dostać pomimo długich poszukiwań. Restauracje wreszcie się skończyły, ja natomiast zrobiłem się głodny. Doszedłem wreszcie, po jakichś 2,5 godzinach marszu, do schroniska, które okazało się zamknięte. Ten moment mógł być końcem wędrówki, gdyby nagle z za zakrętu nie wyłoniła się para turystów. Byli to, jak sądzę, dziewczyna i wynajęty przewodnik. Oboje Irańczycy, mówili bardzo dobrze po angielsku, wyjaśnili mi, gdzie na prawdę jestem i że schronisko jest godzinę drogi w górę i jest z całą pewnością otwarte.

tochalRuszyłem zatem w górę, a przede mną były liny i poręcze. Podejście było ciężkie, droga prowadziła przez skały, właściwie była to wspinaczka. Nie znam w polskich górach schroniska, do którego byłoby tak trudno dojść. Wreszcie dotarłem na miejsce, do schroniska Shirpala. Bardzo duży budynek, cztery piętra, nie widziałem wszystkich pokojów, ale zgaduję, że łóżek było ponad 50, być może koło setki. Kiedy przyszedłem wszystko poza jadalnią i meczetem było zamknięte, potem objawił się pracownik, otworzył mi sypialnię i powiedział, że restaurację otworzy o ósmej (była piąta).

tochalII (4)W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z innymi podróżnymi. W jadalni poza mną siedziała para młodych Irańczyków i jeden samotnik. Para okazała się bardzo sympatyczna, poczęstowali mnie herbatą z termosu i pożartowaliśmy razem, nie mówili niestety ani słowa po angielsku. Samotnik znał angielski, ale nie był w najmniejszym stopniu skory do rozmowy.

Jak pożartowaliśmy, skoro nie znali anielskiego? Otóż w Iranie obowiązuje specjalny rodzaj etykiety, zwany tar’ouf. Działa to tak, że jeśli nie chcesz się czymś dzielić, to i tak musisz zaproponować, ale takiej propozycji nie wolno przyjąć. A jeśli czegoś oczekujesz, musisz odmawiać i ustąpić dopiero po dłuższych targach. To zdarza się podobno nawet w supermarketach: kasjerka mówi “proszę nie płacić, to drobnostka”, klient na to “ależ chętnie zapłacę” i tak się bawią. Ale spróbuj powiedzieć “zgoda” i wyjść nie płacąc – od razu wezwą policję.

A więc ja zacząłem odmawiać, jak gdybym sądził, że herbata, którą mnie częstują to tar’ouf, a ich ubawiło, że już poznałem zwyczaje ich kraju. Rzecz jasna nikt przy zdrowych zmysłach nie uprawia tar’ouf z turystami.

Rzeczą wartą wspomnienia jest, że powyżej schronisk hidżab nie obowiązuje. To znaczy obowiązuje, ale obowiązek ten jest powszechnie ignorowany. Dziewczyny, które spotkałem, nie udawały nawet, że mają jakiś symboliczny hidżab, chusteczkę, czy coś podobnego. Chodziły z gołą głową albo w czapce z daszkiem.

Otwarto wreszcie restaurację i okazało się, że na kolację można zamówić fasolę z puszki podgrzaną w mikrofalówce. Zjadłem z pokorą tę mało apetyczną potrawę, ale z trudem zachowałem powagę, gdy “kucharz” zapytał mnie na koniec “was it delicious?”

tochal (1)Rano po śniadaniu ruszyłem w drogę na szczyt. Według kucharza czekały mnie 3-4 godziny podejścia, według turysty-samotnika – pięć godzin. Na szlaku poza mną nie było zupełnie nikogo, Irańczycy tłumnie ruszają w góry w weekendy, ale w ciągu tygodnia nie spotkasz żywej duszy. Na trasie nie było już więcej skał, jedynie prosta droga przez kamienie i osty. Gdy ścieżka wyprowadziła mnie na grań zrobiło się chłodno i założyłem polar. Miałem ze sobą sporo ekwipunku: kurtkę przeciwdeszczową, śpiwór, matę samopompującą i płachtę biwakową. Oczywiście, żadna z tych rzeczy mi się nie przydała.

tochalII (3)Na szczyt dotarłem po 4 godzinach, co uznałem za niezły wynik. Szło mi się znakomicie, rozrzedzone powietrze tym razem w ogóle mi nie przeszkadzało – być może zaaklimatyzowałem się, śpiąć w Shirpali na wysokości około 2900 m n.p.m. Tochal liczy sobie 3962 m, czyli jest to kolejny prawieczterotysięcznik w mojej karierze.

tochal (2)Widoki na szczycie rozczarowały mnie, gdyż nad Teheranem unosił się smog, który ograniczał widoczność, a góry Alborz zasłaniała mgła. Gdy robiłem zdjęcia, objawił się nagle goprowiec, który bardzo się zdziwił, że ktoś wybrał się na Tochal w tygodniu i wyjaśnił mi, że dobra widoczność jest jedynie o świcie i musiałbym nocować na górze, żeby zobaczyć Damavand – najwyższy szczyt Iranu.

tochalII (1)Goprowiec posługiwał się perfekcyjną (na ile mogę ocenić) angielszczyzną i zupełnie nie miał irańskiego akcentu. Sądzę, że musiał wychować się w USA, albo pochodzi z zamożnej rodziny, która zapewniła mu bardzo staranne wykształcenie.

Na Tochalu wytyczone są trasy narciarskie, są tam liczne wyciągi i kolejka linowa. Goprowiec poradził mi, bym z niej korzystał, ale okazało się, że z powodu małego ruchu zamknięto dziś wcześniej. Czekały mnie więc 2000 metrów zejścia okrężną drogą, która omija skały, ale za to ciągnie się niemiłosiernie.

Po południu spotkałem bardzo miłego Irańczyka, z którym razem schodziliśmy przez kilka godzin, rozmawiając na migi. Pan znał tylko podstawowe zwroty po angielsku (mówił za to po francusku i arabsku, ale ja nie znam żadnego z tych języków). Dowiedziałem się jednak, że ma 44 lata, dwoje dzieci, jest prawnikiem, oraz że był gruby, ale schudł dzięki sportom. Razem zeszliśmy do dolnej stacji kolejki. Stamtąd metrem dojechałem zmordowany około 21 do mieszkania Shayena.

tochalII

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada.  Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 r. Meir… został uznany przez wielu za “objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Reblog: Wychowanie patriotyczne (1)

Mirka

Piosenki harcerskie

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jaką propagandą i jakimi tekstami karmiono przedwojenną młodzież, że potrafiła, wbrew wszelkiej logice, walczyć tak dzielnie z nazistami i oddawać w tej walce swoje młode życie?

Ja przed wojną byłam dzieckiem nie młodzieżą, ale i mnie “karmiono” patriotycznymi tekstami. Nieważne jakie to były teksty, jaką miały treść, ale ważne jak były podane.

Powojenny PRL głosił hasła państwowotwórcze (okropne słowo), głosił je w nudnych przemówieniach na wiecach i masówkach, na które ludzie przychodzili nie z własnej woli i potrzeby serca i rozumu, lecz ich po prostu spędzano. Powtarzano tam te same slogany, które wszyscy znali na pamięć i umieli sami powtórzyć bez zastanowienia. Dobrze, ze bez zastanowienia, bo w tych sloganach i hasłach były puste, czasami niezrozumiałe słowa.

Przedwojenna “propaganda” dla młodzieży była atrakcyjna, podana w sposób ciekawy, bo w treści wierszy i piosenek z dobrą, wpadającą w ucho melodią, która pomagała zapamiętać i zrozumieć treść.
Mam część tych tekstów zapisanych z pamięci i jak zwykle nie znam ani autorów ani kompozytorów, ale jak Was znam, to w internecie znajdziecie potrzebne nazwiska, a może nawet i melodie…
Dziś słowa pierwszej piosenki, którą można raczej nazwać pieśnią, bo jest bardzo patetyczna.

Myśmy przyszłością Narodu
pierś nasza pełna jest sił
dążmy do wolności grodu
naprzód, lecz nigdy w tył!

XXXXXLaurami przystrójmy głowy
XXXXXnie znajmy w życiu swym trwóg,
XXXXXpolskiej ojczystej nam mowy
XXXXXnie wydrze żaden wróg.

Zdobądźmy skrzydła sokole,
nauce poświęćmy czas,
a światłość zdobytą w szkole
nieśmy do ludu mas!

XXXXXLaurami …

***

Zgodnie z sugestią autorki znalazłam w internecie i tę piosenkę, i kilka innych, i nader patriotyczny filmik o harcerzach z roku 1935.
W cztery lata później zapewne wszyscy ci chłopcy stanęli do walki z Niemcami, a wielu z nich zginęło.

O samej piosence wszystkie źródła internetowe zgodnie twierdzą, że jest to polska przedwojenna pieśń marszowa, lata powstania i autor nieznany…

 

Gdzie jest ten dom…

Krystyna Koziewicz

Czas nie zaciera śladów

A dom wciąż stoi…

…i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.”

Zwłaszcza, że czas nieubłaganie pędzi i z każdym krokiem, jak to mówią, ”zbliża nas do wieczności”…

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

Dzisiaj myślę o tym z wielkim sentymentem i czułością, a moje wewnętrzne dziecko przeżywa renesans.

Przewrotność losu… A może dar?

Tak się złożyło, że los rzucił mnie do miasta. Najpierw do Opola czyli stolicy polskiej piosenki, a gdy już byłam na emigracji, zamieszkałam w stolicy kraju graniczącego od strony zachodniej z Polską. Jakby na to nie patrzeć – miasto odebrało mi zieleń, która w dzieciństwie była moją oazą. To, co wypełniało całą prawie moją życiową przestrzeń, tu, w mieście, znajdowało się zaledwie pomiędzy blokami mieszkalnymi albo w parku. Czy moim losem rządził bardziej przypadek, że tak się stało, czy konieczność? Może tak właśnie miało być?! Może to przeznaczenie?! Sama nie wiem… Ale wiem na pewno, że nie wolno licytować się z losem, bo ponoć to, co zostaje nam dane, należy przyjąć takim, jakie jest, bowiem życie to szkoła pokory.

W moim berlińskim mieszkaniu sporo na regałach pamiątek, ale najważniejsze są fotografie mamy, dzieci, wnuczek… Mam ich na wyciągnięcie ręki i czuję, jak płynie od nich dobra energia, a zło tego świata przestaje mnie dotyczyć. Są przy mnie i we mnie, ale czasem to za mało. Chciałoby się ich dotknąć, przytulić… Ale to niemożliwe, więc uciekam we wspomnienia, bo tam są naprawdę.

Śladem wspomnień…

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

Rozmaite drogi prowadzą do wsi, gdzie znajduje się NASZ dom, ale ja zazwyczaj wybieram jazdę autobusem. To wielki komfort, móc rozsiąść się przy „panoramicznym” oknie i do woli kontemplować mijane widoki, przydrożne kapliczki i krzyże, wieże kościelne, mosty, rzeki….

Trasa wiedzie przez Śląsk i Małopolskę – region bogaty w bujną zieleń lasów i łąk, a więc to, co kocham od zawsze.

W tych stronach czuję, że jestem u siebie. Inaczej niż na obczyźnie, gdzie jestem wygnańcem bez ziemi, bez cioci, wujka, brata, kuzynki, bez pola, ogrodu i łączki…

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Coroczne spotkania z krewnymi ojca i mamy są dla mnie bezcennym źródłem wiedzy o czasie, który bezpowrotnie minął. Siostra mamy lubi opowiadać o swoich przeżyciach z lat wojennych i powojennych, także o skomplikowanych losach mojego taty i mamy. W ten oto sposób dowiedziałam się, że w czasie okupacji moi rodzice ukrywali w piwnicy Żydówkę. Narażali tym samym życie, a przecież ponad tym!
Po wojnie jak przez mgłę pamiętam przychodzące do nas paczki z Izraela. Dopiero teraz kojarzę, że mógł to być gest podzięki tej OCALONEJ. To jedna z wielu tajemnic, które rodzice skrzętnie przed nami skrywali. Inne odkrywam przypadkiem i chowam na dnie serca, by nikt mi ich nie odebrał. Nie wiedziałam na przykład, że mój ojciec urodził się w Ameryce. Przyjechał do Polski z rodzicami w odwiedziny i wybuch II wojny światowej uniemożliwił im powrót za ocean. Szczegółów tej sprawy nie znam, ale oczami wyobraźni widzę to, co mogło się wtedy dziać… Wszystko to wchłaniam jak gąbka wodę i obiecuję sobie, że następnym razem zrobię wszystko, by dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiem.

Z ciotkami i kuzynkami czas upływa w przyjaznej atmosferze; śmiejemy się, opowiadamy sobie o sukcesach, radościach, żalach i planach na przyszłość. Jak zwykle, gdy tu przyjeżdżam, zakotwiczam się u brata. Ma fantastyczną żonę, gościnną i pełną poczucia humoru. W ich domu czuję się znakomicie. Wybudowali go w Krynicy Dolnej nad strumykiem, gdzie łaziłam sobie po krystalicznie czystej wodzie oddając się marzeniom. Teraz wody tyle co na lekarstwo i przerażenie mnie ogarnia, gdy patrzę jak nie tylko ta rzeka ale w ogóle rzeki znikają nam z oczu.

Uwielbiam wylegiwanie się na trawie i pogaduszki z bratem przy piwku. Łączy nas sentyment do domu, który nas wykołysał i wykarmił. Nie ma końca wspomnieniom. Często też, kiedy domownicy wybierają się do pracy, ruszam w drogę z aparatem w ręku odwiedzić ciocię w Grybowie, wujka w Kąclowej, kuzynkę na Równiach i dom w Białej Wyżnej.

Odwiedziny u ciotki, która od urodzenia mieszka w naszej CHAŁUPIE, są mi najbliższe, bo przecież to miejsce mojego dzieciństwa. Nie można tam dojechać ani samochodem ani rowerem, więc nie pozostaje nic innego, jak dreptanie na piechotę, co zresztą uwielbiam! Dawniej ciężko było stąpać po wyboistej, pełnej kamieni dróżce, dzisiaj to przyjemność, chociaż, przyznam, niekiedy dostaję zadyszki. Młoda już nie jestem (duchowo, a jakże!) a tu trzeba się wspiąć, tu coś przeskoczyć, równocześnie łapać oddech i równowagę… Oj, nie jest łatwo! By dostać się na drewniany mostek, pod którym płynie rzeczka – Białka, trzeba przecisnąć się przez krzaki, co już mniej mi się podoba. Jej kamieniste koryto w niczym nie przypomina rzeki. Zarośnięte jest dziką roślinnością, a wody w nim tyle co na lekarstwo. Ale dawniej bywało groźnie, bo ta, zdawałoby się, niepozorna „żmijka” siała postrach wśród okolicznych mieszkańców. Wystarczyły tylko trochę obfitsze opady, a wylewała i podtapiała wszystko, co napotykała na drodze. Gospodarze w takich chwilach zapalali w oknach gromnice, by w magiczny sposób oddalić od siebie niebezpieczeństwo powodzi.

Jako dziecko chlapałam się w niej nieustannie i wygrzebywałam kolorowe kamyczki do gry w kostki. Było tak fajnie… tak spokojnie i bezpiecznie…

Po drodze mijam już nie jakieś tam chatki-bidule, ale wymyślne architektonicznie murowane domy z tarasami, balkonami, wysokimi płotami, ogrodami pełnymi drzew owocowych, warzyw i kwiatów. Z podwórek dochodzą znane mi gdakania kur, pianie kogutów i szczekanie psów. Odbieram ową bliskość zwierzęcego towarzystwa jak swoiste powitanie. Jeszcze chwila, a stanę oko w oko z przeszłością. Jeszcze tylko parę kroków i… jestem!

Ot, stoi sobie samotnie ten mój poczciwy „staruszek-dom”, który z racji sędziwego wieku jest nieco pochylony, jakby chciał się położyć na zielonej trawie i wreszcie odpocząć… Wisząca na sznurach pościel i dymiący komin upewnia mnie, że zastałam ciotkę w domu. Zanim zapukam do drzwi, muszę przejść koło drewnianego płotu oplecionego pędami fasoli i grządek, gdzie aż nos wykręca od unoszących się w powietrzu koperkowo-cebulowo-pietruszkowych aromatów. Wokół chałupy, jak za dawnych czasów, zalegają sterty porąbanego drewna do palenia w piecu. Na pierwszy rzut oka widać, że czas w tym miejscu dawno się zatrzymał…

chalupaTu mieszkałam…

W CHAŁUPIE mieszka ciotka Helena. Gdy rodzice się wyprowadzili, Ciotka zostawiła w świętym spokoju wyposażenie domu. „Żadnych przemeblowań!”- oświadczyła. Być może dlatego, by graty przy przesuwaniu rozleciały się w drobny mak. Owszem, jest czysto, dużo kwiatów na oknie, ale jakoś bardzo ubogo i smutno. Aż serce ściska z żalu….

Ciotka okazuje zaskoczenie i zakłopotanie zarazem. Czuje się niezręcznie, „nie ma nic do poczęstowania”… Uspokajam ją, mówiąc, że nie oczekuję wielkiej gościny, chcę tylko popatrzeć na okolicę, dotknąć mebli w izbie i usiąść przy stole w kuchni. Jak zwykle kieruję rozmowę ku przeszłości, bo to mnie interesuje, a wiem też, że i ciocia uwielbia te pogaduszki. Mam czasem nawet wrażenie, że kiedy zaczyna wspominać, w sekundzie młodnieje…

Przyznaje, że ona i całe jej siedlisko oderwane jest całkowicie od cywilizowanego świata, ale już się z tym pogodziła. „Czy tak do końca?” – myślę. Przecież dostrzegam w jej oczach skrywany żal… Robi mi się smutno i nie wiem, co zrobić, bym nie musiała udawać.

Wiem dobrze, że ciotka nigdy nie pracowała. Utrzymywała się jedynie z roli, stąd brak renty. Dni spędza na pracy w ogródku, bo to jej jedyny żywiciel! W przeszłości było łatwiej, chowała krowę, świnię i kury, ale pieniędzy i tak wystarczało tylko na podstawowe potrzeby. O remoncie domu czy wyposażeniu go w przedmioty ułatwiające prace domowe mogła tylko pomarzyć. A przecież, mimo tej wielkiej biedy, to właśnie dzięki ciotce cała ojcowizna przetrwała.

Ciotka nie wyrzuciła mebli, a w sieni wciąż stoją te same miski do mycia i te same wiadra na wodę. Swego blasku nie straciły też wiszące w kuchni makatki z wyszytymi słowami: „Gość w dom, Bóg w dom”. Nad piecem węglowym rozpoznaję mamusine chochle do zupy, warząchwie, wieszak na pokrywki, garnki, a nawet metalowe kubki. Są chwile, że nie mogę uwierzyć w to, że te przedmioty wciąż istnieją. To, że są i ja je pamiętam, jest świadectwem mego istnienia w tym miejscu. To takie nieprawdopodobne! Właściwie, to powinnam ciotkę pod niebiosa wychwalać i nagrodzić za to, że choć nieświadomie, ale jednak… uchroniła pamiątki rodzinne, które inni mogą dzisiaj oglądać jedynie w skansenach. Ja nie muszę!

Chciałoby się tu istnieć bez reszty…

Aż trudno pojąć, ile ten dom mieści w sobie przeżyć i wspomnień…

W moim maleńkim domu były zaledwie dwie izby. W tej dużej, gdzie spali rodzice, wciąż stoją te same drewniane łóżka, a na nich puszyste pierzyny i wielgachne poduchy. Sienniki pachną świeżutkim sianem… „To z tegorocznych zbiorów” – mówi ciocia, a ja odgrzebuję w pamięci ten zapach sprzed lat i widzę, jak nieustannie toczyłam z rodzeństwem walkę o to, kto dostąpi zaszczytu spania u boku taty i mamy. Kto miał pecha, musiał spać w izbie, która nie była ogrzewana.

Nad łóżkiem, w tym samym miejscu co przed laty, wisi portret ślubny rodziców. Zdjęcie mocno retuszowane, ale bardzo bliskie memu sercu, bo zatrzymało w czasie chwilę szczęścia rodziców. Niestety, nie było dane jej trwać, rodzice rozeszli się, gdy najmłodszy brat miał trzy, ja siedem, a najstarszy trzynaście lat. Ojciec był surowy, już na ślubnym zdjęciu widać tę surowość, natomiast mama była piękna i wygląda na oazę spokoju. Miała 18 lat, kiedy wychodziła za mąż, za wdowca z dwojgiem dzieci. Na głowie pełnej fantazyjnych loków miała koronkowy welon przepasany wiankiem mirtowym, co zgodnie z tradycją miało oznaczać, że wstępuje w związek małżeński jako niewinna panienka. Nigdy nie zapytałam mamy, czy za wiankiem mirtowym kryła się prawda…

W pokoju zachowało się duże lustro, w którym jako dziewczynka przeglądałam się i stroiłam śmieszne miny. Lustro odbijało moje wydumane role, które próbowałam grać. Lubiłam te przebieranki i udawanie to lekarza, to sklepowej, a czasem nawet zakonnicy. Byłam wtedy w swoim żywiole!

Na ścianach, tuż obok łóżka, nadal wiszą obrazy święte, przed którymi każdego wieczoru odmawialiśmy pacierz. Z boku izby wciąż stoi ciężka trzydrzwiowa szafa, którą ojciec zamykał, a klucz chował w kieszeni spodni. Zawsze ciekawiło mnie, jakież to skarby skrywa, ale ojciec nikomu nie pozwalał tam zaglądać. Tylko czasami udawało się nam ukradkiem zerknąć przez dziurkę od klucza, ale nic poza ułożoną w kostkę pościelą, koszulami i ubraniem rodziców ojca nie odkryliśmy. A szkoda, bo lubiłam tajemnice…

Na jednej ze ścian wciąż stoi ten sam piec do którego przytulałam się, by ogrzać zmarznięte ręce i plecy, kiedy za oknem szalała śnieżyca. Nie do wiary, że jeszcze działa! Tuż za szafą mieści się okno, do którego nigdy nie było dojścia, ponieważ drogę zagradzał stolik z kwiatami, a na środku izby ciągle stoi kwadratowy stół z białym obrusem i czterema krzesłami. Na stole świecznik metalowy i krzyż z Chrystusem. Wspomnę jeszcze zimną izbę, która była najbardziej ponurym pomieszczeniem. Mieściła w sobie stare, zawilgocone kanapy i dlatego mało kto lubił tam przebywać. Niewiele się pod tym względem zmieniło. Obydwie izby nadal przedziela sień, gdzie stoją wiadra, skrzynie, worki, kosze na warzywa, owoce, węgle i odpadki. Cioci to nie przeszkadza i nie chce niczego zmieniać. Mnie też to nie przeszkadza. Jakże by mogło, przecież to moje miejsce w którym żyłam…

Każdy ma swoją prawdę…

No cóż, lubię ten dom, który mnie wykołysał i wykarmił. Nieustannie do niego powracam i powracać będę, jak długo to będzie możliwe, bo dla mnie to ważne, by wciąż czuć oddech przeszłości.

Tutaj są moje korzenie i mimo tego, że nie mieszkam w tym domu od ponad 50 lat, to miejsce wciąż wiele dla mnie znaczy.

Jestem wdzięczna cioci za to, że uratowała NASZĄ CHAŁUPĘ od zapomnienia, a losowi, że wciąż pozwala mi na powroty, których nigdy nie mam dość. Bo kiedy tu jestem, cieszy mnie wszystko i chce mi się żyć. Krewni nie podzielają mojej fascynacji, mi to jednak nie przeszkadza. Wciąż przeżywam radość i podziwiam nawet to, co dla innych jest brzydkie.

„A co, u was nie ma ładnych widoków”? pytają czasem miejscowi.

krysia i chalupa

Zawód doznany od przyjaciół

Ewa Maria Slaska

Muszę się Wam poskarżyć na moich nieznośnych współblogowiczów. Nie piszą! No, po prostu nie piszą! Jeden – rozumiem, zdarza się, dwóch, no dobrze, dwóch jednocześnie nie ma weny, może też się zdarza, ale trzech, czterech… Potem jedna, i jeszcze jedna… Nawet mają tematy, ale jakoś im nie wychodzi. Na przykład pracują, tak jakbym ja nie pracowała. Mają wnuki, tak jakbym ja nie miała. Zimno, pada, jesień, tak jakby mnie nie padało, nie było zimno i jesiennie (choć to to ja akurat bardzo lubię). Piszą swoje – ja też! Mają gości, remonty i wyjazdy, a ja przecież też mam gości, i remonty, i wyjazdy…

No nie, nadojadło mi, albo się moi drodzy współblogowicze (a i Czytelnicy, którzy dotąd nie pisali – nieustannie zapraszam!) pozbieracie i zaczniecie coś przysyłać, albo na święta w prezencie pod choinkę skończymy tę zabawę… Miną dokładnie trzy lata – będzie prawie 1200 wpisów, co oznacza minimum 2400 godzin mojej włożonej w to pracy, sto, przepraszam, dób…

I to by było na tyle.

A na razie wyjaśnię tytuł, bo może nie wszyscy pamiętacie, a może nawet nikt nie pamięta. To William Saroyan, opowiadanie z tomu Chłopiec na lotnym trapezie i inne opowiadania, wydanego po polsku po raz pierwszy w Czytelniku, w serii Nike w roku 1961, ale naprawdę starszego niemal o 30 lat. Chłopiec… był debiutem Saroyana, wydano go w roku 1934. Saroyan urodził się w roku 1908, miał 26 lat, gdy nagle dzięki temu debiutowi stał się niezwykle popularny. Autor blurba umieszczonego na polskim wydaniu z roku 1968 napisał, że…

…świat, przedstawiany przez pisarza, jest pociągający, a bohaterowie są przeważnie ludźmi dobrymi, uczciwymi, o wspaniałych, wrażliwych sercach. Wiele opowiadań ma charakter autobiograficzny, przedstawia scenki z dzieciństwa autora, prezentuje groteskowe, komiczne postacie jego rodziców i znajomych, malowane z wielką miłością i sentymentem, a często i humorem.

Wikipedia uzupełnia tę konstatację informacją, że akcja opowiadań umiejscowiona została w latach Wielkiego Kryzysu, a bohaterami byli zwykli ludzie, biedni i głodni, którzy jednak nie tracili ducha i optymistycznego spojrzenia na świat.

Zawód doznany od przyjaciół sprawia, że autor decyduje się sam o sobie napisać pieśń pochwalną, bo przyjaciele, którzy mogli i powinni to byli zrobić, po prostu zawiedli…

Innym się lepiej trafiło. Tytułowy chłopiec na lotnym trapezie to linijka z piosenki amerykańskiej o słynnym w XIX wieku francuskim cyrkowcu – Jules Léotard:

He’d fly through the air with the greatest of ease,
That daring young man on the flying trapeze.

Léotard, z wykształcenia prawnik, był fenomenalnym akrobatą, wynalazcą akrobacji na trapezie, a występował w wymyślonym przez siebie jednoczęściowym kostiumie z dzianiny, który do dziś nazywa się leotard i jest praojcem wszystkich dzisiejszych kostiumów kąpielowych, również tych używanych na scenie. Podobno robił niezwykłe wrażenie na kobietach… No, ja myślę.

Ania Zając napisała na blogu o modzie Vumag.pl:

Leotard to jednoczęściowy, obcisły ubiór okrywający tors oraz często również ręce. Nogi pozostawia odkryte, choć zdarzają się też modele z krótkimi nogawkami. Wyglądem przypomina kostium kąpielowy lub body, które zresztą wzorowane były właśnie na nim.

Nazywany bywa też trykotem – od dzianiny o splocie kolumienkowym, wykonanej z wełny, bawełny lub jedwabiu, czyli trykotu – z której kiedyś był szyty. Strój ten noszony jest głównie przez gimnastyków, akrobatów i tancerzy, najczęściej w połączeniu z rajstopami lub legginsami. Leotard został wynaleziony przez Julesa Leotarda – żyjącego w drugiej połowie XIX wieku francuskiego akrobatę. I choć spopularyzował on ten strój, jego imieniem zaczęto nazywać go dopiero pod koniec XIX wieku, już po śmierci akrobaty. Na początku XX wieku leotard noszony był głównie podczas pokazów akrobatycznych oraz w cyrku. Dopiero w latach 50-tych zaczął być traktowany jako wygodny element stroju sportowego. Największa popularność trykotu przypada jednak na lata 80-te, kiedy to pojawiła się moda na aerobik, a Jane Fonda – ubrana oczywiście w leotard – wydała kasety video z ćwiczeniami dla kobiet. Strój ten stał się wtedy tak atrakcyjny, że na chwilę wszedł nawet do mody ulicznej.

Sam Léotard zmarł w wieku 32 lat, prawdopodobnie na ospę.

I po co ja Wam to wszystko piszę? Po nic. Tak sobie, żeby zapełnić puste miejsca po tych, którzy nie mogą nic napisać, bo nie mają weny, sceny, czasu i atłasu. Leotarda też nie mają…