Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Reblog: Varsaviana

Anna Dobrzyńska

będzie we wtorki co dwa tygodnie pisała o Warszawie. Na moją prośbę zaczyna jednak od tego, że napisała dla nas coś o sobie:

Jestem warszawianką od pokoleń co nie oznacza, że od zawsze wiedziałam bardzo dużo na temat mojego miasta.
Każde miasto jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Ja – trochę przekornie – zainteresowałam się Warszawą kiedy mieszkałam i studiowałam w Anglii. Kraj dostojnej królowej, dwupiętrowych autobusów i mojego idola – Freddiego Mercurego pociągał mnie od zawsze, lecz dopiero na tle angielskiej rzeczywistości dostrzegłam to czego wcześniej nie zauważałam w mojej stolicy – jej wyjątkową historię, przejmujące losy mieszkańców, siłę. Po powrocie do Polski fascynacja Warszawą zaowocowała zrobieniem licencji przewodnika miejskiego, a Anglia zawsze będzie dla mnie krajem, który bardzo chętnie odwiedzę :). Prowadzę blog varsavianistyczny.

blog1_najstarszy widok Warszawy

Stolica

…Ze stolicami bywa różnie. W jednych krajach są one stałe i niezmienne, jak we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, w innych –  są przenoszone z miasta do miasta, na przestrzeni wieków jak chociażby w Rosji, Bułgarii czy Australii. Jeśli przyjrzymy się historiom państw, które lubią zmieniać stolicę, zauważymy, że największe doświadczenie w tej dziedzinie mają Chińczycy i …Polacy. A zatem łączy nas nie tylko upodobanie do muzyki Chopina 🙂

Droga do ustanowienia stołeczności Warszawy była długa, kręta i pełna wertepów.

Jak to wyglądało zatem?

Pierwszą stolicą było Gniezno. I była to stolica oficjalna. Lecz już na przełomie VIII/IX wieku rywalizowało ono z Poznaniem, który pełnił funkcję siedziby władców, lecz stolicą nigdy nie został. Gniezno umocowało swoją nadrzędną pozycję w czasie panowania dynastii Piastów, a w XV wieku Jan Długosz pisał:

„Jest wszystkich miast polskich matką”.

Nieco wcześniej, bo w XI wieku stolicą Polski został Kraków i formalnie aż do rozbiorów taką funkcję pełnił. Formalnie – bo wraz z zawarciem Unii Lubelskiej łączącej Koronę Królestwa Polskiego i Wielkiego księstwa Litewskiego (1569 rok) tracił cechy miasta stołecznego, które powoli przejmowała Warszawa, stając się centrum politycznym.

blog1_Unia LubelskaX

Unia Lubelska, Jan Matejko, 1869

Dlaczego tak się działo? Otóż, zanim doszło do zawarcia Unii, polscy posłowie odbywali sejmy w Krakowie a litewscy w Wilnie. Po zawarciu porozumienia sejmy miały być wspólne – w Krakowie lub Wilnie. To spowodowało zatargi pomiędzy szlachtą polską i litewską ponieważ po pierwsze każdy chciał być gospodarzem a nie gościem, gospodarz jak wiemy, czuje się pewniej i ma silniejszą pozycję negocjacyjną, po drugie – długie podróże były dla posłów wyczerpujące. Między Wilnem a Krakowem jest 811 km, a w 16 wieku nie podróżowało się Intercity 🙂

Dlatego sejmy zaczęto organizować w Warszawie, mieście usytuowanym na szlaku Kraków-Wilno. Obrady odbywały się na Zamku – obecnie znanym jak o Zamek Królewski, wtedy był to Zamek Książąt Mazowieckich. Na początku XVII wieku król Zygmunt III Waza przeniósł się na stałe ze swoim dworem do Warszawy, zmieniając tym samym nazwę Zamku z „Książąt Mazowieckich” na „Królewski”.

Skąd taka decyzja króla? Po pierwsze centralne usytuowanie siedziby królewskiej ułatwiało zarządzanie krajem (w czasach gdy przekazywanie informacji odbywało się poprzez posłańców jeżdżących konno – znów odległość ma znaczenie :), po drugie – ze względu na odbywające się tu sejmy. Dodatkowym powodem przeprowadzki, była pasja i królewskie hobby Zygmunta III Wazy.

blog1_Kolumna Zygmunta

Kolumna Zygmunta III Wazy, ufundowana przez jego syna  – Władysława IV, stojąca na Placu Zamkowym, od 1644 roku

Otóż, na Wawelu miał on laboratorium, w którym wraz z chemikami przeprowadzał doświadczenia w celu wynalezienia sposobu produkcji złota. To spowodowało pożar zamku w 1595 roku. Zniszczenia na Wawelu dodatkowo zmotywowały króla do przeniesienia się wraz z dworem do Warszawy.

I tak w źródłach historycznych z I połowy XVII wieku odnajdujemy określenia miasta Warszawy jako: „Miasto Rezydencjalne Króla Jegomości” a w nieco późniejszych źródłach (II poł. XVIII) wieku) Warszawa określana jest jako: „Miasto Sejmowe”.

„Miastem Stołecznym” – Warszawa została po raz pierwszy nazwana w publicystyce towarzyszącej obradom Sejmu Wielkiego, (II poł. XVIII wieku), Sejmu czteroletniego, którego owocem była Konstytucja 3 maja. Warszawa w tym czasie spełniała już wszystkie funkcje miasta stołecznego, choć oficjalną stolicą jeszcze na dłuuugo pozostał Kraków.

Na ten zaszczytny tytuł Warszawa musiała czekać aż do czasu odzyskania niepodległości. 28 listopada 1918 Sejm zatwierdził ustawę, w której Stolicą Polski została Warszawa.

Tak to wyglądało w zarysie, o szczegółach napiszę w późniejszym czasie… 🙂

Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)– na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Obrazki z Iranu 8

shirazBAdam Slaski

Sziraz wysycha

13 października

Chodziłem dziś pieszo po mieście i sam widziałem, wyschniętą rzekę, usychający ogród Eram. A ten ogród ma 1600 lat i dotąd jakoś udawało się go zawsze nawodnić, więc jeśli teraz uschnie do reszty, to będzie historyczna porażka. Na zdjęciach ogród nie wygląda tak źle, ale gdy się przyjrzeć glebie – spękana i złakniona wody.

Widziałem też fort Karim Khan. Za tymi potężnymi murami ukryty jest ogród – podoba mi się to, że Irańczycy wiedzą, co warto chronić. Niestety także tego ogrodu nie uchronili przed suszą.

shirazA

shirazcSpotkałem przyszłego irańskiego milionera. Zapytałem człowieka o drogę, okazało się, że on jest Irańczykiem, ale wychowanym w Londynie i nie zna miasta szczególnie dobrze. Zna się za to na biznesie i postanowił rozkręcić w Iranie coś w rodzaju hostel world. Był ciekaw mojej opinii, więc poszliśmy na kawę i przedyskutowaliśmy jego pomysły. Generalnie wiadomo, jaki model biznesowy przyjąć, wystarczy kopiować istniejące pomysły z Zachodu. Dokładnie tak powstały polskie fortuny w latach 90. I nie mam wątpliwości, że ten gość też ma szansę się wybić, przy odrobinie szczęścia oczywiście.

O zachodzie słońca poszedłem do meczetu posłuchać śpiewu muezina i zobaczyć muzułmanów gromadzących się na wieczornej modlitwie. Było to bardzo piękne, słuchałem w skupieniu, aż tu nagle podeszła do mnie rodzina Irańczyków i się zaczęło – where are you from, mister – lachestan good – volleyball, kurek – iran good? widać nie mieli potrzeby wysłuchiwać muezina w skupieniu

Poszedłem na kolację do okienka z zupami. Obok hotelu jest taki punkt, gdzie ustawia się zawsze długa kolejka, a facet nalewa do pojemników pyszną i pożywną zupkę.

shirazZ

Halloween, Thanksgiving…

Halloween dopiero co minął, a już nadchodzi Thanksgiving (jutro!)  – dwa amerykańskie święta, potem będzie niemiecki Adwent, żydowska Chanuka i nasze chrześcijańskie święta z choinką, ale na razie wciąż jeszcze Ameryka

Joanna Trümner

Boston

„Po co im potrzebne moje odciski palców?“ – zastanawiam się, grzecznie dotykając czterema palcami miniaturowego ekranu, „A teraz kciuk” – mówi uśmiechając się do mnie młoda Meksykanka, pracowniczka urzędu emigracji USA, decydująca na lotnisku w Dublinie o tym, czy będę mogła wsiąść do samolotu do Bostonu. Stojący za mną teść, 84 lata, jest zwolniony z tej procedury. „W tym wieku już nie trzeba zostawiać odcisków palców” – informuje uśmiechnięta, sympatyczna Meksykanka, tak jakby chciała przeprosić mnie za to, że tylko osiemdziesięciolatkowie i dzieci nie są potencjalnymi terrorystami.

ameryka-boston

Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu Bostonu – jednego z najstarszych miast Stanów. Miasto ma przepiękne, historyczne części – eleganckie, zbudowane z czerwonej cegły domy, pełne przepychu kościoły, pierwszy uniwersytet Ameryki i równocześnie jeden z najbardziej elitarnych uniwersytetów świata – Harvard i duszę metropolii. Niewiele wiem o historii tego miasta, które odegrało tak ważną rolę w walce o niezależność Stanów. Dowiaduję się o Tea Party, masakrze w Bostonie, napływie niechcianych tutaj irlandzkich emigrantów, chodząc po prowadzącej przez historyczną część miasta Ścieżce Wolności (Freedom Trail). Zaskakuje mnie ilość młodych ludzi na ulicach i brak potomków niewolników, którzy po tam, jak w Massachusetts w roku 1793 zniesiono niewolnictwo, masowo uciekali do Bostonu.

Wieloryby

Jesteśmy w Maine, płyniemy statkiem po Atlantyku w poszukiwaniu wielorybów. Pani, sprzedająca nam bilety uprzedza, że morze jest burzliwe. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, patrząc na spokojną zatokę. Jednak w miarę pokonywanych mil morskich pogoda staje się coraz bardziej sztormowa. Zatrzymujemy się po prawie dwugodzinnej podróży. Statkiem trzęsie potwornie, rzuca człowiekiem po pokładzie. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. W momencie, kiedy przechodzi mi przez głowę myśl, że cały ten rejs to nabijanie turystów w butelkę, w odległości pięciu metrów od statku pojawia się wieloryb, patrzy na nas z zainteresowaniem, dając czas na zrobienie zdjęć i odpływa żegnając się fontanną wody.

Wszyscy pasażerowie gromadzą się na jednej stronie statku – morze jest tak niespokojne, że gdyby teraz ktoś wyleciał za burtę, nie byłoby żadnej szansy na wyciągnięcie go z wody. Moje czarne myśli o tym, że statek z wszystkimi pasażerami zgromadzonymi na jednej stronie pokładu przechyli się i zatonie, przerywa krzyk „na lewo!” W odległości kilku metrów od burty pokazują się grzbiety trzech wielorybów. Zwierzaki opływają dookoła statek i zanurzają się prawie synchronicznie w wodzie machając płetwami – wrażenie jest niesamowite – nigdy w życiu nie zbliżyłam się na taką niewielką odległość do tak wielkich i pełnych majestatu istot.

ameryka-wieloryby

W drodze powrotnej – fale nadal rzucają statkiem niemiłosiernie – udało mi się znaleźć miejsce siedzące na jednym z pokładów. Okropnie cierpię na chorobę morską. Przypomina mi się rada znajomego i koncentruję się na uporczywym wpatrywaniu się w linię horyzontu. Gapię się w tę nieruchomą linię, myśląc o tym, że mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Z dezaprobatą patrzę na trzyosobową rodzinę Chińczyków, która pokonana przez chorobę morską, przespała tą chwilę.

W drodze

Wiele godzin spędzamy w aucie, jeżdżąc po pięciu stanach Nowej Anglii – Massachussets, Maine, New Hampshire, Rhode Island i Vermont – ponad cztery tysiące przejechanych kilometrów i dziesiątki godzin spędzonych na oglądaniu wiosek i miasteczek z okna samochodu. Nie da się opisać kolorów Indian Summer – eksplozji różnych odcieni żółci, czerwieni i brązu i widoku wielkich liliowych pól – to nie wrzosy, to plantacje żurawin.

Przejeżdżamy kilometry nie widząc ani jednego domu przy drodze. Mijamy małe miasteczka z jednym lub dwoma kościołami, wśród których najbogatsze wrażenie sprawiają „Królestwa” świadków Jehowy, i cmentarze z miniaturowymi nagrobkami – przy prawie każdym stoi amerykańska flaga. Zaskakujące jest dla mnie to amerykańskie podejście do państwa, pełne dumy, zaangażowania i braku roszczeń. Na przykład akcja „adopt a highway”, w ramach której poszczególne odcinki autostrady sprzątane są przez kościoły, kluby, firmy, nikt nie czeka na to, że zrobi to państwo. Albo renciści, pracujący społecznie w centrach informacyjnych parków narodowych, z dumą opowiadający o swoim regionie.

Mijamy Berlin, Norway, Poland, Hanover, Paris – domyślam się, że nazwy te nadali pierwsi osadnicy z Europy, chcący uczcić w ten sposób swoje ojczyzny.

Obsługa w centrach informacyjnych jest tak uprzejma, że zapominam o umieszczonym na drzwiach zakazie wnoszenia broni do budynku. Trudno mi jest wyobrazić sobie sympatycznego Boba, którego przodkowie przyjechali zresztą z Polski, czyszczącego giwerę, zanim wyjdzie z domu.

Mjamy tak samotne zakątki, że dopuszczam jednak do siebie myśl, że mieszkańcy takiej np. „Least Travelled Road” („najmniej uczęszczanej ulicy” – autentyczna nazwa ulicy z jednym domem w Maine) zaraz po przebudzeniu się sprawdzają, czy broń jest jeszcze na miejscu.

A jednak miałam kontakt z bronią w Stanach. W przeddzień odlotu byliśmy świadkami strzelaniny w centrum Bostonu. Dotarliśmy tam zaraz po fakcie, kiedy na miejsce przyjechały już trzy samochody policji i dwie karetki pogotowia. Po powrocie do Berlina wstukałam do Googla hasło „strzelanina Boston listopad 2015” i otrzymałam przerażającą informację o tym, że w listopadzie codziennie się tu ktoś strzelał.

Praca

Smutnym widokiem są starsi ludzie, którzy zmuszeni są ciągle jeszcze pracować – nie społecznie, z nudów, jak to robi Bob, tylko z konieczności. Pani, u której płacę za dżinsy, ledwie trafia palcami w klawisze kasy – może mieć 75-80 lat. Starsi smażą frytki i hamburgery, sprzątają hotele, obsługują w restauracjach, sprzedają bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Starzy i bardzo młodzi wykonują wszystkie te niewykwalifikowane prace za kilka dolarów. W telewizji słyszę o tym, że bezrobocie w Stanach spadło do 5%, wszędzie można znaleść napisy „Hiring Now” (czyli „szukamy pracowników”) – jeżeli jeszcze tylko stoisz na nogach i wiesz, jak się nazywasz to możesz pracować.

Halloween

Dzisiaj mamy do pokonania 500 kilometrów – najdłuższy etap podczas podróży po Nowej Anglii. Znad Atlantyku w Maine w góry White Mountains w Vermoncie. Na śniadanie zatrzymujemy się w McDonaldsie. O tej porze jest dosyć pusto – przy jednym ze stolików siedzi grupa roześmianych rencistów, omawiających ostatnie szczegóły planowanej na wieczór party. Na jednym z krzeseł stoją dwie plastikowe torby z napisem Wallmart.  Do krzesła podchodzi bezdomny Murzyn, ubrany w czarną koszulkę ze śmiejącą się pomarańczową dynią. „Happy Halloween!” – mówi patrząc na nasze pełne talerze. Zabiera swój cały dobytek i udaje się do toalety.

Tablica informuje mnie o tym, że nasze śniadanie ma 1360 kalorii – czyli ponad połowę dziennego zapotrzebowania na energię. Po przeczytaniu tej informacji przechodzi mi apetyt, odchodzę od stołu zostawiając na nim talerz z naleśnikami „Happy Halloween!” Uśmiecham się do Dyni.

Hallowen prześladuje nas na każdym kroku – nie ma domu, przed którym nie stałaby dynia, niektóre ogródki przed domami zmieniają się w scenę, na której stoją figury zmarłych gwiazd show-biznesu.

ameryka-halloween

Moja córka, pracująca od kilku tygodni w Bostonie, spędza ten dzień w Salem. To niewielkie miasto na północ od Bostonu, znane z polowania na czarownice w latach 1692-1693. Ponad 200 osób oskarżonych zostało o „konszachty z dziabłem”, 20 z nich skazano. Miasto, w którym zresztą przez cały rok zwiedzać można domy czarownic, zmienia się w Halloween w wielką paradę miłośników tego święta. Córka opowiada nam potem o tej wielkiej party, pokazując zdjęcia adwokatów, bankierów, policjantów i nauczycieli poprzebieranych za dynie, Frankensteinów i szkielety.

„Mayflower”

Statek z pierwszymi osadnikami wyruszył z angielskiego Plymouth we wrześniu 1620 roku. Na pokładzie znajdowało się 102 pasażerów, którzy po 66 dniach spędzonych na morzu wylądowali w w Provincetown na Cape Cod. Podczas tej podróży urodziła się dwójka dzieci. Dzisiaj zrekonstruowany statek stoi w Plymouth w stanie New Hampshire. Nie po raz pierwszy zachwycił mnie amerykański sposób przekazywania widzom historii – tu aktorzy poprzebierani w oryginalne stroje z tamtego okresu opowiadają o powodach, dla których zdecydowali się opuścić Anglię, o politycznych konstelacjach w Europie i o podróży do Nowego Świata. Nie bombarduje się słuchaczy datami i nazwiskami, a fakty historyczne przemyca w formie anegdot i ludzkich emocji.

Pierwszą zimę koloniści spędzili na statku, który wrócił do Anglii w kwietniu 1621 roku. Po zejściu na ląd połowa kolonistów zmarła w ciągu roku z głodu i gdyby nie pomoc Indian nikt z pasażerów i załogi „Mayflower” nie przeżyłby kolejnego roku. Z pomocą Wampanoagów koloniści nauczyli się uprawiania ziemi, polowania i łowienia ryb. Pod koniec pierwszego lata spędzonego na lądzie w podziękowaniu Indianom koloniści obchodzili trzydniowy festyn dożynkowy, do dzisiaj obchodzony w USA jako tzw. Thanksgiving.

Nazwiskami pierwszych osadników z „Mayflower” nazwano wiele miast w Nowej Anglii.

Polityka

Wieczorami oglądam telewizję, wiadomości z Europy prawie nie ma, natomiast amerykańska kampania przedwyborcza zajmuje tyle miejsca, że mam wrażenie, że wybory są za miesiąc a nie za rok. Przez przeoczenienie kupuję sobie pasek z serii sygnowanej przez Donalda Trumpa – najbardziej kontrowersyjnego kandydata Republikanów na prezydenta USA, który doprowadza mnie do szału arogancją i szowinizmem. Muszę teraz chodzić z paskiem z podpisem tego durnia – a swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby pani Merkel albo którykolwiek z przywódców krajów Unii sygnował np. buty, spodnie albo kolekcje sukienek swoim podpisem.

American Way of Life

Podczas każdego pobytu w Stanach podziwiałam tą amerykańską umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu i grzeczne, pozytywne, czasami naiwne i dziecięce podejście do ludzi.

Ten luz czasami przybiera absurdalne formy – podczas śniadania w hotelach niejeden z gości siedzi w spodniach od piżamy.

Śniadania podaje się na talerzach z plastiku i je się plastikowymi sztućcami, zakupy pakuje się w sklepach w bezpłatne torby plastikowe – ilość zużywanego plastiku jest niewyobrażalna. W Massachussets zaczęto segregować butelki plastikowe i puszki – poza tym w Nowej Anglii nie istnieje żadna forma sortowania śmieci.

Josh, chłopak, który stuknął w nasze auto, jest przesympatyczny. „Zagapiłem się” – mówi rozbrajająco, informując równocześnie o tym, że jego samochodem nie musimy się przejmować, bo należy do mamusi, która jest na Florydzie. W ciągu dziesięciu minut wiem o nim prawie wszystko. Decydujemy się, że nie będziemy wzywać policji, na naszym samochodzie nie ma nawet śladu tej stłuczki. Na pożegnanie Josh podaje nam swój adres i adres mamusi na Florydzie (na wszelki wypadek) i z pewnym smutkiem mówi o tym, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć Paryż, Londyn i Berlin. Wyślę mu na Święta widokówkę z Berlina.

Festiwal piosenki natrętnej III

Tomasz Fetzki

Śmiech

Dziś będzie o natręctwie niemalże mistycznym. Wyrosłym, by tak to ująć, na enologicznym podglebiu.

Żyjemy w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej? Żyjemy. Jesteśmy spadkobiercami kultury grecko-rzymskiej? Jesteśmy. Należy to dziedzictwo kultywować? Należy. Toteż nie miejcie do Viatora pretensji o to, iż od czasu do czasu – nie za często przecież – kultywuje. Że przenosi swoją duszę utęsknioną do tych pagórków attyckich, drzewami oliwki porośniętych, by dołączyć do orszaku szlachetnego Dionizosa. By ująć krzepką dłonią tyrs. By w korowodzie menad i satyrów przemierzać w uniesieniu wzgórza i doliny Lidii, Frygii oraz Tracji!

Tyle, jeśli chodzi o Greków. A Rzymianie? Są i oni! Wszak pierwsi stwierdzili: in vino veritas! A prawda rzadko bywa radosna. Tym bardziej, że te smuteczki, które pragnął był Viator utopić, są, co już dawno ktoś dostrzegł, wybornymi pływakami. O czym się Wędrowiec wciąż na nowo, za każdym razem z naiwnym zdziwieniem, przekonuje. Nie on jeden. A każdy wyraża to inaczej, wszak z obfitości serca mówią usta. Może to być: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce, ojczyzna… albo coś zupełnie innego.

Niedawno – przed miesiącem zaledwie – podczas jednego z takich nostalgicznych misteriów dionizyjskich, usta Wędrowca wypowiedziały (tak to trzeba określić; nie sam Viator, ale coś w nim, poza jego wolą, powiedziało) słowa od wielu lat zapomniane, ukryte skrupulatnie gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mózgu: Nie umieraj, Pinokio! Skąd właśnie one? Dlaczego? Dionizos jeden raczy wiedzieć. Już samo to było tajemnicze, ale misterium miało trwać dalej. Pamięć, jakby uwolniona zaklęciem, zaczęła, zwrotka po zwrotce, wyrzucać z siebie tekst i melodię piosenki – precyzyjnie i bezbłędnie. Co jest o tyle niezwykłe, że ostatni raz słyszał Viator tę piosenkę (czy może nawet sam zaśpiewał) około trzydziestu lat temu. Od tego czasu, tak się złożyło, ani razu się z nią już nie zetknął.

Chce uwierzyć Wędrowiec, iż poczuł muśnięcie mistyki, ale nic z tego. Wie przecież, że to jedynie procesy biochemiczne, które uruchomił nieopatrznie w swych neuronach. Do bólu naturalne i doczesne, choć mimo to niezwykłe.

A piosenka? Od tamtego tajemniczego wieczora regularnie prześladuje Viatora. Nie ma w tym niczego dziwnego. Skoro tak dokładnie i długo przechowała ją pamięć, by teraz natrętnie podsuwać, należy przyjąć, iż utwór był i pozostał dla Pielgrzyma ważny. I tak jest w istocie.

Viator był młodzieńcem sympatycznym, lecz snobowatym; może nawet dość inteligentnym, ale na pewno niezbyt bystrym. O ile potrafi zrekonstruować swój ówczesny, sprzed trzech dekad, stan świadomości, musiałby chyba przyznać, że nie bardzo wiedział wtedy, kto jest autorem czy oryginalnym wykonawcą piosenki. Znał ją tylko z interpretacji starszych, obytych w świecie kolegów, którzy mu imponowali. Nieszczególnie też rozumiał jej treść. Ale mu to nie przeszkadzało. Ważny był nastój. Czysta poezja.

Czegoś się tam zapewne domyślał. Ale co może pojąć z życia oszczędzany przez nie dotąd nastolatek? Jednak to, co żółtodziób turysta przeczuwał zaledwie, Wędrowiec, który już przekroczył półmetek, rozumie znacznie lepiej – choć też nie do końca. Smarkacz mógł się niepewnie półuśmiechnąć, słysząc o umieraniu… Pinokia (no bo czemu Pinokia, u diabła?!) Pielgrzym, gdy słyszy – czemu żyć chcesz, Pinokio? – z kamienną twarzą doda: właśnie, dlaczego? Wie już przecież, jak bardzo złe potrafią być te dni i w jak długie, ponure korowody potrafią się ustawiać.

Teraz Viator rozumie, dlaczego właśnie Pinokio. I ma już świadomość, że w realnym świecie Wróżka rzadko zwycięża – znacznie częściej tryumfują Lis z Kotem. Szczerze mówiąc – tryumfują prawie zawsze.

Nie umieraj, Pinokio! Czternaście lat temu odszedł Pinokio, który napisał tekst. Nie żyje już dwóch spośród Pinokiów, wykonujących piosenkę, zaś trzeci też był bardzo blisko. My żyjemy! A miasto wciąż nam się śni.

Skąd wziąć na to wszystko siły? Autor podpowiada – z autoironii. Nie można pokonać przeznaczenia, trzeba je z twarzyczką zapłakaną wyśmiać. Na nic innego nie zasługuje.

Pinokio, jeszcze jedną noc trwaj! I jeszcze następną. Może doczekasz nocy prawdziwie mistycznej?

Zeszyty lektur

Pisałam już kiedyś o zeszytach lektur mojej Mamy. Teraz ten temat wraca. Może Czytelnicy też mają w kufrach i szufladach rodzinne zeszyty lektur i chcieliby się z nami podzielić opowieścią o nich.

Andrzej Rejman

“Dzienniki Lektury” Małgorzaty Hrebnickiej

1-2-3Malgorzata_Hrebnicka_ok_1914

Małgorzata Hrebnicka tuż przed I wojną światową. Fot. Stanisław Hrebnicki (ze zbiorów rodzinnych)

Małgorzata Hrebnicka (1889-1974) prowadziła regularne dzienniki przeczytanych lektur.

6._Dzienniki_Lektury_Malgorzaty_Hrebnickiej_1940

Mam wiele zeszytów z lat 1938-1970, w których skrupulatnie zapisywała swoje uwagi o przeczytanych książkach, opatrując je fragmentami, które ją zainteresowały lub poruszyły.

Zdjąłem z półki jeden z zeszytów (sygnowany jako “Dziennik Literatury – 7. X. 1940” ) i wynotowałem kilka fragmentów.

Jerzy Konrad Maciejewski “Pograniczne ogniska” (wyd. 1928, przyp.mój)

“…Największym szczęściem dla narodu polskiego i Rzeczpospolitej Polskiej byłoby przezwyciężenie w Polsce owej polityki nienawiści do innych narodowości.

Naród polski zyskałby na tem pod każdym względem. Rzeczpospolita nabrałaby siły i moralnego uroku. To kościół katolicki – w interesach Rzymu, to książęta kresowi – w interesach swoich majątków, to fabrykanci – w interesach swojego monopolu (… )stwarzają tę nagonkę nacjonalistyczną, i która może zgubić Polskę i ją deprawuje z każdym dniem coraz więcej…”

***

Z ciekawości sprawdzam kim był autor tych słów:

Jerzy Konrad Maciejewski urodzony w 1899 roku w Warszawie.

Dziennikarz, literat, żołnierz Wojska Polskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, uczestnik odsieczy Lwowa.

Mając kilka lat wyjeżdża wraz z rodziną na Ukrainę, w okolice Mariopolu, gdzie jego ojciec otrzymuje pracę w zakładach metalurgicznych „Russkij Prowidans”. Tam kończy szkołę podstawową i rozpoczyna naukę w gimnazjum. Po śmierci ojca w 1913 r. wraca wraz z matką i rodzeństwem do Warszawy. Pod koniec listopada 1918 r. wstępuje na ochotnika do tworzącego się wojska polskiego. Wraz z XIX pułkiem piechoty „Odsieczy Lwowa” walczy na froncie ukraińskim. W 1920 r. przeniesiony na front bolszewicki. Po zakończeniu działań wojennych w III 1921 r. występuje z armii. W 1924 r. żeni się z Erną Emmą Klikar, i przenosi z Warszawy do Łodzi. W 1928 r. nakładem wydawnictwa Gebethner i Wolff ukazuje się jego pierwsza powieść pt. „Pograniczne ogniska” (wydana pod pseudonimem: K. Jotemski). W 1930 r. wraca do stolicy i rozpoczyna współpracę z „Żołnierzem Polskim. Jest też pracownikiem Wojskowego Instytutu Naukowo-Wydawniczego. W 1938 r. ukazuje się jego następna książka pt. „Złota kotwica” oraz zbiór opowiadań „Siedem Opowieści: Cykl nowel z życia żołnierskiego” (Biblioteczka Żołnierza Polskiego). We wrześniu 1939 r. przedostaje się przez Zaleszczyki do Rumunii. Stamtąd udaje się do Francji, gdzie wstępuje do II dywizji Strzelców Pieszych. W VI 1940 r. internowany w Szwajcarii. Tam redaguje pismo dla internowanych żołnierzy. Po wojnie udaje się do Szkocji, gdzie wraz z całą dywizją przechodzi demobilizację. W 1946 r. decyduje się wrócić do Polski, gdzie czekają na niego żona i syn. W latach 1946 – 1948 zostaje sekretarzem redakcji dziennika „Wieczór Warszawy”. Współpracuje z redakcją „Polski Zbrojnej” (1949). Wkrótce potem, wraz z zaostrzeniem się sytuacji politycznej w Polsce, wzywany i wielokrotnie przesłuchiwany przez Służbę Bezpieczeństwa. W powojennej Polsce jego felietony i artykuły ukazują się sporadycznie, m.in. w „Życiu Warszawy”, „Zielonym Sztandarze” oraz „Rolniku Polskim”. W ostatnich latach swojego życia związany z „Dokumentacją Prasową”. Ze względu na swój życiorys, w tym przede wszystkim uczestnictwo w wojnie polsko-bolszewickiej, wiele jego publikacji prasowych, a przede wszystkim „Dzienników”, będących żywym zapisem historiograficznym z lat 1916-1921 oraz 1939-1949, nigdy nie zostało opublikowanych. Jerzy Konrad Maciejewski zmarł w lipcu 1973 r. Pochowany na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim w Warszawie.

źródło: http://www.jerzy-maciejewski.pl/nota-biograficzna.html

***

Josef Loebel “Proszę się nie lękać”

…”Wielu badaczy widzi ostateczne podłoże wojen nie w zagadnieniach gospodarczych, ani w sporach granicznych, ani w mowach monarchów, ani w intrygach ciężkiego przemysłu, ale wyłącznie i jedynie w wybuchu tlącego się stale w podświadomości ludzkiej popędu do walki.

Dlatego też nie wierzę, że militaryzm można usunąć ze świata przez mowy, manifesty, Ligę Narodów. Wojna wojnie oznacza dla biologa walkę z instynktem, oznacza badanie wrodzonego popędu do walki i o ile można zwalczanie go. Trzeba wzbudzić nowe instynkty i przeciwstawić je tamtemu”.

***

Szukam (pobieżnie) czegoś o autorze. Jedyne co znalazłem, to wzmianka o książce z której pochodzi cytat na stronie jednego antykwariatu w Katowicach:

… “PROSZĘ SIĘ NIE LĘKAĆ”

Czterdzieści Rozdziałów Medycyny Optymistycznej

Josef Löbel Wydawnictwo J. Przeworskiego 1938

Praca porusza tematykę chorób i dolegliwości człowieka, w aspekcie nowych trendów, podejścia psychicznego do problemu, stosowania dorobku medycyny w każdym aspekcie życia codziennego – z powołaniem często na autorytety z dziedziny nauki i filozofii…

7._Dzienniki_MH

Na koniec fragment “Listu do kolegi” autorstwa Kazimierza Hrebnickiego, syna Małgorzaty Hrebnickiej. List napisany został w 1937 lub 1938 roku (Kazimierz miał wtedy 15-16 lat). Hrebnicka przepisała list do “Dzienników Lektury” w 1938 roku.

(Kazimierz Hrebnicki 1922-1944, fragment listu do kolegi, Dzienniki Lektury Małgorzaty Hrebnickiej 1938)

“Drzewa, kamienie, drogi, jeziora – wszystko białe.

Słońce lśni na sklepieniu nieba, a ziemia usłana jest brylantami, iż zdaje się, że jesteś w bajce,

a przejmująca cisza wisi nad całym światem.

Gdzieś daleko skrzypią płozy sanek i słychać dalekie głosy.

Czasem ciszę przetnie ostre ujadanie psa.

Potężne drzewa stoją nieruchomo obsypane białem szronem.

Czasem z gałęzi runie lawina białego piasku i szeleszcząc spadnie na ziemię.

Czasem sroka zaskrzeczy przeraźliwie aż drzewa dziwią się

zgorszone przerwanym snem

i gniewnie poruszają gałęziami, jakby groziły.

Czasem zając przebiegnie zostawiając za sobą długą linię śladów.

I nagle zrywa się bunt, bunt drzew.

Miotają się w lewo i w prawo, chylą ku ziemi, ze wściekłością

otrząsają z białego puchu, który przygniata im ręce do ziemi.

Niebo pokrywa się chmurami, z którego zrywa się mgła zamieci.

Białe plasterki wirują zaciekle pośród drzew. Aż na koniec opadają z jękiem wiatru na ziemię,

zmęczone i bezsilne. A na nich nowe, nowe i nowe…”

***

5._Malgorzata_Hrebnicka_wczesne_lata_60te_XX_w._WarszawaMałgorzata Hrebnicka – wczesne lata 60, Warszawa, fot. Stanisław Hrebnicki

Obrazki z Iranu 7

Adam Slaski

Stolice Persów

12 października

Poprzedniego dnia wieczorem wycieczka na pustynię, jeżdżenie na wielbłądach, zachód słońca, gwiazdy.

pustynia2 pustyniapustynia3Potem jazda nocnym autokarem do Szirazu. Jechałem niespokojny, bo byłem już wcześniej umówiony na nocleg na couchsurfingu, ale człowiek, który miał mnie gościć, odwołał. Jechałem więc bez zaklepanego noclegu. W autokarze spotkałem Francuzkę, która była w podobnej sytuacji, ale miała adres jakiegoś hostelu. Pojechaliśmy tam i zakwaterowaliśmy się. Następnie zwerbowaliśmy Niemca i jeszcze jednego Francuza i razem udaliśmy się na całodzienną wycieczkę do Pasargad i Persepolis.

przejechacprzezgoryPo drodze przejechaliśmy przez jakieś góry. “Przejechaliśmy przez góry” oznacza coś innego niż w Polsce. My mamy najpierw jakieś pogórze, wzgórze, potem małe górki i dopiero potem zaczynają się góry. W Iranie góry wyrastają wprost z płaskiej jak deska pustyni.

pasagradPasargad to starożytne miasto, z którego jednak niewiele do dziś przetrwało. Odwiedziliśmy grobowce królów.

W końcu, dotarliśmy do Persepolis, gdzie podziwialiśmy zachód słońca. Niestety w międzyczasie wyczerpała się bateria w aparacie, więc po zdjęcia odsyłam do wikipedii. Na przykład to poniżej:

persepolis-wikipediaObie starożytne stolice Persów Pasagard i Persepolis leżą w środku pustyni. Dookoła Persepolis coś jeszcze rośnie, w Pasagardach tylko osty. Zastanawiało nas, czy okolica wyglądała tak samo w czasach Cyrrusa, czy też wszystko się od tego czasu zmieniło.

Choć trzeba przyznać, że zachód słońca był w Persepolis spektakularny. Mogę zrozumieć Cyrrusa, że się tam pobudował.

A teraz jeszcze kilka słów o podróżnikach. W hotelu w Jazdzie spotkałem parę Szwajcarów i małżeństwo z Estonii. Obydwie pary ewidentnie dobrze sytuowane, sporo podróżują. Estończycy np. co roku jadą na narty do innego dziwnego kraju. Byli w Armenii, Uzbekistanie, Mongolii. Szczególnie chwalili Armenię, gdzie narciarstwo nie cieszy się popularnością, a na polecenie poprzedniego prezydenta wybudowano ogromny kurort z licznymi wyciągami. Gdy tam byli, tras było więcej niż narciarzy.

Wspomnieli też, że mają listę 60 krajów, które chcą odwiedzić, ale uznali, że jest trochę za długa, więc spisali także krótką listę – 25 krajów, która należy interpretować jako ich plan na następne 2-3 lata.

Podobnie Szwajcarzy, wymieniali kraje, w których byli. Lista była długa, szczególnie polecali Mjanmę (Birmę).

Dziś rozmawiałem z Francuzką. Jest nauczycielką, ale pracuje w systemie sześć miesięcy lekcji i drugie sześć miesięcy wakacji. W czasie wakacji podróżuje. Przyjechała do Iranu przez Gruzję i Armenię (przeważnie autostopem), dalej wybiera się (również stopem) do Turkmenistanu, Uzbekistanu i Kirgistanu.

O dziwo, mimo, że ma tak dużo czasu, jest w nieustannym pośpiechu. W Szirazie spędza tylko jedną noc, bo musi już pędzić do Kurdystanu na wiejskie wesele. A potem biegiem do Teheranu odebrać turkmeńską wizę i dalej na granicę, bo jest z kimś umówiona.

Reblog: Oskarżam moich znajomych…

Gazeta Wyborcza

Paweł Wieliczko

Oskarżam moich znajomych, że stali się rasistami. Ze strachu, z niepewności, z pychy

16.11.2015

Polska mogłaby ze względu na swoją wieloetniczną przeszłość oraz grzechy wojenne i powojenne pełnić rolę Sprawiedliwego wśród Narodów. Do tego trzeba mieć jednak gotowość społeczną. Tymczasem mam wrażenie, że poglądy rasistowskie lub antyimigranckie nie dotyczą już łysych chłopców z blokowisk, ale stały się powszechne.

Mam wrażenie, że szczególnie chętnie poglądy rasistowskie przejęli niepewni przyszłości mieszkańcy warszawskiego Wilanowa oraz podobnych dzielnic w innych miastach. Wykształceni ludzie z kredytami oraz niewielką rodziną boją się o swój stan posiadania i dzieci. Mając głębokie przekonanie o znajomości świata, wypowiadają opinie. Bo przecież widzieli Araba w Egipcie, Turcji, Maroku, widzieli, że leniwy, cham, pewnie trochę zboczeniec. Czytali Kapuścińskiego, tylko bez zrozumienia, bo kto spamięta te nazwiska. Czytali w gazetach o zabójstwach honorowych, byli “Charlie Hebdo”.

Tak, oskarżam moich znajomych o to, że stali się ze strachu rasistami. Oskarżam o to, że na podstawie własnych miernych obserwacji wyciągają ogólne wnioski. Porzucając chęć zrozumienia na rzecz tabloidowej codzienności. Słyszę od Was, że Arabowie nie pracują, że “Zamszowi” plenią się w Londynie, że żerują na niemieckich socjalach – stajecie się nie lepsi od kiboli z pochodniami, a za parę lat nie zareagujecie, gdy obok was będą zabijać człowieka za kolor skóry. Być może Wy będziecie zabijać, choć dziś mówicie tylko, że chcielibyście pokazać mamie prawdziwy Paryż, ale takiego już nie ma, bo te brudasy. Linia podziału staje się coraz wyraźniejsza.

Pisanie tego tekstu przerwały mi wybuchy w Paryżu. Mój kolega Piotr zadzwonił do mnie rano. Ja jadłem śniadanie, a on dzwonił z dzielnicy XI. Mówił, że stoi na ulicy, na zakrwawionym chodniku, pośród porzuconych w chaosie sprzętów medycznych, noszy, kamizelek, że słyszał wybuchy, strzały, panikę. W tym gruzowisku odczuć wiedział tylko, że należy coś zrobić, by zatrzymać niechęć do obcych, że trzeba uświadomić wreszcie, iż do nas dociera kawałek piekła, przed którym uciekają uchodźcy. Czy ktoś pamiętał, wiedział w ogóle, co w tym samym czasie działo się w Bagdadzie (21 ofiar) czy Bejrucie (43 ofiary)?

Terroryści w jednym są zgodni z prawicą o lekkim zabarwieniu brunatnym – obie strony uznają, że życie Europejczyka jest więcej warte niż życie Araba.

Tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym

Globalizacja sprawiła, że dziś wszyscy są albo uczestnikami, albo świadkami. Trudno jest powiedzieć, że się nie wiedziało, za to łatwo zobojętnieć albo ułożyć świat z jednakowych elementów na zewnątrz, pozostawiając wszystkie, które nie pasują. Zresztą, może to nie jest kwestia globalizacji, może ona daje tylko skalę dla zjawisk w przeszłości już występujących. Czyż nie zaznaliśmy obojętności – wobec Zagłady, nienawiści do innych, jak w Kielcach w roku ’46, wreszcie zaślepienia głupotą, jak w roku ’68. Jesteśmy jednym z narodów jednoczesnych ofiar i katów. Dlatego jesteśmy zobowiązani do głębszej refleksji, zanim wydamy orzeczenie o winie.

Tymczasem w Polsce tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym. 11 listopada w telewizji zobaczyłem, że naród imigrantów zarobkowych postanowił postawić chrześcijańsko-nacjonalistyczno-kibicowski mur przeciwko innym imigrantom. To Święto Niepodległości było inne, wyraźnie podzielone, pełne napięcia. Wozy transmisyjne czekały na bijatyki narodowców z policją, podpalenia, demolowanie ulic. Tymczasem zasadniczo wszyscy szli wyznaczoną drogą, palić nie można było nawet tęczy, bo znikła. Młodzi panowie w kominiarkach pokazali, że potrafią być grzeczni. Jednak w sferze języka było jak zawsze. Cała ta mieszanka nie wydawała się nacjonalizmem ugrzecznionym, ale wyczekującym.

Podsycanie ksenofobii jest kuszące dla polityków. Buduje wspólnotę spajaną wrogiem. Przez lata był to Żydziak, potem Pedał. Starzy wrogowie nie odeszli, ale od roku 2015 na prowadzenie wysunął się Muzułmanin.

W homogenicznym społeczeństwie upraszcza się definicje. Migrant został zrównany z wyznawcą islamu. Ponieważ strach został zasiany wszędzie, dość często widuje się na portalach społecznościowych opatrzone zdjęciem apele w rodzaju “Mój mąż nie jest muzułmaninem, tylko sikhem. To grupa religijna z Indii”. Wiedzę opieramy na wrażeniach z wycieczek do Egiptu oraz widoku imigrantów w krajach zachodnich. Upraszczamy, rozszerzając indywidualne doświadczenia czy zachowania pojedynczych osób na całe grupy i wspólnoty. Z grupy migrantów sprytnie eliminuje się też prawie dwa miliony Polaków, którzy wyjechali z kraju po 2004 roku, a przecież w Wielkiej Brytanii Polacy są drugą pod względem liczebności mniejszością narodową, w Irlandii pierwszą, wielu “naszych” jest też w Niemczech i innych krajach UE. Ruchy antyimigranckie dość szybko zauważyły tę niespójność i zaczęły mówić już nie o napływie ludzi, ale inwazji czy nawet wojnie kulturowej. Głównym zarzutem stała się więc nieumiejętność integracji i przekonanie o nieszczerych intencjach przybyszów z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Nikt nie pamięta, że uciekają oni przed przemocą, której odpryski docierają do Europy wraz z zamachowcami.

Opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać

Echa arabskiej wiosny, upadku reżimów oraz lata niewidzenia sprawiły, że Afryka oraz bliskowschodnie wojny zmienią Europę na zawsze. Od nas, obywateli, zależy, czy zbudujemy podzielony, słaby kontynent, czy przezwyciężymy kryzysy. Stoją przed nami zadania najważniejsze od czasów zakończenia drugiej wojny światowej. Ruchy skrajnie prawicowe stały się popularne nie tylko w Europie Wschodniej, nowych krajach Unii, ale także we Francji, Włoszech, w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji oraz ściśle związanej z UE Szwajcarii. Nikt dziś nie wyobraża sobie sytuacji z czasów pierwszej wygranej Jörga Haidera, kiedy Unia bez wahania wprowadzała faktyczne sankcje i ostracyzm Austrii. Myślę, że niewielu tę sytuację w ogóle pamięta.

W przyszłym roku przyjadą do nas ludzie, którzy uciekli przed wojną. Przyjadą do obcego kraju, w którym mają żyć, a jest dla nich egzotyczny jak dla nas Tanzania. Będą okaleczeni wspomnieniami i stratą całego dotychczasowego życia. Wyrwani z korzeniami. Przyjmijmy ich z szacunkiem, opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać. Wykorzystajmy szansę, by stać się lepszymi.

Paweł Wieliczko – prawnik współpracujący z organizacjami pozarządowymi