Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa… 4

Roman Brodowski był chory i przez ostatnie dwa miesiące nie mógł przysłać nam następnego odcinka dramatycznej opowieści o deportacji Polaków na Syberię. Przypomnę tu, że opowieść o Lidzi Brodowskiej ukazała się TU, TU i TU, a przedtem jeszcze bohaterka tej opowieści jako stara kobieta pojawiła się we wpisie Cioteczka Lidzia. 

Roman Brodowski

Podróż do piekła

… Nagle poczuła czyjś ciepły, delikatny dotyk na obolałych od chłodu, plecach. To mateńka objęła ją i przytuliła do piersi, do tykającego głośno, rytmicznie serca, tak jak ptak który chowa pod siebie swoje wystraszone, znajdujące się w niebezpieczeństwie, pisklę.
Czas płynął powoli, kolejne ofiary znikały za otwartymi wrotami wagonu, a Lidzia, tak jak wcześniej jej przyjaciółka, z coraz większym niepokojem liczyła po cichu, jego zawartość. – Już dwadzieścia sześć osób – szepnęła do siebie. – Boże! Ojcze kochany! – modliła się w myślach – proszę Cię. Nie zostawiaj mnie. Nie pozwól aby nas rozdzielono. Nie opuszczaj nas. Matka, widząc przerażoną twarz córki, przytuliwszy ją jeszcze bardziej do siebie, zaczęła całować jej kruczo ciemne włosy. – Nie bój się kochanie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić – uspokajała ją. Pan Bóg… – nie dokończyła, bo właśnie stało się to, co chciała powiedzieć – Pan Bóg ich nie zostawił, wysłuchał.

– Bradowskij – usłyszały przeszywający powietrze nieprzyjemny głos wywołującego. Podniosły bagaże, ich cały dobytek, i podtrzymując słaniającego się na nogach Antka, ruszyły przed siebie. – Brodowskij – usłyszały ponownie, wyraźnie zniecierpliwiony głos żołnierza. Ludzie rozsuwali się, pomagając im wydostać się z tłumu. Powoli, przybliżali się do stołu, przy którym siedział „bóg tego systemu”, sprawdzający dokumenty oficer NKWD. Spojrzał na nie, potem do leżących przed nim akt, po czym nie spuszczając z nich wzroku zapytał o nazwisko. – Brodowscy – powiedziała matka – Helena, Lidia i Antoni Brodowscy – dodała, podając dokumenty tożsamości.
– Brodowski – mamrotał pod nosem enkawudzista, porównując treść dokumentów z tym co było zapisane w aktach. – Da, Bradowskij – powtórzył, kierując wzrok na wystraszone kobiety. – A tu stoi napisane – pokazał na akta – że daużno byt czetery czeławieka. – Jak to cztery – zdziwiła się matka. – Da, czetery. Mieczyslaw, Jelena, Lidia i An…toni. – wymienił, po imionach. – Mieczyslawa nieto – kontynuował – Gdzie wasz muż, Jeleno – zapytał zdenerwowany. – Mój mąż pracuje na kolei. Od wczoraj jest w pracy. Proszę sprawdzić – odpowiedziała matka. – To pomyłka, panie oficerze, to musi być pomyłka. Sam pan widzi, że męża nie ma – starała się wyjaśnić. – Małczać – wrzasnął oficer, po czym kiwnął palcem na siedzącego obok niego cywila. Ten przysunąwszy się do niego, otworzył leżący przed nim notatnik, następnie czytając po rosyjku zawartą w nim treść, tłumaczył coś niezrozumiale. Oficer kiwał głową, spoglądając to na cywila, to na matkę, to w akta. Zapanowała cisza, po której enkawudzista jak w letargu zaczął „rzucać gromy” w kierunku czekających na wyrok kobiet. – Wasz muż – zaczął – to bandyta. On pamagal partyzanom. On ubieżal. Kakda soldaty pajechali wczera wieczieram na jewo rabotu, okazałoś, czto jewo tam usze niet. No my najdziom nie tolko waszewo muza, tolko wsjech banditow. Tak czto wy nie piereżywajtie. My ransze ili pozrze jewo wam dostawim. Paka zanimajtie miesta w pierwom klasie etowo priekrasnowo pojezda – wskazał wagon, wrzucając do stojącej obok stołu skrzynki ich dokumenty tożsamości.

Odebrały „prowiant” i wsiadły do wagonu, które przez wiele dni miał być dla nich namiastką domu, więzienia i… kostnicy. Dopiero po przekroczeniu tej granicy, która oddzielała świat zewnętrzny, od zamkniętej przestrzeni wagonu, Lidzia uświadomiła sobie dramat swojego położenia. W końcu mogła zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć wnętrze tej „Jonaszowej Ryby”, odkryć tajemnice, jakie w sobie zawierała. To co zobaczyła, nie napawało optymizmem. Na bocznych ścianach wisiały pozbijane z desek, wiszące na łańcuchach, wzmocnione od podłogi aż po sufit, prycze. Na każdej z nich znajdowały się po trzy lub cztery miejsca do spania, i siedzenia zarazem. Prycze te usytuowane były na trzech wysokościach. Na górne poziomy można było wejść po zbitych z desek, prowizorycznych drabinach. Najniższy poziom znajdował się około sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu centymetrów nad podłogą, a przestrzeń ta spełniała rolę przechowalni bagażu. Na pryczach leżały cienkie materace ze słomy pokrytej materiałem jak na worki.

W lewym rogu, w podłodze, zamontowano coś w rodzaju grubej rury, wychodzącej bezpośrednio na zewnątrz i zakończonej szeroką deską z wyciętym otworem. Rura ta służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Otwór zakrywał dekiel, przypominający pokrywkę do kotła. Były dwie takie rury. Oddzielały je grube, brunatne kotary. Miejsce to, było zarówno ubikacją jak i łazienką. Po przeciwnej stronie wagonu stał pojemnik na wodę – wielka, wydłużona beczka, z wbudowanym w dolnej części kurkiem. Ale wodę można było też czerpać bezpośrednio z pojemnika, korzystając z kilku aluminiowych kubków, przytwierdzonych na długich łańcuszkach.

Pośrodku wagonu, ustawiono na metalowej płycie piec, zwany potocznie „kozą” – gruba, żeliwna rura na nogach, w której paliło się węglem lub drewnem. W dolnej części znajdował się pojemnik na popiół, powyżej palenisko, a na wierzchu płyta, którą odsuwało się, aby uzupełnić opał. Długa rura odprowadzała spaliny na zewnątrz. Tu można było przygotowywać ciepłe posiłki.

Jedynymi oknami na świat były cztery niewielkie otwory wycięte w górnej części bocznych ścian, zabezpieczone kratami z drutu kolczastego. Pomimo tak przerażającego widoku, Lidzię ogarnęła wielka radość. Cała jej rodzina, jako jedna z ostatnich dostała się do tego wagonu, w którym czekały na nich miejsca zarezerwowane przez rodzinę Bigockich. Wiedziała, że już nie jest sama, że mimo nieszczęścia jakiego w tym momencie doświadczają ich rodziny, wspólnie dadzą sobie radę.

Drogi czytelniku witryny ewamaria2013,
kolejny rozdział, dotyczący dramatycznych losów Lidzi oraz jej najbliższych, w ich pierwszej fazie wygnania – czyli podróż do syberyjskich łagrów, ukaże się latem przyszłego roku w książce pod tym samym tytułem, pod jakim ukazywały się tu fragmenty I rozdziału. O terminie promocji poinformuję.
Autor

Reblog: Pieszo wzdłuż granicy

Bogdan Twardochleb, redaktor naczelny comiesięcznego dodatku Przez granice do Kuriera Szczecińskiego, zawsze rozsyła pdfy z nowym wydaniem swojej gazety. To ciekawa publikacja, chętnie ją czytam, a ostatni numer zainteresował mnie bardziej niż inne, i to nie (tylko) dlatego że był tam mój artykuł, lecz z uwagi na tekst niemieckiej dziennikarki, Isabel Stettin, o jej pieszej wędrówce, a ja nadzwyczaj lubię opowieści o wędrówkach.

I bardzo lubię Odrę.

do odczytu pieszo 1200 kilometrów od Seelow do Szczecina

Isabel Stettin

W niedzielny wieczór słońce nurza się w pastelowym różu pomarszczonych wód Odry. Na brzegu szyld: ,,Witamy w Polsce”. Obok trzej młodzi mężczyźni podpierają terenowy samochód, drzwi są otwarte. Milcząc palą papierosy. Przed nimi kołysze się „Bez Granic. Ohne Grenzen“ – jedyny prom, który pokonując graniczną rzekę, kursuje między polskimi Gozdowicami a niemieckim Güstebieser Loose.

Rodzina kaczek spieszy się do Brandenburgii. – „Jeśli chciałaby pani na drugą stronę, musi pani czekać do pojutrza” – młodzi Polacy pokazują na rozkład rejsów. W poniedziałek niemiecko-polskie połączenie ma dzień odpoczynku.

***
Minęło prawie ćwierć wieku od podpisania przez ówczesnego kanclerza federalnego Helmuta Kohla i polskiego premiera Jana Bieleckiego układu o dobrym sąsiedztwie i przyjacielskiej współpracy. Z sąsiadem ze wschodu łączy mnie niewiele, a on przecież zawsze jest obecny. Za każdym razem, kiedy wymieniam moje nazwisko: Stettin. Brzmi jak nazwa polskiej granicznej metropolii, do której teraz chcę się zbliżyć.

To portowe miasto określane było wcześniej jako brama Berlina na Bałtyk. Kiedy Stettin stał się polskim Szczecinem, miasta odsunęły się od siebie. Dziś podróż pociągiem między nimi trwa o trzydzieści minut dłużej niż przed drugą wojną światową, przy czym Szczecin, oddalony o 120 km od Berlina, jest najbliżej niego położonym wielkim miastem. Mimo to moi znajomi wybierają na weekendowy wypad Lipsk i Hamburg: – ,,Szczecin? A gdzie to właściwie leży’?”

Chcę sobie wyrobić swój obraz sąsiedztwa w osobliwym kraju ,,pomiędzy”. Brandenburgia jest dla mnie przynajmniej tak samo obca jak zachód Polski. Trasa do przejścia, po lewej i po prawej stronie Odry, około dwustu kilometrów pieszo, W plecaku: namiot przewodnik z polskim słowniczkiem, mapa dla rowerzystów.

Nierzadko wędrowcy gubią się w regionie granicznym.

do odczytu pieszo 2
Zanim poprowadzi mnie rzeka, warto cofnąć się w przeszłość. Wędrówka zaczyna się siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Berlina i dwadzieścia przed granicą. Na Wzgórzach Seelow odrzańska ofensywa Armii Czerwonej zostawiła spustoszony krajobraz. Jeszcze dziś odnajduje się i chroni zwłoki zabitych. W kwietniu 1945 roku, w ostatniej wielkiej bitwie drugiej wojny światowej, zginęło tu około 47 tysięcy żołnierzy rosyjskich, niemieckich i polskich.

Deszczownia zrasza wodą trawnik i bezimienne groby na radzieckim Cmentarzu Wojskowym. Z pomnika patrzy w dal czerwonoarmista z brązu.

Bundesstrasse 1 z Seelow w stronę Odry rozcina krajobraz jakby była pociągnięta od linii. Wysokie jak domy kombajny suną przez bezkresne pola zbóż. W jęczmieniu zniknął sarniak. Za co drugim płotem ujada napis: ,,Uwaga, zły pies”. Jednorodzinne domki, rozsypane przed Küstrin-Kietz, oddalone są od siebie na grzeczną odległość. W trzecim domku z lewej, naprzeciw cmentarza, mieszka Karl-Heinz Henschel. Ma 89 lat, srebrnosiwe włosy zaczesane do tyłu i bystre spojrzenie.

Jeszcze przed początkiem wojny Henschel przeniósł się z rodziną ze wschodniej na zachodnią stronę Odry, na gospodarstwo, na którym mieszka do dziś. Dom jego dzieciństwa stoi w Polsce. Gdy W 1946 roku wrócił z angielskiej niewoli, jego rodzinny Küstrin nazwano nagle Kostrzyn. Był odgrodzony od pozostawionego w Niemczech cypla Küstrin-Kietz po drugiej stronie rzeki.

– Polacy bardzo ucierpieli od nas, Niemców. Tego nie wolno nam zapomnieć.

Henschel zabiera mnie ze sobą przez stalowy most, obok kantoru wymiany walut i stacji benzynowej. Co kilka tygodni ten emerytowany nauczyciel odwiedza swój rodzinny dom w Polsce. Małżeństwu, które tam mieszka, zanosi pralinki i dobre wino. To jest jego sposób budowania mostów, Nie nauczył się języka polskiego ,,z wszystkimi tymi szepczącymi dźwiękami”. Dlatego w czasie odwiedzin milczy, boi się, żeby nie został źle zrozumiany: – Cóż wielkiego mógłbym im powiedzieć? Ze jako chłopiec mieszkałem w ich domu?

Henschel żegna mnie na parkingu przy wejściu do polskich Pompei, ukrytych za gęstymi krzewami. W 1945 roku, krótko przed końcem wojny, Küstrin ogłoszono twierdzą, aby zatrzymać pochód Armii Czerwonej na stołeczny Berlin. Podczas ciężkich walk został prawie kompletnie zniszczony. Pół wieku po zakończeniu wojny Polacy zaczęli porządkować stare bastiony, rozsypujące się miasto ruin pod zaroślami: fundamenty, resztki okien, schody.

***
Odra nieczęsto obiera prostą drogę. Raz po raz kryje się za trzcinami. Kot wycieńczony upałem łazi ze swoimi małymi wokół czołgu przed Muzeum I Armii Wojska Polskiego: „Zamknięte do odwołania”.

Minęło pięć dni, za mną 80 kilometrów. Osinów Dolny leży dokładnie przy moście granicznym i jest znany z największego na świecie zagęszczenia zakładów fryzjerskich. Skorzy do zakupów niemieccy emeryci suną do Oder Center Berlin – ,,największego dla Berlina targowiska polskiego”, mimo że stolica Niemiec oddalona jest stąd o ponad godzinę drogi samochodem. Niemal od upadku żelaznej kurtyny hala targowa w dawnej papierni żyje z niemieckiego upojenia okazją do tanich zakupów. Wszystko musi być billig – tanie.

Siedemset stoisk, w hali i przed nią, kipi tandetą i kiczem. Pachnie szaszłyk i tanie plastiki. Ogrodowe krasnale stoją stłoczone, pod sztangami papierosów błyszczą słoiki z małosolnymi: ,,Tabak? Schon gekauft. Nächstes Mal bitte hier!” Ze wszystkich głośników dudni niemiecki przebój. Niektórzy kupujący starają się o ,,dzień dobry”, ,,dziękuję”. Wreszcie mówią Hallo, danke. No i tschüss.

Następnego dnia seniorzy w jaskrawych, kolorowych trykotach przemykają ścieżką rowerową Oder-Neisse (Odra-Nysa), kajakarze pływają przez niewidoczną granicę. Po trzydziestu kilometrach dostrzegam następny most. Tablica Krajnik Dolny kieruje do pobliskiej Doliny Miłości.

***

W czasie długiej nieobecności męża baronowa Anna Sophie von Humbert urządziła dla niego ten zaczarowany park. Przez ponad 160 lat pozdrawiała swego małżonka, Carla Philippa, chorągwią rozpiętą między dwoma bukami: „Witaj w dolinie, którą stworzyła miłość”. Ścieżki wiją się przez zalesione wzgórza z rozległym widokiem na dolinę Odry. Kwitną róże.

Nowym panem w Parku Miłości jest Ryszard Matecki: ciemne oczy, przystrzyżona bródka, 50 lat. Zanim w latach dziewięćdziesiątych on i jego żona Małgorzata uciekli od miejskiego życia w Szczecinie i zamieszkali w domu z XVIII wieku, poznawał historię regionu.

Przeszłość powinna stać się przyszłością wsi. Przy pomocy szczecińskiej organizacji ochrony przyrody i środków unijnych ożywił ten prawie zapomniany park. Wiele par zakochało się tu wcześniej. Młodzi mężczyźni padali na kolana przed swoimi ukochanymi.

Po 1945 roku park zasnął jak śpiąca królewna. Dolina Miłości w Zatoni Dolnej, która wcześniej nazywała się Niedersaathen, leżała w pasie granicznym, a tym samym na terenie zamkniętym. Odosobnienie doprowadziło do nieufności – mówi Matecki. Światła na jednym brzegu, które byłyby widoczne na drugim, były surowo zabronione. Dopiero po 1989 roku rzeka znów połączyła ludzi.

– Musimy doprowadzić do tego, żeby Niemcy nie wracali do siebie zaraz po zatankowaniu benzyny – mówi Przemysław Konopka, koordynator spotkań w stowarzyszeniu Park Doliny Dolnej Odry w Schwedt. Pierwszy transgraniczny obszar chronionej przyrody ciągnie się stąd aż do bram Szczecina. Konopka ma tutaj zbliżać Polaków i Niemców.

Schwedt troszczy się o dobre sąsiedztwo, organizując dwujęzyczne przedstawienia teatralne w Uckermärkische Bühnen, wspólne imprezy muzyczne i sportowe. W szpitalu pracuje wielu polskich lekarzy.

Docieram do ostatniej niemieckiej wsi przed granicą, Tylko kilka kilometrów od Szczecina Marta Szuster pokazuje, jak może wyglądać przyszłość. Jest wizerunkową kobietą pogranicza, pierwszą Polką w radzie gminy. O jej wyborze informowano w całym regionie. Razem ze swoimi rodzicami prowadzi zakład opieki w Hamburgu, wędruje między Odrą a Łabą, między gminą Mescherin, a rodzinnym Szczecinem.

Polacy osiedlają się w wioseczce od lat. Rodziny kupują puste domy z ogrodami lub place pod budowę, znów rozbrzmiewa gwar dzieci. Około 35-letnia kobieta pokazuje domy, które są do sprzedaży, i domy, w których mieszkają polscy znajomi. Na niemieckiej prowincji żyje się taniej i spokojniej niż w Szczecinie. Jest to szansa dla starzejących się gmin, z których młodzi Niemcy wyjechali. Ma się rozumieć, że wspólne życie Niemców i Polaków w wielu przygranicznych wioskach możliwe jest także dlatego, że tacy ludzie jak Marta Szuster są tłumaczami i pośrednikami. Jej syn i córka wychowują się w dwóch językach, przedszkole jest mieszane, krąg przyjaciół też: – Nasze dzieci są pierwsze, dla których region graniczny jest małą ojczyzną, Heimatem. Nie wyjadą stąd, bo tuż za drzwiami domu mają Szczecin, gdzie będą mogły studiować.

***

Szczecin może być sercem regionu granicznego, lokomotywą, która pociągnie za sobą strukturalnie słabe wioski. Po dziesięciu dniach i około dwustu kilometrach stoi przede mną tablica: Szczecin. Łamie język: ,,Schtschetschin”. Miasto, które ze swoim prawie pół milionem mieszkańców wydaje się po dziesięciu dniach samotności olbrzymie. Po lewej i prawej stronie rzeki siedzą młodzi Polacy ze szklankami koktajli. Statek wycieczkowy „Odra Queen” kołysze niemieckich turystów w kierunku szczecińskiego portu.

Tu Odra nie jest już rzeką graniczną. Płynąc przez miasto, wnosi do niego życie.

Isabel STETTIN mieszka w Stuttgarcie, studiowała w Bambergu komunikację, filozofię i politykę, uczy się w Szkole Reportażu Zwierciadło Czasu Giintera Dahla w Reutlingen (Badenia-Wirtembergia), pracuje jako wolny dziennikarz dla prasy, telewizji i mediów internetowych.    

Bunt 3 Filme

Dr(.) Lidia Głuchowska

3 FILME aus der ,Bunt’-Ausstellung
im Kraszewski-Museum Dresden!!!

3 FILMY z wystawy Bunt
w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie!!!

Im ganz Dresden sind Plakate der Ausstellung der Expressionistengruppe Bunt (Revolte, 1918–1922) zu sehen. Sie findet noch bis zum 8. November im Kraszewski-Museum statt.

W całym Dreźnie zawisły plakaty wystawy ekspresjonistycznej grupy Bunt (1918–1922). Trwa ona jeszcze do 8 listopada w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego.

1 BUNT Dresden Plakate 1aBUNTplakat

Die Pressekonferenz und die Vernissage (03./04.09.2015) waren gut besucht. Unter den Gästen befanden sich auch Vertreter des Dresdner Kulturamtes.
Auf dem Foto Richard Stratenschulte, Pressesprecher der Museen der Staat Dresden, vor den expressionistischen Linolschnitten von Stefan Szmaj.

Konferencję prasową i wernisaż odwiedziło wielu gości, wśród nich przedstawiciele drezdeńskiego urzędu ds. kultury.
Na zdjęciu Richard Stratenschulte, rzecznik prasowy Muzeów Miasta Drezna przed ekspresjonistycznymi linorytami Stefana Szmaja.

2 BUNT Dresden PressekonfAnwesend waren auch die Direktorin des Stadtmuseums Dresden, Frau Dr. Erika Eschebach und die Gegenwartskünstler Michał Tatarkiewicz und Radosław Włodarski, Mitwirkende an den Grafikpräsentationen Refleks / Reflex (2014/2015) und Ulotka / Flyer (2015), welche sich auf das Werk und Programm der Gruppe Bunt beziehen.

Im Hintergrund des Fotos ist die Vorführung ihres Films Reflex zu sehen, welcher die grafischen Werke aus dem in der Ausstellung präsentierten Kunstbuch desselben Titels sowie Kommentare dazu beinhaltet.
FILM Refleks / Refleks: Marek Glinkowski (Klang: Radosław Włodarski)

Obecni byli również pani dyrektor Muzeum Miasta Drezna, dr Erika Eschebach oraz artyści współcześni, Michał Tatarkiewicz i Radosław Włodarski, współtwórcy prezentacji graficznych Refleks (2014/2015) i Ulotka (2015), nawiązujących do twórczości i programu grupy Bunt.

W tle zdjęcia widoczny jest pokaz filmu Refleks, ukazującego prace graficzne zawarte w prezentowanej na wystawie książce artystycznej pod tym samym tytułem oraz stosownym komentarzem.
FILM Refleks: Marek Glinkowski (dźwięk: Radosław Włodarski)

3 BUNT Dresden ReflexAuf der Ausstellung ist auch ein anderer Film zu sehen: Bunt – Re-wizja / Bunt (Revolte) – Re-Vision, welcher von der Kuratorin sowie der jüngen Künstlerin Anna Kraśko realisiert wurde. Er dokumentiert die gesamte Ausstellungstour ,Bunt’ – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde. Werke aus der Berliner Sammlung von Prof. St. Karol Kubicki.

Auf dem Foto: Ausstellungskuratorin Dr. Lidia Głuchowska mit einem der Organisatoren, Bronisław Kowalewski, Direktor des Niederschlesischen Kunstfestivals (realisiert vom Kultur- und Kunstamt in Wrocław), auf der Vernissage im Kraszewski-Museum (04.10.2015).

Im Hintergrund: Szene aus dem Film Bunt – Re-wizja / Bunt – Re-Vision: Prof. St. Karol Kubicki mit seiner Frau Petra und der Ausstellungskuratorin nach der Übergabe expressionistischer Grafiken der Gruppe Bunt an das Nationalmuseum in Poznań. (Berlin, 16.03.2015).
FILM Bunt – Re-wizja / ,Bunt’ – Re-Vision
Konzeption und Realisierung: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko
Technische Ausführung: Anna Kraśko

W ramach ekspozycji prezentowany jest też film Bunt – Re-wizja, zrealizowany przez kuratorkę wystawy oraz młodą artystkę, Annę Kraśko, dokumentujący tournée wystawy „Bunt” – Ekspresjonizm – Trangraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego.

Na zdjęciu kuratorka wystawy, dr Lidia Głuchowska z jednym z organizatorów, Bronisławem Kowalewskim, dyrektorem Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego (realizowanego przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu), na wernisażu w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego (4.09.2015).

W tle scena z filmu Bunt – Re-wizja: prof. St. Karol Kubicki z żoną Petrą i kuratorką po przekazaniu ekspresjonistycznych grafik grupy Bunt do Muzeum Narodowego w Poznaniu (Berlin, 16.03.2015).
FILM Bunt – Re-wizja
Koncepcja i realizacja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko
Realizacja techniczna: Anna Kraśko

4 BUNT Dresden Vernis2Die Besucher des Kraszewski-Museums können dank des Films Bunt – Re-wizja / Bunt – Re-Vision die Vernissage der ersten Edition von der Ausstellung ,Bunt’ – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde im Nationalmuseum in Poznań (16.04.2015) und die kuratorische Führung während der dortigen Nacht der Museen (19.05.2015) miterleben.

Auf dem Foto: Direktorin des Stadtmuseums Dresden Dr. Erika Eschebach, Direktor des Leon-Wyczółkowski-Bezirksmuseums in Bydgoszcz Prof. Michał F. Woźniak und Leiterin des Kraszewski-Museums Joanna Magacz auf der Vernissage am 04.09.2015 im Kraszewski-Museum. Im Hintergrund: Szene aus dem Film Bunt – Re-Vision von der kuratorischen Führung in Poznań (19.05.2015).

Odwiedzając Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego dzięki prezentacji filmu Bunt – Re-wizja można obejrzeć również dokumentację wernisażu premiery wystawy „Bunt“ – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda w Muzeum Narodowym w Poznaniu (16.04.2015) oraz oprowadzania kuratorskiego w trakcie Nocy Muzeów (19.05.2015).

Na zdjęciu: dyrektor Muzeum Miasta Drezna, dr Erika Eschebach, dyrektor Muzeum Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, prof. Michał F. Woźniak i kierowniczka Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie, Joanna Magacz na wernisażu w Muzeum Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, 4.09.2015.

W tle: Scena z filmu Bunt – Re-wizja z oprowadzaniem kuratorskim w Poznaniu (19.05.2015).

5 Bunt Dresden Dir2Unsere Blog-LeserInnen können schon jetzt einen dritten Film über diese Ausstellung sehen, betitelt Bunt Revolte. Diese Produktion von dresdeneins.tv verleiht Einblick in die wichtigsten Schwerpunkte und die Spezifik der Bunt-Ausstellung im Kraszewski-Museum in Dresden.

Auf dem Foto: Ausstellungskuratorin Dr. Lidia Głuchowska und das Team von dresdeneins.tv während der Filmaufnahme, Kraszewski-Museum, 03.09.2015.

Czytelniczki i Czytelnicy naszego blogu mogą już teraz obejrzeć trzeci film o tej wystawie, pt. Bunt Revolte. Jest to produkcja dresdeneins.tv ukazująca najważniejsze aspekty i specyfikę ekspozycji w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Na zdjęciu: kuratorka wystawy, dr Lidia Głuchowska oraz ekipa dresdeneins.tv podczas realizacji nagrania filmu, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, 3.09.2015.

6 BUNT Dresden TV

 

 

Z sadów pradziadka do powstania warszawskiego 8

Andrzej Rejman

Ostatnie dni Powstania Warszawskiego

Wrócę jeszcze do tamtych czasów, choć znam je tylko z opowiadań i rodzinnych materiałów archiwalnych.
W przededniu kapitulacji powstańców na Żoliborzu – 29 września 1944 – poległ na Placu Henkla – Antoni Baniewicz, ps. “Wilczyński”. Pisałem już tu o nim, ale jeszcze do niego wrócę.
Antoni Baniewicz przyjaźnił się z Kazikiem Hrebnickim (rocznik 1922), który został rozstrzelany pod Skierniewicami półtora miesiąca wcześniej.

Jeden z tekstów Matki Antoniego – Saliny Baniewicz poświęcony jest Kazikowi Hrebnickiemu

BIAŁY KRZYŻ

Kazikowi Hrebnickiemu- zamordowanemu 18.VIII.1944 r.

Z dala od stolicy, pod Skierniewicami,
Gdzie słania się pole ciężkimi kłosami,
Gdzie złocą się zboża szerokie zagony,
Gdzie czasem odpocznie wędrowiec znużony
Pod gałęziami przydrożnych krzaków,
Gdzie ciszę zamąca jedynie chór ptaków,

Gdzie zapach rumianku się mocny unosi,-
tam znad akacji ramiona swe wznosi
samotny, wysoki, drewniany krzyż biały,
z daleka w słońcu lśniący się cały;
a wieczorami cień jego długi
rzuca na drogę liliowe smugi.

Wskazują one, że to ziemia ta święta
Wchłonęła tutaj polskie orlęta.
Tu barbarzyńsko krew młodą przelano:
Bezbronnych powstańców zamordowano-
Dwóch bohaterów, których szlak krwawy
Prowadził z murów płonącej Warszawy.

Jednego z nich zidentyfikowano,
Drugiego natomiast – nie rozpoznano.
I matka może do dzisiaj czeka
Powrotu syna.. a czas ucieka…
Już nie zobaczy swojego dziecka,
Bo je zabiła kula zdradziecka.

A ty Kaziku, szlachetny, czysty,
Coś umiłował kraj swój ojczysty
Ponad naukę, nad młodość swą jasną,
Nad ukochaną rodzinę własną,-
Nie zawahałeś się w najlepszej wierze
Życie swe złożyć w ofierze.

Kaziku drogi, chłopcze serdeczny,
Za wcześnie cię spokój ogarnął wieczny.
Zbolała matka płacze w żałobie
I niknie w oczach z żalu po Tobie
A tu tymczasem krzyż biały strzeże
Miejsca, gdzie padli nasi żołnierze.

(Salina Baniewicz, Warszawa, 1949 r.)

Obie matki łączyło wspomnienie poległych synów.
Salina Baniewicz przekazała wszystkie swoje teksty w maszynopisie – Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci.

 1_Kazik_Hrebnicki_ok_1927Kazik Hrebnicki koło r. 1927

2._Kazik_Hrebnicki_z_siostra_Julcia_Orawka_ok_1927Kazik Hrebnicki z siostrą Julcią, koło r. 1927

kazik-skierniewiceKazik na wakacjach w Raju / miejsce śmierci Kazimierza Hrebnickiego, Skierniewice (także na zdjęciu poniżej)

5._w_glebi_miejsce_smierci_Kazimierza_Hrebnickiego_Skier

***

Inny, zawsze aktualny wiersz Saliny Baniewicz:

DLACZEGO?

Dlaczego tak trudno jest ludziom dogodzić?
Dlaczego nie zawsze radość dziecka cieszy
i zamiast zły humor uśmierzać, łagodzić –
niektórych drażni, denerwuje, śmieszy.

Dlaczego rodzice różnie rozumieją
szczęście dorosłej córki, czy syna
i szczęścia tego cenić nie umieją;
dlaczego wszystko nudzić ich zaczyna?

I dlaczego jeszcze – nieraz błahe sprawy
rosną niepotrzebnie do wielkich rozmiarów?
Dlaczego z niewinnej na pozór zabawy
wybucha płomień ogromnych pożarów?

Dlaczego tak krwawo dziś słońce zachodzi?
Dlaczego tak szybko mijają zachwyty?
Stłumiony bunt – dlaczego w apatię przechodzi,
w której żal drzemie, głęboko ukryty.

Daleczego człowieka upadla cierpienie?
Dlaczego nad życiem, jak jastrząb, krąży
niespodziewanie, nagłe przeznaczenie?
Dlaczego kropla wody twardy kamień drąży?

Dlaczego w niewoli myśl czynu się rodzi,
a zapał uszlachetnia, wzmacnia i jednoczy;
dlaczego jednak ta zgoda odchodzi,
gdy kraj za wolność już krwią nie broczy?

Dlaczego tych, którzy w walce polegli,
z serc bratnich usuwa pamięć krótkotrwała?
Dlaczego w pośpiechu rodacy nie spostrzegli,
iż mogiła powstańców zdeptana została?

Umarłej wiary, bohaterstwa, poświęcenia –
samotne matki może jeszcze strzegą,
lecz i one odejdą w otchłań nieistnienia…
Czas świętą przeszłość pogrzebie… Dlaczego?

1950 r.

c.d.n. wiersze Saliny Baniewicz będę jeszcze publikował, bo są niezwykłe i wciąż aktualne.

Kolejne pytanie zadane na Facebooku

Kilka miesięcy temu na Facebooku rzuciłam pytanie, czy nie należałoby oczekiwać, że na wystawach w Niemczech podpisy pod eksponatami będą nie tylko po niemiecku, ale jeszcze w jakimś innym języku. Większość skłaniała się do tego, że angielski wystarczy, ale były też głosy (słuszne), że w wystawach dotyczących Polski i sąsiedztwa polsko-niemieckiego, powinny być również po polsku. Po czym w Muzeum Terroru Hitlerowskiego otwarta została wspaniała wystawa o Powstaniu Warszawskim, zorganizowana przez Muzeum Powstania w Warszawie, ale podpisy miała tylko po niemiecku. Ręce opadają, bo jeśli polska instytucja nie zadba o własne racje, a tu, w przypadku ewidentnego poczucia winy, obciążającego sumienie niemieckie, sprawa była, jak sądzę, dziecinnie łatwa, to kto, gdzie i kiedy ma tak naprawdę dbać o polskie racje. Dziś kolejne pytanie przeniesione z Facebooka na blog.  

Radosław Wiśniewski

Nie uważacie…

…że to co ma rzekomo promować czytelnictwo, te wszystkie akcje “uwolnij książki”, “znajdź miejsce dla książki w budzie”, niby darmowe kiermasze wymiany książek, targi “książka za złotówkę”, punkty taniej książki, że to wszystko to w gruncie rzeczy jest ostateczna klęska książki, deprecjacja jej wartości, tego, że jakoś wygląda, ma historię, jest w niej zaklęta energia, dotyk ludzi, którzy mieli ją w rękach, że zamienia to książki w bezkształtną masę wyprzedażową, której za darmo nikt nie chce i – paradoksalnie – doprowadza to do upadku a nie ratowania czytelnictwa. Bo prestiż czegoś, co prosi się o darmowy schron, budę w schronisku, łóżko w noclegowni zbliża się w społeczeństwie do zera. Nie ma akcji “znajdź dvd dom”, “film za złotówkę”. A książka – tak. A może inaczej zrobić? Inaczej. Mimo wszystko snobować się na książkę zamiast żebrać, wyprzedawać się garażowo?

Wymyślmy jakiś claim na odwrotność , na opak nosz kurde, w Niemczech ludzie płacą za udział w spotkaniu autorskim, publiczności jest pełna sala! Serio, widziałem na własne oczy, Ewa Maria Slaska może potwierdzić… a u nas wstęp wolny i jak już ktoś przyjdzie, to rzadko wytrzyma tę godzinę w spokoju, zaraz musi wyjść zapalić, ktoś dzwoni (to oczywiście musi odebrać w tej samej chwili). Marianna Bocian pognałaby takiego jeszcze parę lat temu z zaciśniętą pięścią…

Reblog: Przez granice

Przed kilkoma tygodniami umieściłam tu napisany po niemiecku wpis o uciekinierach w Berlinie: Flüchtlinge in Berlin. 25 września jego polska wersja, uzupełniona i zaktualizowana ukazała się w dodatku “Przez granice”, który raz na miesiąc Bogdan Twardochleb publikuje w “Kurierze Szczecińskim”. A teraz ja to rebloguję. To jest nowy wspaniały świat medialny!

Tekst był długi, Redakcja trochę go musiała skrócić, ja go wpisuję w całości, dodałam też dwa zdjęcia.

A tu są strony dodatku, gdzie można zobaczyć jak się na str. 1 i 4 prezentujemy w gazecie: przezgranice str1 /przezgranice str2-3 / przezgranice str4

Ewa Maria Slaska

Dobrze być wśród przyzwoitych

dobrze1Przez całe lato żyliśmy pod naporem informacji o uciekinierach. Prześladowały nas obrazy ludzi, umierających podczas ucieczki, nawiedzały nas myśli o katastrofie, o ostatnich dniach Pompei. Wiedzieliśmy i wiemy, że stoimy w obliczu nowej wędrówki ludów, takiej jak ta, która zmiotła z mapy Europy Cesarstwo Rzymskie. Z jednej strony baliśmy się, że coś się stanie tym, którzy chcą tu się do nas dostać, z drugiej – drżeliśmy z lęku przed zagładą naszego świata.
Był koniec sierpnia. W poczuciu, że trzeba nabrać do tego dystansu, że to się jakoś unormuje, że Europa znajdzie jakieś rozwiązanie, jakiś sposób na to, jak sobie poradzić z tym problemami tu, u nas, na miejscu, i tam, skąd ci ludzie uciekają, poszłam zobaczyć, jak żyją w Berlinie ci, którzy tu do nas dotarli.
Sama byłam przed 30 laty uciekinierką, a potem ponad osiem lat pracowałam w Opiece nad Uchodźcami berlińskiego Czerwonego Krzyża. Oczywiście nie można porównywać niemieckich doświadczeń polskiej uciekinierki politycznej z roku 1985 z sytuacją uchodźców wepchniętych do małej łódki na Morzu Środziemnym w roku 2015. Przyjechałam jak człowiek, byłam traktowana jak człowiek, a potem, gdy już pracowałam, traktowałam każdego, kto do nas przybył, jak człowieka.

W latach, kiedy pracowałam w Czerwonym Krzyżu, kilkakrotnie mieliśmy do czynienia z masowym napływem uchodźców, były lata, podczas wojny w Jugosławii, że było ich kilkaset tysięcy. I jakoś sobie z tym poradziliśmy, co więcej, nie tylko oni, uchodźcy, ale i my, kraj przyjmujący, odnieśliśmy z tej racji korzyści. Staliśmy się dzięki nim społeczeństwem wielokulturowym, nauczyliśmy się tolerancji i ciekawości Innych, rozszerzyliśmy nasze zainteresowania gastronomiczne… Poradziliśmy sobie, wchłonęliśmy ich, albo oni wchłonęli nas, zależy jak na to patrzeć. W pierwszych latach były protesty, lęki, demonstracje, ataki, również takie, gdzie ginęli ludzie. Wzrosła fala agresywnego neonazizmu, zaczęliśmy się bać, nie tyle ich, co nas samych, ale przecież wszystko się z czasem ułożyło, wygładziło, ustabilizowało.
Moi przyjaciele z tamtych czasów są wciąż, albo znowu, zatrudnieni w opiece nad uchodźcami. Dzwonię do Piotra Skrzędziejewskiego, który pracuje w jednym ze schronisk dla uciekinierów prowadzonych przez AWO-Mitte, Arbeiterwohlfahrt (Opieka Charytatywna nad Robotnikami, stara niemiecka organizacja opieki społecznej, założona w r. 1919) w dzielnicy Śródmieście. Arbeiterwohlfahrt, czytam w ulotce informacyjnej, to jedna z sześciu najważniejszych organizacji pomocy społecznej w Niemczech, a AWO-Śródmieście – w Berlinie. Stowarzyszenie prowadzi tu jedenaście schronisk dla uchodźców, gdzie mieszka 3500 osób. AWO zapewnia im nie tylko wyżywienie i dach nad głową, ale również opiekę społeczną.
Najładniejszym kolorem jest kolor kolorowy, głosi dowcipne hasło AWO latem 2015 roku.

Piotr prowadzi jedno z tych schronisk – Refugium an der Havel / Refugium nad Hawelą – od samego początku, od października 2013 roku. Jeśli zważyć, że w Berlinie prowizoryczne schroniska powstają właściwie codziennie, schronisko nad Hawelą ma już długą historię. Moja przyjaciółka Ewelina pracuje jako wolontariuszka w schronisku w naszej dzielnicy (Tempelhof), które powstało, bo na ulicy stanęło nagle dwieście osób. W ciągu trzech godzin w starym budynku szkolnym zorganizowano schronisko. Rozmyślam o tym, że od kilku lat w Berlinie nieustannie likwiduje się szkoły z uwagi na niż demograficzny. Zawsze nas to napawało troską, teraz przynajmniej wiemy, że stare szkoły nie będą niszczały, tylko posłużą ludziom. Inna moja przyjaciółka, Monika, która jako wolontariuszka uczy niemieckiego w schronisku na Zehlendorfie, mówi, że gdzieś w Niemczech musi być jakaś firma, która zarabia niezłe pieniądze na tym, że przyjeżdżają uchodźcy. W tych schroniskach zorganizowanych ad hoc, gdzie uciekinierzy sami sobie gotują, każdy dostaje zafoliowaną paczkę, a w niej dwa ręczniki, dwie ścierki do naczyń, dwa garnki, jeden duży, drugi mały, patelnię, dwa talerze… Ktoś to dla nich wyprodukował, zebrał, zafoliował, dostarczył.
***
Jest piękny letni dzień, gdy jadę odwiedzić Piotra i Reginę w Refugium nad Hawelą. Przed laty pracowałam z obojgiem w ogromnym schronisku na Streitstraße na Spandau. Wczoraj ktoś podpalił halę sportową na terenie schroniska w Nauen, nieopodal Berlina. Zastanawiam się, jak się reaguje na taką informację, jak się jest pracownikiem schroniska? Nie tego, innego, jakiegoś.

Macie stracha?, pytam. Stracha? Nie, nie boimy się o siebie, odpowiadają, ale jednak trochę jest człowiekowi byle jak. Jasne. Trzeba by może wzmocnić kontrole na bramie i na terenie.

Po kilku dniach wyjaśnia się, że to nie był atak, tylko lekkomyślność dzieci ze schroniska. Można by odetchnąć z ulgą, ale kto wie, co z kolei to wyjaśnienie wywoła w i tak zaśmieconych głowach nowych i starych populistów. Spalą nas wszystkich żywcem w naszych własnych łóżkach! …

Teren schroniska jest rozległy i pięknie rozplanowany, parterowe budynki otoczone trawnikami stoją między sosnami, za drzewami płynie Hawela. Przez ostatnie lata budynki były puste, przedtem mieścił się tu dom opieki wielkiej firmy zarządzającej szpitalami – Vivantes. Jak na wczasach w Polsce w roku 1960, mówię. Bo to był rzeczywiście ośrodek wypoczynkowy, odpowiada Piotr, zbudowany w roku 1943 przez organizację Todt dla nazistów z zagranicy – przejeżdżali tu, by się, jakbyśmy to dziś określili, integrować z niemieckimi przyjaciółmi. Uśmiechamy się oboje, nieco rozbawieni tą leciutką ironią historii. Na łące, tam gdzie być może młodzi naziści z Włoch i Węgier palili ognisko, wolontariuszka w ramach zajęć z dziećmi założyła ogród warzywny do wspólnego użytku wszystkich mieszkańców. Każdy może przyjść i zebrać w ogrodzie marchewki lub kabaczka.

Wolontariuszy udziela się tu sporo, jak zresztą w każdym schronisku w Berlinie. Jak wszędzie, zajmują się głównie opieką nad dziećmi, zwłaszcza poza godzinami pracy zatrudnionych na etatach przedszkolanek, organizują wyjazdy, zwiedzanie miasta, a przede wszystkim uczą niemieckiego. Są to zarówno osoby prywatne, jak i członkowie różnych organizacji lokalnych, integracyjnych, interkulturowych, sąsiedzkich. Takie ogrody jak ten, który właśnie oglądamy, tzw. ogrody sąsiedzkie lub interkulturowe, to od wielu lat sprawdzona w Berlinie metoda integracji mieszkańców. Też mam taki ogródek w lokalnym ogrodzie sąsiedzkim na terenie nieczynnego lotniska Tempelhof. Dziś jest w ogrodzie tylko jedna osoba, bo na sąsiednim placu odbywa się festyn dla dzieci, zorganizowany przez wolontariuszy ze Stowarzyszenia Integracji Kulturowej.
dobrze3

Dzieci? pytam. Każdy przecież wie, że przyjeżdżają sami, uzbrojeni po zęby i zamaskowani, wojownicy Allacha.
Oczywiście dzieci. W schronisku mieszka 450 uciekinierów, w tym 250 dzieci! Przede wszystkim Syryjczycy, Albańczycy, również ci z Kosowa, Serbowie i Bośniacy, 21 osób z Iraku, 12 z Iranu, 9 z Erytrei. Ta lista jest jak lekcja wychowania obywatelskiego, temat – współczesne konflikty wojenne w Europie i na Bliskim Wschodzie. Brakuje tylko Palestyńczyków i Ukraińców, ale za to jest siedmiu Rosjan.

Oglądam całe schronisko. Trzy budynki, każdy podzielony na pięć bloków mieszkalnych. Pokoje kilkuosobowe, od dwóch do pięciu. W każdym bloku duża wspólna łazienka i kuchnia do użytku dla tych, którzy sami sobie gotują. Czysto, a nawet rzekłabym – bardzo czysto. Przed 20 laty, w schronisku na Streitstraße nigdy nie było tak czysto, a w poniedziałki budynki wyglądały po prostu tragicznie.
– Jakim cudem jest tu tak czysto?
– Bo firma zajmująca się sprzątaniem pracuje codziennie, również w soboty i w niedziele. Na Streitstraße w weekendy nikt nie sprzątał, a z kolei mieszkańcy nie mieli żadnych obowiązków i nic do roboty, dochodziło do pijaństw i rozróbek … Dlatego w poniedziałki w schronisku wyglądało jak w chlewie. Tu się sprząta przez siedem dni w tygodniu…

Refugium nad Hawelą to tak zwane schronisko pierwszego kontaktu, co znaczy, że przyjmuje uciekinierów, którzy właśnie przyjechali do Berlina, także tych, którzy na przykład dotarli tu pociągami z Węgier. Często przywozi ich policja, ale zgłaszają się też sami uchodźcy, może poinformowani przez kogoś, kto już tu jest, bo schronisko leży na obrzeżach miasta i wcale niełatwo tu trafić. Za moich czasów taka była funkcja naszego schroniska na Streitstraße, które nazywało się wtedy „dom przejściowy”, „Durchgangsheim”. W latach 90, w dobie anglicyzacji języka komunikacji społecznej w Berlinie, zostało przemianowane na „clearingstelle“ – „ośrodek clearingowy”. Denglisch, nazywał się ten język, coś w rodzaju polgielskiego. Teraz, w 20 lat później, wraca z powrotem język niemiecki.

– Zasadniczo uciekinierzy powinni u nas mieszkać nie dłużej niż trzy miesiące, tłumaczą mi Piotr i Regina. W tym czasie teoretycznie ich podanie o azyl powinno zostać rozpatrzone. Jednak zazwyczaj procedura trwa ok. pół roku. Jeśli nie, to i tak powinni się już od nas wyprowadzić do innych schronisk. Jednak ostatnio zostają dłużej, bo nie ma wystarczającej ilości domów, które mogłyby na stałe przyjąć uciekinierów. Naszym mieszkańcom to odpowiada, nie chcą się stąd wyprowadzać, często zdarza się, że płaczą przy przeprowadzce. W ciągu pierwszych trzech miesięcy zapewniamy im całkowitą opiekę wraz z wyżywieniem, potem otrzymują już pomoc finansową i sami sobie gotują. To zwykła pomoc finansowa, zasiłek, jaki otrzymują wszyscy potrzebujący w Niemczech czyli słynny Hartz IV, o którym „Polityka” napisała ostatnio, że to stypendium dla artystów.

Tak, oczywiście jest znacznie lepiej niż wtedy. Gdy w roku 1986 podjęłam pracę w schroniskach Niemieckiego Czerwonego Krzyża było to absolutnie niemożliwe. Osoby czekające na rozpatrzenie sprawy azylowej musiały mieszkać w schroniskach i korzystać z wspólnego wyżywienia. Dopiero po przyznaniu azylu bądź zgody na pobyt tolerowany lub też gdy zostały uznane za Niemców, co wtedy było jeszcze dość powszechne, otrzymywały pomoc społeczną wypłacaną gotówką i prawo do wynajmowania własnego mieszkania. Obecnie przepisy są jednoznaczne – po trzech miesiącach uciekinier zostaje zrównany w prawach z każdym innym mieszkańcem Niemiec. Jeśli biurokracja nie uporała się w ciągu trzech miesięcy z problemem, to jest to problem biurokracji. Nie mogę się nadziwić…

– A dzieci, pytam, mają prawo nauki?
Bo wtedy było tak, że dzieci tzw. „azylantów” nie podlegały przymusowemu obowiązkowi szkolnemu. Dlatego zorganizowaliśmy na Streitstraße rodzaj szkoły. Właściwie tylko dla dzieci, ale często przychodziły również matki. Niczego takiego jak obecne programy alfabetyzacji rodziców nie było i nikomu się o tym nie śniło. Teraz od pierwszego dnia pobytu dzieci podlegają obowiązkowi szkolnemu. Kolejna nowość, kolejny powód do zdumienia.

Idziemy na festyn, gdzie spotykamy się z lokalnym politykiem, przedstawicielem partii CDU (chrześcijańskiej demokracji) w dzielnicy Spandau. Robimy sobie wspólną fotografię i dostaję pozwolenie na jej publikację. Nawet w TAZ-u? pytam. To berlińska gazeta lewicowa, reprezentująca starą lewicę zachodnioniemiecką. „Oczywiście, również w TAZ-u, jeszcze mnie tam nie było.” Festyn przebiega w spokojnej atmosferze, dzieci są zainteresowane, korzystają z różnych ofert, tańczą, śpiewają, malują, szyją …

– Zawsze jest tak spokojnie?
– Oczywiście nie zawsze, ale to w końcu nic nadzwyczajnego, w każdej grupie dochodzi od czasu do czasu do konfliktów … Ale my, pracownicy, jesteśmy grupą międzynarodową, to znacznie ułatwia komunikację i pomaga w łagodzeniu zatargów.

Piotr jest Polakiem, Regina Niemką, która wyszła za mąż za Tamila, w schronisku pracują Afganka, Serbka, Tybetanka. Właśnie podchodzi do nas jeden z opiekunów, który kończy na dzisiaj obowiązki. Ahmad Mahayni, Syryjczyk, żonaty, dwoje małych dzieci. Przed dwoma laty przybył tu jako uciekinier, dziś mówi po niemiecku i pracuje. Pokazowy uchodźca, wzór szybkiej asymilacji. Umawiamy się na osobny wywiad. Chciałbym, żeby mi opowiedział, jak jest w Syrii.

Idziemy do stołówki. Po drodze mijamy gromadkę młodych mężczyzn siedzących na murku, każdy pochylony nad tabletem albo komórką.
– To nasza kafejka internetowa, a WiFi jest i na zewnątrz.

Odbieramy jedzenie w okienku i idziemy do sali. Jedzenie dostarcza firma cateringowa w dużych pojemnikach wstawianych do podgrzewaczy. Nie mam dobrego zdania o cateringu obsługującym jednostki komunalne, szkoły, szpitale, ale naprawdę jedzenie jest bardzo smaczne. Na ścianie koło stołu obraz.

obraztybet
– Obraz namalowała Dolgor Ser-Od, nasza pracownica, Tybetanka, pracuje w kuchni. To tybetańskie święto życia. Radośnie się rozmnażamy…
***
Wiem, że teraz każdy będzie wiedział lepiej, jak jest naprawdę i wszyscy mi zarzucą, że idealizuję. Ale tak było… Nie wiem, nie chcę i nie mogę uogólniać. Na pewno ten lęk, o nich i o nas samych, jest uzasadniony. Mój opis dnia w schronisku uchodźców jest przypadkowy. Pewnego przypadkowego dnia pojechałam do Refugium nad Hawelą, a i wybór miejsca, które odwiedziłam, był przypadkowy… Akurat tam pracują moi przyjaciele. Spędziłam w Refugium piękny spokojny dzień …
A następnego dnia przyjechały pierwsze pociągi z Budapesztu i świat zmienił się radykalnie. Nagle to zagrożenie, które było TAM, pojawiło się namacalnie TU. Z pociągów wysiadły nie dające się ogarnąć tłumy. Mimo to burmistrz Berlina, Michael Müller, nadal twierdził, że wciąż jeszcze możemy przyjąć wielu uchodźców. W tydzień później to samo powiedział minister gospodarki RFN, Sigmar Gabriel, mówiąc, że Niemcy spokojnie pomieszczą pół miliona ludzi. 31 sierpnia na konferencji prasowej Angela Merkel wypowiedziała słynne zdanie „wir schaffen es” – „damy radę”. Cały Berlin prześcigał się w miłości do cudzoziemców, a miejscowa firma komunikacyjna, BVG, przyznała uciekinierom przejazdy za darmo. Wokół tej enklawy „miłości” rozgrywał się zmasowany festyn nienawistników. Zewsząd informowano nas, mieszkańców Niemiec, że bieżąca opieka nad uchodźcami to niemiecki problem i nikt nas w nim nie będzie wspierał. Mało tego, już samo przyjmowanie uciekinierów jest winą, i że wściekła ludzka dobroć Niemców zniszczy Europę.
W pewnym momencie wiadomo było, że Niemcy też przestaną być dobrzy. 13 września tak się też stało. Koniec festynu „miłości” człowieka sytego do człowieka głodnego. Zamknęliśmy bramy.
A oni i tak przychodzą.
Gdy po 10 dniach nieobecności 15 września wracam pociągiem do Berlina, na peronach stoją grupy straży kolejowej i policji.
– Przybywają? pytam.
– Tak.
Specjalne pociągi z Monachium kieruje się na dworzec Schönefeld, znajdujący się na granicy miasta i Brandenburgii, co pozwala łatwiej rozlokować przybyłych nie tylko w Berlinie, ale również w Brandenburgii i Saksonii. Ale uciekinierzy docierają też przez inne granice i innymi drogami. Część z nich chce się wprawdzie dostać do Niemiec, ale nie chce się rejestrować. To najczęściej ci, którzy już gdzieś w innym kraju Unii złożyli podanie o azyl i na mocy konwencji dublińskiej nie otrzymają go w innym kraju. Niemcy wprawdzie zawiesiły działanie konwencji w stosunku do Syryjczyków, ale inni uciekinierzy nie mają takiej ochrony i nie wiedzę, czy zostaną przyjęci. Przy okazji informuję: To oni śpią na ulicach i to im potrzebne są śpiwory.
Ale tych zarejestrowanych jest wielokrotnie więcej. Jest ich tak wielu, że po kolei wszystkie schroniska przestają wystarczać. Już jest mowa o tym, żeby zająć na potrzeby uchodźców hale nieczynnego lotniska Tempelhof, a jest to najdłuższy budynek na świecie, a przynajmniej do niedawna tak uważaliśmy. Ale to się jeszcze waży. Za to już zajęte zostały koszary policyjne w dzielnicy Spandau. Budynki na co dzień stoją puste, są potrzebne tylko wtedy, gdy w mieście szykuje się jakaś wielka akcja, wymagająca wzmożonej obecności policji i przybywają funkcjonariusze z innych miast. Od 7 września uciekinierzy mieszkają też w namiotach ustawionych na dziedzińcu za koszarami. To w tej chwili największe skupisko uchodźców w mieście – w koszarach i namiotach mieszka 1600 osób.

namioty
Dzwonię do Piotra i mówię, że chciałabym zaktualizować naszą poprzednią rozmowę.
– Ach, u nas jest tak samo jak było, mówi Piotr. Nie ma żadnych zmian, ale oczywiście, jak chcesz to przyjedź, porozmawiamy… Umawiamy się na wtorek, 22 września.
W poniedziałek 21 września jadę do schroniska na Spandau. To co uderza już na samym wstępie, to niezwykły spokój. Półtora tysiąca ludzi to masa i hałas, tymczasem jest cicho i spokojnie. Dwie kobiety z wózkami wychodzą na spacer, koło portierni dwóch mężczyzn sprząta. Trzej strażnicy siedzący przy stole kawałek dalej, palą papierosy i cicho rozmawiają. Ktoś niesie wielki karton z chlebem, dwóch mężczyzn wyładowuje skrzynki soku z samochodu. Cisza. Słońce. Ostatni dzień lata. Dwóch młodych ludzi odprowadza mnie do człowieka, który zarządza magazynem. Oddaję koce i poduszki, z którymi targałam się przez pół miasta. Wiem, że to właśnie jest potrzebne, koce i poduszki, a nie, jak wszyscy sądzą, śpiwory. W schroniskach nie potrzeba śpiworów, bo gdy ktoś, kto używał śpiwora się wyprowadza, musi zabrać śpiwór ze sobą, nie można go przecież przekazać nikomu innemu.

Pytam referentkę prasową firmy PRISOD, która prowadzi schronisko, czy mamy zorganizować w Polsce zbiórkę pościeli, bo „moja redakcja” chętnie się podejmie takiego zadania i wysłuchuję interesującej wypowiedzi: Nie, dziękujemy. Berlińczycy są bardzo hojni, dostajemy dużo, tak naprawdę, to dużo za dużo, ubrań, pościeli, śpiworów, zabawek. Ale poza tym nie ułatwiajmy sobie zadań. Taka zbiórka w Polsce pozwoliłaby Polakom myśleć, że coś robią dla uchodźców, że nie przyglądają się bezczynnie. Jednak jeśli Polacy nie chcą się przyglądać bezczynnie, to powinni wzmóc nacisk na swój rząd i swoje społeczeństwo, by Polska też przyjęła uchodźców.
***
Następnego dnia, we wtorek rano problem uciekinierów przerasta nawet dobrodusznego burmistrza Berlina, Michaela Müllera. Na ekraniku w metrze czytam, że odwołał z emerytury Dietera Glietscha, byłego prezydenta policji, który zostanie na rok pełnomocnikiem ds. uchodźców.
Ja zaś zgodnie z umową jadę nad Havelę, do Piotra i Reginy. Nie ma ich. Jak to, przecież się ze mną umówili? Kiedy, dziś? Nie, kilka dni temu… No tak, a wczoraj o godzinie 14…
I tak to jest, jeszcze kilka dni temu wydawało się, że masy uchodźców przybywające do Berlina omijają senne, odległe Kladow, wczoraj o 14 okazało się, że już, natychmiast trzeba zorganizować nowe schronisko dla 250 uchodźców z Syrii, których zaraz przywiezie wojsko. Regina i Piotr od wczoraj urządzają nowe schronisko. Jadę więc z powrotem do miasta. Przydzielony budynek leży o godzinę jazdy autobusem i kolejką od Refugium nad Havelą. Jest pusty, nieużywany od kilku lat… Z jednej strony dobrze, w centrum, małe pokoje, większość z łazienkami, zadbane, ale wszystko nie wiadomo, czy sprawne i oczywiście nie urządzone. W pokojach leżą już materace i łóżka polowe, już też przyjechała firma, która będzie sprzątać, majster wymienia klucze, elektrycy i hydraulicy sprawdzają instalacje, szefowa kuchni już zamówiła mleko, herbatę, jednorazowe naczynia, sztućce. Już się gotuje duże garnki wody na herbatę i przygotowuje wielkie termosy z kawą.
Jednak jest stanowczo za mało rąk do pracy. Oferuję pomoc. Należę na Facebooku do grupy „Polacy w Berlinie bez nienawiści”, którą w pierwszych dniach września założył Viktor Kucharski. Dziś jest nas około 200 osób i wielka to pociecha być grupie ludzi szanujących uczciwe i przyzwoite wartości. Piszę więc, że potrzebujemy wolontariuszy. Najlepiej natychmiast. Po kilku minutach zgłaszają się dwie osoby, gdy przybędą na miejsce będzie ich troje… Od 18 cała trójka już pracuje ramię w ramię z pracownikami schroniska. Ja wychodzę, muszę wracać do domu, żeby skończyć pisanie tego reportażu.
– I jak będzie? pytam Piotra na pożegnanie.
– A co, piszesz powieść w odcinkach?
– Niewykluczone.
– Ciąg dalszy nastąpi.

Wtorek, 22 września 2015 roku godzina 23

VotiVtraum

Lila Karbowska & Lucyna Viale

karbowska_berlin

VotiVtraum

“VotiVtraum”, Rauminstallation, 2015
in Projektraum “art.endart”
Drontheimer Str. 23
13359 Berlin

Vernissage am 25 September 2015 um 19.00 Uhr,
Ausstellung von 25.09 bis 11.10.2015

Ilustracja na zaproszeniu to tylko inspiracja. VotiVtraum to instalacja efemeryczna – zamiast naszyjników z koralików Karbowska wykorzystała ususzone zioła i rośliny zebrane w Polsce i w Berlinie. Zwiedzających czeka intensywne doznanie wizualne i zapachowe.

lila-mimozy***

Lila Karbowska, polska artystka, od roku 1983 zamieszkała w Berlinie. Studiowała historię sztuki na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim. Tworzy instalacje, wideo, fotografia, obiekty, rysunki.

Więcej / more: http://www.lilakarbowska.de

Lucyna Viale, organizatorka wystawy, należy do Stowarzyszenia Artystów “Kolonie Wedding” i co miesiąc – w ostatni piątek miesiąca – organizuje nową wystawę – prezetuje artystów z krajów Europy Wschodniej, przede wszystkim z Polski ale też z Ukrainy, Bialorusi, Czech, Litwy.

Więcej / mehr: www.koloniewedding.de/art.endart

Przez okno autobusu

Ewa Maria Slaska

Jaczo, Jaczko, Laco,Jacko, Jako, Jakso, Jaksa…

no… no tak, dobrze, jasne, Jaksa z Kopanicy, ten który bił pierwszą monetę, już chciałoby się powiedzieć, że polską, ale nie polską tylko słowiańską. Po niemiecku nazywa się go Jacza, Jaczo albo Jaczko i ma swoją ulicę, Jaczo-Straße, w berlińskiej dzielnicy Spandau, co się na słowiański wykłada Szpandawa. Na brakteacie nazywa się go Iacza de Copnic. Pieniążek jest słynny, znało go w Polsce każde dziecko szkolne, a pojawił się też u Nienackiego w Panu samochodziku i zagadkach Fromborka i w jednej z powieści Chmielewskiej, ale nie pamiętam, której.

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

jaczoturmWracam autobusem z Gatow, gdzie zbierałam materiały do artykułu o uciekinierach, do centrum miasta. Nagle przez okno widzę strzałkę: Jaczoturm. Jaczo, Jaksa, wieża Jaksy… Lubię takie niespodzianki. Wysiadam na najbliższym przystanku i wracam pod napis. Trochę się kręcę bezradnie, ale dość szybko znajduję w przydrożnym lasku niepozorny murowany budyneczek. Po bokach jakieś reliefy i zatarty napis, przede mną leśny dukt. Za lasem już brzegi Haweli, która jest tu szeroka na dobre pół kilometra.

Nic nie rozumiem. Dlaczego ktoś wybudował taką wieżyczkę i dlaczego poświęcił ją Jaksie? Jaksa przegrał… I tyle. Tymczasem na tablicy informacyjnej naprzeciwko wieży znajduję dwie opowieści, zatytułowane Mit i Prawda. Obie fascynujące. I obie całkowicie (mi) nieznane.

Prawda jest jak jeden z odcinków Gry o tron. W roku 1150 umarł bezpotomnie słowiański władca Brandenburga i Brandenburgii, Przybysław, wujek Jaksy. Jego żona Petrissa zamiast przekazać włości męża bratankowi, podarowała je Albrechtowi Niedźwiedziowi. Jaksa się wściekł, ale umiał pohamować gniew, przyczaić się i doczekać sposobności, by odebrać to, co zgodnie z prawem dziedziczenia uważał za swoje. Sposobność nadarzyła się w kilka lat później, kiedy znaczne siły jego przeciwnika zostały związane na terenie Polski. Jaksa zdobył gród, ale Niedźwiedź odzyskał go 11 czerwca 1157 roku. Ten dzień uważa się za historyczny początek Marchii Brandenburskiej.

Legenda natomiast głosi, że Jaksa uciekł z Brandenburga a Niedźwiedź go gonił. Gdy dotarli do brzegów Haweli, Jaksa zostawił na drzewie ciężką tarczę i róg, i rzucił się wpław do rzeki, ale fala zaczęła go zalewać. Tonący książę wezwał na pomoc słowiańskiego boga Trigława, który mu jednak nie pomógł, i wtedy Jaksa miał zawołać do Boga chrześcijan, że da się ochrzcić, jeśli ten go uratuje. I proszę, bez trudu udało mu się przepłynąć na drugi brzeg. Miejsce, gdzie Jaksa odłożył tarczę i róg, nazywa się Schildhorn czyli dokładnie tak – Tarczaróg. I to właśnie zdarzenie upamiętnia wybudowana przed stu laty wieża Jaksy. Zresztą może to też legenda, bo są tacy, co twierdzą, że stała już ona w tym miejscu w latach 80 XIX wieku.

To zresztą wcale nie jest taka błahostka, przepłynąć na koniu przez rzekę. W 30 lat później w rzece Saleh w Anatolii utopi się wracający z krucjaty Fryderyk Barbarossa. Książę Józef Poniatowski też skoczył do rzeki i utonął.

PS. Napis na wieży Jaksy głosi:

Has per fauces, Jaczo, princeps slavorum,
ab Alberto Ursu pulsus, ad habelam evasit.
Anno Domini MCLVII.
Co oznacza:
Przez ten wąwóz Albrecht Niedźwiedź
ścigał słowiańskiego księcia Jaksę i wpędził go do Haweli.
Stało się to w Roku Pańskim1157.

Wąwóz? Nie nazwałabym tej ścieżki wąwozem. Ale cóż, może przed 800 laty była głębsza. W każdym razie na mapie zaznaczona jest jako Wąwóz Jaksy.

Koniec wycieczki do historii zaoczonej z okna autobusu. Wracam na przystanek i do rzeczywistości. Po pół godzinie jestem w centrum miasta i stoję przed domem, w którym w wczoraj zostało zorganizowane kolejne schronisko dla uciekinierów. Zamieszka w nim 200 Syryjczyków, którzy uciekali, niektórzy może wpław przez morze.

Reblog: Hrabia i Madonna

Ten tekst ukazał się wiele lat temu w Kurierze Szczecińskim. Przez jakiś czas miałam tam taką małą rubrykę, która nazywała się Ulice Berlina i pisałam o wszystkim, co się zdarza i spotyka w tym mieście… Felieton o panu hrabim i Madonnie powstał dzięki Ojcu. Poszliśmy do Galerii Malarstwa (Gemälde Galerie) i staliśmy długo przed Madonną z liliami Botticellego. Opowiedziałam mu, co wiem o tym obrazie. Przypomniała mi się tamta wizyta w muzeum i tamta opowieść, bo jutro w Berlinie wernisaż wielkiej wystawy Botticellego, a wczoraj była rocznica śmierci Ojca. Wśród licznych obrazów sprowadzonych na wystawę z muzeów na całym świecie znajdzie się też jeden, którego sprowadzać nie trzeba, bo jest na miejscu, a znalazł się w Berlinie z przyczyn… polskich.

Ewa Maria Slaska

Hrabia i Madonna

mojemu Ojcu w rocznicę śmierci 

Był jednym z tych, którzy potrafią zrealizować swe młodzieńcze postanowienia. Jego cele były na miarę epoki i rodziny, w której się urodził i wychował: powiększyć majątek, dobrze się ożenić, utworzyć ordynację, wstąpić do dyplomacji, zdobyć tam czołową pozycję i założyć galerię obrazów.

Hrabia Atanazy Raczyński, urodzony w roku 1788 w Poznaniu, brat Edwarda, założyciela słynnej Biblioteki, żył 86 lat i spełnił wszystko, co sobie jako młody człowiek zamarzył. Zanim jednak do tego doszło, panicz Atanazy wstąpił do wojska i brał udział w kampanii napoleońskiej, gdzie służył przez trzy lata, co przyniosło mu Virtuti Militari, los jednak oszczędził mu klęski, poniewierki i niewoli. W roku 1810 wyszedł z wojska i wziął się za konsekwentną realizację planów prywatnych. Wstąpił na służbę do króla saskiego i w chwili, gdy niedobitki wojsk napoleońskich uciekają spod Moskwy, hrabia Atanazy rozpoczyna karierę dyplomatyczną jako radca poselstwa saskiego w Kopenhadze i w Paryżu. W roku 1816 wraca do kraju i żeni się, rzeczywiście bogato, z Annetką Radziwiłł. Wprawdzie o majątek żony musiał się z jej rodziną procesować przez trzy lata, ale wygrał, zbudował zamek w Zawadzie (sam go nawet zaprojektował, choć projekt fasady na zlecenie pana hrabiego wykonał znany berliński architekt – Karl Friedrich Schinkel) i w roku 1825 założył ordynację. Z Annetką – jak to dowcipnie opisuje Stanisław Szenic – stosunki małżeńskie tak się jednak w międzyczasie popsuły, że pan hrabia kazał umieścić nad pałacowym wejściem dwie tablice, które głosiły co następuje: “Anna z Radziwiłłów Raczyńska, właścicielka” oraz “Atanazy Raczyński, administrator”. Zamek został zniszczony podczas I wojny światowej, ale tablice ocalały.

hrabiaW roku 1826 z młodzieńczych planów pozostał jeszcze do zrealizowania zamysł stworzenia galerii. Miała ona powstać w Poznaniu, w pałacu, nieopodal zakładanej właśnie przez Edwarda Raczyńskiego biblioteki. Niestety jeden z posłów na sejm Księstwa Wielkopolskiego obraził pana hrabiego, wytykając mu niesławę dziadka, członka Targowicy i służalca carycy Katarzyny. Atanazy oburzył się na świat, w którym “wnuk nawet krwią własną winy dziada zmazać nie może” i… na zawsze opuścił Polskę. Radykalnie przeciął wszelkie łączące go z Polską związki i postanowił zostać lojalnym obywatelem pruskim.

Wyjechał do Berlina, wybudował, dziś już nieistniejący, pałac w pobliżu Bramy Brandenburskiej, założył tam galerię malarstwa, wstąpił do służby dyplomatycznej króla pruskiego, napisał trzytomową historię sztuki niemieckiej, liczne prace o historii sztuki hiszpańskiej i portugalskiej, dzieje rodziny Raczyńskich i dwanaście tomów pamiętników. Zebrał ogromną kolekcję malarstwa, na którą składały się zbiory współczesnej sztuki niemieckiej, wraz z obrazami tzw. szkoły nazareńskiej, nader wysoko przez pana hrabiego cenionej, a dziś niestety zupełnie spostponowanej jako tzw. “święte obrazki”, oraz dawne malarstwo europejskie, m.in. włoskie.

palac
Powyżej Pałac Raczyńskiego w Berlinie, poniżej – wybudowany na jego miejscu Reichstag czyli gmach parlamentu niemieckiego

reichstag
Zmarł w podeszłym wieku w roku 1874. Został pochowany na  katolickim cmentarzu świętej Jadwigi (tam gdzie Julia Bereźnicka) w grobowcu rodzinnym, który został zniszczony przez władze NRD w r. 1968 gdy poszerzono tzw. strefę śmierci Muru Berlińskiego. Dziś w tym miejscu leży zwykły kamień, a od kilku lat stoi też tablica wyjaśniająca, kim był hrabia Raczyński.

grobraczynski
Dziwną koleją rzeczy, gdy hrabia umarł, a jego zbiory przejęła Królewska Galeria Narodowa w Berlinie, część jego kolekcji przekazana została do nowo założonego Muzeum im. Cesarza Fryderyka w… Poznaniu. Galeria obrażonego hrabiego trafiła więc z powrotem do miasta, w którym pierwotnie miała powstać i wskutek zmian politycznych przeszła po roku 1945 na własność Polski. Mało tego, następnym zrządzeniem losu jest fakt, że większość obrazów wczesnorenesansowych, jakie w ogóle znajdują się w zbiorach polskich pochodzi właśnie z kolekcji Raczyńskiego. Inni arystokratyczni miłośnicy sztuki, Radziwiłłowie, Czartoryscy, nie interesowali się ani późnym gotykiem ani pierwocinami renesansu i kupowali przede wszystkim dzieła dojrzałego odrodzenia.

Nie ma grobu hrabiego, nie ma jego zbiorów, nikt nie uczy się dziś historii sztuki niemieckiej z jego książek, nie ma pałacu, na którego miejscu wzniesiono gmach parlamentu berlińskiego czyli tzw. Reichstag. Nawet ulicy mu poskąpiono. Można by pomyśleć, że historia tego miasta doszczętnie wyrzuciła Atanazego hr. Raczyńskiego z pamięci.

A przecież jest inaczej. W zbiorach galerii malarstwa, mieszczącej się obecnie na tzw. “Kulturforum”, naprzeciwko słynnego placu Poczdamskiego, ostał się jeden tylko obraz z kolekcji pana hrabiego – ale za to najcenniejszy – tzw. tondo czyli okrągły obraz przedstawiający Madonnę wśród lilii i aniołów Sandro Botticellego z roku 1478. Ten przepiękny zabytek włoskiej sztuki renesansowej, wykonany na zlecenie florenckiego kościoła S. Francesco al Monte, znajduje się w każdej popularnej książce z historii sztuki i w każdym języku nosi nazwę oddającą hołd panu hrabiemu: “Tondo Raczynski”.

madonna

O wystawie po niemiecku TU, po angielsku TU

Reblog: Przeciw uchodźcom

Wyborcza.pl  16.09.2015

Magdalena Środa

Nienawiść jedno ma imię

Niedawna manifestacja przeciw uchodźcom wywarła na mnie takie wrażenie, że nie mogę się otrząsnąć z niego do dziś. I nie mogę pojąć, dlaczego żaden z polityków obecnych na licznych konwencjach wyborczych, zamiast klepać kłamliwe obietnice, nie zaczął krzyczeć: “nie!” Po prostu: “nie”! Bo to już nie jest sprawa przekonań politycznych, ale sumienia i elementarnej odpowiedzialności.

Wiele razy widziałam demolujących miasto kiboli czy nacjonalistów, ale sobotnie marsze nienawiści to coś więcej.

Szli mężczyźni pobudzani przez testosteron, ale też całe rodziny, panowie z brzuchami, dziewczyny z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Szli i wykrzykiwali nienawiść legitymizowaną rzekomą polityczną racją stanu. Już nie chodzi o jakiś klub sportowy ani o tęczę, nie chodzi tylko o to, by popić na mieście i postraszyć ludzi chamstwem i agresją (wśród “patriotów” słowo “jeb” było w ciągłym użyciu).

Teraz to coś więcej. Chodzi o obronę “naszości” i wykluczenie “obcych”, którzy nam zagrażają. Jak kiedyś Żydzi Aryjczykom. Podobny ton, podobna nienawiść, podobny poziom przesądów, podobny żar. Tyle że jeszcze w zalążku. To się tli i można to zagasić, ale można też rozdmuchać.

Chodzimy po cienkiej czerwonej linii. Jestem pewna, że prawicowym partiom jest to na rękę. Problem uchodźców spadł im jak z nieba. Z nienawiści do gejów i do genderyzmu nie da się więcej wycisnąć. “Wielkie homolobby”, przed którym ostrzegał niezmordowany showman ksiądz Oko, jak i “ideologia gender”, fantom ożywiony przez biskupów, przestały działać na zbiorową wyobraźnię.

Co innego taki muzułmański uchodźca. Można nim straszyć skuteczniej niż Żydem, genderem i gejem razem wziętymi. Żyd rozsiewał choroby, gej deprawował ojców rodzin, gender zmieniał płeć dzieci, uchodźca będzie niszczył krzyże, wynaradawiał, zabierał pracę i gwałcił kobiety. Nie ma to jak uchodźca! Samo zło i terroryzm. Jak łatwo zmobilizować wokół tej figury ludzkie obawy, namiętności! I jak łatwo obiecać wybawienie od zła.

Wiele lat temu pisałam, że polska tolerancja jest mitem, fikcją, podobnie jak szacunek i miłość bliźniego. Deklarujemy je, ale nie praktykujemy. Europejczykami jesteśmy tylko wtedy, gdy chcemy coś dostać. Solidarność to nazwa związku zawodowego, którego szef ma psa Kacperka i lubi luksus. Nic więcej.

Jesteśmy plemieniem, którego tożsamość budowana jest na niechęci wobec obcych. Zapewne jest to konsekwencją okresu komunizmu, długiej izolacji od normalnego, otwartego, multikulturalnego świata.

Prawdziwymi postkomunistami, nie tylko w Polsce, ale również na Węgrzech, w Czechach, na terenach byłej NRD, są ci, którzy ciągle marzą o żelaznej kurtynie, o izolacji od świata. Tej postkomunistycznej niechęci wobec obcych nie jest w stanie przełamać nawet wiara w Boga głoszącego miłość bliźniego. Zresztą jaką miłość? Gowin powie niedługo, że Bóg się mylił, tak jak myli się papież Franciszek.

A ja się tylko pytam, czym się różni owa nienawiść maszerujących “patriotów”, ich gotowość do hejtów, do przemocy, do narodowo-wodzowskiej dyktatury od nienawiści sianej przez terrorystów? Nienawiść jedno ma imię. Jej biało-czerwony kolor nie zmieni jej istoty.

***
Pod artykułem Magdaleny Środy Redakcja Wyborczej zamieściła informację, na którą czekam już od kilku lat – nie będzie można zamieszczać anonimowych wypowiedzi!!! A więc jednak można! Brawo!

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli?
Pod adresem listy@wyborcza.pl czekamy na Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym “Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl