Solidarność według Kobiet / Frauen und Solidarność

Die unsichtbaren Frauen: Solidarność, polnischer Feminismus und das Feindbild „Gender“
Filmabend und Diskussion
Frauen der Solidarność (OmU, Polen, 2014) Reg. Marta Dzido, Piotr Śliwowski

Letztes Jahr feierte Polen 25 Jahre Freiheit. „Solidarność“ hat grammatisch das weibliche Geschlecht, trägt aber ein männliches Gesicht, und die dominante Erzählung über den antikommunistischen Widerstand verschweigt die Beteiligung der Frauen an der Bewegung. Die Geschichte dieser unsichtbaren Frauen hat jedoch bis heute Auswirkungen auf den polnischen Feminismus. Wie kann die Geschichte der Frauen im und gegen den Kommunismus rekonstruiert bzw. wiedergewonnen werden? Hat der Triumph der Solidarność im Jahr 1989 den polnischen Frauen Befreiung gebracht? Und wie geht es weiter mit Frauenfragen im heutigen Polen, wo die aktuelle Regierung die „Gender-Ideologie“ zum Feindbild macht?

Kommentar zum Film und Einführung in die Online-Ausstellung „Women under Communism“ von Ewa Maria Slaska (Autorin und Journalistin) und Prof. Dr. Magdalena Waligórska (Universität Bremen)

Solidarnosc in RBF7xx
Der Film widmet sich den polnischen Frauen, die sich in den 1980er Jahren in der polnischen Gewerkschaft Solidarnosc engagierten und damit zur politischen Wende 1989 beitrugen. Doch im kulturellen Gedächtnis Europas ist der Beitrag dieser Aktivistinnen nahezu ausradiert und in der Geschichtsschreibung sozialer Bewegungen wird der politische Aktivismus beteiligter Frauen häufig ausgeblendet. Stattdessen wird Bewegungsgeschichte auf männliche Akteure verkürzt. So auch im Falle der Solidarnosc, der größten Oppositionsbewegung im kommunistischen Osteuropa, die in ihren besten Zeiten zehn Millionen Mitglieder zählte, davon die Hälfte Frauen. Obwohl die Gewerkschafterinnen Seite an Seite mit ihren männlichen Kollegen für eine Demokratisierung der Gesellschaft kämpften, ist kaum eine der rund fünf Millionen Frauen aus der Solidarnosc namentlich bekannt. Und das, obwohl es gerade die Frauen waren, die in den Jahren nach der Verhängung des Kriegsrechts und dem Verbot der Gewerkschaft 1981 konspirative Strukturen aufbauten. Innerhalb der Gewerkschaft blieben ihnen Führungspositionen verwehrt, und 1989 saß lediglich eine einzige Frau aus der Solidarnosc bei den Verhandlungen mit am „Runden Tisch”. Der Film begibt sich auf Spurensuche nach den vergessenen Aktivistinnen.
D. Brunow, Feministische Studien

In Zusammenarbeit mit Städtepartner Stettin e.V.

Veranstalter Solidarnosc

Zum Frauentag organisiert Regenbogenkino beginnend am 3. März eine Reihe mit den Filmen zum Thema Migrantinnen / Frauen in anderen Ländern und Kulturen.

Siehe

Przedruk: Zaszczuta wiceminister

Zbigniew Milewicz

Z drugiej ręki

Nie czytam dwutygodnika Kobra, ale robi to Jurek, mój monachijski sąsiad, z którym sobie czasem przy piwku politykujemy. Od niego więc mam ostatni, grudniowy numer pisma z ubiegłego roku, w którym jest m.in. tekst na temat Moniki Zbrojewskiej, współkierującej resortem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej. Dobry materiał dziennikarski, pióra Anny Fijak, którym chciałbym się z Państwem podzielić, opowiada on o wszechobecnym na scenie politycznej mobbingu i jego tragicznych skutkach.

kobra

Z hasłem miłości bliźniego na ustach potrafimy zabić. Wprawdzie nie bezpośrednio, przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, ale słowem. Złe słowo, zwłaszcza dzisiaj, w dobie internetu, ma zabójczą moc. Dotyka przede wszystkim osoby wrażliwe, bo te gruboskórne zniosą wiele. A co do tego, że Monika Zbrojewska była kobietą kruchą, jej znajomi nie mają wątpliwości. Gdy nastąpił bezpardonowy atak, nie umiała sobie z nim poradzić.

Piątek 23 października, wczesne popołudnie. Ulicą Byszewską w Łodzi jedzie toyota yaris, za nią samochód kierowany przez emerytowanego policjanta. Policjant widzi, że poprzedzający go pojazd dziwnie się zachowuje, mówiąc wprost – jedzie zygzakiem. Zawodowa rutyna daje znać o sobie. Były funkcjonariusz wyprzedza toyotę, zajeżdża jej drogę zmuszając do zatrzymania. W środku kobieta, jakby nie zdająca sobie sprawy, co się dzieje. Wyczuwalny jest alkohol. Kiedy później przeprowadzono badanie okazuje się, że stężenie wynosiło ponad dwa promile. To dużo, w przypadku kobiety bardzo dużo.

Przyjeżdża policja. Kobieta nie wszystkie polecenia wykonuje bez sprzeciwu. Zostaje odwieziona do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze nikt nie wie, że chodzi o wiceministra sprawiedliwości Monikę Zbrojewską.

kobra (1)Zanim informacja dotarła do przełożonych, ktoś dał cynk dziennikarzom. Przypadek? Są tacy, którzy wszystko widzą w jasnym kontekście. Monika Zbrojewska jest ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej. Za kilka godzin rozpoczyna się cisza wyborcza, a z nią kończy się w mediach okładanie ciosami poniżej pasa. Ale o konkretnym przypadku pisać przecież można. Następuje zmasowany atak. Media, zwłaszcza te związane z Prawem i Sprawiedliwością, biją na odlew. Internet pełen jest chamskich komentarzy. I nic to, że wiceminister nie należy do PO, nie uważa się za polityka. Dla jednych wystarczy, że jest ze znienawidzonego rządu, dla drugich radość sprawia, że ktoś, kto był tak wysoko, właśnie z hukiem z tej wysokości spada. Dla różnej maści nieudaczników, przeciętniaków, a czasami wręcz pospolitych leni, porażka człowieka bardziej uzdolnionego, bardziej pracowitego jest najsłodszym miodem na zawistne serce.

Nic nie wskazywało, że kiedyś osiągnie zaszczyty. Rodzice posłali ją do technikum odzieżowego, bo Łódź była wówczas centrum przemysłu włókienniczego i zawód dawał gwarancję pracy. Wprawdzie po transformacji padał zakład za zakładem, ale gdy Monika Zbrojewska rozpoczynała edukację w szkole średniej, nikomu nie śnił się krach socjalistycznej gospodarki, a z nim bankructwo całych gałęzi przemysłu.

W technikum uczono zawodu, po macoszemu traktując przedmioty humanistyczne. Nagle okazało się, że uczennica Monika ma większe ambicje. Marzyło się jej prawo, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że ze świadectwem z „odzieżówki“ i wyniesioną z tej szkoły wiedzą, na prawnicze studia nie ma żadnych szans. Obowiązywały wówczas egzaminy wstępne, a sito na tradycyjnie obleganym przez kandydatów prawie było szczególnie gęste.

Ku zaskoczeniu komisji stała się rzecz niezwykle rzadka. Absolwentka technikum odzieżowego zdystansowała dziesiątki kandydatów z „lepszych” szkół. Nikt nie wiedział jednak, że za tym sukcesem kryły się setki godzin spędzonych nad podręcznikami, których nie obejmował program nauczania w technikum. Monika Zbrojewska okazała się jedną z najlepszych wśród ubiegających się o indeks Uniwersytetu Łódzkiego. Studia skończyła wśród trojga najlepszych studentów na swoim roku. Zaproponowano jej pracę w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Została na uczelni.

Szybki doktorat, dziesiątki naukowych publikacji. Stała się znana poza wąskim, naukowym środowiskiem, dzięki komisji śledczej w sprawie afery Lwa Rywina. Została jej ekspertem. Posiedzenia komisji transmitowane przez wszystkie znaczące stacje telewizyjne, cieszyły się olbrzymią oglądalnością. Wśród ekspertów wyróżniała się właśnie Zbrojewska. Z jednej strony fachową wiedzą, z drugiej obiektywizmem. Niektórzy z występujących traktowali udział w komisji jako trampolinę do kariery, a ich stronniczość była aż nazbyt widoczna. Na ich tle Zbrojewska budziła szacunek nawet u osób, którym obiektywne opinie pani ekspert się nie podobały, bo stały w kolizji z politycznymi interesami. Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, były komisje w sprawie prywatyzacji PZU i w sprawie Olewnika.

Wielu jej zazdrościło. Szybkiej kariery naukowej ukoronowanej habilitacją w wieku 41 lat, co w naukach prawniczych nie jest częste, także statusu materialnego związanego z prowadzoną równolegle praktyką adwokacką. Zazdroszczono znanych klientów, takich jak choćby Leszek Miller (proces przeciwko Zbigniewowi Ziobrze) czy niegdysiejsza gwiazda telewizyjna Irena Dziedzic. Zazdrośnicy nie zastanawiali się nad ceną, którą za powodzenie przychodziło Monice Zbrojewskiej płacić. A cena była bardzo wysoka, bo w życiu nic nie jest za darmo.

Wszystko zbudowała na jednym filarze. Kariera, praca zawodowa. Nie było żadnej innej podpórki, choćby tej natury osobistej, żadnego oparcia. Taka konstrukcja jest bardzo niebezpieczna. Gdy pada jedyny filar, wszystko obrócić się może w ruinę. Takiej ruiny Monika Zbrojewska doświadczyła.

kobra (2)

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Cezary Grabarczyk, obejmujący fotel ministra sprawiedliwości i jego propozycja skierowana do łódzkiej znajomej o objęcie stanowiska jednego z zastępców. Monika Zbrojewska została wiceministrem.

Wchodziła do budynku przy Alejach Ujazdowskich chyba nie zdając sobie sprawy, jakie to miejsce. Miejsce zasiedziałych pracowników, odpornych na zmiany personalne na szczytach, biegłych w zakulisowych grach i zwalczaniu konkurencji. Nowa wiceminister bez politycznego zaplecza (wszyscy przecież wiedzieli, że do PO nie należy), bez umiejętności bezwzględnego wymuszania na podwładnych posłuszeństwa, z góry stała na straconej pozycji. Dodatkowo górowała nad większością ministerialnych urzędników wiedzą, a jest to grzech, którego wielu wybaczyć nie potrafi. Nie miała męża, nie miała dzieci, więc pracy mogła całkowicie się poświęcić, a takie zawodowe zaangażowanie także nie może podobać się ludziom, żyjącym w rytmie ośmiogodzinnego dnia.

Było trudno, a stało się jeszcze trudniej, gdy z ministerstwa odszedł Cezary Grabarczyk. Nowy szef resortu, Borys Budka, został zaskoczony atakiem na wiceminister Zbrojewską. Szczególnie zajadły był jeden z ustosunkowanych urzędników. Minister Budka chcąc sprawę ostatecznie wyjaśnić, zarządził konfrontację, ale do niej nie doszło, gdyż urzędnik wycofał się z oskarżeń. Sprawy jakby już nie było, ale przecież zły osąd pozostał. Monika Zbrojewska została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To dla niej bolesna porażka, bo uzmysławia sobie, że jednak jej wrogowie odnieśli zwycięstwo, a minister Budka jej nie obronił. Nie chciał, czy nie mógł?

Powinna sobie odpuścić. Zbliżały się przecież wybory, a sondaże wskazywały, że Platforma Obywatelska nie otrzyma mandatu na dalsze sprawowanie rządów. Jeżeli padnie PO, to padnie również minister Budka, a z nim wszyscy jego zastępcy. Czy jednak gorycz i emocja były silniejsze od trzeźwej kalkulacji? Czy to, co stało się 23 października na ulicy Byszewskiej w Łodzi, nie wiązało się z zawirowaniami w ministerstwie?

Alkohol temat drażliwy. Współpracownicy Zbrojewskiej będą utrzymywać, że nie piła. Na oficjalnych imprezach lampka lub dwie wina, nigdy nie zdarzyło się, by nie przyszła na zajęcia. Ale przecież 23 października nikt nie zmusił wiceminister do wypicia szklanki wódki i do zajęcia miejsca za kierownicą. Ludzie nieuzależnieni od alkoholu zwykle nie sięgają po tak dużą dawkę, by rozładować stres.

Psycholog Andrzej Wroński zastrzega się, że o przypadku pani wiceminister mówić nie będzie, bo go nie zna. Co najwyżej o alkoholizmie wśród kobiet. Staje się on problemem. Coraz więcej pań w tajemnicy przed otoczeniem, nawet najbliższą rodziną, sięga po kieliszek. Najczęściej wieczorem, po trudnym dniu. Z czasem to samotne picie staje się nałogiem. Kobiety odrzucają od siebie brutalną prawdę, że wpadły w uzależnienie. Rano przecież wstają do pracy, normalnie funkcjonują, w czym więc problem? Kac leczą porcją tabletek. Współpracownicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś złego. Czy tak było w przypadku Moniki Zbrojewskiej? Być może…

Reakcja jest szybka. Po kilku godzinach od zatrzymania wiceminister, premier Ewa Kopacz podpisuje jej dymisję, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska stwierdza, że dalsze uczenie prawa przez osobę, która dopuściła się przestępstwa, będzie niemożliwe, Rada Adwokacka grozi wydaleniem z zawodu. Sankcje poważne, ale przecież zasłużone. Czy jednak to, co działo się potem, można już usprawiedliwić?

Monice Zbrojewskiej zawalił się cały jej dotychczasowy świat. Pracę na uczelni, adwokaturę w ciągu jednej chwili powinna wykreślić z życiowego kalendarza. A przecież zawodowemu sukcesowi poświęciła wszystko. Na dodatek internet zieje jadem. Każdego dnia zatrzymuje się w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu nietrzeźwych kierowców, ale nikt się nimi nie interesuje. Są przecież anonimowi, nic nie znaczą. Zbrojewska wystąpiła jednak przed szereg, a polski szereg bardzo nie lubi, gdy ktoś łamie jego szyk i przy najbliższej nadarzającej się okazji z lubością wdepcze delikwenta w ziemię.

Nie wychodzi z domu. Najbliżsi radzą, by nie uruchomiała komputera i nie czytała dotyczących jej wpisów, by nie sięgała po gazety. Czy jest jednak w stanie odizolować się od świata, w którym tkwiła po uszy?

Rodzina zawozi ją do szpitala. Przechodzi gruntowne badania. Wykazują silne zatrucie lekami. Czyżby sięgała po zwiększone porcje tabletek, by choć na chwilę zapomnieć albo na chwilę zasnąć? Monika Zbrojewska umiera 30 października. Lekarze jako przyczynę śmierci podają niewydolność wielonarządową. Monika Zbrojewska chciała, by je ciało skremowano. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu byłej wiceminister, internet dalej syczał. Dominowało przekonanie, że 43-letnia kobieta zapiła się na śmierć. A fakt, że akurat było to kłamstwem, nie miał dla piszących żadnego znaczenia. Prawda bowiem jest ostatnią rzeczą, którą nienawistnicy zwykli się przejmować.

Anna Fijak

 

Kaziuki

Roman Brodowski

Dzień świętego Kazimierza resztki zimy uśmierza

Dzisiaj mamy czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie. Tak niedawno brałem udział w zorganizowanym po raz kolejny przez Związek Polaków na Białorusi, Grodnieńskim Święcie Kaziuków…

Właściwie tradycja Kaziuków, ludowego festynu jarmarcznego, pochodzi z Litwy. Jarmark ten organizowany jest już od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, zarówno w Wilnie jak i okolicach.

Po raz pierwszy, połączony z pochodem przebierańców, kuglarzy, kupców i mieszkańców, odbył się ponoć w 1638 roku.

Na początku swojego istnienia przypominał on nieco dzisiejszy targ, połączony z odpustem. Można na nim było kupić wyroby rękodzielnicze, żywność wszelkiego rodzaju napitki, no i oczywiście dewocjonalia pod wieloraką postacią. Ten jedyny w swoim rodzaju, trwający dwa dni festyn, był nie tylko czasem zabawy, ale także świętem kultu religijnego św. Kazimierza. Był okresem wspominek o nim, czasem modlitwy. Był też zaczerpniętym z tradycji przedchrześcijańskiej, świętem witania nadchodzącego przedwiośnia.

Kwoli przybliżenia (w kilku słowach) postaci tego świętego nadmienię, że Kazimierz był synem „Pana na Wawelu”, Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Habsburżanki, oraz wnukiem pogromcy Krzyżaków, Władysława Jagiełły. Urodził się w 1458 roku w Krakowie. W wieku dziesięciu lat został uczniem Jana Długosza. Pomimo tego że od najmłodszych lat przy boku ojca uczestniczył w wyprawach wojennych, spotkaniach dyplomatycznych, czy też sejmach, nigdy nie zainteresował się polityką, a wprost przeciwnie. Odznaczał się miłosierdziem względem ubogich i niebywałą, jak na pretendenta do tronu, religijnością. Wiosną 1483 roku król ojciec wysłał go na Litwę, gdzie na początku piastował funkcję podkanclerza, a następnie sprawował faktyczną władzę królewską. Odznaczał się wyjątkową inteligencją. Biegle władał polskim, litewskim, niemieckim oraz łaciną. Znany był z tego, że głosił i wprowadzał na Litwie Kult Najświętszej Marii Panny i Wielkiego Jej Miłosierdzia. Przypisywano mu chrześcijańską zasadę, „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”.

W 1484 roku niespodziewanie zmarł na gruźlicę w odległym od Wilna o sto pięćdziesiąt kilometrów, Grodnie. Miał 26 lat.

Spoczął w podziemiach Katedry Wileńskiej i jest to do dziś miejsce kultu młodego Jagiellończyka.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Obrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Unii Lubelskiej w 1569 roku.

W 1950 roku Pius XII ogłosił go też patronem młodzieży litewskiej. Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem żadnego rodzimego patrona, a dla religijnego prestiżu był on nader potrzebny. Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Dniem wspominania świętego Kościół ustalił dzień 4 marca – dziś dzień imienin Kazimierza.

Wracam do moich „kaziukowych” wspomnień. Chętnie sięgam pamięcią do tych wileńskich z 2009 roku.

Do Wilna zaproszony zostałem przez grono moich przyjaciół, z okazji imienin jednego z nich – Kazimierza. Zapowiedzieli mi, że weźmiemy udział w „kaziukowym jarmarku”. Ja jako „polski poeta z Berlina”.

Z Berlina wyjechałem rejsowym autokarem lini Berlin – Tallin – Wilno, wieczorem trzeciego marca.

Trudów podróży zbytnio nie odczuwałem, ledwo wszedłem do autokaru, już, prawie że natychmiast, zasnąłem. Ktoś obudził mnie dopiero na dworcu autobusowym w Kaunas czyli Kownie, gdzie zgodnie z planem musieliśmy przesiąść się z wygodnego pojazdu do mniej wygodnego, lokalnego mini-busa. Czekały na nas cztery pojazdy, które odwoziły pasażerów do Rygi i Tallina lub Wilna i Mińska.

Do Wilna dojechałem wczesnym popołudniem. Moi znajomi czekali na dworcu i od razu zawieźli poza miasto, do motelu. Dali mi kilka godzin, bym mógł odpocząć i doprowadzić się do porządku po trudach podróży. Umówiliśmy się na spotkanie przed motelem o godzinie 18.

Ledwo zdążyłem się wykąpać i założyć na siebie wizytowe ubranie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Minęła 17. Otworzyłem. Przed drzwiami stało kilka nieznajomych mi osób, z kwiatami i szampanem. Byłem zaskoczony. Wtedy zza pleców jednej z pań wyłonił się Czesław, brat mojego przyjaciela – Kazimierza, wilniuka, mieszkającego od wielu lat w Grodnie. Unosząc napełniony jakimś trunkiem kryształowy puchar w kształcie baraniego rogu, zaintonował „sto lat, sto lat, niech…” Kazik powiadomił go widocznie, że dziś są moje 50 urodziny. Złożył mi życzenia i wręczył kielich, bym jako pierwszy umoczył w nim usta. To był krymski szampan.

Wypiłem nieco, po czym przekazałem napój dalej. Gdy ostatni z gości dopił resztę szlachetnego płynu, udaliśmy się do znajdującej się w piwniczce motelu restauracji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przy suto zastawionym stole ujrzałem Kazimierza, Leszka, który specjalnie na ten wieczór przyjechał z Białegostoku, Ludmiłę z Grodna, Marię, polską nauczycielkę z Wilna oraz Anię, lepszą połowę Czesława. Byli wszyscy, których chciałem zobaczyć. Moi przyjaciele połączyli jutrzejszą imprezę imieninową Kazimierza i moje „półwiecze”. Przyjęcie trwało do północy w miłej, zakrapianej dobrymi trunkami i „zakąszanej” kawiorem i litewskimi „specjałami” atmosferze.

To była naprawdę prawdziwa niespodzianka i mój najpiękniejszy dzień urodzin.

Następnego dnia około dziesiątej pod motel podjechał Czesław. Założyłem palto, przerzuciłem przez ramię torbę z kilkoma egzemplarzami moich zebranych w skromny tomik wierszy, oraz rękopisami, i zaczęliśmy kolejną imprezę. Żona Czesława przygotowała śniadanie. Już od drzwi poczułem swojskie zapachy. Ugoszczono mnie bigosem, białą kiełbasą, jajkami w majonezie, przystrojonymi czerwonym kawiorem, typowo po polsku, ale wszak i rodzina typowo polska. Gospodarze i ich małe dzieci świetnie mówili po polsku, bo już i rodzice Czesława trzymali się reguły, że w domu domownicy rozmawiają tylko w języku przodków. Poza domem oczywiście mówią po litewsku, sporadycznie po rosyjsku, ale w domu – nigdy!

Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta, a tam nieopodal Wilni, rzeczki wpływającej do Nerisa, czekał na nas jarmark – porozstawiane stragany, wozy, prowizoryczne sceny i… prawdziwe mrowisko ludzi. Przy jednym ze stoisk, takim z wileńskimi „specjałami”, czekali na nas Kazimierz i pani Mirka, działaczka mniejszości polskiej na Litwie. Wypiliśmy grzane piwo z miodem i skosztowaliśmy wielkiego „cepelina ze spyrką”, który przypomina w smaku naszą polską pyzę z mięsem, tylko jest o wiele większy i w kształcie podobny do piłki, w jaką grają rugbiści.

Przeciskaliśmy się między ludźmi i co kilkadziesiąt metrów zatrzymywaliśmy obok jakiejś kapeli folklorystycznej, a było ich bardzo wiele. Stoiska kusiły „cepeliadą” – można było kupić wszystko, od wyszywanych serwetek, poprzez tradycyjne pamiątki z drewna, po twory sztuki garncarskiej, kowalskiej, piekarniczej. Były rzeczy antykwaryczne i wielkanocne palmy kunsztownie splecione z kwiatów, ziół, jesiennych liści i gałązek.

kaziuki2

Widok bawiących się całymi rodzinami wilniuków, rozradowanych dzieci, staruszków trzymających się za ręce, korzystających z pierwszych przedwiosennych promieni słońca, i młodzież ciekawej tradycji ojców, naprawdę cieszył nie tylko oczy, ale i duszę.

kaziuki 3

W końcu dotarliśmy prawie że na skraj tego jarmarcznego buszu, w okolice jakiegoś parku. Pod drzewami ustawiona była mała scena, na której właśnie kończył się występ młodzieżowej grupy tanecznej. Pani Mirka podeszła do jakiegoś pana, wyjęła z torby jakieś pismo i pokazała mu, wskazując jednocześnie ręką w naszą stronę. Po chwili pan ów wszedł na scenę i zapowiedział kolejną atrakcję. Tego, co powiedział, niestety nie zrozumiałem, zapowiadał bowiem w języku litewskim. Zrozumiałem natomiast, po geście jaki w moim kierunku wykonał i jego ostatnich słowach – Romanis Brodouskaus – że chodziło o mnie.
Tak – po litewsku nazwisko moje brzmi „Brodouskaus”.
To że w programie mojego pobytu w Wilnie przewidziano spotkanie literackie ze mną, wiedziałem, ale nie wiedziałem, że ma się odbyć w takiej scenografii.

Nieco zaskoczony wszedłem na scenę, usiadłem na krześle i, z mikrofonem w ręku, zacząłem recytować jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Przed sceną stało kilka osób, nie licząc moich przyjaciół. Dopiero po kolejnym utworze wokół sceny zrobiło się ciasno – przybywało coraz więcej Polaków z Wilna. Czytałem i recytowałem przez dobre pół godziny, a gdy skończyłem, rozległy się głośne brawa. „Wileńscy Polonusi” dziękowali mi za wystąpienie. Na bis przeczytałem jeszcze dwie rymowanki dla dzieci, rozdałem kilkanaście książek z autografem i wreszcie pożegnałem się z audytorium.

Katedra w Wilnie_

Późnym popołudniem udaliśmy się do Katedry na uroczystą mszę w intencji św. Kazimierza, a wieczorem, po kolacji, mój zgoła nie święty Kazimierz pokazał mi swoje piękne miasto przy blasku migoczących na nieboskłonie gwiazd.

Wilno - Ostra Brama
Ostra Brama z obrazem Matki Boskiej, Katedra ze swoją charakterystyczną, podobną wieży w Pizie, dzwonnicą, Baszta Giedymina, pozostałość po świetlanych czasach królewskiego miasta, a wreszcie cmentarz „Na Rossie”, gdzie znajduje się grób matki Józefa Piłsudskiego oraz jego serce. Przeszliśmy wąskimi uliczkami starego miasta do domu, w którym podczas studiów, mieszkał Adam Mickiewicz.

wilno 2009
Tam postanowiłem podziękować Kazimierzowi za gościnę i na miejscu napisałem dla niego wiersz, wiersz o „Kaziukach”. Co prawda trwało to „wieczność”, bo i latarniane oświetlenie, i nocna już pora niezbyt mi w tym przedsięwzięciu pomogły. Jeżeli do tego dodam, że ręce mi kostniały, bo pisałem na prowizorycznym stole – lodowatej masce jakiegoś samochodu, to można powiedzieć, że wiersz dla mojego przyjaciela powstawał w iście „spartańskich warunkach”.

Następnego dnia po śniadaniu, w asyście przyjaciół, obładowany podarkami, z wielkanocną, „kaziukową” palemką w garści udałem się na dworzec autobusowy.

– Jaka szkoda, że muszę wracać na ten męczący Zachód. Tak dobrze się tutaj czuję – powiedziałem, wchodząc do autokaru.
– To wracaj do nas. Będziemy na ciebie czekali, Romku – powiedział Czesław.
– „Za rok, może dwa – zanuciła a capella pani Maria, całując mnie na pożegnanie w policzek.

Autokar ruszył, przyjaciele machali, oddalając się powoli, a ja wciąż miałem przed oczyma wydarzenia z ostatnich dwóch dni…

Dzisiaj mamy dzień czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie, a ja muszę leżeć w tym nudnym… szpitalu

Berlin, 04.03.2015

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilna
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie masz i w Gdańsku
I w Mławie

Tysiąc kramów, kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy z Łotwy z Estonii
Z Białorusi i z naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
I do kupna są chęci
Dla najbliższych dla siebie
Dla brata

Ta tradycja jest piękna
„Kaziukowe spotkania”
Święto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Co go nie ma w żadnej
Ze stolic…

Wilno, 04.03.2009

Wyziemienie

Tomasz Fetzki

Ten tekst powinien napisać ktoś inny. Bez kokieterii – Viator jest na to za krótki. Dlaczego? Ano, wpis porusza sprawy ważne i bolesne, wzniosłe i niskie zarazem. Żeby ich dotknąć, trzeba wrażliwości (na tej Viatorowi nie zbywa – miało być bez kokieterii…) oraz warsztatu pisarskiego. Pióra które, zależnie od potrzeby, będzie ostre jak skalpel lub mięciutkie jak welur. I tutaj właśnie Wędrowiec nie dorasta. Ślizga się, próbując trącić właściwą strunę. Nie wychodzi mu: albo przynudza sprawozdawczością, albo, co ze wstydem przyznaje, chowa za zasłoną patosu; co najmniej dwa razy się tak ukrył. Ten tekst powinien napisać ktoś inny. Najlepiej tęgi stylista! Jednakże chętnych jakoś nie widać, zaś czas płynie. A zrobić to trzeba.

Pierwszy skok za parawan patosu: są miejsca wyjątkowe, takie, na które historia uwzięła się szczególnie. Uderzyła w nie mocno i celnie. Blizna pozostaje na zawsze, a i ból od czasu do czasu się odzywa. Do końca świata lew będzie melancholijnie dumał nad Cheroneą, opłakując chwałę pokonanych i niepodległość utraconą na ponad dwa tysiące lat. Sobibór nigdy już nie stanie się na powrót małą, nikomu nieznaną wioską, zagubioną wśród poleskich lasów. Nigdy! Są też takie miejsca, które historia mniej gwałtownie, ale za to systematycznie i uporczywie drapała, jątrząc ranę. Aż zmienia się ona w obrzmienie, narośl, gruzeł… Lepiej jej nie drażnić, by nie zrakowaciała.

To teraz już można mniej manierycznie. Dziś Viator chciałby opowiedzieć o takim właśnie miejscu, gdzie nagromadziły się mało radosne losy tysięcy ludzi. Wzgórze na północ od Żar. Od zawsze, to znaczy od kiedy Wędrowiec pamięta, przez mieszkańców miasta nazywane Wyspą.

1. WyspaCoś z wyspy faktycznie ma, wyrastając ponad okoliczne równie.

Przed wojną był to Doktorberg, czyli Doktorska Górka. Bo też i z medycyną miał wiele wspólnego.

A zaczęło się wszystko w roku 1812, gdy w zabudowaniach folwarcznych żarskiego pałacu armia Napoleona urządziła szpital polowy. Dość szczególny. Umieszczono w nim na przykład nieszczęśników, którym, mimo iż uszli z życiem z bezkresnych białych rosyjskich pól, dalej w głowie szumiała burza śnieżna. Poszkodowanych przez wojnę na umyśle, nie na ciele. I tak już zostało. Mijały lata, powstawały kolejne budynki, całe kompleksy budynków. Brandenburgische Landesanstalt zu Sorau rozrastał się i w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia był już jednym z największych niemieckich zakładów psychiatrycznych. Prowadzony niewątpliwie z pruską skrupulatnością i sprawnością administracyjną – czy także z pruską delikatnością wobec chorych? Niestety, chyba tak. A na przełomie czwartej i piątej dekady strasznego wieku dwudziestego rozegrały się tutaj epizody ponurego przedsięwzięcia, dla niepoznaki określanego technicznych kryptonimem Aktion T4. Także w murach Brandenburskiego Zakładu Psychiatrycznego w Żarach dokonało się ogólnoniemieckie dzieło Vernichtung von lebensunwertem Leben, czyli likwidacji życia niegodnego życia. Przymusowa eutanazja chorych i niepełnosprawnych. Był tu również oddział dziecięcy, przeto…

Przyszły inne czasy, inni ludzie, inny język. Kompleks Landesanstaltu podzielono między dwa szpitale: wojskowy oraz cywilny. W ramach tego wojskowego działa oddział psychiatryczny, ale teraz to raptem jeden budynek. Zaś częścią cywilnego było tak zwane Sanatorium na Wyspie, czyli placówka neurologii dziecięcej. Przy nim zaś szkoła. A kilka budynków dalej jeszcze jedna szkoła specjalna – dla dzieci niesłyszących. Sanatorium i szkoła przyszpitalna już nie istnieją. Ta druga wciąż działa. A półtora roku temu, w ramach przekształceń własnościowych starostwa, przeprowadziła się tu kolejna placówka specjalna, przeznaczona dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Ta, w której Viator w pocie oblicza swego zdobywa chleb powszedni.

I drugi raz Wędrowiec hyca za parawan patosu. Ale co poradzić? Jak by spojrzeć, jest to symbol! Potężny. Wzruszający. W miejscu, gdzie jeszcze siedemdziesiąt pięć lat temu niepełnosprawne maluszki bezlitośnie skazywano na śmierć, dziś otacza się je miłością i szacunkiem. Nie jest to Znak? No jak nie jest, jak jest?!

Jako się rzekło, tutaj Viator w pocie oblicza swego zdobywa pożywienie… póki nie wróci do ziemi, z której został wzięty. Wróci z pewnością. Ale nie na Wyspie. To ważne zastrzeżenie, bo bardzo liczni tutaj właśnie wrócili. I teraz Pielgrzym ma okazję oglądać codziennie z okien swej klasy żałosny spektakl, który dzieje się, dosłownie, na jego oczach.

Oto jakiś czas temu kawał zadrzewionego (właściwie – zarośniętego) terenu między szkołą a szpitalem wojskowym sprzedano przedsiębiorcy budowlanemu. Niby zwykła rzecz. Drzewa wycięto, na pustaci pojawiły się koparki i spychacze. No i się zaczęło.

Ha! Łatwo stwierdzić: Przyszły inne czasy, inni ludzie, inny język. Sami nie przyszli. Przyniosła ich Wielka Zawierucha. Czerwonoarmiści zdobyli Sorau w połowie lutego 1945 roku i w budynkach Brandenburgische Landesanstalt urządzili wielki szpital wojenny. Zwożono do niego rannych z frontu, który posuwał się dalej na zachód. Leczyli się tutaj z ran, a niektórzy umierali, jeszcze przez kilka miesięcy. Tych umarłych zakopano na terenie szpitala. Dwadzieścia kilka lat później ekshumowano ich i pochowano z honorami w innym miejscu. Ale czy wszystkich?

Kiedyś już pisał Viator o nietypowym żarskim cmentarzu żołnierzy radzieckich, zajrzyjcie do tego tekstu, tam jest wszystko, nie warto się powtarzać. Owszem, na nową nekropolię przeniesiono ciała nieco ponad trzystu oficerów. Owszem, jest tam też bratnia mogiła, w której bezimiennie spoczywa jeszcze 351 poległych. Załóżmy nawet, że byli to sami szeregowcy. Proporcje niemal 1 do 1? Niemożliwe. Wszystko wskazuje na to, że reszta niższych szarż spoczywa dalej na terenie szpitala. Właśnie tam, gdzie wjechały spychacze!

Gdyby ekshumowano wszystkich, to pozostawiono by pomniki? Tak wyglądało to tajemnicze miejsce dwa lata temu.

3. Obelisk

A tak wygląda teraz. Pnie wyciętych drzew wyraźnie wskazują granice cmentarnego założenia. Zresztą ich też już nie ma, spychacze je usunęły. Obelisk, póki co, stoi.

Ale brnijmy w tę uliczkę. Wyobraźmy sobie, że szeregowców było tylu samo, ilu oficerów. To i tak niczego nie zmienia. Bo trzeba wiedzieć, że ich pierwsze miejsce pochówku to stara nekropolia, na przedwojennych mapach Sorau wyraźnie obecna. Czy był to cmentarz szpitala psychiatrycznego? Możliwe. Lecz równie prawdopodobne jest przypuszczenie, iż najpierw, extra muros, zaczęto tam grzebać mieszczan, a później dopiero obudowano mogilnik obiektami szpitalnymi. Są też tacy, który domyślają się, iż mógł to być cmentarz żydowski, bo na wspomnianych mapach nie jest oznakowany krzyżykami. Kto wie! Ale czy to nie wszystko jedno? Cmentarz to cmentarz. Zaś przedwojennych grobów, przy okazji przenosin kładbiszcza sowietskich wojnow, na pewno nie ekshumowano! A tu spychacze sobie buszują.

4. Spychacz

Oj, buszują!

Czy urzędnicy ukryli te fakty przed nabywcą działki? Czy raczej przedsiębiorca zlekceważył podejrzanie niską cenę gruntu i wziął sobie na głowę kłopot? To akurat nie nasz problem. Ale z okien wyraźnie widać, że coś tu nie gra. W tej części budowy, gdzie mogił z pewnością nie było (bo jest takowa) prace idą pełną parą. Ale tam, gdzie stoją obeliski, a ziemia niemal na pewno kryje kości kilku narodów, jakby się zatrzymano. Starannie oczyszczono pomniki, na razie nic się nie dzieje. Na razie.

5. Bez bluszczu 6. Oczyszczony

Odkopane i oczyszczone z bluszczu czekają na wyrok.

Ale po co właściwie przyczepił się Viator. Wszak już mistrz Asnyk z rezygnacją konstatował:

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe…
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.
Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą –
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.

Ludzie muszą gdzieś mieszkać! Zresztą, prorok Izajasz zapowiadał: obudzą się i radośnie będą śpiewać (…) a ziemia wyda ciała zmarłych. Ale przecież nie tutaj. Nie teraz. NIE TAK!

Gdyby – zamiast domów – park ze stosowną tablicą (i odnowionymi obeliskami)? Mieszkańcy nowych bloków mieli by gdzie posiedzieć. Pacjenci szpitala też. Takoż dzieci ze szkoły. Można? Jak widać – nie można!

Ech, pięknoduchy, marzyciele, wrażliwcy. Nie pod nas skrojono ten świat.

7. Wieza

Dawna wieża ciśnień. Od wielu lat gniazdowały tam pustułki. Czy teraz odlecą, wygnane hałasem budowy? Wstydem?

Reblog: Chwała mórz

Wiele lat temu, gdy mojemu Ojcu wręczano w Szczecinie nagrodę Chwały mórz, Ojciec poprosił mnie, żebym wygłosiła tak zwaną laudację. Nie lubię wygłaszać pochwał i chyba nawet nie umiem. Napisałam więc wiersz. Chyba się spodobał, bo był drukowany w różnych żeglarskich czasopismach. W styczniu 2012 roku (było zimno!) przypomniałam ten wiersz na blogu Jak udusić kurę. Dziś przypominam go ponownie, bez żadnego specjalnego powodu. Po prostu ostatnio “chodził mi po głowie”.

Moim Ojcem był Dariusz Bogucki, doktor inżynier budowy okrętów, żeglarz polarny, autor. Moją Matką, bo o niej też jest w tym wierszu mowa, była Irena Kuran-Bogucka, graficzka, tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Rok 2001. Ojciec z toporem – nagrodą Chwały mórz przyznawaną przez Mesę Kaprów Polskich – Bractwo Wybrzeża.
Ojciec był pierwszym żeglarzem, któremu przyznano tę nagrodę.
Uroczystość odbyła się w Szczecinie na pokładzie statku Fryderyk Chopin.

Ewa Maria Slaska

Wywiad

Tego dnia
wręczono Dariuszowi Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Otworzyłam oczy
włączyłam radio
Usłyszałam młodego dziennikarza

Proszę powiedzieć naszym słuchaczom
mówił
kilka słów na temat nieśmiertelności pragnień
mówił
i odwiecznej tęsknocie człowieka za wolnością
mówił
ale nie za długo
mówił
tak na trzydzieści sekund
mówił

Owszem
są

Zjadłam bułkę i wypiłam kawę
Dziennikarz mówił
Było zimno
Dziennikarz mówił
Jak wściekle zimno musi być na jachcie
mówił
który płynie właśnie
mówił
do Islandii
do Grenlandii
do Winlandii
mówił
Na Labrador
Na Alaskę
Na Szpicbergen i Ziemię Ognistą
mówił
Za północny
i za południowy
krąg polarny
mówił

Owszem
zimno

Dziennikarz pytał dalej
Co pana skloniło
pytał
Co pana pędziło
pytał
Co inspirowało
pytał
Co z tego zostało
pytał

Umyłam kubek i strzepnęłam okruchy po bułce
Na północnych pustkowiach Kanady
świszczał przenikliwy wiatr
pędziły sanie zaprzężone w sześć wielkich husky
Zapaliłam papierosa
traperzy przemierzali lasy
polując na niedźwiedzie i karibu
starzy Indianie siedzieli u wylotu wigwamów
czekając na wielki potlacz

Nakarmiłam kota
Amundsen szukal Nobilego
Peary wchodził na statek
w małym kościele nadano pewnemu chłopcu imię Frijdhof

Zamiotłam podłogę
ze wszystkich stron nadciągały statki, sanie, balony i samoloty
faceci w futrzanych kurtkach
ściskali dłonie Eskimosom

Wyrzuciłam niedopałek do śmieci
London Cooper Curwood stawiali właśnie słowo the end
pod marzeniami pokoleń chłopaków
o prawdziwej męskiej przygodzie

Dziennikarz pytał dalej
Coś z tego zostało
pytał

Owszem
zostało

Zawsze tylko dwa słowa
Mimo to dziennikarz nie dawał za wygraną
Jest trudno
mówił
Jest ciężko
mówił
Jest tęsknota
mówił
Jest niepokój rodziny
mówił

Za oknem znowu lał deszcz
postanowiłam upiec ciasto
przez trzydzieści lat
piekłam ciasto
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem wiatr obrywał kwiaty pelargonii
mieszałam mąkę i cukier
przez trzydzieści lat
mieszałam mąkę i cukier
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem szare rozbryzgi wody
dodawałam jajka i masło
wszystko było białe
tylko grafiki mojej matki były czarne
bo moja matka czekała na nabrzeżu

Dziennikarz pytał dalej
było trudno
pytał

Owszem
trudno

Zawsze tylko dwa słowa
Wyłączyłam radio
Taki był poranek tego dnia
gdy wręczano Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Gdy ciasto było gotowe
zapytałam
Masz ochotę na kawałek szarlotki
ku chwale mórz

Owszem
mam

Położyłam ciasto na talerzu
nalałam mleko do kubka
i podniosłam go do góry
jak kieliszek
Wypijemy powiedziałam
za dwa słowa:

chwałę mórz

Tak napisał by ten toast Frank O’Hara, jeden z najsłynniejszych w Polsce poetów, Amerykanin. Ja “się podszyłam”. Ojciec był facetem małomównym.

jacht-zima2

Na zdjęciu – Ojciec (w białej czapeczce) na jachcie, gdzieś, gdzie na pewno było zimno.

 

Zimowe, dusznickie śpiewanie

Zbigniew Milewicz

W rocznicę urodzin Chopina, który jak (nie) wiadomo urodził się 22 lutego, a może
jednak dziś czyli 1 marca 1810 roku

Doroczne, Międzynarodowe Festiwale Chopinowskie w Dusznikach Zdroju zbliżają się pomału do siedemdziesiątki. Okrągły jubileusz wypadnie na początku sierpnia b.r., w 190 rocznicę przyjazdu młodego kompozytora do „wód szlązkich“. Jest to najstarszy w świecie, nieprzerwanie organizowany festiwal pianistyczny i zarazem najstarszy polski festiwal muzyczny. W miejscowym Centrum Informacji znajdują się szczegółowe opisy, dotyczące pobytu Fryderyka Chopina w uzdrowisku.

Tak więc wiemy, że szesnastoletni Fryderyk wybrał się wraz z matką do kurortu w Reinerz po ukończeniu ostatniej klasy w Liceum Warszawskim i droga zajęła im około tygodnia. Dziś z Warszawy jedzie się parę godzin. Był wątłego zdrowia, więc przyjechał tutaj, żeby je wzmocnić. W pobliskiej Kudowie przebywali już hr. Fryderyk Skarbek, ojciec chrzestny kompozytora, wraz z rodziną oraz Ludwika Chopin, najstarsza siostra, której zawdzięczał swoje pierwsze lekcje muzyki. Reinerz zatrzymali się w Domu Bürgla, pensjonacie, jak na owe czasy wygodnym i nowoczesnym, oferującym swoim gościom poza noclegami także pełne wyżywienie, o porach dostosowanych do zalecanego rytmu kuracji wodami zdrojowymi.

W liście do swojego przyjaciela, Wilusia Kolberga, Fryderyk detalicznie relacjonuje plan dnia w uzdrowisku, nie szczędząc ironii w opisie miejscowych tradycji : Rano, najpóźniej o godzinie 6, już wszyscy Chorzy przy zrzedle; tu dopiero kiepska dęta muzyka – z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, (…) przygrywa wolno spacerującym Kur-gästom; (…) Taka promenada po ślicznej alei łączącej Anstalt z miastem trwa zazwyczaj do ósmej, stosownie do kubków, ile kto ma rano wypić, potem udają się (każdy do siebie) na śniadanie. – Po śniadaniu idę zazwyczaj przejść się, chodzę do 12, o której obiad jeść trzeba dlatego, że znów po obiedzie idzie się do Brunu. Po obiedzie (…) znów muzyka paskudzi, a tak chodzi się już do samego wieczora. Jak ja, ponieważ tylko dwie szklanki Lau-Brun piję po obiedzie, więc wczas idę do domu na kolacją, po kolacji spać.

Nudę kurortowego życia i codzienny obowiązek picia wód ze źródła Laubrunn (z dodatkiem serwatki z koziego mleka i ziół) rekompensowały mu wycieczki w okoliczne góry. Ubolewał nad tym, że nie pozwalano mu na wędrówki w Sudety, wymagające większej tężyzny fizycznej. O wspólnej z rodziną Skarbków wyprawie do pustelni na górę Einsiedelei (według Fryderyka zwanej Wzgórzem Rozalii) oraz innych wydarzeniach lata 1826 r. dowiadujemy się z zapisków panny Ludwiki. Poza talentem muzycznym miała i literacki, jej mentorem był tutaj hr. Skarbek, ekonomista, historyk, polityk i pisarz w jednej osobie, autor dziennika „ Podróż do wód szlązkich i (miast?) okolicznych w lecie 1826 r.” Dzięki siostrze i ojcu chrzestnemu kompozytora wiele możemy więc dowiedzieć się o pobycie towarzystwa w kurorcie.

Najważniejszym wydarzeniem był oczywiście występ Fryderyka, wielokroć opisywany, więc dam sobie spokój ze szczegółami. Godną pochwały tradycją śląskich uzdrowisk była zawsze obecność muzyki, której poziom wykonawczy niestety często pozostawiał wiele do życzenia. Wreszcie zdarzył się cud, w osobie czternastoletniego Feliksa Mendelsohna, który dał brawurowy recital w dworku, położonym w centrum dusznickiego Parku Zdrojowego, gdzie skupiało się życie kulturalne uzdrowiska. Młody pianista zrezygnował z akompaniamentu półamatorskiego zespołu i zdecydował się improwizować solo na tematy z Mozarta i Webera. Trzy lata później olśnił tam swoim talentem młody Chopin, choć instrument, na którym przyszło mu zagrać przegrywał z dobrą jakością. Istnieją hipotezy dotyczące nawet dwóch recitali. Występy zarówno Feliksa Mendelsohna, jak i Fryderyka Chopina miały charakter koncertów dobroczynnych. Kuryer Warszawski w numerze 22 sierpnia 1826 r. pisał : „gdy kilkoro dzieci przez śmierć ojca do wód na kurację przybyłego sierotami stały się, P. Chopin, ośmielony przez osoby talent jego znające dał 2 koncerta na dochód tychże, co jemu wiele chwały, a tym nieszczęśliwym wsparcie przyniosło”.

Pobyt wybitnego artysty w Dusznikach upamiętnia obelisk, pomnik, zdrój nazwany Pieniawą Chopina i wreszcie Dworek jego imienia, z początku XIX w., w którym wystąpił i gdzie odbywają się słynne festiwale pianistyki. Mimo szacownego wieku, ten lekki w swoim architektonicznym stylu i – co najważniejsze – obdarzony znakomitą akustyką „kursal“, pulsuje młodzieńczym wigorem przez okrągły rok.

onaspiewawdusznikach

Foto. Zbigniew Milewicz

Mam niebywałe szczęście, bo kiedy w pierwszej połowie lutego spontanicznie postanawiam spędzić w Dusznikach kilka dni, jak to mówią, dla zdrowotności, w Dworku akurat trwa XXXIV Zimowy Kurs Wokalny, zorganizowany przez wrocławską Akademię Muzyczną i Polskie Stowarzyszenie Pedagogów Śpiewu. W kursie uczestniczą studenci i absolwenci uczelni muzycznych, uczniowie i absolwenci klas śpiewu solowego szkół muzycznych II stopnia, osoby uczące się śpiewu prywatnie oraz przygotowujące się do egzaminów wstępnych na wydziały wokalne. Rozpiętość muzycznej wiedzy i możliwości wykonawczych wśród uczestników jest więc ogromna i to widać na wieczornych koncertach. Nieszczęśni nowicjusze idą na sceniczne podium często jak na stracenie, dla wielu jest to pierwszy kontakt z szerszą publicznością. Jeszcze nie potrafią radzić sobie z tremą przed występem, dławi im ona całkiem dobre głosy, plącze ruchy, wykrzywia twarze. Minie jeszcze trochę czasu, zanim nauczą się ładnie uśmiechać do jednego człowieka na widowni, który wyda im się przychylny, nim uzmysłowią sobie, że do nich należy scena i to oni rządzą publicznością, kiedy wreszcie dadzą z siebie wszystko, na co ich stać. Ale to kosztuje lata mrówczej pracy nad sobą i muzycznym tworzywem, bez której żaden talent nie może w pełni rozbłysnąć i nie wszyscy jej podołają.

Szlifierze artystycznych diamentów obowiązkowo obecni na widowni. Są m. in. profesorowie Eugeniusz Sąsiadek, nestor PSPŚ i twórca tych kursów, Bogdan Makal, ich kierownik, Izabela Kłosińska, Eytan Pessen… Uciekły mi niestety trzy pierwsze koncerty, w tym poświęcony sztuce bel canto w rzymskiej Arkadii i koncert w 205 rocznicę urodzin Ferenca Liszta, ale przecież zdążyłem na bardzo udany wieczór wokalny młodych talentów Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Najbardziej utkwiła mi w pamięci profesor Izabela Kłosińska, która siedząc w pierwszym rzędzie, z ogromnym zaangażowaniem niemo podpowiadała swoim uczniom, jak otwierać usta i budować ekspresję poszczególnych fraz. Jakże piękna to była suflerka.

Kolejny wieczór stał pod znakiem wyjątkowo nie klasycznej, a estradowej, jazzowej i musicalowej muzyki. Ładnie zabrzmieli Miłosz Gałaj w Something new in my life Michela Legranda i Dagmara Dorda w Cheek to cheek Irvinga Berlina, gromkie brawa dostała Iza Zając za Love you madly „Duke‘a“ Ellingtona, ale mnie najbardziej spodobała się Małgorzata Gąś, która wspólnie z Michałem Bojarskim zaśpiewała pięknie nastrojowy utwór p.t. Czas rozpalić piec, skomponowany przez Włodzimierza Nahornego do tekstu Jana Wołka. I gdybym później nie usłyszał Patrycji Rutkowicz w znanym przeboju J. Petersburskiego, Ja się boję sama spać, to pewnie Małgosia zdobyłaby całą moją sympatię.

Patrycja Rutkowicz, zdjęcie z jej profilu na Facebooku

Później do Dworku wróciła klasyka. Przez dwa dni żółtodzioby artystyczne prezentowały się na zmianę z bardziej doświadczonymi wokalistami, w trzecim, ostatnim wystąpili najlepsi. W programach koncertów stawiałem sobie kreski przy nazwiskach wykonawców, cztery były moją najwyższą, subiektywną oceną. Większość artystów stanowili Polacy, śpiewający głównie utwory kompozytorów języka niemieckiego, włoskiego i angielskiego, w oryginale. Kilku Rosjanom, bądź Ukraińcom, którzy wystąpili na podium, przypadło w udziale zaśpiewanie polskich kompozycji. Mój przyjaciel Edmund, towarzyszący mi w kuracji i na koncertach, był zdania, że za tymi językowymi wyborami stoi polityka. A może tylko komercja? – spekulowałem. Polscy artyści próbują robić karierę na Zachodzie, na ich miejsce przyjeżdżają za chlebem muzycy z Kijowa i St. Petersburga… Jednym niemiecki i angielski potrzebny, drugim polski.

Dworek Chopina

Spodobał mi się m.in. sopran Natalii Piątkowskiej z Łodzi, baryton Piotra Danieluka z Białegostoku, bas Sławomira Brosia z Krakowa i niepomiernie – mezzosopran Natalii Orłów z Warszawy. W końcowej Gali Młodej Wokalistyki musiałem sięgnąć po zapasowy długopis, bo zwielokrotniłem ilość kresek przy nazwiskach. Widownia była zachwycona m.in. występem Pawła Trojaka z Warszawy, w recytatywie i arii Janusza z opery „Halka“ St. Moniuszki, Agaty Chodorek z Wrocławia i Aleksandry Bałachowskiej z Poznania. Obydwie panie miały piękne soprany, ale sam przy goleniu śpiewam basem, więc stronniczo powiem tak : gdybym był bogaczem (if i were a rich man…), to ufundowałbym trzy równorzędne, pierwsze nagrody dla Dominika Kujawy i Pawła Kołodzieja z Wrocławia oraz Sławomira Brosia z Krakowa, mimo że ten ostatni trochę się potknął w wykonaniu arii Waregi z opery Sadko M. Rimskiego-Korsakowa i poprosił akompaniatora o powtórkę, ale czapki z głów proszę Państwa. Klasa!

***
PS administratorki: Niestety w sieci nie ma ani jednego nagrania – ani z konkursu, ani wykonań ulubieńców autora czyli Patrycji Rutkiewicz i Sławomira Brosia. Trochę to zaskakuje w epoce, kiedy prymitywnego nagrania można dokonać przy pomocy komórki. Dziwne więc, że ani organizatorzy konkursu, ani młodzi ludzie, szykujący się do kariery profesjonalnego muzyka, nie zadabali o odrobinę autoreklamy. Na pociechę więc ulubiona piosenka Autora, Ja się boję sama spać Petersburskiego, wielki przebój Zuli Pogorzelskiej, w wykonaniu Kasi Sobczyk.

Myśli o Polsce

Andrzej Rejman

List od ułana

Listy – to ważna rzecz. W nich bowiem jest część najbardziej intymnej i prywatnej sfery człowieka – czasem jednak trzeba je udostępniać publicznie, bo niosą ze sobą jakąś ważną naukę, lub prawdę historyczną.

Tym razem krótki, ale emocjonalny list “ułana zaniemeńskiego”- Zygmunta Augustowskiego do Heleny z Zanów Stankiewiczowej.

List pochodzi z 1991 roku, czyli pisany był w ważnym okresie – początku nowej, postkomunistycznej Polski.

Znajomość Heleny Stankiewiczowej z Zygmuntem Augustowskim i jego Małżonką sięga okresu okupacji, gdy łączyła ich współpraca w podziemiu i AK. Po wojnie utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny kontakt.

list_Zygmunta_Augustowskiego_do_Heleny_z_Zanow_Stankiewi

Warszawa 28.IV.1991 r.

Droga i Kochana Halu,

Oboje z Lalą dziękujemy Ci serdecznie za pamięć o nas przyjazną i miłą, za życzenia i kartki z ułanami z czasów Napoleońskich.

Sytuacja i wtedy i teraz podobna. Wtedy oczekiwaliśmy, że Napoleon przywróci nam niepodległość, a obecnie liczymy, że Zachód przywróci nam i pomoże nam odzyskać suwerenność polityczną i gospodarczą. Niestety sytuacja ogólna nie nastraja optymistycznie, nie uwierzę w niepodległość dopóki w Kraju stoją garnizony bolszewickie, dopóki generał Dubynin może bezkarnie nas obrażać. Sytuacja ekonomiczna pogarsza się, co prawda powolna i opanowana, ale recesja postępuje coraz prędzej. Czym się to skończy? My jakoś przeżyjemy, bo było gorzej i też przeżyliśmy, ale co będzie z Polską? Czy z niewoli sowieckiej popadniemy w niewolę kapitalizmu zachodniego?

Te kłótnie na górze, nieporozumienia, rozłamy, wzajemne oskarżania, powodowane w wielu przypadkach sprawami personalnymi martwią bardzo.

Jesteśmy starzy, nie mamy wpływu i z powodów biologicznych nie możemy już mieć wpływu na bieg historii. Możemy tylko mówić i przestrzegać, ale cóż obecna warstwa kierownicza to ludzie młodzi dla których człowiek starszy to sklerotyk, zawalidroga który przeszkadza.

Nie mając doświadczenia w doświadczenie nie wierzą. Wierzą w siebie w swoje młodzieńcze marzenia, które tak bardzo rozmijają się z rzeczywistością. Cechą obecnej góry jest zarozumiałość i ogromna pewność siebie.

Brak skromności jest godny zastanowienia.

Szastanie groszem publicznym, nowobogacki sposób życia, a reszta społeczeństwa żyje na pograniczu nędzy.

Smutny jest ten mój list, bo smutne są moje myśli.

Ty na pewno mnie zrozumiesz. Straciliśmy wszystko. Domy rodzinne, Kraj rodzinny i pragniemy aby Ta Co Nigdy Nie Zginęła, była na miarę naszych marzeń, wysiłków i trudów naszego życia. Trudne i twarde jest nasze obecne życie. Nie z powodów materialnych, ale z powodów zasadniczych.

Co będzie z Polską i jaka ona będzie? Pijana Polska , zdegenerowana i zdemoralizowana, czy normy moralne trzeba zastępować normami prawnymi?

Czym to się skończy?

Ciężar przyszłości przygniata nas zupełnie. Wybacz, Droga Halu, że zająłem Ci czas, tym co mnie tak trapi. Ściskam Ciebie długo, mocno i czule i Ręce Twoje całuję. Serdeczności dla Dzieci dołączam.

twój stary ułan zaniemeński Zygm. Augustowski

dopisek:

Kochana Halu. Ciebie razem z Panią Krysią i Panem Józiem uściskam, pozdrawiam i całuję. Lala.

(dzięki uprzejmości Krystyny Stankiewicz, Warszawa, 23 lutego 2016)

***

1_rtm_Zygmunt_AugustowskiZygmunt Augustowski (1915-2008) 

zdjęcie: reprodukcja z książki Lepsza strona czasu / J. Zdzisław Szyłeyko. Londyn : Polska Fundacja Kulturalna, 1992

Oficer „Wachlarza”, dowódca Ośrodka Dywersyjnego „Turmont”. Dowódca Oddziału Miejskiego Kedywu Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej.

Zygmunt Augustowski (ps. Ślepowron, Lanca, Hubert) – żołnierz kampanii wrześniowej 1939 r., uczestnik I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej-AK w Okręgu Wileńskiego AK. W kampanii wrześniowej walczył m.in. między Pułtuskiem a Wyszkowem, zatrzymany przez Niemców w grudniu został osadzony w oflagu w Westwalenhof. Po zwolnieniu z niewoli, we wrześniu 1940 r. został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, wysadzał pociągi, dowodził Ośrodkiem Dywersyjnym „Turmonty” i wileńskim Kedywem, a po walkach o Wilno objął dowództwo nad specjalnym oddziałem dywersyjnym. Po wojnie prowadził działalność konspiracyjną. Skazany na karę śmierci, zamienioną na dziesięć lat więzienia (odzyskał wolność w lutym 1956 r. po rewizji procesu).

Działacz Korporacji Akademickiej Konwent Polonia. Brat Kazimierza Augustowskiego.

Pochowany na cmentarzu wilanowskim w Warszawie.

źródło: http://smolwy.blog.onet.pl/2009/10/15/zygmunt-augustowski-oficer-wachlarza-d-ca-od-turmont/

Hala_Stankiewicz_2Helena z Zanów Stankiewiczowa (1904-1996) 

zdjęcie z arch. rodzinnych

Helena Stankiewicz (ur. 7 lipca 1904 w Duksztach, zm. 14 kwietnia 1996 w Warszawie) – polska działaczka społeczna, autorka wspomnień i wierszy.
Córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945). Prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855), bliskiego przyjaciela Adama Mickiewicza, siostra Tomasza Zana, konspiratora i żołnierza AK. Do wybuchu I wojny światowej (1914 r.) mieszkała w majątku swego ojca w Poniemuniu na Litwie, następnie z rodziną w Rosji, gdzie przebywała do wybuchu rewolucji październikowej. Do Polski powróciła w 1919 r. Uczyła się w gimnazjum polskim w Kownie (Litwa). Po maturze, w 1925 r. wyjechała do rodziny w Polsce. Studiowała na wydziale rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W 1926 r. wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza (1894-1973) i zamieszkała z mężem w majątku Berżeniki, powiat święciański, woj wileńskie (obecnie Litwa). W 1927 r. urodziła się ich córka Maria (zm. 1940), a następnie Krystyna (1931) oraz syn Józef (1936-2011).

Po wybuchu II wojny światowej cała rodzina została zmuszona do opuszczenia majątku i zamieszkania w Wilnie. Helena Stankiewicz była żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. W 1945 r. Kazimierz Stankiewicz został wywieziony do łagru sowieckiego w Saratowie (skąd wrócił w 1949 r.) a reszta rodziny znalazła się w Warszawie.

Mieszkała na warszawskim Żoliborzu. Po wojnie pracowała w magazynie narzędzi medycznych. Pochowana 18 kwietnia 1996 r. na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Na początku lat 90. XX wieku w Londynie ukazały się wspomnienia Heleny z Zanów Stankiewiczowej pt.: “Pani na Berżenikach”, spisane przez Wojciecha Wiśniewskiego. Książka stanowiła nieformalną II część, wydanych wcześniej w Paryżu, rozmów z bratem Heleny Stankiewicz, Tomaszem Zanem (1902-1989), pt.: “Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. Publikacja, bogato ilustrowana fotografiami archiwalnymi, stanowi niezwykłe świadectwo historii ziemiaństwa polskiego na Wileńszczyźnie w II Rzeczypospolitej a potem w powojennej Polsce, w wieku XX. Jest także historyczną opowieścią o losie rodu Zanów. Uzupełnia ją korespondencja autorki z Czesławem Miłoszem.

Helena z Zanów Stankiewiczowa była także autorką wierszy, będących świadectwem losu tych wszystkich, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swych domów na Kresach II Rzeczypospolitej. (żródło: Wikipedia, oraz materiały rodzinne)

***
4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich – oddział kawalerii Wojska Polskiego II RP.
Pułk stacjonował w garnizonie Wilno. Święto pułkowe: 9 lipca – rocznica szarży pod Hrebionką w 1920. Utworzony w 1918 w Warszawie, przy czym poszczególne szwadrony powstawały także w Łomży, Mławie, Płocku, Włocławku i Białymstoku, Koninie i Włocławku.

Pułk 4 Ułanów Zaniemeńskich kontynuował tradycje 4 Pułku Ułanów Królestwa Polskiego.

Od stycznia 1919 Pułk brał udział w działaniach bojowych wojny polsko-ukraińskiej w rejonie Lwowa. W dniu 10 maja skierowany został do Białegostoku, gdzie został uzupełniony, a następnie już w pełnym składzie skierowano go w rejon Mosty-Lida, tam też jako pierwszy polski pułk przekroczył linię rzeki Niemen. Następnie uczestniczył w zajęciu Wilna i walkach na Białorusi. W lipcu 1920 w związku z ofensywą wojsk bolszewickich, Pułk prowadził działania opóźniające. W tym czasie stoczył szereg walk m.in. pod Hrebionką (9 lipca 1920), gdzie rozbił trzy pułki piechoty Armii Czerwonej. W walkach odwrotowych dotarł na przedpola Warszawy. Od 15 sierpnia 1920 brał udział w polskiej kontrofensywie. W czasie tych walk ponownie doszedł do Niemna, gdzie toczył walki także z wojskami litewskimi. Swój udział w wojnie zakończył na linii rzeki Berezyny, gdzie w rejonie Dokszyc zajął stanowiska do momentu zawarcia Traktatu Ryskiego w 1921.

Po zakończeniu działań bojowych Pułk skierowano do Wilna, które stało się przez cały okres II Rzeczypospolitej jego pokojowym garnizonem. W 1921 naczelne władze wojskowe zezwoliły na używanie nazwy “Zaniemeńskich”. W 1927 oficjalnie otrzymał nazwę – 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich, w celu upamiętnienia, że był to pierwszy polski pułk, który przekroczył Niemen w walkach o wschodnie granice Polski.

Kampania wrześniowa. Zmobilizowany 23 sierpnia 1939, lecz załadunek do transportu kolejowego nastąpił dopiero 30 sierpnia na stacji kolejowej Wilno i Porubanek. W związku z tym do rejonów koncentracji przewidzianej dla Armii “Prusy” dotarł 2 września, koncentrując się w lesie na północny wschód od Piotrkowa Trybunalskiego, aby następnie 3 września przegrupować się w rejon miejscowości Lubień.

W nocy z 5 na 6 września Pułk przeszedł do rejonu Sulejowa, gdzie miał organizować obronę na rzece Pilica. 7 września skoncentrował się w rejonie Przysuchy.

8 września zorganizował obronę na południe od Radomia, gdzie po raz pierwszych toczył przez cały dzień walkę z niemieckimi wojskami pancernymi. W nocy wycofał się w rejon przyczółka mostowego pod Maciejowicami, gdzie bronił się następnego dnia.

W nocy z 9 na 10 września Pułk w czasie przeprawy przez Wisłę w rejonie Magnuszewa poniósł duże straty (ciężką broń zatopiono, wielu żołnierzy, a jeszcze więcej koni utonęło), i został rozproszony. Skoncentrował się ponownie nad Wieprzem, gdzie nastąpiła jego reorganizacja. Z pierwotnego składu pozostało tylko dowództwo pułku i 2 szwadron. Do pułku włączono szwadron 13 Pułku Ułanów Wileńskich, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 Dywizji Piechoty, 7 szwadron pionierów oraz 7 szwadron łączności. W pułku znalazło się też kilka czołgów z 61 Kompanii Czołgów Rozpoznawczych. Tak zreorganizowany pułk przemaszerował w rejon Świdnika.

Następnie wszedł w skład Brygady Kawalerii płk. Jerzego Grobickiego z Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Władysława Andersa. 20 września w zaciętych walkach opanował miejscowość Cześniki, a 22 września nacierał na Komorów.

24 września podjął wraz z pozostałymi jednostkami GO Kaw. próbę przedostania się na Węgry. 26 września Pułk zdołał przebić się przez szosę Lwów-Przemyśl, ale w nocy natrafił na oddziały Armii Czerwonej i musiał wycofać się w lasy.

27 września Pułk na czele z dowódcą złożył koło Medyki broń, uzyskując od Niemców honorową kapitulację. (Wikipedia)

***
“Lala” – Irena Augustowska (1914-2010) – żona Zygmunta Augustowskiego, urodzona 25 grudnia 1914 roku w Pelikanach na Wileńszczyźnie, wychowanka Gimnazjum im. Ks. A. J. Czartoryskiego w Wilnie, por. AK, żołnierz V Odcinka Wachlarza, ps. „Ewa”, Dama Orderu Virtuti Militari i wielu innych odznaczeń, filistrowa Konwentu Polonia, uczestniczka I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, Okręgu Wileńskiego AK na terenie Polski Centralnej. Początkowo pełniła funkcję łączniczki, przewoziła meldunki i ludzi, przechowywała broń. Następnie była komendantką oddziału łączniczek przewożących broń i materiały wybuchowe dla patroli dywersyjnych „Wachlarza”. Po likwidacji „Wachlarza” przydzielona do Ośrodka Dywersyjno-Partyzanckiego „Turmonty”, gdzie pełniła obowiązki komendantki oddziału łączności. Po wojnie prześladowana przez reżim komunistyczny – aresztowana przez UB w 1948 r. … Po wyjściu na wolność w 1951 roku pracowała jako księgowa w Spółdzielni Pracy Rybołówstwa Śródlądowego i Przetwórstwa Spożywczego “Wisła” w Warszawie.
Czekała na powrót ukochanego.
W 1956 roku rtm. Zygmunt Augustowski, po 8 latach spędzonych w “celi śmierci” wyszedł z więzienia przy ul. Rakowieckiej. Od tej chwili Ich dom nigdy nie opuściło ciepło rodzinne, szczęście i życzliwość wobec siebie oraz innych ludzi. Nie mogli przez wiele lat wyjść ze zdumienia, że przeżyli. Lala i Zygmunt cieszyli się każdą wspólną chwilą. Pomimo ogromnych cierpień i tortur w więzieniu, pomimo krzywd i niegodziwości, nie szukali okazji do zemsty, czy odegrania się. Nie chcieli wyręczać Pana Boga…

źródło: http://opsa.blog.onet.pl/2010/05/03/por-ak-irena-augustowska-zd-pelikan-1914-2010-2/

O wyższości świąt Bożego Narodzenia…

Myślałby kto, że to był taki sobie żarcik profesora mniemanologii stosowanej, a tu proszę, przed Wielkanocą – w sklepach są już pisanki, kurczaczki i zające – nasza niestrudzona wędrowniczka, Joanna, przysyła wpis o Sylwestrze i Nowym Roku. Ale to w końcu antypody, ludzie chodzą na głowach, a lato jest zimą…

Joanna Trümner

Podróż

Czas nigdy nie mija wolniej, niż wtedy, kiedy na coś czekamy – cztery godziny czekania w Zurychu, trzy w Hongkongu i godziny spędzone w locie dłużą się niemiłosiernie. Czekając na samolot do Sydney słyszę na lotnisku w Hong Kongu tak absurdalne zapowiedzi, że gdybym nie śmiała się z nich razem z innymi pasażerami, to wzięłabym je za omamy słuchowe: „Podróżni wracający z krajów dotkniętych ebolą lub pasażerowie, którzy mieli kontakt z wielbłądem i nie czują się dobrze, proszeni są o natychmiastowy kontakt z lekarzem”. Na lotnisku są punkty mierzenia temperatury, myślę nawet przez chwilę o skorzystaniu z ich usług dla zabicia czasu, ale przeraża mnie powaga, z jaką urzędnicy w gumowych rękawiczkach i z maskami na twarzy wykonują swoją pracę – „A co będzie, jeżeli ze względu na podniesioną temperaturę zostanę w Hongkongu?” – odpuszczam.

Rekompensatą za tę podróż-odyseję jest ciepła, letnia noc, którą wita nas Sydney.

Sylwester i Nowy Rok

Dzień spędzamy na zwiedzaniu Sydney, nie bardzo do mnie dociera, że jest to ostatni dzień starego roku, przy 30-stopniowym upale śmiesznie wyglądają sztuczne choinki, przypominające o niedawnych świętach Bożego Narodzenia. Od godzin popołudniowych tłumy mieszkańców i turystów zbierają się w otaczających zatokę parkach. Oglądamy to eleganckie, bardzo brytyjskie i zielone miasto z pokładu statku. W słynnej na cały świat Operze zaczynają się schodzić na Bal Sylwestrowy elegancko poubierani ludzie – zapewne elita Sydney, a po drugiej stronie zatoki zbiera się młodzież – w szortach i T-shirtach, przy dobrej muzyce i kąpieli w morzu spędzają ostatnie godziny Starego Roku.

sydney-nowyrok

Najchętniej dołączyłabym do nich, ale nie wiem, jak tam się dostać środkami transportu publicznego, decydujemy się na czekanie na północ niedaleko Opery. Około 21.00 docieramy do miejsca, z którego o północy mamy świetny widok na ten niesamowity spektakl, fajerwerki są wspaniałe – pirotechnicy umieścili je w siedmiu punktach zatoki . Dookoła słyszę języki z różnych zakątków świata. Wzrusza mnie widok starszych ludzi, przywiezionych na wózkach inwalidzkich przez opiekunów i spędzających być może ostatniego Sylwestra swojego życia wśród tysięcy młodych ludzi.

Brakuje mi jedynie muzyki. O tę zadbała, niestety, grupa stojących obok nas kompletnie pijanych Francuzów, wyjących „No, je ne regrette rien” (Nie, niczego nie żałuję) Edith Piaf.

Nowy Rok zaczyna się spotkaniem z przyjacielem z Polski, który od ponad trzydziestu lat mieszka w Sydney, i jego żoną. Spędzamy razem cały dzień na chodzeniu po mieście i gadaniu i, mimo dzielących nas lat i języka (ze względu na naszych partnerów posługujemy się angielskim), mam wrażenie, że widzieliśmy się po raz ostatni wczoraj.

Kangoroo Island

Czyli „Wyspa Kangurów”, na której jedyne napotkane przeze mnie kangury mieszkały w małym prywatnym zoo i były tak przekarmione przez turystów, że nawet nie chciały spojrzeć w kierunku zakupionego przez nas pokarmu. Nie, nie jestem rozczarowana tą największą turystyczną atrakcją Południowej Australii. Warto było kupić najdroższy chyba na świecie bilet na prom, chociażby po to, aby płynąć nim przez ponad godzinę na Wyspę Kangurów w towarzystwie delfinów i oglądać piękne, dzikie plaże, na których wylegiwały się foki.

Great Ocean Road

Wyobrażałam sobie ten ocean zupełnie inaczej. Spokojną, błękitną wodę i piaszczyste zakola, gdzie woda jest prawie tak samo ciepła jak powietrze. A tu – piękne kamienne formacje, dzikie i niedostępne zatoki i pieniące się fale. Mamy szczęście, bo jeszcze tydzień przed naszym przyjazdem droga była częściowo zamknięta ze względu na pożary lasów. Zapach spalenizny wisi jeszcze w powietrzu, a już gdzieniegdzie na czarnych kikutach drzew zaczynają pojawiać się zielone liście.

Grampions

Po wielogodzinnej podróży przez kompletnie płaski teren, przypominający raczej sawannę niż pustynię, dosyć monotonny i prawie niezamieszkały, zaczynają się nagle pojawiać pagórki, a potem góry. Po przebyciu jeszcze kilku kilometrów znajdujemy się w pięknej, zielonej dolinie. Jesteśmy w parku narodowym Grampions w Victorii. Mieszkamy w bardzo ładnym hotelu, składającym się z postawionych na podestach bungalowów. A pod tymi podestami drzemią chroniące się przed upałem kangury. Następnego ranka wychodzę z filiżanką kawy na zewnątrz, patrzę na otaczające mnie góry oraz unoszącą się mgłę i z zaskoczeniem widzę, że nasz „domowy kangur” podniósł głowę, patrzymy na siebie z ciekawością, myślę o tym, że tak może wyglądać raj.

sydney-kangur

Rzeczywistość sprowadza mnie na na ziemię podczas wizyty w centrum informacyjnym Aborygenów. Piękne, multimedialne centrum opowiada historię mieszkających na tym terenie Aborygenów, szczególnie wiele miejsca poświęcone jest historii tzw. lost generation, czyli tysiącom dzieci Aboriginów, które w latach 60 i 70 odebrane zostały rodzicom i przekazane na wychowanie do białych rodzin, aby nauczyć się życia „w cywilizowanym świecie”. Na jednej z tablic informacyjnych zapisana jest historia 8-letniego chłopca, po którego w dniu jego urodzin przyjechał samochód policyjny i pani z opieki społecznej. Chłopiec cieszył się przywiezionymi przez nich balonami i słodyczami, myśląc że przyjechali, aby obchodzić z nim ten szczególny dzień. Następnych 10 lat swojego życia spędził w angielskiej rodzinie w Adelajdzie.

Spotkania

Głównym powodem mojej podróży do Australii była chęć poznania rodziny Lachlana, chłopaka mojej córki. Jego dziadkowie przyjechali do Australii w latach 70 z Anglii w ramach akcji dla rodzin, za 10 funtów można było się wtedy przenieść się z cała rodziną do Australii, której brakowało mieszkańców. Pierwszy rok w Adelajdzie spędzili w domu dla przybyszów z Anglii – ta sześcioosobowa rodzina dosyć szybko znalazła swoje miejsce w nowym państwie, dorośli poszli do pracy, dzieci – do szkoły a potem na studia. Z ciekawością słucham ich opowiadań o początkach pobytu w Australii, wymieniamy doświadczenia o życiu za granicami swojej ojczyzny. Uczę ich właściwej wymowy Mount Kościuszko (najwyższa góra w Australii) i opowiadam o Polsce, odnosząc nie po raz pierwszy podczas tej podróży wrażenie, że jest dla nich tak samo obca i odległa jak Mars. Z drugiej strony czy dla wielu moich rodaków liczy się na świecie cokolwiek innego, niż odwieczne polskie wewnętrzne podziały na „ich” i „nas”?

Na pożegnanie Lachlan organizuje na dzień przed naszym odlotem do Hong Kongu party dla 24 osób. Jest tak sympatycznie, że robi mi smutno na myśl o tym, że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, oddzieleni od siebie tyloma oceanami i kilometrami. Smutek zmienia się w zażenowanie, kiedy na lotnisku w Adelajdzie stwierdzamy, że pomieszały nam się daty i dalsza podróż czeka nas dopiero jutro.

Nie widzę prawie w ogóle palaczy na ulicach i szybko przestaję się temu dziwić – moje ulubione „Marlboro” kosztują 30 dolarów australijskich (mniej więcej 25€). Wino, które Australia produkuje w wielkich ilościach i które kupić można w Niemczech za 4€ kosztuje tu minimum 10€. Owoce i warzywa są również zdecydowanie droższe niż w Niemczech. Australia ma minimalną pensję w wysokości 20 dolarów (około 17€) za godzinę, a rząd wprowadza na pewne produkty ceny minimalne, bo „każdemu musi się jego praca opłacać”.

Podczas lotu do Hong Kongu siedzę obok energicznej, starszej Angielki i szybko nawiązujemy rozmowę. Opowiada, że wraca z corocznej wizyty u rodziny w Nowej Zelandii. W tym roku musiała skrócić podróż o tydzień, bo czekają na nią pacjenci w Calais. Moja rozmówczyni jest lekarką i od miesięcy pracuje społecznie w obozie dla uciekinierów w Calais, bo Francuzi nie przejmują się warunkami, w jakich mieszkają uchodźcy, a Anglicy są szczęśliwi, że mają ten problem poza granicami swego państwa. „Nie chcę się dłużej wstydzić za moje państwo”– mówi na zakończenie rozmowy.

Hong Kong

Miasto byłoby piękne – położone wśród wbijających się w zatokę gór, gdyby nie było tak przeludnione i zabudowane tysiącami wieżowców. Metropolia wielkości dwóch Berlinów ma 7,5 miliona mieszkańców i pęka w szwach. Od oprowadzającej nas po mieście przewodniczki dowiadujemy się, że własnościowe mieszkanie o powierzchni 30 metrów kwadratowych kosztuje… milion dolarów. Ona mieszka z mamą i tatą na 40 metrach kwadratowych w mieszkaniu wynajętym od miasta za 600 dolarów miesięcznie. Przestaję się dziwić ilości ludzi chodzących po ulicach, uciekających zapewne od ciasnoty swoich mieszkań, podobnie jak nie dziwi paniczny strach przed epidemią, która przy tej ilości mieszkańców mogłaby mieć niewyobrażalne konsekwencje. Niewiele zostało z brytyjskiego Hong Kongu, jest to bardzo chińskie miasto z bardzo egzotycznymi dzielnicami. Mimo tej egzotyki po czterech dniach pobytu z radością wsiadam do samolotu do naszej Europy, ciesząc się, że niedługo nie będę musiała chodzić po ulicy osaczona tłumem mniejszych ode mnie o głowę Chińczyków.

sydney-hongkong

Wielcy pisarze i kobiety

Ewa Maria Slaska

Baśce O.

Harper Lee, Umberto Eco, Romain Rolland, Gabriel Garcia Marquez, Thomas Mann, Hermann Hesse, Julio Cortazar

Umarli kilka dni temu, albo nie żyją od wielu lat… Obchodzimy właśnie rocznice ich urodzin lub śmierci, albo zostali zapomniani na zawsze. Wielcy pisarze, którzy ukształtowali moje życie. Gdy piszę pierwsze zdania tego tekstu, wciąż dodaję w tytule kolejne nazwiska, patrzę na tę listę i cały czas wiem, że brakuje jej dwóch postaci – Homer i Marcel Proust. Ale ci dwaj są z jakiejś innej półki, znacznie wyższej niż reszta, nie mogę ich dodać do listy moich wielkich pisarzy, bo są ponad wszelkimi listami i kategoriami. Natomiast świadomie nie wpisałam na listę moich pisarzy kilku innych, podobno nawet ważniejszych – James Joyce, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Gustave Flaubert…

Czytałam ich, oczywiście, byli wielcy, ale nie byli “moi”… Wielcy pisarze dużo pisali, ale ci moi są dla mnie najczęściej autorami jednej książki. Mojej książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.

To moja klasyfikacja, moi najważniejsi pisarze. Dlatego jest tu Harper Lee, a nie ma Faulknera i Hemingwaya.

I wśród nich tylko jedna kobieta, właśnie Harper Lee! Dlaczego tylko jedna!? Pytam nie bez powodu, ale o tym za chwilę…

Potem, gdy pojawiają się pisarze ważni, i sławni, i wielcy, ale już nie AŻ TAK ważni, i sławni, i wielcy, Pruszyński, Paustowski, Galsworthy, Gołubiew, Grass, Fitzgerald, Hrabal, Steinbeck, Tolkien, Kerouac, Nooteboom, Calvino, Buzatti… pojawi się też dużo kobiet. Margaret Mitchell, Margerite Duras, Françoise Sagan, Lucy Maud Montgomery, Carson McCullers, Simone de Beauvoir, Ursula K. le Guin, Selma Lagerlöf, Sigrid Undset, Karin Blixen, Pearls Buck, Astrid Lindgren, Gertrud von Le Fort, Agata Christie, ulubiona, bo to na jej książkach i na Kubusiu Puchatku uczyłam się angielskiego… I Francis Yates, autorka książki Sztuka pamięci, która na lata stała się dla mnie wzorem inteligentnej kobiety. To taki najdawniejszy mój własny kanon czytelniczy, który przez lata będzie się rozrastał, odmładzał, feminizował, pojawią się w nim przede wszystkim amerykańskie pisarki postetniczne, Alice Walker, Luise Erdrich, Amy Tan…, Siri Huvsted jako osobna pozycja, i wreszcie feministki.

Feministki to już oczywiście odkrycie po wyjeździe do Niemiec. Jechałam do kraju Manna i Hessego, a przyjechałam do świata, gdzie czytało się Mary Daly, Julię Kristevę i Susan Sonntag. Oraz, oczywiście, Alice Schwarzer, choć dziś chyba już nie chciałabym jej czytać, bo jest wcale nie mała różnica finansowa i etyczna między Alice Schwarzer z lat 80 a teraz.

Feministki objawiły się właściwie już w Polsce, w okresie Solidarności, bo w końcu i one przyjeżdżały do kraju, w którym coś się działo, zakładając, zresztą słusznie, że jak będzie się działo dużo, to będzie się dział również feminizm. Ale podczas jednego czy drugiego spotkania w Polsce nie wiedziałam jeszcze, że można by z tymi kobietami porozmawiać o literaturze feministycznej i chyba nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby taka być.

Wiedziałam natomiast, że jest literatura pisana przez mężczyzn, której kobiety nie trawią, i literatura pisana przez kobiety, która może nie zawsze odpowiada temu, czego kobiety chciałaby od literatury, ale przynajmniej taka, którą będą mogły uczuciowo zrozumieć.

To, że jako kobieta nie jestem w stanie z przyjemnością czytać literatury napisanej przez mężczyzn, było moim własnym odkryciem i to z młodego wieku, skoro napisałam o tym jako osiemnastolatka na egzaminie wstępnym na polonistykę. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak był sformułowany temat, sądzę, że nie miał prowadzić do wniosków feministycznych, lecz raczej chodziło o wzory powieściowe lub coś w tym rodzaju. Napisałam, że Faulkner i Hemingway to nie jest “moja” literatura, że wojna, polowanie… zresztą nie wiem, co dokładnie, ale na pewno, że nie… NIE!

To wypracowanie wpłynęło na moje życie i to całkiem bezpośrednio. Bo po południu po egzaminie pisemnym poszłyśmy z Baśką O. na spacer i ustaliłyśmy, że… wcale nie chcemy studiować polonistyki, a może w ogóle nie chcemy studiować, a na pewno mamy w nosie egzaminy i że nie będziemy już niczego zdawać, tylko idziemy jutro na plażę.

Poszłyśmy. Gdy wróciłam do domu, opalona, opiaszczona, potargana, tam już była groza. Mama tłukła talerze, a Ojciec nie pytając o nic, wziął mnie za rękę i zaprowadził… na egzamin! Nie było daleko. Egzaminy już się skończyły, cała komisja czekała tylko na mnie. Nic nie rozumiałam, przecież nikt nigdy nikogo nie zmusza do egzaminu na studia, a egzaminy są przecież anonimowe. Więc dlaczego? Weszłam, wepchnięta przez Ojca, i przypomniało mi się, nie wiedzieć czemu, jak kiedyś późną nocą Ojciec odwiózł nas obie na kolonie, jechałyśmy z kimś samochodem, ale nie pamiętam z kim. Było ciemno, wszyscy spali, Ojciec się dobijał do drzwi, w końcu otworzyła jakaś zaspana kucharka, zaprowadziła nas do kierowniczki, a potem do jakiejś ciemnej sypialni. Obudziliśmy wychowawczynię i Ojciec powiedział: … Pani, dzieci przywiozłem. Może to było Dzień dobry Pani, albo Proszę Pani, ale może rzeczywiście tak powiedział, jakoś zbyt prosto i niezbyt uprzejmie. I wepchnął nas przez drzwi.

Wydaje mi się, że nie zdawałam tego egzaminu, że wystarczyło, że się pojawiłam. Chociaż może było jakieś pytanie pro forma, typu – kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Nic nie pamiętam. Dopiero po kilku dniach, gdy już wiadomo było, że zdałam i zostałam przyjęta, rodzice powiedzieli mi, że moje wypracowanie egzaminacyjne było tak dobre i oryginalne, iż gdy się nie pojawiłam na egzaminie, komisja zadzwoniła do rodziców i zapytała, co się stało, czy może jestem chora…

Tak to Baśka nie dostała się na studia, a ja owszem… Ale niewiele to pomogło, bo i tak nie chciałam studiować polonistyki… W następnym roku rozpoczęłam studia etnologiczne, a w rok później zaczęłam studiować archeologię…

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to wypracowanie pokazywano następnym pokoleniom studentów. Kiedyś chciałam je przeczytać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział i nic nie pamiętał, i nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie, czy może gdzieś jest. Może zniknęło, może jest w Archiwum Akt Nowych w Gdyni.

Potem były jeszcze dwa znaczące spotkania z książkami pisanymi przez kobiety.

polskieksiazkiPierwsze w Polsce w latach 70. Chcałam zostać dziennikarką, taką lepszej klasy, i obsyłałam różne konkursy. Głupi był to pomysł i nie przyniósł żadnych widomych efektów, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Wysłałam więc recenzję na jakiś konkurs zorganizowany przez Kobietę i życie. To informacja bez znaczenia, ale ponieważ pamiętam, to napiszę, że była to autobiografia Stanisława Makowieckiego Mamałyga czyli słońce na stole. Dostałam wyróżnienie i przysłano mi jako nagrodę kilkanaście książek. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że wszystkie były napisane przez kobiety. Przyznaję, że do dziś myślę z uznaniem o tej peerelowskiej redakcji.

niemieckieksiazkiGdy przyjechałam do Berlina przez kilka miesięcy sprzątałam, nie dlatego, żebym specjalnie lubiła sprzątanie, ale dlatego, że to w latach 80 robiły tu wszystkie Polki. W domu profesorostwa G. na Frohnau odkryłam, że na stoliku nocnym pana profesora leżą eseje filozoficzne i polityka, a u pani profesorowej książki napisane przez kobiety.

Przy Kresowym Stole

Roman Brodowski
napisał do mnie list

Droga Pani Ewo,

pytasz mnie (nie Ty pierwsza), dlaczego tak wiele miejsca w mojej twórczości poświęcam naszym byłym polskim „ Kresom ”, zwłaszcza tym leżącym dzisiaj za naszą wschodnią rubieżą? Dlaczego właśnie te ziemie, pozostałe po zmianie granic naszego kraju w 1945 roku poza Polską, czyli na Białorusi, Litwie i Ukrainie, stanowią tak ważne miejsce w moim życiu?
Jak wiesz, urodziłem się nieopodal Gdańska i tam spędziłem moje spokojne dzieciństwo. O pochodzeniu moich przodków, o moich korzeniach, zwłaszcza tych po mieczu, wiedziałem bardzo mało. Ojciec mój, o sobie i swojej rodzinie rzadko kiedy nam opowiadał. Nawet na zadawane pytania odpowiadał lakonicznie. Widać było, że piętno wojny dawało o sobie znać, był zamknięty i małomówny. Z dokumentów i z tego, co udało nam się od niego usłyszeć, wiedziałem, że urodził się na Zamojszczyźnie, że w 1942 roku, jako młody , niespełna szesnastoletni chłopak, wysłany został na roboty przymusowe do Rzeszy i że w 1944 roku po ucieczce z kopalni soli w Salzburgu wraz z kilkoma innymi więźniami dotarł do armii partyzanckiej generała de Gaulle’a, stacjonującej w Alpach, w której dotrwał zakończenia wojny. Jako repatriant z Francji do kraju powrócił w 1946 roku. W Gdańsku, a właściwie w Gdyni poznał moją mamę, i tam, kierowany wielkim do niej uczuciem, postanowił założyć nasze rodzinne gniazdo.
Szczerze mówiąc, w tamtym odległym już dla mnie okresie dzieciństwa, późnego dzieciństwa i wczesnej młodości, nie przejawiałem potrzeby poznania odpowiedzi na pierwszą część filozoficznego pytania, a mianowicie – Skąd pochodzę?, interesowała mnie bardziej jego druga część, czyli – Dokąd zmierzam?
Dopiero rok 1975 zaważył na tym, że to, skąd pochodzę?, skąd pochodzą moi przodkowie, nabrało dla mnie szczególnego znaczenia. Wtedy zaczęła się
moja własna historia związana z Kresami, wielka życiowa pasja odkrywania księgi pokoleń mojego skromnego zaściankowego rodu.
Pewnego letniego popołudnia poznałem moją ciocię Lidzię. To od niej dowiedziałem się o moich korzeniach, o pochodzeniu i losie moich antenatów i dzieciństwie mojego Ojca.
Z ciocią Lidzią, mieszkającą od 1963 roku w Uradzie, koło Brzegu Dolnego, która jako repatriantka z Syberii, otrzymała tam mały domek z ogródkiem, spotkałem się kilka razy. Za każdym razem wyjeżdżałem od niej wzbogacony o kolejną opowieść, dotyczącą jej syberyjskiego losu, nigdy niezapomnianych przez nią Kresów oraz przedwojennego tam życia.
To właśnie dzięki jej wspomnieniom i na ich podstawie powstały moje pierwsze utwory poświęcone tamtym, kresowym i syberyjskim klimatom.

Spotkania te zrodziły we mnie potrzebę dokładnego poznania mojego rodowodu. Poszukiwania rozpoczęłem od miejsca urodzin mojego ojca, jego ojca, i tak dalej, czyli po nitce do… Z relacji moich krewnych żyjących w Zamościu i Krasnymstawie oraz wpisów w księgach parafialnych kościołów w Lublinie i Radomiu wynikało, że moi pradziadowie przyjechali na te tereny na początku XX wieku z ziemi łuckiej, okolic Włodzimierza Wołyńskiego, czyli z Wołynia.

Niestety, po raz pierwszy (pomimo wcześniejszych starań) ziemię wołyńską odwiedziłem dopiero w 1983 roku. Tak się złożyło, że pracowałem wówczas w kopalni „ZMP”, w Żorach, a było to miasto partnerskie Łucka! Kopalnia i miasto w ramach wymiany kulturalnej zorganizowały wycieczkę do Łucka. Tak udało mi się pojechać do stolicy Wołynia. Oczywiście organizatorzy zaplanowali nam pobyt, ale mieliśmy też czas wolny i poświęciłem go na poszukiwanie śladów mojej rodziny.
Nie było to łatwe i wydawało się, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Informacje posiadał specjalny urząd, do którego trzeba było wystosować odpowiednie pismo, a po ziemi łuckiej poruszać się można było tylko za zgodą tak zwanego „Propuska” od milicji.
Mimo to pobyt na Wołyniu wywarł na mnie niezwykłe wrażenie. Poczułem coś, co mnie jak magnes ciągnęło w tamte strony. I do dzisiaj mnie ciągnie.

Od tamtej pory minęły lata. Zdążyłem wyjechać do Niemiec, założyć rodzinę, nieco się postarzeć. Ot takie zwyczajne koleje losu. Jednakże o Kresach nie zapomniałem. Kiedy w 2004 roku,po zmianie systemu na Wschodzie, po powstaniu państwa ukraińskiego , bez przeszkód mogłem przekroczyć granicę i swobodnie poruszać się po ziemi wołyńskiej, uczyniłem to natychmiast.
Spełniło się moje marzenie. Z bagażem informacji wyruszyłem w poszukiwaniu gniazda moich przodków. Z pomocą pewnego mnicha, mieszkającego w łuckiej parafii kościoła katolickiego odnalazłem siedzibę rodziny. Po tym co zobaczyłem, co zastałem, nigdy więcej nie odważyłem się tam pojechać. Opisałem to natomiast w jednym z wierszy.

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia,
Kolejnego aktu prawdy.

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi,
Na której kwitło życie,
Rodzi ocet w owocach.

Stary, powalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark.
Trwa w pozie żebraczej.

Gliniany, pusty dzbanek
Leżący obok krzyża,
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu.

I mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Proszący o proste psalmy
W intencji odeszłych.

I ukryte w starym dębie
Wieczne dusze przeszłości
Wołające o głos sumienia,
Dusze, których nikt nie słucha.

Tyle po Nich pozostało,
Ile pozostało ich we mnie

***
Kresy.

To ciekawe, że Kresy i Ukraina to właściwie to samo, bo nazwa Ukraina pochodzi od rosyjskiego słowa „Okrajna” – skraj, pobocze czy też rubież państwa. Po raz pierwszy tereny wschodniej Rusi, a więc po części dzisiejszej Ukrainy nazwane zostały tak przez Cara Iwana Groźnego.

Ten sam świat, tyle że ich „Okrajna” leżała na Zachodzie imperium carskiego, nasze „Kresy” na Wschodzie Polski.

***

Od wielu lat utrzymuję ścisły kontakt z kresowianami mieszkającymi na Grodzieńszczyźnie, na Białorusi.

Tak… nie potrafię ani tobie, ani sobie odpowiedzieć na pytanie – co sprawiło, że tamte, kresowe tereny, ludzie, ich kultura, ich mentalność, wywierają na mnie tak wielki wpływ? Może geny? Jedno jest pewne. Zawsze, kiedy tylko przebywam na Kresach, czuję się, jakbym był w domu, w moim rodzinnym ciepłym gnieździe.

Serdecznie pozdrawiam

zaproszenieKresy