Dwugłos o poglądach i przekonaniach

Adam Rejman

Żołnierz na piątkę…

Egzaminowałem kiedyś pod koniec lat chyba osiemdziesiątych uczestników kursu, który kończył się otrzymaniem przez nich dyplomu robotnika wykwalifikowanego i mistrza sadownika.  Cóż to byli za ludzie. Prokuratorzy, redaktorzy, milicjanci. Wszyscy jako wykształcenie podawali podstawowe i przedkładali stosowne świadectwa. Jak dość szybko ustaliłem, większość nie
zamierzała zostać sadownikami a stosowny dyplom był im potrzebny w jednym celu. Umożliwiał zakup jakiegoś kawałka gruntu, na którym mogli postawić dom.

Gdy jeden z moich kursantów podszedł do mojego stanowiska egzaminacyjnego, od razu zwróciłem na niego uwagę. Bo o ile nawet zdarzało się że ktoś z egzaminowanych czasem był trochę spięty czy nawet zdenerwowany, to ten cały się trząsł. I  bardzo mnie to irytowało, że ci starsi przeważnie ludzie, w wieku moich rodziców tak się denerwują i to być może nawet na mój widok. A ten nie przestawał  się trząść, nawet gdy kazałem mu usiąść. Właściwie to on zaczął ten egzamin słowami, że “jest bandytą z WiN-u”… I  kontynuował: “Kiedy zostałem aresztowany, to pierwsze tygodnie wyglądały tak:  w nocy bili a kiedy słabli od tego bicia, to się zmieniali. A w dzień szkolenie polityczne.  A ja byłem
przecież tylko szeregowcem i do WiN-u wstąpiłem po to, żeby walczyć o Polskę. A jaka ta Polska miała być i jaki program mieli dowódcy, to ja, prosty chłop,  nie wiedziałem”.  I  kontynuował swój monolog, który przypominał raczej przesłuchanie niż egzamin, z tym że ja żadnych pytań nie zadawałem. W  końcu dowiedziałem się że chce spełnić swoje marzenie i zakupić jakiś kawałek gruntu po to, żeby móc tam postawić dom. A stało się to możliwe dopiero niedawno, bo dopiero od niedawna takim przestępcom jak on,
wolno jest kupić działkę. Nie bardzo wiedziałem, o co mam go spytać, żeby jakoś mógł ten egzamin zdać. W końcu, chyba z wrażenia, nie spytałem go o nic. Jak pamiętam, powiedziałem mu że jestem synem żołnierza Września i stawiam mu… piątkę. Inna rzecz, że ja, wzorem pewnego asystenta z mojego wydziału ogrodniczego, wszystkim zawsze stawiałem piątkę.

Nie przypuszczałem wtedy, że i ja dożyję czasów, kiedy żołnierzom wyklętym będziemy stawiać nie tylko piątki.

Wiktor Ostrowski (ps. wojenny Kuszel)

EMS: Był dowódcą baonu w Celkowie, należącym do tzw. „Obroży”, czyli pasa jednostek Armii Krajowej zgrupowanych wokół Warszawy, prowadził samodzielne akcje bojowe i organizował kursy podziemnej szkoły podchorążych w Zielonce. Myślę więc, że wie, jak to było, gdy pisze:

Dobrze sobie wyobraża dzisiejszy publicysta czy polityk, taki który w latach 1939-41 nie był w Warszawie i jej okolicach, nabór ludzi do oddziałów ruchu oporu. Myśli sobie, że chłopak mógł wybierać, przeglądać prognozy i zapoznawać się z ludźmi, wybierać jak książki w księgarni – i, kiedy zdecydował się już na daną grupę i porównał się z własnym programem ideologicznym, wówczas zgłaszał się, zaprzysięgał i stawał w szeregi SWZ, czy NSZ, czy GL, BCh, PAL-u, PN-Jutro, RPPS… żeby tak rozumować, trzeba być całkowicie nieświadomym naszego okupacyjnego życia.

To było inaczej. Chłopak – nawet rdzenny warszawiak – był całkowicie zagubiony. Grupki dobierały się spośród znajomych, kolegów szkolnych, kolegów z pracy, ugrupowań sportowych. Bo nie politycznych. Te ugrupowania – jeżeli nie zostały rozbite – weszły głęboko w podziemie i bez należytych kontaktów nie można się było do nich dostać.

A więc spotyka się wreszcie dwóch znajomych chłopaków. „Czy jesteś gdzie?” „Nie.” „Bój się Boga, dlaczego?” „Nie mogę się z nikim odpowiednim zetknąć.” „Chodź ze mną, ja mam taaakiego dowódcę.” Koniec. Zgłasza się do dowódcy „piątki”, zostaje tam wprowadzony, zaprzysiężony i już jest żołnierzem. Polski Walczącej. Ani on, ani jego dowódca nie wiedzą naprawdę, do jakiej organizacji należą. Armia Podziemna. Koniec.

Wiersze z Facebooka

Dziwny ten Facebook, kto z nas odgadnie, jakimi drogami chodzą jego myśli, nad ranem 1 marca, gdy rozmyślam o urodzinach Chopina, a jak się myśli o urodzinach Chopina, to trzeba nieuchronnie myśleć i o jego śmierci. Nie mogę spać, jest 3:36, a Facebook podsuwa mi nagle trzy wiersze, dwóch poetów, a obaj piszą (do mnie) o tym samym.

Sobie człowiek czyta, raz mniej raz bardziej dbale, a tu nagle jeb!
Michał Górecki, proszę:

Ala ma kota
astmę
wrzody
bywa, że ją bolą plecy
to nowotwór

kot ma wszy

nowotwór jest złośliwy
Ali odpadają paznokcie,
skóra odchodzi jej płatami wielkości
jej KOTA
a kot wychodzi nocami na spacery
Na cmentarzach kopie Ali
Codziennie 13 centymetrów grobu

Wyjdzie jeszcze na dwa

Mój kot właśnie zdechł, jestem wrażliwa na takie metafory. Scrolluję sobie dalej, a tu

Tomasz Jastrun

Zwolnienie

Jak napisać moim dzieciom
Zwolnienie
Ze swojego pogrzebu

Pogrzeby są beznadziejne
Antoś na pewno będzie płakał
Franio zamknie się sobie

Nie przejmujcie się
Tylko trochę się bałem
Jak przy starcie samolotu
A teraz już lecę
I czuję się doskonale
Jak to w niebycie

I drugi wiersz czy ciąg dalszy tamtego?

Synom i żonie

Mamie kupiłem urnę
Drewnianą
Tanią

Możecie mi taką samą
I nieść ją w dłoniach
Jak gołębia
I czuć jak bije jego serce
Moje sproszkowane serce

Kochałem was
Na pyłku naszej planety
Zagubionej w międzygwiezdnej przestrzeni
Mocniej i głębiej
Niż potrafię to napisać

I jestem z wami
Chociaż mnie nie ma
A teraz proszę
O chwilę milczenia

Właśnie przebiegło moje życie
W przeciągu westchnienia

Jest wiosna. Też rozmyślam o śmierci. Nie chcę mieć pogrzebu ani grobu. Od dawna chcę, żeby mnie pochowano w papierowej torbie, jak Mozarta. Anonimowo. Na łące. Tak to się nazywa po niemiecku: auf der Wiese.

Zapisałam to w testamencie.

Ale może być też kosz pełen kwiatów. Filmik o takich trumnach przysłała mi niedawno moja siostra. 🙂 Tak to się składa w przestrzeni wirtualnej.

Lub tekturowe pudło. Tanie. Koniecznie!

Festiwal piosenki natrętnej VII

Tomasz Fetzki

Nuta z Ponidzia, czyli natręctwo bezpretensjonalne, ale nic nie szkodzi

Jeszcze w epoce dobrego zapowiadania się poznał Viator sporo piosenek. Nic dziwnego: jak już kiedyś wspomniał, wrażliwy był i chłonny na taką edukację. Niektóre melodie mu się później po drodze straciły, inne pozostały na dłużej. Jak ta na przykład.

Pierwszy raz usłyszał ją Wędrowiec dawno, jeśli dobrze pamięta, jeszcze za życia Wojtka Bellona! Została tak długo, bo okazała się niezwykle przydatna. Co roku, gdy wiosna za oknami się skradać poczyna, lubi Viator pośpiewać Nutę z Ponidzia samemu, albo ze swymi uczniami. Jemu, mimo upływu kilkudziesięciu lat, nie jest ona w stanie spowszednieć. Wraca natrętnie. Zaś uczniowie co jakiś się zmieniają, więc i dla nich nie ma mowy o przesycie. A zamiast infantylnych śpiewanek o motylkach czy kwiatuszkach dostają kawałek bezpretensjonalnej, ale dobrej poezji i takiejże muzyki. I wszyscy są zadowoleni.

Żeby utwór przemówił do nich wiarygodnie, co roku zaprasza Viator wychowanków na spacer-wyprawę w poszukiwaniu przedwiośnia. Nie inaczej było tego roku. W ostatni czwartek konkretnie. Efekty?

Rozłożyła wiosna spódnicę zieloną…

…przykryła błota bury błam!

Rozpuściła wiosna warkocze kwieciste… Wszystko się zgadza.

Ileż to razy wiosna przyszła, od kiedy zabrakło Wojtka!? Ile razy nadejdzie, ale my jej już nie zobaczymy, bo i nas zabraknie? A ona, jakby nigdy nic, wciąż będzie, bezczelna w swym pięknie, powracać. Bezczelna… kochana…

Ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

R.D.

Dwudziestego stycznia 2016 roku, o godzinie 15.57 jechałem na nartach za moją żoną Grażyną i filmowałem ją małym „elepstrycznym” aparatem fotograficznym. Trzymałem go w lewej ręce, a w prawej obydwa kijki narciarskie. Przez nieuwagę zahaczyłem nimi o narty i przewróciłem się do tyłu, uderzając z dużym impetem plecami i głową w śnieg.

Na kilkanaście sekund straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, odruchowo, jak pies Pawłowa, wyłączyłem kamerę i ponownie położyłem się na śniegu, aby dojść do siebie.

Gdybym się jednak nie „obudził” – ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

Nawet bym nie wiedział, że umarłem, a rodzina miałyby oryginalną pamiątkę z moich ostatnich chwil. Tu prezentuję kilka stopklatek z tego filmu.

Gdy po kilku godzinach, cały obolały, spytałem G., jak by się wobec mojej śmierci zachowała – odpowiedziała: „załatwiłabym formalności, a później usiadła i płakała”.

opa r. (od wczoraj podwójny)

w01w02w03w04w05w06w07w08w09w10w11

W namiotach na ulicy…

Najpierw było tak.

Trybunał Konstytucyjny uznał, że grudniowa nowelizacja ustawy PiS o TK jest niezgodna z Konstytucją. Potem rząd uznał, że nie opublikuje tego wyroku. A potem się zaczęło. Zaczęło się 10 marca. Komitet Obrony Demokracji przed PiS-em rozbił namioty przed Kancelarią Premiera Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich (1/3 – jakby kto nie widział, dokąd się udać).

11 marca Henryk Sikora napisał na Facebooku:

Zimno, mokro, a ludzi przybywa…

 

 

a w godzinę później:

Rozpoczynalismy wczoraj we czwórkę rozbijajac namiot pod KPRM. Dzisiaj mamy już trzy namioty i co najważniejsze, stacjonarnie protestujących kilkadziesiąt KOD-erek i KOD-owców. Niebawem będą następne dwa namioty, duże profesjonalne banery i setki protestujących zwolenników państwa prawa i demokracji, a za kilka dni tysiące. DOŁĄCZCIE PROSZĘ DO NAS! Domagamy się publikacji wyroku TK w Dzienniku Ustaw zgodnie z art 190 Konstytucji RP.

Nieuchronnie nasuwa się refleksja, że tak się zaczął kijowski Majdan… Kijowski? Nomen omen?

Tymczasem Internetowe Radio Opornik podaje, że posłanka Beata Kempa pisze na Twitterze, że KOD powinien się cieszyć, że władza przeciwko niemu nie wysyła policji. Czyżby zawoalowana groźba?

Koleżanka z Warszawy pisze: W stolicy policji tyle, co w jakimś zakichanym stanie wyjątkowym. W okolicach URM-u i przy ulicy Bagatela naliczyłam, bagatela, 60 suczek. Kaczyści w gotowości bojowej.

Godzina 18.30. Jacek Parol:

Są już ze dwie setki ludzi. Flagi KOD, unijne. Tęczowe. Polskie i fioletowe Razem. Czytamy wyrok trybunału.

4 rano 4 KODerów na posterunku:

Sobota 20.30 – przynoście coś ciepłego, zupę, herbatę…

Sto lat i trzy dni

Zbigniew Milewicz

Z nieba na ziemię

Kolejna, okrągła rocznica. BMW, samochodowy potentat, ikona monachijskich filistrów, nazywanych spießer i symbol bawarskiego dobrobytu, obchodzi sto lat. Jako datę urodzin koncern przyjmuje 7 marca 1916 r., a za swoich założycieli uznaje Gustava Otto i Karla Rappa, którzy w Monachium na początku XX wieku, niezależnie od siebie, rozpoczęli działalność gospodarczą w dziedzinie lotnictwa. Logo firmy, niezmienione do dziś – stylizowany krąg śmigła w bawarskich barwach – przypomina o jej lotniczych korzeniach.

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1909 r., na pokazach lotniczych w Kolonii. Wśród publiczności znajdował się przemysłowiec Gustav Otto, syn wynalazcy czterosuwowego silnika o wewnętrznym spalaniu. Był tak zafascynowany możliwościami maszyn latających, że po pokazach niezwłocznie pojechał do Francji, gdzie kupił trzy samoloty jednopłatowe typu Blèriot oraz licencję na ich produkcję na terenie Niemiec (dokładnie trzydzieści lat później Luftwaffe zrzuciła pierwsze bomby na Warszawę). W 1910 r., jako jeden z pierwszych, otrzymał niemiecką licencję lotniczą, z nr 34 oraz założył szkółkę lotniczą i fabrykę, którą nazwano Gustav Otto Flugmaschinenfabrik. Mieściła się ona na wschód od poligonu wojskowego Oberwiesenfeld, przy Lerchenauerstrasse 76, gdzie dziś znajduje się fabryka BMW i centrala koncernu.

Początkowo produkowano tu samoloty treningowe i zwiadowcze; weszły one w skład wyposażenia Bawarskiego Korpusu Lotniczego, a kiedy rozpoczęła się Wielka Wojna, posłano je na front. Ponieważ nie sprawdziły się, zakład przerzucił się na produkcję dwupłatowców oraz innych konstrukcji, które okazały się w boju równie mało skuteczne. Ministerstwo Wojskowe Prus zrezygnowało więc z dalszych zamówień i firma podupadła. Wtedy zainteresowało się nią konsorcjum złożone z MAN AG oraz kilku banków, kupiło zakład i założyło nową spółkę, Bayerische Flugzeugwerke AG.

Inżynier Karl Rapp rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem później, w październiku 1913 r., kiedy to wspólnie z drugim udziałowcem – był nim Julius Auspitzer – zajęli się w Monachium produkcją silników do samolotów. Rapp Motorenwerke GmbH mieściły się w kilku drewnianych budynkach obok Oberwiesenfeld, a więc w sąsiedztwie firmy Otto, gdzie wcześniej funkcjonował zakład o identycznym profilu. Kiedy niecały rok później wybuchła wojna, fabryka stała się zakładem zbrojeniowym, produkującym silniki lotnicze na potrzeby pruskich sił powietrznych. Nie miały one dobrej renomy, były problemy z tłumieniem drgań i czasem pękały, więc Ministerstwo Wojskowe Prus zerwało umowę. Próby poprawienia konstrukcji spełzły na niczym i pewnie Rapp wcześniej wypadłby z rynku, gdyby nie otrzymał licencji na budowę 12- cylindrowych silników, zaprojektowanych przez Austro-Daimlera, których odbiorcą był resort wojskowy rządu Austro-Węgier, a także Bawaria. Główny wykonawca nie był w stanie sprostać wszystkim zamówieniom i Rapp dostał swoją szansę. Osobą nadzorującą budowę konstrukcji ze strony Austro-Daimlera był Franz Josef Popp, wiedeńczyk, specjalnie oddelegowany w tym celu do Monachium.

Wikipedia, za którą przytaczam te wszystkie szczegóły, poświęca mu sporo miejsca, całkiem zasłużenie. Popp przekonał bowiem Rappa, aby zatrudnił u siebie Maxa Fritza, młodego projektanta i inżyniera silników lotniczych z Daimlera, któremu w ciągu kilku tygodni udało się zaprojektować nareszcie udaną konstrukcję z innowacyjnym gaźnikiem i ta postawiła firmę na nogi. Rapp, skompromitowany jako inżynier, opuścił zakład, nazwa zmieniła się na Bayerische Motorenwerke GmbH i Popp został ich dyrektorem. Był on zdolnym menadżerem i rynkowym graczem. Podczas, gdy Max Fritz zajmował się projektowaniem, Popp pełnił kluczową funkcję przewodniczącego zarządu, aż do przejścia na emeryturę w 1942 r. Za jego rządów firma przeszła gruntowną rekonstrukcję, rozwinęła skrzydła, choć wzlotom towarzyszyły i upadki.

Po kapitulacji Niemiec w I wojnie światowej alianci na mocy Traktatu Wersalskiego zabronili m.in. budowy samolotów i silników lotniczych. Na krótko zamknięto fabrykę, po czym ruszyła produkcja silników dla łodzi, samochodów osobowych, ciężarówek i motocykli. Drugim ruchem, rokującym jej perspektywicznie większe bezpieczeństwo finansowe, była dziesięcioletnia umowa licencyjna na produkcję zespołów montażowych hamulców z berlińską firmą Knorr-Bremse AG. Interes okazał się trafiony, ale doraźnie zbyt mało dochodowy dla głównego udziałowca BMW, którym był ziomek i dobry znajomy Poppa, Włoch z pochodzenia, Camillo Castiglioni. Spontanicznie przyjął on więc ofertę prezesa Knorra i w sierpniu 1920 r. sprzedał mu wszystkie swoje udziały. BMW było teraz własnością producenta hamulców.

O przetrwanie walczył również dawny zakład G. Otto, Bayerische Flugzeugwerke AG, który z samolotów przerzucił się na produkcję mebli i zabudów kuchennych, a nieco później – motocykli własnej konstrukcji. Nazywały się Flink i Helios. Jesienią 1921 r. austriacki przemysłowiec – finansista Castiglioni oficjalnie zgłosił ofertę kupna BFW. Większość akcjonariuszy wyraziła na nią zgodę, tylko MAN (Maschinenfabrik Augsburg -Nürnberg), najstarsza spółka na niemieckiej giełdzie, której silniki diesla napędzały okręty wojenne, zachowała swoje udziały. Popp, dyskretnie wspierający Castiglioniego w planach całkowitego przejęcia fabryki, z czasem przekonał jednak prezesa MAN, żeby ją sprzedał, bo rzekomo nie była warta funta kłaków. Wiosną 1922 r. austriacki finansista stał się więc właścicielem zakładu, który wkrótce miał otrzymać logo BMW.

Pod egidą Knorr-Bremse BMW rozwijało się całkiem dobrze. W 1921 r. załoga liczyła już 1800 pracowników, firma posiadała szkołę zakładową, ale była zależna od Berlina i budowa silników lotniczych nie wchodziła w rachubę. Nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie Castiglioni, który w maju 1922 r. złożył prezesowi Knorra kuszącą ofertę: 75 milionów marek niemieckich za drobiazg właściwie, za odsprzedanie mało znaczącego wydziału silników i odlewni aluminium, razem z prawem do marki i logo BMW. Zadeklarował, że zamierza na własną rękę założyć fabrykę silników i prosi o rysunki, patenty i maszyny potrzebne do ich produkcji. Zażyczył sobie także, aby przeszło do niego kilka kluczowych postaci, w tym główny konstruktor Max Fritz i przewodniczący zarządu Franz Josef Popp. Berlin chętnie przystał na tę propozycję. Tym sposobem spełniło się marzenie Poppa o scaleniu obydwu zakładów pod jednym szyldem i odzyskaniu niezależności. Reszta dawnego BMW pozostała własnością Knorra, pod nową nazwą Südbremse AG.

Większościowy udziałowiec BMW, Castiglioni, po staremu zainteresowany był przede wszystkim robieniem szybkich pieniędzy. Kiedy dowiedział się, że Czechosłowacja rozbudowuje siły powietrzne i poszukuje odpowiednich silników lotniczych, wynegocjował z Pragą korzystne warunki i zawarł kontrakt na dostawę konstrukcji BMW III a i BMW IV, który pomyślnie funkcjonował ponad 10 lat, niestety zyski lądowały tylko w kieszeni właściciela. BMW rzekomo nic na tym nie zarobiło. Nie Czesi jednak tylko Rosjanie byli wówczas najpoważniejszym klientem. Interesy z państwem bolszewików zapewniły przedsiębiorstwu solidny byt w ogólnie chudych dla Niemiec latach dwudziestych. Na dostawach silników dla Armii Czerwonej Castiglioni dobrze zarabiał, kasując wysokie, maklerskie honoraria od każdej dostarczonej sztuki. Po pięciu lukratywnych latach ktoś życzliwy powiadomił Deutsche Bank, że finansista gra nieuczciwie, gdyż prowadzi fikcyjne spółki, na których konta wpływają prowizje od Rosjan. Bank sprawdził tę informację, okazała się prawdziwa. Aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, Castiglioni wpłacił pokaźną sumę miliona marek na konto BMW, ale stracił miejsce w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa i zmuszony był pozbyć się reszty udziałów. Jego era w BMW się zakończyła, pozostała natomiast urażona duma Rosjan, którzy dowiedzieli się o przekrętach Austriaka. Za dziesięcioprocentowe prowizje, jakie od nich ściągał pod szyldem fikcyjnych spółek, BMW zrewanżowało się darmową licencją na silniki BMW VI, masowo później montowane w bombowcach Tupolewa TB-1.

Pierwszy motocykl BMW, legendarny R 32, zaprezentowany został publiczności na targach motoryzacyjnych w Berlinie jesienią 1923 r. Był on dziełem Maxa Fritza i jego asystenta Martina Stolle. Na szkic R 32 uzdolniony projektant Fritz potrzebował tylko pięciu tygodni. Jesienią 1928 r. BMW przejęło Fabrykę Samochodów w Eisenach i rozpoczęło karierę, jako producent osobowych pojazdów dwuśladowych, z czego jest dziś najbardziej znane. W Eisenach powstawał mały Dixi i początkowo kontynuowano jego produkcję. W marcu 1929 r. powstał pierwszy, seryjny samochód z biało-niebieskim logo, BMW 3/15 PS DA 2, zbudowany podobnie, jak Dixi na licencji brytyjskiego Austina Seven, a trzy lata później, już w Monachium, pierwszy, „prawdziwy“ boarisch, BMW 3/20 PS AM 1 / Automobilkonstruktion München Nr 1.

Na cały stuletni życiorys tej firmy, nawet w wielkim skrócie, brakuje tu miejsca. Kto ciekaw, łatwo znajdzie informacje w sieci, więc wspomnę na zakończenie tylko o jednym, może mało znanym fakcie z czasu II wojny światowej, któremu Wikipedia poświęca zaledwie cztery, lakoniczne zdania. Priorytetem dla całej gospodarki niemieckiej była wówczas oczywiście produkcja zbrojeniowa. W BMW powstawały ciężkie motocykle z doczepianym „koszem“, model R 12 i R 75 oraz terenowy samochód BMW 325, ale główne zadanie polegało na opracowaniu i produkcji różnego rodzaju silników dla Luftwaffe, do 1945 r. wyprodukowano ich ponad 30.000. Najważniejszym był podwójny silnik gwiazdowy BMW 801, osiągający moc do 1467 KW. Realizując zlecenia hitlerowskiego reżimu od połowy 1941 roku, zatrudniano także obcokrajowców, aby zaspokoić braki siły roboczej i podtrzymać produkcję. Do 1944 roku pracowali wszędzie, ogólnie stanowiąc 40 do 50% załogi BMW, która w tym czasie wynosiła 50.000 osób. Posiadali status albo więźnia albo pracownika przymusowego. Dla przykładu do wykonywania silników lotniczych wykorzystywano prawie wyłącznie robotników przymusowych, którzy byli zakwaterowani w obozie zewnętrznym Allach, znanym także jako osiedle Ludwigsfeld, obozu koncentracyjnego Dachau.

Tyle Wikipedia. Brak informacji, ilu więźniów i robotników przymusowych straciło w Allachu życie, szacuje się, że tysiące. BMW nigdy po ludzku nie pochyliło się nad tymi ofiarami, nie powiedziało choćby przepraszam, ale ponoć okazało hojność w programie niemieckich, powojennych odszkodowań. Zatem z czystym sumieniem może świętować okrągły jubileusz. Prosit!

Apel w sprawie uchodźców / Appel um Unterstützung für Flüchtlinge

deutsche Version – bitte nach unten scrollen

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Koleżanki
i Koledzy, Znajomi i Solidarni Ludzie!

Zwracam się z apelem o wsparcie akcji dobroczynnej na rzecz uchodźców. Akcja polega na zbieraniu datków pieniężnych, różnego rodzaju talonów, bonów, darmowych wejściówek na baseny, do akwarium, do ZOO, do muzeum, na wystawy, na koncerty, etc. Szczególnie ważne dla dzieci: np. do Legolandu, na Wieżę Telewizyjną, FEZ (Freizeit und Erholungszentrum), na przedstawienia tetralne (np. kukiełkowe) i wszlkiego rodzaju imprezy umilające życie i pozwalające oderwać się od monotonności pobytu w ośrodku dla uchodźców. Od dwóch miesięcy pracuję w takim ośrodku w dzielnicy Weißensee przy Woelckpromenade 11. Określenie ośrodek jest moim zdaniem zbyt przesadne. Jest to po prostu szkolna hala sportowa zaadaptowana na potrzeby ok 100 osób. Krótko mówiąc brakuje wszystkiego. Grono wolontariuszy robi co może by urozmaicić mieszkańcom czas, jednak większości nie stać na korzystanie z ogólnie dostępnych form rozrywki i rekreacji.

Jeśli jesteście gotowi wesprzeć akcję, proszę pamiętać o tym, że do większości aktywności potrzebna jest zawsze osoba towarzysząca, w przypadku dzieci osoba dorosła, niekiedy dwie gdyż oprócz rodzica nieodzowna jest osoba znająca język, miasto i jego rytm. Byłoby świetnie, by osoby te miały również zapewnione np. darmowy wstęp. Akcja ta jest moją prywatną inicjatywą. W porozumieniu z Polską Radą Społeczną, której byłem wieloletnim pracownikiem i wciąż jestem jej członkiem, uzgodniliśmy, że najprościej będzie ewentualne datki pieniężne przelewać wpłat darowizn na konto tej właśnie organizacji:

Polska Rada Społeczna
http://www.polskarada.de
Oranienstraße 34, 10999

Tel.:     0049 30 / 6151717 
Fax:     0049 30 / 61659288 
E-mail: polskarada@polskarada.de

Konto:
Polnischer Sozialrat e.V.
Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001

Tytuł przelewu: Filet-Refugees

W przypadku talonȯw, bonȯw, wejściówek itp. proszę o kontakt ze mną lub o przysyłanie mi ich na mój prywatny adres, albo poinformowanie mnie gdzie można je ewentualnie odebrać. Możliwość odbioru „przy wejściu/kasie” jest też do przyjęcia. Wraz z Polską Radą Społeczną gwarantujemy uczciwość i wgląd do dokumentacji wszystkich wydatków. Proszę nie czuć się zobowiązanym do odpowiedzi/odzewu na mój apel. Proszę również o powstrzymanie się od komentarzy negujących słuszność mojej inicjatywy.

Z serdecznym braterskim pozdrowieniem „aby do wiosny!”
Andrzej filet Fikus
Mobil: 0172 32 10 815
filetosz@yahoo.de

refugees-welcome

Naszywka na swetrze sfotografowana podczas urodzin przyjaciółki / gesehen bei einem Geburtstag (Foto EMS)

An alle Damen und Herren, Freunde und Kollegen und solidarischen Mitmenschen,

die Flüchtlingskrise hat bereits seit längerem Berlin erreicht und rückt die Multikulturalität der Stadt mit seinen vielen Herausforderungen, aber auch Chancen immer mehr in unser tägliches Bewusstsein.

Persönlich wird mir dies seit meiner Arbeit in einer Unterkunft in Berlin Weißensee immer deutlicher. In dieser sogenannten provisorischen ‘Unterkunft‘ in einer ehemaligen Schulsporthalle fehlt es an allem. Vor allem aber an Abwechslung vom tristen und monotonen Alltag und der Bewältigung von Traumata und Flucht.

Gemeinsam mit euch möchte ich bei der Integration dieser Menschen mithelfen und durch kleine Lichtblicke ihr Leben in der Fremde aufhellen und mit Lebensfreude füllen.

Diese Lichtblicke können in Form von euch eingereichten Gutscheinen, Spenden bzw. Eintrittskarten für sportliche, kulturelle und ähnliche Aktivitäten geschehen. Egal ob Tickets für den Besuch im Schwimmbad, Zoo, Museum, Aquarium, Legoland, FEZ (Freizeit- und Erholungszentrum), Theater, Fernsehturm oder Kino – mit jedem eingereichten Ticket oder Gutschein können wir Kinder- und Elternherzen höher und glücklicher schlagen lassen.

Anregungen und Ideen für Ausflüge oder Freizeitangebote in Berlin könnt ihr unter

www.visitberlin.de/de/erleben finden.

Bitte denkt auch an Begleiter wie Übersetzer oder Kinderbetreuer, denen ein Eintritt mit einem Gutschein oder gekauftem Ticket erleichtert werden kann.

In freundlicher Zusammenarbeit mit dem Polnischen Sozialrat wurde für alle eingehenden finanziellen Unterstützungen ein Spendenkonto bereitgestellt.

Adresse und Kontodaten hierfür sind wie folgt:

Polska Rada Społeczna
Oranienstraße 34, 10999 Berlin
www.polskarada.de
Tel.: 0049 30 / 6151717 Fax: 0049 30 / 61659288
E-mail: polskarada@polskarada.de
Spendenkonto
Empfänger: Polnischer Sozialrat e.V.
Bankinstitut: Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001
Betreff: filet-refugees

Gespendete Gutscheine können außerdem an meine Postadresse geschickt bzw. bei der Kino- oder Theaterkasse etc. hinterlegt oder von mir persönlich bei euch entgegen genommen werden. Bitte zögert nicht, mich bei Rückfragen zu kontaktieren oder per Mail mit mir in Kontakt zu treten.

Persönliche Daten:

Andrzej Fikus
Böhmische Str. 48/ II
12055 Berlin
Tel. 030/ 61 35 900
Mobil: 0172 32 10 815
E-Mail: filetosz@yahoo.de

Alle Spenden werden von mir und dem Polnischen Sozialrat ehrlich und transparent behandelt und zu 100% für die oben beschriebenen Aktivitäten verwendet werden.

Dieser Aufruf soll keine Verpflichtung zum Spenden darstellen, sondern Anstoß zum Helfen und Nachdenken geben.

Ich bitte außerdem von Kommentaren, bezüglich dieser Aktion abzusehen und appelliere an eure Mithilfe, Solidarität und Gemeinschaftsgefühl.

Ich verbleibe mit solidarischem Gruß und ‘aby do wiosny‘.

Na Dzień Kobiet

Anna Dobrzyńska

”W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet, a jednak właśnie ten dzień się pamięta (…)”

warszawadzienkobiet (1)

Wraz z końcem epoki PRL skończyły się czasy „oficjałek”, na których to, w zakładach pracy wręczano kobietom goździki, tulipany i rajstopy – czasem mydło, ręcznik lub ścierkę. I choć oficjalnie święto zniknęło z agendy przedsiębiorstw to zwyczaj jakoś pozostał …

(Nie)istniejące święto kobiet…

No bo jak tu nie dać kwiatka koleżance z pokoju, z którą się siedzi „biurko-w biurko”, dzieli się sprawy zawodowe, a często i domowe, a czas spędzony razem niekiedy przewyższa czas spędzony z własną żoną? Jak nie dać kwiatka i nie poczuć się głupio, że wcześniej dawało się tylko dlatego, że było trzeba? W  końcu jak zrezygnować ze zwyczaju, który sprawia, że przez jeden dzień w roku,  wśród natłoku firmowych spraw, nagle najważniejsze stają się kwiaty i kobiecy uśmiech?

Choć święto kobiet słusznie kojarzy się z epoką socjalizmu, to wcale nie komuniści byli tymi, którzy jako pierwsi w historii postanowili uczcić kobiecość tak bardzo by podnieść ją do rangi święta.

Dawno, dawno temu… 

warszawadzienkobiet (2)Matronalia

Już w starożytnym Rzymie, kobiecość była świętowana podczas tzw.: Matronaliów. Święto obchodzone było 1 marca i dotyczyło tylko zamężnych kobiet. W tym dniu kobiety prosiły boginię Junonę o szczęście w życiu rodzinnym. Bogini ta była żoną – Jowisza, najwyższego z bogów, sama zaś opiekowała się życiem kobiet, w tym także życiem seksualnym i macierzyństwem. Damy, zwane wówczas matronami,  udawały na Eskwilin – jedno z siedmiu wzgórz rzymskich,  gdzie znajdowała się świątynia owej bogini. Tam, w gaju, składały w ofierze kwiaty i modliły się o szczęście małżeńskie a po powrocie do domów, wydawały poczęstunek dla swoich – niewolników.  Mężowie natomiast obdarowywali swoje drugie połówki prezentami, spełniali ich życzenia i pragnienia. … Historycy właśnie w tym święcie upatrują korzeni współczesnego Dnia Kobiet.  Kolejna epoka – średniowiecze, odcinająca się „grubą kreską” od starożytności zapomniała o tym święcie i dopiero w XX wieku tradycja wróciła do łask za sprawą amerykańskich sufrażystek i robotnic. Początkowo miało ono jednak inny wymiar. Kobiety walczyły o prawa wyborcze.
 
Święto Kobiet w XX wieku…  

warszawadzienkobiet (3)

Demonstracja sufrażystek w Nowym Jorku, 6 maja 1912 r. Wikimedia Commons

Po raz pierwszy – to święto obchodzono w USA – 28 lutego 1909 roku. Rok później Międzynarodówka Socjalistyczna ustaliła Dzień Kobiet, który miał być obchodzony na całym świecie – nie podała jednak konkretnej daty tego święta. W kolejnym roku, Dzień Kobiet był obchodzony w Austrii, Niemczech, Dani i Szwajcarii. Był to dzień, w którym kobiety domagały się już nie tylko przyznania im praw wyborczych ale też zaprzestania dyskryminacji w miejscu pracy a przed wybuchem I wojny światowej był to także dzień manifestacji przeciw-wojennych.

Sufrażystki w Krakowie – Dzień Kobiet 1911 r. Wikimedia Commons

Bolszewicy, Święto Kobiet i Socjalizm…

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał  dopiero gdy hasła –  „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie,  właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje pań miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR  z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych – Dzień Kobiet – stał się ważnym elementem propagandy a trzydzieści lat później, w 1965 roku został ustawowo dniem wolnym od pracy.

warszawadzienkobiet (5)Kobieca demonstracja w Piotrogrodzie

Partia, Kobiety i Film…

W  Polsce, w połowie lat 40 o względy kobiet zaczęła zabiegać PPR. Było to konsekwencją powojennej zapaści demograficznej i przewagi kobiet w społeczeństwie. Kobiety stanowiły więc potężny elektorat dla ubiegającej się o zwycięstwo w nadchodzących wyborach Partii Robotniczej. Partia zabiegała o członkostwo pań w swoich szeregach a także postawiła sobie za priorytet zwalczenie bezrobocia wśród kobiet. Wobec braku mężczyzn naturalnym procesem było włączenie kobiet do prac w przemyśle, co komuniści propagandowo przedstawiali jako ich zasługę w od dawna oczekiwanym „równouprawnieniu kobiet”. „Kronika Filmowa’ i ówczesna prasa z lubością eksponowała panie pracujące w tzw. „męskich zawodach” – traktorzystki, murarki a nawet hutniczki i górniczki.

warszawadzienkobiet (6)Hanka Ruczajówna – murarka, bohaterka „Przygody na Mariensztacie”

Nie zabrakło filmowych bohaterek – „kobiet pracujących” jak np. Hanka Ruczajówna, która własnymi rękami buduje nowe osiedle w bardzo sympatycznym filmie „Przygoda na Mariensztacie”, a także bohaterek autentycznych – jak Magdalena Figur, słynna dziewczyna na traktorze czy Leokadia Kubanowska – policjantka, kierująca ruchem ulicznym, słynna na całą Polskę, a zwana poufale  – „Lodzią”. Obie panie nie były wytworami propagandy a jedynie mocno przez nią podchwycone.

Autentyczne celebrytki socjalizmu…

Pani Magdalena była pasjonatką techniki i motoryzacji, jako pierwsza kobieta -ukończyła kurs samodzielnego kierowcy traktora w 1949 roku, po czym stanęła na czele pierwszej brygady traktorzystek i została przodownikiem pracy, osiągając tym samym lepsze wyniki od nie jednego mężczyzny. Jej wkład w „budowanie socjalizmu” został doceniony i pani Magdalena została uwieczniona na słynnym plakacie, pod którym widnieje podpis: „Młodzieży – naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś!”

warszawadzienkobiet (7)

Magdalena Figur. Wikipedia Commons

Pani Leokadia natomiast była siedemnastoletnią dziewczyną, gdy nastało wyzwolenie. W Warszawie była sama, mama dziewczyny była w obozie koncentracyjnym a siostra na robotach w Niemczech. Za namową sąsiada zwróciła się do Komendy Milicji Obywatelskiej o przyjęcie do pracy. Wkrótce stała na skrzyżowaniach Warszawy, ubrana w wojskowy szynel, uzbrojona w karabin i strzegła ruchu.  Młoda dziewczyna budziła sympatię w warszawiakach, kilku kochało się w policjantce, czasem z okien przejeżdżających samochodów rzucane były pod jej stopy kwiaty. Propaganda przedstawiała ją jako symbol emancypacji kobiet możliwej jedynie za sprawą socjalizmu. Młoda, pochodząca z prowincji,  nieśmiała dziewczyna stała się niekwestionowaną gwiazdą ówczesnych mediów. A w 1948 roku dostała zaproszenie na bal sylwestrowy, na którym zatańczył z nią sam premier Cyrankiewicz.

warszawadzienkobiet (8)

Warszawa, 1 marca 1948. Milicjantka Leokadia Kubanowska zwana Lodzią pomaga pchać samochód Chevrolet. Fot PAP

Święto Kobiet – light…

warszawadzienkobiet (9)

Tulipany z metalowego wiadra. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP

Po okresie stalinowskim propaganda nieco zelżała a święto przybrało zrytualizowane formy ze znacznie mniejszym „zadęciem” niż w minionej epoce. W zakładach pracy organizowano uroczyste akademie, wręczano kwiaty, czekoladki a nawet zaproszenia do teatru. W kolejnych latach miały miejsca spotkania władzy z przedstawicielkami środowisk pracowniczych. Zmienił się też wizerunek „kobiety na topie”. Miejsce przodownicy pracy zajęła kobieta – posiadająca jakieś unikalne umiejętności czy talenty. Godnymi wywiadów, ukazujących się na łamach prasy w dniu 8 marca były np.: Teresa Wierzbicka – płetwonurek, pierwsza Polka, która nurkowała pod lodem czy Krystyna Terlikowska – trenerka lwów. Informacją w gazecie doceniano też zwykłą życzliwość kobiet: „Miła, szybka, dla wszystkich jednakowo uprzejma jest Franciszka Skowronek , bufetowa w barze Lotos na Chełmskiej” – tych, którzy nie czują klimatu zachęcam do obejrzenia sceny z baru Apis w słynnym „Misiu” – Stanisława Barei. W latach siedemdziesiątych gierkowska propaganda sukcesu wykorzystywała 8 marca do informowania o ile wzrosła produkcja pralek czy ilość sklepów w danym mieście a także, o możliwości nabycia sklepach WSS Społem „praktycznego upominku– np.: bluzki importowanej z Egiptu”.

warszawadzienkobiet (10)
Tak zwana „oficjałka” i kwiatek

Sztandar PZPR wyprowadzić…

Święto zrzuciło komunistyczną etykietkę i nie odeszło w zapomnienie wraz z rozwiązaniem partii.  Obecnie w Polsce – 8 marca – jest uznawany jako święto, tak jak i w wielu innych krajach. Kwiaty nadal są wręczane paniom w miejscach pracy nie tylko prywatnie ale w dużej mierze zwyczaj ten obecnie jest już na nowo przejęty przez „kadry zarządzające”.

…goździki, rajstopy, komuniści, sufrażystki, bolszewicy, rewolucja… – a najpiękniej o Dniu Kobiet zaśpiewał Maciej Maleńczuk, a ja się do tych życzeń dla wszystkich Pań przyłączam:

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet,
A jednak właśnie ten dzień się pamięta,
Doprawdy składam tę wiązankę Tobie,
Z wyrzutów sumienia…

Niech że na gorsze nic już nigdy się nie zmieni,
I nic nie każe Ci być twardą i bez wad,
Miej zawsze dużo dobrych rzeczy do jedzenia,
Bezpieczny własny świat…

Cóż, jeszcze tylko bukiet szczerych chęci,
Co nie jest więcej wart niż ćwiartka w bramie,
Niech nic już nigdy złego się nie święci,
Święte niech – święci się…

Nie telep się samotnie w czterech ścianach,
W każdy odgłos się nie wsłuchuj jak ten pies,
Niech tylko słońce w Twoje okno skośnie wpada,
Nie tylko ciągle deszcz…

A życie Twoje niechże będzie żywe,
I pełne miłych, żywych niespodzianek,
I nie bierz dobrych monet za fałszywe,
Mimo że, mimo że…

Ubieraj się w kolory – nie na czarno,
I niech telefon dzwoni bodaj cały dzień,
I nie trać wiary – niech na Twoją przyszłość całą,
Nie padnie nigdy cień…

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet…

Kresy – powiązania

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Albumu – ciąg dalszy

Krystyna Stankiewicz wspomina miejsce swojego dzieciństwa, rodzinę i znajomych.

We wspomnieniu pojawiają się między innymi:

Krystyna Narutowiczowa, z d. Ławcewicz (1904-2001), koleżanka z polskiej szkoły w Kownie jej matki, Heleny Stankiewiczowej – żona Kazimierza Narutowicza, bratanka Prezydenta II RP Gabriela Narutowicza.

1_szkola_w_Kownie_klasa_Narutowicz_Zan_HelenaW polskiej szkole w Kownie, zdjęcie przed 1920 r., w drugim rzędzie od prawej, czwarta patrząc z przodu – Helena Zan (potem Stankiewiczowa), ze zbiorów rodzinnych

Teresa Zanowa, (z d. Dowgiałło) babcia autorki niniejszych wspomnień – żona Tomasza Zana, wnuka Tomasza Zana-Promienistego i matka ostatniego Tomasza Zana, oficera i dowódcy Armii Krajowej w Wilnie i na Polesiu, dziedziczka Dukszt na Litwie. Przyjaciółka Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i Karola Szymanowskiego. W 1917 r. wraz z 15–letnim synem Tomaszem służyła w Korpusie Polskim Dowbora-Muśnickiego. Następnie była komendantką Obwodu „Zarzecze” POW. Za tę działalność odznaczona krzyżem Virtuti Militari V klasy, a w 1933 r. Krzyżem Niepodległości z Mieczami. Od 1941 r. zaangażowana przez syna do wywiadu ZWZ w Wilnie, gdzie pod ps. Anna prowadziła łączność kolejową. Aresztowana przez Niemców w 1942 r. w czasie podróży do Warszawy, więziona na Pawiaku, poddawana ciężkim przesłuchaniom na Szucha. Syn Tomasz bez powodzenia usiłował ją wykupić. Wywieziona do Ravensbrück zmarła tam w szpitalu obozowym 19 lutego 1945 r. otoczona powszechną miłością współwięźniarek. Do ostatniej chwili przytomna, żałowała, że nie ginie jak żołnierz na polu bitwy i modliła się, aby jej syn Tomasz przeżył wojnę.

2 chrzciny Krystyny StankiewiczSpotkanie z okazji chrzcin autorki niniejszych wspomnień – obok Adama Hrebnickiego (z brodą), stoi Teresa Zan z wnuczką Marysią Stankiewiczówną

We wspomnieniu pojawiają się też: Tomasz Zan, rodzina Kawalców, Antonina Bujniewicz Miłoszowa, Stanisław i Janina Tyszkiewiczowie, Maria Łaszkiewicz z synem Tomaszem, Wacław Stankiewicz z żoną Marią z Woyczyńskich, Helena Knotowa z d. Krażowska, Michał Dyrmont, Michał i Stefan (bracia) Pisani, Jan Szejko (wójt gminy Dukszty), Michał Dyrmont, Michał Norejko, Gienia Hlebowicz, Józef Miłosz i inni, których dla porządku wymienić należy.

***

3 Tomasz ZanTomasz Zan, brat Heleny z Zanów Stankiewiczowej, wybierający się na polowanie;

poniżej: przy stole w Raju – Adam Hrebnicki z córką Marią i wnuczką Julią (oba komentarze  – Krystyna Stankiwiczowa)

 

 

 

4 Adam Hrebnicki corka Maria wnuczka Julia

5 Antonina Bujniewicz Miloszowa Maria KrysiaPosiłek na ganku w Berżenikach, Krystyna i Maria Stankiewiczówny z Tonią Miłoszową (Antonina z Bujniewiczów)

6 Helena Stankiewicz Maria NarutowiczHelena Stankiewicz z serdeczną przyjaciółką Krystyną Narutowicz w Berżenikach

7 Panowie Pisani na gankuW Puszkach u państwa Pisani – Michał i Stefan Pisani, Nika Zanowa żona Tomasza Zana i inni

8 Harcerze w DuksztachStacja kolejowa w Duksztach. Odjazd harcerzy z obozu harcerskiego, prawdopopodobnie hufiec żywiecki lub warszawski