Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Wiosenne lektury

Andrzej Rejman

Motto własne: “Najpierw WIOSNA, potem reszta”

Ze zbiorów wyciągam ładną pocztówkę, na odwrocie której nieźle trzymają się naklejone 70 lat temu dwa “Bieruty” (pocztówka przedwojenna, ale zapisana i wysłana już po wojnie…)

1_Rapacki_Wiosna

Na pocztówce napisy:
Malarstwo Polskie
Józef Rapacki, Rok w krajobrazie Polskim
Un an dans les paysages polonais
Maj                                               Mai
Wyd. “Galerja Polska” Kraków
Naśladownictwo zastrzeżone

***

Ze stosu książek do przeczytania wyciągam “Szkice Piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego.

Otwieram na przypadkowej stronie (a kto miałby czas czytać od początku!)

Przebiegam wzrokiem po tekście.

Bobkowski pisze:

…Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, pietnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja.

Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami.

Jeśli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim w znaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.

Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczytałów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty.

Te fundamenty o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne , jak wszystkie fundamenty na świecie.

Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej.

Jestem “grudniak” i “zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem.

I nic nigdy nie napawało mnie wielkim strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych “przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

Ktoś mi opowiadał, że lotnicy amerykańscy za każdy nalot na Niemcy otrzymują specjalną premię i że każdy członek załogi bombowca, który po dwudziestu pięciu nalotach wróci cało i zdrowo, dostaje ileś tam dolarów i może wracać do Stanów Zjednoczonych. Wojna jest dla niego skończona i po herbacie.

Chciałbym widzieć Polaka, który słysząc to w pierwszej chwili nie zasłoniłby twarzy wstydliwie i nie był “do głębi” ( my zawsze “do głębi” – nic taniej) oburzony.

Nawet mnie wydało się w pierwszej chwili coś nie tego. Bo niby obowiązkiem dobrego Polaka jest tak długo latać, aż go zestrzelą na chwałę ojczyźnie. Jak można łączyć pojęcie “forsy” za poświęceniem się za ojczyznę? Amerykanie mają rację. Każdy z nas po cichu to przyznaje, ale broń Boże głośno. Hipokryzja na punkcie Polski i Ojczyzny ( przez wielkie “O”, – nic taniej) jest u nas zboczeniem narodowym. Hipokryzja ojczyźniana wpędza nas w tę zaściankowość całej naszej kultury, której w gruncie rzeczy nikt nie rozumie. Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak nasz pisarz napisze coś, i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów) to on jest zły Polak.

Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku.

I nie o strzechach i malwach. I pomimo, że zrobił dla Polski więcej reklamy, niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, “że nie wrócił”.

Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo, żyć tam, gdzie mu się najlepiej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom są wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej, niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się z świątobliwym oburzeniem “kosmopolita”, czyli prawie – Żyd! A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? …

Andrzej Bobkowski, Szkice Piórkiem (Francja 1940-1944) Instytut Literacki Paryż 1957. s. 236-237

***

2._Bobkowski_Szkice_Piorkiem_1

 3._Bobkowski_szkice_piorkiem1

No tak… rzecz znana i powszechnie omawiana, przy każdym nieomal spotkaniu Polaków.

Jednak nurtuje mnie wciąż kwestia – czy nie dałoby się jakoś pogodzić tych dwóch Polsk?

Tej prawdziwej (od: prawdziwi Polacy) i kosmopolitycznej (od: cała reszta), nazwijmy dla uproszczenia.

Pogodzić dla chwały Ojczyzny, oczywiście (sam piszę przez duże “O”, bo może nie jestem aż takim kosmopolitą jak Bobkowski? – w końcu zostałem w Warszawie…)

Pewnie trzeba byłoby wznieść się porządnie w przestworza i zobaczyć Ojczyznę z bardzo dalekiej perspektywy.

Wyobraziłem sobie statek kosmiczny, w którym siedzą wysłani na Marsa (z ekspedycją, nie na zesłanie!) dwaj Polacy (dla uproszczenia – płci męskiej), o różnych, wręcz przeciwstawnych poglądach. Można snuć rozważania, czy w obliczu lądowania na Marsie – pogodziliby się lub zbliżyli poglądy – a może stałoby się to tuż zaraz po oderwaniu się od Ziemi?

Dyskusję taką i ewentualne rozwinięcie tematu poddaję pod rozwagę naukowcom różnych specjalności, pisarzom, poetom i czytelnikom niniejszego tekstu.

PS. Czytelniku drogi, tam jest u Bobkowskiego takie słowo – ryczytały. To nie Andrzej Rejman się rąbnął i nie ja jako administratorka – przepuściłam. To Andrzej Bobkowski tak napisał, a Jerzy Giedroyc, Redaktor Wspaniały – przepuścił:

Bobkowski_11_ryczytaly

 

Różnica pomiędzy tym co może być, a tym co już jest

Ze wszystkich artystek płci wszelakiej, jakie znam, Aleksandra jest najbardziej kobietą. Dlatego to ją poprosiłam o wypowiedź na temat tego, co w sprawie aborcji dzieje się obecnie w Polsce.

rechtslage_abtreibung_welt

legenda mapa aborcjiAleksandra Hołownia

O aborcji

Fundamentaliści religijni konsekwentnie pozbawiają kobiety wszelkich praw. Watykan nie stanowi tu wyjątku. „W kościele katolickim pogarda dla kobiet zaczyna się od zakonnic będących na samym dole hierarchii. Niektórzy księża mówią, że zakonnice to współczesne niewolnice”…(1)

Jan Sarna w swym eseju Kościół i Kobiety pisze: „Kościół przez wieki miał duży wpływ na prawa stanowione w Europie, a więc i na wrogi stosunek do kobiet”. Erazm z Rotterdamu mówił, że „nauki tak nie pasują do kobiety, jak siodło do wołu…” Lekceważenie kobiet widoczne jest wyraźnie za czasów Augustyna, a Tomasz z Akwinu jeszcze to pogłębił, uważając że „Kobieta to zwierzęca niedoskonałość. Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”. Negatywny stosunek kościoła do kobiet nie uległ zmianie w naszych czasach. Jan Paweł II w liście pasterskim „Ordinatio sacerdotalis” twierdził, że jest niedopuszczalne i niezgodne z zamysłem Boga, aby kobieta mogła otrzymać święcenia kapłańskie. Pismo Święte wyraźnie mówi, że kobieta została przeznaczona na „pomoc człowiekowi”.(2)

alex (1)

Dlaczego politycy katolickich krajów europejskich, którzy znają przecież niehumanitarne i niesprawiedliwe stanowisko Kościoła, nadal kooperują z Watykanem, a nawet pozwalają rodzimym arcybiskupom i biskupom na współtworzenie praw? Episkopat pertraktujący obecnie z polskim rządem, dąży do wprowadzenia w życie ustawy, zniewalającej kobiety do przymusowego macierzyństwa. Kilka dni temu dostałam maila z prośbą o podpisanie petycji w sprawie ochrony życia każdego dziecka. Autorzy petycji pisali:

Batalia o ochronę życia dla każdego dziecka, zarówno przed urodzeniem jak i po urodzeniu ruszyła na nowo… Stwierdziłam, że w tym przewrotnym zdaniu chodzi o poparcie dla zakazu aborcji. Osobiście zabijanie dzieci po przyjściu na świat uznaję za morderstwo. Natomiast przerwanie niechcianej ciąży do 12 tygodnia ma dla mnie swoje uzasadnienie. Nie trzeba chyba wyjaśniać, ile nieszczęścia powoduje przypadkowe zajście w ciążę, wywołane choćby gwałtem, kazirodztwem lub po prostu bezmyślnością. Całkowite zakazanie aborcji zwiększa zagrożenie życia kobiet. Szukające pomocy, zdesperowane kobiety narażają zdrowie w celu pozbycia się płodu nawet za cenę więzienia. Przepisy karzące kobiety oraz lekarzy za usuwanie ciąży są bezpodstawne. Otóż Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organisation)(3) oraz Guttmacher Institut(4) udowodniły, że aborcja jest bezpieczna i mniej wyniszcza organizm niż poród. Wcale nie wpływa na powstanie raka piersi ani na bezpłodność. Odwrotnie – przeprowadzona pod opieką lekarską zmniejsza ryzyko komplikacji do 1%. Podczas gdy zabiegi przerywania ciąży odbyte w nielegalnych, mało higienicznych warunkach powodują rocznie śmierć 80 tysięcy kobiet i przyczyniają się do osierocenia 220 tysięcy dzieci. Embrion to nie gotowy człowiek tylko zarodek, zawierający potencjał ludzkiego życia. Istnieje przecież różnica pomiędzy tym co może być, a tym co już jest. Do 12 tygodnia ciąży ból i świadomość zarodka nie są rozwinięte. Przeciwnicy aborcji oraz kościoły katolickie często używają drastycznych zdjęć z usunięć ciąży, nie odając, że są to usunięcia późnych ciąż. Poza tym fałszywe wyniki badań współpracujących z kościołem instytutów demonizują syndrom post aborcyjny i patologizują kobiety, który znajdują się przecież w emocjonalnym konflikcie.

alex (4)

W 2016 roku w Polsce episkopat wydał absurdalne, agresywne oświadczenia dotyczące pełnej ochrony życia człowieka:

W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych. Prosimy parlamentarzystów i rządzących, aby podjęli inicjatywy ustawodawcze oraz uruchomili programy, które zapewniłyby konkretną pomoc dla rodziców dzieci chorych, niepełnosprawnych i poczętych w wyniku gwałtu. Wszystkich Polaków prosimy o modlitwę w intencji pełnej ochrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci zarówno w naszej Ojczyźnie, jak i poza jej granicami…

Celowe wplątanie jubileuszu Chrztu Polski ma pobudzić patriotycznych katolików do działania popierających pełną ustawę antyaborcyjną. Plan przewiduje „wzbogacenie” kodeksu karnego o nowy artykuł, “zabójstwo prenatalne”, który miałby zostać obłożony karą od 3 miesięcy do 5 lat. Zabronione mają być również wszelkie środki antykoncepcyjne, zapobiegające niepożądanym ciążom, spirale, kondomy, tabletki a także wykrywające prawidłowy przebieg cięży badania ultrasonograficzne usg.

alexdoppel2

Moim zdaniem kler i wierni reprezentują wsteczny światopogląd. Dbając o naturalną prokreację zbytnio idealizują świat, pogrążając się w nierealności. A ich pojęcie “ochrony życia” dotyczy prób przywrócenia “starego porządku” świata, związanego z całkowitym panowaniem nad kobietami. Zatrzymajmy te rosnące wpływy polityczno społeczne tych reakcyjnych, zacofanych konserwatywnych sił.

Domagajmy się:

– Wprowadzenia edukacji seksualnej dla wszystkich
– Upowszechnienia śodków antykoncepcjnych
– Dostępu bez recepty do pigułki powodującej wczesne poronienie tkz “morning after pill”
– Nieograniczonego dostępu do legalnej aborcji
– Pełnego uznania wszystkich form współżycia
– Pomocy państwowej dla tych, którzy zdecydują się na dziecko
– Prawa do samodecydowania o własnej seksualnej tożsamości.

alex (5)Utopie religijne dążące do idealnego współgrania wszechświata i natury odbiegają od rzeczywistości. „Najpierw człowiek potem religia”, orzekli europejscy chrześcijanie w Hiszpani, Włoszech, Francji, Irlandii. Masowe protesty przeciw ustawom antyaborcyjnym odniosły sukces w Hiszpanii (5,6) we Włoszech (7) oraz Irlandii (8). W europejskich krajach katolickich pigułka „morning after pill” jest dostępna w aptekach bez recepty a aborcję zalegalizowano do 12 tygodnia ciąży. (9) Czy Polska będzie jedynym krajem w Europie bezkrytycznie respektującym wolę kościoła? Czy pogodzimy się z rozwojem techniki i manipulacji genetycznych? Dziś usunięcie ciąży nie musi już być zabiegiem chirurgicznym.

Wynaleziono tabletki bez komplikacji przerywające wczesne ciążę -”morning after pill”. Poza tym od lat trwają eksperymenty dotyczące wiecznego życia. Jednym z nich jest klonowanie. Rodzą się dzieci z probówki. A kobiety w ogóle nie muszą korzystać z usług partnera. Wpajany latami przez publikatory model: mamusia, tatuś, dziecko nie zawsze się sprawdza. I tak na przykład moja duńska znajoma kupiła sobie spermę w banku. Za pomocą sztucznego zapłodnienia została samotną szczęśliwą i dobrą matką z wyboru. W dobie dzisiejszej nie musimy też same rodzić własnego potomstwa. W tym celu możemy wynająć cudze łono. Tak właśnie uczyniła lubiana amerykanka, aktorka Sarah Jessica Parker („Seks w wielkim mieście”) (10).

Pójdźmy z duchem czasu a religia niech zostanie gdzieś na boku. Potraktujmy Watykan jak skansen minionych epok.

alexdoppel1

Przypisy:

  1. http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,19645426,dokad-ida-nieposluszne-zakonnice.html?disableRedirects=true
  2. http://www.humanizm.net.pl/kik.htm
  3. http://www.who.int/en/
  4. https://www.guttmacher.org/

5. https://www.angloinfo.com/spain/how-to/page/spain-healthcare-pregnancy-birth-termination-abortion

6. https://www.opendemocracy.net/5050/liz-cooper/abortion-rights-victory-for-women-in-spain

7. http://www.katholisches.info/2016/01/19/gender-ideologie-in-italien-wird-dagegen-mobil-gemacht-obwohl-der-papst-es-nicht-will/

8. http://derstandard.at/2000027911077/Es-regt-sich-Widerstand-gegen-das-irische-Abtreibungsverbot

9. https://www.loc.gov/law/help/abortion-legislation/europe.php

10. http://www.pbs.org/now/shows/538/
https://en.wikipedia.org/wiki/Emergency_contraceptive_availability_by_country#Poland

Droga. Wystawa w Löcknitz.

Już tu kilka dni temu pisałam o spotkaniu w Löcknitz. Spotkanie, podobnie jak cały dwudniowy wyjazd do tego nadgranicznego miasta, bardzo mi się podobało, szkoda więc, że towarzyszyły mu różne nieprzyjemne sytuacje. Dziś jednak przede wszystkim o jasnych i optymistycznych sprawach, zaobserwowanych w Löcknitz.

burg (2)-kl

Ewa Maria Slaska

Wystawa, zamek, kościół, uchodźcy

kosciol2a-kl

perspektywa (z małej litery!) – świetny projekt nadgraniczny, prowadzony przez niemieckiego historyka, socjologa i politologa Nielsa Gatzke i Agnieszkę Misiuk, polską germanistkę. Perspektywą wyznaczoną przez perspektywę jest demokratyczne społeczeństwo obywatelskie. Odpowiadają na propozycje oddolne i sami je inicjują. Działają na pograniczu, w mieście i regionie, gdzie w ostatnich latach zamieszkało wielu Polaków, w ich programie znalazły się więc też propozycje integracyjne, lokalne i ponadgraniczne.

nielsagnieszka

Oczywiście realne życie nie jest aż tak jasnozielone jak…

Neonaziści w Löcknitz od kilku lat ostro protestują przeciwko obecności Polaków w Brandenburgii i Meklemburgii, a co gorsza sprzymierzyli się z narodowcami w Szczecinie. Dziennikarz szczeciński, Bogdan Twardochleb, opowiadając nam w lutym tego roku o stosunkach polsko-niemieckich, tak jak się je widzi ze Szczecina, z dużą troską opowiadał o wspólnej demonstracji neonazistów niemieckich i polskich narodowców w Szczecinie…

Wobec napływu uchodźców arabskich do Niemiec, których umieszczono również w Löcknitz  i okolicy, front porozumienia się przesunął, i teraz Polacy zaczynają być widziani jako “nasi” i szuka się w nich sprzymierzeńców w proteście przeciwko przybyszom z Azji i Afryki.

Twórcy perspektywy są zaniepokojeni taką perspektywą. Martwi ich też, że spośród kilkudziesięciu rodzin mieszkających w Löcknitz  i okolicy, tylko dwie zaangażowały się pomoc uchodźcom. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, wiem jednak, że ci zaangażowani, których poznałam, są po prostu nadzwyczajni.

Wystawa

To oni, wolontariusze polscy i niemieccy, wspólnie zorganizowali wystawę, którą można było obejrzeć wieczorem po moim spotkaniu, w siedzibie Regionu Pomerania.

wystawa (1)-kl

Towarzyszył jej taki tekst:

Najgorszym więzieniem jest zamknięte serce
Karol Wojtyła

Wyobraź sobie człowieka

Jest jeszcze młody, może przed trzydziestką, ma żonę i dzieci. Jest programistą, lekarzem, fryzjerem albo mechanikiem. Kocha swoją rodzinę i swą pracę. Małe miasteczko w którym żyje, jest od pokoleń małą ojczyzną jego rodziny.

Pewnego dnia, gdy wracał z pracy swoją ulicą, jego świat nagle się zawalił. I już nic nie było takie jak dawniej. W miejscu, gdzie kiedyś stał jego dom, ział krater wypełniony stertą dymiących gruzów. Sąsiedzi biegali z krzykiem, gestykulując. Na ulicy leżało kilka małych brudnych zawiniątek, nienaturalnie małych. Nie musiał nawet im się przyglądać, by wiedzieć, że to jego martwa żona i trójka jego dzieci – bliźniaki i to najmłodsze, trzyletnie.

Bezsensowna wojna domowa, która od lat targała jego krajem, upomniała się o nowe ofiary – tym razem o całą jego rodzinę, wszystko co miał, oprócz jego własnego życia i tego, co miał na sobie.

Pomyślał: byłoby lepiej, gdybym też umarł.

Wyobraź sobie tego człowieka teraz, gdy wraz z setkami podobnych sobie ucieka tygodniami. Głodny, brudny, zrozpaczony. Jest wyczerpany, zmarznięty, często płacze. Bezwzględni przestępcy wydarli mu ostatni grosz, aby mógł na zardzewiałej łajbie dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Miał szczęście, bo razem z dwiema setkami innych dotarł na brzeg. Tam gdzie nie ma wojny, ale spokoju też nie. W kraju, do którego dotarł, nie ma dla niego miejsca, musi iść dalej. Jest noc, gdy wrzeszczący żołnierze i policjanci z gumowymi pałkami zaganiają go i trzydziestu innych do autokaru i wywożą w nieznanym kierunku.

Wyobraź sobie tego człowieka, który po tygodniach ucieczki, głodu, pragnienia, strachu, chłodu, bezdomności, poniewierki, wrogości, bicia, kopniaków, żebrania i błagania, znajduje się w miejscu, gdzie nie rozumie ani gestów, ani mowy, nie potrafi odczytać pisma i gdzie ludzie nie są wcale serdeczni i gościnni jak w jego ojczyźnie, ale ponurzy, zamknięci i wręcz wrodzy, mimo że nie zaznali ani wojny, ani głodu, nie muszą znosić samowoli i gwałtu i najwyraźniej korzystają z zamożności swojego kraju.

Owszem czasem trafiają się na jego drodze ludzie uczynni i naprawdę przyjaźni. Ale często bywają i tacy, którzy najchętniej przepędziliby go stąd albo zrobili coś jeszcze gorszego. Rozmawia z uchodźcami, którzy są tu już dłużej niż on, ale wciąż niewiele może zrozumieć z tego nowego świata.

A to jest właśnie miejsce w którym ma zacząć swoje nowe życie. Musi się śpieszyć: nauczyć nowego języka, odszyfrować obcy alfabet, zorientować się w obcym otoczeniu i dopasować do nowego społeczeństwa. Na opłakiwanie utraconych bliskich czasu już nie starcza.

I teraz wyobraź sobie, że tym człowiekiem jesteś Ty.

Manfred Häusler

Wolontariusz z ośrodka dla uchodźców w Plöwen, pod polską granicą

I takie pokazywała zdjęcia. Zdjęcia zrobili sami uchodźcy, zapewne, choć nie spytałam, przy pomocy tych komórek, które im się tak “wytyka”, nie pamiętając, że jest to najczęściej jedyny kontakt tych ludzi ze światem, tym który opuścili, i tym, do którego zmierzali. I że najczęściej był to ich jedyny drogowskaz, mapa, atlas i kompas. Myślę sobie, że uciekający przed Zagładą Żydzi wystawili by pomnik inżynierom, gdyby takie produkty myśli inżynieryjnej jak komórka i nawigator istniały już w latach 30 i 40 XX wieku.

wystawa (6)-kl

wystawa (9)-kl

wystawa (8)-kl

Niestety, wystawę można było zobaczyć tylko przez kilka godzin, po czym została zwinięta i schowana. Ale można ją od organizatorów wypożyczyć.

Wypożyczmy więc!

I ostatnia myśl. Na wystawie widać kobiety! Na zdjęciach ale i w realu!

onanawystawie

Zdjęcie powyżej Bogna Czałczyńska. Dziękuję! Pozostałe zdjęcia z wystawy, zamek i kościół – ja. Zdjęcia Agnieszki i Nielsa, flyer perspektywy oraz zdjęcia neonazistów niemieckich podczas wspólnej demonstracji w Szczecinie – znalazłam w sieci, dziękuję więc sieci.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Straszne rocznice

Zbigniew Milewicz

San Francisco rok 1906

Równo 110 lat temu, 18 kwietnia 1906 roku, o godzinie 5:12, w 130 roku od chwili założenia miasta, przez San Francisco i północną Kalifornię przetoczyła się Apokalipsa. Najbardziej ucierpiało miasto, któremu patronował Biedaczyna z Asyżu, od czasu kalifornijskiej gorączki złota pyszniące się mianem największego na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu, bogate Frisco. Epicentrum trzęsienia Ziemi znajdowało się niedaleko brzegu Pacyfiku, około trzech kilometrów od miasta; obszar epicentralny biegł wąskim pasem, wzdłuż uskoku San Andreas na północ i na południe, na długości 296 mil. Trzęsienie trwało 65 sekund, miało charakter pulsacyjny i było odczuwalne od Oregonu do Los Angeles, a więc na długości 1170 km, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a także w głębi kraju, do miejscowości Winnemucca w centralnej Nevadzie. Tak zwane wstrząsy wtórne notowano w tym rejonie jeszcze przez półtora roku. Kataklizm i spowodowane nim pożary, zapamiętano, jako jedną z najgorszych naturalnych katastrof w historii Stanów Zjednoczonych.

O jej ofiarach i szczegółach, opowiada w przejmujący sposób, ustami świadków, książka zatytułowana: „ Największe katastrofy w dziejach świata”, której autorem jest Rodney Castleden. Oto dwa opisy:

Byłem świadkiem scen, których nigdy nie chciałbym więcej oglądać. Świtało. Spojrzałem w górę. Spadające kamienie wypełniały przestrzeń, a wszędzie dookoła ginęli pod nimi ludzie. Wielkie budynki trzęsły się i falowały. Co chwila słychać było grzmoty, podobne w brzmieniu do stu dział odpalanych w jednym momencie. Potem wystrzeliły strumienie ognia, a po nich znów wybuchy.
Zapytałem stojącego obok mężczyznę, co się dzieje. Zanim zdążył mi odpowiedzieć, spadło na niego z tysiąc cegieł, pod którymi zginął. Jakaś kobieta rzuciła mi się na szyję. Odepchnąłem ją i uciekłem. Dokoła mnie budynki trzęsły się w posadach, a naokoło strzelały płomienie. Gdy tak biegłem, mijałem ludzi płaczących, modlących się i wzywających pomocy. Myślałem, że oto nadszedł koniec świata. Wtedy napotkałem katolickiego księdza, który powiedział: „Musimy się dostać do promu”. Znał drogę, więc popędziliśmy w dół Market Street. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypełzali spod gruzu. Setki ludzi pędziło w dół ulicy, a w każdej chwili spadał na nich gruz. W niektórych miejscach ulice popękały, a szczeliny biegły we wszystkich kierunkach. Widziałem jak w dół Market Street gnało oszalałe ze strachu bydło. Przykucnąłem w pobliżu chwiejącego się budynku i zauważyłem, że nadbiegające zwierzęta zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię. Kiedy wszystkie już przepadły, podszedłem bliżej i odkryłem, że faktycznie runęły w głąb szerokiej szczeliny w powierzchni ulicy. Strach i przerażające sceny odbierały mi zmysły.

…piętrowy budynek zawalił się z hukiem. Płomienie omiotły Market Street i dopadły stojący tam, nowo wybudowany, ognioodporny budynek, Miejscami ulice obniżyły się o trzy, cztery stopy. Gdzie indziej pojawiły się wysokie na cztery, pięć stóp wybrzuszenia. Wagony tramwajowe powyginały się na wszelkie możliwe sposoby. Wszędzie poniewierały się kable elektryczne. Budynki zawalały się w całości lub odpadały ich frontowe części, a ulice wkrótce wypełniły się cegłami i ogniem. Powozy z zaprzęgniętymi do nich końmi (o tej porze były to głównie wozy sprzedawców dowożących towar), kierowcy i zawartości wozów – wszystko leżało na ulicach, martwe, przygniecione przez cegły i kamienie. Warsztaty i duże domy handlowe zostały albo zupełnie zniszczone, albo ściany ich były wybrzuszone, wykręcone i przesunięte o dwie lub trzy stopy od swego dotychczasowego położenia, ciągle jeszcze stojące, lecz całe popękane.

Frisco wróciło do życia w szybkim, amerykańskim stylu. Dziewięć lat po trzęsieniu ziemi zorganizowano tam już imponującą rozmiarami wystawę p.t. „Panama – Pacific International Exposition”, poświęconą budowie Kanału Panamskiego. Podczas II wojny światowej miasto było bazą ekspedycyjną dla tysięcy żołnierzy walczących na Pacyfiku, stąd odpływały do boju alianckie okręty. Po wojnie do San Francisco dotarły tysiące emigrantów i byłych żołnierzy, zaczął się kolejny boom budowlany. W 1967 r. zorganizowano tam po raz pierwszy tzw. Lato Miłości, które z czasem wyrobiło aglomeracji opinię miasta liberalnego. Dziś miasto to duży, ponad 850 tysięczny ośrodek, znany m.in. z licznych atrakcji turystycznych, takich, jak most Golden Gate, słynne tramwaje linowe, pokonujące strome wzgórza i ulice, czy ciężkie więzienie Alcatraz, zresztą od kilkudziesięciu lat już nieczynne. Miasto, bardzo zróżnicowane kulturowo i etnicznie, z przewagą społeczności azjatyckich i latynoskich, posiadające wiele także wiele uniwersytetów.

 

Reblog: Kardynał i aborcja

Obeszliśmy właśnie rocznicę przyjęcia Chrztu przez Polskę. Oficjalne obchody rocznicowe przebiegały w egzaltowanym stylu nowej polskiej dewocji, który jest charakterystyczny dla sposobu kierowania i sterowania państwem stosowanego przez partię rządzącą. Obchodom rocznicowym towarzyszył masowy protest społeczny przeciwko propozycji całkowitej likwidacji prawa do aborcji. Brutalne zestawienie!

To co nas czeka to, jak twierdzi Anna Krenz, zakrwawione koronki. Białe kobiece koronki, koronki sukien, halek, welonów ślubnych, i krew menstruacji lub, niestety, nielegalnej aborcji. Nowa flaga Polski.

W obliczu zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak przypomnieć mój własny tekst o rocznicy przyjęcia chrztu  i o … aborcji. Gdy to pisałam rok temu zestawienie słów w tytule wynikało z chronologii moich własnych sytuacji życiowych. Dziś okazało się zastraszająco aktualne. A im bardziej się komuś nie spodoba zestawienie słów Kardynał i aborcja, tym lepiej… Bo to nie ja, tak cudownie zestawiam sacrum i profanum, mnie tylko tak się ułożyło, ale Wy, Wy tak: ”Nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych”.

Ewa Maria Slaska

Kardynał i aborcja

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak ciotka Maryta zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

Reblog: Odkrycie Davida Hoenigera…

…czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

Wygląda na to, że do listy tych, którzy piszą “grobowe wpisy”, dołączyła nam nowa Autorka – Małgosia Płoszaj z Rybnika. Były tu już dwa jej wpisy, przedwczoraj o miłości, a kilka miesięcy temu o patriotyzmie chłopaka z żydowskiej rodziny na Śląsku. Dziś kolejna opowieść, tym razem z serii cmentarnej.

Małgorzata Płoszaj

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, z jakimi niestety stykali się Żydzi w innych miastach na Śląsku. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz czyli Białej. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I że to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet na zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi “se pogadać”, gdy nikt nie słyszy.  Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1) Zeszłam z grodziska w stronę macew i skierowałam się w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy, ile byłam na tym kirkucie, więc z sześć. I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić ten swój zakuty łeb trochę niżej i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tę macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam doktor David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr. David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki “ober doktor” – szycha. Biorę “brele”, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epilepsji.

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał, bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie “śmoje boje”. Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie laptopa i internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że doktor urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał :mrgreen: i w rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata, a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak sobie myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent, opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego, nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim), podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dra Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dra Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły mu horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykestrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schönhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób znajduje się na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli dziesięcioro dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna przedstawiłam tu na tyle, na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis Koenigl. Justizrat, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy „U nas nieznani, a gdzieś uznani”. Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.