Stali blogowi bywalcy już wiedzą. Niestali mają prawo nie być zorientowanymi. Dlatego, ze względu na nich, należy przypomnieć tę smutną wieść: od minionego piątku Kotka Pracująca, dwudziestojednoletnia nestorka Schyzia, przemierza kocie Elizjum, skąpana w bladej poświacie pełni księżyca… Zaiste, zasłużyła sobie na wieczne wczasy!
Niestety, nie miał Viator okazji poznać Jej osobiście: mało brakowało, ale minęli się o zaledwie kilka berlińskich ulic. Jednak, jako człek zdolen do czucia wespół, od piątku jest myślami i uczuciem z Ewą Marią. I od tegoż dnia brzmi mu w głowie natrętnie a potężnie aria Grizabelli. Tak, to mało oryginalne skojarzenie. Ale czy banalna prawda przez swą banalność traci na prawdziwości lub autentyzmie?
Dyzio, Galaretka, Bywalec, Plameczka czy Ram Tam Tamek nie zrozumieją tego, co teraz czujemy wraz z Grizabellą i Schyzią. Nawet Makawity, choć spryciarz nad spryciarze, też tego nie pojmie. Przynajmniej na razie. Patrzy Pielgrzym na tę gromadkę niedopierzonych smarkaczy. Bardziej im zazdrości czy współczuje?
A znajdą się zapewne i tacy, którzy pukną się w czoło nad naszą głupotą: Kotem się przejmują? Dziwolągi, zbzikowane cudaki! Niech się pukają: czerep mają twardy i nieprzemakalny, wytrzyma. Oni, choćby nie wiadomo jak chcieli, nie mają szans na pozostanie w naszej pamięci. Ta pamięć wyrzuci ich brutalnie i nieelegancko tak jak, nie przymierzając, kotek pozbywa się kłaczka. Zaś wszystkie Schyzie naszego życia zostaną w niej na zawsze. I nikomu nic do tego! Bo pamięć to nasza suwerenna dziedzina.
Panie i panowie, zwróćmy twarze ku księżycowemu światłu. Wspominajmy Schyzię. Oto PAMIĘĆ!
Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.
Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.
Orzeł w koronie
Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?
Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.
W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.
Krajobraz po bitwie
Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!
I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.
Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)
Nowadays – it is a housing estate – but earlier? How did it look like, what was it famous for? And why is this place called “Marymont’?
… Oak forests, ponds, meadows – there are suburbs of Warsaw in 17 century. This is here where Jan III Sobieski – as a commander-in-chief still – was coming for hunting and religious events to the nearby Camaldolese monastery. In the diary of the royal secretary Kazimierz Sarnecki we can find an information that on May 26, 1693 …
“Just after the mass, king left for hunting, ate a dinner, passed Marymont of queen, and shot two hares”.
Jan III Sobieski leaving Wilanów for hunting. Painted by Józef Brandt. Wikimedia Commons
The area of king`s estate. The borders follows: in the south along Bieniawska Street from the crossroads of Maria Kazimiera adn Potocka Street, in the east: along Jelinka Street, in the west: alongMarymoncka Street. In the north – the border was marked out by Bielański Forest.
When he became the king, he bought the property from the monks, at Półkowo village and build here a very beautiful palace for his beloved wife – Marysieńka. Queen – using French language – called this palace “Marie Mont’, that is “Mountain of Mary” which in Polish language gave the name: “Marymont”.
Engraving of G. Bodener based on picture of J. S. Mocek, 1730. Wikimedia Commons
The palace was a very high-class architectural masterpiece, designed by the royal architect – Tylman from Gemeren. The building was situated on approximately 10 meters high hill on the two steps terrace. The form of palace – was a cube with an external stairs, covered by a tent roof, topped with a pinnacle with an figure of an eagle. There were a few rooms on the ground floor and a representative hall – on the first floor. It was in shape of a cross, because there were small offices in the corners. In this room a very beautiful view opened onto the Vistula, mills at Rudawka and Bielański Forest. This palace from the beginning was acting as a summer residence.
At Marymont a historical meeting between the king Jan III Sobieski and an Austrian deputy – Wilczek – was held. The king sworn him a participation of Poland in the war expedition against Turks at the Battle of Vienna.
Also here, the Polish proverb: “the word was said – the mare is at the fence” has its origins. It was made by a nobleman – Jakub Zaleski, who wanted to plead the king for his deceased brother starosta takeover. However he was not entertained by king, but got the information that the king was busy and was going to take a part in a hunting. The nobleman mounted a horse and raced into Pólkowo village region where the hunting was taking a place. Among the wood, he met the king, but he thought it was a courtier, so he referred him the matter and ask for an audience with the king enabling. “The courtier” asked: “What will happen if the king cannot carry out your request?” “He may kiss my mare under the tail” – the nobleman answered. “The courtier” promised to help. When during the audience, the nobleman recognized courtier`s face in the face of the king – he terrified and understood his mistake. When, under the new circumstances, the king repeated the same question asked in the forest: “what will happen if the king cannot carry out your request?”, the nobleman decided to save his face and said proudly: “the word was said – the mare is at the fence”. The king found it very funny, gave him a title of starost, and this sentence came into Polish language on permanent and is functioning until this day.
The royal couple, Jan III Sobieski with his wife Marysieńska and children. Painted by Henri Gascar. The first one at the left side – prince Konstanty, heir of the palace, in the future. Wikimedia Commons.
And what was the palace surroundings?
Equally beautiful. The palace was surrounded with a park, modeled on French gardens of Ludwik XIV times. Many paths, two little lakes and a ravine – there were perfect places for walking. The headland which was extended to the Vistula encouraged to look into the depths of the river and the Royal Canal, 600 meters long, invited to row, which was used very often by the queen together with her close friends, family and guests. The numerous sources, at the mouth of the ravine, which delivered water to the canal, enhanced the picturesqueness and romantic mood.
A slightly lower on the hill, closer to the Vistula, there were located two buildings, which acted as the kitchen and the house for servants. One of them has survived until this day.
Pamiętam lata 60 jako ten okres mojego dzieciństwa związanego z Warszawą, kiedy żyła jeszcze moja mama. Z nią jeździłem na poranki do kina “Moskwa”, to jej znajomy, syn Ludwika Jerzego Kerna, Krzysztof Kern wziął mnie na koncert Rolling Stonesów wiosną 1967 roku.
Moja mama czytała “Przekrój”, “Kobietę i Życie” i “Tygodnik Powszechny”, który był wtedy wielką płachtą papieru.
O papieżu Janie XXIII mama mówiła, że jest świętym, a po jego śmierci namawiała do modlitw o jego wstawiennictwo.
Chociaż niewiele rozumiałem z tego, co działo się na świecie i w Polsce, pamiętam, że mówiło się wiele o Soborze, który jest przełomem, a w 1968 roku byłem już na tyle duży, że rodzice próbowali opowiedzieć mi nieco więcej o narastającym konflikcie społecznym i sytuacji na uczelniach.
***
2016
Uświadomiłem sobie dziś prostą prawdę. Można powiedzieć oczywistą oczywistość. Cały ten obecny, ale istniejący w jakiejś formie także w innych okresach historii podział ideowy społeczeństwa polskiego przejawiający się w istnieniu dwóch przeciwstawnych koncepcji rozwoju kraju, ta diametralna różnica w spojrzeniu na przeszłość i teraźniejszość, ciągły, nie kończący się spór o pryncypia – spowodowany jest niezdolnością do przebaczenia. I nie chodzi tu o “zapomnienie” czy “odpuszczenie win”, bo takiej możliwości, ani mocy nie mamy.
Nieumiejętność wzbudzenia w sobie postawy przebaczenia uniemożliwia dialog z kimkolwiek.
Nawet jeśli w jakimś okresie historii przeważy realizm i nadludzkim wysiłkiem udaje się rozmawiać i coś ustalić (patrz np.: Okrągły Stół), po upływie czasu ktoś to będzie kontestował, a ktoś odbierze temu znaczenie.
Czy można w sobie wzbudzić lub wychować zdolność do przebaczenia. Nie wiem. Kościół stara się teoretycznie o to od dwóch tysięcy lat. Rezultaty są raczej mierne.
Może istnieje jakiś gen przebaczenia? Niech wypowiedzą się genetycy.
Moja małżonka mówi, że właściwie chodzi tu o umiejętność kochania, ale to na jedno wychodzi…
W związku z tym, oraz w związku z zaostrzeniem się sporu w Polsce, który nie jest wg mnie jedynie sporem politycznym, przypomniało mi się krótkie wspomnienie mojego kuzyna – brata stryjecznego – Adama Rejmana, pochodzącego z Podkarpacia, absolwenta warszawskiej SGGW, mieszkającego obecnie z rodziną we Wróblowicach na Dolnym Śląsku. Za jego zgodą publikuję ten tekst bez zmian.
*** Adam Rejman
ZAPOMNIANE ZDARZENIE
Zawsze, kiedy w kolejną rocznicę listu polskiego episkopatu do episkopatu niemieckiego czytam okolicznościowe teksty, zdumiewa mnie brak jakiejkolwiek wzmianki o wydarzeniach, które rozegrały się w Warszawie na zakończenie uroczystości milenijnych, których byłem przypadkowym uczestnikiem. Przebywałem wówczas w Warszawie na kursie przygotowawczym do egzaminu wstępnego na SGGW. Był rok 1966. Z bratem i jego kolegą udałem się do katedry na Mszę kończącą uroczystości milenijne. Kiedy dotarliśmy na miejsce, msza dobiegała końca, a ogromny tłum ludzi przed katedrą uniemożliwiał wejście do środka. Godzina była popołudniowa i powoli zaczął zapadać zmierzch. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Wychodzący z Katedry tłum nie rozchodził się. Po chwili tłum zaczął skandować: „Przebaczamy! Przebaczamy!” Wkrótce dały się słyszeć okrzyki: „Na Mio-do-wą!” Tłum ruszył… zdążając pod Pałac Prymasów.
Ludzie skandowali: „Prze-ba-cza-my!” i śpiewali „Boże, coś Polskę”, „My chcemy Boga”, „Jeszcze Polska nie zginęła”. Było już prawie ciemno, kiedy tłum dotarł pod pałac prymasowski. Ktoś mówił, że Prymas ukazał się w oknie i będzie przemawiał. Nie widziałem Prymasa i nie słyszałem, co mówił, ale od ludzi dowiedziałem się, że prosił, aby spokojnie się rozejść. Słowa Prymasa nie usatysfakcjonowały zebranych, a tłum ruszył pod gmach KC, wznosząc okrzyki i śpiewając religijne pieśni. Nagle wzdłuż pochodu zaczęły przejeżdżać milicyjne nyski i większe samochody. W pewnym momencie zauważyłem na chodniku dużą grupę milicjantów w hełmach, z tarczami i dużymi pałami. Na komendę błyskawicznie przemieścili się na jezdnię, tworząc groźnie wyglądającą ścianę, która odcięła ogon pochodu od reszty. Uderzając pałkami o tarcze podbiegli naprzód co wywołało panikę wśród zgromadzonych, którzy rzucili się do ucieczki.
Na szczęście do żadnych starć nie doszło. Następnego dnia dowiedziałem się, że milicjanci dzielili zdążający w stronę KC pochód na mniejsze odcinki i rozpraszali. Po tych wydarzeniach warszawska gazeta („Zycie Warszawy” albo „Ekspres Wieczorny”) zamieściła krótką notatkę na ostatniej lub przedostatniej stronie o treści, którą przytaczam z pamięci: W godzinach wieczornych bandy wyrostków i chuliganów usiłowały zakłócić spokój, co spotkało się ze zdecydowaną reakcją społeczeństwa. Jak dowiedzieliśmy się później, po rozpędzeniu tego pochodu władze przywiozły autobusami na któryś z warszawskich placów „obywateli”, którzy wznosili okrzyki przeciwne do tych, które wznosił tłum spod Katedry. Był rok 1966. Pierwszym sekretarzem PZPR by Władysław Gomułka, a marzec ’68 miał być dopiero za dwa lata.
Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…
Krystyna Koziewicz
Wbrew własnej woli
Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…
Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem). Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.
Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.
Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.
W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.
Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.
Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.
Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.
Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.
Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.
Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.
Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.
To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.
Chciałem nawet napisać coś o tym wcześniej do Ciebie – ale dopiero dziś ten atak na Wałęsę, który nastąpił po ujawnieniu jakichś przestarzałych i nie wiadomo czy prawdziwych (zresztą to i tak nie ma znaczenia) dokumentów, skłonił mnie do oceny tego, co się dzieje.
To jest nieprawdopodobne, co może zrobić żądza zemsty, nienawiść, pycha i chore poczucie misji dokończenia rewolucji – gdyby nie te okropne cechy, Polska byłaby już dawno wielkim i silnym krajem… a tak – wystarczy włączyć TVP i posłuchać wypowiedzi niektórych komentatorów, którzy z poczuciem wyższości, nieomylności i misji poszukiwania prawdy i obłędem w oczach objaśniają zdezorientowanym widzom – gdzie jest owa prawda, gdzie jest
to czarne, które nie jest białe i odwrotnie. Najwięcej szkody dla Polski
czynią właśnie tacy ludzie którzy obsesyjnie szukają nie dobra- lecz zła – w innych. Tacy właśnie, którym mityczne poszukiwanie prawdy uniemożliwia znalezienie miłości.
Mężczyzna po 50
…tu się w ogóle robi taka sytuacja, że jak się z kimś rozmawia, to trzeba najpierw pomyśleć, zanim się coś powie bardziej ogólnego, o sytuacji, lub na temat społeczny, lub nie daj Boże polityczny… – bo może on jest zwolennikiem …? więc najpierw trzeba wybadać – mówiąc tak, jakby od niechcenia – “ja to nie oglądam telewizji” – i obserwować, co na to rozmówca… w zależności co powie, kontynuować rozmowę w pożądanym kierunku, tak, aby nie urazić adwersarza.
Gdy kupuję “Gazetę…” staram się publicznie nie czytać jej zbyt obcesowo – ewentualnie tylko strony sportowe – udając, że tylko to mnie interesuje – byłem bowiem świadkiem w autobusie agresji pewnego pana, który wykrzykiwał coś bardzo wyrazistego pod adresem czytającego “Gazetę…”
i Tomasza Fetzkiego
z przypomnieniem, że każdy z nas zawsze i wszędzie myśli coś innego, nawet jak mu się wydaje, że jest to być może to samo…
Za wcześnie, stanowczo za wcześnie, ale kto wie, jakie tematy będą nas zaprzątały, gdy wiosna naprawdę zaszaleje od bzów… Piosenka ta doprawdy mogłaby się tu pojawić w cyklu Viatora, jak sam siebie określa Tomasz Fetzki, bo niewątpliwie należy do kategorii “piosenka natrętna”. Pamiętam, że uczyłam się do jakichś klasówek. Nie wiem dlaczego, ale siedziałam w pokoju Ojca, a nie naszym, moim i siostry, przy jego starym stole, który mu służył za biurko, a za otwartymi drzwiami balkonowymi szalała wiosna, o czym na pełen regulator z pokoju Mamy śpiewał Okudżawa. Mama zawsze słuchała muzyki “pełnym głosem”. Najbardziej lubiła muzykę hiszpańską i latynoską, ale były wyjątki, Ewa Demarczyk, Tadeusz Chyła, Edith Piaf, Brassens, Okudżawa… Ci dwaj ostatni nawet jakoś podobni do siebie, śpiewający do wtóru gitary wielcy bardowie, ale przecież skromni.
Przyjaciele rodziców nazywali Mamę Artysta, czasem artiste, a nawet l’artiste. Nie zwracałam na to uwagi, dorośli mieli swoje życie, ja – swoje, przestałam od nich oczekiwać czegokolwiek, od czasu, gdy zapytana przez szkockich przyjaciół rodziców, co bym chciała, odpowiedziałam, że dżinsy. Bill był Szkotem, jako wysłannik FAO nadzorował w Gdańsku budowę statku, którego pomysłodawcą i projektantem był mój Ojciec. Bill i jego żona przyjaźnili się z rodzicami, myśmy też ich bardzo lubiły. Poprosiłam więc o dżinsy. Każda normalna dziewczyna w moim wieku powiedziałaby to samo. Nie musiałyśmy się starać o indywidualizację naszych potrzeb, bo i tak nikt nie miał dżinsów, co najwyżej szariki, które tak się miały do dżinsów, jak krzesło elektryczne… Przez kilka tygodni żyłam w ewidentnej ekstazie, wyobrażając sobie, jak wchodzę do klasy w dżinsach i jak gdyby nigdy nic siadam w ławce… A moje koleżanki, też jak gdyby nigdy nic, nie zwracają uwagi na te moje dżinsy, ale przecież wszystkie wiemy, co też ja mam na sobie…
Bill i Jean wrócili wreszcie. Przywieźli mi granatowe sztruksowe spodnie marki levis. I co, że levis? I co, że levis?! Sztruksowe, granatowe… Podziękowałam, włożyłam, wyglądałam jak gruba granatowa beczka, byłam wprawdzie chuda jak kij od miotły, ale w wyobraźni szczupło i wspaniale to ja bym wyglądała w dżinsach, a nie w jakimś obleśnym granatowym sztruksie! Nawet nie wiem, czy w ogóle nosiłam te spodnie, pewnie tak, ale pamiętam tylko ten jeden moment, gdy je dostałam i musiałam włożyć. Minęło pół wieku, a ja, gdy tylko o tym pomyślę, natychmiast widzę siebie, tę potworną grubą dziewuchę z tyłkiem jak Maryna we młynie… I to rozczarowanie…
Dorośli byli doprawdy beznadziejni i nie zasługiwali na to, żeby się nimi jakoś specjalnie zajmować. A w tym swoim beznadziejnym dorosłym świecie mówili do Mamy l’artiste. Moja siostra na pewno powie, że ona dobrze wiedziała, skąd to miano. Ja powiem natomiast, że nawet jeśli wiedziałam, to nic mnie to nie obchodziło, a to tak, jakbym nie wiedziała. Informacja przyszła do mnie w wiele lat później, gdy, już po śmierci Ojca, obie redagowałyśmy jego autobiografię.
Ona sama, napisał Ojciec o Mamie, bardzo pilnowała, by nazywać ją po prostu Irena, bez żadnych zdrobnień czy odmian. W czasach, kiedy nasz dom, o czym później będzie więcej, pełnił funkcję Bazy, Bogdan Polakiewicz, jedna z najważniejszych postaci i osobowości tego okresu, zaczął wołać na Irenę: Ej, Artiste. Był to wyłącznie jego przywilej, reszta przyjaciół używała spolszczonej formy, i to w rodzaju męskim: Artysta. To określenie charakteryzowało ją chyba najlepiej. Wyznaczało nie tylko pozycję, jaką zajmowała wśród nas, ale także, a może nawet przede wszystkim, sens jej życia.
W wersji do druku nie pozostało więcej, ale w maszynopisie Ojca była cała piękna opowieść o tym, jak to rodzice i ich przyjaciele wielką grupą chodzili do kina czy na koncerty. Mogliśmy jeśćsuchy chleb, dorsza i postne ziemniaki, ale na taśmy magnetofonowe czy bilety do kina pieniądze musiały być. Jednym z takich filmów, które wtedy wspólnie obejrzeli, był francuski obraz Rene Claira Porte de Lilas z Brassensem. W Polsce była odwilż, film pojawił się bez problemów (?), moi rodzice kochali go nadzwyczajnie. Jedną z głównych postaci tej gangsterskiej historii był Georges Brassens: L’Artiste, guitariste et chanteur, który grał tam samego siebie. Ten nadany mojej mamie l’Artiste był właśnie z tego filmu.
A tak przy okazji – cały film można obejrzeć TUTAJ. Po francusku, ale to przecież nie przeszkadza moim nadzwyczajnym Czytelnikom.
U góry Brassens w filmie Porte de Lilas, lata 50, poniżej – Bułat Okudżawa podczas koncertu w Berlinie Wschodnim, lata 70.
Porte de Lilas to nazwa jednego z przedmieść Paryża i stacja metra, której nazwa oznacza bramę bzów. Pod koniec lat 50, już po filmie, pojawiła się śpiewana przez Serge Gainsbourga piosenka Le poinçonneur des Lilas, kontroler biletów ze stacji metra Porte de Lilas, o samotności i nudzie…
A teraz już wreszcie prawdziwy powód napisania tego posta – Panie i Panowie, piosenka natrętna, Wybaczcie piechocie, Простите пехоте. W oryginalnym tekście wiosna buszuje nad ziemią (когда над землею бушует весна), po polsku – wiosna nad ziemią szaleje od bzów.
Stąd te natrętne bzy (i podświadome połączenie z bramą bzów), mimo iż wciąż na nie stanowczo za wcześnie. Bo nie o bzy chodzi, a nawet i nie o wiosnę…
Простите пехоте
Простите пехоте, что так неразумна бывает она,
Всегда мы уходим, когда над землею бушует весна.
И шагом неверным по лестничке шаткой – спасения нет…
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.
Не верьте погоде, когда затяжные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи.
У жизни и смертью еще не окончены счеты свои.
Нас время учило, живи по привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, как все же заманчива должность твоя,
Всегда ты в походе, и только одно отрывает от сна –
Кудаж мы уходим, когда над землею бушует весна?
Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.
Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.
Uczyłaś, ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Mój chłopcze – mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas budzi ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…
r.d.pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.
hallo,
po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny “elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)
w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr “cricot” to pisany “z francuska” anagram od “to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było “od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno “t”). kurwa, taki idiotyzm, “mieszkał” i “geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) “ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: “heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?
później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika “jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.
pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat “uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego “przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te “uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: “a gdzie są klucze?”, “jakie klucze?”, “no do tego domu, który mamy otrzymać!”
najlepszy numer udało mi się “wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem “grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.
no nic, idę spać.
opa r.
p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w “internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.
Zaiste, jak z żelaza: twarde, zimne, głuche Są drogi kolejowe, koleiny losu. Mkną po nich w monotonii stukotów odgłosu Pociągi, w dal uwożąc nasze chwile kruche.
Zawrotnie mkną, złym jakimś ożywione duchem, Aż pejzaż się rozmywa i nie słychać głosów. Zbyt wiele przegapiłeś w tym pędzie kairosów! Już czas hamulec szarpnąć jednym pewnym ruchem
I przysiąść na nasypie, woni ziół skosztować: Rumianek, mięta – rosną tutaj w obfitości; Banalnie zadrzeć głowę, chmurki kontemplować Bez obaw o spóźnienie. W przeczucia jasności
Niestety, taką pewność wszyscy mieć możemy: Na stację docelową niechybnie dotrzemy!