Nasz człowiek w Wietnamie 2

Lech Milewski

Na cesarskim dworze

Nocny pociąg dowiózł nas do Hue – stolicy cesarskiego Wietnamu – KLIK.

Główna atrakcja to Cytadela – kompleks cesarskich pałaców i świątyń – Zakazane Miasto. Robimy sobie grupowe zdjęcie…

Cytadela

Następnie nasz przewodnik podaje trochę informacji o historii Wietnamu. Korzystne położenie geograficzne – naturalna granica wyznaczona przez góry i nieprzebytą dżunglę – stworzyło warunki do powstania samodzielnego państwa już 3000 lat p.n.e. Od roku 111 p.n.e. Wietnam był przez ponad 1000 lat zdominowany przez Chiny.
W 1292 roku Wietnam odwiedził Marco Polo. Około 300 lat później przybyli tu portugalscy misjonarze, którzy zastąpili chińskie znaki alfabetem łacińskim.
Ostatnia dynasti cesarska – Nguyen – rozpoczęła panowanie w 1802 roku. W 1858 roku Wietnam został zaatakowany przez Francję i w roku 1887 stał się kolonią francuską o nazwie Indochiny Francuskie.
Przypomina mi się lekcja geografii w szkole podstawowej. Za naszą, jeszcze przedwojenną, nauczycielką powtarzaliśmy dziwne nazwy: Annam, Tonkin, Kochinchina. A tuż obok – Siam.

Dynastia Nguyen zachowała swoją cesarską pozycję, lecz całkowicie podporządkowała się kolonizatorom. Przełom nastąpił w 1940 roku, kiedy Wietnam zaatakowali Japończycy. Teraz z kolei francuska administracja, nominalnie podległa rządowi Vichy, zmieniła się w marionetki.

Ho Chi Minh

Rok 1945 – Japończycy kapitulują, rząd Vichy upada, w Wietnamie pojawia się Ho Chi Minh – wykształcony we Francji i ZSRR, z dobrymi kontaktami w Chinach.
Oddaję głos naszemu przewodnikowi: w ostatnim roku okupacji japońskiej Wietnamu trzy miliony ludzi umarło z głodu. Ho Chi Minh zadeklarował – w niepodległym Wietnamie nikt nie umrze z głodu. Słowa dotrzymał.

Ho Chi Minh urodził się jako Nguyen Sinh Cung, kilka razy zmieniał nazwisko, to ostatnie przyjął w roku 1940.
Wietnamczycy nazywali go wujkiem Ho. Jest to wyjątek w języku wietnamskim, gdyż wietnamskie nazwiska są trójczłonowe i ostatni człon jest imieniem. Użycie pierwszego członu czyli nazwiska rodowego jest nietaktem. Co innego Ho lub wujek Ho.

Przypomniało mi się, jak w dawnych latach odwiedzałem warszawski Klub Prasy i Książki na Placu Unii i czytałem tam New York Herald Tribune, wydanie europejskie. Najbardziej podobały mi się felietony Arta Buchwalda – KLIK – dowcipne i złośliwe.
On też wspomniał o wujku Ho: …między Amerykanami a Wietnamczykami jest istotna różnica. Wietnamczycy dodają swojemu przywódcy przedrostek wujek, natomiast Amerykanie dodają swojemu (wtedy, 1970 rok, był to prezydent Nixon) przyrostek ….syn.
Oczywiście w języku angielskim w obu przypadkach był to przedrostek.

Na terenie Zakazanego Miasta mieściło się kiedyś 148 budynków. Po wojnach, francuskiej i amerykańskiej, zostało ich tylko 20. Żadna z budowli nie robi na mnie dużego wrażenia i wydaje mi się, że flaga Wietnamu w Zakazanym Mieście nie stanowi dysonansu.

Wieża Cytadeli

Następny dzień zapowiada się emocjonująco – spędzimy sześć godzin jako pasażerowie motocykli. Ten punkt programu nieco mnie niepokoił, ale na wszelki wypadek, jeszcze w Melbourne, dodałem do mojego ubezpieczenia podróżnego dodatkowe zabezpiecznie. Moje obawy podzielało wiele osób, ale po łagodnej perswazji przewodnika pojechaliśmy wszyscy.

Pasażer

Nasi kierowcy obsługują regularnie wycieczki Intrepidu. Jest to dobra praca, dbają więc o bezpieczeństwo pasażerów. Jak widać na powyższym zdjęciu, jedziemy blisko siebie. Z siodełka pasażera możemy docenić kunszt kierowców i inteligencję wszystkich użytkowników dróg. Przepisy drogowe są tylko wskazówką. Kilka razy jedziemy pod prąd, po “złej stronie” drogi, ale w każdym przypadku rozładowuje to tłok na drodze.

Głównie jednak jedziemy bocznymi drogami, przez wioski, osiedla i pola ryżowe. W wielu miejscach zatrzymujemy się. Czasami jest to przedszkole kaczek.

Kaczuszki

Rodzice obserwują swoje pociechy z drugiego brzegu

Kaczki

Innym razem wytwórnia typowych wietnamskich kapeluszy, albo kadzidełek.

Kadzidełka

Ludzie są przyjaźni, pozwalają nam spróbować własnych sił, na ogół z żałosnym rezultatem. Przewodnik zwraca uwagę, żeby nie tłoczyć się do jednego sprzedawcy/producenta, ale dać każdemu trochę zarobić.

Istotnym punktem tego dnia jest wizyta w grobowcu cesarza Tu Duc – KLIK. Nasz przewodnik kontynuuje lekcję historii Wietnamu.

Hoc

Cesarz Tu Duc osobiście nadzorował budowę swojego grobu. Nie miał bowiem potomka. Ponad 140 żon i nałożnic i nie miał syna. Nic dziwnego, że sam budował sobie grób – nie było nikogo, kto mógłby zadbać o jego pamięć. Jest to najbardziej okazały grób cesarski w Wietnamie. Budowa trwała ponad dziewięć lat i spowodowała zbrojne powstanie ludności, obciążonej dodatkowymi podatkami i obowiązkami. Powstanie zostało stłumione, Tu Duc zamieszkał na terenie swojego grobowca, gdzie oddawał się polowaniu i pisaniu poezji.
Co ciekawe, Tu Duc nie jest pochowany w swoim grobowcu. Pochowano go w nieznanym miejscu. Wszyscy pracownicy zatrudnieni przy pochówku (około 200 osób) zostali ścięci. Lokalizacja grobu nadal pozostaje tajemnicą.

Przewodnik wspomina o końcu cesarstwa. Gdy Ho Chi Minh doszedł do władzy w 1945 roku, skłonił cesarza do abdykacji, lecz jednocześnie zaproponował mu honorowe stanowisko u boku rządu. Cesarz nie skorzystał i wyemigrował do Francji.

Sam Hoc nie kryje swoich antykomunistycznych poglądów. Wujek jego matki został skazany przez komunistów na śmierć tylko za to, że był gospodarnym rolnikiem. Pytamy go o pozycję Komunistycznej Partii Wietnamu.
Myślicie, że każdy może się zapisać do partii? O nie. Do partii należy tylko 20.000 osób. Trzeba być krewnym kogoś z członków założycieli.
To nie jest prawda, wikipedia podaje, że partia liczy około 4,5 miliona członków. Wydaje mi się, że Hoc miał na myśli liczbę osób, które dzięki partii robią karierę.
Już po powrocie do domu szukam informacji o ekonomii Wietnamu. Jest – polityka ekonomiczna partii nosi nazwę Doi Moi – KLIK. No to już wiadomo towarzysze MOI kto tu kogo DOI. Wikipedia podaje, że Wietnam jest w ścisłej czołówce krajów o największej korupcji.

To chyba wskazówka, żeby nieco skorumpować naszych kierowców i zająć ich miejsce przy kierownicach pojazdów (ja w samym środku).

Motocykliści

Kolejny punkt programu to Thien Mu Pagoda – KLIK. Piękny kompleks budynków nad rzeką Perfume River.

Przy okazji Hoc, który deklaruje się jako buddysta, wyjaśnia różnicę między pagodą a świątynią (temple). W buddyzmie nie wyznajemy żadnego Boga, a więc nie jest to religia, tylko filozofia. W związku z tym nie ma kościołów, tylko są pagody.
Zamieszało mi się mocno w głowie – buddyzm nie jest religią – toż właśnie tak stwierdził kiedyś Jan Paweł II i był za to mocno krytykowany: buddyzm jest w znacznej mierze systemem ateistycznym i jako taki stanowi zagrożenie dla religijnego trzonu kultury europejskiej – KLIK.
Buddyści nie mają świątyń? Informacje z różnych stron świata tego nie potwierdzają. Ciekawe, że pytanie – różnica między pagodą a świątynią jest zadawane głównie przez osoby, które odwiedziły Wietnam.

Eksponatem, który przyciaga wielu odwiedzajacych pagodę Thien Mu, jest samochód mnicha Thich Quang Duc, który dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko prześladowaniom buddystów przez rząd.
Rząd komunistyczny? Wprost przeciwnie, prawicowy rząd Południowego Wietnamu – KLIK.
Skomplikowany ten Wietnam.
Dla uspokojenia przesiadamy się z motocykli na statek, który rzeką Perfumową (Perfume River) dowozi nas do Hue.

Perfume River

Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za pomoc w edycji tego i wielu innych moich wpisów. Jeśli mimo to są w nich jakieś błędy językowe, to wyłącznie z powodu mojej nieuwagi.

Stuart słucha muzyki 4

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart.

W rozdziale 12 umiera ojciec Stuarta i pojawia się Wielka Miłość, zapowiadana aż przez dwie piosenki – śpiewają Bob Dylan i Norah Jones.

Gdy zaproponowałam Joannie, że podczas jej nieobecności zastąpię rozdziały Stuarta muzyką, która pojawia się w prawie każdym wpisie, odpowiedziała mi, że szuka tej muzyki godzinami, lub może raczej powinna powiedzieć, że godzinami słucha takiej właśnie muzyki i wtedy coś, czego właśnie słuchała, dopasowuje się do tego, co właśnie pisze.

Bob Dylan

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Norah Jones

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Ci co czytają Stuarta regularnie wiedzą, że ta miłość okaże się trwalsza niż wszystkie poprzednie i Meg przyjedzie na stałe do Stuarta do Australii.

Oto piosenka dla Meg (Stuart 13)

Van Morrison: Someone like you (a właściwie someone exactly like you!)

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Ale przed nimi jeszcze długa droga i, jak to w bajce i w życiu, dużo przeszkód. Po pierwsze w rozdziale 13 ta zła siostra, Eve (Kate jest tą dobrą siostrą), po drugie czas, po trzecie odległość, po czwarte – sam Stuart. Ale, jak to w bajce, amor omnis vincit.

Kacey Musgraves: Merry Go `Round

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Dzień poezji

Andrzej Rejman

Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) warto przytoczyć wiersz…

Maryla Wolska

Nie wiem

Nie wiem, jaki tam będzie świat wtóry,
Jakie grzesznych radości ominą;
W moim niebie będą lasy i góry
Moje niebo musi pachnieć świerczyną,
I rzeka tam szumieć powinna,
Ta jedna jedyna, ona
Jak żadna inna
Zielona…

Maryla Wolska, Nie wiem… wiersz z tomiku “Dzbanek malin” wyd. Biblioteka Medycka 1929

Tak! Dobrze byłoby, aby w przyszłym świecie było choć nieco zieleni…

Autorka pisze w swym marzeniu o Rzece Zielonej, a rzeka taka spokojnie sobie płynie przez podwarszawskie Piaseczno… zresztą nie tylko, jest jeszcze jedna Zielona – dopływ Oławy.

Spróbowałem zaśpiewać ten wiersz – w rezultacie powstało takie nagranie:

Ale sen o zielonym świecie nie może trwać długo, należy wiec przytoczyć inny, całkiem odmienny wiersz. Oba wiersze łączy jednak to samo pragnienie ciszy, troska o wartość samą w sobie – o spokojny byt.

Maria Hrebnicka, rękopis zapisków z lat 1910-1917

Wiersz, który znalazłem w archiwach rodzinnych na Litwie, napisała podczas I wojny światowej Maria Hrebnicka.

Maria Hrebnicka

(Piotrogród 1915, Jesień, Akademia Sztuk Pięknych*)

Widocznie Tobie Panie trzeba było
Jeszcze krwi naszej i naszej ofiary
I oto wszystko stanęło, co żyło
W bólu bez końca, w cierpieniach bez miary

Panie, przed Tobą płoną nasze domy
Przed Tobą pola wojną poniszczone
Na ziemi naszej tworzą znak widomy
Czarne mogiły krwią i łzą zroszone

Panie, przyjmij ból nasz i nasze cierpienia
Jak odkupienie dla najświętszej sprawy
Panie, na przyszłe ześlij pokolenia
Los przychylniejszy, los nie taki krwawy.

Boże, daj dzieciom za ojców męczarnie
Kąt ziemi własnej na tej ziemi czarnej
Wśród własnej ziemi, wśród własnej przyrody
Żyliśmy dotąd, chociaż bez swobody…

…

Wszak ziemia nasza piękną była Panie…

…

Na pola poniszczone, na spalone domy
Do wdowich serc rozbitych
Ześlij nam anioła
Wśród promieni jutrzenki
daj anioła ciszy.

Maria Hrebnicka (1891-1969), córka profesora Adama Doktorowicz-Hrebnickiego ukończyła malarstwo w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Większość jej obrazów olejnych, które przetrwały do dziś, znajduje się w muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus), w północno-wschodnim zakątku Litwy. Tu dwa, zatytułowane przeze mnie (A.R.) Wieś spokojna

 

Maria Hrebnicka zdjęcie z początku XX w.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Ewa Maria Slaska

Być może myślicie, że ten wpis spóźnił się o tydzień, albo, jak to się okaże w trakcie czytania, pojawia się o kilka tygodni za wcześnie, ale, o! nie, to wpis świadomie z niczym nie związany. Oczywiście wzoruję się tu na postlogice, którą “wujaszek google” serwuje nam od lat, gdy jego śmieszne doodle zachęcają nas, byśmy na przykład dziś obchodzili 198 rocznicę premiery opery Hermiona Gioacchino Rossiniego.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Gdy Dobry Król Sancho Pansa rządzi na Wyspie Baratarii i feruje wyroki, rządzi i sądzi przez dziesięć dni, a liczba dziesięć pojawia się zarówno w tym, co głoszą oskarżeni, jak i w decyzjach sędziego.

— Tak, jasny panie — odrzekł Sancho — byłem wielkorządcą na wyspie Barataria, sprawowałem tam rządy przez dziesięć dni; w usta, prawda, lej co chcesz, ale straciłem tam spokojność, rozum, tuszę i nauczyłem się pogardy wszystkich rządów, toteż nie opuściłem tej władzy, ale uciekłem od niej.

Przypomnijmy sobie, jak sądził Sancho Pansa.

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.

Sancho nie sądzi tylko siedząc na paradnym krześle w swym urzędzie, sądzi wszędzie, również podczas przechadzki. Dziwaczne są to sądy z naszego punktu widzenia, ale w zamkniętym światku Baratarii jak najbardziej logiczne. W sporze o pieniądze, jakich świadek oszustwa zażądał od oszustwa za milczenie, Sancho nie zajmuje się wcale tym, że właśnie dwóch spotkanych na spacerze młodzieńców przyznało się do oszukańczej gry na pieniądze i koncentruje się zgodnie z prośbą pokrzywdzonego, na rozważeniu, kto komu i czy w ogóle miał coś zapłacić.

— Oto — rzecze Sancho — ten, co wygrał, złym czy dobrym sposobem, ma dać drugiemu sto realów, a trzydzieści na szpital niech zapłaci. Ten drugi, który nie ma żadnego zatrudnienia, niech mi od jutra wynosi się z miasta i przez lat dziesięć nie powraca tu wcale, gdyż spotkawszy go raz jeszcze, natychmiast powiesić każę.

Sto i dziesięć. Sto czyli – każde dziecko wie – dziesięć razy dziesięć.

Spotkana pod drodze, przebrana za chłopaka “młoda dziewica”, wypłakuje się władcy, że:

— Od dziesięciu już lat, to jest od śmierci mojej matki, ojciec trzyma mnie w surowym zamknięciu i oddzielonej od świata, nawet mszy słuchać każe w domowej kaplicy. Od tego czasu, prócz mego ojca, brata i Pedra Pereza, o którym wspominałam, nikogo więcej nie widziałam na oczy. Taka samotność i zakaz wychodzenia z domu nawet do kościoła, smuciły mnie nad wyraz. Pałałam chęcią zobaczenia czegoś na świecie. Mój brat opowiadał mi niekiedy o rozmaitych rozrywkach i zabawach publicznych, a to bardziej jeszcze podniecało moją ciekawość, dlatego prosiłam brata… O! bodaj by słowa wówczas zamarły mi na ustach.

Dziesięć dni to bardzo istotna miara wszystkiego, w tym czasu,  wprowadzona w starożytnym Rzymie, ale oparta na znacznie starszych wyliczeniach. Tydzień księżycowy, ten który i my dziś stosujemy, trwa siedem dni i jest zależny od faz księżyca. Rzymska dekada, zastosowana potem również przez wzorującą się na Rzymie rewolucję francuską, została matematycznie wyliczona w starożytnej Chaldei. Ci, którzy interesują się astrologią, wiedzą że Krąg Zodiaku trwa 360 dni, podzielonych na 12 znaków Zodiaku po 30 dni. Każdy znak jest z kolei podzielony na trzy dekady, podporządkowane kolejnym władcom planetarnym, oprócz jednej, od 12 do 22 kwietnia, nie należącej do nikogo i zwanej ciemną gwiazdą. Była groźna, zwiastowała wojny i nieszczęścia, była też klasycznym czasem rozpoczynania wojen. No cóż, można by powiedzieć, że co nas to obchodzi, było minęło, ale jednak…  w tej wiosennej dekadzie urodzili się i Hitler, i Stalin. No, ale gwoli sprawiedliwości dodajmy, że również Leonardo da Vinci i Charlie Chaplin.

Liczba dziesięć jest oczywiście nie tylko matematyczna, ale i ludzka. Wszystkie inne miary wywodzą się ze świata zewnętrznego, dziesięć nosimy ze sobą zawsze i wszędzie. Dziesięć to podstawa matematyki, miara najbardziej praktyczna ze wszystkich, ale tym samym i najbardziej symboliczna. Sancho nie mógł rządzić dłużej, bo i on, i jego władztwo mają znaczenie symboliczne. Dziesięć dni władał karnawałowy król, dziesięć dni niemądry giermek szalonego rycerza może rządzić światem, stosując swój własny dekalog czyli dziesięć zasad.

Ciekawe, że Wikipedia pisząc o liczbie 10 informuje rzecz jasna, iż jest podstawą najczęściej stosowanego systemu pozycyjnego – dziesiętnego. I dodaje, że przyczyną był prawdopodobnie fakt, iż posiadamy 10 palców u rąk. Zastanowiło mnie słowo prawdopodobnie, wydało mi się przesadnie oględne i zastrzegające, bo autor hasła nie podaje, jakie miały by być inne podstawy systemu dziesiętnego, chroni się tylko przed (nie)prawdopodobnym atakiem kogoś, kto tę zasadę by mógł znać.

No ale za to Wikipedia wymienia najważniejsze dziesiątki kulturowe, w większości wywodzące się z Biblii, a więc dziesięć przykazań, dziesięć plag egipskich czy dziesięć zaginionych plemion. Są jednak równieś dziesiątki buddyjskie czyli dziesięć złych uczynków  i dziesięć paramit, no i oczywiście pochodne tych symbolicznych dziesiątek, jak Dekameron Giovanniego Boccaccia, Dziesięciu małych Murzynków Agaty Christie czy wreszcie Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem Johna Reeda, film 10 Blake’a Edwardsa czy płytę Dziesięć ważnych słów Marka Grechuty z roku 1994. I jakie to one były, te ważne słowa naszego barda?

  1. Ojczyzna
  2. Wolność
  3. Władza
  4. Prawo
  5. Praca
  6. Wiedza
  7. Solidarność
  8. Natura
  9. Sztuka
  10. Miłość

Ojczyzna jako numer 1, miłość – numer 10. Mało znana (chyba) i nie z Top Ten (kolejna dziesiątka). Miłość.

Memy z czasów PRL

Ewa Maria Slaska

Słoneczniki van Gogha

Tak sobie tu ostatnio od czasu do czasu dywaguję o znaczeniu obrazów i o tym, że rozpoznać je można po ilości przeróbek czyli, jak to się obecnie nazywa, memów. Tymczasem sztuka i przed czasami sieci, facebooka i instagramu była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach. Nie robiłam badań, bo to nie rola dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

Poniekąd oddaje to marketingowy tekst firmy sprzedającej reprodukcje fineartexpress:

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji.

Słoneczniki van Gogha to temat jasny i wiecznie żywy jak słońce Lenina. Kiedy mówimy Lenin, to myślimy partia. Podobnie mówimy van Gogh, a myślimy Słoneczniki. Mówimy Słoneczniki, a myślimy van Gogh. W XX wieku sprzedano miliony reprodukcji obrazu Słoneczniki van Gogha wydrukowanych na płótnie, na pocztówkach, na plakatach, na kubkach i innych fotogadżetach – tylko w roku 2013 kupiono ich aż 26 tysięcy. Reprodukcja Słoneczników van Gogha wydrukowana na kalendarzu ściennym to chyba najpopularniejszy na świecie obraz do dekoracji ścian mieszkania. Vincent van Gogh namalował tyle słoneczników, że nawet trudno się zdecydować, które Słoneczniki wybrać do dekoracji, jeżeli zamierza się kupić kopię obrazu van Gogha do pokoju. Warto więc wiedzieć, że kiedy mówimy„Słoneczniki” van Gogha, to mamy namyśli obraz z całej serii „Słoneczniki”, która składa się w rzeczywistości z 11 obrazów słynnego postimpresjonisty.

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji – obrazy namalowane w 1888/1889 w Arles we Francji

Firma prezentuje zatem jedenaście obrazów Słoneczniki, ale przecież dobrze wiemy, że to zabawa dla smakoszy. Prawdziwe Słoneczniki, to te, czwarty obraz ze słonecznikami, pod którym tekściarz firmy napisał:

Wiele obrazów van Gogha opartych jest na jednym motywie, powielanym w różnych ujęciach. Podobnie jest w przypadku „Słoneczników”. Z łącznie 11 obrazów z motywem słoneczników 4 obrazy powstały w Paryżu i 7 w Arles w południowej Francji. Słoneczniki van Gogha zajmują szczególne miejsce w twórczości artysty. Ale nasuwa się pytanie, dlaczego van Gogh namalował właśnie słoneczniki, a nie inne kwiaty, tak bujnie rosnące w słońcu południowej Francji. Słoneczniki uważane są dziś za roślinę raczej pospolitą i ceni się ją raczej ze względu na jej walory spożywcze, a nie piękno jej kwiatów. Jednak za czasów van Gogha słoneczniki były w modzie, cięte słoneczniki były popularnym kwiatem używanym do dekoracji domów. Uważano, że są piękne, a ich kształt i ciepłe barwy przypominają małe słońce. Kwiat słonecznika stał się popularnym motywem w malarstwie.

Obraz olejny na płótnie. Tytuł: 12 słoneczników w wazonie. Arles 1888r. Wymiary oryginału 91 x 72 cm

Słynne “Słoneczniki” to seria obrazów olejnych namalowanych przez Vincenta van Gogha, słynnego malarza postimpresjonistę. Artysta namalował łącznie 11 obrazów: 4 obrazy podczas pobytu w Paryżu i 7 w Arles. Wraz z takimi obrazami jak “Mona Lisa” autorstwa Leonarda da Vinci oraz “Krzyk” Edwarda Muncha, “Słoneczniki” van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego.

Nie musi to być zresztą prawda, bo znalazłam w internecie informację, że inspiracją była dla malarza wiązanka kwiatów leżąca w rynsztoku. Autor wpisu podaje też, że w czasie pogrzebu artysty jego trumna przykryta była słonecznikami, które tak uwielbiał. I że: wszystkie studia słoneczników Van Gogha przepełnione są symboliką religijną i mistyczną. Artysta wierzył, że sposób, w jaki słonecznik zwraca głowę ku słońcu, jest odzwierciedleniem religijnego oddania tych, którzy poświęcają się Bogu.

Kiedy byłam na studiach, moja przyjaciółka znalazła gdzieś reprodukcję tego obrazu i podarowała ją mamie na gwiazdkę. Niestety, nie pamiętam, w jakim sklepie można było kupić taki cudowny prezent, ale obraz przy okazji wizyt w Trójmieście oglądam do dziś.

Paul Gauguin, Van Gogh malujący słoneczniki

Wydaje mi się, że już pod koniec czasów Gierka było wiadomo, że reprodukcja Słoneczników to jeden z podstawowych banalnych elementów, składających się na klasyczne mieszkanie inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopednia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh.  Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Grażyna Bastek, znana mi osobiście 🙂 historyczka sztuki pisze w Newesweeku: Wśród kilku obrazów, których tytuły mógłby wymienić niemal każdy, są „Słoneczniki” Vincenta van Gogha. Ich popularność nie ominęła również Polski. Każdy z nas widział na ścianie u babci, cioci lub u znajomych kupioną zapewne w kiosku Ruchu i wyblakłą po latach reprodukcję słynnego płótna.

Muzeum Śląska Opolskiego zachęca do obejrzenia wystawy Tak się mieszkało w PRL:

Cerata na stole, obowiązkowy fikus przynajmniej w jednym pokoju czy słoneczniki Van Gogha na ścianach – to tylko niektóre elementy wystroju mieszkań charakterystyczne dla lat głębokiego komunizmu w Polsce. Szczególnie dla młodego pokolenia, które poprzedniego ustroju nie pamięta, wizyta w mieszkaniu z lat 60 i 70 będzie bardzo cennym doświadczeniem. Zapraszamy więc na zwiedzanie.

(…)

Typowy salon Kowalskiego z okresu „komuny” jest naszpikowany oryginalnymi symbolami tamtej epoki. Uwagę przykuwa przede wszystkim sprzęt multimedialny, choć przedrostek multi to w tym przypadku znaczne nadużycie. Trzeba jednak pamiętać, że telewizor marki WZT był często jedynym w kamienicy. Niemniej ekskluzywne były adaptery „Bambino”. Rozglądając się po pokoju, można zauważyć przepych kryształowych naczyń – te z prawdziwymi kryształami nie miały nic wspólnego, jednak zdobione szkło uznawane było w owych czasach za symbol dobrobytu. Ściany ozdobione srebrnymi kwiatuszkami – oczywiście malowane tradycyjnym wałkiem.

Na ścianie wiszą reprodukcje znanych malarzy. Najbardziej popularne były słoneczniki Vincenta Van Gogha. W pomieszczeniu nie brakuje też zieleni. Sięgający sufitu fikus, osadzony w dużej donicy, często traktowany był jako popielniczka i podręczny kosz zarazem.

Alina Gierak kilka lat temu pisała w Gazecie Wrocławskiej:

W końcówce lat 70 szpanem wrocławskim było noszenie swetrów z wełny z Kowar. Przedsiębiorcze panie jeździły do tamtejszej fabryki dywanów i wracały z worami kolorowych nitek. Pracowicie je potem wiązały i dziergały swetry, czapki, szaliki. Szczytem awangardy było noszenie ich z pętelkami na wierzchu – po tym można było poznać artystyczną duszę i tak też nosili się bywalcy Festiwalu Teatru Otwartego czy Jazzu nad Odrą. Sweter z kowarskiej wełny można było także zobaczyć często w Pałacyku, kultowym klubie studenckim. Część pań wyżywała się plastycznie nie tylko w swetrach, ale także w kilimach wykonywanych z resztek wełny z Kowar. Profesorowe i gospodynie domowe wymieniały się wzorami, a najbardziej popularne kilimy przypominały obraz Van Gogha “Słoneczniki”.

Czyli nie myliłam się, nawet pobieżny przegląd publikacji internetowych pokaże, że Słoneczniki van Gogha to było w PRL prawdziwe “coś”! Gorzej z reprodukcją dawnego wnętrza. Ale wydaje mi się, że oferowana w Bieruniu reprodukcja ma peerelowską proweniencję:

No i ta drabina obok…

Nasz człowiek w Wietnamie 1

Lech Milewski

Na początku była książka

Azja, tak geograficznie bliska Australii, zawsze była mi obca. Nic dziwnego, że gdy przyszło mi do głowy wybrać się na pierwsze od kilku lat wakacje gdzieś nie za daleko, spojrzałem na półkę z książkami.
Nasz człowiek w Hawanie nie wchodził w rachubę, a zatem – Spokojny Amerykanin – Wietnam.

Czy nie robi ci różnicy, jeśli polecisz Malaysia Airlines? – spytała ostrożnie pani w biurze podróży. No tak, jeden samolot zestrzelony, jeden zagubiony, dziwne morderstwo na lotnisku w Kuala Lumpur.
Oczywiście, że nie zrobi mi różnicy.

A zatem w drogę, z Bogiem…

Kilkanaście godzin później, na tym samym ekranie odczytuję, że do Mekki już tylko 6,790 km. A zatem jesteśmy w Hanoi.

Spokojny Polak w Hanoi

Taksówka, która wiozła mnie z lotniska do hotelu już po kilku minutach zjechała z autostrady i znaleźliśmy się w labiryncie wąskich uliczek, otoczeni masą motocykli. Wyglądało to mniej więcej tak – KLIK.

Chodniki zajęte są całkowicie przez parkujące skutery, stragany i wszelkiego rodzaju sprzedawców. Na mnie największe wrażenie zrobiły kobiety, które potrafiły w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach przykucnąć, w ciągu kilku minut rozłożyć podręczną kuchenkę i serwować gorące posiłki.

Jedzenie nie było mi jednak w głowie. Moim pierwszym wyzwaniem było dotarcie do położonego kilkaset metrów od hotelu jeziora Hoam Kiem – KLIK.

Nie miałem wyjścia, musiałem zanurzyć się w wartki i hałaśliwy nurt pojazdów. Już po jednym kroku miałem dosyć. Cofnąłem się na chodnik i trzymałem się kurczowo jakiegoś słupa, gdyż nie było tam miejsca dla mojej osoby. Po pewnym czasie wydało mi się, że w strumieniu pojazdów jest jakaś przerwa i próbowałem kontynuować spacer. Natychmiast spłoszyły mnie sygnały klaksonów za plecami. Nie było gdzie uciec, więc tylko skuliłem się i wolno posuwałem się do przodu. A za chwilę było skrzyżowanie…

Po spacerze nad jeziorem kolejne wyzwanie – wrócić do hotelu. Przez całą drogę powtarzałem sobie adres: 14 Luong Van Can, 14 Luong Van Can. Na każdym skrzyżowaniu były porządne tabliczki z nazwami ulic, a jednak czułem się niepewnie – tabliczki jakoś nikły w gęstwinie szyldów i przewodów elektrycznych, wszystkie ulice wydawały mi się podobne.
Numer 22, to jeszcze tylko cztery domy, do licha – nie widzę mojego hotelu? Na szczęście rozpoznaję panią w fioletowej sukience sprzedającą jakieś pierogi – jest!
Rzecz w tym, że frontony budynków są tutaj bardzo wąskie i mój, całkiem porządny, hotel zupełnie nikł w sąsiedztwie kolorowych sklepików.

Po tych trzech godzinach w Hanoi jestem jak najgorszej myśli – gdzieżeś ty się dziadku wybrał? Będziesz tylko kłopotem dla swojej wycieczki.

A wycieczka właśnie się zbiera na inauguracyjne spotkanie.
Nieustraszeni – jest nas łącznie ze mną szesnaście osób – dwanaścioro Australijczyków, dwie Kanadyjki, Włoszka mieszkająca w Anglii i Amerykanka. Cztery małżeństwa w wieku lekko ponad 50 lat, pani z ojcem – weteranem wojny wietnamskiej (czyli w moim wieku), pozostałe pięć pań w wieku około 40 lat. Naszym przewodnikiem jest Hoc.

Nieustraszeni?

Tak, organizatorem wycieczki jest firma Intrepid – KLIK. Spotkałem ich kiedyś na szlaku, na wędrówce dookoła Mt Blanc i uznałem, że ich styl wędrowania powinien mi odpowiadać.
Styl wędrowania: popierać lokalne przedsiębiorstwa, korzystać z transportu publicznego, nie unikać wysiłku fizycznego.

Mój pierwszy kontakt to oczywiście Australijczycy. Poza jednym wyjątkiem wszyscy mieszkają w niezbyt dużych miastach. To się od razu czuje – szczerzy, ironiczni, dobre poczucie humoru, w razie potrzeby nie zawiodą.

Na początek ruszamy do restauracji na kolację. To okazja, aby wymienić spostrzeżenia na temat ruchu na ulicy. Zgadzamy się, że reguły gry są następujące:
Klakson oznacza – jestem większy i silniejszy od ciebie i wiem dokąd jadę. Zakładam, że ty również znasz swój cel. Kontynuujmy więc obaj swoje działania w zgodzie.
Brak klaksonu oznacza to samo.
Rezultat – nie istnieje tu “road rage” czyli agresja na szosie.

Od przewodnika dowiadujemy się, że Hanoi ma ponad 8 milionów mieszkańców i około 3 milionów motocykli i skuterów.

Nasz hotel zlokalizowany jest na starym mieście (Old Quarter nazywany również French Quarter), stąd te wąskie uliczki i niesamowity tłok.

Jest wieczór, więc wszyscy, którzy nie jadą w tej chwili na motocyklach, biesiadują na ulicy…

My biesiadujemy w niewielkiej restauracji, przy stołach o rozmiarach dla dorosłych.

Wietnamska kuchnia? Proszę o cierpliwość, w programie wycieczki jest lekcja gotowania, gdy się nauczę gotować, to napiszę.

Halong Bay

Następnego dnia rano wyruszamy w drogę autobusem. Zatłoczone ulice miasta zamieniają się w zatłoczoną szosę. Dookoła – Wietnam w ruinie – przepraszam za te polityczne skojarzenia. Popękana, dziurawa szosa, stare walące się domki. Dużo śmieci, ogólny bałagan.
Zaraz, zaraz, coś mi się przypomina – pierwsza po wyjeździe z Polski wizyta w Warszawie, 1991 rok. Wtedy wyglądało to podobnie. I jeszcze jedno podobieństwo – waluta. W 1991 roku 1 US$ był wart 10,000 zł. W dzisiejszym Wietnamie jest wart ponad 24,000 dongów. Brakuje tylko rosyjskiego bazaru na stadionie 10-lecia.

Gdzieniegdzie widać jakieś prace budowlane, ale niezbyt imponująco to wygląda – duża maszyna budowlana, a wokół niej bałagan. Natomiast ręczna budowa grobli posuwa się szybko do przodu…

Może to jest właściwa metoda budowania w bardzo ubogim i gęsto zaludnionym kraju?

Wreszcie docieramy do celu – zatoka Ha Long Bay – KLIK. To miejsce jest tak dobrze udokumentowane w internecie, że ograniczę się tylko do jednego zdjęcia, a to dlatego, że oddaje mglistą atmosferę naszej żeglugi…

Halong Bay znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO (Heritage List). Zapewne na to zasługuje, ale z drugiej strony już teraz jest tu za duży tłok. Poniżej widok statków, które przywiozły chętnych do zwiedzania groty…

Zgodnie z dewizą Intrepidu rozglądam się za lokalną działalnością gospodarczą. Podpływa nieproszona…

Kobiety wiosłują na tych łodziach cały dzień, od statku do statku. Asortyment towarów dość nieciekawy – biszkopciki, czipsy, napoje. Towar podają w siatce na długim kiju. Do tejże siatki klient wkłada zapłatę.

Noc spędzamy na statku…

W drodze powrotnej polski akcent…

Kto, skąd, dlaczego? Nie znalazłem informacji.

Przed pożegnaniem kucharz okrętowy w ciągu kilku minut wyczarowuje z marchwi kwiat i siatkę, jakimi udekorowana była podana na kolację ryba…

Przybijamy do brzegu. Zauważam zaawansowane roboty budowlane na nabrzeżu. Tu już nie ma co grymasić – duże, dobrze zorganizowane budowy. Za kilka lat będzie tutaj jak w każdym atrakcyjnym miejscu w cywilizowanym świecie.

Wracamy do Hanoi na kolację, a potem przesiadka do kolejnego środka lokomocji…

Sleeping z Hanoi do Hue – ponad 700 km, 13 godzin jazdy. W środku, znowu łza się w oku kręci, jak w pociągu z Pragi do Warszawy w 1994 roku. Tyle, że wtedy w Polsce w pociągach grasowali rabusie. Wszelkie poradniki turystyczne informują, że Wietnam to jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie.
Wiadomo – komuna.

Stuart słucha muzyki 3

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart. W dzisiejszym wpisie only love, love, love…

Stuart 9

Rozdział 9 to opowieść o dwóch ważnych kobietach w życiu Stuarta w Wellington. Obie mają tak samo na imię. Najpierw do Stuarta przyjeżdża jego siostra Kate, potem pojawia się Catherine, koleżanka tancerka, przez jakiś czas jego dziewczyna. Siostra nie dostaje swojego muzycznego interludium, ale Catherine owszem. Piosenka jest oskarżeniem, ale Catherine zasłużyła na nie.

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

W rozdziale 10 to też nie siostra dostaje piosenkę od autorki, lecz dziewczyna Stuarta – Iris.

Nina Simone

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Iris nie zdołała zerwać łańcuchów, które ją skuwają i to sprawiło, że rozpadł się kolejny związek Stuarta z interesującą młodą kobietą. Bo to ona w tym rozdziale śoiewa te pełne rezygnacji słowa: I wish I knew how it would fell to be free…

W rozdziale 11 Iris odjeżdża i już nie wróci. It must have been love but it’s over now śpiewa  Roxette.

It must have been love but it’s over now
It must have been good but I lost it somehow
It must have been love but it’s over now
From the moment we touched till the time had run out

To musiała być miłość, ale już się skończyła
I musiała być dobra, ale gdzieś się zgubiła
To musiała być miłość, ale już się skończyła
Od chwili, kiedy się dotknęliśmy, do chwili, kiedy przeminął jej czas

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Miasta poza sezonem: Gdańsk

Tekst napisany na dzisiejsze spotkanie z uczniami OLPI czyli Ogólnokształcącego Liceum Programów Indywidualnych w Oliwie. Dziękuję Katarzynie Bogdanowicz i Katarzynie Korolczuk oraz Piotrowi Bogdanowiczowi za (z)organizowanie dziś w OLPI wielkiego wiosennego święta wagarowicza i za wiele innych działań, pomysłów i inicjatyw 🙂

Ewa Maria Slaska

Niezwykłe nowe polskie budynki

Zanim okazało się, że Polska “jest w ruinie”, powstało w tym biednym, nieszczęsnym, zrujnowanym kraju kilka niezwykłych budowli – opera w Bydgoszczy, Filharmonia i Muzeum Przełomy w Szczecinie, Muzeum Polin w Warszawie, Muzeum II Wojny Światowej i Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, stadiony w Gdańsku i w Poznaniu. Staram się je po kolei wszystkie obejrzeć. Nie zawsze mi się podobają, jak chociażby Europejskie Centrum Solidarności, nie zawsze podoba mi się ich przesłanie ideologiczne, jak chociażby to, co nam przekazuje o przełomowych momentach naszej współczesnej historii Muzeum Przełomy, ale nie zmienia to jednak faktu, że są to budynki oryginalne i niezwykłe założenia urbanistyczne. Tym razem przyjechałam do Gdańska z mocnym postanowieniem poprawy czyli decyzją, że tym razem wreszcie muszę dotrzeć do kolejnej niezwykłej budowli trójmiejskiej czyli Teatru Szekspirowskiego. Bo właściwie powoli było mi już wstyd, że jeszcze tu nie byłam.

Podobało mi się, że Teatr Szekspirowski powstanie (powstaje, powstał) w moim rodzinnym mieście, bo był to i jest zamysł szalony i niczym nieuzasadniony, co uwielbiam. Zaprojektował go Renato Rizzi, architekt z Wenecji. Teatr został otwarty 19 września 2014 roku. Na uroczystość przyjechał książę Karol.

Dopóki nie zobaczyłam teatru okiem własnym kilka dni temu, myślałam, że przymiotnik szekspirowski oznacza coś w rodzaju rekonstrukcji prawdziwego teatru szekspirowskiego czyli Globe, który był kolisty i drewniany, i nie miał dachu. Mamy w Berlinie taki teatr, nazywa się Monbijou czyli mój klejnot, bo takie miano nosił stojący tu ongiś pałac. Monbijou zawsze wystawia latem Szekspira, co też uwielbiam – pisałam już kiedyś o tym, że latem zawsze powinno się oglądać Szekspira na świeżym powietrzu.

Frances Yates, autorka wspaniałej opowieści o pamięci i metodach zapamiętywania (Sztuka pamięci) ryzykuje twierdzenie, że Globe był zbudowany jak model świątyni pamięci czyli biblioteki, która miała objąć WSZYSTKO.  Była to idealna kolista budowla, pełna jak plaster miodu małych komórek, zawierających każda jeden zrolowany (czyli w pewnym sensie kolisty) rękopis na temat jakiegoś wycinka wiedzy. W teatrze zamiast komórek z rękopisami były krzesła, w których siedzieli ludzie – każdy człowiek był więc zarazem i widzem, i aktorem, i wycinkiem pełni ludzkiej wiedzy.

Pełnia też jest kolista i kulista.

Kolisty teatr nazywał się jak kulisty ziemski glob i był całym światem. Wiemy oczywiście: świat jest teatrem, aktorami ludzie.

Wydawało mi się, że kolistość i kulistość powinny być najbardziej znamiennymi cechami tego budynku. Tak bardzo byłam pewna, że tak musi być, że nawet nie zadałam sobie trudu, żeby obejrzeć w internecie, jak ten teatr naprawdę wygląda.

Teatr szekspirowski w Gdańsku jest na zewnątrz dokładną odwrotnością tego, czym był (przynajmniej w moi wyobrażeniu) londyński Globe. Globe spłonął, teatr w Gdańsku przetrwa wszystkie żywioły. Jest kamienny, kwadratowy, kanciasty, czarny. Podoba mi się ta architektura. Jest zimna i wyniosła, poświęcona czemuś, co jest nie dla ludzi i bez nich się obywa. Przypomina babilońskie zikkuraty, zanim Semiramida posadziła na nich ogrody, i gotyckie katedry zanim obrosły sklepikami, kaplicami i górami śmiecia. Czyli zanim zimny kamień został rozmiękczony przez to co żyje, rodzi się, umiera, więdnie, gnije, jest nieczyste i brudne, ale pełne niepowstrzymanej energii. Zamiast idealnej świątyni wiedzy Rezzi wybudował idealną świątynię architektury. Piękną, zimną i nie dla mnie.

W środku jest drewno – ale nie jest koliste i mojego rozczarownia nic nie uśmierza.

Obejrzałam Teatr Szekspirowski w zimny wiosenny dzień (miasta poza sezonem!), kiedy to od dawna w nim nie było i długo jeszcze nie miało być żadnych imprez. Teatr był całkowicie bezludny i sterylnie wysprzątany. Był też przez fakt, że nic się w nim nie działo bezwzględnie absurdalny. Zobaczyłam krajobraz po bitwie, którą stoczyły armie uzbrojone w nihilatory życia. Nie ma aktorów, pozostał tylko teatr.

Barataria 10: a cóż to za pomysł z tą wyspą?

Ewa Maria Slaska

Wyspy dalekie i mistyczne

Na wyspach są raje i piekła, pałace szczęśliwości i miejsca zesłania. W czasach odkryć geograficznych świat powiększył się nadzwyczajnie, a pierwszymi wysłannikami Nowego były wyspy. Karaiby, Indonezja, Filipiny, Polinezja, Japonia… Tahiti i Haiti, Kuba, Bali, Tasmania, Dominikana. Miejsca pełne egzotycznych kwiatów i owoców, zamieszkane przez piękne nagie kobiety, swobodnie uprawiające seks, dostarczające nieznanych rozkoszy i zamieniających pojęcie grzechu w ogród rozkoszy ziemskich. Wyspy pełne ptaków, ryb, muszli, jeleni, piratów i skarbów. W pojęciu ówczesnych tak wyglądał biblijny raj. Ale i my, ludzie żyjący pięćset lat później, chętnie wyjeżdżamy na wyspę, która jest przeciwieństwem nudy i żmudy codzienności. Malediwy i Azory, Kanary, Ibiza, Lanzarota, Teneryfa, Madera, wakacyjne raje skonstruowane ze słońca, kolorów i obietnic, czas spędzony na popijaniu kolorowych koktajli w towarzystwie pięknych młodych tubylców płci dowolnej.

Gdy Wikingowie płynęli do Ameryki, nie wiedzieli, co ich czeka. Wrócili z opowieściami o Grenlandii i Winlandii, zielonych wyspach rodzących wino. Wzorem były oczywiście niepoliczalne wyspy  greckie, każda tworząca zamknięty, odrębny świat. Najpiękniejszą i najbardziej bajkową wyspą grecką była Atlantyda, ewidentnie raj na ziemi. Oczywiście pierwszą  rajską wyspę poza Europą w sposób udokumentowany zobaczył Kolumb, a ściślej jeden z jego marynarzy, Rodrigo da Triana. Była to Wyspa Watlinga (zwana przez Indian Guanahani) w archipelagu Bahama. U krajowców zauważono złote ozdoby, co wsparło tezę przyświecającą wysłaniu wyprawy, że płynąc na Zachód można dotrzeć do leżących na Wschodzie złotodajnych Indii.

W ulubionej mojej powieści Czaszka w czaszce Piotra Wojciechowskiego, dentysta Japończyk, ewidentnie szpieg a może nawet agent wpływu utopijnego Imperium Rosyjskiego, znieczula bohaterowi ząb jakimś odurzającym zielem i zabawia go rozmową o specjalnym charakterze ludów wyspiarskich. Potem okaże się, że podczas tej pogawędki ten nieudacznik Dymitr Łazur wypaplał Japończykowi wszystko co wiedział o Gwidonie-Mesjaszu i jego ukrytej w głębi czaszki koronie z kości.

Gdy rodzony w koronie Gwidon obejmuje władzę, Dymitr ląduje, który to już raz, na jakimś obrzeżu historii, gdzie jedynym zajęciem niespełnionych uczestników Dziejów jest zakładanie tajnych związków.

Tak, wyspy, świat w miniaturze, wygotowują ze swoich wnętrz nowe idee, kostne korony skryte w czaszkach szalonych królòw, które raz opuściwszy wyspiarskie brzegi, zamieniają się w utopie, miejsca bez geografii, w kolejne złudy, baratarie…

Ta wyspa Sancho Pansy nie wzięła się zresztą znikąd. Od pierwszego rozdziału rycerz mami giermka obietnicą, że kiedyś podaruje mu królestwo na wyspie, bo nie godzi się, by mu po kramarsku wypłacał pensję, ale za to nagroda, jaka go czeka, przewyższy jego najśmielsze oczekiwania. Słowo wyspa  bezustannie powtarza się w rozmowach pana i jego giermka, ba, we wszystkich rozmowach. Sancho informuje o swym przyszłym wyspiarskim władztwie każdego, kto chce go słuchać, cyrulika, księdza, żonę, córkę, sąsiada, spotkanego po drodze wędrowca.

Zdaniem Don Kichota wyspa stanowiła najwłaściwszą nagrodę dla wiernego giermka już w średniowieczu, ale w świecie odkryć geograficznych pojawiły się niezliczone nowe możliwości. Człowiek renesansowy wiedział, że świat jest pełen niezwykłych, egzotycznych wysp.

Jak pisze J. A. Święcicki, autor wstępu do Don Kichota po polsku, o ile w prologu I części Cervantes wyraźnie mówi, że pragnął tylko „obalić znaczenie i popularność, jaką zdobyły w świecie księgi rycerskie”, to przy zakończeniu części drugiej dodaje: że „miał jedyny zamiar obrzydzić ludziom urojone i niedorzeczne historie ksiąg rycerskich” . A o ile w pierwszej części głównym tematem opowieści są przygody ostatniego błędnego rycerza, o tyle o 20 lat późniejsza część druga, jest przede wszystkim historią włdztwa Sano Pansy na wyspie Barataria. I z tą właśnie ułudą rozprawia się Cervantes w II części swej powieści. Bo mimo iż świat jest pełen czarodziejskich wysp, zwykły normalny człowiek nie powinien się karmić złudami. Barataria – złuda i oszustwo…

Nie dostaniemy Baratarii, nie będziemy królami, non omnis Saturnalia, a jeśli  zostaniemy królem, to będzie to tylko na chwilę i zapłacimy za to śmiercią. Los nic nam nie da oprócz ułudy, a mimo to musimy się w tym, co nam przypadnie, być dobrym królem Salomonem…

Ten rozsądny i pragmatyczny Sancho Pansa powienien się był natychmiast poznać na tym, czym są obietnice szalonego rycerza… Ale cóż, nie poznał się… I cóż, my też się nie poznajemy…

Don Kichot tymczasem namawiał sobie po kryjomu sąsiada chłopka, bardzo uczciwego człowieka, ale biednego i któremu także jakoś klepki w głowie brakowało. Po długich gadaniach i wielkich obietnicach, doszedł nareszcie do tego, iż go skusił i namówił na giermka do siebie. Mówił mu między innymi, żeby się niczego nie bał, że jak pójdzie z nim na wyprawę, wielki los zrobić może, a przecież nic nie straci, zamiast nędznej strzechy i gnojowiska, z którego go wyciąga, da mu kiedyś przy boskiej pomocy, namiestnikostwo wyspy jakiej rozległej. Sancho Pansa (takie było imię chłopka) dał się ułudzić pięknym obietnicom, porzucił żonę i dzieci i przystał na giermka do swego sąsiada.

Na zakończenie przypomnę jeszcze moje własne wyspy. Było ich kilka. Jako młoda studentka archeologii pracowałam na wyspie na jeziorze Komorowskim  i na wyspie Ostrów Lednicki. Jezioro Komorowskie odsłoniło przed nami w gęstwie pokrzyw faktorię kupców rzymskich, przywożących z południa szkło i narzędzia żelazne, które wymieniali na bursztyn. Na Ostrowie Lednickim, gdzie rezydował ksążę Mieszko, mieściło się najstarsze w Polsce paladium  i najstarszy kościół, dwa budynki stanowiące pierwszy ośrodek władzy Polan, z którego rozeszła się po okolicy idea państwa plemiennego. Przeciwnik i poprzednik Mieszka, król Popiel, też zresztą mieszkał na wyspie, nawet niedaleko, na jeziorze Gopło. Pomiędzy Gopłem a jeziorem Lednickim ukształtował się kraj zwany Polską

Gdy już zakończyłam przygodę z archeologią i zajęłam się pisaniem (i opieką nad uchodżcami), przebywałam kilka razy na stypendium w Centrum Tłumaczy i Pisarzy na Wyspie Rodos i raz w takimżeż centrum w Visby na Gotlandii. Obie wyspy pojawiły się w mojej twórczości. No ale bo przecież wyspy…

Jednak wyspą, która odegrała najważniejszą rolę w moim życiu, był… Berlin Zachodni. Taka wyspa jak Barataria Sancho Pansy, wyspa na lądzie, a przecież wyspa. Dopóki w roku 1989 nie upadł Mur Berliński, wszyscy mieszkańcy tego dziwnego miasta z lubością używali pojęcia wyspa, dla określenia naszej własnej sytuacji. To nie my, mieszkańcy Berlina Zachodniego, zbudowaliśmy mur wokół naszego miasta, zrobili to mieszkańcy NRD, którzy w pewnym momencie postanowili zignorować fakt, że w środku ich kraju znajduje się enklawa rządzona przez innych i to, co gorsza, wrogów. Gdy kupowało się w Berlinie Wschodnim mapę Berlina, w miejscu gdzie był Berlin Zachodni znajdowała się autentyczna biała plama na mapie.

Na tej to wyspie założyliśmy z kolegą Grzegorzem Ziętkiewiczem polsko-niemiecki program telewizyjny, który nazwaliśmy Magazyn Wyspa – Magazin Insel.  Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pieniędzy na takie pomysły i nikt nam nie płacił za to, co robiliśmy. Korzystaliśmy z jednego z niezliczonych osiągnięć społecznych Berlina Zachodniego czyli tzw. Offener Kanal (Kanału Otwartego). Kanał nauczył nas za darmo, jak obsługiwać kamerę i jak montować filmy, pożyczał nam za darmo sprzęt czyli kamery, statywy, akumulatory, mikrofony i lampy, dawał do dyspozycji miejsce montowania gotowych filmów oraz bezpłatny czas na nadawanie tego co wyprodukowaliśmy. Doprawdy wyspa barataria, złuda i nieprawda, dzięki której wyprodukowaliśmy kilkanaście nadawanych co miesiąc magazynów, i spotkaliśmy wszystkich ważnych ludzi z Polski odwiedzających Berlin, w tym Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwoje biednych Polaków słabo mówiących po niemiecku prowadziło w roku 1985-1986 magazyn, o którym wiadomości znajdzie się w każdym opracowaniu dziejów Polaków w Berlinie… Zresztą poczytajcie sobie TU. Jest tam również film Helgi Reidemeister o mnie, pokazujący jak to sobie żyjemy na tej wyspie…

Uwaga. Opuszczacie Państwo Berlin Zachodni. Tablice na granicy pomiędzy Berlinem Wschodnim a nami.

Reblog z siebie samej: Szwajcarzy patrzą na Polskę

Opublikowałam tu tekst, który “chodził za mną” od lat, a teraz
właśnie dojrzałam do tego, by go tu zreblogować. Może dlatego że ukazał się w surrealistycznym cyklu, analizującym zagadnienie, jak widzą Polskę ludzie z innych krajów, kultur i światów? Nazywa się też stosownie: W Polsce czyli nigdzie. Dziś, po wygranej PolskiPiS w Brukseli 1:27, coraz ciekawsze wydają się pytania: czy my w ogóle jesteśmy bytem , który “oni” są w stanie zrozumieć? co oni widzą, gdy patrzą na nas? A może: co oni w nas widzą?

Ewa Maria Slaska – Polska – kraj, którego nie ma

Dwanaście tomów pamiętników – czarno oprawione książki w czarnej kasecie przypominają Czarny Kamień z Kaaby. Autorem pamiętników jest niejaki Roberto Manetti, zmarły przed 10 laty mieszkaniec Zurychu. Książka ukazuje się w wydawnictwie Ammann Verlag, stając się bestsellerem na rynku wydawniczym, mimo że do tanich nie należy. Wywołuje coś w rodzaju kultu, okazuje się, że ludzie czytają ją w specjalny, namaszczony sposób, na przykład wyjeżdżając na miesiąc na urlop do jakiejś samotni. Jednak dociekliwy narrator, Paul Meier, który wciąż jeszcze książki nie przeczytał, orientuje się, że czytelnicy tajemniczych pamiętników znikają. W tym momencie rozpoczyna się akcja powieści Czytając Manettiego. Meier zaczyna poszukiwania, próbując rozwikłać kryjącą się za zniknięciami tajemnicę książki. Niebawem dochodzi do wniosku, że poszukiwani żyją, a ktoś pomaga im znikać; oni zaś robią to dobrowolnie. W pewnym momencie narrator sam chciałby zostać „zniknięty”, ale wie, że właściwie nie może, bo jest detektywem. Znikają bowiem tylko ci, którzy spełnili kilka warunków: mają tę książkę na własność; przeczytali ją całą po raz pierwszy w szczególny, pełen oddania sposób; przeczytali ją po raz drugi; odkryli w 11 tomie ukrytą wskazówkę – jest tam data (jedyna dokładna data w całej książce), która tak naprawdę jest również numerem telefonu w Zurychu; następnie zadzwonili pod ten numer i wreszcie wyrazili chęć poznania tajemnicy dobrego życia.

Historia czytania Manettiego i odkrywania tajemnicy wydania jego pamiętników to pierwsza i najważniejsza część książki. W drugiej części zagadka się wyjaśnia. Manetti, zamożny przemysłowiec i handlarz kawy, wcale nie umarł, tylko upozorował swoją śmierć, nie napisał też książki, ale zlecił jej napisanie, oraz ustalił okoliczności jej wydania oraz znikania czytelników. Sam przeniósł się na stałe do Brazylii, gdzie już wiele lat wcześniej rozpoczął w małym miasteczku tworzenie samowystarczalnego systemu ekonomiczno-społecznego, opartego na zasadach równości, ekologii i zrównoważonego rozwoju. Ta idea, pozwalająca uwolnić się od kontaktów ze światem wielkich konsorcjów przemysłowych i kapitalizmu – rodzaj kibucu czy komuny – działa jednak dopóty, dopóki jej realizacja nie przekroczy określonej wielkości, gdyż wówczas powróci, siłą rzeczy, do kapitalistycznego obiegu. Porwani czytelnicy nie mają jednak stać się częścią tej samowystarczalnej komuny, bo po prostu – nie ma w niej dla nich miejsca. Zostali oni tylko zaproszeni na wycieczkę „społecznoznawczą”, by potem mogli wrócić jak gdyby nigdy nic do normalnego życia lub też, w oparciu o program know how zagwarantowany przez Manettiego, zacząć tworzyć własne kibuco-komuny. Jedna taka społeczność już istnieje – na luksusowym placu des Vosges w Paryżu. Manetti wpisuje się więc w znany model kulturowy: bogacz działający z ukrycia, który – w zależności od zamysłu filmu, powieści czy gry komputerowej – chce zniszczyć świat lub go uratować. Jego idee są teoretycznie proste w realizacji, sprawiedliwe społecznie, nie niszczą środowiska i spełniają idealistyczne marzenia o dobrym życiu.

Najważniejszą jednak częścią powieści Czytając Manettiego nie jest ani poszukiwanie tajemnicy, ani jej wytłumaczenie, lecz podsuwane w streszczeniach fragmenty pseudopamiętników Manettiego. P.M. opisuje świat, w którym znikają dawne idee społeczne i rodzą się nowe. Książka jest zapisem stanu umysłu Europejczyków od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku do drugiej dekady XXI wieku. I tu się zaczyna problem, bo autor (zresztą wszyscy trzej, bo i p.m., i narrator, i wyimaginowany Manetti) nawet jeśli myśli, że opisuje Europejczyków, zajmuje się właściwie tylko Szwajcarami.

Książka jest absolutnie helwetocentryczna i, z punktu widzenia Polaka czy w ogóle mieszkańca świata (poza najedzoną do przesytu Szwajcarią), świetnie oddaje egoizm, europocentryzm oraz samowystarczalność bogatej Europy, która nie potrzebuje nikogo i niczego. Jest to szczegółowy zapis idei społecznych i politycznych, narastania świadomości ekologicznej i odpowiedzialności za świat, bardzo interesujący i… całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Zainteresowany społecznie Szwajcar szczegółowo, niemal rok po roku opisując zmiany zachodzące w Europie w ostatnim półwieczu, nie zauważa w ogóle całej serii zdarzeń, wokół których nie przeszedłby obojętnie zainteresowany społecznie Polak. Nasz świat bowiem opiera się na linijce z szeregiem lat – 1956, 1968, 1970, 1976, 1980–81, 1989, 2004 – których u Widmera w ogóle nie ma. Pisząc historię „naszej” Europy, uznalibyśmy, że musi ona obejmować Solidarność, stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory.

Gdy kiedyś, nawet nie tak dawno, kończyłam czytać Manettiego, moja opinia o tej książce opierała się w zasadzie na powyższych obserwacjach. Uznałam, że to ciekawa i, jak wszystkie optymistyczne utopie, przyjemna lektura, którą zakwalifikowałam gdzieś nieco (ale i tak niewiele) powyżej proroctw z Celestyny i Paula Coelha.

Przejrzeliśmy po kolei tom po tomie. Rok 1975 zaczął się w tonacji dur i moll. Wietkong zwycięża wojnę w Wietnamie, kończy się grecka dyktatura pułkowników, umiera Franco, ale w Chile u władzy nadal Pinochet. Nixon przepędzony, zaczyna się epoka Cartera, protesty przeciwko energii atomowej – lata z ołowiu. Od roku 1975 przestaje obowiązywać zasada, że wzrost produkcji oznacza podwyżkę pensji. Zbliża się koniec keynesistowskiej umowy społecznej. W drugim tomie nadciąga angielska bieda i ma miejsce katastrofa w Harrisburgu, Iran i zakładnicy, Carter przeżywa załamanie podczas biegu w Maryland. W Zurychu zaczynają się protesty studenckie zwane Beweging, czyli Ruch1 (dokąd?), powstaje dom kultury w Czerwonej Fabryce; pierwsze squaty. Wydanie Marsa Fritza Zorna. W tomie 3 Thatcher i Reagan wygrywają wybory, pojawiają się redukcje zakładów i masowe zwolnienia; gospodarka wpada w bagno. Tom 4, a może dopiero 5, to wielka wyprzedaż – tanieje ropa naftowa, wartości rosną, Japonia kwitnie, pojawia się Gorbaczow, głasnost i pieriestrojka, początek końca ZSRR. We Francji wygrywa wybory Mitterrand, co nieco narusza powszechne rządy konserwatywnego neoliberalizmu. Co jeszcze zdarzyło się w latach osiemdziesiątych? Zamykanie fabryk, małe smoki i tygrysy na dalekim Wschodzie, sowiecka wojna w Afganistanie, Amerykanie uzbrajają Talibów, Sloterdijk, Baudrillard, Virilio. Postmodernizm i poprawność polityczna. Rąbnięta teoria krzywej Laffera dowodząca, że mniejsze podatki zwiększają dochód państw. Tomy 5, 6 i 7 zajmują się końcem lat osiemdziesiątych i początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kolejny kryzys, krach na giełdzie w roku 1987, w Szwajcarii po raz pierwszy pojawia się bezrobocie, pustynie poprzemysłowe, Czarnobyl, umieranie lasów, rozpędzenie ruchu squatterów, załamanie „realnie istniejącego socjalizmu”, pierwsza wojna w Iraku. Tomy 8 i 9 to lata dziewięćdziesiąte: Clinton i jego intrygi, permanentny kryzys, komputer i Internet, globalizacja, wojna w Jugosławii, nomenklatura przekształca się w nową oligarchię, telefony komórkowe. Załamanie koniunktury w Japonii. Tomy 10 i 11 zajmują się połową lat dziewięćdziesiątych. Bombardowanie Belgradu, boom w USA. Jelcyn przejmuje władzę. Wojna w Czeczenii. Tom 11, rok 1996.

Helwecja – kraj w środku pokurczonej Europy2

Lektura Manettiego nieuchronnie każe mi sięgnąć po inną książkę ze Szwajcarii, czytaną przeze mnie dawno, ale dobrze zapamiętaną, dlatego, że według mnie obie są utworami helwetocentrycznymi: cykl esejów szwajcarskiego pisarza o jego pobycie w Polsce w roku 1989.

Reto Hänny, Am Boden des Kopfes / Na podłodze głowy.

Teoretycznie jest to opis podróży znanego szwajcarskiego pisarza po Polsce, jednak tematem najważniejszym jest tu Szwajcaria.

Tytuł jest cytatem z wiersza Herberta o Panu Cogito, pierwsza zwrotka jest też mottem (jednym z trzech) książki.

Codzienność duszy3

Rano myszy biegają
po głowie
na podłodze głowy
strzępy rozmów
odpadki poematu
wchodzi
pokojowa muza
w niebieskim fartuchu
zamiata

do mego pana
to przychodzą lepsi goście
taki dajmy na to Heraklit z Efezu
albo prorok Izajasz

dziś nikt nie dzwoni

pan chodzi zdenerwowany
mówi do siebie
drze niewinne papiery
wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

muza odpina niebieski fartuch
opiera łokcie na parapecie
wyciąga szyję
czeka
na swego żandarma
z rudymi wąsami

W mojej opinii o helwetocentryczności tej publikacji nie byłam zresztą odosobniona. Dorota Sosnowska, germanistka z Uniwersytetu Szczecińskiego, pisze: „mimo bardzo obszernych opisów polskiej rzeczywistości […] kluczowe są jednak tematy helweckie, gdyż pisarz […] analizuje tu własne doświadczenia i swój stosunek do kraju ojczystego, dokonując równocześnie gruntownego demontażu helweckiej idylli i ukazując Szwajcarię jako kraj przesiąknięty licznymi skandalami i naznaczony krwawo tłumionymi rozruchami”4. Zresztą i sam autor, świadomy swej pisarskiej tendencji, pisze, że optykę zakłóca mu skleroza szwajcarska (Helvetosklerose).Dokładnie tak jak w tytule tego rozdziału: w środku świata widzianego przez Szwajcarów znajduje się Helwecja, a naokoło rozpościera się jakiś szczątkowy kontynent, niewiele lepiej znany niż zatopiona Gondwana.

Obaj pisarze są tu sobie bliscy, ale Hänny ma przynajmniej świadomość swojego helwetocentryzmu, natomiast Widmer nawet nie wie, co by to miało być. Hänny rozprawia się ze „swoją” Szwajcarią, Widmer pisze o Europie tak, jakby była Szwajcarią. Dla Jarry’ego Polska istniała jako przykład negatywny, dla Hänny’ego Polska stała się pretekstem do myślenia o Szwajcarii, zaś Widmer nawet nie zauważa, że Polska istnieje. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, nawet przy założeniu, że każdy z nas czyta nieuważnie i coś nam z lektury umyka, twierdzę, że w całej trzystustronicowej pozycji słowo „Polska”, „Polak” czy „polski” nie padają ani razu.

Książkę Widmera czyta się lepiej i łatwiej niż Hänny’ego, ale też Widmer jest apologetą dobrej sprawy i szuka zwolenników, podczas gdy Hänny jest surowym krytykiem i szarpie, kąsa i gryzie każdego, kto się do niego zbliży, siebie samego chyba zresztą najbardziej. Styl Widmera jest lekki i potoczysty, Hänny plącze zdania i czasy, przeskakuje od luźnych skojarzeń do żrących analogii, o których wymowie z kolei my, bezradni odbiorcy jego prozy, pochodzący ze świata poza Szwajcarią, nie mamy najmniejszego pojęcia. Niemieccy krytycy słusznie piszą, że Hänny przekracza granice tego, co czytelnik jest w stanie zrozumieć (Lesbarkeit; readability). Na podłodze głowy narasta głębokie przekonanie, że nie tylko my nie rozumiemy, o co mu chodzi, gdy pisze o Szwajcarii, ale co gorsza jego odbiorcy z DACH-u5 nie zrozumieją niczego o Polsce. Raz czy drugi wyłowią znajome słowo, które zaraz potem utonie w erudycyjno-postmodernistycznej grze skojarzeń, omówień i cytatów bez cudzysłowów. Zdania Hänny’ego obejmują nieraz całe akapity, a, pooddzielane średnikami, strony… Czyta się go trudno, niekiedy w ogóle nie sposób przebrnąć przez tekst, który zmęczony czytelnik wreszcie porzuca, wiedząc, że to oczywiście grzech, bo może to tam właśnie, w tym poharatanym kawałku prozy znajduje się wyjaśnienie, o co właściwie autorowi chodzi.Ale autor nie jest głupi, o nie, ma za sobą niezłe doświadczenia walki z obrzydliwym kapitalizmem o prawa zwykłego człowieka w najbogatszym mieście świata, czyli Zurychu6, i wie takie rzeczy o sobie, o świecie i o nas, których my sami nawet nie wiemy. Kto na przykład słyszał o Janie Kowalewskim, kryptologu, który odkodował tajne rozkazy Budionnego, czym znacznie przyczynił się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w roku 1920? Przyznajmy z ręką na sercu, nie wiemy nic. A on wie. Co gorsza (albo lepsza), w akapit o Cudzie nad Wisłą wcale nie wstawia nazwiska Kowalewskiego, tylko Isaaka Babla i Dsiga Werowa, filmowca. Kowalewskiego trzeba sobie znaleźć, co nawet teraz, w czasach Internetu, zajęło mi dobrych parę kwadransów, a w roku 1990, gdy Hänny to publikował, było jeszcze trudniejsze. I mogło się skończyć fiaskiem.

Pewną pomocą w zrozumieniu ataków Hänny’ego na Zurych może być odwołanie do lektury Wydarzenia Guida Morsellego7. Morselli, Włoch z Triestu, urodzony w roku 1912, prawnik, odebrał sobie życie w roku 1973. Nie jest to jedyny pisarz, który wybrał dobrowolną śmierć, ale być może jedyny, który przez całe życie walczył o to, żeby zostać uznanym za pisarza i skończył ze sobą, zrażony niepowodzeniem pisarskim, gdy tymczasem tuż za rogiem czekały sława i uznanie. Wydarzenie8ukazało się po włosku wkrótce po śmierci autora i stało się sporą sensacją literacką, czego autor niestety nie mógł już zobaczyć.Wydarzenie to opowieść o mieście Chrysopolis, które nagle w przeciągu jednej tajemniczej nocy całkowicie opustoszało, ocalały natomiast zwierzęta i narrator, który chodzi teraz po ulicach, rozmyśla o tym, ile jego złoto sprawiło zła i czy to, co się zdarzyło, było karą, czy wybawieniem. Powieściowe Chrysopolis to oczywiście Zurych, miasto skarbców bankowych, ale też Hänny’ego i Widmera. Obaj działali tu w ruchach lewicowo-anarchistycznych, i obie ich książki są mocno osadzone w tym mieście-symbolu, które jak nierządnica babilońska rządzi światem. Obaj zresztą uciekają z Zurychu. Z licznych wzmianek czuje się, że Morselli jest dla Hänny’ego wzorem, a może przewodnikiem duchowym, pełni taką rolę, jaką dla nas, uciśnionych w komunie, pełnił Herbert i jego Pan Cogito; pokazuje, jak żyć uczciwie.

Pamiętam, że jak byłam w Zurychu, uderzyła mnie przede wszystkim niezbyt paradna zwyczajność tego miasta, nie rzucająca się w oczy skromność słynnej Bahnhofstrasse, najdroższej ulicy na świecie, której mityczne podziemia w okolicy Paradeplatz wypełnione są złotem wszystkich szwajcarskich banków. A tu tymczasem ulica jak ulica, nic nadzwyczajnego. W Paryżu ładniej, w Berlinie weselej… Ani bogato, ani złowrogo, ani nawet symbolicznie.

Hänny a sprawa polska

Hänny gardzi Szwajcarią, gardzi Europą, pogarda jest mu przyrodzona, trudno się więc dziwić, że mimo iż szanuje polską literaturę, polską opozycję i przejmuje się wojną, a zwłaszcza męczeństwem Żydów, nie potrafi nie gardzić i naszym krajem.

Przyjechał tu jesienią 1989 roku, czyli tuż po wolnych wyborach. Jego opisy polskiej rzeczywistości są celowo przykre, drastyczny opis brzydkiego mężczyzny w nocnym pociągu do Rzeszowa staje się opisem nas wszystkich, więcej nawet, bo również naszej mapy i naszego terytorium. Najwyraźniej na nic nie zasłużyliśmy, my, zwykli Polacy i my, Polska, zwykły kraj. Na naszą niekorzyść zalicza autor wszystko jak leci: fakt, że dla większości ludzi pieniądz jest ważniejszy od ideałów, ale też, że nocą jest ciemno; przenikliwy wiatr jest przenikliwy, a jak jesienią pada deszcz, to jest zimno i mokro. Niechęć staje się powoli monotonna, gdy nagle autor wspina się na szczyty odrazy. Nie tylko ja zapamiętałam z tej lektury rozdział o kolacji u pani docent czy profesor z Uniwersytetu Toruńskiego, bo pamiętają go wszyscy, którzy czytali tę książkę. Gospodynią kolacji jest kobieta piastująca stanowisko uniwersyteckie, chyba germanistka, a współgospodynią – jej matka, również mówiąca po niemiecku, określana przez autora mianem „Alte” – Stara. Kobiety podają obrzydliwe jedzenie, jakieś masy jarzyn, po części w occie, a likier, który proponują po posiłku, ma kolor zaschniętej krwi menstruacyjnej, co się zresztą (świadomie, podświadomie?) komponuje z barwą aksamitnej sukni, w której występuje pani domu. Notabene, mam wrażenie, że autor, jak zresztą wielu mężczyzn, nie odróżnia aksamitu od pola bananowego i że pani profesor miała na sobie sukienkę co najwyżej z weluru.

Opisując tę kolację Hänny wykracza poza i tak już wysoki poziom nienawiści do Polski i Polaków, bo jeszcze bardziej niż samego kraju i jego mieszkańców nie znosi Polek. Jego mizoginizm jest odstręczający, a żywi się wszystkim, chociażby faktem, że pani profesor i jej matka mają małe mieszkanie i dużo książek, co sprawia, że regały sięgają aż po sufit. Podczas lektury człowiek zastanawia się, czym właściwie te dwie kobiety zasłużyły sobie na taki ładunek jadu i nienawiści.

No, wreszcie jesteśmy! Obie się już poważnie martwiły. Z powodu tej uciążliwej drogi, co gorsza, jak widać, znowu nie działa światło na klatkach, i to już od wielu dni, dlatego prośba, by wybaczyć mamie, że nie czeka na gości tu na zewnątrz, wita nas kobieta w ciemnoczerwonej sukni wieczorowej i z latarką, która, bo z daleka rozpoznała auto (zresztą z braku paliwa mało jakie auto tu w ogóle dobrowolnie zajeżdża), zeszła na dół i rozprawia gestykulując, zanim jeszcze kierowca zdążył na dobre zahamować […]. Rozjaśniony tylko jedną nisko zwieszającą się słabą żarówką w alabastrowym obwieszonym żółtozielonymi frędzlami z paciorków abażurze przeładowany jedzeniem stół blokuje przestrzeń […]. A co, młodemu panu nie smakuje? Jak się pan nazywa? Proszę jeść, proszę jeść, czemu pan nic nie je, wcale nie popróbował pan wszystkiego, syczy do mnie Stara, która usadowiła się tuż obok mnie, po lewej, obok profesora, i szturcha mnie, jednocześnie ze śmiechem wypytując o coś córkę, zanim zdołałem choć w połowie opróżnić talerz.
Jeszcze tylko brakuje, myślę, siedząc wciśnięty w nieszczególny kąt, na niskiej, wypłowiałej kanapie, pokrytej sfilcowaną skórą źrebięcą z wbitymi na fest warstwami kłaków białoszarego sierściucha, który po nieudanych próbach wypchnięcia mnie z mojego miejsca, ulokował się pod moimi nogami, od czasu do czasu obwąchując mnie zimnym mokrym nosem, aby, gdy się wreszcie jakoś przed psiskiem obroniłem, namiętnie oblizywać mi dłoń
[…] brakuje tylko, żeby Stara dodała, myślę, jedz, bo inaczej nic z ciebie nie będzie…

Tym bardziej zaskakuje następny rozdział – kilkanaście pięknych, jasno i klarownie napisanych stron o księdzu Jerzym Popiełuszce. Kilkanaście stron ludzkiego współczucia i sympatii, podziwu dla szlachetności, niezgody na bestialstwo katów i bezkarność ich zleceniodawców. Czytelnik oddycha z ulgą, myśli, że oto wreszcie skończyły się odrażające opisy, których brzydota podkreślała niejako dodatkowo odstręczające wnioski na temat Szwajcarii; że te pierwsze strony książki, a i tak jest ich już niemal sto, miały być preludium do lektury, gdzie z szarego błota polskiej codzienności (jasne, wszyscy wiemy, że Polska komunistyczna i świeżo postkomunistyczna była szara i błotnista) wyłoni się nagle jak Wenus z fal morskich jasna i świetlista postać bogini, Solidarność, która powiodła na barykady ludy Europy, i już myślimy, że teraz czas na apoteozę… Zwłaszcza, że pierwsze motto do swej książki Hänny znalazł na jakimś murze w Gdańsku: „Nie damy się”.

Ale nie. Nic z tego. Bo i te piękne strony służą autorowi do pastwienia się nad Szwajcarią, a i Polska zaraz potem jawi się znowu jako paskudny kraj, który chyłkiem, poprzez kontakty z NATO, zamierza wkraść się do Twierdzy „Europa” (Zachodnia). Nawet to, co w nas godne pochwały, czyli polskie, nazwijmy to umownie, umiłowanie wolności, jest uHänny’ego pełne wbijanych ukradkiem szpilek i podskórnego jadu. Książę Józef Poniatowski „geht baden” – idzie się kąpać, co odnosi się oczywiście do faktu, że zginął w rzece, ale jednak zginął, a nie poszedł się wykąpać, a na dodatek jest to sformułowanie idiomatyczne i używa się go, żeby drwiąco powiedzieć, że coś schodzi na psy (na przykład: Unser Bildungssysstem geht baden – niemieckie szkolnictwo podupada).

Oczywiście można z góry założyć, że autor obruszyłby się, gdyby zarzuciło mu się naigrywanie się z polskości. „Ależ, powiedziałby, wybranie Pana Cogito za Wergilego tej podróży dobitnie pokazuje, że Was cenię, ale jestem, jak Herbert i sam Pan Cogito, inteligentny, wykształcony i ironiczny. Patrzę z dystansem. Nie mogę nie krytykować”.

Może i nie może, nie wiem. Tylko że u Pana Cogito ten dystans jest uprawniony, w końcu Pan Cogito jest jednym z nas, znosił to, co i my znosiliśmy, a poza tym jest może surowy i krytyczny, ale jest też uważnym obserwatorem rzeczywistości, myśli, dystansuje się przede wszystkim do samego siebie, nie obraża innych, jest nieugięty, ale nie obelżywy i odrażający, a już na pewno nie turpistyczny.

Andrzej Stasiuk

Gdy to wszystko czytałam 20 lat temu, byłam po prostu zniesmaczona, teraz wiem jednak, że i polski autor wyprodukował w 10 lat później takie dzieło – mam na myśli Dojczland Stasiuka9. Sam autor napisał o swojej książeczce, że: „Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru”10. No tak, niewyszukany humor. Bardzo niewyszukany. Autor nic nie widzi i nic go nie interesuje, opisuje tylko hotele, dworce, pociągi, samoloty, lotniska i ewentualnie długie i nużące jazdy samochodem. Czasem kolacje i nieszczęsne panie organizujące mu spotkania autorskie. To oczywiście (a może raczej powinnam napisać: miejmy nadzieję) tylko chwyt literacki, biedny pisarz, ciężko pracujący w Niemczech i innych krajach DACH-u11 na kawałek powszedniego chleba. „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa”.

Pod tym względem obaj panowie są sobie zresztą bliscy, bo Hänny też przyjechał do Polski z wieczorami autorskimi i też jeździ wzdłuż i wszerz między Rzeszowem, Lublinem, Krakowem, Toruniem i Warszawą.

Wypowiedź Stasiuka o Niemczech spełnia wszystkie wymogi tego, jak powinna wyglądać odrażająca książka o kraju, którego Bogu ducha winni przedstawiciele w dobrej wierze zaprosili pisarza na wieczory autorskie, finansując mu oczywiście podróż, wyżywienie, noclegi w hotelach i honorarium, a zapewne również przewodników, opiekunów, towarzyszy podróży i gościnę. Że o PR nie wspomnę.

„Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor. […] Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć. […] Ale tego wszystkiego nie ma w żadnym Lonely Planet. […] W zwiedzaniu jest jakiś przymus podziwu, zainteresowania, jakaś obłuda. Czasami ktoś pokazuje mi coś z dumą, a ja czuję się jak oszust, bo kiwam głową, ale nic nie obchodzi mnie jakaś wieża, brama, zamek oraz reszta tych cudów.”

Jak każdy prawdziwy Polak Stasiuk nie ma obowiązku lubić Niemców, którzy rozpętali dwie wojny i wymordowali „15 procent naszego społeczeństwa, a drugie 15 zamorzyli głodem”. Nawet w książce, w której w ogóle nie chodzi o Niemcy, pojawi się i ten wątek. Polska zobowiązuje. Ale też – Polska przyzwala.

Polonocentryzm jako odpowiedź na helwetocentryzm Hänny‘ego, ale tylko w takim wymiarze, w jakim służy on znacznie ważniejszemu centryzmowi – a mianowicie ego… Egocentryzmowi.

Ale, wychodząc z odmiennych pozycji centrycznych, obrażać się można nawzajem i do woli.

Prorok w cudzym kraju

Hänny przebywa w Polsce tuż przed upadkiem Muru, pisze więc tak, jakby NRD jeszcze istniało, bo oczywiście istniało, gdy był w Polsce, a upadło w dzień po jego przyjeździe do Berlina. Jednocześnie pod spodem przemawia przez tekst oczywista wiedza o tym, co stało się potem, która zgoła niepotrzebnie spowija go w profetyczną szatę. Przewiduje coś, co wie, i może nie przyniosło by mu to specjalnej chwały, gdyby nie fakt, że przewiduje też to, czego nie wie, a tylko obserwuje symptomy. I robi to lepiej niż my, którzy przespaliśmy z kretesem ostatnie 25 lat.

Niedługo okaże się, że znowu trzeba wyjść na ulicę i strajkować, aby wywalczyć sobie wolność wyznania – lub zacząć myśleć o emigracji. Jeszcze człowiek nie zdążył otrząsnąć z ubrania zaprawy murarskiej poprzedniego systemu, a już wojownicze kręgi kościelne wynoszą moralne przekonania kleru do rangi doktryny państwowej, zmierzając do utrwalenia nowego totalitaryzmu. […] Polacy są przeciw Niemcom, Czechom, Rosjanom, komunistom, socjalistom, protestantom, katolikom i tak dalej – czyli, krótko mówiąc, przeciw wszystkim. […] a są za swoim jedynym polskim katolicyzmem, od Bugu, a jeszcze lepiej – od Uralu po Atlantyk. Za czystą Polską, bez prezerwatyw, aborcji, kontroli urodzin i równouprawnienia – i oczywiście bez ruchu obywatelskiego.

Niestety, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale w cudzym też nie.

Nasza narracja o Polsce, świat pełen luk

Jeśli, wzorem Stasiuka, zapomnimy o lekceważącej Polskę perspektywie szwajcarskiej i zastąpimy ją polską, okaże się rychło, że opuszczenia i luki w historii Europy według Widmera i Hänny’ego nie są czymś gorszym od opuszczeń i luk w historii Europy według Polaków. Spróbuję tu dokonać próby dokładnie takiego samego opisu, jaki zacytowałam z powieści Widmera, tylko że à la polacca. Na szaro to, czego nie ma, karp na szaro po żydowsku i nie tylko.
Bunt robotników w roku 1953 w NRD – nigdy go nie było w polskiej pamięci zbiorowej, nasza historia zaczyna się w roku 1956 – w Polsce i na Węgrzech. Wraz z bratankami walczymy o Polskę.

Rok 1963, budowa Muru Berlińskiego, kogo to obchodziło? Kogo w ogóle obchodziło NRD? Rok 1963 to rok zamachu na Kennedy’ego. Ale czy wiemy też, że był to roku Marszu na Waszyngton? Walczymy o Polskę.

Rok 1968. Marzec, kwiecień, maj. Praska wiosna, paryski maj, rozruchy marcowe, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Pradze. OK, tu już się bardziej wpisujemy we wspólną narrację, wiemy dużo o roku 1968, o buntach amerykańskich i francuskich, znacznie mniej o zachodnioniemieckich; o tym, że w NRD studenci wystąpili do walki o zachowanie kościoła św. Jana w Lipsku nie wie nikt i podejrzewam, że nikt nie pamięta, iż 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony Martin Luther King… Walczymy o Polskę, chociaż interwencją wojsk sprzymierzonych w Pradze władza zrobiła nam obciach. Człowiek na księżycu.

Lata 1957–1975. Wojna w Wietnamie też nas niewiele obchodziła. Jeśli będziemy wyliczali wydarzenia ważne dla historii w latach siedemdziesiątych, podamy Gdańsk i Szczecin 1970, a potem rok 1976 – Radom i powstanie KOR-u. No i wybór polskiego papieża. Ogólnie: walczymy o Polskę.

1979 – rewolucja islamska w Iranie. Walczymy o Polskę.

Rok 1980, strajki, Solidarność i Nobel dla Miłosza. Umarł Josip Broz Tito i zaczął się rozpad Jugosławii. Walczymy o Polskę.

Rok 1981 – wprowadzenie stanu wojennego. Nie bardzo mamy ochotę pamiętać o niemieckiej pomocy dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo że miała ona kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. W Berlinie Zachodnim zaczęła się tzw. walka o domy. Walczymy o Polskę.

1983 – Nobel dla Wałęsy. Walczymy o Polskę.

1989 – Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory w Polsce, znaczące daty. Plac Tiananmen? Ale co tam Chiny, nie pamiętamy Jesieni Narodów, upadku Muru Berlińskiego, zjednoczenia Niemiec, upadku systemu bloków politycznych i zakończenia zimnej wojny. Zaczyna się krwawa wojna w Jugosławii. My wygraliśmy. Kończymy walkę, którą toczyliśmy przez ostatnie 45 lat. Zaczynamy nowy etap życia. Bogacimy się.

1990 – uwolnienie Nelsona Mandeli i w 1994 koniec apartheidu, 1990–1991 – wojna w Zatoce Perskiej (wojna o Kuwejt), a my złapaliśmy wiatr w żagle i bogacimy się. Zaczynamy od Polenmarktu w Berlinie. Sprzedajemy wódkę i jajka, kupujemy margarynę w Aldim.

1992 – Radio Maryja rozpoczyna powolną indoktrynację tych, którzy w ćwierć wieku później staną się wiernym, wierzącym i posłusznym elektoratem PiS-u. My się bogacimy.

W 1993 roku wprowadzona została ustawa o tzw. kompromisie aborcyjnym. Nie był to kompromis, milion Polek podpisało protest, który nie odniósł żadnego skutku. Premierem Polski była kobieta, a Polacy po raz pierwszy odczuli, że nie są u siebie i że to nie oni będą korzystać z wywalczonej wolności. No, ale bogacimy się. Z szop, w których sprzedawaliśmy margarynę z Aldiego tworzymy shopy.

1996 – Nobel dla Szymborskiej. Zaczyna narastać globalizm, stolica Niemiec przenosi się do Berlina, na polskie ulice wpełzają banki, a na rynek pracy korporacje, które za chwilę nami owładną. My jednak wciąż bogacimy się, choć jest coraz trudniej. Państwo dopomina się o swoje, przede wszystkim fiskus i ZUS. I oczywiście Kościół.

11 września 2001 roku – jedyna data w historii współczesnej, którą rzeczywiście chyba wszyscy pamiętamy. Tym niemniej – nadal bogacimy się, choć nie jest już tak łatwo, spłaszczają się różnice, aspiracje rosną, przelicznik waluta-złoty się pogarsza, inwestorzy odkrywają Ukrainę, Rumunię i Albanię.

2003 – wojna z Saddamem Husajnem.

2004 – przystąpienie Polski do UE. Koniec historii współczesnej według Polaków. W roku 2005 umiera papież Polak. Był symbolem historycznej walki; gdy historia się skończyła, a zastąpiła ją demokracja, mógł odejść – i odszedł. Do władzy dochodzą Internet, Google i Wikipedia, a potem Facebook i telefon komórkowy. Zwyciężają media społecznościowe. Nasza (jedyna uprawniona) wizja świata się sprawdziła. Najpierw walczyliśmy, potem się wzbogaciliśmy. Było dobrze.

Podsumowanie

Niestety nie było. Z mediów społecznościowych wyszła na ulice Afryki Północnej arabska wiosna (2010–2013), zaczęły się bunty w Turcji i w Bułgarii, pojawił się ukraiński Majdan… A potem było jeszcze gorzej. Putin zajął Krym i wschodnią Ukrainę, a w Polsce zwyciężył PiS. We Francji Marine Le Pen, na Węgrzech Orban. Próbujemy się bronić, z Facebooka wyszedł na ulicę KOD… Wygrał Trump. Resztę znamy.

Wybaczcie skróty, zrobiłam tylko szybki przegląd, nie wgłębiałam się w szczegóły. Na potrzeby tego eseju opracowałam model historii świata według Polaków. Nasz i ich. Nasz właśnie odchodzi, ich się kształtuje.

Bo narracja PiS-u dopiero się tworzy i zmieni radykalnie polską wizję historii współczesnej. Będzie w niej jeszcze mniej świata zewnętrznego i pominięty zostanie świat naszej walki, będzie się tylko pamiętać, że jak przyszedł czas wolności – bogaciliśmy się. I drogo za to zapłacimy, nawet jeśli osobiście wcale się nie wzbogaciliśmy. PiS neguje rolę Solidarności, Wałęsy, Okrągłego Stołu, wolnych wyborów i wejścia w skład Unii Europejskiej, skreślił polskich noblistów, ale za to wprowadził kult żołnierzy wyklętych i kult smoleński. Historia Polski według PiS-u zaczyna się w październiku 2015 roku, kiedy w tryumfalnym pochodzie do władzy dochodzi jedyna słuszna partia, a z nią jedyny słuszny model człowieka, Nowy Polak – Homo Polacus Catholicus i Prawdziwa Wolna Polska.

Oczywiście jest KOD i jest czarny protest, gdy okrzepną, przejmą rolę Michnika i Elektryka, być może Olga Tokarczuk i Sylwia „No pasarán” Chutnik stworzą nowego Pana Cogito (oczywiście Panią Cogito). Na razie jednak jesteśmy zdani sami na siebie.

Chciałam w tym eseju rozprawić się ze szwajcarską wizją świata, ubolewając, że z Zurychu nie widać Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Jugosławii, NRD, nawet Niemiec specjalnie nie widać. I dopiero podczas pisania tego eseju uświadomiłam sobie, że tak jest zawsze i wszędzie, że z Warszawy i Gdańska też nie widać ogromnych kęsów świata. I że świat widziany z księżyca w Polsce jest równie egocentryczny jak świat widziany z Zurychu.

Oczywiście, niewykluczone, że przemawia przeze mnie feministyczny polonocentryzm z naleciałościami androgynizmu. Równie ślepy i naganny jak helwetocentryzm Widmera i Hänny‘ego. Możliwe też, że moje rozbuchane kobiece ego jest równie niemiłe, jak artystyczny solipsyzm literackich gastarbajterów, jakimi są Stasiuk i Hänny. I możliwe, że nie lubię ani nadinterpretacji, ani niedointerpretacji historycznych w duchu wszystkich utopii marzących o Nowym Człowieku. I oczywiście – nie wierzę w Nowego Człowieka. Jeśli tak jest, to niech mi czytelnik wybaczy. I czytelniczka.


1 Taki tytuł ma też pierwsza książka Reto Hänny’ego.

2 R. Hänny, Am Boden des Kopfes, Frankfurt 1991, s. 57: „Rumpfkontinent Europa rund um Helvetien“.

3 Z. Herbert, Pan Cogito, Warszawa 1974.

4D. Sośnicka, Polski orzeł na tle szwajcarskiego krzyża [online] <http://www.bg.ajd.czest.pl/wydawnictwo/Studia_Neofilologiczne_11.pdf> [dostęp: 30 grudnia 2016].

5DACH – „D” jak Deutschland, „A” jak Austria, „CH” od Schweiz (Szwajcarii), popularne określenie krajów niemieckojęzycznych.

6 R. Hänny, Ruch,Zürich i Anfang September, obie pozycje: Suhrkamp 1979 i 1981.

7 G. Morselli, Wydarzenie, tłum. B. Sieroszewska,Warszawa 1980.

8 Tenże, Dissipatio humani generis oder Die Einsamkeit, Insel 1990.

9 A. Stasiuk, Dojczland, Wołowiec 2007.

10 <http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27618/dojczland> [dostęp: 30 grudnia 2016].

11 „”„”„”od Schweiz (Szwajcarii).