Małe światy Ivy Krupicovej

…do obejrzenia, jakby ktoś był w Zielonej Górze!

W piątek 24 marca 2017 r. o godz. 11.00 w Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki UZ na Wydziale Artystycznym odbył się wernisaż wystawy czeskiej artystki Ivy Krupicovej związanej z Katedrą Grafiki i Rysunku Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Ostrawskiego. Autorka zaprezentowała prace z cyklu „Małe światy”. Kuratorką wystawy jest dr Janina Wallis. Wystawę można zwiedzać od 24.03-20.05.2017 r. Serdecznie zapraszamy.

Biografia artystki: Biogram _PL

Mariusz Pałka pisze:

Iva Krupicova to artystka, która kumuluje obserwacje z różnych obszarów sztuki. Ilustratorka, graficzka, projektantka książek, typografka. Ma na swoim koncie realizacje od klasycznego obrazowania po obiekty kinetyczne. Punktem wyjścia tych doświadczeń była i jest książka, jako obszar poszukiwań w różnych materiach i technikach graficznych. (…) Krupicova pracuje cyklami, co wynika z dyscypliny i rytmu pracy nad książką, specyficznym i bardzo wymagającym obiektem wypowiedzi artystycznej.
Prace pt. „Śliwa” oraz „Lawa”, „Krater”, „Skała” to seria grafik wykonanych techniką mezzotinty, w których autorka wykazuje nie tylko bardzo dobre opanowanie klasycznego warsztatu, ale przede wszystkim ujawnia wrażliwość i otwartość na zjawiska otaczającego nas, ulotnego świata, który żyje własnym czasem. Iva podpisuje się pod tezą Bruno Schulz’a, iż „nie ma martwej materii są tylko odmienne formy jej istnienia”. W tym kontekście jej szczególnym zainteresowaniem stały się kamienie narzutowe (po czesku są to „błędne kamienie”) jako specyficzne nośniki zakodowanych informacji, którym poświęca swój najnowszy cykl prac.
Mimo młodego wieku Krupicova ma już duże osiągnięcia: siedem wystaw indywidualnych, udział w 30 wystawach zbiorowych oraz nagrody, w tym, główna nagroda w kategorii ilustracji książkowej – Typografia za książkę „Świniobicie“.

Nasz człowiek w Wietnamie 6

Lech Milewski

Jądro ciemności

Ostatni dzień. Rano, po śniadaniu, Hoc przekazuje grupkę osób w ręce innej firmy – Urban Adventures. Naszym przewodnikiem jest Tan.

Tan

Cel wycieczki – Cu Chi – labirynt tuneli, w których ukrywali się walczący z Amerykanami Wietnamczycy.
Tan wie coś na ten temat – jego ojciec wstąpił do armii w wieku 16 lat i spędził dziesięć lat w tunelach. Sam Tan deklaruje się jako komunista. Weryfikuję więc informacje na temat partii komunistycznej otrzymane od Hoc-a.
– Po osiągnięciu pełnoletności – mówi Tan – każdy Wietnamczyk otrzymuje deklarację członkowską partii. Ale bardzo niewielu ją wypełnia. To jest warunek kariery w administracji państwowej albo w wojsku. Ja się nie zapisałem, wolę pracować tam gdzie chcę.
To zupełnie coś innego, niż to, co powiedział nam Hoc, ale chyba wychodzi na to samo: rządzi dobrana klika, mając do dyspozycji dwie armie – tę prawdziwą, wojskową, i armię posłusznych biurokratów.
– Uniknąłem też służby wojskowej – kontynuuje Tan – Służba wojskowa jest obowiązkowa, ale ja załatwiłem sobie świadectwo lekarskie. Muszę pracować, w Wietnamie nie ma emerytur, dzieci muszą utrzymywać rodziców.
Tak samo postąpił Hoc.


Dojeżdżamy do wioski. Sielska anielska atmosfera. Pani domu zajęta przy produkcji papieru ryżowego. W kotle gotuje się ryżowa masa. Nasza gospodyni nalewa porcję gęstego płynu na patelnię i za kilkanaście sekund podważa patyczkiem cieniutki płat papieru ryżowego.

Papier ryzowy

Układa go na wiklinowym stojaku, żeby wysechł.
– W ciągu dnia zrobi ich tysiąc – wyjaśnia Tan – dostanie za to $40. Równocześnie dogląda gospodarstwa.
Najbardziej widoczne są bardzo towarzyskie świnie.

Swinia

Tan – nasz przewodnik – przygląda się nam bacznie.
– Pięknie i spokojnie, prawda? – Przytakujemy.
– No to dlaczego Amerykanie przylecieli tutaj, 13,000 km od swojego kraju, żeby bombami i napalmem to wszystko zniszczyć?

Miny nam rzedną, ale przecież nie na sielankę tutaj przybyliśmy. Wsiadamy ponownie do autobusu i jedziemy do Ben Duoc, gdzie znajdują się tunele Cu Chi.

– A wiecie, że na początku, pod koniec II Wojny Światowej, CIA popierało Ho Chi Minha? – pyta Tan.
Nie wiedzieliśmy, ale po powrocie do domu sprawdziłem. Zgadza się, wspomniałem o tym w czwartym odcinku, choć nie chodziło wtedy chyba o poparcie komunistów, ale o trzymanie w szachu Francuzów. Czego nie robi się w polityce.

Cu Chi, sieć tuneli o długości ponad 120 km, w których kryli się bojownicy z Północnego (komunistycznego) Wietnamu, a okazjonalnie również miejscowa ludność. Chwilami w tunelach przebywało równocześnie kilkanaście tysięcy ludzi.
Większość tuneli była na głębokości trzech metrów pod ziemią. Gdy Amerykanie rozpoczęli regularne bombardowania tuneli, wykopano następny poziom – 6 metrów pod ziemią. To nie wystarczało dla zabezpieczenia przed 30-tonową bombą zrzuconą z bombowca B-52. Wykopano więc tunele na głębokości 9 metrów pod ziemią.
Tunele były wysokości 130 cm i szerokości 40 cm. Praktycznie uniemożliwiało to amerykańskiemu żołnierzowi w pełnym rynsztunku poruszanie się w tunelu.
Pozostawało bombardowanie i trujące gazy.

Mieszkańcy tuneli wychodzili z nich tylko w nocy. Gorące posiłki mogli szykować tylko na powierzchni ziemi, nad ranem, gdy nad ziemią były gęste mgły. Głównym pożywieniem była tapioka i zielona herbata. Większość mieszkańców tuneli chorowała na malarię, wszyscy byli trawieni przez pasożyty. Bardzo częste były spotkania z jadowitymi wężami, których gniazda łączyły się z tunelami.
Trzeba było skonstruować system wentylacji. Otwory wentylacyjne były starannie zamaskowane, a wokoło sypano pieprz, aby zmylić psy używane przez Amerykanów do wykrywania tuneli.

Stajemy pod drzewem, na ziemi zeschłe liście.

Liście

Nagle liście się ruszają, spod ziemi wychodzi wietnamski bojownik.

Viet cong

Fotografie, okrzyki zdumienia.
– Kto chce spróbować? – pyta przewodnik.
Jak to kto?

Ochotnik

Schodzę po dwóch bardzo nierównych stopniach i robi się straszno. Nie wiem, gdzie postawić stopę.
– Wyprostuj ręce! – woła przewodnik – bo się zaklinujesz i już nie wyjdziesz!
Prostuję i nie mogę postapić ani kroku. Za wąsko, za nisko, za ciasno.

Ciemność

Jakoś wpełzam pod ziemię, przykrywam wlot tunelu i nawet nie myślę, jak stąd wyjdę. Trudno nie myśleć, gdyż za chwilę zaczynam się dusić z braku świeżego powietrza. Skoro piszę tę relację, to znaczy, że się wydostałem, ale nie wiem jak.

Cóż z tego skoro przewodnik kusi dalej.
– Możecie spróbować przejść 40 metrów tunelem. To łatwe, dla turystów poszerzono je do 70 cm. Na dodatek co 8 metrów są światełka.
No, skoro poszerzono to jestem – ta osoba na zdjęciu, to idący przede mną kolega.

W tunelu

Po dwóch krokach mocno tego żałuję. Niemożliwie zgięty kręgosłup i duszno. Czasami mijamy jakieś odgałęzienia prowadzące w ciemność. Te 40 metrów rozciąga się niemiłosiernie. Wreszcie wyjście.
– A teraz możecie obejrzeć salę porodową, to jest 6 metrów pod ziemią – oznajmia przewodnik.
– Nie, nie, nie!

W pobliżu tuneli jest strzelnica, na której można postrzelać, na przykład z popularnego do dziś AK47. Jest sporo chętnych. Ja nie chcę, z AK47 strzelałem w PRL, 57 lat temu.

AK47

Na zakończenie zwiedzania żołnierski poczęstunek – tapioka i zielona herbata.

Tapioka

Żyć na takiej diecie cały dzień? miesiąc? rok?
Podobno po zakończeniu wojny było sporo przypadków zgonu mieszkańców tuneli, których organizmy nie wytrzymały nieograniczonego dostępu do świeżego powietrza i wody.

Informacja o tunelach Cu Chi tutaj – KLIK.

Wsiadamy do autobusu, cała grupa wraca do miasta, ja wysiadam na postoju taksówek najbliższym lotniska.
Koniec wycieczki. Na lunch zjadam wonton soup, czyli rosół z jarzynami, w którym pływają uszka z krewetkami.

Wonton soup

Ostatnie kroki na lotnisku i podobnie jak na początku…

Na końcu była książka.
Zauważam niewielkie stoisko z książkami. Oczywiście jest Spokojny Amerykanin, ale również…

Wiersze

Ho Chi Minh został w 1942 roku aresztowany przez chiński rząd nacjonalistyczny (Kuomintang) i spędził kilkanaście miesięcy w wielu więzieniach. Jednym z rezultatów był tomik wierszy.
Oto dwa z nich:

Strupy
Czerwień i błękit, jakby szata z brokatu.
Drapiesz je cały dzień, jakbyś grał na gitarze.
Paradujemy w tych bogatych strojach.
Dziwni wirtuozi, zawsze chętni do muzyki.

—

Sceneria wieczorna
Róża rozkwita i więdnie.
Kwitnie i usycha – obojętnie,
lecz jej zapach atakuje.
Wzbudza gorycz u więźnia.
—

Tłumaczenie z angielskiego – autor wpisu.

Znowu znajduję się pod opieką Allaha na pokładzie samolotu Malaysian Airlines. Po wielu godzinach lotu na ekranie wyświetla się: 12,718 km od Mekki. W takim razie jestem w Melbourne.

Melbourne

Koniec.

Stuart słucha muzyki 6

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 17 czyli paskudny Nowy Rok. Co gorsza, Stuart nie ma nic, ale to poprostu nic na swoje usprawiedliwienie.  Może tylko to, że każdy dzień bez Meg jest tak potwornie długi.

REM: Sometimes everybody hurts

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‚Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Rozdział 18. Meg wreszcie przyjechała, czemu jednak w tekście nie towarzyszy żadna piosenka. Muzyka pojawi się dopiero, gdy w małym szczęśliwym świecie Stuarta pojawi się prawdziwe nieszczęście. Umiera dziecko przyjaciela, a Stuart nie ma pojęcia, jak w ogóle mógłby mu pomóc. Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Daughtry: Gone too soon

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Rozdział 19

Meg i Stuart żyją w swym małym szczęśliwym światku swoje małe szczęśliwe życie. Nudne. No tak, ale przecież wszyscy wiemy, że the book of love is long and boring…

 Peter Gabriel: The book of love

The book of love is long and boring, no one can lift the damn thing
It’s full of charts and facts, some figures and instructions for dancing
But I, I love it when you read to me.
And you, you can read me anything.

Książka miłości jest długa i nudna, nikt nie potrafi unieść tej cholernej książki
Pełno w niej faktów i tabelek, kilka liczb i instrukcji dotyczących tańca.
Ale ja uwielbiam, kiedy mi ją czytasz
Bo ty, ty możesz mi czytać cokolwiek

To niezwykła rzecz ta miłość, nawet Nick Cave znajduje sposób, by dać jej wyraz…

Nick Cave and The Bad Seed, Into my Arms

I don’t believe in an interventionist God
But I know, darling, that you do
But if I did I would kneel down and ask Him
Not to intervene when it came to you
Not to touch a hair on your head
To leave you as you are

Nie wierzę w Boga, który interweniuje,
Ale wiem, kochanie, że Ty w niego wierzysz,
Gdybym wierzył, klęknąłbym i poprosił
Żeby niczego w Tobie nie zmieniał
Nie doknął włosa na Twej głowie
Zostawił Cię taką, jaka jesteś

Miłość, najważniejsze, co nas w życiu może spotkać…

Z archiwum Andrzeja Rejmana

Andrzej Rejman

Trzeba to wciąż przypominać, jako przestrogę dla następnych pokoleń…

Nikt nie przyzna się, że pragnie wojny, wszyscy chcą tylko albo sprawiedliwości, albo prawdy, albo przestrzeni życiowej dla swoich… W najbardziej demokratycznych i normalnie rozwijających się z pozoru społeczeństwach końcu dochodzą do głosu grupy, których metodą na spełnienie mrzonek jest walka. Wróg zawsze się znajdzie. Inny naród, albo inna religia, albo inne poglądy, które mają INNI.

Problemem w kontaktach My – Oni, Drudzy, Inni jest to, że wszystkie cywilizacje mają skłonność do narcyzmu, a im silniejsza cywilizacja, tym owa skłonność będzie wyraźniej występować. Tendencja ta popycha cywilizacje do konfliktu z innymi, wyzwala w nich arogancję i żądzę dominacji. Jest z tym zawsze związana pogarda wobec Innych. (…) Narcyzm ten był i jest maskowany wszelkiego typu retoryką – najczęściej narodu wybranego, lub powołanego do misji zbawienia, lub obu tych frazesów łącznie. (…)

Ryszard Kapuściński, Ten Inny

Znajduję wycinek z gazety (“Nowy Kurier Warszawski”) z 1940 roku – plan getta, z drugiej strony tego smutnego fragmentu gazety – nekrologi, ale także ogłoszenia z tętniącego życiem codziennym miasta…

“Lokal parterowy w dzielnicy aryjskiej poszukiwany, ew. zamiana, Sienna 61”
“Złoto, zęby, biżuterię zakupuję po najwyższych cenach. Bracka 9”

“Torf najwyższy gatunek naukowo zbadany (wysoka kaloryczność, minimum popiołu), mechanicznie cięty w brykiety, odpowiedni do kotłów fabrycznych, centralnego ogrzewania, pieców i piecyków dostarcza do składów i piwnic… Marszałkowska 53a m 2”

“Za wyroby złote, brylanty płaci więcej, kupno i sprzedaż, Henryk Grabowski, Mokotowska 10, winda…”

“Włosie końskie kupuję, wytwórnia szczotek, Marszałkowska 120…”

” Bez karty zapotrzebowania otrzymasz nowy garnitur, palto, za najbardziej zniszczony, w Sztucznej Cerowni Janiny Retmańczyk, Chmielna 13…”

“Obierzyny ziemniaczane na paszę dla inwentarza sprzedaje w składnicy przy Zajączkowskiej nr 3… Zakład Zbierania Odpadków…”

I jeszcze jeden wycinek – o karze śmierci za opuszczanie dzielnicy żydowskiej… (pewnie jeszcze przed całkowitym zamknięciem getta, czyli przed 16.XI.1940)


1943

20/IV

…Nie mogę spać. Słychać detonacje, to już od wczoraj tak….

24/IV

… Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! …

25/IV

…Wielkanoc! …od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba…

4/V

…Od strony ghett’a walą kłęby olbrzymie czarnego dymu, przesłaniającego jak chmura słońce…

6/V

Chodzą ciężkie gradowe chmury. … A z ghett’a dym wciąż idzie i idzie…

Małgorzata Hrebnicka Dziennik Czasu Wojny (fragmenty)

Barataria 14 Insula Barataria

Ewa Maria Slaska

Na wyspie Sancho Pansy

Opowieść o Baratarii, podobnie zresztą jak cała druga część Don Kichota, nie powstałaby, gdyby nie apokryf autorstwa kogoś ukrywającego się pod pseudonimem Alonzo Fernandeza de Avellaneda. Utwór ten, niby to opisujący dalsze przygody hidalga i jego giermka, w istocie wyśmiewał i powieść, i jej autora. Cervantesa tak to rozzłościło, że sam napisał dalszą część przygód obu swoich bohaterów. Druga część ukazała się w dziesięć lat po pierwszej, w roku 1615, a nasi bohaterowie w prologu rozprawiają o tym, że stali się bohaterami powieścidła Avellanedy i zarzekają się, że opowiedziane tam awantury to wierutna bzdura. I rzeczywiście, zarówno sam Don Kichot, jak jego giermek, są w drugiej części powieści ludźmi znacznie rozsądniejszymi, bardziej skłonnymi do melancholii i zadumy, uczciwymi i szlachetnymi. Badacze uważają, że zmiana tonu wypowiedzi jest reakcją na szydzenie Avellanedy, ba, uważa się nawet, że śmierć głównego bohatera miała być sposobem uniknięcia dalszych falsyfikatów.

Zgodnie z tekstem Cervantesa nasi bohaterowie wyruszyli z Manczy do Saragassy, ale w połowie drogi zmienili zdanie i powędrowali do Barcelony. Tym niemniej Saragossa do dziś szczyci się tym, że był tam Don Kichot i że to właśnie w pobliżu tego miasta, w zakolu rzeki Ebro (gmina Alcalá de Ebro) znajdowała się wyspa Barataria – mały półwysep, który podczas wysokiej wody zamieniał się w wyspę pełną ptaków i dzikiej roślinności. Dziś stoi w tym miejscu tak zwana finka Insula Barataria – Centrum Weselno-Bankietowe, a nad samym brzegiem rzeki – pomnik Sancho Pansy. Hiszpański autor Antón Castro nazywa go Frasobliwym.

Wydaje się też, że położony w pobliżu zamek Pedrola mógł zostać opisany jako pałac Księcia Carlos de Borja Villahermosa i jego żony Maríi Luisy.

I wyspa, i zamek są w powieści dokładnie opisane, co sprawia, że mieszkańcy Saragossy są naprawdę przekonani, że może nie tyle Don Kichot tu był, ale na pewno Cervantes. Zresztą Baratario wcale się od czasów Cervantesa nie zmieniło. Wciąż są tam gniazda bocianów w miejscu, gdzie znajduje się miernik wysokości wody w Ebro, rzeka jest wartka i pełna zawirowań.

O czym myśli Sancho Pansa Frasobliwy? O podłym żarcie, jaki zrobili mu Księstwo Villahermosa? Miejmy nadzieję, że nie. Uczeni donkichotianie twierdzą nawet, że giermek przez cały czas trwania tej przygody, a też i nigdy potem, nie zdał sobie sprawy z tego, że był to tylko okrutny żart. Był przekonany, że naprawdę został gubernatorem wyspy i zrezygnował z tej funkcji z własnej woli, gdyż zrozumiał, że było to zadanie nie na jego siły. To wielka mądrość i daj ją, Boże, każdemu władcy. Tak, Sancho to mądry człowiek. Może wyraża się czasem prosto i z chłopska, może zbyt często cytuje przysłowia i na dodatek jeszcze je rymuje, może przedtem, w pierwszym tomie, był niekiedy chciwym, samolubnym i tchórzliwym głupkiem, ale w drugim tomie staje na wysokości zadania. Jest szlachetnym filozofem, który wie, że to wyrzeczenie stworzyło kiedyś kręgosłup moralny naszej europejskiej kultury.


Buszując po tej hałdzie kultury, jaką jest internet, znalazłam taką oto propozycję dla teatrów komediowych: Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario – W Baratario wszyscy kłamią. Jest może jakiś zainteresowany teatr, który chciałby zamówić u mnie tłumaczenie i współpracę? Jeśli tak, to informuję, że zamówiłam sobie tę sztuczkę i opowiem Wam o niej w swoim czasie.

Na razie ją czytam, a o czym jest – opowiem za tydzień czyli 1 maja. Niech się święci i niech (sobie) żyje… 🙂

 

Wyjdą z bloga i poczytają w kawiarni…

Krystyna Koziewicz i Roman Brodowski

W międzyczasie padło już pytanie, a co Krystyna i Roman będą czytać? Odpowiedziałam, że teksty… różne, z bloga, ale (zapewne) nie tylko…

Pomyślałam więc, że może jednak przypomnę tu fragmenty znakomitych tekstów ich obojga, które najbardziej lubię. Nazywam je dla siebie “Górka” i “Chałupa”. Tak je lubię, że owa górka i chałupa znalazły się na plakacie i ulotce.

Krystyna Koziewicz, Chałupa

A dom wciąż stoi…

…i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.” (…)

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

(…)

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

(…)

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Roman Brodowski, Górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych. W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.
– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg!

(…)

uż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego. (…)

Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam „na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

 

Hermann Stöhr & Stanisław Kubicki (1)

Stowarzyszenie Partnerstwo Miast ze Szczecinem prowadzi w latach 2016-2018 wielki projekt wystawienniczo-społeczny, poświęcony dwom zasłużonym ludziom, którzy, powodowani wewnętrznym przekonaniem, w czynny sposób przeciwstawili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Obaj, choć ich ścieżki w Berlinie na pewno się przecinały, nie znali się osobiście, zasłużyli się natomiast w tej samej sprawie: jako prekursorzy idei porozumienia polsko-niemieckiego, co było na owe czasy niemal niespotykane. W tym roku wielokrotnie będziemy tu wracać do tego tematu. Dziś pierwszy wpis i zaproszenie na otwarcie wystawy 2 maja 2017 roku w Ratuszu na Kreuzbergu: EinladungAusstellungStoehrKubicki2Mai2017

Janina Wallis

„Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – „Stanisław Kubicki – In transitu”.
O monografii Lidii Głuchowskiej oraz polsko-niemieckim projekcie Wydziału Artystycznego, Biblioteki Sztuki i Partnerstwa Miast Berlin-Szczecin

W ostatnich miesiącach zasoby Biblioteki Sztuki wzbogaciły się o pięć cennych dwujęzycznych książek, przygotowanych lub współtworzonych przez dr Lidię Głuchowską, kierowniczkę Pracowni Teorii Sztuki w Instytucie Sztuk Wizualnych, w ramach polsko-niemieckich projektów naukowo-wystawieniczych, które prowadziła. O publikacji i ekspozycji Ogrody/ Gärten, przygotowanych w wyniku współpracy Wydziału Artystycznego z fundacją Park Księcia Pücklera Bad Muskau/ Park Mużakowski i Muzeum Ziemi Lubuskiej czytelnicy Bloga przeczytać mogli przeczytać już jesienią minionego roku (TU).

Dziś przypomnę piękną,  monumentalną monografię Lidii Głuchowskiej, Stanisław Kubicki – In transitu, która zainicjowała realizowany w minionym roku I etap innego projektu naukowo-wystawiennicznego o istotnym znaczeniu społecznym. Dotyczy on Polaka i Niemca, dwóch ludzi, którzy czynnie sprzeciwili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Rezultatem tego realizowanego w latach 2016-2018 przedsięwzięcia ma być poświęcenie im skwerów – miejsc pamięci w Berlinie i Szczecinie, poprzedzone cyklem wystaw, wykładów i warsztatów artystycznych przygotowanych przez pracowników Instytutu Sztuk Wizualnych.


Książka Lidii Głuchowskiej była już kilkakrotnie wspominana na tym blogu – TU, TU i TU.

Jest to, trzeba powiedzieć, pionierskie studium na temat dwujęzycznych poezji przywódcy radykalnego skrzydła ekspresjonistycznej grupy Bunt z Poznania, Stanisława Kubickiego (1918–1922). Autorka rekonstruuje odkryte przez siebie wiersze Stanisława Kubickiego z lat 1918–1921 jako programowy dokument wyborów pokoleniowych, między romantycznym patriotyzmem a wyzwaniami nowoczesności, powstający w trudnych czasach schyłku I wojny światowej i nowych realiów powojennej Europy.

Prof. Steven Mansbach z Uniwersytetu Maryland (USA) podkreśla, że badaczka, wykorzystując metodologię interdyscyplinarną i komparatystyczną uzyskuje imponujące efekty badawcze. Wskazuje ona, iż poetyckie programy Kubickiego to unikat na skalę światową, gdyż artysta przełamał tu partykularyzm komunikatu literackiego, tworząc w oryginale w obu językach manifest awangardowego internacjonalizmu, korespondujący z jego twórczością plastyczną. Wrażliwość na niuanse znaczeniowe powstałych jednocześnie polskich i niemieckich wersji poezji Kubickiego oraz ich rolę w jego artystycznej i politycznej działalności, umożliwia jej wykazanie subtelnych różnic między dwoma autorskimi wariantami językowymi tych samych utworów, a zarazem ich ideowego i stylistycznego pokrewieństwa. Ta oryginalna i sygnalizowana już w tytule książki – >In transitu< – metoda pozwala Lidii Głuchowskiej dogłębnie przeniknąć postawę i intencje twórcze tego artysty, stwierdza dalej Steven Mansbach.

W swoim, polemicznym wobec tradycyjnych opracowań polskiego ekspresjonizmu wywodzie, autorka wskazuje na fakt, iż Kubicki w swej grafice i obrazach bynajmniej nie koncentrował się na tym, zresztą nad Wisłą ambiwalentnie przyjętym stylu, a i w jego wypowiedziach programowych i poetyckich groteska jest sygnałem niepokoju i dystansu duchowego arystokraty wobec przemian politycznych. Przeczy temu, iż – jak dotychczas często zakładano – przynoszą one apologię rewolucji, w swych dyskursywnych rozważaniach, dając wgląd zarówno w istotny rozdział dziejów kultury polskiej, jak i niemieckiej polonistyki czy historii sztuki, wskazując choćby na zasługi tak wybitnych badaczy ekspresjonizmu jak Paul Raabe, Eberhard Roters czy Heinrich Kunstmann, co akcentuje w swej recenzji prof. Brigitta Helbig-Mischewski z Polsko-Niemieckiego Instytutu Badawczego w Collegium Polonicum w Słubicach.

Jak zauważa prof. Waldemar Okoń z Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka, łącząc kompetencję z zakresu literaturoznawstwa i historii sztuki – krytycznie rozpatruje wiele (…) archiwalnych źródeł, dokumentując również działalność artysty w polskim ruchu oporu i okoliczności jego tragicznej śmierci z rąk gestapo. Mając na uwadze specyficzną i odmienną poetykę ekspresjonistycznego overstatement polszczyzny i understatement niemczyzny Kubickiego, a także wyjątkową dyscyplinę formalną jego grafik i obrazów, badaczka tworzy więcej niż przenikliwą interdyscyplinarną analizę artefaktów estetycznych.

Wybiegając poza rewizję jego roli w narodowej i uniwersalnej historii literatury i sztuki czy analizę jego dzieł, Lidia Głuchowska postrzega twórczość awangardy jako artystyczną interwencję w społeczno-polityczny kryzys i nowy ład po I wojnie światowej oraz zwierciadło ideowych dylematów, nie tylko w Polsce, lecz i w innych „nowych państwach” Europy Środkowo-Wschodniej.

Publikację zamyka aneks nt donacji prac graficznych grupy Bunt ze spuścizny po artyście i jego żonie poetce, malarce i graficzce, Margarete Kubickiej, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy oraz honorującej ten dar wystawie w roku 2015.

***

Projekty wystawiennicze dr Lidii Głuchowskiej zostały zrealizowane przy udziale Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego i jego zagranicznych partnerów. Na pierwszy etap najnowszego z tych ambitnych przedsięwzięć – „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki (20.01.1889 Ziegenhain/ Hessen; † 06.1943 (?), Pawiak/ Warszawa) i Hermann Stöhr (4.01.1898 Stettin; † 21.06.1940 Berlin-Plötzensee) złożyły się wykład w centrum kultury Regenbogenfabrik w Berlinie (13.09.2016) oraz wystawa w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie wraz z inaugurującą ją prelekcją (28.10–25.11.2016).

Rozpoczynający się właśnie drugi etap projektu obejmie wystawę w Ratuszu dzielnicy Berlina Kreuzberg (2.05–23.05.2017) z referatem dr Głuchowskiej i kuratora drugiej części wystawy – Jochena Schmidta, przeprowadzone przez nią lekcje muzealne w Berlinische Galerie i w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a także w przestrzeni obu tych stolic ekspresjonizmu. Z kolei zaproszona do współudziału w II edycji i specjalizująca się od lat w warsztatach artystycznych dr Patrycja Wilczek-Sterna, także z Instytutu Sztuk Wizualnych, odpowiedzialna będzie za realizację warsztatu artystycznego podczas wystawy. W programie wezmą udział mają także studenci Instytutu Sztuk Wizualnych, w tym uczestnicy programu Erasmus z Wietnamu. Realizowany w ramach tego programu film także przysłyżyć się ma przyznaniu członkom antyfaszystowskiego ruchu oporu – Stanisławowi Kubickiemu i Hermannowi Stöhrowi – miejsc pamięci.


Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki – In transitu – Poeta tłumaczy sam siebie / Ein Poet übersetzt sich selbst; Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu 2015, 480 s. ISBN: 978-83-62290-97-0.

Projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz, Przedmowa: Peter Mantis, tłum.: Dorota Cygan, Lidia Głuchowska, Arkadiusz Jurewicz, Michael Zgodzay, red. językowa: Margit Jäkel, Elżbieta Łubowicz

Wystawa „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki & Hermann Stöhr
Książnica Pomorska, Szczecin – 28.10–25.11.2016
Rathaus Kreuzberg, Berlin – 2.05–23.05.2017

Kier. naukowe i kuratorka: dr Lidia Głuchowska, Kierownik Pracowni Teorii Sztuki, ISW WA UZ, Współpraca kuratorska: dr Janina Wallis, Kierownik Biblioteki Sztuki UZ

Więcej o książce:
Przemysław Strożek, w: Umèni Art 2 LXIV 2016 (Recenze Reviews), s. 303-305.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/10/17526/
http://www.okis.pl/site/wydawnictwaa/n/1/n/1/1942/n.html#!shadowbox/0/

Więcej o projekcie:
http://staedtepartner-stettin.org/language/de/aus-unserer-veranstaltungsreihe/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf; http://staedtepartner-stettin.org/language/de/hermann-stohr-und-stanislaw-kubicki/; http://staedtepartner-stettin.org/language/pl/stanislaw-kubicki-i-hermann-stohr/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf;15 KUBICKI Stoehr UZ

///

ILUSTRACJE
Okładka książki, projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz
Fotografie: Monika Onsowicz

Nasz człowiek w Wietnamie 5

Lech Milewski

Delta Mekongu

Rano obudziło mnie jak zwykle pianie koguta. Tak, we wszystkich dużych miastach, w których się zatrzymywaliśmy, rano piały koguty. W pobliżu hoteli nie było żadnych parków ani ogrodów. Gdzie ludzie je trzymali? Na balkonach?
Przewracam się na drugi bok, gdy słyszę kościelne dzwony. Przecież to niedziela. Wstaję, wyglądam przez okno, ponad dachami sąsiednich budynków góruje kościelna wieża. Zbiegam na dół.
– Jak dojść do tego kościoła w pobliżu?
– Kościoła (church)? Co to znaczy? – pyta recepcjonista.
No tak, wikipedia podaje, że 73% mieszkańców Wietnamu nie deklaruje żadnej religii, 12% to buddyści, 8% chrześcijanie. Co ciekawe w ciągu ostatnich sześć lat ilość wierzących wzrosła o kilka procent. Najwięcej skorzystali buddyści.
Wikipedia wspomina też lokalne religie. Jedną z nich jest Caodaizm – KLIK.
Pamiętam, pamiętam:

Przynajmniej raz w roku caodaiści organizowali festiwal na papieskim dworze w Tanyin, 80 km na północy zachód od Sajgonu, aby świętować rok jaki właśnie przypadł – rok wyzwolenia, albo podboju, lub nawet buddyjski, konfucjański czy chrześcijański (…) Caodaizm, wynalazek urzędnika z Cochin (Indie), był syntezą trzech religi. Papieski dwór był w Tanyin. Papież, kardynałowie płci żeńskiej. Proroctwa na planszy używanej do seansów spirytystycznych. Święty Wiktor Hugo, Chrystus i Budda patrzący z dachu katedry na disneyowską fantazję na temat Wschodu: smoki i węże w technikolorze.

Graham Greene, Spokojny Amerykanin

Ciekawe to, ale ja spieszę w stronę kościoła. Jest!

Kosciol Huyen Sy

Kościół nosi nazwę Huyen Sy. Mimo wczesnej pory (6:20 rano) w środku dużo wiernych.

Kosciol

Nie mam czasu, aby pozostać na całej mszy, zresztą odprawiana jest po wietnamsku. Dzisiaj w programie wycieczka do delty Mekongu.

Mekong – rzeka żywiciel. Rozpoczyna swój bieg w Tybecie. Na swej, liczacej ponad 4,000 km, drodze zbiera minerały i obdarza nimi szczodrze południowy Wietnam. W połączeniu z tropikalnym klimatem stwarza to wymarzone warunki dla rolnictwa. Co najmniej trzy plony w roku.

Dzisiaj jednak frontem do rzeki

Mekong

Na naszej trasie cztery wyspy: Jednorożca, Feniksa, Smoka i Żółwia

Wyspa

Wstępujemy na dwie z nich i odwiedzamy miejscowe farmy i niewielkie zakłady wytwarzające produkty żywnościowe. Na wyspie Jednorożca jest to pasieka oferująca pyszny miód. Niestety produktów pszczelich nie wolno wwozić do Australii. Degustuję więc na miejscu, ile się da. Nic dziwnego, że taki, pachnący miodem, zyskuję sympatię miejscowej maskotki.

Pyton

Wsiadamy do łodzi i przenosimy sie na wyspę Smoka.

Rzeka

To bardzo rozległa wyspa. Trzeba skorzystać z tuk-tuk.

Tuk-tuk

Znowu, podobnie jak kilka dni temu na motocyklach, karkołomne mijanki na wąskich drogach.

Tuk-tuk

Naszym celem jest “coconut factory”, w której każdy element kokosa zostaje pożytecznie wykorzystany. Najbardziej oczywisty efekt to cukierki.

Cukierki
Skoro o kokosach mowa, to załączam swoje kokosowe zdjęcie.

Kokos

Widać, że robione w innym miejscu i o innej porze, ale to moja odpowiedź na pytanie: czy nie obawialiśmy się malarii lub dolegliwości żołądkowych?
Ja bardzo się obawiałem, ale przejechać się na bawole, na rowerze, na łódkach w gęstych zaroślach, być w objęciach węża – tego nie mogłem sobie odmówić.
Podsumowując: to nie są bezpieczne okolice, ale po pierwsze początek marca to najlepsza pora na wizytę, po drugie zaś miałem zaufanie, że organizator wycieczki i nasz przewodnik nie narażą nas na niebezpieczeństwo.

Bez obaw zapuszczamy się ponownie w mokradła. Uwaga: nie zauważyłem ani jednego komara.

Na wodzie

Wracamy do miasta i ponownie odwiedzamy centrum – miejscowa katedra Notre Dame.

Notre Dame

Już wieczór, idziemy więc na ostatni obiad. Intrepid żegna się z nami w restauracji KOTO.

KOTO – Know One, Teach One – w wolnym przekładzie: znasz kogoś (bezrobotnego), ucz go (zawodu) – KLIK.
To też, podobnie jak Intrepid, australijska inicjatywa. Oficjanie żegnamy naszego przewodnika Hoc-a. Robi to w bardzo wzruszający sposób senior naszej grupy – Jack – australijski weteran wojny wietnamskiej.

Pozegnanie

Poza protokołem wręczam Hoc-owi symboliczny prezent od siebie – bumerang. Chciałbym tu jeszcze wrócić, ale równie chętnie zobaczyłbym cię w Australii, nauczę cię rzucać.

Ostatni rzut oka na naszą grupę w komplecie.

Obiad

Zakończenie za tydzień

Stuart 21

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Joanna Trümner

Szpital

W taksówce do szpitala Stuart pogrążył się w myślach o tym, co go czeka w szpitalu, tykanie taksometru brzmiało w jego uszach jak uciekający w pośpiechu czas. Miał wrażenie, że tonie w morzu niepewności i samotności, ale nie chciał się z nikim dzielić swoimi myślami i wdzięczny był kierowcy, że nie próbował nawiązać z nim rozmowy. Prawdopodobnie wieloletnie doświadczenie za kierownicą taksówki nauczyło go, że pasażerowie, którzy w środku nocy jadą do szpitala, potrzebują czasu dla siebie – czasu i ciszy, które pozwolą im poukładać myśli i poszukać wewnętrznego spokoju. Za oknami auta Stuart widział światła wielkiego miasta i pogrążony w ciemności park – jeden z tych niewielu parków Sydney, którego nie poznał podczas zwiedzania miasta wspólnie z Meg. „Musimy się tu kiedyś wybrać”, pomyślał i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ich życie po wypadku nigdy już nie będzie biegło starym, utartym torem. Po kilkunastu minutach jazdy wysiadł i zapłacił rachunek. „Może nie jest aż tak źle jak myślisz” – taksówkarz zaskoczył go pełnymi ciepła słowami.

Stuart popatrzył na nieznajomego z wdzięcznością, zamknął drzwi samochodu i ruszył biegiem do szpitala, tak jakby Meg czekała na niego, jakby spóźnił się na umówione spotkanie. W sali przyjęć zastał dwie zajęte rozmową pielęgniarki. Nie tracąc czasu na przedstawianie się Stuart podał nazwisko Meg i zapytał: „Gdzie mogę ją znaleźć?” „Czy jest Pan członkiem rodziny?” – zapytała jedna z pielęgniarek wertując grubą księgę przyjęć pacjentów. „To moja dziewczyna, jesteśmy zaręczeni”, odpowiedział w nadziei, że to małe kłamstwo da mu prawo do otrzymania informacji o stanie zdrowia Meg.
Kątem oka zauważył na ostatniej stronie księgi przyjęć nazwisko Meg zaznaczone czerwonym markerem, na marginesie ktoś zrobił dwa wykrzykniki i napisał uwagę: „stan krytyczny”. „Nie mamy prawa udzielać Panu informacji”. „Ale przecież szpital dzwonił do mnie, dlatego tu jestem”. „W drodze absolutnego wyjątku”, powiedziała zła za pouczenie pielęgniarka, „mogę Panu powiedzieć, że operacja jeszcze trwa, Pana narzeczona doznała poważnych obrażeń wewnętrznych i sytuacja jest krytyczna”. „Czy wiadomo, jak to się stało?”, zapytał Stuart. „Prawdopodobnie ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. Więcej nie wiemy, ja Panu i tak już za dużo powiedziałam. Niech Pan się skontaktuje z policją, może tam dowie się Pan czegoś więcej.”

Pielęgniarka powiedziała mu, gdzie jest sala operacyjna z poczekalnią, w której wolno mu będzie poczekać na koniec operacji. „Ale to może jeszcze bardzo długo potrwać, może lepiej byłoby, gdyby Pan pojechał do domu i czekał na nasz telefon. Na salę operacyjną i tak Panu nie wolno wejść”.

Szedł pustym o tej porze korytarzem. Cisza panująca w szpitalu przerażała go, było w niej coś niesamowitego i nierealnego, za drzwiami każdego mijanego przez Stuarta pokoju leżeli przecież pacjenci, którzy walczyli właśnie o życie. Dotarł do małej poczekalni i usiadł na niewygodnym krześle. Po głowie chodziły mu tysiące myśli, zastanawiał się, czy wypadek Meg byłby do uniknięcia, gdyby nie spotkała się po pracy z koleżankami, gdyby wróciła do domu jak zwykle po piątej, a nie przed dziesiątą, gdyby odebrał ją z pracy.

Rozglądał się po pomieszczeniu i z ulgą zauważył, że jest tam zupełnie sam. Ostatnie, czego teraz potrzebował to zwierzenia innych ludzi, ludzi znajdujących się w tej samej sytuacji jak on, bezradnie i biernie czekających na to, co los zdecyduje. Na małym stoliku w rogu poczekalni leżało kilka wyczytanych, nieaktualnych gazet i reklamy zakładów pogrzebowych. „Dyskretnie, z szacunkiem do zmarłych, punktualnie i tanio”, wyczytał na jednej z ulotek reklamowych zakładu pod nazwą „Ogród Eden” i pomyślał równocześnie o tym, jak mało taktowne jest wykładanie ulotek informujących o usługach pogrzebowych w takim miejscu. „Każdy che jakoś zareklamować swój biznes”, skomentował pod nosem z przekąsem i złością.

Z sali nie docierały żadne odgłosy, pomyślał, że za drzwiami muszą być przecież ludzie, lekarze i pielęgniarki walczące o życie Meg i maszyny. Ta absolutna cisza była tak niesamowita, że przyszła mu do głowy myśl, że to, co teraz przeżywa, to tylko zły sen, jakiś koszmar, z którego zaraz się przebudzi i wróci do swojego normalnego życia. „Przecież młodzi ludzie tak nagle nie umierają”, pomyślał. W sekundę później przypomniał sobie śmierć kilkutygodniowego dziecka Iana i zdał sobie sprawę z absurdalności i naiwności tej myśli.

W poczekalni pojawił się starszy mężczyzna. Stuart popatrzył na niego z niechęcią, przeczuwając, że starszy, samotny pan nie zostawi go w spokoju. „Długo już czekasz?”, zapytał nieznajomy po kilku minutach. „Godzinę”, odpowiedział Stuart w nadziei, że ta lakoniczna odpowiedź zasygnalizuje mężczyźnie niechęć do rozmowy. „Ja jestem tutaj już od sześciu godzin, musiałem tylko wyjść na chwilę na świeże powietrze, coś zjeść i chociaż przez chwilę popatrzeć na coś innego”, odparł mężczyzna. „Nigdy bym sobie nie podarował, gdyby żona umarła przeze mnie. Przez głupią, niepotrzebną awanturę o to, kogo zaprosimy na nasze złote gody. Od jednego głupiego słowa do drugiego zrobiła się z tego nagle potworna awantura. Żona chce wyprawić eleganckie przyjęcie dla sąsiadów i rodziny, ja wolałbym zobaczyć Europę, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy. Teraz w końcu mamy pieniądze na taką podróż, trzeba obejrzeć świat, dopóki jeszcze jesteśmy na nogach. Nie chcę wywalać pieniędzy na przyjęcia dla darmozjadów, z którymi nigdy nie miałem wspólnego języka. Tak się obydwoje podczas tej kłótni zdenerwowaliśmy, że Betty nagle zasłabła. Na początku myślałem, że to jakiś jej żart, że chce mnie tylko przestraszyć i postawić na swoim, ale to był zawał. Ostatnia rzecz jaką jej powiedziałem, to wyrzut, że zawsze chciała się popisywać przed innymi, że dla niej najważniejsze jest i było zawsze to, żeby ludzie ją widzieli i podziwiali. Przecież ja wcale tak nie myślę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogła odejść, nie usłyszawszy ode mnie „dziękuję” za pięćdziesiąt wspólnych lat. Nie mieliśmy dzieci, myślę, że przez to jest mi tak bliska jak nikt inny na świecie, to moja cała rodzina, mój dom, ktoś, kto słyszy jak zaczynam zdanie i wie, jaki będzie jego koniec, ktoś, w kim zawsze będę widział osiemnastoletnią Betty, śliczną, wesołą dziewczynę, która cieszy się na pierwszą randkę ze mną. Tyle się nazbierało rzeczy, których nigdy jej nie powiedziałem”.

Stuart popatrzył na mężczyznę i zrobiło mu się go żal. „Dlaczego wcześniej nie oświadczyłem się Meg? Przecież ja sobie nawet nie wyobrażam, że mogę się obudzić i jej nie będzie koło mnie.”

Ich rozmowę przerwało otwarcie drzwi od sali operacyjnej. Młody, wyglądający na bardzo zmęczonego lekarz podszedł do starszego mężczyzny i powiedział: „Tym razem mieliśmy szczęście, żona wyjdzie z tego zawału. Może Pan ją jutro odwiedzić”. Stuart popatrzył na nieznajomego i widział ulgę na jego twarzy. „A ja? Co z moją narzeczoną?” – zapytał z nadzieją w głosie. „Operacja wciąż jeszcze trwa”, odpowiedział lekarz, unikając wzroku Stuarta.

„Dlaczego ta stara kobieta ma mieć więcej szczęścia niż Meg? Meg ma przecież większe prawo do życia niż ona”, pomyślał Stuart, przerażony równocześnie bezwzględnością tej myśli.

W kilka minut później został sam w poczekalni i zasnął na niewygodnym krześle.

Cdn

Siła symboli

Jutro 74 rocznica powstania w Getcie Warszawskim. Całą Warszawę zaleją żółte papierowe żonkile. Wzruszające…

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN już po raz piąty organizuje akcję upamiętniającą powstanie w getcie warszawskim. 19 kwietnia ponad 1000 wolontariuszy wyjdzie na ulice Warszawy i będzie rozdawać papierowe żonkile – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim. W tym roku będzie ich aż 100 tysięcy. Do akcji włączyło się również około 1000 szkół, bibliotek i instytucji kultury z całej Polski, m.in. z Łodzi, Bielska-Białej, Płocka czy Katowic oraz partnerzy zagraniczni z USA, Niemiec, Danii i Izraela.

Powstanie w getcie warszawskim jest na świecie symbolem walki o godność, jednak w Polsce powstanie w getcie wciąż pozostaje mało znane. Akcją Żonkile chcemy sprawić, by pamięć o powstaniu stała się częścią wspólnej świadomości historycznej Polaków i Żydów, jednym z elementów kształtujących tożsamość mieszkańców stolicy. Akcja społeczno-edukacyjna Żonkile odbywa się dzięki wsparciu udzielonemu z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię. Współorganizatorem tegorocznej edycji akcji Żonkile jest Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

Ciekawe, że jest to symbol dodany znacznie później, w wiele lat po powstaniu. Zwyczaj zainicjował, jeśli dobrze pamiętam, Marek Edelman, bo jego zdaniem żonkil przypomina żółtą gwiazdę żydowską, którą musieli w getcie nosić Żydzi, ale jest jednocześnie żywym, pięknym kwiatem… Żonkile symbolizują pamięć, szacunek i nadzieję, miał powiedzieć Edelman. Co roku, 19 kwietnia, składał bukiet żonkili pod Pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Na stronie Muzeum Polin znajduję informację, że przez lata dostawał w ten dzień bukiet żonkili od anonimowego ofiarodawcy.

Jedna z ambasadorek inicjatywy, Anja Rubik, powiedziała:

Zgodziłam się wziąć udział w akcji Żonkile organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, gdyż uważam, że jest to bardzo istotna kampania „ku pamięci”. Historia powinna nas uczyć i chronić przed popełnianiem tych samych błędów. Przypominać o tym jak ważna jest demokracja, wolność, szacunek, równość i różnorodność narodowa, religijna, która wzbogaca nasz świat.

Innymi ambasadorami Akcji Żonkile są Agnieszka Holland, Małgorzata Kożuchowska, Agata Kulesza i Maciej Musiał.

W tym roku dla uczczenia rocznicy powstania powstał mural przy metrze Centrum, który prezentuje bohaterów Powstania, Marka Edelmana, Pawła Frenkla, Cywię Lubetkin, Mordechaja Anielewicza i Szymona „Kazika” Ratajzera. Autorem projektu jest Andrzej Wieteszka. Mural będzie eksponowany do 23 kwietnia.

O godzinie 12 pod Pomnikiem Bohaterów Getta odbędą się uroczystości rocznicowe.


Piękne kwiaty, żonkile.


Przypomniało mi to, że zaprzyjaźniona ze mną Agnieszka Fetzka też w swej akcji społecznej odwołuje się do symboliki żonkila. I że jest w tym częścią wielkiego ruchu społecznego.

Żonkile są międzynarodowym symbolem nadziei, przypominają nam o ludziach cierpiących, oczekujących naszego towarzyszenia w trudnym okresie odchodzenia z tego świata. Podczas kampanii jesiennej akcji w zamian za datek nasi wolontariusze rozprowadzają żonkilowe cebulki wśród przedszkolaków, uczniów,  pracowników instytucji i firm i osób prywatnych. Wiosną posadzone przez nich żonkile rozkwitają tworząc niezliczone „Pola Nadziei”, a uczestnicy akcji zbierają fundusze na rzecz Hospicjum wręczając ofiarodawcom żywy kwiat lub żonkilową broszkę.

„Pola Nadziei” są programem, który został stworzony przez Organizację Charytatywną Marie Curie Cancer Care w Wielkiej Brytanii. Ideą programu jest pozyskiwanie funduszy na utrzymanie hospicjów w Wielkiej Brytanii, a także edukacja i uwrażliwienie społeczeństwa na los terminalnie chorego człowieka. W 1998 roku Organizacja MCCC w Edynburgu obchodziła swoje 50-lecie. Przygotowując się do obchodów tej uroczystości mając za patronkę Marię Skłodowską Curie postanowiła zapoznać ze swoją pracą jedno z polskich hospicjów. Kraków jest miastem bliźniaczym z Edynburgiem, zatem Kraków został wybrany, jako miejsce polskiej edycji “Pól Nadziei”. Beneficjentem programu zostało Towarzystwo Przyjaciół Chorych “Hospicjum”. Wiosną 1998 roku w parkach krakowskich zakwitły pierwsze polskie “pola nadziei”. 350 tys. żonkilowych cebulek oraz niezbędną do przeprowadzenia akcji pomoc i wiedzę przekazała Organizacja MCCC. www.polanadziei.pl