Wiosna, Berlin, gender

Przez 13 lat Barbara Hoff, dziennikarka Przekroju, przygotowywała swoje kolekcje mody za darmo.  Pokazywała je w słynnych warszawskich domach handlowych MHD  i Mama przywiozła mi kiedyś taką bordową sukienkę z cieniutkiego sztruksu. Marzenie. Nosiłam do tego białe matowe kaloszki z Włoch. Drugie marzenie. Miałam… ech, nie będziemy się rozczulać nad upływem czasu. Było, miałam, miał, miau… Podobno w getcie warszawskim tych, co wspominali z nostalgią swój przedwojenny stan posiadania, nazywano koty. No bo miau, miau… Pisze o tym Mina Tomkiewicz w powieści Bomby i myszy. Już TU o niej kiedyś pisałam. Doskonała książka. Powinna być obowiązkową lekturą w każdej polskiej i niemieckiej szkole. Tymczasem nikt nic o niej nie wie i nawet w bibliotekach trudno ją znaleźć.

W Berlinie wiosna. Wiosna jest co roku taka sama, nie ma się co powtarzać, sięgnę po prostu do tekstu, który kiedyś z tej niezwykłej okazji opublikowałam Kurierze Szczecińskim. Ze 20 lat temu pisałam dla Kuriera co dwa tygodnie felietoniki zatytułowane Ulice w Berlinie. Współpraca z Kurierem skończyła się tak, że jeszcze dziś przypominam sobie o tym z pewnym zdumieniem. Pewnego dnia, akurat właśnie pisałam kolejny felieton, przyszedł mail od redakcji, że od zaraz przestaję z nimi współpracować i już nic więcej nie mam przysyłać. Koniec kropka. Podobno felietony się podobały, mówili mi to nawet obcy ludzie, którzy wcale nie wiedzieli, że to ja jestem autorką. Zaprzyjaźniony dziennikarz i pisarz, który mnie tam publikował, powiedział mi potem, że w redakcji zrobiono cięcia budżetowe i już nie wolno było zamawiać żadnych tekstów spoza zespołu redakcyjnego. Ale nie wiem, czy to możliwe. Zarabiałam zawrotną sumę 24,5 złotych za felieton, 50 złotych miesięcznie. Po pięciu miesiącach kupiłam sobie za honoraria malutką kurteczke w stylu pseudo-etno. Cięcia budżetowe oszczędzające redakcji 50 złotych na miesiąc? Pewnie jakby mnie zapytali, to bym odpowiedziała, że OK, mogę pisać za darmo. Tacy jak my mnóstwo robią w życiu za darmo. A Mama twierdziła nawet, że nic jej się w życiu tak nie opłacało jak takie właśnie prace. Mnie zresztą też…

Teraz, szperając po komputerze znalazłam kilka dawnych tekstów z Kuriera, zupełnie “jak znalazł” również i dziś. Wiosna w Berlinie.

Czy pisałam już, że wiosna jest najładniejszą porą roku w Berlinie? Na wszelki wypadek napiszę znowu o wiośnie, bo właśnie przyszła, a nawet nie tyle przyszła, co wybuchnęła jak nagła burza kwitnących krokusów i zieleniących się drzew. Berlin jest miastem pełnym lasów, parków, ogrodów, skwerów i zieleńców, a w ostatnim czasie miasto opanowało istne szaleństwo sadzenia wiosennych kwiatów, przede wszystkim krokusów. Sadzi się je wielkimi nieregularnymi kępami dosłownie wszędzie, gdzie tylko jesienią da się wetknąć cebulkę. Pierwsze krokusy pojawiają się w połowie marca, ale są marne i niewyraźne, jakby zakatarzone, ale wystarczą dwa trzy dni słońca i Berlin po prostu tonie w żółtych i fiołkowych kałużach.

Moda się znowu zmieniła – napisałam i tu już trzeba było porzucić na chwilę cytat, bo akurat wtedy modne były pastelowe kolorki i bliźniaki – pamiętacie, oczywiście, bliźniaki? Wracamy do tekstu kanonicznego:

Panie z mojego pokolenia na pewno pamiętają, takie małe super-cuda, jedno na drugim, sweterki-marzenie, w niczym nie przypominające towarów z emhade i społem. Bliźniaki kupowało się w komisie, ale naprawdę dorastające panny rzadko kupowały coś w komisie, więc oglądało się je na różnych dorosłych paniach. A teraz proszę, można iść do sklepu i kupić, jak się dobrze poszuka to już i za 30 marek trafi się bliźniak po prostu czarujący…

Wiosną 2017 ulica nosi krótsze nogawki spodni lub spodnie podwinięte. Musi być widać kostkę. Mnóstwo starych ciuchów, z lat 50, 60, 70. Dużo sukienek, które z powrotem wyglądają jak sukienki, wcięte w pasie, rozkloszowany dół do kolan. W kwiatki lub koronkowe. Wciąż jest dużo etno, przydałoby się, gdyby w szafie wciąż wisiały spódnice-pasiaki z Hofflandu.

A jak mi już wiosennie zeszło na wspominki, to zapytam, czy pamiętacie Państwo, kto bił pierwszą monetę słowiańską? Oczywiście: Jaksa z Kopanicy.

Już TU o nim pisałam:

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

Wracam do starego tekstu sprzed 20 lat (w końcu ogłaszam się jako salon “odrzuconych”, a po prawdzie do dziś czuję się przez nich “odrzucona”, ale to pewnie dlatego, że po prostu bardzo lubię pisać felietony, krótkie aktualne teksty o wszystkim i o niczym, i moim niedościgłym marzeniem jest być felietonistką w jakiejś redakcji. Taką, żeby czytelnicy rozpoczynali lekturę gazety od mojego felietonu! O!)

Kopanica to Köpenick, najbardziej na południowy-wschód wysunięta dzielnica Berlina, położona na wyspie u ujścia rzeki Dahme do Szprewy, czyli jak ją Kraszewski nazywał Szprei.

Znowu muszę na chwię wskoczyć z powrotem do współczesności, bo o Kopanicy też TU już kiedyś pisałam.

Próbuję sobie przypomnieć jak wyglądał ów brakteat Jaksy, moneta tak cienka, że bita tylko jednostronnie. Najpierw zdawało mi się, że Jaksa z monety siedział na tronie z włócznią w garści, ale gdy to napisałam, to wydało mi się, że tak to raczej wyglądał cesarz Rzeszy Niemieckiej Otto I, a Jaksa z reszki miał zaledwie niewyraźny zarys głowy z jakąś taką toporną koroną… (…)

Jaksa żył w XII wieku, był księciem słowiańskiego plemienia Stodoran, jego państwo-miasto na wyspie nazywało się Copnik czyli kopa czyli góra albo hałda, a do Köpenick jedzie się kolejką miejską, a potem tramwajem lub autobusem, a najlepiej ze stacji na piechotę, przez mosty, do głównego placu, albo na wyspę z pałacem myśliwskim z XVI wieku (dziś muzeum rzemiosła artystycznego) lub prosto nad któreś z licznych jezior.
Köpenick przeszło jednak do historii a z historii do literatury nie z uwagi na Jaksę, lecz z przyczyny niejakiego Wilhelma Voigta, szewca, który ponad pół życia spędził w więzieniu za różne drobne przestępstwa. W roku 1906 Voigt po raz kolejny wyszedł na wolność i postanowił zacząć uczciwe życie. Uwikłany w biurokratyczne niemożności – bez zameldowania nie ma pracy, bez pracy zameldowania – Voigt, kupił w sklepie ze starzyzną mundur kapitana. Mundur był Cesarstwie Pruskim taką samą przepustką do normalnego, ba, dobrego życia, jak w dzisiejszych czasach elegancki garnitur firmy Armani. Przebrany za kapitana Voigt najpierw podporządkował sobie oddziałek przechodzących ulicą żołnierzy, po czym udał się w ich towarzystwie do ratusza, gdzie aresztował burmistrza i zarekwirował kasę. Na zakończenie zabawy, nazwanej później przez prasę “köpenickiadą”, samozwańczy kapitan, zanim kazał żołnierzom odprowadzić więźnia na posterunek do Berlina, fundnął im jeszcze po piwie z kiełbaską. Szewski żart odbił się echem w całych Prusach, podobno nawet cesarz miał się uśmiać do łez, co sprawiło, że Voigt został wprawdzie znowu skazany, ale też i dzięki łasce cesarskiej szybko wypuszczony na wolność. Voigt zarabiał odtąd na życie, występując w cyrku, pisząc pamiętniki i sprzedając pocztówki z własną podobizną i autografem. W roku 1931 Carl Zuckmayer napisał sztukę pt. “Kapitan z Köpenick”, w której surowo rozliczył się z pruskim posłuszeństwem, biurokracją i militarnym drylem. Po kilkudziesięciu latach jednak, gdy cała sprawa przestała już być żenująca, a stała się po prostu zabawna, dzielnica Köpenick wykorzystała historię Voigta jako atrakcję turystyczną. W ratuszu obejrzeć można wystawę “o życiu i dziełach” Wilhelma Voigta, przed portalem znajduje się rzeźba przedstawiająca “köpenickiadę”, a jej inscenizacja co roku w czerwcu inauguruje lokalne święto, tak zwane “lato w Köpenick”.

To jednak latem, teraz w Köpenick kwitną krokusy.

Krokusy na Kudammie czyli głównej ulicy w Berlinie ongiś Zachodnim. Zdjęcie w dniu 15 marca 2017 opublikowała berlińska gazeta Morgenpost. Kradnę, ale mam jakieś dziwne poczucie, że zdjęcie to właśnie po to opublikowano, żeby je kraść.

I na zakończenie kilka migawek z Berlina 2017. Nie mają nic wspólnego ani z wiosną, ani Kurierem, ani Hofflandią. No ale gdzieś je muszę w końcu umieścić, zanim o nich zapomnę.

Idziemy z wnukiem na pierwsze lody. Popatrz, mówi dziecko, wszystkie kobiety jedzą lody różowe, a wszyscy panowie brązowe. My oczywiście też, ja truskawkowe z kawałkami owoców, on czekoladowe z czekoladą. I niech mi ktoś powie, że nie ma gender!

W sklepie kilkuletni chłopczyk pałęta się koło półki ze słodyczami. Obok stoi ktoś tak jednopłciowy, że zastanawiam się, czy dziadek czy babcia. Chłopczyk rozwiązuje zagadkę: Mama! woła. No, nie ma gender!

W metrze jadą trzy kobiety i dziecko: staruszeczka, pani w dobrze średnim wieku i młoda, dorodna, chciałoby się wręcz rzec – hoża dziewoja. Z nimi mała dziewczynka. Jugosłowianki. Podobne do siebie jak cztery krople wody. Kiedy ja ostatni raz widziałam taką piękną czteropokoleniową rodzinę? I na dodatek same kobiety! Naprawdę – jest moc!

W dzień później w tym samym metrze, którym jadę do pracy, też trzy kobiety. W ciągu pięciu minut wsiadły i wysiadły na kolejnych stacjach trzy sprzedawczynie gazety bezdomnych MOTZ. Gdy jedna wysiadała, druga wsiadała. Trzy bezdomne kobiety! Nigdy dotąd nie widziałam ich tylu na raz.

Zadaję sobie pytanie, czy nagle, z jakiegoś powodu, liczba kobiet w potrzebie się zwiększyła, czy też ktoś przedsiębiorczy zorientował się, że lepiej zarabiają sprzedawczynie gazetki i zatrudnia teraz biedaczki a nie biedaków. Bo datki dajemy głównie my, kobiety, często my, starsze panie, i nasza kobieca solidarność każe nam zawsze dać zapomogę kobiecie, która prosi o pomoc.  Nie wiem więc, czy są biedne czy biedne i wyzyskiwane… I czuję się jak w Kalkucie, gdzie nie chciałam wsiąść do rykszy, bo w innych miastach w Indiach były ryksze motorowe, a tu ciągną je starzy wychudzeni mężczyźni. I nie chcę, i nie wiem, czy to dla nich dobrze, że nie chcę, czy przeciwnie, to moje bzdurne sentymenty dobrze sytuowanej kobiety, bo jak mnie ciągną, to zarabiają na życie. Tak jak szwaczki w Bangladeszu.

Nagle nie ma mocy, jest tylko niemoc!

Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.

Zalewamy Facebook sztuką 2

To  już drugi wpis o facebookowej akcji (zobaczcie). Krystyna była pierwszą osobą, która zalajkowała “mojego Memlinga”. Przyznałam jej artystę bez zastanawiania się. Egon Schiele, napisałam. Nawet sobie potem zadałam pytanie, ale właściwie dlaczego? Odpowiedź jest tu.

Krystyna Koziewicz

W moim domu – Egon Schiele

Każdy człowiek ma swoje słabości, jedną z moich jest zaciekawienie sztuką,  a zwłaszcza malarstwem. Gdy zwiedzam muzea czy galerie, mam zwyczaj kupowania reprodukcji ulubionego artysty, ażeby na co dzień cieszyły oko i duszę. To pasja, którą kontynuuję od młodych lat.

Potrzeba przebywania w miejscach przesiąkniętych sztuką zrodziła się w momencie, kiedy przeprowadziłam się ze wsi do dużego miasta. Gdy zwiedzałam wystawy, dostrzegłam, że ciekawią mnie niezwykłe obrazy, które miały w stosunku do mnie samej moc terapeutyczną, uspokajały, dawały radość, poprawiały nastrój. Obcowanie ze sztuką rozbudziło nienasyconą ciekawość świata sztuki, wielkich mistrzów pędzla. Istnieje wiele fascynujących dzieł malarstwa, które trafiają prosto do serca. W poszukiwaniu sensu i komunikatu wewnętrznego obrazu można w ich głębi odkrywać tajemnicę, magiczną moc, a niekiedy nawet siebie?

Oglądałam katalog jakiejś wystawy i wpadł mi natychmiast w oko obraz Egona Schiele Siedząca kobieta. Aż westchnęłam z zachwytu! Miałam wrażenie, że ktoś mnie namalował. A był to przecież obraz, który powstał w 1917 roku, rok przed końcem I wojny światowej.

Egon Schiele Siedząca kobieta ze zgiętymi kolano, obraz, który jest mi szczególnie bliski, na ścianie w moim mieszkaniu.

Utożsamiam się z nim emocjonalnie i kiedy zobaczyłam gdzieś w sklepie plastycznym jego reprodukcję, od razu kupiłam ją do nowego mieszkania.  Gdy patrzę na ten obraz, przypominam sobie sytuacje z okresu dzieciństwa i młodości. Wprawdzie z natury jestem optymistką, entuzjastką życia, nie tylko istnienia, ale i ja mam i miałam przecież momenty osamotnienia i smutku. Siadałam wtedy na krześle, podłodze czy trawie w podobnej pozycji. Takie chwile sam na sam umożliwiają spojrzenie w głąb siebie, zdobywa się wiedzę o sobie. Bywanie ze sobą daje wytchnienie, a często doprowadza człowieka do przełomu w myśleniu i w życiu.

Tak, tak, to właśnie jestem ja na tym obrazie! – dalej tak uważam. To dziwne, że wśród wielu reprodukcji obrazów zdobiących ściany mojego mieszkania, a są tu i dawni mistrzowie, Klimt, Munch, Van Gogh, Monet, Matisse, Gaugain, Modigliani, Botticelli, i współcześni mi artyści berlińscy, których znam osobiście jak Woźniewska, Fiszbach, Piwarski, Dybowski, Olbiński, Nawrocka, Betlińska, na najbardziej wyeksponowanym miejscu wisi ten właśnie obraz: Egon Schiele Siedząca kobieta  ze zgiętym kolanem.

Fascynacja obrazem trwa po dzień dzisiejszy.

Stuart słucha muzyki 2

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner czytają Stuarta

Czasem co środę, czasem co drugę środę prezentuję tu muzykę cytowaną przez Joannę w jej sequeleu Stuart. Stuart numer 6 rozpoczyna się od cytatu muzycznego z festiwalu The sound of music. O piosence jest też mowa w tekście i, o dziwo, dowiadujemy się, że bohater serialu wcale jej nie lubi, wydaje mu się patetyczna i egzaltowana. Gdy odsłuchacie piosenki (soundtrack z filmu), będziecie musieli się z nim zgodzić. Ta historia z lat 30 jest do dziś poruszająca, ale musical z roku 1959 i film z roku 1965 są jak na nasz gust okropnie staroświeckie. Muzyka Richard Rodgers, tekst Oscar Hammerstein.

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Również muzyczne motto Stuarta numer 7 jest nie tylko cytatem, lecz wiąże się z treścią odcinka. Stuart gra bowiem w Wellington główną rolę w musicalu Jesus Christ Super Star (Andrew Lloyd Webber, 1971).

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

To wersja filmowa z lat 70. Judasza gra Carl Anderson, Jezusa – Ted Neeley. A to Judasz po polsku, w innej piosence z Jesus Christ Super Star (Haeven on their mind):

Stuart się ciągle przeprowadza, a lotnisko pojawia się niemal w każdym odcinku. Numer 8 zaczyna się od pytania Roda Stewarta: So far away

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Memy i śniadanie

Ewa Maria Slaska

We wtorki bardzo nieregularnie opowiadam o śniadaniach artystycznych i innych. A ponieważ ostatnio chętnie też pokazuję, jak współczesność radzi sobie z kanonami kultury, dziś śniadanie na trawie. Zaczął “marszowy kolega”, Krzysztof Nowak. Krzysztof tak zatytułował zdjęcie, na którym popijam o poranku kawę na mrozie. Już je TU pokazywałam, ale nic to, sztuki nigdy za wiele.

Oryginał każdy zna, ale wersja Krzysztofa jest poprawniejsza politycznie, bo wszyscy jesteśmy ubrani. Oczywiście, było zimno, ale dla artysty to wszak drobiazg bez znaczenia. Przypomnijmy, że w oryginale kobiety są porozbierane, a mężczyźni zapięci na ostatni guzik, i to zawsze widzów złościło lub śmieszyło. Z jednej strony obrażało mieszczańskie poczucie przyzwoitości, ale z drugiej nie podobało się też emancypantkom, bo sprowadzało kobiety do roli ładnej uciechy dla mężczyzn. Cóż, powiedzmy sobie, że feminizm dopiero miał się narodzić, a i po stu latach jego kolejnych zwycięstw, dla wielu kobiety wciąż są przede wszystkim ładną uciechą dla mężczyzn.  Nie będę tu cytowała zdania Korwina-Mikke na nasz temat, no ale wiemy przecież…

“Le déjeuner sur l’herbe” de Edouard Manet, 1863, Musée d’Orsay, Paris

Obraz był nowatorski poprzez swoje monumentalne rozmiary. Dwa metry na dwa i pół (208 x 264.5 cm). Wielkie płótna miały, zwyczajowo, obrazy o poważnej tematyce, historyczne, batalistyczne,  religijne, tymczasem Manet namalował przecież zwykłą scenkę rodzajową, nawet jeśli prowokującą. I jeszcze umieścił tam swoją ulubioną modelkę (pozowała do Mai), siebie  w, nazwijmy to tak, “dwójjedni” z bratem i szwagrem.

Motyw śniadania na trawie był znany już przedtem, ale można powiedzieć, że to Claude Monet namalował pierwszy mem obrazu Maneta.

Claude Monet, Le Déjeuner sur l’herbe, 1865–1866, Musée d’Orsay, Paris

U Moneta kobiety są ubrane, scena nie urąga obyczajom, a śniadanie jest znacznie obfitsze – jest duży pasztet francuski, pieczona kura, mnóstwo owoców, chleb, wino. Właściwie nie jest to wcale śniadanie, tylko lunch i takie jest też angielskie tłumaczenie tytułów wszystkich tych obrazów.

Towarzystwo rozłożyło na trawie pled lub obrus, są kieliszki do wina i talerze. W wersji oryginalnej porzucone na trawie, koło sukni i kapelusza, skromne śniadanie (koszyk owoców i bułka) nikogo nie interesuje.

W roku 1870 powstała następna wersja obrazu, tym razem nader dosłowna.

James Tissot, La Partie Carrée, 1870

Jedzenia jest jeszcze więcej niż u Moneta, ale co uderza, to ilość wina, które zostanie wypite podczas tego śniadania i fakt, że poubierane kobiety u Tissota są znacznie bardziej rozpustne, niż naga, chłodna piękność u Maneta.

Skoro obraz już w chwili powstania aż się prosił o kontrinterpretacje, trudno się dziwić, że powtarzano go i później, a w świecie fejków i memów jest ich wręcz zalew.

Zacznijmy od mistrza. To oczywiście Pablo Picasso, prawie sto lat po oryginale – rok 1961. Jedzenia nie ma, jest już tylko jedna para damsko-męska, a jej intencje są, jak u Tissota, jednoznaczne.

Pablo Picasso Le Dejeuner sur l’Herbe (Luncheon on the Grass), 1961

Im bliżej współczesności tym więcej tych śniadań. Posiłek na trawie spożywają też kultowe postaci z filmów i seriali.


ArtMashUp – Édouard Manet’s “Luncheon on the Grass” meets StarWars

Spimsons jedzą śniadanie na trawie. Matt Groening.

 

Jeff Koons zinterpretował po swojemu wszystkie ważne dzieła kultury europejskiej, nie zabrakło więc również śniadania na trawie.


Jeff Koons, Gazing Ball (Manet Luncheon on the Grass) 2014-2015

Szczerze powiem, że niebieska szklana kula Koonsa, w której odbija się świat współczesny, jako obiekt domalowany do oryginału przypomina mi niestety felgę samochodową lub wielką szpulę do nawijania kabli. W rzeźbach, gdy kula jest prawdziwa, ach no… robi wrażenie:

Jeff Koons, Gazing Ball (Antinous-Dionysus), 2013

I tak dalej, zajrzyjcie do sieci to zobaczycie, a ja na zakończenie dodam jeszcze skarpetki, bo już się TU przyznałam, że lubię sztukę “wprzędzoną” w skarpetki…

Można kupić, za jedne 2 dolary i 45 centów plus shipping: to Germany via China Post Registered Air Mail. Koszt całkowity 3,86 dolara. Sztuka tania jak barszcz, ale na skarpetce nie ma już nic do zjedzenia, nawet barszczu…

Barataria 9 Sancho Pansa jako Król Salomon

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon

Wikipedia pisze: Salomon, Człowiek Pokoju (ur. około 1000 p.n.e., zm. około 931 p.n.e.) – prorok biblijny oraz Koranu, król Izraela, syn i następca króla Dawida. Wielki budowniczy. Swój dwór uczynił ośrodkiem kultury, głównie literatury. Na lata jego panowania przypada największa świetność monarchii hebrajskiej.

Jest najmądrzejszym i najsprawiedliwszym królem nie tylko w Biblii, lecz w całej naszej historii i mitologii. Mądrość jego i sprawiedliwość pochodziły od Boga.

W Gibeonie Pan ukazał się Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: «Proś o to, co mam ci dać». A Salomon odrzekł: (…) «Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny?» Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: «Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie.»

Ci co przyszli po nim, nie musieli już pertraktować z Bogiem, wystarczyło, że uczyli się od niego, co nie było aż tak skomplikowane, bo Biblia, zwłaszcza  aż roi się od przykładów salomonowej mądrości i sprawiedliwości. Biblia online podaje, że mowa jest o nim w 276 miejscach, w Księgach Królewskich i Księgach Kronik. Jest też autorem Księgi Koheleta, Pieśni nad pieśniami i Księgi Przysłów.

Stał się bohaterem niezliczonych apokryfów, mitów i legend, zwłaszcza hiszpańskich.

Po lewej: Sąd Salomona – autorstwa Ingobertusa (880); domena publiczna

Najsłynniejszy wyrok salomonowy dotyczył oczywiście dwóch kobiet i ich dziecka:

Potem dwie nierządnice przyszły do króla (…). Jedna z kobiet powiedziała: «Litości, panie mój! Ja i ta kobieta mieszkamy w jednym domu. Ja porodziłam, kiedy ona była w domu. A trzeciego dnia po moim porodzie ta kobieta również porodziła. (…) Syn tej kobiety zmarł w nocy, bo położyła się na nim. Wtedy pośród nocy wstała i zabrała mojego syna od mego boku, (…) położywszy przy mnie swego syna zmarłego. Kiedy rano wstałam, aby nakarmić mojego syna, patrzę, a oto on martwy! Gdy mu się przyjrzałam przy świetle, rozpoznałam, że to nie był mój syn, którego urodziłam». Na to odparła druga kobieta: «Wcale nie, bo mój syn żyje, a twój syn zmarł». (…) Wówczas król powiedział: (…) «Przynieście mi miecz! (…) Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!» Wówczas kobietę, której syn był żywy, zdjęła litość nad swoim synem i zawołała: «Litości, panie mój! Niech dadzą jej dziecko żywe, abyście tylko go nie zabijali!» Tamta zaś mówiła: «Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Rozetnijcie!» Na to król zabrał głos i powiedział: «Dajcie tamtej to żywe dziecko i nie zabijajcie go! Ona jest jego matką». (…) Kiedy o tym wyroku sądowym króla dowiedział się cały Izrael, czcił króla, bo przekonał się, że jest obdarzony mądrością Bożą do sprawowania sądów.

Było to w sierpniu 1612 roku, gdy Sancho Pansa objął rządy na wyspie Barataria. Od razu pierwszego dnia musiał, tak jak to było powszechnie w zwyczaju, zająć się sądzeniem sporów.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. Skoro tylko do bram miasta przybyli, mieszkańcy zbrojnie, przy odgłosie parafialnych dzwonów, wyszli na spotkanie gubernatora, podskokami i wrzaskiem objawiając radość niezmierną. Zaniesiono go na rękach do katedry miejscowej, gdzie po skończonym Te Deum, podano mu klucze miasta. Następnie wykonano przysięgę na wierność.

Gęsta mina, szeroka broda, pękata figura i orszak nowego gubernatora, zadziwiły wszystkich. Po wyjściu z kościoła zaprowadzono go do pałacu sprawiedliwości.

Gdy zasiadł na tronie, intendent księcia rzekł:
— Mam zaszczyt zawiadomić waszą dostojność, że wedle dawnego zwyczaju, gubernator nowo obejmujący rządy wyspy, powinien rozstrzygnąć dwie trudne sprawy, aby dał próbę swojego rozumu, a z sądu jego poddani złą lub pomyślną rokują sobie przyszłość.

Przez dziesięć dni sprawowania władzy Sancho rozsądza kilka spraw, ukartowanych przez złośliwego księcia, a radzi sobie z nimi tak dobrze, że mieszkańcy miasta-wyspy zaiste przyrównują go do Salomona.

Następnie przybyli dwaj starcy, z których jeden opierał się na grubej lasce — drugi rzecze do Sanchy:

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.
— Cóż odpowiesz na to? — zapyta Sancho oskarżonego.
— Jaśnie wielmożny panie! Wyznaję, że człowiek ten pożyczył mi dziesięć sztuk złota, lecz gotów jestem przysiąc, że mu je w całości oddałem.

Gubernator rozkazał mu podnieść rękę, a starzec, oddawszy przeciwnikowi do potrzymania laskę, wykonał uroczystą przysięgę. Wielki gubernator zapytał wierzyciela, co ma jeszcze przeciwko temu? Skarżący odrzekł, że znając swego dłużnika jako pobożnego i bogobojnego człowieka, przysięgę jego za ważną uznaje, chociaż nie przypomina sobie wypłaty zaciągniętego długu. Dłużnik odebrał swoją laskę i szybko oddalił się z sali.

Sancho, podziwiając cierpliwość oskarżyciela i dostrzegłszy pospieszne odejście dłużnika, zastanowił się przez chwilę i nagle, ukąsiwszy się w koniec palca, rozkazał przyprowadzić sobie oskarżonego.
Gdy wypełniono rozkaz, rzekł Sancho do starca:
— Oddaj mi swoją laskę.
— Oto jest, jaśnie wielmożny panie — odrzekł zawezwany.
Sancho wziął kij i podając go wierzycielowi, rzekł mu:
— Teraz już odebrałeś swoją należność.
— Jak to, wasza wysokość, alboż ta laska warta dziesięć sztuk złota?
— Bez wątpienia — rzecze gubernator — albo ja jestem największym głupcem, jakiego widziano na świecie. Zobaczycie zaraz, czy zdolny jestem do rządzenia państwem. Niech rozłamią tę laskę — dodał. Wykonano rozkaz, kij rozłamano na połowę i dziesięć sztuk złota wypadło z niego na ziemię.

Wszyscy podziwiali mądrość gubernatora, porównywając go z Salomonem. Starcy odeszli, jeden z radością, drugi ze wstydem, a historyk, opisujący czyny Sanchy, po pilnym rozpatrzeniu się, nie wiedział, jak go uważać: za głupca, czy za rozumnego człowieka.

Sancho Pansa, podobnie zresztą jak Salomon, sprawują sądy w sposób dziś zupełnie niedopuszczalny, ba, po części nawet niezrozumiały. Nieważne są przyczyny sporu, nie potrzeba dowodów ani świadków, liczy się tylko bystrość osoby sądzącej, która okazuje się sprytniejsza niż oszust, zastawia na niego pułapkę i w okamgnieniu rozwiązuje problem.

Uczeni cervantyści są zdania, że właśnie w rozdziałach poświęconych Baratarii pisarz konfrontuje się z aktualną polityką. Już tydzień temu pisałam o tym, że nauki, jakich Don Kichot udziela Sancho Pansie, są zestawem zaleceń dla władcy, którego rządom przyświecać ma idea sprawiedliwości społecznej. Opowieść o Baratarii prezentuje jednak nie jeden, a dwa modele idealnego króla. Don Kichot jest rycerzem, klasycznym przedstawicielem władców zachodnich, natomiast opowieść o gubernatorstwie Sancho Pansy w Baratarii została skonstruowana w oparciu o model wschodni. Obaj są władcami symbolicznymi. Don Kichot jest waleczny, nieustraszony i wierny zasadom rycerskości, Sancho Pansa, tchórzliwy i niezbyt mądry, jest sprawiedliwy i przebiegły, a wyroki feruje w oparciu o poczciwą znajomość natury ludzkiej, o której zdanie ma nienajlepsze, ale którą karać będzie równie poczciwie jak osądzać.  Don Kichot jest śmiesznym naśladownictwem Króla Artura, Sancho Pansa – króla Salomona.

Oczywiście Cervantes jest dzieckiem swej epoki. Idealny władca renesansowy nie uznaje despotyzmu czyli władzy opartej o strach; jest już samo przez się zrozumiałe, że władca ma być dobry i sprawiedliwy, jednak wciąż jeszcze jest jedynowładcą i nie musi dzielić władzy z nikim. To zaproponuje dopiero Oświecenie. Monteskiusz w księdze O duchu praw z roku 1784 powie, że nie cechy charakteru polityka zapewniają sprawiedliwy ustrój społeczny, lecz regulacje prawne. Tak narodzi się nowoczesna koncepcja trójpodziału władzy.

Przypomnijmy ją, bo dużo o niej ostatnio mówimy, uważając i słusznie, że trójpodział władzy, to największe osiągnięcie europejskiej myśli politycznej, właśnie na naszych oczach staje się frazesem:

Sprawowanie władzy skłania do jej nadużywania i łamania praw obywatelskich, a zatem warunkiem zachowania wolności politycznej obywateli jest podział władz między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające, hamujące i kontrolujące się podmioty:

„

Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.

”
— Monteskiusz, O duchu praw (Wikipedia)

 

 

Kobiety na marszu (rozmyślania w sobotę)

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Mierz siły na zamiary czyli pochwała szczytnych celów

Najpierw może pewna uwaga, otóż zorientowałam się ostatnio, że ten cytat z Ody do młodości jest obecnie interpretowany całkiem na odwrót, niż miało to miejsce za moich czasów. My rozumieliśmy to tak, że zamiar czyli cel jest ważny, a sił musisz mieć w sobie tyle, żeby się ów cel dało zrealizować. Musisz je w sobie znaleźć czy wygenerować. Zgadza(ło) się to dokładnie z moją własną filozofią, zawsze bowiem twierdziłam, że jestem słaba fizycznie i nie mam w ogóle siły, poza siłą woli. I że łatwo jest być osiłkiem i pójść na marsz dla Aleppo albo do Santiago de Compostela, ale jak się nie jest osiłkiem ani sienkiewiczowską krzepką dziewuchą, to jest to godny szacunku wysiłek. I tak to widzieli romantycy, bo inaczej czemuż by Mickiewicz dopisał drugą część tego hasła: nie zamiar podług sił?

Ostatnio jednak zrozumiałam, rozmawiając z kimś o pokolenie młodszym niż ja, że mierz siły na zamiary oznacza teraz pragmatyczny bilans i w tej zasadzie nie ma nic romantycznego. Ot raczej drobna porada, nie szalej, nie porywaj się z motyką na słońce…

Biedny Mickiewicz, na co mu przyszło.

Uprę się więc przy mojej interpretacji i powiem, że żadna z kobiet, które poznałam podczas marszu dla Aleppo, nie jest istotą mocarną fizycznie, wszystkie mają natomiast siłę woli i romantycznie mierzą siły na zamiary.

Tu film o marszu. Oczywiście kobiety też są. Pokaże się więcej filmów, wybierzcie Fence.

Oczywiście podstawową kobietą na marszu czy raczej Kobietą Marszu jest Ania Alboth. Bez niej nie byłoby Marszu, to ona go wymyśliła i zrealizowała, pociągając za sobą ponad 2,5 tysiąca ludzi, którzy już z nią w tym marszu szli, i kolejne tysiące, które pomagają ten marsz realizować, dbają o to, by było gdzie spać i co jeść, by media i opinia publiczna wiedziały, co się dzieje, i by uczestnikom marszu… nie było nudno. Ania idzie prawie cały czas, niekiedy jednak “wyskakuje” na chwilę do Berlina, gdzie na stałe mieszka i gdzie przebywają mąż i dwie córeczki. W środę 8 marca była w Berlinie i na zaproszenie grupy Dziewuchy dziewuchom wystąpiła na demonstracji z okazji Międzynarodowego Strajku Kobiet. Opowiedziała o marszu, o tym, dlaczego go powołała do życia i o co jej chodzi (przypominam: o pokój).  Zwróciłam uwagę na ciekawy fragment jej wypowiedzi (cytuję oczywiście z pamięci). Ciągle słyszę pytanie, powiedziała, kto, w czasie gdy ja jestem na marszu, zajmuje się domem i dziećmi? Odpowiadam zgodnie z prawdę, że mąż i że wszystko jest w najlepszym porządku, ale pomyślcie – dlaczego w ogóle media mnie o to pytają? Czy ktokowiek pyta dyrektora, reżysera, polityka, menadżera, kto dba o dom i dzieci, gdy on politykuje, rządzi, reżyseruje czy zarządza? Nie, nikt. Więc dlaczego pyta się o to nas, kobiety?

Dobre pytanie.

Anna by Zala Opara

Marta i Czaj, czyli Kobieta z psem a raczej “z pieską”. Kobieta i “pieska” były już na marszu co najmniej trzy razy, czasem dołącza do nich jeszcze siostra Marty, Olga. Są zawsze uśmiechnięte, pogodne, można by nawet rzec – rozbrykane.

Marta by Janusz Ratecki

Pieska ma na imię Czaj i jest małym, słodkim, mięciutkim pudelkiem.

Człowiek przez całe życie dowiaduje się czegoś nowego. W trakcie marszu Marta opowiedziała mi, dlaczego strzyże się pudle w tak dziwaczny sposób, iż wydawać by się mogło, że wymyślił to z nudów jakiś szalony barokowy książę. Ale nie, sprawa jest poważna. Pudle to psy myśliwskie, przeznaczone czy układane głównie do polowania na kaczki i inne ptactwo wodne. Ale pudle nie mają sierści jak inne psy, tylko włosy tak jak człowiek. Miękkie, gęste, skręcone w loczki. W przeciwieństwie do sierści włosy w wodzie stają się skołtunione i ciężkie. Im ich więcej, tym człowiek (o przepraszam – pies) jest cięższy.  Ale włosy w wodzie grzeją i to lepiej niż sierść. Czyli hodowcy pudli stanęli przed znanym wszystkim kobietom dylematem – jak zrobić, żeby but był z wierzchu mały, a w środku duży? Czyli, jak to osiągnąć, żeby pudel w wodzie miał włosy, bo będzie mu cieplej i ich nie miał, bo mokre za dużo ważą? Stąd się wzięło bardzo specjalne strzyżenie – włosy pozostawia się tam, gdzie mają grzać narządy wewnętrzne, na głowie, piersi, nerkach. I na czubku ogona, żeby pieska było widać, gdy płynie.

Podczas spotkania na temat marszu w Berlinie Marta wygłosiła świetną tezę, że istnieje coś, co musimy nazwać marszowaniem! Tak moi drodze – marszowanie! Maszeruje wojsko, a marszowanie to czynność społeczna.

Magda Bębenek. Już o niej TU pisałam (dlatego, podobnie jak Ania Alboth, występuje tu z nazwiskiem), ale przede wszystkim jako autorce książki, w której radzi kobietom, by wzięły swój los w swoje ręce. Dokładnie według romantycznej zasady, że trzeba sobie postawić ambitne cele, a znajdą się i siły, by dało się je zrealizować. Justyna Kozioł, jedna z facebookowyk przyjaciółek Magdy napisała jej na urodziny (były właśnie przedwczoraj): Nie bez powodu lubię pracować z kobietami. Kobieca przedsiębiorczość to coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy, nawet coś więcej niż spełnianie własnych marzeń i realizowanie pasji. To nieprawdopodobne źródło energii, która rozlewa się coraz szerzej i REALNIE zmienia świat. To o różnych kobietach, ale na pewno i o Magdzie.

Malika czyli Sardine Violon

Francuska pisarka, z pochodzenia Berberyjka z Maghrebu, która idzie na marszu od pierwszego dnia i zamierza w nim uczestniczyć do końca. Jej pseudonim, Malika, znaczy po arabsku królowa i dlatego Ania Alboth podarowała jej w pewnym momencie koronę. Malika przyczepiła ją do plecaka, w którym wędruje też do Aleppo biały miś, jeden z kilkunastu misiów zebranych przez Zosię i jej koleżanki dla dzieci w Syrii. Plecak zdobi też gałąź winorośli (trasa marszu od wielu tygodni wiedzie przez krainy wina i winorośli), według Maliki symbol łączności krain Morza Śródziemnego i Północy Europy.

Iris czyli kobieta z gałązką czarnego bzu

Szczupła potargana Niemka spod Berlina. Podobnie jak Malika ma do plecaka przyczepiony kawałek gałęzi. Ale to inna gałązka i inny symbol. Ryszard, Polak, który też wiernie i długo idzie z Berlina do Aleppo, mówi mi wieczorem, że Iris ma różdżkę mocy. No tak, myślę, marsz jest nietypowym przedsięwzięciem, przyciąga zatem różnych nietypowych ludzi. Wśród nich muszą być również wyznawcy New Age’u. Następnego dnia po wymarszu celowo ustawiam się w kolumnie koło Iris. Jak twoja różdżka przyciąga moc?, pytam. Wiem przecież, że patyk sam z siebie nie posiada więcej mocy niż każda inna część natury, a więc, skoro Iris dzięki gałązce “ma moc”, to ta gałązka ją wykrywa lub przyciąga. Iris patrzy na mnie podejrzliwie. Hmmm?, pyta. No, mówię, ludzie z marszu twierdzą, że posiadasz “czarodziejską różdżkę”, która dostarcza ci energii.

No, jak ludzie wierzą, że produkuję energię, to dobrze, odpowiada Iris. Tak naprawdę ta gałązka to raczej talizman na szczęście, znaleziony przez przypadek, wystrugany przez przypadek, zabrany przez przypadek, podzielony przez przypadek z przyjacielem. Wierzę, że kiedyś spotkam kogoś, komu oddam tę gałązkę…

Iris nie wie, jak długo będzie szła. Po prostu idzie.

Wiktoria

Wiktoria redaguje zina o pieczątkach (Wiktorio, ratunku, czy ja dobrze zrozumiałam?), pisze pracę o polskich feministkach (podsunęłam jej więc informacje o mojej prababci :-), a co), zawsze nosi śliczną sukienkę w kwiatki, jak na świecie mróz i zimno, to wkłada tę sukienkę wieczorem, ale na filmie Fence “marszuje” w niej. Wiktoria ma też na ramieniu nadzwyczajnej piękności tatuaż według własnego projektu, i mówię to ja, osoba, która zasadniczo nie lubi tatuaży. Ale słowo zasadniczo nie może się odnosić do Wiktorii, która jest samą radością, żywiołem i zaangażowaniem.

Anka

Anka jest kobietą, z którą najczęściej podczas marszu rozmawiałam, a mimo to chyba nic o niej nie wiem, poza tym, że pochodzi z Zawoi, najdłuższej wsi w Polsce. Jest poważna, solidna i mam wrażenie, że można na niej bezwzględnie polegać. Anka jest. Jest i idzie. Ostatnio, gdy gonię w Berlinie moich siedem srok, próbując je złapać za ogon, a one wszystkie czmychają jak przepiórki, często myślę o tym, że chciałabym być taka jak Anka. Anka, przyjeżdżaj do Berlina, stęskniłam się za tobą!

Źródło wszelkiego zła

Merkanty Kramarczyk

Po Tempelhofie krąży Strzyga. Zapuszcza się też chętnie na Kreuzberg lub do Mitte. Czasem pielgrzymuje via Santiago de Compostela, kiedy indziej dziarsko maszeruje ku Aleppo. Poza tym buszuje w sieci, udziela się aktywnie, administruje blogami – jak tym oto chociażby. A wszędzie, gdzie się pojawi, mami, zastawia pułapki i chwyta w nie różnych łatwowiernych, naiwnych tudzież prostolinijnych. Na przykład mnie.

Ale to nie ona jest tytułowym źródłem wszelkiego zła, choć stworzenie takiej literackiej konstrukcji byłoby niezwykle kuszące. Przeciwnie: stała się źródłem dobra. Dobrego przekładu z niemieckiego, konkretnie. Dobrego i ważnego, przynajmniej dla mnie. Dzięki niemu powstanie artykuł naukowy, nudny i napuszony, choć dla mnie, jak wspomniano, ważny. Mniejsza o to, że poza mną i recenzentem nikt inny go nie raczej przeczyta. Nic nie szkodzi, albowiem sam akt jego tworzenia jest dla mnie wystarczająco przyjemną nagrodą – ot, taka dewiacja.

Ale niczego na tym świecie nie masz za darmo! Owszem, dałem się omamić i podpisałem cyrograf! Lub raczej, by być trendy, trzeba by rzec, że „zrobiliśmy deal”.

– Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
– Napisz coś na blog.
– Przecież nie umiem, to nie moja działka!
– Umiesz umiesz, nie rozczulaj się nad sobą.
– Ale co? No co, kurna?!
– Skomentuj jakąś piosenkę, to ostatnio modne na tym blogu.

I nawet podała, Strzyga przebiegła, listę preferowanych autorów i kompozytorów, taką, nie przymierzając, „Gottbegnadeten-Liste” (zgadnij kotku, skąd to).

Co mam robić? Nie poddaję się, argumentuję, tłumaczę:

– Ale przecież co tu komentować? Ktoś tu już na blogu napisał trafnie, zdaje się z okazji zamieszczenia utworu do słów Leśmiana, że „albo się to czuje, albo nie”.
– Nie filozuj! I ma być coś dobrego, byle czego nie przyjmuję.

Uwierzcie mi, dyskusja ze Strzygą-krwiopijczynią to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę. Zwłaszcza, jeśli tę dyskusję podejmie ktoś prostolinijny i dobroduszny, dla kogo „słowo droższe pieniędzy” i który ze swych zobowiązań zawsze się wywiązuje.

No więc co mam robić!? Chyba po prostu wybiorę utwór wybitny, może się za nim schowam i mizeria mych komentarzy nie będzie się tak rzucać w oczy. Zdecyduję się na autora ze strzygowej (strzyżej?) listy: Kaczmarski to zawsze dobry pomysł. Jeden z mych dobrych znajomych, człek wysokiej kultury i erudyta, którego trudno posądzać o ignorancję, twierdzi, że „jak wiadomo, zna się tylko kilka podstawowych szlagierów, głównie tych politycznych”. To niewątpliwie słuszna uwaga. Faktycznie, Jacek Kaczmarski – bard Solidarności – jest znany niemal każdemu: „Mury” wszyscy nucili, takoż „Sen Katarzyny II”. Na „Obławę”, stylowo wyskrzeczaną przy akompaniamencie gitary na wspólnym ognisku, nie ja jeden rwałem laski (mam nadzieję, że inni chociaż z lepszym skutkiem). Ale Jacek – subtelny poeta i filozof – znany jest już znacznie mniej. A szkoda!

Dlatego zaproponuję utwór mniej znany. Taką mam przynajmniej nadzieję. To jedna z tych pieśni, która skutecznie wyleczyła mnie z prób tworzenia własnych piosenek. Skoro wiadomo, że nawet nie zbliżę się do takiego poziomu, to lepiej, dla dobra poezji i świata, dać sobie spokój.

No to komentujmy. Od dawna już nie czytam (ściślej: od czasu do czasu czytam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że dobrze czynię, nie czytając) komentarzy pod różnymi tekstami, artykułami czy wypowiedziami zamieszczonymi w internecie. Wiadomo, że połowa komentujących będzie „za”, a druga „przeciw”, przy czym jedni i drudzy będą jednakowo wulgarni. Hejt mnie już nie przeraża, ale po prostu męczy. Nienawiść jest powszechna. Wydaje się, że właśnie nienawiścią określamy swoje miejsce w świecie, swoje umiejscowienie w społeczeństwie: „Odi, ergo sum”! Tak jest wszędzie. Polacy nie wyróżniają się w tej dziedzinie, choć mamy chyba jednak pewną specyfikę. No bo popatrzcie: większość polskich słów naładowanych negatywnie zawiera głoskę „r”, która pomaga emocje uzewnętrznić i rozładować. Okrrrrropny. Cholerrrrra jasna. Durrrrrnowaty. Wrrrrredny. Strrrrraszny. Wkurrrrrwiasz mnie. Popierrrrrdóła. Spierrrrrdalaj skurrrrrwysynu. I temu podobne. A „nienawiść”? Brzmi słodko i miękko. Jak „miłość”. Jak „niewinność”!

Nienawidzimy się nawzajem ochoczo, oceniamy łatwo i pospiesznie, bez zabawy w subtelności. Karmimy się stereotypami, ciężko nam „posądzić” bliźnich o dobre intencje. Inna sprawa, że stereotyp, jak to stereotyp: coś w nim jest na rzeczy i coś w nim na rzeczy nie jest. Nieraz te zarzuty zawierają ziarno prawdy. Nieraz nawzajem się do nienawiści prowokujemy. Zwłaszcza, gdy zamiast poglądów i przekonań mamy innym do zaoferowania tylko ideologię i to jeszcze ideologię w wydaniu krzepkich neofitów. No bo co innego, prócz pogardy i nienawiści, mogą wzbudzić hunwejbini wszelkiej maści? Takie różne „Karne pętaki i szturmowcy, Zuchy z Makabi czy z Owupe”. Dziś byśmy powiedzieli raczej – „z ONRRRRR” (patrzcie Państwo, jak to się łatwo udziela, swoją drogą…).

O tym chyba jest ta piosenka. Rzecz jasna, nie tylko o tym! Mądrale mogą powiedzieć, że to tylko jedna z „warstw interpretacyjnych”. I będą miały rację te mądrale. Bo „Źródło wszelkiego zła” to utwór wielki i można go odczytać na wiele sposobów, a każdy będzie trafny. Ja wybrałem sobie akurat ten, bo aktualnie jest mi najbliższy. Fajnie byłoby się wgłębić w kluczową, ostatnią zwrotkę, ale jak to zrobić? Jak pisać o tych, co „gadają z Krzewem lub Kamieniem” skoro moje osobiste doświadczenie dialogu z Najwyższym przypomina raczej daremne „gadanie do kamienia”?

Wykupuję się przeto analizą pobieżną, naskórkową i schematyczną. Ale mam nadzieję Strzygo, że spłaciłem dług. Spłaciłem?

PS: Spłacił Pan, panie Kramarczyk. Strzyga

Zalewamy Facebook sztuką

Ewa Maria Slaska

Dwa Mydlarskie na ścianie

Na Facebooku ktoś zainicjował akcję, mającą ukrócić ilość zalewających nas paskudnych wpisów, hejtów, głupich selfie, zachwytów nad kanapką, kupką, zupką. Jednym słowem mamy się zająć prawdziwymi wartościami. Te oczywiście mogą być różne, ale tym razem chodzi o sztukę. Zasada jest prosta – publikujesz u siebie obraz, a jeśli ktoś go polubi – przydzielasz mu jakiegoś artystę, którego obraz on z kolei publikuje u siebie. I tak dalej. Możesz oczywiście przydzielić “lubiczowi” kogokolwiek, ale jakoś tak jest, że my, ci przydzielający, jednak szukamy jakiegoś związku między tym kimś lubiącym a jakimś artystą.  Tak więc jakiś czas temu polubiłam wpis Agaty Stolarz przedstawiający jeden z obrazów Claude’a Moneta. Agata to Polka mieszkająca tu i tam, myślałam, że w Polsce i we Włoszech, a tymczasem… Darzę wielką sympatią dzieła tego malarza, napisała, zwłaszcza jego pejzaże Normandii, które szczęśliwie mam okazje dość często podziwiać. Dzieło, które wybrałam to Maison Argenteuil. Jego reprodukcję kupiłam w Giverny, myśląc o domu na wsi, na długo przed rozpoczęciem remontu. W tym roku będę sadzić tu róże
Zdjęcie pochodzi z Pinteresta. 

Aha, czyli w Polsce, we Włoszech, w Normandii. Polubiłam wpis, bo lubię Agatę, lubię sztukę, lubię Moneta, lubię Normandię i nawet lubię myśl o domu w Normandii, choć już sama żadnego domu, ani w Normandii, ani gdziekolwiek indziej, już bym nie lubiła. Polubiłam i Agata przydzieliła mi Memlinga, co miało oczywiście sens, skoro jestem z Gdańska.

W wyjaśnieniu napisałam: Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, namalowany ok. roku 1470 na zamówienie fundatora z Florencji i zdobyty przez polskich piratów czyli tzw. kaprów. To nieco niewygodna karta z dziejów polskiego muzealnictwa i na stronie muzeum nie ma o tym mowy. Ale to jednak największy skarb muzeum w Gdańsku.

I dodałam, że już kiedyś o tym Memlingu pisałam, a mianowicie TU.

Oczywiście, jak to w tych “łańcuszkach” bywa, Memling dostał sporo lajków, więc teraz to ja przydzielałam “lubiczom” artystów, których mają pokazać. Niektórzy dostali nawet całkiem trudne zadania do wypełnienia i dużo czasu, by się z nimi uporać. Niekiedy w odpowiedzi osoby te wstawiły mi – lub sobie – na FB reprodukcję jakiegoś obrazu czy rzeźby, ale zdarzyło się i tak, że wśród tych, którzy polubili Memlinga znaleźli się moi przyjaciele z Gdańska – Anna i Jacek Mydlarscy. Jacek jest malarzem.

Ania i Jacek to ważni dla mnie ludzie, nie tylko dlatego, że mają na imię tak jak mój syn i synowa :-). Kiedyś, dawno temu, gdy naprawdę, ale to naprawdę nie miałam pieniędzy, kupiłam od Jacka dwa jego obrazy. Ciekawe, że transakcja ta zapadła w pamięć nie tylko mnie, ale i naszej blogowej pisarce, Joannie Trümner (tej od Stuarta), która, okazało się, była przy tym. Ja tego w ogóle nie pamiętałam, ale ona i owszem, i wspomniała o tym, wygłaszając całkiem niedawno laudację o mnie, gdy Ferdynand Domaradzki, prezes Polskiej Rady Związku Krajowego w Berlinie, wręczał mi nagrodę polonijną “Najlepszy z najlepszych”. Joanna napisała, że spodobało się jej, bo widać było, iż mnie na ten zakup nie stać. Szkoda, że było to widać, ale była to oczywiście prawda – nie było mnie stać, ale obrazy mi się podobały, a też chciałam wesprzeć (ja, Polka na emigracji) polskiego artystę z Polski (naonaczas jeszcze peerelowskiej). Uważałam, że my, ci na Zachodzie, takie mamy obowiązki wobec sztuki, artystów i Polski. Na Joannie zrobił wrażenie zakup, na mnie fakt, że przypomniała mi to po wielu wielu latach.

Dodam może jeszcze, że obrazy wisiały u mnie przez dwadzieścia lat w wielu mieszkaniach, zawsze oba razem (“dwa Mydlarskie na ścianie”), po czym podarowałam je młodemu człowiekowi z rodziny, żeby miał kawałek prawdziwej sztuki i to jeszcze namalowanej przez kogoś, kogo zna… Od kilku lat obrazy Mydlarskiego nie wędrują już zatem z Ewą Marią Slaską od mieszkania do mieszkania (a miałam ich w Berlinie 14), tylko z Adamem Slaskim (też tu czasem pisuje, były np. takie reportaże z Iranu)…

No i teraz, kilka tygodni po tych “wypominkach” Joanny o mnie i obrazach Jacka Mydlarskiego, Jacek i Anna odzywają się w fejsbukowej zabawie w sztukę! Nie mogłam nie skorzystać z okazji. Natychmiast poprosiłam, żeby mi pokazali najnowsze obrazy… Jacka Mydlarskiego! I pokazali!

Ciekawe, że przez tyle lat nie zmieniłam zdania na temat tych (i takich) obrazów. Uważam, że obrazy bogate treściowo i kolorystycznie świetne są w muzeach, na reprodukcjach lub… u kogoś na ścianie. U siebie chcę mieć dzieła, które pozwolą mi codziennie na nową interpretację, takie bym mogła w nich zobaczyć i chandrę unyńską, i radość o poranku,  moje sprawy i moje uczucia. Obrazy Jacka spełniają wspaniale ten warunek!

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…