Szopa w salonie (Reblog & more)

Łukasz Szopa

Ja – gentryfikator

Dokładnie 10 lat temu przeprowadziłem się. Nie do Berlina (to było kilka lat wcześniej), lecz do berlińskiej dzielnicy Alt-Treptow. Z berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Powód był dość banalny: powiększyła się rodzina, potrzeba było „ciut więcej” miejsca, lecz dotychczasowa dzielnica nie oferowała mieszkań odpowiadających nam pod względem kosztów i metrów kwadratowych. Trzeba więc było poszukać „ciut dalej“ – nota bene w dzielnicy, której wcześniej nie znałem nawet z przejazdów metrem czy kolejką miejską. Z drugiej strony – było to tylko na przeciwległym brzegu kanału, więc jakby blisko.

Z biegiem – całkiem niewielu – lat okazało się, że nie tylko ja się tu przeprowadzam: większość sąsiadów okazała się być emigrantami z Kreuzbergu, Friedrichshainu, Mitte czy innych dzielnic, na które nie było ich stać – albo z powodu dzieci i metrażu, albo z powodu kosztów czynszu, albo obu bolączek. Gdyż, z ręką na sercu, nikt z nas nie przybył do Alt-Treptow z miłości (do dzielnicy i nie tylko).

A że dzielnica całkiem spokojna, do tego o rzut kostką brukową od knajpowych i kulturalnie ciekawszych części Kreuzbergu jak Schlesi i Görli, podobnie nieopodal hipsterskiego Kreuzkölln – efektem był nie tylko napływ nowych wewnątrzberlińskich uchodźców, ale i wzmożona aktywność budowlana.

I tak do dziś.

Jednak wtedy zainspirowało mnie grafiti na jednym z murów wznoszącej się nowobudowy: „Wir sind die Bionade-Bourgeoisie“. Oczywiście, nie był to manifest, lecz ironiczna uwaga pod adresem inwestorów, czyli dwunastu rodzin, które postanowiły jako „Hausprojekt“ wspólnie postawić sobie kamienicę. Gdy minął u mnie już uśmieszek i ciepło ironii, jak i podziw dla umiejętności poprawnego napisania drugiego słowa na „B“, ogarnęła mnie refleksja.

Że to do mnie. Że to o mnie.

Co prawda, do tej dwunastki inwestorów nie należałem (bo brakowało mi już wtedy trochę drobnych, by wydać ponad 2000 Euro na metr kwadratowy), ale w sumie – była to racja.

I ja jestem gentryfikatorem, stwierdziłem. Cóż z tego, że ze mnie żaden hedgefond czy rekin nieruchomościowy, a nawet nie średnio zamożny spadkobogacz z południowego zachodu Republiki Federalnej. I nie pomoże tu nic zwalanie winy na kapitalizm, państwo, miasto, brak inwestycji w budownictwo (socjalne i nie).

Faktem jest, że coraz nas w Berlinie więcej. W dodatku, wzrost populacji rośnie od dwudziestu pięciu lat nadproporcjonalnie do wzrostu wolnych mieszkań – nawet pomijając ich ceny. Czyli normalne jest w systemie podaży i popytu, choć może smutne i niemiłe, że ceny rosną, wypychając co biedniejszych tubylców na coraz to bardziej peryferyjne obszary miasta albo i dalej, o ile nie na cmentarze (a i te na peryferiach, bo centrum pełne).

No i właśnie wtedy jasne stało się dla mnie (i nadal jest), że i ja dokładam się i dołożyłem do tego procesu gentryfikacji. Ja, i w sumie 99% procent moich berlińskich znajomych i przyjaciół.

Kto nie wierzy, proponuję udział w krótkim ale szczerym quizie:
– Czy urodziliśmy się w Berlinie? Czy też jesteśmy migrantami – obojętnie skąd i z jakich powodów?
– A jeśli Berlin to jednak nie miejsce urodzenia – to czy przyjeżdżając tutaj i biorąc pierwsze mieszkanie, zapłaciliśmy za nie więcej czy mniej niż poprzedni lokatorzy?
– I czy zmieniając mieszkania, jak i mnie się zdarzało, bez względu na powody (dojazd do pracy, partner/partnerka, koszta czynszu, dzieci, estetyka dzielnicy) – ten proces wydawania więcej na mieszkanie (licząc na metr kwadratowy, i odliczając inflację!) – postępował dalej, czy jednak nagle zaczęliśmy wydawać na mieszkanie mniej?
– Wreszcie pytanie podstawowe: Czy musieliśmy przeprowadzić się do Berlina, czy też była to decyzja dobrowolna?
– W końcu: czy nadal jesteśmy zmuszeni tu być, mieszkać, i samym zajmowaniem przestrzeni mieszkalnej zawężać podaż metraży mieszkalnych – czy też moglibyśmy się gdzieś wyprowadzić, obojętnie czy do mamy, do dzieci, czy do tańszego lokum – obojętnie czy w Radomiu czy w Magdeburgu?

W moim przypadku sprawa jest jasna: nie urodziłem się w Berlinie, przyjechałem tu nieprzymuszenie, za każdym razem płaciłem wyższy czynsz, i nadal tu jestem. Dobrowolnie. Należę więc i ja do gentryfikatystów, czego wyrazem jest zrobiony przed laty t-shirt z napisem „Bionade-Bourgeoisie“, w którym szczególnie latem lubię spacerować po dzielnicy klucząc między kolejnymi nowymi budowami i hipsterskimi knajpami.

Link do artykułu z 22.08.2012 w „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ich-2013-gentrifizierer

Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Legenda o Warszawie – odcinek V

Wiktor Ostrowski

Buntownicy

Warsz ukończył już budowę swojej chatki. Umocnił zasieki dokoła, pozostawiając wyjście na rzekę – zakładane na noc osłoną z gałęzi i drugie wyjście w stronę puszczy, skąd znosi niestrudzenie  drewno i gałęzie. Urządził on sobie prymitywną wędzarnię, gdzie wędzi zapasy mięsiwa w przewidywaniu nadchodzącej zimy. Teraz medytuje nad rozbitą łodzią i dopasowuje do niej obrobione siekierą deski. Ale jak je zamocować?…

Od strony puszczy słyszy nagle dalekie głosy ludzkie. Chwyta siekierę i wpatruje się w dal. Uciekać – czy zostać i bronić  się za ostrokołem. Ale jest sam, a nieznanych ludzi – jak sądzi z  głosów – jest sporo. Kto? Prusowie czy swoi? Warsz wyładowuje  worek jadłem, bierze łuk i strzały i gotów jest uskoczyć w puszczę  po przeciwległej stronie do tej, którą nadchodzą obcy.

Ale głosy są nie tylko męskie. Warsz słyszy młody śmiech  dziewczęcy. Wreszcie od strony puszczy pojawiają się idący gromadnie,  chłopcy i dziewczęta. Warsz wsłuchuje się pilnie – to swojskie głosy, a nie szczekające okrzyki Prusów. Nieznana gromadka dostrzegła  chatę Warsza i zauważyła dym, smużący się z paleniska. Kilku chłopców ostrożnie posuwa się do przodu z sulicami gotowymi do walki. Warsz poznaje Dagniewa idącego na przodzie. Rzuca broń i  worek i biegnie im na spotkanie. Dagniew też poznał druha i po  chwili obaj młodzi ludzie zwierają się w radosnym uścisku.

Nadbiega reszta gromady. Urywkami, przerywanymi śmiechem słowami opowiadają o swych przygodach. Przybysze o swojej ucieczce z  grodu – Warsz o swym pobycie w niewoli i o swojej ucieczce. Wkrótce też Warsz, nie widząc wśród przybyłych Bożenki, pyta o nią.

Wszyscy milkną i w końcu Tur wyjaśnia Warszowi straszną prawdę – spalona.

Teraz Warsz kamienieje. Rozpacz miesza się z wściekłością.  Warsz chwyta siekierę i chce biec w puszczę. Dagniew i Tur starają mu się przemówić do rozsądku. Na próżno. Warsz chce bieżyć do  grodu i tam popytać się Rosława i Dziwomira, jakie mieli prawo zabić Bożenkę. Już on wywrze zemstę – krwawo zapłaci za śmierć swej  ukochanej. Jednak ból jest zbyt wielki – Warsz słabnie i siada na  stosie drewna. Chłopcy i dziewczęta otaczają Warsza i patrzą nań  ze współczuciem. Zabiera wreszcie głos Dagniew. Mówi – jesteśmy  z tobą, wrogów wśród nas nie masz, jesteśmy druhowie i przyjaciele.  Nawet, jak dotrzesz do grodu, nawet, jeśli dokonasz zemsty, to inni  tam ciebie ubiją. Rozumiem twój ból, ale rozsądek musi wziąć nad  nim górę. Ostań z nami. Tu, nad wielka rzeką już rozpocząłeś budowę osady. My tu też osiądziemy. To dobre miejsce. Myśmy przynieśli wszystko, co nam potrzeba do rozpoczęcia nowego życia. Może potem, kiedy już na dobre się osiedlimy i okrzepniemy – wyprawimy się z tobą. Kilkunastu dobrych wojowników. Wówczas wpadniemy do  tego rosławowego grodu i obu – grododzierżcę, i wróża związanych przyprowadzimy tutaj, tu osądzimy i ukarzemy.

Ale teraz, ale dziś ty jesteś nam potrzebny, tak jak my, twoi druhowie, jesteśmy potrzebni tobie. Ostań z nami. Będziemy i my,  i nasze dziewczęta ciężko pracować. Wybudujemy tu osadę nową. A  że my wszyscy jesteśmy stadłami, a ty jeden jesteś samotnikiem,  więc my tu, jak wszyscy jesteśmy, okrzykujemy ciebie naszym grododzierżcą. Ale nie takim książęcym, który przez swych komorników  krzyczy ciągle „dawaj więcej”, ale naszym wybranym przez nas, przez  dziewczęta i chłopców. Tyś, Warszu, pierwszy tu przybył, tyś już  się pobudował, tyś już porobił zapasy. My – przy twojej radzie  stworzymy tu nową osadę i nazwiemy ją “Warszową”, bo ty nam będziesz  przewodził – tyś nasz pierwszy, tyś najdzielniejszy i ciebie los  najboleśniej dotknął. Ostań z nami, pierwszy grododzierżco Warszowy. To Warszowa zagroda, to Warszowa łódź, to Warszowa polana – to Warszowa. Przecież gdyby z nami była twoja Bożenka, to tak by  tak by  się nazywała, gdyby była twoją żoną. Niech więc nasza osada zwie się Warszowa.

Warsz słucha uważnie mądrych słów Dagniewa, łzy płyną mu po  policzkach, dziewczęta głośno płaczą, a niejeden z chłopców odwraca  się i ociera łzy.

Warsz mówi do Dagniewa: tyś, druhu, mądra głowa: Pewnie tu nikt nie będzie nad nikim, społem będziemy pracowali, ale pamiętaj, coś rzekł: po zimie – wyprawa na Rosława i Dziwomira!

Młodzi zrzucają swe toboły, dobywają zapasów, pojadają i gwarzą. Zmęczenie bierze jednak górę i po kolei układają się na trawie, dziewczęta opierają głowy na kolanach chłopców i z wolna wszyscy zasypiają. Najdłużej mową ze sobą Warsz, Dagniew i Tur, ale i  ich w końcu zmógł sen. Noc zapada i tylko duże trzy ogniska, podsycane przez dyżurujących chłopców, jasno płoną.

Ranek. Na polanie gorączkowo pracują chłopcy i dziewczęta.  Praca jest dobrze rozdzielona. Chłopcy trzebią las, znoszą pnie  na budowę domostw. Inni szykują łódź Warsza. Inni rozkładają i  przepatrują sieci.


Kupała 2014 na Krutyni, zdjęcie EMS

Nad całą polaną rozbrzmiewają dźwięki pieśni – ich piosenki  wolności.

Wolne dziewczęta i chłopcy
Wolni chłopcy
Kto pamięta
Gdy rządzili nami obcy
Hej, dziewczęta
Kto pamięta
Niech pracuje, łowi ryby
Niech buduje
Niech pracuje
Niech nie leni się, bo gdyby
Nie pracował
Nie budował
Razem z nami, z dziewczętami
I z chłopcami
To by z nami
Nie cieszył się piosenkami
Praca wolna
Leśna – polana
Praca w znoju tu nad rzeką
Praca w znoju
Lecz w spokoju
Pieśń rozbrzmiewa w las daleko
Pieśń rozbrzmiewa
Każdy śpiewa
Wolni chłopcy i dziewczęta
Precz, precz smutki
Dziś sobótki
Dziś sobótki – nasze święto.

Rosław płynie ze swoimi pachołkami. Teraz, co pewien czas  widzi wyraźnie ślady, pozostawiane przez Bożenkę w czasie obozowania i noclegów. Widać, dziewczyna w miarę oddalenia się od grodu  lekceważy sobie możliwość pogoni i zaniedbuje maskowania swych  miejsc postoju.

Rzeka, po której płynie Rosław, staje się coraz szersza i wreszcie wpada do innej wielkiej rzeki. Rosław ląduje na brzegu  i zastanawia się – w którą stronę mogła udać się uciekinierka. Ale  zastanawia się niedługo – bo oto na brzegu widzi wyraźne ślady stóp  dziewczęcych. Podniecony Rosław skacze do łodzi i każe pachołkom  pchać łódź w górę rzeki. Chłopcy ciężko pracują, nurt rzeki jest  bystry, a i do dna nie wszędzie zdołają sięgnąć drągami.

Zapada wieczór, ale Rosław wciąż pogania chłopców, licząc, że Bożenka jest już niedaleko. Rosław zdrzemnął się. Chłopcy pracują  ciężko i wyraźnie boją się wielkiej wody. Nagle przed łodzią zjawia się Panna Wodna, chwilę jest widoczna i znika pod wodą. Pachołkowie  wbijają drągi w dno rzeki i wystraszeni zatrzymują łódź. Bezruch  łodzi budzi Rosława. Chwyta on za kij, lży chłopaków. Ci mówią, że  ukazała się Panna Wodna, dalej nie można płynąć, bo gibiel, bo śmierć.

Rosław dalej lży ich. “Rybęście zoczyli, dalej płynąć! Już  niedaleko!” Chłopcy jednak nie słuchają. Ogarnął ich zabobonny  strach. Rosław kijem wali chłopców, zmuszając ich do posłuszeństwa.  Oni w panice wyskakują z łodzi i brnąc po pas w wodzie, docierają do  brzegu i nikną w zaroślach. Jeden z nich w pośpiechu zostawił w łodzi tarczę i miecz.

Rosław osamotniony chwyta drąg i pcha łódź z wysiłkiem przeciw  prądowi.

Po długim czasie Rosław z dala widzi na brzegu dym ogniska i  spostrzega dziewczynę, szykującą się do noclegu. Jest sama.  Pies pogonił w puszczę za zającem. Rosław ostrożnie i cicho podpływa do brzegu, uwiązuje łódź do konara drzewa i, brnąc po wodzie,  wychodzi na brzeg. W ręku ma kij i sznur. Broń zostawił w łodzi.  Do ujarzmienia dziewczyny starczy mu kij. Cichutko podkrada się i  znienacka chwyta dziewczynę. Bożenka – oszołomiona – przychodzi  jednak natychmiast do siebie i broni się rozpaczliwie. Rosław  zdzielił ją kijem raz i drugi i chwycił ją w pół, starając się obezwładnić dziewczynę. Mimo zaciętej obrony dziewczyna słabnie. Nagle z zarośli wypada Ryk i warcząc rzuca się na napastnika. Teraz  Rosław broni się przed ostrymi kłami psa i nacierającą wściekle dziewczyną. Cofa się zrazu wolno, po czym biegnie, skacze do wody, wskakuje na łódź i odpływa rzucając przekleństwa na Bożenkę.

Rosław odpływa, rezygnując – zda się – z pogoni i wyprawy.  Bożenka pieści psa, potem spokojnie przygotowuje sobie posłanie, dokładając stale gałęzi do palącego się ogniska.  Rosław pod osłoną znajdujących się z brzegu drzew podpływa  łodzią i z niewielkiej odległości mierzy z łuku do stojącej w świetle ognia dziewczyny. Teraz ma złą i zawziętą twarz. Jeżeli Bożenka jest dla niego stracone – to nie może żyć.

Rosław wypuszcza strzałę, które tuż obok głowy dziewczyny wbiła się w pień drzewa. Bożenka natychmiast skacze za drzewo, chwyta  oszczep i jest gotowa do obrony. Pies też gotów. Przypadł do ziemi i szczerzy zęby.

Ale obrona jest już niepotrzebna. W momencie strzału Rosław  traci równowagę, wpada do wody i, obciążony zbroją, natychmiast  tonie.

(Zdjęcie podwodne). Tonie Rosław, a z nim wpadają z przewróconej łodzi do wody miecz i tarcza. Podpływa Syrena, chwyta tarczę i miecz i odpływa.

(Zdjęcia nawodne). Przewrócona łódź spływa z prądem w dół  rzeki.

Pogodna noc księżycowa. Bożenka z psem – w rozwidleniu drzewa – układa się do snu. Ognisko wygasa. Daleko na rzece widać płynącą Syrenę.

Dokończenie za tydzień

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. “Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że “ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017

Barataria 20 król i żebrak

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon (2)

O podobieństwie Sancho Pansy do Króla Salomona już TU pisałam. Obaj byli bystrymi sędziami, zdolnymi zdemaskować sztuczki oszustów, przy czym nie kierowali się kodeksami, lecz umieli sprowokować sytuację tak, by winny sam się ujawnił.

Jednak podobieństw pomiędzy oboma władcami było więcej. Obaj lubili przysłowia, i to rymowane, w czym się zresztą Sancho do Marchołta grubego a sprośnego upodobnia. Obaj mieli też przeżyć / żyć w biedzie, zanim wolno im było objąć władzę.

W interpretacji epizodu z Baratarii badacze cervantyści często wspominają, że w Don Kichocie zachowana zostaje pewna symboliczna kolejność, najpierw bohater wzlatuje w przestworza – Salomon na latającym dywanie, Sancho Pansa na drewnianym koniu Chevillard – potem następuje upadek i w tym momencie dokonuje się zmiana statusu. Król staje się żebrakiem-wygnańcem, biedak wagabunda zostaje władcą.

Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli

Nie pamiętam żebraczego epizodu w życiu Salomona. Był postacią na poły legendarną. Zakłada się, że żył w X wieku przed naszą erą, urodził się koło roku 1000, zmarł w roku 931. Egipt, w którym panował faraon Shishak, w roku 925 p.n.e najechał królestwo Izraela. Sziszak był postacią historyczną i teściem Salomona. Sam Salomon był synem króla Dawida, chłopaka-bohatera, który kamykiem z procy zabił Goliata, był wojownikiem, wygnańcem, bohaterem, a wreszcie królem, i Batszeby, żony Hetyty Uriasza, która tak się spodobała królowi, że wysłał jej męża na wojnę na pewną śmierć, by samemu ukoić żądze jej wdziękami. Nota bene, to ta słynna Batszeba, którą Dawid ujrzał w kąpieli, a którą lubili malować malarze wszystkich pruderyjnych czasów. Podobnie jak rajska Ewa, Batszeba musiała być naga…

W Biblii, gdzie Salomon występuje aż w dwóch księgach Królewskich i jest uważany za autora pieśni, w tym słynnej Pieśni nad pieśniami, przysłów i mądrości (2 Sm 12,24; 1 Krl 1-11; 1 Krn 22,5-23,1; 1 Krn 2; 2 Krn 1-9; Ezd 2; Ne 7, 11-13; 2 Mch 2; Ps; Prz; Koh; PnP; Syr 47; Jr 52;), a też w Ewangeliach i w Dziejach Apostolskich, nie ma mowy o żadnym wygnaniu. Poszukując więc króla, który nie może być królem, muszę odejść od Biblii i wejść w świat legend i apokryfów. W Skarbnicy midraszy, znajduję historię o tym, jak Salomon z króla stał się żebrakiem. Tę, na którą powołują się badacze Don Kichota. I rzeczywiście najpierw jest opowieść o ogromnym latającym dywanie (miał wymiary 60 mil na 60!), a potem kilka historii o królewskim wygnaniu.

Trzy długie lata Salomon cierpiał fizycznie i moralnie. Była to niewątpliwie kara za to, że złamał trzy nakazy Tory, obowiązujące władców Izraela. Królowi Izraela nie wolno było mieć wielu żon, dużo koni i dużo złota

Trzy lata trwało wygnanie króla, który znalazł się nagle na obcej, dalekiej ziemi. Bez grosza przy duszy błąkał się po ulicach nieznanych miast i po drogach nieznanych wsi jak zwykły żebrak. Nikt go nie znał i nikt go nie poznał. (…) Po trzech latach spędzonych na wygnaniu Bóg okazał mu łaskę i wskazał drogę, na którą powinien wejść, aby móc powrócić do swego państwa, władzy i wielkości.

Ale nawet wtedy, w biedzie i poniewierce, pozostał sobą, potrafił rozkochać w sobie królewską córkę i przywiózł ją do Jerozolimy jako kolejną żonę (miał ich 700 – księżniczek i jeszcze trzysta pomniejszych).

Jest w tych opowieściach o królu-banicie historia o dwóch ludziach, którzy rozpoznali w żebraku prawdziwego władcę, jeden był bogaty, drugi – ubogi. Po powrocie do stolicy, pisząc swe Przypowieści król zapisał:

Lepsza jest potrawa z jarzyn, a przy tym miłość, niż karmny wół wraz z nienawiścią. Lepszym okazał się posiłek z kapusty okraszonej miłością, który spożyłem u biedaka, niż posiłek z wołu nadzianego nienawiścią, który przygotował dla mnie bogacz.

Midrasze to takie apokryfy, opowiastki, którymi rabini żydowscy wyjaśniali świat. Legenda o tym, że diabeł Asmodeusz oszukał Salomona i wygnał go z królestwa, a sam przybrał postać króla była w rabinackich mądrościach nader potrzebna, pomagała bowiem zrozumieć, jak to się stało, że mądry i pobożny król Salomon zgłupiał i stał się pożądliwym grzesznikiem. A jest o tym mowa nie tylko w różnorakich opowiastkach, ale i w samej Biblii. Mędrzec Syrach mówi do Salomona:

Niestety, kobietom wydałeś swe lędźwie
i wyuzdaniu oddałeś władzę nad swym ciałem.
Splamiłeś swą chwałę,
zhańbiłeś swoje potomstwo,
sprowadzając gniew na dzieci
i napełniając je smutkiem z powodu twojej głupoty.

Dzięki midraszowej opowieści to wcale nie król Salomon na starość uległ podszeptom żon i zaczął oddawać cześć obcym bogom, to demon podszywał się pod starca. I tu ciekawostka – Asmodeusza zdemaskowało podobno to, że miał ptasie pazury zamiast stóp. Na ilustracji poniżej ma jednak normalne ludzkie nogi.

Asmodeusz
Collage fotograficzny ze strony “deviant.art” wykonany przez Amosha, który podaje o sobie, że jest Rosjaninem (Ormianinem) i urodził się 11 kwietnia.

Za tydzień, co jedli? Jeszcze jedna opowieść o gubernatorze Baratarii zaczerpnięta  przez Cervantesa z midraszowych opowieści o królu Salomonie albo Syty głodnemu nie wierzy.

Legenda o Warszawie – odcinek IV

Wiktor Ostrowski

Ucieczka

Warsz, razem z innymi towarzyszami niedoli, zmuszeni są do ciężkiej pracy niewolniczej. Nędzna nora, w której śpi kilkudziesięciu jeńców, nie ma nawet barłogów, wszyscy śpią na gołej ziemi, przytulając się do siebie dla ciepła. Od świtu do ciemnej nocy pracują wytężeni, a za każde niedbalstwo są nieludzko katowani.
Dwóch niewolników łowi ryby z ciężkiej łodzi, na której oprócz nich siedzi dwóch pruskich wojowników. Od tej łodzi rozciągnięta jest sieć do małej łódki, na której jest Warsz. Płyną powoli, sieć obciąża się coraz bardziej. W chwili, kiedy osiedle i inne łodzie nikną już w oddali, Warsz jednym ruchem wyrzuca sieć do wody, wpiera drąg w dno rzeki i – nim Prusowie zorientowali się, już Warsz na swojej lekkiej łódce odpłynął o kilka staj. Prusacy podnieśli krzyk, naciągają łuki i strzelają w stronę Warsza, jednocześnie ponaglają jeńców do szybkiego pchania łodzi za Warszem. Ale łódź, obciążona wielką pełną siecią, nie może płynąć szybko i – nim inne łodzie pruskie ruszyły w pogoń – już Warsz zniknął im z oczu za zakrętem rzeki. Prusowie rezygnują z pogoni. W głąb puszczy, przez którą płynie rzeka, nie chcą się zapuszczać, a zresztą idzie tylko o jednego niewolnika.
Warsz silnie i nieprzerwanie pcha swoją łódź w dół rzeki. Jednocześnie przegląda sprzęt, który – w tajemnicy przed Prusami – udało mu się schować na dnie łodzi. Najważniejsze to, że ma siekierę i dużą ilość rozmaitych sznurów, a także małą sieć. Upływają godziny i dni. Warsz już sporządził sobie podczas postoju na brzegu rzeki łuk i zaostrzył sporo strzał. Zatrzymując się na krótko – bo wciąż obawia się pogoni – poluje i odżywia się mięsem zabitych ptaków i małych zwierząt.
Warsz widzi, że jego rzeka wpada do wielkiej rzeki, która płynie tworząc liczne rozlewiska. Namyśla się, w którą stronę płynąć. Rzeka płynie na północ, Warsz boi się tego kierunku, słusznie mniemając, że może tam napotkać Prusów. Obiera zatem przeciwny kierunek, licząc że może doprowadzi on go do swoich. Tak więc natychmiast odbija od brzegu i – ciężko walcząc z silnym nurtem – posuwa się w górę rzeki. Teraz nie idzie mu już tak łatwo, jak poprzednio i Warsz bardzo musi się napracować, toteż częstsze są przerwy i odpoczynki.
Widzi jednak, że cel jego wędrówki może stać się rzeczywistością, nie traci więc nadziei – płynie – polecając się bogom rzeki i od nich oczekując opieki i pomocy.

Pieśń Warsza:

Dobrej rzeki dobre bogi,
Rzeki szarej, rzeki wielkiej,
Sprawcie, niech nie znajdą wrogi
Drogi do mnie, dobre bogi…
Dobre bogi dobrej rzeki,
Chrońcie mnie od mocy wszelkiej,
Nieście łódź mą w kraj daleki,
Wielkie wody wielkiej rzeki.
Dobrej rzeki bogi dobre,
Wiedźcie mnie przez prądy, progi,
By me serce było chrobre,
Dozwólcie, o bogi dobre…

Warsz przybliża się, płynąc łodzią, do brzegu rzeki. Puszcza przerzedza się tam, tworząc polanę, za którą wznoszą się urwiska, porosłe puszczą.
W momencie, kiedy łódź Warsza jest blisko brzegu, trafia na ostry głaz, który rozbija cały dół łodzi. Warsz z wysiłkiem holuje łódź do brzegu, wyciąga ją na piasek i znosi swój skromny dobytek na brzeg.
Zabobonny chłopak widzi w tym rękę bogów i decyduje się na pozostanie w tym miejscu na długo może na zawsze. Od razu zatem, bez chwili wypoczynku, zabiera się do zabezpieczenia sobie noclegu. Jeszcze przed nocą z nazbieranych konarów i gałęzi tworzy ochronę przed dzikimi zwierzętami. Z gałęzi buduje szałas, który będzie jego domem aż do zbudowania bardziej trwałego domku.

Foto: Krzysztof Woźniak

Bożenka z psem wędruje niezmordowanie, oddalając się coraz bardziej od znienawidzonego grodu i groźnych nieprzyjaciół. Dziewczyna w czasie długiej wędrówki, pod wpływem wciąż grożących niebezpieczeństw, dziczeje coraz bardziej. Nie ma ona teraz trudności ze zdobywaniem pożywienia. Poluje coraz to sprawniej. Pies również poluje i przynosi jej coraz to nową zwierzynę. I Bożenka, i Ryk są syci i – co za tym idzie – silni. Dziewczyna włada już tak oszczepem, że nie boi się nawet grubego zwierza. Boi się tylko ludzi i wciąż obawia się pogoni.
W czasie wędrówki, zwłaszcza o wieczorowej porze, majaczą się wciąż dziewczynie leśne widziadła. Ona się nawet ich już nie boi, ale nie rozumie tego, co ją otacza, i granica między otaczającą ją przyrodą a zjawiskami nieziemskimi zaczyna się w jej umyśle zacierać. Jednak nie boi się, zwłaszcza że pies nie reaguje zupełnie na te zjawy, a – gdyby były naprawdę – to on pierwszy odczułby niebezpieczeństwo.
Przed wieczorem pewnego dnia dziewczyna z psem dochodzi do miejsca, w którym “jej” rzeka wpada do innej, wielkiej rzeki, toczącej swe szeroko rozlane wody. Dziewczyna staje bezradna. Czy przeprawić się na drugi brzeg, “mojej” rzeki, ale to trudne, bo i ta rzeka przy ujściu jest szeroka i niebezpieczna, czy też iść w górę przeciw prądowi rzeki.
Bożenka coś jednak wie o tej wielkiej rzece. Starzy ludzie w grodzie bajali o niej, o rzece daleko na wschodzie, do której jednak nikt z grodu jeszcze nie dotarł. Bożenka patrzy uważnie w dal i nagle spostrzega na daleko w wodzie płynącą postać – pół kobietę – pół rybę. Płynie, pluska się i igra w wodzie w promieniach zachodzącego słońca. Nagle zatrzymała się, jakby stanęła na ogonie i ręką wyraźnie wskazała Bożence kierunek – w górę rzeki. Bożenka już wie, to Panna Wodna, o niej to bajały stare kobiety w grodzie, że dziewka, którą opiekuje się Panna Wodna, zawsze będzie szczęśliwa. Toteż Bożenka nie waha się ani chwili i – ślepo posłuszna idzie z psem we wskazanym kierunku. Panna Wodna niknie.

Leśne obozowiska uciekinierów z grodu. Odpoczywają, jedzą. Łowcy z puszczy przynoszą ubitą zwierzynę. Dziewczęta rozniecają ogień, warzą strawę. Mężczyźni budują prowizoryczną wędzarnię i – podtrzymując ciągły ogień – wędzą mięso na dalszą wędrówkę. Panuje tu ład, porządek i spokój. Dagniew rozstawił nieliczne straże, które pilnują, żeby nikt nie zaskoczył ich nie przygotowanych, ale nawet daleki zwiad, stale penetrujący puszczę w kierunku grodu, nie znajduje nic niepokojącego. Z każdym dniem wędrówki niebezpieczeństwo pogoni maleje. Zresztą nie obawiają się specjalnie wroga.
Jest ich trzydziestu, a i trzydzieścioro dziewcząt uczy się pilnie od chłopców władania bronią – sulicą, łukiem czy nawet toporem. To młode i silne dziewki, idą, pracują, nie gorzej od chłopców i wytrzymują dzielnie trudy wędrówki.
Tym razem odpoczynek był długi – kilkudniowy, bo i zapasy należało poczynić, i strudzonym nogom dać oddech i starunek. Ale koniec postoju. Znów wąż objuczonych młodych rozciąga się, otwierany i zamykany przez czujny zwiad. Orientując się według słońca i mchu na drzewach idą wytrwale dalej.

Warsz samotnie pracuje niemal bez wytchnienia w swojej nowej zagrodzie. Otoczona ona jest już wysokim zasiekiem, założonym ostrymi krzewami i gałęziami z jednym tylko otworem na wejście – od strony rzeki. Od strony puszczy jeszcze nie wszystko jest ogrodzone. Chata – mała, ale dla Warsza dostateczna – jest gotowa i pokryta gałęziami i mchem. Przy chacie Warsz ułożył w sągi drewno na opał, na zimę.
Robota jest trudna, bo ze wszystkich potrzebnych narzędzi Warsz posiada tylko jedną siekierę, więc na razie o takich robotach, jak naprawa łodzi, nie ma co nawet marzyć. Więc poluje, choć wciąż je mięso i jest nie słabszy, jednak ani chleba, ani kaszy nie uświadczy. Ale trudno tak trzeba żyć.

Rosław dumnie rozparty w łodzi popychanej z prądem przez dwóch silnych pachołków. Od czasu do czasu przegląda pilnie brzegi rzeki. Nagle każe on zatrzymać łódź i zbliżyć się do brzegu. Nareszcie znalazł trop. Raz jeden Bożenka zaniedbała starannego zatarcia śladów. Rosław znajduje popiół po ognisku i strzępy starego giezła Bożenki. To tu narządzała ona sobie nowe okrycie ze skóry zabitej łani, której kości również wskazują na obozowisko. Teraz Rosław z nową energią siada do łodzi i popycha pachołków, nie szczędząc im wymysłów i szturchańców.

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Reblog: Pełnia lata i inne wiersze / Der Hochsommer und andere Gedichte

Das SprachCafè Polnisch e.V. in Pankow
STZ Pankow, Schönholzer Str. 10, 13187 Berlin
02.06.2017 – 31.08.2017

2 czerwca – wieczór poezji i wernisaż / 2. Juni – Poesieabend & Vernissage
18:00

Agata Koch

A skąd się biorą te wszystkie myśli?
Przychodzą do nas z kosmosu?

Te duże i małe,
te szare i barwne,
te nowe i dawne,
te zimowe i te z lata,
te smaczne i bez smaku,
te pachnące i te bez zapachu,
te górnolotne i te codzienne,
te ważne i te nie tak bardzo…
te lekkie i te ciężkie,
te rozbiegane i te spokojne,
przezroczyste i gęste,
miękkie i nie do zgryzienia,
te moje i te mi obce,
te proste i te nie do zrozumienia,
te widoczne i te…
te jasne…

…i jakie jeszcze będą?
Teraz już sama nie wiem –
spójrz na nie ze mną…

Danke…

Wo kommen all diese Gedanken her?
Aus dem großen All von überall?

Die großen und die kleinen,
die grauen und die farbigen,
die neuen und die von früher,
die winterlichen und die vom sommer,
die leckeren und die ohne geschmack,
die duftenden und die geruchlosen,
die abgehobenen und die alltäglichen,
die wichtigen und die nicht ganz so,
die leichten und die schweren,
die hektischen und die ruhigen,
die durchsichtigen und die dicken,
die weichen und die nicht zu knacken sind,
die von mir und die mir fremden,
die einfachen und die unfassbaren,
die sichtbaren und die…,
die klaren…

…wie sind sie denn noch?
Gleich weiß ich selber nicht mehr,
schaue Du jetzt mit hoch…

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind, mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Rzeczy
które mamy
posiadamy
pragniemy
rzeczy
o które się tak staramy
których potrzebujemy
które są nieodzowne
lub tylko tak wydaje się nam

rzeczy
które lubimy
które są piękne i modne
nam towarzyszą i otuchy dodają
wiele umożliwiają i ułatwiają

rzeczy
przypominają
nasz smak opisują
i przynależność wyrażają
oraz prestiż

dzielimy się rzeczami z innymi
dzielimy się z rzeczami
sprawami duchowymi…

rzeczy
zbieramy
przekładamy
rzeczy
które leżą
spoczywają i się nudzą
zakurzone
pod swym ciężarem
– rzeczy zmęczone…
– – –

Sachen
die wir haben
besitzen
nach denen wir streben
um die wir uns so Mühe geben
Sachen, die wir brauchen
die unentbehrlich sind
oder uns nur so vorkommen
mögen

Sachen
die schön sind und in
Sachen, die wir mögen
die uns begleiten und es gemütlich gestalten
vieles ermöglichen und leichter machen

Sachen
die uns an was Bestimmtes erinnern
die unseren Geschmack beschreiben
und Zugehörigkeit
sowie Prestige zeigen

wir teilen Sachen mit anderen
wir teilen mit Sachen
auch Seelen…

Sachen
die wir sammeln
leihen, umräumen
Sachen
sind liegengeblieben
sie ruhen und langweilen sich
verstaubt
unter ihrer Last
– müde…

…bo najważniejsze jest
to
między chwilami
w nawale spraw
pędzie dnia codziennego
milionów detali jego
głębię oddechu poczuć
i lekkość
nagłą i piękną
spojrzeć na
to
jak na czarne na białym
czy
białe na czarnym?
klarowne
cudowne
To

…denn das Wichtigste ist
das
zwischen den Augenblicken
in der Menge der Dinge
und der Schnelligkeit des Alltags
in Milionen seiner Details
die Tiefe des Atems zu erspühren
und seine Leichtigkeit
die plötzlich eintritt und schön ist
das
zu erblicken
wie Schwarz auf Weiss
oder
Weiss auf Schwarz?
ein klares
wunderderbares
Das

Obrazy / Bilder

W rozmowie / Im Gespräch, Collage, Barbara Konieczna

Co nas porusza – wystawa zbiorowa artystek*artystów z berlińskiej dzielnicy Pankow/ Was uns bewegt? – Gemeinschaftsausstellung der Pankower Künstler*innen

Wystawiają / Es stellen aus:
Agata Koch, Aleksandra Gajda, Barbara Konieczna, Bianca Monroy, Estrella Betancor, Gabriele Klier, Grażyna Zarębska, JP Bouzac, Justyna Stokłosa, Sabine Renault,  Silviya Zdravkova, Susanne Kiene

Spotkanie w ramach cyklu prezentacji autorów bloga
Ein Treffen im Rahmen des Vorstellens der Autor*innen vom Blog
ewamaria2013
&

Stuart 24

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

Joanna Trümner

Pożegnanie

Zbliżał się koniec roku, Stuart cieszył się na ponad miesięczny urlop od pracy w szkole. Z niecierpliwością czekał na wyjście Meg ze szpitala za kilka dni i wykorzystywał ciszę, która zapanowała w jego mieszkaniu od czasu, kiedy Liza zaczęła spędzać każdą wolną chwilę z Chrisem – ojcem Meg, na pisanie nowych utworów. Liza przedłużyła swój pobyt w Sydney o miesiąc. Zaskakująca miłość rodziców Meg – dwójki ludzi, którzy po trzydziestu latach zaczęli poznawać się na nowo, nabierała szybkiego tempa. Stuart patrzył z zaskoczeniem na tę dwójkę starszych ludzi, która zachowywała się jak para zakochanych nastolatków i z trudnością rozstawała na kilka godzin. „Życie pisze niesamowite historie”, myślał patrząc na nich podczas odwiedzin w szpitalu, „ktoś, kto ich nie zna, mógłby pomyśleć, że ma przed sobą rodzinę, która zawsze była razem”.

Nie mógł doczekać się Sylwestra, końca roku 1981 – roku, który przyniósł wiele złych, niepotrzebnych wydarzeń. W kilka godzin przed północą siedział na niewygodnym krześle w pokoju szpitalnym. Opowiadał Meg o planach porzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. „Musisz to zrobić, inaczej będziesz kimś, kto przez całe życie będzie żałował, że z wygodnictwa nawet nie próbował znaleźć swojej drogi”, skomentowała. Krótko po północy ktoś nieśmiało zapukał do drzwi pokoju. Stuart od razu rozpoznał lekarza, który operował jego dziewczynę w tę fatalną noc przed czteroma miesiącami, kiedy los decydował o tym, czy będzie dalej żyła. „Chciałem złożyć życzenia noworoczne mojej ulubionej pacjentce”, powiedział podchodząc do łóżka. „Meg, zostało ci jeszcze tylko pięć dni pobytu w szpitalu, mam nadzieję, że i po twoim wyjściu na wolność będziemy mieli okazję do dalszych ciekawych rozmów”, powiedział. Stuart poczuł rosnącą zazdrość, zaskoczyła go intymność tej rozmowy, nagle wydało mu się, że pokój stał się za ciasny dla trójki ludzi. Zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o dziesiątkach godzin, które jego dziewczyna spędziła na czekaniu na kolejną wizytę, badania i zabiegi. Nic nie wiedział o „ciekawych rozmowach” pomiędzy lekarzem a młodą psycholożką, o tym, jak Meg spędzała czas, o jej czekaniu i wrażeniu, że stoi na bocznym torze życia. „Czas już, żeby w końcu była w domu”, pomyślał.

W kilka godzin później wrócił do swojego mieszkania, już na schodach usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu. Dzwoniła matka: „Musisz koniecznie przylecieć, Stuart umiera na raka, bardzo chce się z Tobą przed śmiercią zobaczyć”. „Jak mogłem do niego tak długo nie zadzwonić?”, pomyślał ze wstydem, przypominając sobie ostatnią rozmowę z wujkiem, od której minął ponad miesiąc. Rozmowę zakończoną słowami Stuarta-seniora: „Kto wie, czy jeszcze się kiedykolwiek zobaczymy”, słowami, które teraz nagle nabrały sensu. Stuart-senior – jego ukochany wujek, dobra, życzliwa dusza, której opiekuńcze skrzydła czuł nad sobą przez wiele lat, umierał.

Następnego dnia poszedł rano do szpitala i powiedział Meg, że musi na co najmniej dwa tygodnie wyjechać do Anglii. Dziewczyna uspokoiła jego obawy, że nie da sobie rady po powrocie ze szpitala. „Poradzę sobie, musisz do niego polecieć. Mną się przecież mogą w tym czasie zająć rodzice”. W kilka dni później Stuart wsiadł do samolotu, a podczas długiego lotu przypominał sobie spotkania z wujkiem i jego partnerem, koncerty w ich galerii i cztery lata pobytu w Londynie.  „Ten nowy rok fatalnie się zaczyna”, pomyślał i mimowolnie przed jego oczami pojawiła się twarz młodego lekarza ze szpitala.

W Londynie na lotnisku czekał na niego Brian, partner i wspólnik Stuarta seniora. „Jest fatalnie, to dla niego bardzo ważne, że jesteś. To rak płuc i lekarze nie dają nam żadnej nadziei. Do śmierci zostało mu prawdopodobnie kilka dni, w najlepszym wypadku tydzień, albo dwa. Nie zdziw się, on ma straszne bóle i dostaje morfinę, a przez to nie zawsze wie, co się wokół niego dzieje.” Stuart wszedł więc do budynku szpitala „Royal Hospital” z obawą, czy uda mu się jeszcze w ogóle porozmawiać z człowiekiem, któremu tak wiele zawdzięczał i na którym zawsze mógł polegać. Przyszli razem z Brianem. Na widok chorego z trudem powstrzymał łzy – choroba zmieniła tego przystojnego mężczyznę w karykaturę człowieka, zapadnięte policzki, jeden cienki kosmyk włosów na środku głowy i przebarwienia skóry, wyglądające na rany po poparzeniach, nadały jego wyglądowi coś niesamowitego. Z myśli wyrwał go głośny szept pacjenta: „Bardzo się cieszę, że jesteś. Ostatnio dużo o tobie myślałem, żegnam się przecież z wami wszystkimi”.

Stuart przejął inicjatywę prowadzenia rozmowy, ale w pewnym momencie przerwał swoje opowiadanie o nowościach w Sydney, bo poczuł, że chory jest bardzo zmęczony. Zostawił pacjenta samego i poszedł do szpitalnej stołówki, gdzie czekał na niego Brian.

Brian powiedział Stuartowi, że choroba pojawiła się nagle, wtedy, gdy, niestety, obaj mieli ze sobą duże problemy. „Przez ostatnie lata byliśmy przede wszystkim partnerami i przyjaciółmi”, mówił Brian. “W ciągu ostatnich lat spadło na nas niemało kłopotów. Podjęliśmy kilka złych decyzji, zainwestowaliśmy pieniądze w obrazy, których nikt nie chce kupić. Zdarzało się, że nie mieliśmy pieniędzy na czynsz. Na szczęście od roku ta zła passa się skończyła, galeria znowu przynosi niezłe zyski. Wszystko to bardzo zmieniło nasz związek – ja przestałem w którymś momencie wierzyć w to, że go jeszcze kocham. No i kogoś poznałem.” Brian był wyraźnie zakłopotany. „Do końca życia nie pozbędę się uczucia, że jego rak jest moją winą. Tamtą historię skończyłem, jak tylko dowiedziałem się o jego chorobie, dopiero wtedy zrozumiałem, że on jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie.” Stuart nie wiedział jak zareagować na intymne zwierzenia Briana. „Najważniejsze, że teraz przy nim jesteś. Ważne, żeby wiedział, że nie jest sam i że jest kochany”, powiedział, próbując uspokoić wyrzuty sumienia Briana.

Następnego dnia Stuart-senior był w lepszej formie. Po kilku minutach rozmowy spytał siostrzeńca o jego muzykę. „Nigdy o niej nie zapominaj, masz talent i musisz coś z nim zrobić. Ja też zawsze marzyłem o własnej galerii, zawsze wierzyłem w to, że kiedyś mi się to uda. Proszę cię nie rezygnuj. Większość ludzi nie ma żadnego celu, przeżywa to życie niczego nie pragnąc – a ciepłe mieszkanie i obiad to nie wszystko”. Stuart-senior mówił ostatnie słowa tak emocjonalnie, że przez chwilę sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, który za chwilę wstanie z łóżka i pójdzie przygotowywać kolejną wystawę, prawie można było zapomnieć, że zostało mu zaledwie kilka dni.

Zaraz po tym wybuchu emocji pacjent zasnął, Stuart zostawił go więc w spokoju i poszedł do kantyny. Tam z radością zobaczył, że przy stoliku razem z Brianem siedzą jego matka i siostra Kate. Przywitał się z nimi, z pewnym rozczuleniem wziął z rąk matki ciepłą kurtkę, którą zostawił w domu wyjeżdżając do Australii. „Matka zawsze pozostaje matką, jak to dobrze”, pomyślał, bo przez ten spontaniczny przyjazd nie przygotował się do zimy, a ta, w nowym roku 1982, po raz pierwszy od wielu lat, dawała się w Anglii we znaki. Londyn był biały – śnieg, o istnieniu którego Stuart zapomniał, utrudniał co prawda życie w mieście, paraliżując jego komunikację, ale zmienił równocześnie obraz metropolii – miasto miało w sobie teraz coś niewinnego, czystego i optymistycznego.

Rozmowa przy stoliku w stołówce dotyczyła głównie chorych – zarówno Stuarta-seniora jak i Meg. Brian zadecydował o tym, kto i jak długo będzie odwiedzał Stuarta. Następna w kolejce była matka. Brian wręczył Stuartowi klucz do domu, sam zdecydował się zostać na noc przy łóżku chorego. Wieczorem Stuart, Kate i matka zasiedli ze szklaneczką w ręku w salonie Briana i Stuarta i opowiadali sobie nowiny. Stuart odnosił wrażenie, że wszyscy troje starają się unikać tematu nowego związku matki, może dlatego że nie był przecież częścią ich wspólnej przeszłości, był czymś świeżym, nowym, należącym do innego, właściwie nie znanego im, dzieciom, etapu życia.

Kate była w ciąży i nie mogła doczekać się urodzin dziecka, którego pragnęła od lat.

Matka obiecała Stuartowi, że w maju przyjedzie do Sydney. „Czy mogę kogoś ze sobą wziąć?”, spytała, a z jej tonu Stuart wywnioskował, że nieznany nowy partner jest dla niej ważny. Stuart pomyślał, że matka odmłodniała i po raz pierwszy od lat sprawia wrażenie osoby szczęśliwej. O trzeciej nad ranem zbudził ich odgłos dzwoniącego telefonu. Brian płakał. Przed kilkoma minutami Stuart umarł.

Cdn